Categories

Innowacyjność nie zna granic. 10 nietypowych pomysłów na biznes

Odstraszacz kun, sztuczne rzęsy, a może gadżet erotyczny analizujący nasze doznania seksualne? Na rynku nie brakuje startupów z oryginalnymi pomysłami. Niektóre z nich bez problemu znajdują inwestorów i rozkręcają swoją działalność.

Od kilku lat w Polsce panuje prawdziwa moda na zakładanie startupów. Swego czasu nie było dnia, by w Warszawie jakiś bilbord nie informował mnie, że gdzieś odbywa się konferencja dotycząca młodej, innowacyjnej przedsiębiorczości. Jako dziennikarz specjalizujący się w działce finansowej, siłą rzeczy uczestniczyłem w niektórych z tych wydarzeń. Dzięki temu miałem okazję poznać naprawdę nietypowe pomysły na biznes. Część z nich chciałbym tutaj w skrócie opisać. Są one bowiem dowodem na to, że z pozoru bardzo awangardowy i niszowy pomysł może okazać się strzałem w dziesiątkę. Białostocki raper LUC recytuje w jednej z piosenek, że „Polacy kombinowanie mają przyspawane do plemników”. Zobaczcie zatem, jak dobrze nasi rodacy, i nie tylko oni, potrafią kombinować…

Erotyczny gadżet z aplikacją
Poprawa jakości życia seksualnego ludzi na całym świecie, w prosty i naturalny sposób, dzięki wykorzystaniu wiodących technologii – taką szczytną misję mają do zrealizowania założyciele polskiego startupu Lovely Inc. Ich produkt to gadżet erotyczny w postaci elastycznego pierścienia ze specjalną wkładką wibrującą. Nie jest to jednak zwykła zabawka do poprawy seksualnych doznań. Gadżet ten zawiera sensor ruchu i poprzez bluetooth wysyła aplikacji Lovely Ap dane dotyczące stosunku. Na podstawie tych danych oraz przy uwzględnieniu ankiet i wywiadów udzielonych w aplikacji przez partnerów, algorytm dobiera dopasowaną dla pary poradę. – Wszystkie porady w Lovely App zostały przygotowane przez współpracujących z nami seksuologów. Porady występują w formie sugestii nowych pozycji, technik stymulacji oraz innych kwestii związanych z seksem (gra wstępna, urozmaicanie pożycia, komunikowanie pragnień) i są generowane przez Lovely App po każdym stosunku – czytamy w opisie produktu. W 2016 r. Lovely Inc. został wybrany najlepszym startupem hardware’owym na festiwalu technologicznym Tech Open Air w Berlinie. W zeszłym roku na platformie crowdway.pl firma zebrała 1,64 mln zł od 143 inwestorów. A wydawałoby się, że w Polsce kwestie seksu, nie mówiąc już o erotycznych urozmaiceniach pożycia, to absolutny temat tabu.

Odstraszacz dzikusów
Nie wiem ile osób spotkało się z intruzem w postaci leśnej kuny, która lubi zakradać się pod maski samochodów i siać spustoszenie w instalacjach elektrycznych i warstwach izolacyjnych. Okazuje się jednak, że na tyle dużo, by startup Kunagone opatentował odstraszacz dzikiej zwierzyny w postaci wyzwalacza naturalnych zapachów psa. Ten ostatni jest bowiem naturalnym wrogiem kun. Produkt polskiego startupu to coś w rodzaju pudełka zapachowego, zawierającego włosie czworonożnego przyjaciela poddane obróbce termicznej, z dodatkiem wosku roślinnego z nutą zapachową dodatkowo odstraszającą dzikie zwierzęta. Wystarczy go ponoć umiejscowić w atakowanym obiekcie i problem mamy z głowy. Jedna sztuka kosztuje niecałe 10 zł, a 24-pak 210 zł. W 2017 r. firma sprzedała 20 500 sztuk swojego produktu. Aktualnie Kunagone zbiera kapitał na platformie equitycrowdfundingowej Beesfund. W ostatni wtorek, po 8 z 60 dni zbiórki, 33 akcjonariuszy wyłożyło na stół 19 tys. zł. Celem jest 400 tys. zł. Trudno powiedzieć, czy uda się zebrać całą kwotę, ale trzeba przyznać, że pomysł, choć nie bazuje na nowych technologiach, jest bardzo oryginalny. Być może jest on nastawiony na trend urbanizacyjny, w którym coraz więcej mieszkańców miast przenosi się na ich przedmieścia, gdzie łatwiej spotkać dziką zwierzynę.

 

Doklej sobie rzęsy
– Znaleźliśmy idealną okazję biznesową w bardzo nieoczekiwanym miejscu i musieliśmy nauczyć się wszystkiego od samego początku – mówili w wywiadzie dla portalu fintek.pl Paweł i Karol Wojciechowscy, dwaj byli bokserzy, którzy odnaleźli swoją niszę w branży kosmetycznej i założyli firmę Noble Lashes. Panowie postanowili wprowadzić na rynek szeroki wachlarz sztucznych rzęs oraz rozmaite akcesoria do ich pielęgnacji. W ofercie znajdziemy m. in. rzęsy jedwabne, wykonane z jedwabnych protein pochodzenia naturalnego, jak również rzęsy z domieszką włókna syntetycznego. Twórcy Noble Lashes chwalą się na swojej stronie, że ich produkt jest lekki, naturalnie wygięty, świetnie wygląda i jednocześnie nie obciąża naturalnych rzęs. Wydaje się, że pomysł świetnie wpisuje się w postępujący na świecie trend poprawy własnej urody, a przy tym – w przeciwieństwie do niektórych operacji plastycznych – nie jest inwazyjny dla ludzkiego organizmu. Firma nie narzeka na brak odbiorców. Swoje produkty eksportuje do ponad 30 krajów.

Skarpety a’la bułka z masłem
Okazuje się, że pomysł na biznes nie musi być wcale bardzo wyszukany. Swojej niszy można wciąż szukać w branży odzieżowej. Tak zrobiło trzech kumpli ze szkolnej ławki, którzy założyli Spox Sox, czyli firmę produkującą skarpetki o nietypowych wzorach. Panowie chcieli stworzyć alternatywę dla drogich produktów znanych marek, jednocześnie wnosząc w życie swoich klientów trochę więcej kolorytu. Ich produkty mają bowiem bardzo oryginalny design i równie oryginalne nazwy. W ofercie znalazłem m. in. takie oto modele: bordowa rozeta, co ma piernik do wiatraka, bułka z masłem, moda na sukces, czy ślepy jak kret. Para takich skarpet kosztuje 20 zł. Wydaje mi się, że w dobie odzieżowych sieciówek i chińskiej bylejakości, taki pomysł ma szansę powodzenia. Zwłaszcza, że na rynku pojawia się coraz więcej unikatowych marek odzieżowych sprzedających swoje produkty w sieci i cieszą się coraz większą popularnością klientów. Spox Sox zaczynał na przełomie 2015/2016 r. i już może pochwalić się kilkoma sukcesami. – Wysłaliśmy nasze kolorowe skarpetki do ponad 30 krajów na pięciu kontynentach. Przez ten czas sprzedaliśmy kilkadziesiąt tysięcy par skarpet, a do produkcji zużyliśmy przędzę bawełnianą liczoną w tonach – mówił w 2017 r. w wywiadzie dla portalu mambiznes.pl Bartosz Balcarek, jeden z założycieli firmy.

Moda dla czworonga
Z branżą odzieżową, choć skierowaną do zupełnie innego klienta niż Spox Sox, wiąże się także firma Warsaw Dog. Zajmuje się ona produkcją modowych akcesoriów dla… psów. Szelki, smycze i obroże tworzone są pod hasłem  #psiehajfaszyn i mają wyróżniać się na ulicy unikalnymi wzorami, inspirowanymi aktualnymi trendami i modą uliczną. Produkty są tworzone lokalnie przy wykorzystaniu usług polskich dostawców, a ich projektowaniem zajmują się absolwenci Akademii Sztuk Pięknych.

Pamiętam jak jedna z założycielek firmy – Zosia Kwiatkowska, mówiła w 2017 r., podczas finału konkursu CVC Young Innovator Awards, że klienci firmy pytali, czy do akcesoriów dla czworonogów można dokupić gadżety z tej samej linii, ale dedykowane właścicielowi. Na sali zrobiło się wesoło, ale założyciele Warsaw Dog potraktowali to pytanie poważnie i wprowadzili również linię akcesoriów dla ludzi, w tym m.in. nerkę spacerową, woreczek na smakołyki, czy kupownik (czyli pojemnik na woreczki do sprzątania). – Dwa lata temu, rozpoczynając działalność, skorzystaliśmy z rządowego programu „Wsparcie w Starcie”. Od samego początku Warsaw Dog jest przedsięwzięciem rentownym i stale dynamicznie rozwija się w nowych kierunkach. Aktualnie na zespół składają się cztery osoby, ale firma przewiduje, że stworzenie linii produktów dla ludzi pozwoli na stworzenie kolejnych miejsc pracy – mówiła podczas wspomnianej konferencji Zosia Kwiatkowska. Muszę przyznać, choć to oczywiście kwestia gustu, że produkty Warsaw Dog są całkiem ładne i jako właściciel czworonoga nie dziwie się, że ktoś chce po prostu ozdobić nieco swojego pupila.

Senior też DJ
Na wspomnianym finale konkursu CVC Young Innovator Awards zetknąłem się także z innym bardzo ciekawym projektem. To Dancing Międzypokoleniowy, czyli inicjatywa Pauliny Braun, która za cel obrała sobie przeciwdziałanie wykluczeniu osób starszych ze względu na wiek oraz łącznie pokoleń. Jak podkreślała twórczyni projektu – Dancing uczy tolerancji i odwagi życiowej, inspiruje do rozwijania swoich pasji niezależnie od wieku. Paulina Braun prowadzi start-up w ramach działań Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości w Warszawie. Bazowym działaniem jest organizacja potańcówek w modnych, stołecznych klubach. Ale na tym nie koniec.

