Bez pracy nie ma kołaczy. Praca ludzi wzbogaca. Żadna praca nie hańbi. Człek do pracy stworzon, ptak do lotu. Gdzie praca, pilność na straży, tam się bieda wejść nie waży. Gdy się z chęcią zejdzie praca, tam się hojnie trud opłaca. Kto się do pracy leni, niewart jeść pieczeni. Oszczędnością i pracą ludy się bogacą.

Jak uczą przysłowia, praca to największa z cnót i bez niej głód, chłód i poniewierka. Czy jednak naprawdę musimy pracować tak dużo? Czy dupogodziny przekładają się na efektywność? Czy dwunasta godzina przy biurku ma jeszcze sens? Nie wydaje mi się.

Czy Polacy to pracusie?

Pracujemy długo, chociaż wbrew temu, co lubimy o sobie myśleć, nie jesteśmy europejskimi rekordzistami. Według danych gromadzonych przez Eurostat, sprawy wyglądają tak. W latach 2006-2017 średni czas spędzany w pracy przez pracowników etatowych krajów UE zmniejszył się z 41,9 do 41,3 godziny.

W Europie najdłużej w pracy siedzą Islandczycy (44,6 godziny tygodniowo), w UE, walczący ciągle z kryzysem Grecy (44,4 godziny). Nasze polskie 41,9 godziny daje nam 5 miejsce w UE i 10 w Europie. Na szarym końcu zestawienia jest Litwa, Norwegia i Dania, gdzie czas pracy nie przekracza 40 godzin tygodniowo. Co ciekawe w żadnym z tych trzech krajów czas pracy w ciągu ostatnich 12 badanych lat prawie się nie zmienił, jak pracowali poniżej 40 godzin, tak dalej to robią.

Baw się pracą

Ktoś powie „godzina czy dwie, nie ma o co kopii kruszyć, to w sumie niewielka różnica”. Richard Branson się z tym nie zgadza. Tego pana nie trzeba nikomu przedstawiać, jego firma, Virgin Group inwestuje w ponad 60 biznesów, obsługuje 53 miliony klientów na całym świecie, zatrudnia prawie 70 tys. osób w 53 krajach i ma prawie 22 mld dochodu rocznie. Sam Branson też odłożył kilka groszy, obecnie jego majątek to ponad 5 mld dolarów, co plasuje go na 388 miejscu tegorocznej listy Forbesa.

Nie da się ukryć, że gość coś wie. I o życiu, i o biznesie, i o tej mitycznej, rzadko spotykanej w naturze równowadze między pracą a czasem wolnym. Gorącym orędownikiem i adwokatem uelastycznienia czasu i stylu pracy stał się w 2005 roku, po narodzinach swojego pierwszego dziecka. Do rozwiązań stosowanych w jego firmach, namawia innych przedsiębiorców i liderów biznesu, twierdząc że w dobie takiego rozwoju technologii nie ma powodu, dla którego ludzie mieliby nadal siedzieć w pracy tyle, ile siedzą teraz. I że można być tak samo albo nawet bardziej efektywnym, pracując krócej. Teza dla niektórych nie do przyjęcia i nie do przetrawienia, o czym przekonuje debata z maja b.r. gdy jedna z partii zgłosiła pomysł skrócenia czasu pracy do 35 godzin tygodniowo.

Branson to realista i wie, że kluczowa w tej całej układance jest ciężka praca, ale ciężka praca nie musi oznaczać od razu skoszarowania w zagródkach, doświetlenia ludzi trupim światłem z brzęczących świetlówek i wyłączeniu klimatyzacji w gorący dzień. W swojej książce „The Virgin Way: If It’s Not Fun, It’s Not Worth Doing” pisze, że „zabawa jest jednym z najważniejszych a jednocześnie niedocenianym składnikiem każdego udanego przedsięwzięcia”.

Jak to zorganizować inaczej? 

Branson często podkreśla, że bardzo ważne dla dobrostanu pracownika są takie rzeczy jak relaks, częste ładowanie baterii i spędzanie większej ilości wolnego czasu z bliskimi. Dlatego w swoich firmach pozwala pracownikom na większą elastyczność w podejściu do pracy. Uważa bowiem, że dzięki temu będą szczęśliwsi w życiu, a co za tym idzie, będą szczęśliwsi i bardziej produktywni w pracy.

