Categories

Pożyczki społecznościowe: poczuj się jak mały bank

Rozwój technologii internetowych sprawia, że wiele tradycyjnych usług przenosi się do sieci i funkcjonuje w niej w modelu ekonomii współdzielenia. To właśnie dzięki temu w Uberze możesz bez trudu wcielić się w rolę taksówkarza. Ale na tym nie koniec. Serwisy bazujące na blockchainie pozwalają każdemu zmienić się w kredytodawcę i zarabiać na tym pieniądze.

Mam takie wrażenie, że gdyby Karol Marks wrócił na chwilę do świata żywych, to miałby kilka powodów do zadowolenia. Dlaczego? Otóż sieć internetowa pozwala wcielać w życie jego ideę, w której każdy jest właścicielem środków produkcji. Skoro mogę zarejestrować się w takim serwisie jak Blablacar i z własnego auta zrobić małego busa, albo skorzystać z portalu Airbnb, by zamienić swoje mieszkanie w mały hotel, to faktycznie jestem mikroprzedsiębiorcą, kowalem własnego, biznesowego losu. Właściciele korporacji przewozowych i hotelarze pewnie nie są z tego powodu szczęśliwi, ale na tym właśnie polega prawdziwa konkurencja. Oswoić się z tym powinni także szefowie wielkich korporacji bankowych. W sieci rozwijają się bowiem platformy do pożyczek społecznościowych, dzięki którym każdy może zostać kredytodawcą i każdy może o kredyt się ubiegać. Na razie obroty na tym rynku nie są zawrotne, zwłaszcza w porównaniu do gigantów typu Goldman Sachs czy Credit Suisse, ale technologia blockchain może to zmienić. Zwiększa bowiem zasięg tego typu usług, podnosząc jednocześnie ich efektywność i bezpieczeństwo. Czym są tytułowe pożyczki i jak można z nich korzystać?

Pożyczanie peer-to-peer

Na początek sucha teoria. Pożyczka społecznościowa, od ang. social lending albo Peer-2-Peer lending, to kojarzenie potencjalnych pożyczkodawców z pożyczkobiorcami przy wykorzystaniu platformy internetowej. Na platformie spotykają się ci, którzy mają nadmiar kapitału z tymi, którym doskwiera jego niedobór. Następnie dokonują transferu kapitału na ustalonych warunkach. W całym procesie pomijany jest bank. Jego rolę przejmuje platforma, która jest po prostu środowiskiem do zawierania transakcji. Pominięcie bankowego pośrednika sprawia, że proces jest szybszy, prostszy i daje uczestnikom lepsze i bardziej elastyczne warunki finansowe. Jak to działa w praktyce?

Załóżmy, że jestem świeżo upieczonym absolwentem stołecznego uniwersytetu, pracuję na umowie śmieciowej, nie mam żadnych oszczędności, ale mam pomysł na własny biznes związany z drukiem 3D. Aby go zrealizować potrzebuję 7 tys. zł, bowiem tyle kosztuje dobra drukarka renomowanej firmy. W tradycyjnym banku nie mam raczej szans na kredyt, a jeśli już to na drakońskich warunkach i z licznymi formalnościami. Z ogłoszeń widocznych na miejskich słupach też nie skorzystam, bo chcę mieć całe kolana. Znajomych i rodziny też obciążać nie będę, bo mają podobne problemy finansowe jak ja. W takiej sytuacji szansą może być platforma do pożyczek społecznościowych.

Rejestruję się więc w przeznaczonym do tego serwisie (np. BitBond.com), potwierdzam swoją tożsamość (np. poprzez skan dokumentów czy video-konwersację z przedstawicielem platformy), opisuję parametry potrzebnego kredytu (przeznaczenie, kwota, czas, itp.) i czekam na akceptację. Jeśli ją otrzymam, moja oferta będzie widoczna na platformie i potencjalni kredytodawcy będą mogli „zrzucić się” na moją pożyczkę. Tak jak użytkownicy platform typu Kickstarter „zrzucają się” na jakiś biznesowy pomysł, z tą różnicą, że kwoty są o wiele niższe.

Zostać  inwestorem za grosze

Jest też i druga strona tego medalu. Jeśli bowiem mam nadmiar kapitału, to mogę także zarejestrować się na takiej pożyczkowej platformie i udzielać pożyczek, być inwestorem. Tutaj wymogi weryfikacyjne są znacznie niższe, a ja mam pełną swobodę w wyborze swoich dłużników. Mogę przeglądać ich profile, zapoznawać się z pomysłami, na których finansowanie potrzebują pieniędzy i decydować z kim podzielić się swoimi aktywami. To co jest kluczowe to fakt, że kwota pożyczki dla jednego podmiotu ma bardzo niski dolny limit, np. 200 zł. Oznacza to w praktyce, że mając do dyspozycji 10 000 zł, mogę w sumie udzielić 50 mikropożyczek. Ta dywersyfikacja sprawia, że można zminimalizować ryzyko takiej inwestycji – cała kwota rozkłada się na wielu różnych dłużników.

W tym miejscu warto przytoczyć dane z platformy Fundingcircle. Pokazują one, że pożyczając przynajmniej 100 różnym odbiorcom i nie przekraczając wielkości 1 proc. środków na jedną pożyczkę, 98 proc. inwestorów zarabiało rocznie co najmniej 4 proc. Średnio zysk netto sięga natomiast 6,9 proc., przy zaledwie 4,2 proc. niespłaconych kredytów. Z kolei znacznie mniejsza – platforma Mintos – chwali się na swojej stronie, że średnia roczna stopa zwrotu sięga u nich 12 proc. To całkiem przyzwoite wyniki, zwłaszcza, jak porównamy je z marnie oprocentowanymi lokatami w bankach.

Scoring na miarę XXI wieku

Pamiętajmy, że pożyczki społecznościowe są całkiem młodą ideą. Pierwsza tego typu platforma – Zopa, powstała w Wielkiej Brytanii w 2005 r. Do Polski pomysł przywędrował trzy lata później i do dziś lokalnie działają takie firmy, jak Kokos.pl, Emonero czy Iwoca. Wydaje się jednak, że dopiero teraz, dzięki technologii blockchain, podobne inicjatywy mogą rozwinąć skrzydła. Łańcuch bloków idealnie bowiem pasuje do finansowych biznesów opartych na rozproszonej sieci użytkowników. Blockchain zapewnia bezpieczne szyfrowanie transakcji, umożliwia wysoką  przepustowość płatności i co najważniejsze – nie ma ograniczeń państwowych. Łańcuch działa globalnie, więc pozwala kojarzyć strony – pożyczkobiorców i inwestorów – z całego globu. To daje dostęp do potężnej bazy użytkowników. Przykładowo – na wspomnianym już BitBondzie, który korzysta z blockchaina, natknąłem się na profil rolnika z Kolumbii, który potrzebował kilku tysięcy dolarów na sfinansowanie systemu nawadniania swoich upraw.

Wszystko wygląda pięknie i perspektywicznie, ale trzeba pamiętać o ryzyku inwestycyjnym. Choć prawdopodobieństwo tego, że nikt spośród kilkudziesięciu naszych dłużników nie spłaci swojego zobowiązania jest niskie, to zawsze warto liczyć się faktem, że coś może pójść nie tak i nie odzyskamy części środków. Tak samo jak jadąc Blablacarem nigdy nie mam pewności, że klient nie okaże się czarnym charakterem rodem z kultowego filmu „Autostopowicz”. Bo w zasadzie to na jakiej podstawie mam ufać rolnikowi z drugiej części globu, którego w życiu na oczy nie widziałem? Właściciele platform pracują nad rozwiązaniami minimalizującymi ryzyko niespłacalności.

Część korzysta z tradycyjnych metod: sprawdzenie listy dłużników, weryfikacja numeru telefonu, konta bankowego i adresu zamieszkania, a także umowy z firmami zarządzającymi wierzytelnościami. Najciekawsze są jednak modele scoringowe, które nadają pożyczkobiorcom ratingi uwzględniając dodatkowo ich aktywność w sieci. Tutaj pod uwagę brane są profile na kontach społecznościowych (np. Facebook, Twitter, LinkedIn), a także aktywność w serwisach zakupowych, jak Amazon, Ebay czy Allegro. Oczywiście jeśli dany użytkownik ma już jakąś historię kredytową na platformie, to również jest ona brana pod uwagę przy ustalaniu ratingu (najczęściej jest system literowy od A do F, gdzie A to najwyższa ocena, a F najniższa). Okazuje się zatem, że nowe technologie zmieniają też podejście do naszej tożsamości. Nie liczy się już tylko dowód osobisty, ale także nasza reputacja i obecność w internecie.