W ramach projektu prowadzona jest także Senior Djs Academy, czyli akademii, w której seniorzy uczą się zawodu didżeja. Firma prowadzi też agencję castingową, z której można „wynająć” seniorów do produkcji filmowo-telewizyjnych seniorów. Jeśli nie wierzycie w powodzenie tego projektu, to zajrzyjcie na profil Dancingu na Facebooku, a tam znajdziecie zajawki różnych inicjatyw, w które zaangażowani byli seniorzy, w tym m. in. współpraca w telewizjami i youtuberami. Inicjatywa Pauliny Braun jest odpowiedzią na zachodzące zmiany demograficzne i problem starzejącego się, polskiego społeczeństwa. Pisałem już na łamach HiCash.pl o tym zjawisku (tzw. srebrne tsunami) zwracając uwagę na perspektywiczność biznesów wychodzących naprzeciw czekających nas wiekowych problemów.

Wraca moda na leżakowanie
Z ważnym problemem, a mianowicie permanentnym zmęczeniem dotykającym zapracowanych osób, próbuje zmierzyć się Magdalena Filcek, właścicielka wrocławskiej Kawiarenki Snu. W ostatni wtorek na portalu mambiznes.pl natknąłem się na informację, że w stolicy Dolnego Śląska otwiera ona pierwszą tego typu miejscówkę na świecie – Vinci Power Nap. Kawiarenka reklamuje się jako miejsce idealne do relaksu i regeneracji. Skierowane jest przede wszystkim dla pracowników korporacji, średnich i małych przedsiębiorstw. – Dziś ładujemy baterie telefonów, samochodów. czas pomyśleć też o nas – ludziach – mówiła w wywiadzie dla mambiznes.pl Magdalena Filcek. Podobno ma nam wystarczyć 20 min, by naładować akumulatory i z werwą wrócić na open space naszego korpo.

Relaks w takiej kawiarence nie oznacza, że dostaniemy tylko kojo i budzik, ale przede wszystkim jest tam innowacyjny system regeneracji bazujący na integracji sensorycznej. Jak można przeczytać w opisie firmy, dzięki autorskiej aranżacji wnętrza i wykorzystaniu zawieszonych w przestrzeni chust, sprawia, że odpoczynek przypomina ciału kołysanie w ramionach mamy, przytulanie, bezwzględną akceptację. W kawiarence wykorzystano instalacje oddziałujące na wszystkie ludzkie zmysły, w tym m. in. delikatny półmrok, specjalnie skomponowana ścieżka dźwiękowa, czy też orzeźwiający tlen. W przedszkolu leżakować kazano nam obowiązkowo, może to najwyższy czas, by taki obowiązek wprowadzić także w firmach. Zwłaszcza, że obie strony będą miały z tego pożytek – pracownik lepsze samopoczucie, a pracodawca efektywnego podwładnego.

Od mema do waluty
W świecie kryptowalut także istnieją interesujące i awangardowe pomysły. Jednym z nich, wprawdzie nie polskim, jest niewątpliwie dogecoin, czyli cyfrowy token, którego nazwa wywodzi się od popularnego w sieci mema o nazwie „pieseł”. Wydawać by się mogło, że tak jak mem, tak i inspirowany nim token będzie żartem. Twórcy dogecoina postanowili jednak wykorzystać modę na psa rasy Shiba, by stworzyć cyfrowy środek płatniczy z jego wizerunkiem. Chcieli w ten sposób dotrzeć do szerszego grona odbiorców niż bitcoin (było to w grudniu 2013 r.), tworząc walutę przywołującą przyjemne, wręcz rozrywkowe skojarzenia. Bitcoina przebić się nie udało, ale wielu użytkowników memowej waluty chwali sobie ją za prostotę. – Z powodu dość luźnego podejścia projekt nie rozwija się zbyt dynamicznie. Nie jest jednak martwy, gdyż sporo użytkowników wciąż wydobywa dogecoina – czytam na portalu bithub.pl. Jak na żartobliwe podejście do biznesu, „piesełcoin” całkiem nieźle sobie radzi. Jego rynkowa kapitalizacja, według portalu coinmarketcap.com, sięga blisko 900 mln dol.

Patent na gwałciciela
– Kiedy Sandra Seilz została napadnięta przez trzech pijanych mężczyzn podczas joggingu w jednym z lokalnych zagajników, napastnicy byli o krok od zdarcia z niej ubrania. Uratował ją przypadkowy przechodzień, dzięki któremu udało jej się uciec. Ale doskonale zdawała sobie sprawę, co jej groziło – czytam w serwisie innpoland.pl. Ta sytuacja skłoniła ofiarę do zaprojektowania Safe Shorts , czyli ochronnych spodenek, które zabezpieczają intymne miejsca kobiecego ciała przed atakiem napastnika. Są one wykonane z tego samego materiału, co kamizelka kuloodporna, posiadają system szyfrowanych zamków, a także wbudowany system alarmowy emitujący dźwięk o mocy 130 decybeli. Rozwiązania te są możliwie do zaadaptowania także do innych rodzajów garderoby, nie tylko do sportowej. Pomysł wydaje się całkiem obiecujący, zwłaszcza, że niedawna akcja #metoo uświadomiła wszystkim o jakiej skali zjawisku mamy do czynienia. Warto dodać, że mimo wysokiej ceny 149 euro, pierwsza partia Safe Shorts rozeszła się w Niemczech w oka mgnieniu.

Udekoruj swój tron
I na koniec prawdziwy hit, ale bez happy endu, czyli sedesy.com. Kilka lat temu można było przeczytać o tym startupie, który sprzedawał akcesoria do „tronów”. Były to głównie unikatowe deski klozetowe i śmieszne naklejki oraz tabliczki na drzwi. – To się nazywa znaleźć swoją niszę! Sedesy.com jak sama nazwa wskazuje jest to sklep „z akcesoriami” do „tronów” które powinny być godne króla. Nie dość, że serwis jest stylistycznie z tak zwanym „jajem” to jeszcze ma kilka ciekawych produktów, choć trzeba przyznać że asortyment jest na razie ograniczony – pisał w 2010 r. na portalu antyweb.pl Grzegorz Marczak. Pomysł był niewątpliwie awangardowy, ale chyba nie wypalił. Pod wspomnianym adresem nie ma już bowiem sklepu z adekwatnymi akcesoriami. Szkoda. Ale takie są biznesowe realia. Nie każdy może być „królem sedesów”, jak ojciec Laski, bohatera filmu „Chłopaki nie płaczą”. Opisane jednak wyżej pomysły pokazują, że „królami życia” można zostać na wiele innych sposobów.

 

 
Categories

Oszczędzanie: Za hajs banku baluj

W dwóch poprzednich częściach pokazałem wam, jak przekazać trudny obowiązek oszczędzania w ręce banku, i w jaki sposób zablokować odłożone pieniądze. Dzisiaj zaproponuję zbudowanie pierwszej w waszym życiu piramidy finansowej. W dobrym tego słowa znaczeniu, bo zarobimy uczciwie.

Budowanie naszej piramidy może chwilę potrwać, bo zależy od tego, jakie promocje oferują banki. Widzicie, bankowcom skończyły się pomysły na przyciąganie nowych klientów indywidualnych. Nikt nie jest w stanie zaproponować korzystnej lokaty. W dobie wszechobecnych płatności kartą, sieć bankomatów nikogo nie interesuje. Darmowe przelewy? Ma je chyba każdy. Brak opłat za kartę? No raczej. Aplikacja mobilna? Wiadomo. BLIK? Oczywiście. Czym zatem mają nęcić nas banki?

Bank płaci za otwarcie konta
Zdesperowani marketingowcy wymyślili, że warto byłoby rzucić w klienta gotówką. Dosłownie. I zaczęli rzucać. Na rynku jest masa propozycji otwarcia konta w zamian za pieniądze, zniżki w dużych sklepach czy kupony na Allegro. Banki rozdają również karty kredytowe za hajs, ale tutaj zalecam pewną ostrożność. Kredytówki są świetnym źródłem taniego kredytu, jednak trzeba wiedzieć dokładnie jak z nich korzystać.

Po znalezieniu odpowiednio zyskownej promocji, uważnie wczytujemy się w jej regulamin. Głupio byłoby zorientować się poniewczasie, że darmocha jest przez pierwszy kwartał a później bank zaczyna nas łoić potrójnymi opłatami za oddychanie. Jeżeli wszystko, łącznie z hajsem się zgadza a warunki są dla nas do spełnienia, otwieramy sobie konto bankowe. I czekamy na następną promocję.

Jednocześnie zaczynamy sobie rozrysowywać miesięczne przepływy środków między kontami. Załóżmy, że w warunkach promocji jest konieczność comiesięcznego wpływu 1500 złotych i realizacji dwóch przelewów. Wtedy z naszego głównego konta ustawiamy stałe zlecenie na przelew tej kwoty na konto promocyjne.

Następnie zerkamy w kalendarz naszych zobowiązań i patrzymy, czy mamy jakiś termin w okolicach 7-go każdego miesiąca. Jeżeli tak, ustawiamy stałe zlecenie z konta promocyjnego. A drugie, powrotne na nasze konto główne. W tym momencie nasze konto promocyjne zaczyna zarabiać na siebie podwójnie. Inkasujemy nagrody z nowego banku i już nigdy nie spóźnimy się z płatnościami. Co oznacza brak opłat za zwłokę? Brak opłat za zwłokę oznacza zysk.

Żonglerka przelewami
Z biegiem czasu i uruchamianiem przez banki nowych promocji, nasza struktura będzie się rozbudowywać i zmieniać. Być może uda się wam połączyć nowe konta nie w piramidę a w koła. Czyli macie trzy promocje wymagające comiesięcznych wpłat na konto. Wrzucacie kasę na pierwsze konto, z niego ustawiacie przelew na drugie, z drugiego na trzecie i tak dalej. Liczba kont w kręgu jest dowolna, ale według mnie im więcej, tym zabawniej.

Cały ten proces wymaga od nas trzech rzeczy.