Virgin oferuje swoim pracownikom nielimitowane dni wolne od pracy. Nikt nie wypisuje wniosków urlopowych, po prostu czujesz, że wolne pozwoli ci się odbudować i robisz sobie urlop. Ile chcesz, bylebyś zrobił swoje. Branson daje też możliwość wykonywania pracy z domu. Ale nie na zasadzie „masz tu laptopa i rób z domu”, bo tak robią wszyscy – według badań aż 43 proc. amerykańskich pracowników wykonuje swoje zadania częściowo zdalnie. Takie podejście to dzisiaj żadna rewolucja. Branson idzie dalej.

Traktuje mianowicie swoich pracowników jako odpowiedzialnych dorosłych, którzy sami najlepiej wiedzą, jak najwygodniej organizować sobie pracę. Stąd szalony pomysł na to, żeby pozwolić ludziom brać wolne wtedy, kiedy chcą. W końcu sami wiemy, ile czasu zajmie nam wykonanie danej pracy. Dlaczego zatem siedzieć od 9 do 17 pięć dni w tygodniu, gdy możemy w poniedziałek zostać do 14 i ogarnąć poweekendową depresję, we wtorek i środę pocisnąć i zakończyć projekt, w czwartek szlifować i robić poprawki z domu, a w piątek mieć ekstra dzień wolny.

Fajne biura otwierają już teraz prawie wszyscy. To oczywiste i samym przyjaznym miejscem pracy nie zachęcimy utalentowanych ludzi. Ale gdy pozwolimy im samodzielnie organizować sobie zajęcie, to jest to zupełnie inna rozmowa. Dostęp do technologii pozwala na dużo lepsze wykorzystanie czasu poświęcanego pracy. Ot, choćby taki drobiazg jak dojazdy do biura. Nie ma sensu męczyć się w porannym szczycie, lepiej pospać dłużej, wyjść z psem, do pracy przyjechać w południe, wyjść o 15 i dokończyć ją w domu. Oszczędzamy na dojazdach, jesteśmy mniej zmięci po ośmiu godzinach w biurze i pracujemy skuteczniej. A pracodawca oszczędza na kosztach prowadzenia biura.

A kiedy u nas te cuda?

Udało mi się kiedyś uskładać 56 dni urlopowych. Na jego wykorzystanie miałem 7 miesięcy. Wziąłem wolne na wszystkie przerwy świąteczne, pojechałem na trzytygodniowy rejs a i tak zostało mi do zużycia 20 dni. Wymyśliłem w porozumieniu z szefową system, w którym od września do grudnia miałem wszystkie piątki wolne. Chyba nigdy nie byłem bardziej wypoczętym, szczęśliwym i produktywnym pracownikiem. Pełne trzy dni weekendu to jedno. Wzrost produktywności to drugie – jestem typem człowieka, który nie lubi zostawiać sobie zadań na następny tydzień. I nie zostawiałem, wszystko było gotowe na czwartek na 18 (pracowałem od 10, żeby ominąć poranne korki i skrócić dojazdy), bieżączkę wpadającą w piątek robiłem w poniedziałek. Najlepsze 4 miesiące w pracy. To oczywiście anecdata, ale od tamtej pory nie wierzę już w stary system pracy. 

Stoimy na progu kolejnej rewolucji. Technologia nie zabierze nam pracy. Pozwoli natomiast wykonywać ją sprawniej, szybciej i skuteczniej. A co najważniejsze będziemy pracować krócej za te same pieniądze, jakie wynegocjowaliśmy sobie na rozmowie kwalifikacyjnej. System ośmiogodzinnego dnia pracy w biurze będzie w niektórych branżach odchodził do lamusa. Fajnie, że pierwsze duże kroki na tej drodze robi jeden z moich ulubionych biznesmenów. Wiedziałem, że Branson to facet ze świetnymi pomysłami.

Chociaż u nas pewnie będziemy musieli na te cuda poczekać trochę dłużej.