Twórca polskiej platformy GetLine – Kacper Wikieł, powiedział w jednym z wywiadów, że dla millenialsów bardziej liczy się ta tożsamość sieciowa niż realna. Tym samym zdają sobie bardzo dobrze sprawę z tego, że nie spłacając pożyczki ryzykują, że zniszczą lub przynajmniej nadwyrężą swoją reputację wirtualną. Trzymając się już przykładu Blablacara można to porównać do sytuacji, w której kierowcy wystawiają pasażerowi złą ocenę, zmniejszając jego szanse na wykupienie kolejnego przejazdu.

Podejrzewam, że nie wszystkim spodoba się idea uspołeczniania środków produkcji, z jaką mamy niewątpliwie do czynienia w przypadków opisywanych tutaj pożyczek. Żyjemy jeszcze w czasach, gdy większość przyzwyczajona jest do scentralizowanych rozwiązań, w których jest pośrednik i to on bierze na siebie wszelkie ryzyka. Z drugiej strony atrakcyjne stopy zwrotu, możliwość pomagania tym wykluczonym z sektora finansowego i mimo wszystko rodzaj buntu przeciwko bankowym monopolom mogą być całkiem kuszące. Rosnąca skala tego biznesu pokazuje, że wielu już się skusiło. Na platformie Fundingcircle łączna kwota udzielonych pożyczek sięga już 3,2 mld funtów, na Mintos jest 0,5 mld euro i z roku na rok te wielkości się zwiększają.

 
Categories

Portal randkowy dla wegetarian? Szukamy nisz w wielkim miłosnym biznesie

W Polsce działa ponad 80 portali randkowych i aplikacji. Hitem ostatnich lat jest oczywiście Tinder, ale  i tak gigantowi nie udało się zdeklasować starej (od 2002 roku na rynku!), dobrej, polskiej Sympatii. Sprawdzamy, czy jest jeszcze miejsce na nowe pomysły na tym wartym 60 mln zł rynku. I tworzymy startup. Oczywiście – genialny!

W 2017 mieliśmy przetasowanie na polskim rynku portali do umawiania spotkań online.

  • Coś zaskakującego wydarzyło się w segmencie serwisów do seks randek – lider datezone.com zyskał 1,8 mln użytkowników! Miesięcznie korzysta z niego 3 mln użytkowników. Ten segment zdecydowanie w Polsce rośnie!
  • Zmieniła się czołówka portali randkowych. Sympatia pozostała co prawda niewzruszona, ale już drugi produkt należący do Grupy Onet – Sympatiaplus spadł na czwarte miejsce wyprzedzony przez flirt.com (738 tys. UU za sierpień 2017) i edarling.pl (383 tys. UU w tym samym czasie).
  • Za to zaskakująco niezmiennym liderem odsłon przypadających na użytkownika jest serwis fellow.pl, przez który na randki umawiają się osoby nieheteroseksualne. I tutaj w zasadzie portalowej konkurencji dla lidera nie ma. W tej grupie popularniejsze wydają się aplikacje z globalnym Grindrem na czele (codziennie do serwisu loguje się 2 mln użytkowników ze 149 krajów).

O jak wielkim i kuszącym rynku mówimy, niech świadczy fakt, że tylko w styczniu 2017 według badań Gemiusa z serwisów randkowych skorzystało 12 proc. polskich internautów. Liczba internautów w tym samym czasie wyniosła 27,6 mln osób. Pozwólcie, że to dla Was policzę: portale randkowe odwiedza w ciągu miesiąca 3,3 mln Polaków!

Rynek randek online  jest u nas wart ok. 60 mln zł. To duży tort. Jak z niego uszczknąć swój kawałek? Odkroić taki, który składa się ze społeczności zaangażowanej wokół tematu sprzyjającego wspólnemu spędzaniu czasu lub dzieleniu stylu życia. Właściciele psów, wegetarianie, biegacze?

W Polsce segmentacja rynku ma już zresztą swoje tradycje. Mamy serwisy dla rolników (AgroRandka.pl), katolików (Przeznaczeni.pl), od wartości niematerialnych wolących materialne (SugarDaddy.pl), dla osób 40+ (40latki.pl),  planujących zwykły skok w bok (Skokwbok.pl) czy kobiet, które lubią brać sprawy w swoje ręce (ZaadoptujFaceta.pl) .

Serwis randkowy dla wegetarian? Spróbujmy!
Zakładając, że osoby na diecie wegetariańskiej j łączy pewien typ wrażliwości i styl życia, który mógłby być spoiwem dla udanego związku – spróbujmy sprawdzić, o jakim rynku w Polsce i na świecie możemy mówić, chcąc wyprodukować serwis lub aplikację randkową skierowaną wyłącznie do tej grupy. Rynek produktów wegańskich i wegetariańskich w Polsce szybko rośnie, więc może nie jest to taki szalony trop.

10 proc. osób w wieku 25-34 lat w Polsce deklaruje utrzymywanie diety wegetariańskiej – wynika z badania przeprowadzonego przez firmę Mintel. Przyjmując, że ok. 10 proc. z nich korzysta z serwisów randkowych, to mówimy o rynku 0,5 mln osób w Polsce w tej grupie wiekowej. Ale oczywiście, jesteśmy ambitni i o biznesie myślimy globalnie. Wybierzmy więc inne rynki na świecie, które powinny nas zainteresować ze względu na wielkość.

Na świecie jest 375 milionów wegetarian, z czego 75 milionów to osoby, które nie jedzą mięsa z wyboru (te nas interesują). Oczywiście, nie wejdziemy na wszystkie rynki naraz. Wybierzmy więc te, na których osób stosujących dietę jest najwięcej.

Szkicujemy więc plan podboju świata na podstawie liczby wegetarian. I tu zaczynają się schody. Pomijamy na tym etapie rynki azjatyckie: Indie, Chiny i Japonia mają co prawda imponującą liczbę osób niejedzących mięsa (łącznie ok. 446 mln), ale to fałszywy trop dla naszego biznesu: wegetarianizm jest tu motywowany przyczynami religijnymi, kulturowymi, a nierzadko również bytowymi. Dlaczego o tym wspominam? Żeby przy okazji powiedzieć, jak ważne oprócz liczb, są również uwarunkowania na każdym z potencjalnych rynków.

Wróćmy do naszej strategii podboju świata. Kraje anglojęzyczne to niezły trop, tym bardziej, że przygotowanie strategii marketingowej po angielsku załatwia nam przynajmniej próbę wejścia na kilka rynków bez tłumaczenia całej usługi i komunikacji na wiele języków.

Kanada – bingo! Zdecydowanie kierunek numer jeden dla naszego biznesu z 12 milionami wegetarian z wyboru (wg badań Vancouver Humane Society z 2005 roku) i 14 milionami singli (Statistics Canada). Kanadyjczycy to też jedni z najbardziej aktywnych w mediach społecznościowych. Rynek wydaje się być wymarzony na zdobycie co najmniej miliona użytkowników naszego portalu randkowego dla wegetarian.

Stany Zjednoczone –  też nieźle; USA to pierwszy zagraniczny rynek wybierany przez polskie startupy decydujące się na eksport (wynika z badania Polskie Startupy 2017 Fundacji Startup Poland). Również dla naszego wegebiznesu amerykański klient wydaje się być obiecujący: 7,3 mln dorosłych stosuje dietę wegetariańską! Tutaj spróbujemy wyrwać kolejny milion użytkowników.

Teoretycznie mamy już 2,5 mln użytkowników. Zakładając, że działamy w modelu subskrypcyjnym, pobierając dolara miesięcznie (taniocha!)… mamy przychód rzędu 2,5 mln dolarów. Teraz tylko oszacujmy koszty i ruszajmy na podbój rynku randek  z biznesplanem i strategią na najbliższy rok. I – oczywiście – na tym etapie już wierzymy, że stworzyliśmy jeśli nie jednorożca, to co najmniej kucyka i bardzo chcemy jak najszybciej  zacząć realizować naszą wizję.

Czy właśnie stworzyliśmy milionowy biznes? Być może. Od tego, co zrobimy teraz wiele zależy. Pamiętajmy, że mamy biznes na kartce. Papier wszystko przyjmie, wszystko w Excelu może się zgadzać, pozostaje jednak kluczowe “ale”.

Zanim zaczniemy kodować i budować całą usługę SaaS, sprawdźmy, czy istnieje realna potrzeba na rynku. Uwierzcie, bardzo wiele startupów nawala właśnie w tym miejscu, w którym emocje biorą górę i już tak bardzo chce się realizować swój pomysł, że trudno skonfrontować się z rynkiem. I albo w ogóle nie zadają rynkowi kluczowych pytań, albo zadają je w taki sposób, żeby potwierdzić genialność swoich założeń.