*Dokładnego sprawdzenia warunków promocji – chcemy przecież uniknąć późniejszych opłat za cokolwiek, co może zjeść nasz zysk.

*Terminowego przelewania środków – to załatwią nam stałe zlecenia, których ustawienie to chwila.

*Wyszukiwania nowych promocji – to załatwiają za nas liczne strony zbierające i analizujące takie propozycje.

Po zakończeniu promocji i wypłaceniu premii, trzeba odpowiedzieć sobie na jedno ważne pytanie – czy potrzebujemy takiego konta? Jeżeli nie, bo na przykład nie robimy z niego żadnego ruchu, zamykamy. Praktycznie wszystkie promocje są dla nowych klientów banku. Jeżeli będziemy w nim mieli konto z poprzedniej akcji, nie skorzystamy z nich. Szkoda kasy.

Na co jeszcze czekacie? Poszukajcie stron o zarabianiu na bankach, odpalajcie notes albo Excela i do roboty. Pieniądze same się nie zarobią.

 
Categories

Najpopularniejsze filmy na polskim YouTubie: muzyka i jeszcze więcej rapu

“Uwaga jest walutą biznesu” – powtarza gwiazda marketingu Gary Vaynerchuk. Gdyby przeliczyć uwagę polskiego widza na pieniądze, najwięcej monet generowaliby Mostowiakowie w serialu M jak Miłość (każdy odcinek przyciąga przed ekrany 6,4 mln Polaków). Najlepsze polskie wideo YouTubie może nie mają tak wiernych widzów, ale za to tych najmłodszych, na których zawzięcie polują marki i marketerzy. Sprawdzamy, gdzie są pieniądze w polskim YouTubie.

Muzyka i jeszcze więcej rapu

Tak jak na świecie triumfy święci “Despacito” z wynikiem odsłon na YouTubie wskazującym na to, że połowa mieszkańców globu odtworzyła hit co najmniej raz, tak nad Wisłą każdy Polak trzykrotnie mógł obejrzeć teledysk do utworu “Miłość w Zakopanem” Sławomira ( film zebrał 112 mln wyświetleń w ciągu dziewięciu miesięcy!).

  1. Sławomir, Miłość w Zakopanem 112 mln wyświetleń w 9 miesięcy!

Teledyski to absolutny numer jeden treści na YouTubie. W ubiegłym roku wspomniane Despacito Luisa Fonsiego ustanowiło zresztą nowy światowy rekord wszystkich filmów w historii serwisu  –  w ciągu nieco ponad roku zyskało 4,8 mld odsłon, czym zdeklasowało dotychczasowego lidera – piosenkę ze ścieżki dźwiękowej do “Szybkich i wściekłych 9” – See You Again Wiz Khalify (3,4 mld wyświetleń od 2015 roku) i Gangam Style rapera Psy (3,1 mld wyświetleń zebranych w ciągu pięciu lat.

Polskim Wiz Khalifą jest zdecydowanie Quebonafide – raper, który wygrał w ubiegłym roku polski internet, a w czołówce najpopularniejszych filmów zajmuje drugą i czwartą pozycję. Oba rekordowe wideo Quebonafide zebrały 83,3 mln wyświetleń i pochodzą z epki “Dla fanów Eklektyki”. Z pewnością stanowiły sposób na otarcie łez fanów, którym raper w październiku 2017 roku oświadczył, że znika z mediów społecznościowych aż do skończenia prac nad kolejną płytą.

  1. Quebonafide feat. ReTo – Half dead (prod. High Tower) – 44,8 mln wyświetleń w 8 miesięcy

Quebonafide miałby dwa miejsca na podium najpopularniejszych polskich wideo w sieci, gdyby trzeciego nie wyrwała mu rodzima, kabaretowa wersja Despacito – Wieśka Tico. Parodia hitu to nie jest debiut Kabaretu Czwarta Fala na YouTubie: w serwisie są aktywni od pięciu lat, zasili go do tej pory ponad sześćdziesięcioma skeczami, parodiami i przeróbkami piosenek. Żadna nie okazała się jednak tak doniosła jak Wieśka TICO.

  1. WIEŚKA TICO (DESPACITO PARODIA- Luis Fonsi) || Kabaret Czwarta Fala Łukasz Sienicki & Artur Telus – 41,6 mln wyświetleń w 8 miesięcy

4. Quebonafide ft. Klaudia Szafrańska – Candy (prod. Deemz) – 38,8 mln wyświetleń

Mocna pozycja polskiego rapu na YuTubie jest zadziwiająca! W pierwszej piątce hitów przełomu 2017/18 znajduje się pozycja jeszcze jedno wideo z gatunku – zjednoczone siły trzech raperów przyciągnęły do tego numeru widza ponad 43 mln razy!

5. Deemz X Bedoes X PlanBe – Eldorado – 43,7 mln w 4 miesiące

Od szóstego miejsca zaczyna się dywersyfikacja muzycznych gustów Polaków. Tutaj wkracza flanka disco polo z wciąż utrzymującym się hitem ostatniego roku zespołu Top Girl – Mleczko, Lalunią zespołu Mig czy polską muzyką klubową w wykonaniu ulubionej gwiazdy Eski C-BooLa – wszystkie teledyski zebrały dotąd widownie w okolicach 30 mln wyświetleń.

Długo, długo nic i… Hymn Świeżaków!

W poszukiwaniu treści innych niż polskie teledyski trafiłam na Hymn Świeżaków z imponującą liczbą 20 mln wyświetleń zdobytych jedynie w 6 miesięcy (co jest dowodem na to, że marki mogą nie tylko współpracować z twórcami treści na YouTube, ale mogą je z powodzeniem tworzyć).

Hymn Świeżaków – 20,8 mln w ciągu 6 miesięcy!

Magiczną barierę 10 mln wyświetleń udało się w 2017 roku przekroczyć również pierwszemu odcinkowi satyry politycznej Ucho Prezesa.

Ucho Prezesa odc. 1 prawie 10 mln wyświetleń w ponad rok!

W przyszłym tygodniu przeskanujemy czołówkę polskich youtube’owych celebrytów.

 

 
Categories

Fake newsy zmieniają rynek. Czas zarabiać na treściach w sieci?

Wyrażeniem roku 2017 było fake news. Ale to nie tylko chwytliwa nazwa. To zjawisko, które postawiło na głowie największe wybory prezydenckie na świecie i zmusiło internautów do zweryfikowania podejścia do konsumowanych treści. Czy sparzeni falą niesprawdzonych treści użytkownicy są wreszcie w stanie płacić za rzetelne informacje? Na jakich treściach można dziś zarabiać?

Jest prawda, gówno prawda i prawda internetu
Internet całkiem zmienił sposób, w jaki dowiadujemy się o świecie. I chociaż zrobił to samo, co wcześniejsze nośniki informacji: gazety, radio, a potem telewizja, czyli pozwolił informacjom docierać do maksymalnej liczby odbiorców w możliwie najkrótszym czasie, to trzeba przyznać, że czas ten skrócił do minimum. Wiadomości i idee zaczęły rozprzestrzeniać się w zawrotnym tempie, sprawiając że dobrze efekt kuli śniegowej (choć dziś wolimy mówić “viralowy”) osiągamy dziś w mgnieniu oka.

Zniknęły też bariery – masową komunikację może uprawiać teraz każdy. Kowalski wrzucający filmik z demonstracji w sekundę staje się dziennikarzem. I to w internecie jest fajne, autentyczne, świeże, demokratyczne. Wreszcie spełniliśmy marzenie pielęgnowane od czasów pierwszej starożytnej demokracji: powstała modelowa Agora – miejsce, w którym każdy może zabrać głos. Cieszymy się, że błyskawicznie możemy rozprzestrzenić informację o tym, że jesteśmy na wczasach pod palmą i apel o wsparcie kogoś bliskiego w potrzebie. Czasem tylko zapominamy, że równie szybko rozsiewamy piramidalne bzdury.

Pół biedy, jeśli powielamy durnoty w stylu “Jedno wideo jest warte więcej niż 1,8 mln słów”, które od kilku lat króluje w marketingowych prezentacjach. Żeby nie brzmiało podejrzanie, dodaje się, że autorem twierdzenia  jest James McQuivey’s, jeden z głównych analityków szanowanego Forrester Research. Wszystko się zgadza, oprócz tego, że McQuivey nie powiedział tego na poważnie. Po prostu “policzył”, że skoro mówi się, że jeden obraz jest wart tysiąc słów, a w wideo mamy ok. 30 obrazów na sekundę, to gdy weźmiemy standardowym format 60-sekundowego filmu, mamy jak nic równowartość 1,8 miliona słów. Wszystko się zgadza, prawda? Tak, tylko że nie. Czy na pewno minutowe wideo z kotkiem jest warte więcej niż Stary i Nowy Testament? Gorzej, gdy granice między prawdą i fałszem zacierają nam się w sferze polityki.

Hitem polskich fake newsów była ostatnio podana przez Polską Agencję Prasową, a potem ochoczo cytowana przez media informacja, że premier Mateusz Morawiecki wspiera WOŚP. W informacji powoływano się na tweeta premiera. Tyle, że tweet pochodził z konta, które do premiera nie należy. Ktoś podszywa się pod niego w serwisie społecznościowym. Media informację sprostowały. ale czy dotarła do wszystkich, którzy dowiedzieli się o charytatywnej działalności premiera? Nie sądzę.

Rok 2016 pokazał nam wszystkim, że żarty się skończyły, bo okazało się, że nieprawdziwe informacje (tzw. fake newsy) łykamy bezkrytycznie na taką skalę, że można nimi zmanipulować wyniki wyborów prezydenckich w jednym ze światowych mocarstw.

– Nabieramy się na tak absurdalne treści w sieci, że aż trudno uwierzyć. Bardzo często naprawdę wystarczy włączyć myślenie. Warto też sprawdzić pochodzenie newsa. Czasem te informacja pojawiają się na stronach, które mają imitować wiarygodne źródło. Wystarczy sprawdzić adres url, datę, czy ktoś się pod tą treścią podpisuje. W profilach społecznościowych czasem wystarczy sprawdzić, czy dany profil ma na przykład  historię wpisów – mówi Wiktor Nowak prezes zarządu organizacji fact-checkingowej Demgog, która edukuje i sprawdza wypowiedzi polityków, szczególnie wtedy, gdy ci powołują się na jakieś dane. Codziennie na stronę stowarzyszenia trafiają wypowiedzi polityków, które są weryfikowane i przydzielane do jednej z kategorii: prawda, fałsz, manipulacja lub nieweryfikowalne z uzasadnieniem.

Donald Trump i fabryki fake newsów
Ujawnienie możliwego wpływu szemranych treści na wyniki wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych wstrząsnęło opinią publiczną. Specjaliści z Uniwersytetu Standford obliczyli, że w ostatnich trzech miesiącach kampanii prezydenckiej Trump-Clinton w sieci krążyło 156 nieprawdziwych historii związanych z wyborami. Najczęściej komentowane wiadomości faworyzowały przyszłego prezydenta USA (źródło: Silverman, 2016): “Papież Franciszek poparł Donalda Trumpa” – głosiła jedna z nich.

Ponad sto stron z sensacyjnymi i nieprawdziwymi informacjami wspierającymi Donalda Trumpa powstało w 55 tysięcznym miasteczku Veles w Macedonii. To m.in. stamtąd płynęły informacje oczerniające Hilary Clinton i wzmacniające pozycję Trumpa. Magazyn Wired opisał jednego z macedońskich fake newsowych przedsiębiorców – 18-letniego Borisa, który prowadził dwie strony m.in. z “informacjami” o kandydatach.

Nie do końca jasne jest to, skąd młody Macedończyk brał publikowane treści. Reporter Wired stwierdził, że poziom jego angielskiego z pewnością nie pozwolił na napisanie wszystkich artykułów. Wiadomo natomiast, że zasięg rozprzestrzenianych przez Borisa informacji był ogromny, choć nastolatek w ogóle polityką się nie interesował. Publikował po prostu najbardziej sensacyjne newsy, żeby zarabiać na liczbie wejść na swoją stronę. Tylko podczas trzech ostatnich miesięcy kampanii prezydenckiej w USA wpadło mu z tego tytułu 16 tys. dolarów (14 razy tyle, ile przeciętny Macedończyk zarabia w tym okresie).

Absurdalną pointę do amerykańskiego rozdziału historii fake newsów dopisał sam Trump, który w talk show stacji TBN powiedział: “Jednym z najwspanialszych określeń, jakie wymyśliłem, jest  słowo “fake”. Tyle że… nie on je wymyślił. Król fake newsów jest tylko jeden.

– Pierwsze portale fact-checkingowe, które sprawdzały prawdziwość wypowiedzi osób publicznych powstawały w Stanach już w 2010 roku, a same fake newsy mają historię znacznie dłuższą niż kampania prezydencka w USA z 2016 – mówi Wiktor Nowak.

Fake biznes to newsy i sztuczne zasięgi
W ostatnich latach w sieci pojawiło się sporo dostawców usług, które polegają na tworzeniu i rozprzestrzenianiu w sieci nieprawdziwych treści. Zaplanowanego fake newsa buduje zwykle nie jedna informacja, a seria treści artykuł, zdjęcia i – coraz częściej – memy.

Według raportu Trend Micro, w specjalistycznych agencjach działających w Chinach i Rosji, kupno fałszywej informacji kosztuje ok. 30 dolarów, a na przykład kampania oczerniająca dziennikarza ok. 50 tys. dolarów.

Źródło: Raport “The Fake News Machine”

Kolejnym elementem szemranego biznesu wspierającego fake-newsy są sztuczne zasięgi, dzięki którym treści można błyskawicznie rozsiewać w sieci. Niektóre agencje robią to przy użyciu botów i kont społecznościowych udających fikcyjne osoby, inne oferują rozprzestrzenianie treści przez realne, ale opłacane osoby. W każdym z przypadków sposób budowania zasięgu informacji jest zmanipulowany.

W lutym tego roku dziennikarze New York Timesa opisali sprawę amerykańskiej firmy Devumi, która handlowała profilami społecznościowymi – miała 3,5 mln kont nieistniejących osób w mediach społecznościowych. Skutecznie udawano na nich prawdziwych użytkowników sieci – z profili wrzucano zdjęcia, fikcyjne osoby miały znajomych i należały do facebookowych grup. Firma handlowała aktywnością tych martwych dusz – można było zamówić udostępnianie przez nie informacji, polubienia – wszystkie aktywności, które według algorytmów (i nas samych) zwiększają wiarygodność i atrakcyjność informacji.  

– Znam ten mechanizm. Zaczęłam się w to bawić przy promocji jednego z projektów internetowych. Zaskoczyło mnie to, jak łatwo na FB zbudować sieć znajomych, udając fikcyjną postać. Trudno jest pozyskać pierwszych kilkudziesięciu znajomych, potem zaufanie do profilu wzrasta, bo gdy zapraszani widzą, że masz już wśród znajomych kilka osób z ich kręgu, zaczyna być z górki. Zasięg rósł szybko, ale nasz zespół szybko wycofał się z takich działań. Potraktowaliśmy to jak  eksperyment – ciekawy, ale moralnie wszyscy czuliśmy się  z tym słabo. Szczególnie, gdy zaczęliśmy już prywatne konwersacje z tych sztucznych kont – mówi osoba do niedawna odpowiedzialna za projekty internetowe w jednym  z wydawnictw.

Fala fake newsów zmieniła rynek informacji?

Reklama płatnych treści New Yorkera

Paradoksalnie – nikt nie powinien być bardziej wdzięczny fali fake newsów niż dziennikarze. Wydaje się, że fala niebezpiecznych bzdur uświadomiła rynkowi wartość zaufania do informacji. Dla dostawców treści otwierają się nowe możliwości. Tym bardziej, że ziarno pada na wyjałowiony grunt: rynek cieszących się zaufaniem mediów opiniotwórczych w ciągu ostatniej dekady skurczył się w Polsce o ok. 70 proc, jak podaje publicysta ekonomiczny tygodnika Polityka Rafał Woś  (licząc stan osobowy ludzi na poważnie zawodowo zajmujących się dziennikarstwem).

Internauci są już skłonni płacić w sieci za rozrywkę – muzykę (Spotify czy Tidal) i filmy (Netflix, HBO Go, Showmax czy Hulu). Może nadszedł też czas na płatne informacje?

Przeprowadziłem kilkadziesiąt rozmów z osobami, które budują w Polsce media i które nie ściągają filmów z Chomika, tylko są potencjalnie w stanie płacić za treści w sieci. Pytałem, czy i za jakie treści są w stanie płacić w sieci. Zachęceni tym, jak dobrze wychodzą nam wywiady z ludźmi biznesu, zadawaliśmy najpierw pytanie, czy byliby w stanie płacić za wywiady premium. W odpowiedzi usłyszeliśmy stanowcze nie. Wywiady, który robimy dobrze, można potraktować jako tzw. lead magnety, ale nikt nie jest w stanie jednak płacić za kontent jednak rozrywkowy robiony przy małych nakładach inwestycyjnych (Netflix na własny kontent planuje w tym roku wydać 10 mld dolarów, więc trudno się ścigać z takim wydawcą), natomiast w naszej grupie docelowej – startupy i e-commerce, odbiorcy chcą płacić za praktyczne biznesowe tipy,  bardzo dobre analizy rynku i ekspertyzy. Wszystko to, co w najprostszy sposób może przełożyć się na realny zysk. Startupy i e-commerce – mówi Michał Bąk, który rozwija projekt medialny Marketing i Biznes.

Zapał może studzić na przykład ankieta przeprowadzona 18 stycznia przez Artura Kurasińskiego, w której zapytał, ilu czytelników byłoby w stanie zapłacić za codzienny newsletter jego autorstwa. Z 367 osób, które wypełniły ankietę, aż 89,6 proc. stwierdziło, że płacić nie chce. – Tylko że Artur Kurasiński głównie wyszukuje treści, gdyby dodawał do nich jeszcze swój ekspercki komentarz, wtedy wartość newslettera byłaby większa. My też robimy prasówki, ale udostępniamy je teraz czytelnikom za darmo – komentuje Bąk.

Internet namieszał na rynku informacji. Media tradycyjne wchodziły na początku XXI wieku w sieć czując, że tego pociągu nie można przegapić. Ale prawda jest taka, że nikt wtedy nie miał pojęcia, jak na treściach w sieci zarabiać. Do niedawna jedynym rozsądnym pomysłem było obwieszanie stron reklamowymi banerami. Kiedy wydawcy zaczęli szukać sposobów na monetyzację treści u ich odbiorców – czytelników, napotykali opór: trudno kazać nagle płacić czytelnikom za coś, co od wielu lat dostawali za darmo.

Teraz wydaje się, że coś na rynku drgnęło. Opiniotwórcze media zaczęły coraz odważniej prosić swoich czytelników o finansowe wsparcie (Guardian czy Wired) lub wprost wymagać opłaty za dostęp do treści jak New York Times, czy w Polsce Puls Biznesu lub Gazeta Wyborcza (która systemy opłat za treści sprawdza od 2014 roku, a pod koniec 2017 liczyła na 90 tys. subskrybcji).

Zrozumieliśmy, że nawet w internecie obowiązuje zasada price for value i że za zero możemy dostać co najwyżej nieprawdziwą informację o tym, że ktoś pobił Magdę Gessler.