Nasz cały randkowy biznes oparliśmy na założeniu, że wegetarianie chcą osobnego miejsca w sieci, żeby za jego pośrednictwem szukać drugiej połówki. Nie sprawdziliśmy tej potrzeby. Pamiętajmy, że żeby ten biznes się udał, musimy mieć grupę klientów, która nie tylko potrzebuje wymyślonego przez nas rozwiązania, ale też – co nawet ważniejsze! – jest gotowa za nie zapłacić. I naprawdę: lepiej zawrócić teraz, gdy biznes mamy na kartce. Zaskakująco wiele startupów brnie w biznes niczym nastolatki w platoniczny związek. Klienci, głupcze! – powinien powtarzać sobie  każdy początkujący przedsiębiorca.

Kierowana walentynkowym przypływem miłości postanowiłam wam o tym przypomnieć   <3

 

 
Categories

Banki tracą właśnie monopol na zarządzanie naszymi kontami. To szansa dla wielu nowych biznesów!

“Sillicon Valley is coming” – napisał w 2015 roku do swoich inwestorów Jamie Dimon, szef największego amerykańskiego banku JP Morgan. Spodziewaliśmy się końca banków, które zostaną zastąpione przez innowacyjne startupy. W tym roku znaleźliśmy się bliżej tej rewolucji niż kiedykolwiek. I jedno wiemy na pewno: startupy bez banków nie pociągną, ale i tak na rynek usług finansowych wejdzie wielu nowych graczy. Kto zarobi?

13 stycznia zaczęła obowiązywać we wszystkich krajach członkowskich Unii Europejskiej dyrektywa PSD2 (nawet w Wielkiej Brytanii, pomimo Brexitu). Co to znaczy? Odtąd nie tylko banki będą miały dostęp do informacji o naszych kontach bankowych. Na rynku finansowym pojawia się miejsce dla nowych biznesów. Komisja Europejska liczy na to, że dzięki nowemu prawu rynek usług płatniczych będzie bardziej innowacyjny i przyjazny klientowi (przez większą konkurencję na rynku).

Z badania opublikowanego przez Accenture w styczniu 2017 roku wynika, że 40 proc. Amerykanów z pokolenia Y (osoby urodzone pomiędzy 1980 a 2000 rokiem) rozważyłoby korzystanie z usług bankowych amerykańskich gigantów technologicznych (mając zapewne na myśli Facebooka, Google’a i Amazona – przyp. red.). To pokazuje, że nadeszły czasy, gdy operacje płatnicze jesteśmy w stanie powierzyć nie tylko bankom.

Nowe prawo europejskie udostępnia informacje o historii naszych transakcji i umożliwia inicjowanie płatności grupie nowych podmiotów. Jakie biznesy na tym skorzystają?

  1. Nowe aplikacje z dostępem do wszystkich naszych kont

Banki nie mają już monopolu na informację o tym, kiedy i za co płacimy (do tej pory w regulaminach kont bankowych była zawarta informacja o tym, że użytkownik nie może udostępniać dostępów podmiotom trzecim). Banki, zgodnie z nowym prawem, będą musiały udostępnić te dane tzw. podmiotom trzecim przez API.  

To otwiera pole dla firm i startupów tworzących dwa typy usług:

  • zlecające płatności (AIS – account information services) np. z poziomu sklepu online,
  • pobierające i wykorzystujące informacje o naszych wszystkich kontach bankowych i transakcjach w jednym miejscu (AIS – account information services).

Dzięki nim nie będziemy musieli logować się oddzielnie w bankowości internetowej każdego banku, w którym mamy pieniądze za każdym razem, gdy będziemy chcieli sprawdzić stan naszych środków. Saldo zbiorcze i całą historię transakcji będziemy mogli przejrzeć też w jednym miejscu z poziomu aplikacji.

  1. Nowe funkcjonalności sklepów internetowych

Co ciekawe, podobne usługi teoretycznie może dla nas świadczyć na przykład sklep internetowy, który będzie mógł mieć dostęp do informacji o stanie naszego konta. Wyobraźmy sobie, że będzie nam podpowiadał tylko te produkty, na które nas stać. Przynajmniej nie będziemy się frustrować. Na pewno zmianą będzie fakt, że już nigdy nie trzeba będzie logować się do swojego konta bankowego, żeby zapłacić za wybrane w sklepie towary.

Tego, jakie warunki będą musiały spełnić firmy i instytucje, żeby móc uzyskać dostęp do danych bankowych, określą tzw. RTS-y i polskie przepisy implementujące unijną dyrektywę. Możemy spodziewać się jednak tego, że wiedzę o stanie naszego konta teoretycznie będzie mógł uzyskać nawet internetowy sklep z oponami, jeśli tylko się na to zgodzisz, a on wykaże, że jest w stanie twoje informacje odpowiednio zabezpieczyć.

  1.  Ekonomia API – morze możliwości dla nowych fintechowych graczy

To, że dane o naszych saldach i historii transakcji będą mogły wyjść poza banki otwiera morze możliwości dla nowych usług finansowych, które powstaną na bazie udostępnionych informacji – podobnie jak na bazie udostępnionych przez Google’a czy Facebooka danych powstało wiele innych usług: od geolokalizacji na podstawie google’owskich map po weryfikowanie klientów za pomocą aktywności w social mediach.

Tutaj otwiera się pole kreatywności dla startupów i firm technologicznych. Wyobraźmy sobie, że na Facebook’u dostępna jest usługa, dzięki której należność za bilety na koncert lub inne wydarzenie, do którego “dołączamy”, jest automatycznie ściągana z naszego konta. Albo możemy ściągnąć należności od naszych znajomych, którzy dołączyli do grupy, w której ustalamy wysokość składki na prezent dla przyjaciela – automatyczne ściąganie należności od potwierdzonych członków grupy na pewno doceniłby każdy, kto choć raz założył pieniądze za innych “chętnych”.

Wreszcie może powstanie sprytny system zarządzania opłatami stałymi: za prąd czy telefon. Naprawdę trudno ogarnąć umysłem, dlaczego w 2018 roku najlepszą usługą, jaką mamy w ramach rozliczeń z dostawcą prądu są przelewy zdefiniowane. Przydałaby się maszynka realizująca opłaty za prąd i telefon, a  przy okazji porównująca oferty – tak, żeby naprawdę łatwo można było zmienić operatora, gdy warunki stają się niekorzystne.

  1. Miejsce pośredników finansowych zajmą market place’y

Kończą się czasy, gdy po poradę kredytową czy inwestycyjną będziemy szli do pośrednika. Nowe regulacje uwalniające dane umożliwią powstawanie porównywarek ofert finansowych dostosowanych do tego, ile mamy pieniędzy, jak je wydajemy, ile zarabiamy i jakie mamy zobowiązania finansowe. Wreszcie ten rynek wejdzie na drogę otwartej konkurencji, a zarobią na nim ci, którzy zainwestują w technologię integrującą oferty finansowe  (nie tylko banków, ale też pożyczek społecznościowych i innych nowych form pozyskiwania środków) z API banków, przez które w łatwy sposób będzie można zobaczyć profil finansowy klienta.

W ogóle czeka nas rewolucja w możliwości tzw. profilowania klienta. Jeśli dodamy do wszystkich informacji, które mają o nas marketerzy, jeszcze te finansowe – zacznie brakować chyba już tylko danych medycznych i dotyczących naszego życia seksualnego.

  1. Zupełnie nowe usługi księgowe

Wreszcie będzie możliwa bezpośrednia integracja kont bankowych ze zautomatyzowanymi usługami księgowymi. Koniec wożenia papierów do księgowej? Nie od razu, ale na pewno regulowanie transakcji na podstawie zaksięgowanych już faktur będzie można całkowicie zautomatyzować.

  1. Tożsamość klienta potwierdzi układ żył?

Z jednej strony nowe prawo zwiększa liczbę firm i instytucji, które będą mogły mieć dostęp do danych naszych kont, ale z drugiej zwiększa wymagania dotyczące graczy rynku finansowego. Jednym z takich wymagań jest wprowadzenie tzw. silnego uwierzytelnienia transakcji, czyli każda firma, która będzie chciała w naszym imieniu zainicjować transakcję na naszym koncie będzie musiała dwa razy sprawdzić, czy my to my.

I jak zawsze – gdzie pojawia się nowa regulacja, tam pojawia się szansa dla biznesów. Na tym zapisie zyskają akurat startupy zajmujące się potwierdzaniem tożsamości użytkownika przez internet.