Przygotowując tekst, korzystałam z następujących źródeł:

  1. The Fake News Machine, http://www.trendmicro.pl/vinfo/pl/security/news/cybercrime-and-digital-threats/fake-news-cyber-propaganda-the-abuse-of-social-media
  2. Hunt Allcott and Matthew Gentzkow, Social Media and Fake News in the 2016 Election https://web.stanford.edu/~gentzkow/research/fakenews.pdf
  3. Steve Coll, Donald’s Trump “fake news tactics” https://www.newyorker.com/magazine/2017/12/11/donald-trumps-fake-news-tactics
  4. Samanth Subramanian, The Macedonian Teen Who Mastered Fake News https://www.wired.com/2017/02/veles-macedonia-fake-news/
  5. Jacek Kowalski, Rynek treści za paywallem czeka zmiana, ale powolna http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/platne-tresci-w-internecie-gazeta-wyborcza

 

Przygotowując tekst, korzystałam z następujących źródeł:

  1. The Fake News Machine, http://www.trendmicro.pl/vinfo/pl/security/news/cybercrime-and-digital-threats/fake-news-cyber-propaganda-the-abuse-of-social-media

  2. Hunt Allcott and Matthew Gentzkow, Social Media and Fake News in the 2016 Election https://web.stanford.edu/~gentzkow/research/fakenews.pdf

  3. Steve Coll, Donald’s Trump “fake news tactics” https://www.newyorker.com/magazine/2017/12/11/donald-trumps-fake-news-tactics

  4. Samanth Subramanian, The Macedonian Teen Who Mastered Fake News https://www.wired.com/2017/02/veles-macedonia-fake-news/

  5. Jacek Kowalski, Rynek treści za paywallem czeka zmiana, ale powolna http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/platne-tresci-w-internecie-gazeta-wyborcza

 

 
Categories

Dziurawe portfele ministrów. Prześwietlamy majątki polskich polityków

Nowy rząd ukonstytuował się w styczniu i od razu zabrał się dziarsko do roboty. Po drodze był co prawda zgrzyt z Anną Streżyńską, ale teraz nikt już nie sypie piasku w tryby i ministrowie pracują dla naszego dobra. I pojawia się pytanie, czy stery władzy poszły w ręce ludzi, którzy mając dbać o nasze dobra, potrafią zatroszczyć się o swoje. Obejrzałem oświadczenia majątkowe części członków gabinetu.

W kilku przypadkach pokiwałem głową z uznaniem, w kilku uśmiechnąłem się lekko, w jednym popłakałem się ze śmiechu. Zacznijmy od trójki wiceprezesów Rady Ministrów.

Beata Szydło sytuację ma stabilną z tendencją rosnącą, ponoć lepiej radzi sobie jej małżonek. Była pani premier w ciągu ostatnich trzech lat powiększyła swoje oszczędności w złotówkach, odłożyła ekstra 80 euro, prawie podwoiła wartość swojej polisy ubezpieczeniowej i dała radę pozbyć się jednego samochodu. Ziemi nie przybyło, kredytów nie ma, całkowita wartość wykazanego majątku wynosi 1 mln zł, z czego 25 proc. to gotówka.

Piotr Gliński żywot wiedzie najwidoczniej hulaszczy, bo w niezłym tempie przejada oszczędności. Przejadanie oszczędności na pensji wiceprezesa RM to niezłe osiągnięcie. Poza tym wiedzie mu się całkiem nieźle, cały majątek wycenił na 2,5 mln zł, z czego 2 mln to jego czterystumetrowy dom. Do spłacenia zostało mu 5 tys. zł kredytu, dziwne że nie zrobił tego jedną większą wpłatą. Zaimponowało mi, że jako jedyny w ramach majątku ruchomego wykazał sztukę. Konkretnie obraz Edwarda Dwurnika, wart 20 tys. zł. Przejrzałem ofertę prac artysty i wychodzi na to, że premier Gliński ma na ścianie kawał malunku, przynajmniej metr na półtora.

Desant krakowski, czyli Jarosław Gowin nie ma niczego poza czterdziestoma tysiącami w gotówce, domem i mieszkaniem. Znaczy ma pewnie miłość bliskich, uznanie swoich wyborców i giętki kręgosłup, ale w zakresie majątku nie dzieje się nic. Ani samochodu, ani sztuki, ani kultury. Dom i mieszkanie warte są 650 tys. zł. Premierowi Gowinowi w tempie tysiąca złotych miesięcznie rosną oszczędności. Nie powiem, żeby to był imponujący wynik, mam znajomych zarabiających pół tego, co on a odkładających dwa razy więcej. Słaby prognostyk.

Nasza ulubiona pani minister od edukacji Anna Zalewska w Sejmie tej kadencji dostała pionowego startu. W ostatnim oświadczeniu okazało się, że po raz pierwszy udało jej się odłożyć pieniądze, solidne 20 tys. zł. Kupiła 3,86 ha ziemi wartej 387 tys. zł. Wymieniła stare Clio na nowego Kadjara. I czując wiatr w żaglach, dobrała kilka drobnych kredytów, z których do spłacenia zostało jej marne 100 tys. zł. Łącznie wykazała majątek o wartości 700 tys. zł, w tym tylko 180 tys. za mieszkanie. Gdyby pani minister tak dobrze dbała o stan polskiego szkolnictwa, jak troszczy się o stan swojego posiadania, nie martwiłbym się losem przyszłych pokoleń uczniów.

Minister energii Krzysztof Tchórzewski zabrał się do zarabiania pieniędzy tak mocno, że aż ciśnie się na usta słaby żart. Na początku kadencji miał trochę oszczędności i kredyt, teraz ma 104 tys. oszczędności, dwa samochody i zero kredytu. Jako jedyny posiada coś na kształt portfela akcji, są w nim papiery Avivy, Aegona i BZWBK. I rosną! Łączna wartość wykazanego majątku to 824 tys. zł, duża część to dom warty 350 tys.

Minister infrastruktury Andrzej Adamczyk ma stabilną sytuację, akcje Polskiego Holdingu Nieruchomości, 6 działek, Passata i od niedawna magistra. Do tego 174 tys. oszczędności, ładny, duży dom i małe mieszkanie. Wszystko warte w sumie prawie 1 mln zł, z czego większość to wartość nieruchomości (prawie 600 tys. zł).

U zastępcy Antoniego Macierewicza też nieźle. Mariusz Błaszczak w stosunku do początku kadencji zwiększył swoje oszczędności o 50 proc. i ma odłożone już 290 tys. zł. Tutaj z kolei taka ciekawostka – wszystkie kolejne oświadczenia wyglądają, jakby były kserami z roku poprzedniego, zmienia się jedynie kwota odłożonych pieniędzy. Łączny majątek ministra Mariusza wynosi 1,22 mln zł, z czego większość to mieszkania i dwie działki.

Ministrowie Ziobro, Jurgiel i Brudziński na pewno kserują swoje oświadczenia. U tego pierwszego nieznacznie zmienia się jedynie wysokość gotówki odłożonej w złotówkach, w tym roku jest to 136 tys. zł. Reszta składników majątku bez zmian, bo i nie ma się co zmieniać. Ani akcji, ani polis ubezpieczeniowych, ani żadnych ruchomości minister Ziobro bowiem nie posiada. Jego majątek wart jest 1,02 mln zł plus 1850 euro.

Poseł Jurgiel ma podobnie. Zmienia mu się jedynie wysokość oszczędności, które w tym roku dobiły do 150 tys. zł. Poza tym dom, działka i samochód, łącznie 670 tys. zł, nuda.

Joachim Brudziński ma 207 tys. oszczędności, polisę na 24 tys., dom wart 230 tys. i Volvo za 75 tys. zł. Muszę powiedzieć, że chętnie bym dom w zadeklarowanej wartości odkupił, 230 tysięcy za 120 metrów to bardzo dobra oferta, nawet jeżeli dom jest ruiną. Do tego minister zaciągnął pożyczkę w Kancelarii Sejmu RP na 20 tys. zł, którą sprawnie spłacił. Temat pożyczek z Sejmu jest dość ciekawy. Gdy analizowałem oświadczenia innych posłów, rzuciło mi się w oczy to, jak wielu posłów z nich korzysta. W sumie nie dziwię się, za 3 proc. na rok albo 4 proc. na dwa sam bym zaciągał.

Pośmiałem się przy oświadczeniu Teresy Czerwińskiej, która jest ministrem finansów. Owszem, majętna kobieta. Ma 62 tys. złotych, 58 tys. euro, 36 tys. dolarów i 260 franków. To szanuję. Rozbawiło mnie natomiast, że z dwoma kredytami hipotecznymi w wysokości odpowiednio 320 tys. zł i 99 tys. franków, jest najbardziej zadłużonym członkiem rządu.

No i kuriozum w postaci ministra-członka RM Mariusza Kamińskiego. W pierwszym oświadczeniu tej kadencji, minister wykazywał 2 tys. zł oszczędności, mieszkanie warte 300 tys. zł oraz kredyt na 85 tys. Od tamtej pory oszczędności wyparowały, mieszkanie dalej kosztuje 300 tys. zł a kredyt się chyba nie chce spłacać, bo ciągle jest go tyle samo. Myślę, że operacja „Top Secret” jest związana z charakterem pracy ministra. Koordynator służb specjalnych nie powinien zdradzać niczego, w tym stanu posiadania.

Na koniec sam premier. Mateusz Morawiecki ma tak przepięknie zdywersyfikowany stan posiadania, że żywię podziw. Szef rządu ma liczne nieruchomości: dom 150m2, dom 100m2, segment 180m2 w szeregowcu, działka rolna 2 ha i wpłacona rata na mieszkanie o powierzchni 74m2. Do tego 2,5 mln oszczędności i 13 711 akcji banku BZ WBK, którego był prezesem. Ich wartość wynosi prawie 5 mln zł. Jednak wszystkie akcje premier przeznaczył do sprzedaży. Z takim majątkiem nieruchomym i pieniędzmi, można pozytywnie i jasno patrzeć w przyszłość kraju.

Wnioskując po tym, jak ogarniają własne finanse, członkowie rządu w większości wyglądają na przytomnych polityków, nadających się do sprawowania funkcji. Ale tylko z tego punktu widzenia.  

 
Categories

Wałki po polsku

Komisja śledcza w sprawie Amber Gold ponownie spotyka się, debatuje i tropi. Niestety, transmisje na żywo straciły tę resztkę dynamiki i humoru, jaką miały jeszcze rok temu. Nikt też już chyba nie wie, jaki jest cel funkcjonowania tego tworu. Dlatego zamiast nudzić się podczas oglądania, lepiej poczytać o tym, jak się robiło szemrane biznesy w czasach narodzin polskiego kapitalizmu.

Początek lat dziewięćdziesiątych to był złoty czas na robienie w Polsce interesów. Wąsaci biznesmeni zawsze mieli przy sobie dużo gotówki, bo nigdy nie było wiadomo, czy nie nadarzy się możliwość okazyjnego zakupu wagonu ręczników z Chin. Po biednych czasach komuny, Polacy kupowali wszystko. Fortuny rodziły się w miesiąc.

Bagsik&co

Panowie Bogusław Bagsik i Andrzej Gąsiorowski założyli firmę Art-B w 1989 roku. W Polsce szalała wtedy hiperinflacja, firmy państwowe padały jak muchy, korupcja urzędnicza kwitła, rynek chłonął każdą ilość towarów. Nic tylko sprzedawać.

Rozmach, z jakim firma zaczęła działać, zaimponował wszystkim. Po dwóch latach działalności, wspólnicy odebrali z rąk Stefana Kisielewskiego nagrodę dla orłów polskiego biznesu. Rozkręcali się błyskawicznie, zajmowali się praktycznie wszystkim, od montażu telewizorów Gold Star, po handel złotem, bronią i olejem. Wedle pierwotnych założeń firma miała handlować instrumentami muzycznymi, tymczasem przekształciła się w koncern o rocznych obrotach powyżej 300 mln dolarów. Mieli oddziały w ponad trzydziestu miastach, zatrudniali około 15 tys. osób. Nieźle jak na rok działalności.

Bagsik i Gąsiorowski byli postrzegani jak zbawcy upadających firm państwowych, bo kupowali prawie wszystkie na pniu. Anegdotyczna jest historia o tym, jak wykupili od Ursusa roczną produkcję traktorów za ponad 200 mld złotych (starych złotych), ratując go przed bankructwem. W przypadku PZU, który miał poważne problemy, odkupili ciągnącą go na dno firmę Laktopol. Pamiętam, że trudno było znaleźć wtedy jakąś formę działalności, w którą nie byłoby zaangażowane Art-B. Firma obracała bilionami starych złotych i wydawało się, że nic złego nie może się zdarzyć. Bagsik i Gąsiorowski brylowali na salonach finansowych, politycznych i towarzyskich, w 1991 roku odebrali wspomnianą wcześniej nagrodę. Niestety, w pewnym momencie wymyślili, że dobrym pomysłem będzie legalnie okraść państwo. I wymyślili słynny oscylator.

Pomysł był prosty. Panowie lokowali pieniądze w banku. Następnie pobierali czeki na kwotę lokaty gwarantowane przez bank. Potem realizowali te czeki w innym banku gdzie zakładali kolejną lokatę. Znowu brali na nią czeki gwarantowane przez bank i lecieli do następnego banku. I tak w kółko. W szczytowym momencie pracy na oscylatorze, panowie latali między bankami helikopterem.

Cały mechanizm był możliwy wyłącznie dzięki niewydolnemu systemowi przepływu informacji międzybankowej. Pamiętajmy, że nie było wtedy stałych łącz i komputerów, wszystkie dokumenty trzeba było przygotować, włożyć do koperty i wysłać pocztą, z rzadka korzystano z telegrafu. Informacja o tym, że czek został zrealizowany w innym banku, docierała do wystawcy czeku na przykład po tygodniu. W tym czasie lokata była cały czas oprocentowana. Dzisiaj byłyby to śmieszne procenciki, wtedy w kraju szalała hiperinflacja, więc oprocentowanie lokat było dużo wyższe. Dzięki temu nawet kilkudniowe odsetki były konkretne. A pamiętajmy, że Bagsik z Gąsiorowskim nie ograniczali się do dwóch banków, tylko jechali hurtem, prokuratorzy badający sprawę doliczyli się 620-stu wielokrotnie oprocentowanych czeków.

Dalej było jak w amerykańskim filmie. Bagsik i Gąsiorowski, ostrzeżeni przez szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, uciekli do Izraela. Zrobili to na dwie godziny przed tym, jak zamknięto dla nich granice. Tam szybko uzyskali obywatelstwo, chroniąc się w ten sposób przed ekstradycją. Izrael co do zasady nie wydaje swoich obywateli, więc wspólnicy mogli żyć tam dostatnio i wygodnie.

Bagsika zatrzymano podczas jednej z jego wizyt w Szwajcarii, gdzie nie chroniła go jurysdykcja Izraela. Procedura ekstradycyjna trwała dwa lata, szukający sensacji dziennikarze twierdzili, że w tym czasie miała rzekomo odbyć się akcja odbicia Bagsika z aresztu. Zarzut był konkretny – przy pomocy oscylatora miał zagarnąć 420 mln dzisiejszych złotych. Bagsik do końca twierdził, że mechanizm oscylatora nie był nielegalny, ale sąd nie dał mu wiary i posłał go do więzienia na 9 lat, z którego wyszedł w 2004 roku.

Gąsiorowski był przez 25 lat ścigany przez Interpol i polską policję za „aferę Art-B”, sprawę ostatecznie umorzono z powodu przedawnienia w 2016 roku.

Dorchem Grobelnego

Następny przedsiębiorca nie miał tyle szczęścia. Wspominałem już o hiperinflacji w latach przełomu. W roku 1989 wyniosła 640 proc, rok później 250 proc. W takich warunkach sens miały tylko lokaty oscylatorowe, bo na zwykłych traciło się pieniądze błyskawicznie. Dlatego wszelkie oferty pozwalające Polakom na sensowny zysk, trafiały natychmiast na podatny grunt. Postanowił wykorzystać to Lech Grobelny.

W 1988 roku założył firmę Dorchem, która była właścicielką sieci kantorów. Stworzył też Bezpieczną Kasę Oszczędności, która była klasycznym parabankiem. BKO przyjmowała od klientów lokaty, na które proponowała bardzo dobre oprocentowanie, znacznie wyższe od bankowego. Na przykład roczna stopa oprocentowania dla wkładów dwuletnich wynosiła 300 proc. a dla lokaty „a vista” 30 proc. Co w zestawieniu z poziomem inflacji wygląda na uczciwą propozycję, pozwalającą nie stracić pieniędzy. Na dodatek handel walutą był wtedy bardzo opłacalnym interesem, dlatego ludzie uwierzyli w to, że kantorowy biznes Grobelnego będzie w stanie finansować BKO.

Taki model biznesowy sprawdzić się nie mógł, zwłaszcza w sytuacji, w której w 1990 wprowadzono pełną wymienialność złotówki i usztywniono kurs dolara (swoją drogą to był kolejny sposób na zrobienie dużych pieniędzy). Gdy doszło do awantur podczas prób pierwszych wypłat, okazało się, że w kasach BKO pieniędzy nie ma a szef uciekł za granicę. Za sobą pozostawił 11 tys. osób, które oszukał na 9,5 mld starych złotych. Część z tej kwoty udało się odzyskać syndykowi masy upadłościowej Dorchemu, który zdołał spłacić około 25 proc. zobowiązań w stosunku do klientów BKO.

Grobelnego złapano w 1992 roku w Niemczech. Polskie sądy mieliły powoli, dopiero w 1996 roku został skazany na 12 lat pozbawienia wolności, Sąd Apelacyjny uchylił wyrok, w 2002 roku śledztwo umorzono z powodu braku dowodów. Grobelny przesiedział w areszcie pięć lat. Po wyjściu na wolność sądził się z Państwem Polskim o niesłuszne aresztowanie, ale nic nie wskórał. Założył firmę windykacyjną, ale nie była dochodowa. Zmarniał, zdziadział, zaczął pić z przypadkowymi ludźmi. W kwietniu 2007 roku policja znalazła jego ciało z raną kłutą w okolicy serca. Do dzisiaj nie wiadomo, czy to była jakaś wódczana kłótnia czy oszukany klient BKO szukający zemsty.

Kubata i piramida finansowa

System Skyline, który nad Wisłę wprowadził Mariusz Kubata, był pierwszą i od razu jedną z największych polskich piramid finansowych. Jedynym co oferował Skyline była obietnica pławienia się w luksusach. Ja wiem, jak to brzmi, ale system był skonstruowany tak sprytnie, że jego uczestnicy z wyższych poziomów odrobiny luksusu naprawdę zaznali.

Aby zostać uczestnikiem, trzeba było zostać wprowadzonym przez kogoś, kto w systemie już był. Wprowadzenie kosztowało na wstępie 30 nowych złotych, które trzeba było wpłacić na obowiązkowy poczęstunek z szampanem, odbywający się w ramach spotkania z Mariuszem Kubatą. Gość miał charyzmę, wygląd, czar i szyk, dzięki którym był w stanie przekonać prawie każdego do prawie wszystkiego. W tym do wpłacenia 2100 marek niemieckich na fundusz pławienia się w luksusie.

Skyline to była piramida, ale przemyślana. W klasycznej cała kasa trafia do twórcy. Tutaj część pieniędzy lądowała w kieszeniach uczestników wyższych poziomów. Wszystkim więc zależało na wciąganiu do biznesu nowych uczestników. Tym z góry, bo ich wpływy rosły, tym z dołu, bo widzieli, że na tym można zarobić, trzeba się tylko postarać. Ludzie brali więc pożyczki, sprzedawali samochody i rezygnowali z wakacji rodzinnych po to, żeby wejść do Skyline.

Mariusz Kubata nie nacieszył się pieniędzmi. Violetta Z., jego asystentka i współwłaścicielka konta, na którym znajdowała się kasa z piramidy, zleciła jego zabójstwo. Kubata został zamordowany przez wynajętego „cyngla”, jego ciało ukryto pod podłogą domu asystentki i zalano grubą warstwą betonu. Bilans afery był ponury. Założyciel piramidy został zamordowany, Violetta Z. została skazana na 15 lat więzienia, zabójca na 25. Poszkodowanych zostało 38 tys. osób, które straciły około 5 mln marek niemieckich (ponad 10 mln złotych).