Przepisy unijne przewidują, że można to robić na trzy sposoby: 

  • na podstawie wiedzy użytkownika (coś co wie tylko użytkownik np. imię pierwszej miłości etc.),
  • na podstawie czegoś, co posiada wyłącznie użytkownik, np. nasz telefon (np. rozwiązanie polskiego startupu PHONEID),
  • na podstawie cechy użytkownika, która jest niepowtarzalna, a do takich cech należy m.in. nasz głos (do uwierzytelniania użytkownika wykorzystuje go m.in. startup VoicePIN, rysy twarzy (systemy rozpoznawania twarzy), odciski palca (rozwiązania takie jak TouchID), tęczówka oka czy nasze pismo (w stosowaniu go jako metody werfyfikacji świetnie sprawdza się poznański IC Solutions). Unikalny ma każdy z nas również układ żył – już dziś czytniki układu krwionośnego palca lub dłoni chronią dostępu na przykład do sejfów (np. AutoID). Unikalną mamy też postawę i sposób chodzenia, choć trudno wyobrazić sobie, żebyśmy wykorzystali te właśnie sposoby, aby zapłacić za kieckę w internetowym sklepie (chyba że przy okazji skanowania sylwetki, sklep dopasowałby odpowiedni rozmiar).

    Skoro na rynku robi się tyle miejsca dla nowych graczy, to dlaczego nie wierzę, że startupy zastąpią banki? Z dwóch powodów: banki mają coś, czego nie mają startupy: klientów. Może okazać się więc, że nowe usługi będą mogły rozwijać się wyłącznie we współpracy z bankami  (chyba że startupy tworzące nowe usługi spróbują zawrzeć biznesowe sojusze z innymi uczestnikami rynku, którzy mają klientów – ubezpieczycielami). Drugi powód może dotyczyć barier wejścia na rynek nowych podmiotów. Wymagania dotyczące zabezpieczenia danych i płatności internetowych mogą sprawić, że tylko duzi gracze będą mieli wystarczające środki na sfinansowanie odpowiedniej infrastruktury.
Konsultacja merytoryczna: Piotr Góralczyk, UnifiedAPI Technology Sandbox i FinTech Cluster.
 
Categories

Carsharing/carpooling. Jak nie stać w korku bez wysiadania z auta

Plakat z filmu Mała Miss, reż. Jonathan, Dayton, Valerie Faris

Za oknem szaro. Ostatnio trudno o dzień bez smogu, Warszawa stoi zapchana samochodami. Niedostatek miejsc postojowych jest wymówką do parkowania wszędzie, od chodników po zatoki autobusowe. Osiedla pobudowane na rogatkach pompują do miasta kolejne samochody. W większości z nich jedzie jedna osoba. Zmieniajmy to, albo się udusimy. Na szczęście są rozwiązania: carpooling i carsharing.

Nie jestem wrogiem samochodów, sam w razie potrzeby wskakuję za kółko. Ale jeżeli nie masz dzieci, auto wykorzystujesz głównie do dojazdów do pracy i robisz nim rocznie do 8 tys. kilometrów, nie potrzebujesz go na własność. Jasne, regularny wynajem w klasycznych wypożyczalniach jest zbyt drogi. Korzystanie wyłącznie z Ubera szarpie za kieszeń. Komunikacja miejska nie wszystkim odpowiada, a na rowerze nie każdy chce jeździć. Na szczęście od niedawna mamy hit, którym są firmy carsharingowe.

Idea jest prosta, ściągasz na komórkę aplikację, dodajesz prawo jazdy, podpinasz kartę albo ładujesz konto. Aplikacja pokazuje stojący najbliżej ciebie samochód.  Otwierasz go przy jej pomocy, wyjmujesz ze schowka kluczyki i jedziesz. Tankujesz przy użyciu karty operatora a jedyne koszty jakie ponosisz to opłata za minutę użytkowania i za przejechane kilometry. Po skończonej jeździe samochód zostawiasz na dozwolonym miejscu postojowym. Za postój płaci operator. Czy może być coś wygodniejszego?

Na przykład po Warszawie możemy jeździć samochodami trzech firm. Panek CarSharing ma 300 hybrydowych Yarisek w automacie. Ceny atrakcyjne – opłata za kilometr to 65 groszy, każda minuta kosztuje 50 groszy.

Traficar to 300 sztuk Reanult Clio. Za przejazd płacimy 80 groszy za kilometr i 50 groszy za minutę.

4Mobility ma dwa modele wypożyczeń: otwarty, typowy dla carsharingu, gdzie wóz bierzemy z ulicy, oraz bazowy, w którym możemy zarezerwować samochód wcześniej i odbieramy go z bazy firmowej. Obecnie firma ma 200 samochodów Hyundai. W opcji otwartej osztują 80 groszy za kilometr i 48 groszy za minutę.

Drugim rozwiązaniem dla Warszawy jest carpooling. Najbardziej znanym serwisem jest Blablacar, łączący kierowców z pasażerami jadącymi w to samo miejsce. Główny cel to obniżenie kosztów podróży. Użytkownicy Blablacar szukają przede wszystkim partnerów do jazdy na dłuższych dystansach. Oddam wam za darmo pomysł na aplikację. Niech ktoś zrobi Blablacara służącego do szukania współziomków do lokalnych dojazdów do pracy. Tylko krótkie dystanse.

Aplikacja nie musi mieć skomplikowanych funkcji. Wpisujemy miejsce i godzinę startu, cel podróży, dodajemy w jakim promieniu ma nam szukać chętnych do podwózki do i z pracy. W najprostszej wersji tyle powinno wystarczyć. Co najlepsze, żaden z uczestników pracowego carpoolingu nie musi mieć samochodu, ponieważ weźmiemy sobie bryczkę z ulicy. Dlatego dodatkową funkcją naszej aplikacji może być pokazywanie równocześnie samochodów wszystkich firm carsharingowych.

Możemy umawiać się na regularne dojazdy do pracy albo ad hoc na koncert, głośną premierę kinową, wystawę, duży event czy nadwiślańskie bulwary.

Policzyłem jak wyglądałyby koszty wspólnych podróży do pracy w przypadku dojeżdżania z Białołęki na Okopową i z Miasteczka Wilanów do Mordoru*.

W pierwszym przypadku Panek zawiózłby nas za 32, w drugim za 17 złotych. 4Mobility odpowiednio 34 i 18 zł. Najdroższy Traficar kosztuje w pierwszym przypadku 35 zł, drugi to 18 zł. Gdybyśmy na dojazdy zebrali drużynę czteroosobową, za kurs dłuższy płacilibyśmy 7-8 zł, za krótszy około 4 zł od osoby. Czyli niewiele drożej od biletu jednorazowego, ale w dużo większym komforcie.

Władze Warszawy przymierzają się do wprowadzenia opłat za wjazd do centrum, ale czekają z tym do uchwalenia odpowiednich przepisów przez Sejm. Koszty abonamentu parkingowego są do zmiany, w tej chwili posiadacze samochodów płacą w Warszawie tylko 30 złotych rocznie. Docelowo pewnie zdrożeje parkowanie w strefie. Idą zmiany.

Warszawa to nie Berlin, 800 samochodów z carsharingu do dyspozycji wszystkich mieszkańców to kropla w morzu. Na szczęście operatorzy sukcesywnie zwiększają liczbę dostępnych aut. To dobry moment na stworzenie Blablacara do krótkich dojazdów wynajmowanymi samochodami.

*Wyliczenia na podstawie średniej odległości z tras sugerowanych przez Google Maps. Czas dojazdu wyliczony przy założeniu, że średnia prędkość poruszania się po Warszawie w korku to 20 km/h. 
 
Categories

Netflix: streamingowa parada oszustów

Jest pewne brzydkie słowo na „k”, które dekadę temu było odmieniane przez wszystkie przypadki. Chodzi o kryzys. Miał on miał wiele przyczyn i wielu autorów. Skutki kryzysu pociągnęły za sobą wiele ofiar, ale wykształciły też grupki osób, które wzbogaciły się na globalnych tarapatach. Temat inspirował również filmowców chcących wyjaśnić, co właściwie wtedy zaszło. Oto tytuły, które warto sprawdzić.

„Inside Job” to dokument edukacyjny, który krok po kroku tłumaczy przyczyny kryzysu na rynku kredytów hipotecznych. Może go obejrzeć każdy bez obawy, że temat został potraktowany nadto specjalistycznie albo zbyt pobieżnie. Twórcy za rękę prowadzą nas przez wydarzenia, które spowodowały katastrofę sprzed dekady.