Na koniec dowód na to, że można mieć charyzmę gąbki, nie znać dobrze języka, mówić z egzotycznym akcentem i grać polkę, a ludzie i tak dadzą ci pieniądze. Wystarczy ich o to ładnie poprosić. Jan Lewandowski przyjechał do USA w 1972 roku z jednym marzeniem – stworzyć muzyczne imperium. Szybko okazało się, że jego piosenki trafiają prosto w serca i dusze imigrantów z Polski, którzy łakną swojskiej nuty. Najpopularniejsza w tym środowisku była polka, więc Lewan postanowił, że stworzy imperium polki.

Pieniądze pozyskuje od fanów, którym wystawia niezarejestrowane weksle i  obiecuje kilkunastoprocentowe odsetki. Jego działalność szybko zwraca uwagę Komisji Papierów Wartościowych i Giełd, od której dostaje upomnienie. Obiecuje poprawę, przestaje wystawiać weksle na swoją firmę. Po czym natychmiast zakłada drugą i kontynuuje działalność.

Największy napływ inwestorów przynoszą mu wycieczki do Rzymu, podczas których uczestnicy mają szansę spotkania z papieżem Janem Pawłem II. Nikt nie wie jakim cudem Lewan był w stanie to organizować, podobno pomagał mu w tym fakt, że jego ojciec był sąsiadem i przyjacielem Karola Wojtyły.

Klienci walą drzwiami i oknami, skonstruowany przez Lewana schemat Ponziego ma się coraz lepiej. Zyski z inwestycji wypłacane są z wpłat nowych klientów, więc nikt nie panikuje. Lewan staje się gwiazdą, zaczyna brylować na salonach, robi sobie fotki z Donaldem Trumpem, Georgem Bushem czy Lechem Wałęsą. Ba, otrzymuje nawet nominację do nagrody Grammy. Jednak jego imperium polki chwieje się coraz bardziej.

Wpada z powodu miłości do kobiety. Jego żona postanawia wystąpić w konkursie Mrs Pensylwanii, wygrywa ale okazuje się, że wyniki zostały sfałszowane. Organizatorzy proszą ją o zwrot korony i nagród, ta odmawia, zaczyna robić się smród. Inwestorzy przestają wierzyć w szczerość i dobre intencje Lewana, i zaczynają się wycofywać z interesu. Być może Jan dałby radę ciągnąć to jakoś dalej, ale w 2001 roku w wypadku autobusu, którym jechał jego zespół, ginie dwóch członków bandu a jego syn odnosi ciężkie rany. Lewan rozkleja się kompletnie, grozi że jeżeli syn nie przeżyje on popełni samobójstwo. A swoich inwestorów przekonuje, że wszystkie dokumenty niezbędne do wypłacenia odsetek zostały zniszczone w wypadku. Następnie zrywa z nimi kontakt.

Nie chce uciekać z kraju, jak sam twierdzi, jest gotów zmierzyć się z konsekwencjami. W trakcie śledztwa okazuje się, że Lewan oszukał około 400 osób na blisko 5 mln dolarów. Trafia na 5 lat do więzienia. Dziwi to, że pierwsze cztery lata wyroku spędza w więzieniu o zaostrzonym rygorze, do którego przestępcy gospodarczy raczej nie trafiają. Tam jeden ze współwięźniów podcina mu gardło. Lewana udaje się uratować.

Po wyjściu na wolność Jan zobowiązał się, że zwróci wszystkim inwestorom wyłudzone od nich pieniądze. Raczej nie ma na to szans, bo obecnie przebywa na emeryturze, występuje rzadko, wycieczki organizuje sporadycznie. Jego imperium się rozpadło. W wieku 77 lat trudno zacząć budować coś nowego.

Paradoksalnie okazało się, że najlepiej na oszustwach wyszli ci, którzy wyrolowali państwo.

 

 
Categories

PKN Orlen zrywa współpracę z aplikacją JustDrive. Gorzka lekcja polskich innowacji

O starcie usługi JustDrive – aplikacji, dzięki której za paliwo na stacjach Orlenu można było zapłacić  przy dystrybutorze, pisaliśmy w dniu premiery – 1 lutego. Już następnego dnia po południu appka jednak przestała działać. “PKN ORLEN, naruszając warunki umowne, bez podania sprecyzowanej przyczyny, 2 lutego o godzinie 17:15 odłączył dostęp do swojej infrastruktury, uprzedzając o tym w krótki e-mailu zaledwie kwadrans przed”- tłumaczą twórcy JustDrive. Orlen odpowiada, że to twórcy aplikacji nie wywiązali się z ustaleń i zrywa umowę. To gorzka lekcja, która przychodzi w momencie, gdy na naszym rynku bardzo brakuje przykładów dobrych praktyk wdrożeń innowacji we współpracy z korporacjami.

“Głównym powodem zakończenia współpracy była sytuacja, w której udostępniony klientom przez spółkę IMAGINATION Automotive Sp. z o.o. [twórca aplikacji JustDrive – przyp. red.] model funkcjonowania produktu był inny od uzgodnionego pomiędzy stronami”- napisał w oficjalnym stanowisku Orlen. W tym samym oświadczeniu spółka zapewnia, że już od dnia startu aplikacji współpracowała ze startupem, żeby wypracować “takie warunki współpracy, które pozwoliłyby na funkcjonowanie aplikacji JustDrive zgodnie z wypracowanym modelem biznesowym”.

JustDrive widzi to inaczej: “Przez dwa tygodnie rozmów nie otrzymaliśmy od PKN ORLEN odpowiedzi, które parametry naszej obecnej umowy są niezgodne z interesem partnera. Na dotychczasowych spotkaniach mediacyjnych nie dostaliśmy ani precyzyjnych odpowiedzi, ani żadnej propozycji rozwiązania sytuacji, która pozwoliłaby nam przywrócić usługi dla kierowców. Tym samym umowy, które mieliśmy zawarte na okres 3 lat zostały nam wypowiedziane w trybie natychmiastowym bez zachowania okresu wypowiedzenia” – piszą, tłumacząc wyłączenie usługi. Wycofują też aplikację z appmarketów, bo bez jedynego partnera ich rozwiązanie w tym momencie nie działa.

Mamy słowo przeciwko słowu. Jedno jest pewne: źle to wygląda i załatwione zostało w najgorszy możliwy sposób. Przede wszystkim nadwyrężono tu zaufanie klientów do innowacyjnych rozwiązań. Bo choć twórcy aplikacji zapewniają, że wszystkie przekazane przez klientów dane są dobrze zabezpieczone i przechowywane przez Dotpay.pl, to słaba to pociecha dla tych, którzy zaufali obu firmom promującym swoją współpracę jako rozwiązanie przyjazne klientom. W ciągu 24 godzin działania aplikacji usługa pozyskała ponad 2 tys. klientów.

Nie mówiąc już o tym, że taki scenariusz współpracy startupu z korporacją to koszmar na jawie wszystkich menadżerów i startupowców. Nie rozstrzygając sporu, trzeba przyznać, że orzeł polskich innowacji słabo tym razem wylądował. 

Gdyby ktoś chciał usunąć swoje dane przekazane aplikacji, może pisać na adres info@justdrive.co. “Zajmiemy się tym tematem niezwłocznie” – obiecuje JustDrive.

Oświadczenie PKN ORLEN
Oświadczenie JustDrive

[EDIT: 20 lutego JustDrive odniosło się do oświadczenia PKN ORLEN:  “pomimo naszych starań i woli PKN ORLEN nie przedstawił powodów zerwania współpracy, które byłyby przekonujące i znajdowały odzwierciedlenie w faktach” Twórcy aplikacji uważają, że dootychczasowe wyjaśnienia ORLEN-u ws. współpracy obu firm godzą w dobre imię twórców aplikacji. Nadal jednak podtrzymują chęć mediacji z paliwowym gigantem. Pełna treść stanowiska JustDrive z 20 lutego 2018 r.]

 
Categories

Oszczędzanie: jak nie po dobroci, to siłą

Jak wspomniałem w ubiegłym tygodniu, oszczędzanie to najtrudniejsza ze sztuk. Zaraz po rzucaniu palenia i regularnym porannym wstawaniu na sport. Podtrzymuje swoją opinię, dlatego dzisiaj zaproponuję sposób na oszczędzanie, odpowiadający skali trudności tego zadania. Nazwałem go oszczędzaniem siłowym.

Autooszczędzanie może być potraktowane jako łagodna i wygodna odmiana oszczędzania siłowego. Łagodna, bo sami decydujemy, jaki procent transakcji trafia na nasze konto. Wygodna, bo wszystko odbywa się bez naszego udziału, sprawę przejmuje w swoje ręce bank. Ma jednak wadę. Łatwy dostęp do odkładanych pieniędzy mamy cały czas. Jakże łatwo wtedy o potknięcie i uszczknięcie odrobiny oszczędności. Potem kolejnej odrobiny. I po dwóch miesiącach jesteśmy w punkcie wyjścia.

Mój sposób na oszczędzanie siłowe jest dwuetapowy. W etapie pierwszym ustawiamy stałe zlecenie przelewu w kwocie, jaką chcemy odkładać. Przelewamy ją z jednego banku do drugiego, żeby uniknąć pokusy szybkich przelewów między własnymi kontami w tym samym banku. To łatwiejsza część zadania, dalej są schody.

Teraz trzeba znaleźć taki bank, z którego wydobycie pieniędzy przelewem, czy w jakikolwiek inny sposób będzie trudne. Szukamy więc banku, który oferuje poświadczanie transakcji przy pomocy karty kodów jednorazowych, ciągle ma to na przykład Inteligo. Podczas zakładania konta, które będzie nam służyło wyłącznie do odkładania na nim pieniędzy, prosimy o autoryzację kartą. Gdy dostaniemy ją pocztą, natychmiast ją niszczymy w sposób niepozwalający na odczytanie kodów jednorazowych. Pozbywamy się też karty płatniczej przypisanej do konta. No i na pewno nie instalujemy aplikacji do zarządzania kontem.