Muszę przyznać, że seans był fascynujący. Kreatywność finansistów w tworzeniu narzędzi inwestycyjnych imponuje. Tworzenie kolejnych narzędzi z narzędzi pierwotnych jest jeszcze lepsze, w pewnym momencie krążyło ich po rynku kilka tysięcy i praktycznie nikt nie wiedział czym handluje. Odbywało się granie na spadki, zwyżki a nawet przeciwko sobie. Ryzykowne produkty dostawały od firm ratingowych najwyższe oceny AAA, takie same jak obligacje rządu Stanów Zjednoczonych. Inwestycje były ubezpieczane, więc duża część ryzyka została przerzucona na największych ubezpieczycieli. Wszystko się kręciło, wszyscy zarabiali a potem ktoś się w tym wszystkim połapał i rynek się załamał.

Inside Job” to thriller edukacyjny, dzięki któremu w półtorej godziny zrozumiemy co się stało. Dodatkowym plusem jest Matt Damon jako narrator. Bardzo dobry film, bez którego oglądanie dwóch następnych będzie trudniejsze. Możecie go obejrzeć na Netflixie.

„Big Short” pokazuje kryzys z punktu widzenia kilku gości, którzy szybciej od innych zorientowali się, że to musi walnąć. Przeanalizowali sytuację, zaryzykowali i na załamaniu rynku zarobili miliard dolarów. Film ma bardzo szybkie tempo, dlatego zorientowanie się we wszystkich mechanizmach, które popchnęły światową gospodarkę ku przepaści wymaga od nas uwagi. Przyda nam się wiedza wyniesiona z „Inside Job”, dzięki której nie będziemy musieli się zastanawiać czym są CDO, kredyty subprime czy swapy i dlaczego bankrutujące banki inwestycyjne pociągnęły za sobą na dno gigantów ubezpieczeniowych.

Przy okazji „Big Short” świetnie się ogląda. To dynamiczny, kolorowy teledysk, który w atrakcyjnej formie i znakomitej obsadzie, pokazuje chciwość i brak odpowiedzialności Wall Street. Przy okazji robi to w sposób, który nie powoduje u nas traumy czy wściekłości na typów, którzy wepchnęli świat w kryzys, bezrobocie i drogiego franka. A jak to wszystko się zawaliło, cynicznie wyciągnęli ręce po rządowe dolary ratunkowe, z których wypłacili sobie sute premie. „Big Short” jest dostępny na Netflixie.

Film powstał na podstawie książki Michaela Levisa „Wielki szort. Mechanizm maszyny zagłady”.

Kolejna pozycja mnie przygnębiła. „Margin Call” grany u nas jako „Chciwość” pokazuje pracowników dużego banku inwestycyjnego w przededniu kryzysu. Kierownictwo dostaje informację, że w portfolio firmy znajdują się bardzo ryzykowne i wkrótce bezwartościowe instrumenty pochodne oparte o kredyty hipoteczne. Na jednej szali stoi przyszłość firmy, na drugiej wepchnięcie światowego sektora finansowego w kryzys. Zapada decyzja o zatajeniu informacji o toksyczności aktywów i ich błyskawicznej wyprzedaży. Wszyscy wiedzą, że ich reputacja w branży zostanie zniszczona i podejrzewają, że mogą zapoczątkować kryzys. Mimo wszystko decydują się na współudział, w końcu ich premie są ważniejsze. Nie oceniam ich motywacji, choć przykro patrzeć, że w tej wersji Sodomy nie ma żadnych sprawiedliwych. Zresztą prawie każdy lubi mieć dużo hajsu a po nas choćby potop. Film możecie obejrzeć na Netflixie.

Too Big to Fail” (Zbyt wielcy, by upaść) opowiadam o tym, jak Waszyngton próbuje pomóc bankom dotkniętym kryzysem. Te jednak pomocy w proponowanej formie sobie nie życzą.

Rząd Stanów Zjednoczonych dostawał liczne sygnały ostrzegawcze, ale nie zrobił nic. W końcu regulacje są sprzeczne z zasadami wolnego rynku. Gdy było za późno, dodrukował dolarów i spłacił długi banków inwestycyjnych. Gotówka rządowa miała zostać skierowana na rozkręcenie akcji kredytowej, banki widziały to inaczej.

Film pokazuje wyjątkowo obrzydliwy epizod kryzysu, więc nie zdziwcie się, jeżeli po seansie zechcecie złapać za widły i pochodnie. Możecie go zobaczyć na HBO.

Nie da się ukryć, że ten maraton filmowy był ciężki. Kompletna bezkarność sprawców, rządowe programy pomocowe, wyciągające zbyt dużych by upaść z bagna, w które sami dziarsko wmaszerowali. Tragedie ludzi zbyt małych, by się ktoś o nich upomniał. A przecież to z ich pieniędzy spłacono zbyt wielkich.

 
Categories

Zmierzch żywych kultur bakterii

Milenialsi, niczym Leon zawodowiec, zabijają wszystko oprócz kobiet i dzieci. W poprzednich odcinkach zamordowali golfa i kino. Dzisiaj przyszedł czas na ukochane potrawy śniadaniowe Ameryki. Producenci płatków i jogurtów wpadli w popłoch. Czy wspomniane dobra czeka teraz kuchenny exodus?

Powód niechęci do płatków jest banalny. Według słów ludzi, którzy wiedzą lepiej, milenialsi gardzą płatkami, bo jest przy nich za dużo roboty. Na początku pomyślałem, że jeżeli to prawda, to jako ludzkość jesteśmy zgubieni. Wsypanie płatków do miski i zalanie ich mlekiem albo jogurtem to w końcu dość prosta sprawa. Jeżeli dla młodych to skomplikowane, to już po nas. Okazało się jednak, że nie o to chodzi.

Według badań firmy Mintel, 40% milenialsów nie je płatków, bo trzeba po nich zmywać. Przyznam się wam, że dawno nie widziałem tak doskonałego strolowania firmy badawczej. 68% amerykańskich gospodarstw domowych ma zmywarkę. Nawet jeżeli nie ma, to miskę po płatkach wystarczy opłukać. W ostateczności są naczynia jednorazowe.

Od razu uznałem to wytłumaczenie za głupie. Musi być jakiś inny powód niechęci do płatków. I wydaje mi się, że go znalazłem. Jest nadrukowany na opakowaniach w specjalnej tabeli, podającej skład i kaloryczność produktu. Kto będzie chciał jeść coś, co ma w stu gramach prawie 380 kcal? Młodzież coraz bardziej dba o zdrowie i figurę, więc woli sięgnąć po granolę. Kalorii tyle samo, ale zdrowiej i smaczniej.

Między rokiem 2000 a 2015 sprzedaż płatków spadła z 13.6 do 10 mld dolarów. Płatki jedzą głownie starsze pokolenia, którym tak właśnie kojarzy się śniadanie. I jadą na tej nostalgii, zamiast usmażyć sobie 2 jajka, 4 plastry bekonu, nawrzucać na talerz warzyw, dodać dwie grzanki i zjeść ze smakiem. Ewentualnie dziabnąć granolę.

Polacy oczywiście jak zwykle spóźnieni, ale i u nas trend będzie się odwracał. W 2017 roku w ramach akcji Food Rentgen przebadano 197 płatków śniadaniowych, które można kupić w naszych sklepach. Do badań laboratoryjnych trafiło dwudziestu finalistów. W dziesięciu płatkach znaleziono pestycydy, rekordzista miał ich 12. Na dodatek większość była dosłodzona cukrem i słodzikami. Rekordzista miał w składzie 7 różnych substancji słodzących. Witaj cukrzyco!

Z powodu cukru młodzi rezygnują również z jogurtów light. Dawno temu wszyscy dali sobie wmówić, że za otyłość odpowiada tłuszcz. W sumie logiczne, co tworzy tkankę tłuszczową? No przecież nie cukier czy białko, nie?

Tłuszcz został wrogiem dietetycznym numer 1, ludzkość rzuciła się na produkty beztłuszczowe i odtłuszczone. Pamiętacie margarynę light dobrą na serce? To była dopiero trucizna. Ale wtedy nikt nam tego nie mówił, bo tłuszcz był zły. Ludzie jedli więc jogurty light i cieszyli się, że odżywiają się zdrowo. Nikt nie zwracał uwagi na fakt, że te beztłuszczowe rarytasy są dosładzane. Gdy tłuszcz wrócił do łask a cukier zajął jego miejsce wroga publicznego, ludzie zaczęli rezygnować ze słodzonych jogurtów light na rzecz bardziej pożywnych produktów białkowych typu jogurt grecki. Który może i ma trochę cukru, ale przynajmniej nie udaje, że jest dietetyczny. I można się nim najeść.

Prowodyrami pogrążania jogurtu byli młodzi ludzie, którzy najszybciej reagują na nowości przeczytane w internecie. W efekcie w USA sprzedaż jogurtów light spadła w roku 2015 z 1,2 do 1 mld dolarów.

Polacy tym razem utrzymują się w trendzie, w 2017 roku wyprodukowano o 2 mln litrów jogurtu mniej niż rok wcześniej. I już nie chodzi tylko o produkty light, ale o wszystkie. Chyba też się przekonaliśmy, że zamiast dwóch łyżek cukru w jogurcie lepiej na śniadanie zjeść coś pożywnego i zdrowego. Na przykład, bo ja wiem, granolę?

Producenci i badacze narzekają na leniwą młodzież, która nie wie do czego służy zmywarka. Faktyczny problem z płatkami i jogurtami tkwi nie w nieudolności milenialsów a w śmieciach, którymi napychane są te produkty. Niech giną.

Za tydzień zabijemy sobie coś innego.

 
Categories

Oszczędzaj bez wysiłku

Wszyscy wiedzą, że oszczędzanie jest łatwe, przecież wystarczy świnka skarbonka. W końcu uczą nas tego od dziecka. Tak naprawdę w tej grze najczęściej przegrywamy, bo oszczędzanie to najtrudniejsza ze sztuk. No, może trzecia najtrudniejsza, zaraz po rzucaniu palenia i regularnym porannym wstawaniu na siłownię. Dzisiaj zdradzę wam łatwy patent. Dzięki niemu, bez wyrzeczeń co miesiąc odkładam kilka stówek.

Odkąd przenośne terminale płatnicze ma nawet Pan Kanapka, za wszystko płacę plastikiem. Na czarną godzinę mam w portfelu stówkę, ale nie użyłem jej od tak dawna, że niedługo przetrze się na zgięciach. Pieniądze odkładać potrafię tylko, gdy je zakopię daleko od domu albo wrzucę na rachunek z maksymalnie utrudnionym dostępem. Jeżeli funkcjonujesz podobnie, mam dla ciebie sposób na regularne odkładanie kasy.

Program mSaver dostępny w mBanku jest genialny w swojej prostocie. Od każdej transakcji kartą, pobiera z naszego konta „prowizję” i przelewa ją na stworzone na potrzeby oszczędzania subkonto. Do odłożonych pieniędzy mamy dostęp cały czas i w tym upatruję jedyną słabość tego pomysłu. Ta kasa jednak kusi. Poza tym mSaver ma same plusy.

Do wyboru mamy trzy tryby pobierania pieniędzy:

  • zaokrąglanie kwot do pełnych dziesiątek złotych,
  • ustalenie stałej kwoty przelewanej po każdej transakcji,
  • ustawienie procentowej wartości transakcji.

Pierwszy sposób odradzam. Testowałem go przez tydzień. Już trzeciego dnia zauważyłem u siebie tendencję do dobierania przy kasie rzeczy tak, aby wartość zakupów była jak najbliższa pełnych dziesiątek. Przy kasie stoją zazwyczaj słodycze, ja je uwielbiam, wszystko okazało się być bez sensu.

Drugi sposób nie jest zły, ale brakuje w nim hamulca zakupowego. Niezależnie od tego czy płacimy piątkę za ciastko, czy trzy stówki za duże zakupy, bank ściąga nam z konta zawsze tę samą kwotę. Przy małej liczbie transakcji i ustawionej niewielkiej kwocie może okazać się, że po miesiącu odłożyliśmy 42 złote. I zapał pryska, bo 42 złote to pięć kaw w sieciówce.

Sposób ostatni, z wpłatami uzależnionymi procentowo od wartości zakupów, jest dla mnie najlepszy. Przy małych zakupach nie zauważę różnicy na rachunku. Przy dużych zaczynam się zastanawiać, czy na pewno wszystko co mam w koszyku jest mi potrzebne. W efekcie oszczędzam podwójnie – pierwszy raz przy kasie, drugi raz w banku. Tu się naprawdę potwierdza zasada, że mieć dychę i nie mieć dychy to razem dwie dychy.

Swój program dodatkowo wzbogaciłem jedną większą wpłatą w stałej wysokości, która trafia na konto celowe pod koniec miesiąca. Jest na tyle niewielka, że jej braku nawet nie widzę.  

W tej chwili wiem o pięciu bankach, które oferują usługę autooszczędzania:

  • Credit Agricole z programem CASaver, oszczędności są oprocentowane na 0,15 proc.
  • mBank i mSaver, oprocentowanie do 1 proc.
  • PKO BP i Autooszczędzanie, oprocentowanie od 0,5 do 1,2 proc.
  • Getin Bank i  Skarbonka, oprocentowanie 1-1,4 proc.
  • ING Bank Śląski i Smart Saver, oprocentowanie 2,5 proc do 5 tys. zł, powyżej 0,7 proc.

Autooszczędzanie jest elegancką i prostą formą systematycznego odkładania pieniędzy. Nic nie kosztuje. Nie jest obarczone ryzykiem. Mamy cały czas dostęp do odłożonych pieniędzy, banki oferują nawet jakieś oprocentowanie. Jak wspomniałem na wstępie, od początku roku odłożyłem w ten sposób kilkaset złotych. Jeżeli płacicie wszędzie i za wszystko kartą, to 10% wartości transakcji jest dla was. Jeżeli to nie wasza bajka, następnym razem pokażę wam inne sposoby oszczędzania.

 
Categories

W poszukiwaniu perspektywicznych sektorów

Kolonizacja innych planet, rewolucja technologiczna spod znaku blockchaina, a może zielona energia? Globalne trendy powoli się klarują i rozkręcają. Niektóre z nich zmienią nasz świat, a przy okazji mogą zmienić stan naszego portfela. Trzeba tylko zaufać właściwej wizji i zaryzykować.

Wiesz, że gdybyś wrzucił tysiaka 10 lat temu w akcje CD Projektu, producenta gry Wiedźmin, to dziś miałbyś na koncie 114 tys zł, a gdybyś wrzucił 5 tysiaków, miałbyś ponad 0,5 mln zł, a gdybyś… Niewielka kwota i długi termin robią swoje. Szkopuł w tym, że dekadę temu mało kto wyrobrażał sobie, że gry komputerowe będą polskim towarem eksportowym na czele z produktem braci Kicińskich. Teraz też nie wiemy na 100 proc., jak będzie wyglądał świat za kolejnych 10, 20 lat. Co w 2040 r. będzie kołem zamachowym globalnej gospodarki? Jak będzie wówczas wyglądał człowiek, jego potrzeby, preferencje, sposoby spędzania wolnego czasu? Proponuję jednak, by na chwilę zamienić się w futurystę i nakreślić kilka możliwych scenariuszy. Oto moje propozycje perspektywicznych branż.

Fintechowa rewolujcja u bram

Ostatnio pisałem tutaj o bitcoinie, cyfrowym crowdfundingu i technologii blockchain, która jest z nimi bezpośrednio związana. O tej ostatniej w 2017 r. mówiło się wprawdzie mniej niż o bitcoinie (tak wynika z danych wyszukiwarki Google), ale tak na dobrą sprawę, to ona stanowi fundament najbardziej popularnej kryptowaluty i większości tych, które w ostatnich latach zostały wyemitowane.

Z technologią tą, nie bez powodu, “romansują” już największe banki na świecie. Widzą w niej bowiem możliwość ogromnych oszczędności i poprawy efektywności swoich systemów transakcyjnych. Jako zdecentralizowana i rozproszona baza danych świetnie nadaje się ona do projektów fintechowych, od tych tradycyjnych jak właśnie systemy bankowe, po bardziej rewolucyjne, jak możliwość dostarczenie kapitału do najbiedniejszych i wykluczonych finansowo rejonów świata (patrz projekt Humaniq), czy zarządzanie rozproszonymi źródłami energii odnawialnej (patrz SunContract).

Na tegorocznym forum ekonomicznym w Davos słowo blockchain było odmieniane przez wszystkie przypadki i to raczej w kontekście rewolucyjnych zmian, jakie może wywołać. Dlatego uważam, że warto śledzić postępy w wykorzystaniu tej technologii i interesować się najciekawszymi projektami, które będą szukać finansowania, czy przez ICO, emisję akcji, czy chociażby Kickstarter.

Natury nie oszukasz

Skoro już padła fraza “energia odnawialna” to od razu nadmienię, że przed tym tematem nasza planeta, w zasadzie jej właściciele, nie uciekną. Zmusi nas do tego prędzej czy później globalne ocieplenie, albo prędzej odgórne regulacje, jak chociażby porozumienie paryskie z 2015 roku.

“Ojca oszukasz, matkę oszukasz, ale…” natury nie oszukasz. Zasoby ropy, węgla, gazu są na wyczerpaniu, a patrząc na perspektywy demograficzne i rosnącą liczbę homo ekonomistów, energii będziemy potrzebować coraz więcej. Wątpię, by Elon Musk sprowadził ją z Marsa.

Raczej będziemy musieli korzystać ze słońca, wiatru, wody, biomasy itp. Ale produkcja energii to jedna strona medalu. Z drugiej trzeba będzie utemperować nasze energertyczne marnotrastwo. I tu otwiera się przestrzeń dla budownictwa zero lub plus energetycznego, inteligentnych systemów do zarządzania zużyciem, projektów termomodernizacyjnych czy chociażby elektromibilność.

Sektor energetyki odnawialnej i poprawy efeketywności energetycznej może więc w niedalekiej przyszłości stanowić bardzo istotne ogniwo naszej egzystencji. I nie mam tu na myśli tylko tak spektakularnych projektów jak Tesla wspomnianego już Muska, ale nawet najmniejsze inicjatywy, startupowe, jak coś w rodzaju projektu Olgi Malinkiewicz, czyli ogniw słonecznych na bazie perowskitów.

Nadciąga srebrne tsunami

Skoro już wspomniałem o demografii, to proponuję zapoznać się ze zjawiskiem zwanym “srebrne tsunami”. Jest to problem starzejących się społeczeństw widoczny głównie w krajach bogatszych. Pokolenia, która wchodzą lub niebawem wchodzić będą w etap życiowej jesieni i mają na kontach całkiem sporo gotówki, na pewno będą chciały zapewnić sobie na starość odpowiednio wysoki standard bytowania. To wygeneruje ogromny popyt na nowe usługi i produkty.

Mowa nie tylko o ekskluzywnych domach spokojnej starości, ale także o centrach rozrywki dla takich osób i wszelkich inicjatywach, które będą się do ich potrzeb dostosowywać. Trudne do wyobrażenia? To poczytajcie o projekcie “Dancing międzypokoleniowy” Pauliny Braun. Nie zdziwiłbym się, gdyby podobne inicjatywy przeobraziły się kiedyś w konsorcja i spółki giełdowe.

Gatunek międzyplanetarny

Skoro już dwukrotnie wspominałem Elona Muska, to wspominam go i trzeci raz. Tym razem w kontekście podróży kosmicznych. Może to zabrzmi trochę armageddonicznie, ale jeśli nie uda nam się powstrzymać globalnego ocieplenia, to by ćmoże kolonizacja innych planet i takie firmy jak Space-X będą dla nas jedynym ratunkiem. W wersji soft takie firmy będą zaspokajać ambicje naukowców, chcących badać inne obiekty kosmiczne albo zaspokajać turystyczne zapędy Ziemian. Może też być tak, że Ziemia nas po prostu nie pomieści i trzeba będzie szukać nieruchomości gdzie indziej. Tak czy siak, w dłuższej perspektywie człowiek stanie się gatunkiem międzyplanetarnym i czyjaś firma będzie musiała nam to ułatwić…

Automat zamiast człowieka

A skoro o ułatwieniach mowa, to nietrudno mi sobie wyobrazić, że firmy będę zastępować pracowników robotami. Kto nie spotkał się jeszcze w hipermarkecie z samoobsługową kasą, ten chyba nigdy w hipermarkecie nie był. Na HiCash.pl mogliście ostatnio dowiedzieć się o aplikacji, która w zasadzie rolę sklepowej kasy zminimalizuje tylko do postaci czytnika karty kredytowej.

Automatyzacja i robotyzacja postępują, bo zaawansowane języki programowania i zdobyczne nowych technologii razem wzięte pozwalają zastąpić wiele ludzkich czynności algorytmem sprawiając, że są one wykonywane bardziej efektywnie, taniej, a do tego algorytmy nie narzekają i nie zakładają związków zawodowych.

Na liście profesji, które są w tej chwili najbardziej zagrożone zastąpienie przez roboty wymienia się: recepcjonistów, kierowców taksówek, pracowników ochrony i sprzedawców w punktach z fast foodem. Zresztą koncerny samochodowe już chwalą się samochodami autonomicznymi. Na razie nie mogą ich wprowadzić, bo rozwiązania natury prawnej nie są dostosowane do nowych zdobyczy technologii, a w zasadzie do tego co owe zdobycze mogłyby nabroić…

Farmacja, Karol Marks i śmieci

Sporo futurystycznych wizji może przychodzić do głowy. Jeśli rozpatrujecie je w kontekście inwestycyjnym, to dobrze by było, gdybyście takiej wizji kibicowali, by była ona w jakimś sensie zgodna z waszą osobowością, z waszymi poglądami (np. ekoprojekty). Wtedy znacznie łatwiej lokować w niej kapitał. Jeśli wymieniona piątka, mnie najbardziej przekonująca, was nie przekonuje to proponuje na deser pomyśleć nad osiągnięciami medycyny i biotechnologii.

Wystarczy zwrócić uwagę, jakim hitem w ostatnich latach na warszawskiej giełdzie były spółki produkujące leki na nowotwory, jak Mabion, albo te budujące urządzenia do diagnostyki, jak Medicalgorithmics. Raczej nie zapowiada się, by ludzie zaczęli masowo prowadzić zdrowy tryb życia. Jeśli nie medycyna to może wszelkie inicjatywy oddające środki produkcji w ręce ludzi, czyli trochę tak jak chciał Karol Marks. Mam tu na myśli takie projekty jak BlaBlaCar czy Couchsurfing.

Sieć internetowa to dla takich inicjatyw istny raj, a patrząc na ludzi ze wzrokiem wlepionym w ekran smartfona nie spodziewam się, byśmy szybko z tego usieciowienia się wydostali. A jeśli nie sieć, to może coś bardziej przyziemnego, jak zarządzanie odpadami. Przeciętny Europejczyk produkuje 600 kg śmieci rocznie. Miejsca na składowanie nie przybywa, więc ciekawym kierunkiem inwestycyjnym mogą być firmy, które będą zajmować się utylizacją, recyklingiem, upcyklingiem czy po prostu segregacją. Kto przejeżdżał pod górą śmieciową w podwarszawskich Mościckach ten wie, że z tym syfem coś koniecznie trzeba zrobić.

Jak recytował szczeciński raper Łona “każdy problem ma rozwiązanie, jeśli nie ma rozwiązania, to nie ma problemu”. Myślę, że na wszystkie wymienione wyżej problemy ktoś znajdzie rozwiązanie. Trzeba teraz znaleźć tego kogoś i zastanowić się, czy nie powierzyć mu trochę kapitału.  A  nuż okaże się, że złowiliśmy złotą rybkę na miarę wspomnianego na początku CD Projektu.

 

 
Categories

Ile warte są pieniądze z reklam podczas Super Bowl?

Super Bowl to największe wydarzenie sportowe w Ameryce. Bywa nazywane zimowym 4 lipca. Przed telewizorami transmisję ogląda 200 mln Amerykanów. Ale czasami mam wrażenie, że sport jest jedynie pretekstem do największego święta dużych firm, pojawiających się podczas transmisji z reklamami. Z roku na rok płacą za tę frajdę coraz więcej.

W tym roku 30-sekundowy spot kosztował ponad 5,5 mln dolarów. Pozwoliło to stacji Fox na największy zarobek w najkrótszym czasie w historii telewizji. Szacunki stacji mówią o 500 milionach dolarów. Nieźle jak na jedno popołudnie.

Jest to kwota tak abstrakcyjna i trudna do wyobrażenia, że postanowiłem wam ją przybliżyć czymś, co wszyscy znamy. Co można kupić za 500 mln dolarów (1 660 800 000 zł)?

  • za te pieniądze moglibyśmy kupić 1/3 ziemi sprzedanej w ubiegłym roku w Polsce na cele przemysłowe i budowlane [1]
  • albo 5% mieszkań w budownictwie indywidualnych oddanych do użytkowania w 2017 roku[2]

Coś mniej abstrakcyjnego? Proszę bardzo.

  • są to sześcioletnie przychody Legii Warszawa, pod warunkiem, że co roku awansowałaby do Ligi Mistrzów i miała dobry sezon ligowy[3]
  • albo ponad dwuletnie całej Ekstraklasy[3]

W sumie nie każdy interesuje się piłką nożną, więc może coś bliżej życia.

  •  za ten hajs moglibyśmy kupować przez 15 lat wszystkie owoce leśne i grzyby sprzedane w ubiegłym roku przez Lasy Państwowe[4]
  • czekolada ustawiona jedna na drugiej miałaby 4 762 km wysokości. Moglibyśmy nią opasać 83 równoleżnik, mieszkańcy Grenlandii byliby zadowoleni[5]

Podczas finału Super Bowl sprzedaje się mnóstwo piwa i parówek w hot dogach. Więc tak:

  • piwo kupione za pieniądze z reklam wypełniłoby 111 basenów olimpijskich po sam brzeg[6]
    zaś parówki utworzyłyby sznur od Ziemi do Słońca. Trzykrotnie[7]
  • tymi samymi parówkami moglibyśmy owinąć Ziemię na równiku 11 091 razy[7]

Ostatnio było głośno o burzeniu Pałacu Kultury i Nauki i o wycince świerku w nadleśnictwie Białowieża. Jakby to połączyć?

  • gdybyśmy kupili za wszystkie pieniądze najdroższe drewno świerkowe oferowane przez Białowieżę, moglibyśmy nim wypełnić 3 Pałace Kultury i Nauki[8]

Widzę, że nie uciekniemy od polityki…

  • prezydenta moglibyśmy opłacać przez 6 983 lata[9]
  •  premiera przez 8 418 lat[9]
  • pensje posłów mielibyśmy z głowy przez 39 lat[9]
  • a senatorów przez 140[9]
  • przez 25 dni moglibyśmy opłacać wszystkie koszty programu 500+[10]

Mam nadzieję, że pomogłem.

[1] 5 mld zł – wartość ziemi inwestycyjnej sprzedanej w 2017 roku
[2] Wskaźniki makroekonomiczne GUS za 2017, założony koszt mieszkania to 400 000 zł
[3] Przychody Legii Warszawa w sezonie 2016/17 wyniosły 281 mln zł, rzychody Ekstraklasy w sezonie 2016/17 707 mln zł
[4] GUS, wartość skupu owoców oraz grzybów leśnych w 2016 roku
[5] Cena tabliczki czekolady 3,5 zł, wysokość tabliczki 1 cm
[6] Cena litra piwa 4 zł, wymiary basenu olimpijskiego 50x25x3 metry
[7] Cena kilograma parówek 15 zł, długość jednej 20 cm
[8] Cena 1m3 najdroższego świerku wg cennika nadleśnictwa Białowieża 652 zł, kubatura PKiN 817 tys. m3
[9] Pensja prezydenta wyliczona wg ustawy „O wynagrodzeniu osób zajmujących kierownicze stanowiska państwowe”, pensje premiera, posłów i senatorów na podstawie danych KPRM
[10] Koszt programu „500+” na podstawie budżetu za rok 2017

 
Categories

Polski projekt Shoetopia: wydrukujmy sobie buty

Dziś luksusowe produkty nie kojarzą się raczej z recyklingiem. Wykorzystanie technologii na rzecz ekologii wiązałoby się nie tylko ze zmianą spojrzenia na świat modowych wartości, ale i jej estetyki. Rewolucyjne hasła Stelli McCartney czy Vivienne Vestwood nawołujące do porzucania naturalnych skór i futer jakoś lepiej wyglądają na murach niż w Vogue. A jednak coraz więcej jest oddolnych ruchów i projektów, które stoją w opozycji do wielkich domów mody. Także w Polsce, czego przykładem jest projekt Shoetopia.

“Green is the new black” to nośne hasło mody etycznej, zmierzającej do świadomej i odpowiedzialnej konsumpcji. Rodzaj trendu czy nowej postawy społecznej, który nie tyle zastępuje, co rozwija się równolegle do oficjalnego rynku. Składa się na niego sposób produkcji, sprzedaży, eksploatacji, przechowywania czy transportu odzieży. W każdym z tych elementów kluczowe znaczenie może mieć wykorzystanie nowoczesnych technologii. To właśnie one otwierają nieznane dotąd drogi myślenia o modzie, pozwalają na realizację tego, co jeszcze kilka lat temu było jedynie wizją projektanta.

Zuzanna Gronowicz i Barbara Motylińska, absolwentki wydziału wzornictwa przemysłowego na warszawskim ASP, stworzyły projekt Shoetopia – butów konstruowanych przy użyciu drukarki 3D. Już sama nazwa konceptu zwraca uwagę na wielkie wyzwanie, jakim jest stworzenie obuwia, które byłoby alternatywą dla milionów par rocznie sprowadzanych z Chin.

Shoetopia to projekt, w którym próbujemy zaangażować użytkownika w proces kreacji i produkcji własnych butów. Stoi za tym nasze ukryte marzenie dotyczące tego, jak chciałybyśmy, żeby w przyszłości myślano o projektowaniu, czyli w bardziej odpowiedzialny środowiskowo sposób – mówi Barbara Motylińska.

Początki były jednak trudne, bo jak dodaje: – Nasza ścieżka do realizacji marzeń była bardzo pokrętna. Zaczynałyśmy od wycieczki do praskich rzemieślników, żeby zobaczyć, jak wygląda ręczna produkcja w małej skali. Ostatecznie drogi doprowadziły nas właśnie do druku 3D. Raz, że przy jego pomocy można było użyć biodegradowalne materiały, a dwa, że rozwiązywały problemy transportu i wysyłki. Użycie tej technologii umożliwiłoby nam w przyszłości również całkowite pominięcie stadium produkcji w fabryce.

mat. Shoetopia
mat. Shoetopia

Dzięki specjalnie zaprojektowanej aplikacji mobilnej, potencjalny klient będzie mógł idealnie dobrać je do rozmiaru swojej stopy, wybrać wzór i kolorystykę. Projektantki chciałyby, żeby w docelowej aplikacji można było wpisać swój wzrost i wagę, a to już krok w stronę biomechanicznej personalizacji. – Użytkownik mógłby również wykonać zdjęcia rzutów swojej stopy lub ją zeskanować, tworząc jej trójwymiarowy model. Mogłoby mieć to swoje odzwierciedlenie w specjalnie wyprofilowanej wkładce – dodaje Motylińska.

Sama struktura buta powstaje bez potrzeby użycia kleju, przy wykorzystaniu biodegradowalnych filamentów bezpośrednio nadrukowywanych na wełniane i bawełniane tkaniny. Dzięki temu końcowy projekt w postaci pliku moglibyśmy wysłać do pobliskiej drukarni 3D.

Dzięki specjalnej aplikacji mamy więc szansę zaprojektować swoje wymarzone, idealnie dopasowane buty.
Wierzymy, że dzięki świadomości wszystkich elementów procesu, w którym bierzemy udział, pomiędzy użytkownikiem a produktem buduje się inny, o wiele głębszy związek – mówi Motylińska. W prosty, przystępny sposób dostajemy więc szansę kupowania tylko tego, co naprawdę nam się podoba i co jest potrzebne.

mat. Shoetopia
mat. Shoetopia

To pomysł dający nam realne narzędzia walki z nadprodukcją, a co za tym idzie, ogromną ilością odpadów i zanieczyszczeń, bo w ciągu mijającej właśnie sekundy na wysypisko śmieci trafiła ciężarówka wypchana ubraniami. Buty, które nosimy obecnie, są najczęściej produkowane z tak dużej ilości materiałów, że nie da się ich poddać recyklingowi. Może więc zamiast 10 par kolorowych nike-ów i conversów, które stylowo rozpadają się co sezon, moglibyśmy mieć jedną, ukochaną parę butów z wymiennymi częściami. Pytanie tylko, czy rzeczywiście chcemy?

Projektantki Gronowicz i Motylińska proponują nam nowy sposób myślenia o naszych potrzebach i rolach w świecie mody. Utopijne jest tu nie tyle założenie technologiczne – bo potrzebne narzędzia już mamy – co ideowe.

mat. Shoetopia

Największym wyzwaniem jesteśmy my sami: klienci, których potrzeby nigdy się nie kończą. Wiele jednak zależy też od projektantów. Marki wykorzystujące nowoczesne rozwiązania, twierdzą, że sukces komercyjny odniosą tylko Ci, którzy odpowiadają aktualnym modom. A na naszą etyczność raczej nikt tu nie liczy. Zastępowanie dostępnych materiałów, tworzenie nowych, niezwykłych form czy rozpowszechnianie alternatywnych sposobów produkcji zda egzamin tylko wtedy, gdy będzie nam się podobać i gdy będzie nas na nie stać. Mówiąc krótko: gdy będzie modne i przystępne.