W tym momencie stworzyliśmy system o przepływie jednokierunkowym. Pieniądze na konto Inteligo wpłyną, ale ich wypłata będzie bardzo utrudniona. Żeby dostać się do naszego hajsu będziemy musieli albo wyrobić nową kartę płatniczą, albo kartę kodów. Złożenie dyspozycji u konsultanta jest procesem tak bolesnym, i tak długotrwałym, że jest szansa na to, że w połowie rozmowy rozłączymy się płacząc. Bez karty płatniczej nie mamy dostępu do bankomatów. Karta kodów uniemożliwia nam dodanie klienta do przelewu. Mamy pieniądze, ale jakbyśmy ich nie mieli. A jak będziemy chcieli się do nich dobrać, to zadanie będzie na tyle nietrywialne, że może się w jego trakcie okazać, że tej kasy wcale tak bardzo nie potrzebujemy.

Jeżeli uznacie, że nie chcecie wspierać swoimi pieniędzmi banku państwowego, zawsze pozostaje inny bank ze zdrapkami albo PayPal podpięty do naszego konta bankowego. Zasilamy go pieniędzmi co miesiąc i mamy spokój. Oczywiście dopóki nie próbujemy robić zakupów w internecie.

PayPal jest bezpiecznym składem kasy, bo żeby cokolwiek z niego wyciągnąć, musimy się trochę namęczyć. Ja na przykład hasło i login mam zapamiętane tylko na jednym komputerze, którego nie włączam. Więc sami rozumiecie, że musiałbym mieć naprawdę nóż na gardle, żeby mi się chciało uruchamiać sprzęt, do którego zasilacz mam w pracy. Na pewno nie ruszę tych pieniędzy tylko dlatego, że zechce mi się kupić coś ładnego acz nieprzydatnego.

Sposoby siłowe polecam osobom, które mają problem z dyscypliną finansową i gdy kończą się im pieniądze na koncie bieżącym, bez żenady skubią z oszczędności. Nie poskubiesz, jeżeli dostęp do pieniędzy wymaga wysiłku. Przy okazji po kilku miesiącach można nauczyć się, jak planować budżet miesięczny w taki sposób, żeby wystarczało do końca miesiąca. Dzięki temu nasze oszczędności będą bezpieczne.

O sposobach żartobliwych typu bank ziemski (kasa do słoika, słoik do ziemi) albo chowanie pieniędzy w książkach nie będę wspominał. Łatwo jest zapomnieć, gdzie zakopaliśmy szkło, albo w których książkach są pieniądze i oszczędzanie kończy się paniką, przekopaniem całego ogrodu albo inwentaryzacją całej biblioteczki domowej.

Za tydzień zastanowimy się, gdzie można urwać trochę grosza bez popadania w przesadę.

 
Categories

Pożyczki społecznościowe: poczuj się jak mały bank

Rozwój technologii internetowych sprawia, że wiele tradycyjnych usług przenosi się do sieci i funkcjonuje w niej w modelu ekonomii współdzielenia. To właśnie dzięki temu w Uberze możesz bez trudu wcielić się w rolę taksówkarza. Ale na tym nie koniec. Serwisy bazujące na blockchainie pozwalają każdemu zmienić się w kredytodawcę i zarabiać na tym pieniądze.

Mam takie wrażenie, że gdyby Karol Marks wrócił na chwilę do świata żywych, to miałby kilka powodów do zadowolenia. Dlaczego? Otóż sieć internetowa pozwala wcielać w życie jego ideę, w której każdy jest właścicielem środków produkcji. Skoro mogę zarejestrować się w takim serwisie jak Blablacar i z własnego auta zrobić małego busa, albo skorzystać z portalu Airbnb, by zamienić swoje mieszkanie w mały hotel, to faktycznie jestem mikroprzedsiębiorcą, kowalem własnego, biznesowego losu. Właściciele korporacji przewozowych i hotelarze pewnie nie są z tego powodu szczęśliwi, ale na tym właśnie polega prawdziwa konkurencja. Oswoić się z tym powinni także szefowie wielkich korporacji bankowych. W sieci rozwijają się bowiem platformy do pożyczek społecznościowych, dzięki którym każdy może zostać kredytodawcą i każdy może o kredyt się ubiegać. Na razie obroty na tym rynku nie są zawrotne, zwłaszcza w porównaniu do gigantów typu Goldman Sachs czy Credit Suisse, ale technologia blockchain może to zmienić. Zwiększa bowiem zasięg tego typu usług, podnosząc jednocześnie ich efektywność i bezpieczeństwo. Czym są tytułowe pożyczki i jak można z nich korzystać?

Pożyczanie peer-to-peer

Na początek sucha teoria. Pożyczka społecznościowa, od ang. social lending albo Peer-2-Peer lending, to kojarzenie potencjalnych pożyczkodawców z pożyczkobiorcami przy wykorzystaniu platformy internetowej. Na platformie spotykają się ci, którzy mają nadmiar kapitału z tymi, którym doskwiera jego niedobór. Następnie dokonują transferu kapitału na ustalonych warunkach. W całym procesie pomijany jest bank. Jego rolę przejmuje platforma, która jest po prostu środowiskiem do zawierania transakcji. Pominięcie bankowego pośrednika sprawia, że proces jest szybszy, prostszy i daje uczestnikom lepsze i bardziej elastyczne warunki finansowe. Jak to działa w praktyce?

Załóżmy, że jestem świeżo upieczonym absolwentem stołecznego uniwersytetu, pracuję na umowie śmieciowej, nie mam żadnych oszczędności, ale mam pomysł na własny biznes związany z drukiem 3D. Aby go zrealizować potrzebuję 7 tys. zł, bowiem tyle kosztuje dobra drukarka renomowanej firmy. W tradycyjnym banku nie mam raczej szans na kredyt, a jeśli już to na drakońskich warunkach i z licznymi formalnościami. Z ogłoszeń widocznych na miejskich słupach też nie skorzystam, bo chcę mieć całe kolana. Znajomych i rodziny też obciążać nie będę, bo mają podobne problemy finansowe jak ja. W takiej sytuacji szansą może być platforma do pożyczek społecznościowych.

Rejestruję się więc w przeznaczonym do tego serwisie (np. BitBond.com), potwierdzam swoją tożsamość (np. poprzez skan dokumentów czy video-konwersację z przedstawicielem platformy), opisuję parametry potrzebnego kredytu (przeznaczenie, kwota, czas, itp.) i czekam na akceptację. Jeśli ją otrzymam, moja oferta będzie widoczna na platformie i potencjalni kredytodawcy będą mogli „zrzucić się” na moją pożyczkę. Tak jak użytkownicy platform typu Kickstarter „zrzucają się” na jakiś biznesowy pomysł, z tą różnicą, że kwoty są o wiele niższe.

Zostać  inwestorem za grosze

Jest też i druga strona tego medalu. Jeśli bowiem mam nadmiar kapitału, to mogę także zarejestrować się na takiej pożyczkowej platformie i udzielać pożyczek, być inwestorem. Tutaj wymogi weryfikacyjne są znacznie niższe, a ja mam pełną swobodę w wyborze swoich dłużników. Mogę przeglądać ich profile, zapoznawać się z pomysłami, na których finansowanie potrzebują pieniędzy i decydować z kim podzielić się swoimi aktywami. To co jest kluczowe to fakt, że kwota pożyczki dla jednego podmiotu ma bardzo niski dolny limit, np. 200 zł. Oznacza to w praktyce, że mając do dyspozycji 10 000 zł, mogę w sumie udzielić 50 mikropożyczek. Ta dywersyfikacja sprawia, że można zminimalizować ryzyko takiej inwestycji – cała kwota rozkłada się na wielu różnych dłużników.

W tym miejscu warto przytoczyć dane z platformy Fundingcircle. Pokazują one, że pożyczając przynajmniej 100 różnym odbiorcom i nie przekraczając wielkości 1 proc. środków na jedną pożyczkę, 98 proc. inwestorów zarabiało rocznie co najmniej 4 proc. Średnio zysk netto sięga natomiast 6,9 proc., przy zaledwie 4,2 proc. niespłaconych kredytów. Z kolei znacznie mniejsza – platforma Mintos – chwali się na swojej stronie, że średnia roczna stopa zwrotu sięga u nich 12 proc. To całkiem przyzwoite wyniki, zwłaszcza, jak porównamy je z marnie oprocentowanymi lokatami w bankach.

Scoring na miarę XXI wieku

Pamiętajmy, że pożyczki społecznościowe są całkiem młodą ideą. Pierwsza tego typu platforma – Zopa, powstała w Wielkiej Brytanii w 2005 r. Do Polski pomysł przywędrował trzy lata później i do dziś lokalnie działają takie firmy, jak Kokos.pl, Emonero czy Iwoca. Wydaje się jednak, że dopiero teraz, dzięki technologii blockchain, podobne inicjatywy mogą rozwinąć skrzydła. Łańcuch bloków idealnie bowiem pasuje do finansowych biznesów opartych na rozproszonej sieci użytkowników. Blockchain zapewnia bezpieczne szyfrowanie transakcji, umożliwia wysoką  przepustowość płatności i co najważniejsze – nie ma ograniczeń państwowych. Łańcuch działa globalnie, więc pozwala kojarzyć strony – pożyczkobiorców i inwestorów – z całego globu. To daje dostęp do potężnej bazy użytkowników. Przykładowo – na wspomnianym już BitBondzie, który korzysta z blockchaina, natknąłem się na profil rolnika z Kolumbii, który potrzebował kilku tysięcy dolarów na sfinansowanie systemu nawadniania swoich upraw.

Wszystko wygląda pięknie i perspektywicznie, ale trzeba pamiętać o ryzyku inwestycyjnym. Choć prawdopodobieństwo tego, że nikt spośród kilkudziesięciu naszych dłużników nie spłaci swojego zobowiązania jest niskie, to zawsze warto liczyć się faktem, że coś może pójść nie tak i nie odzyskamy części środków. Tak samo jak jadąc Blablacarem nigdy nie mam pewności, że klient nie okaże się czarnym charakterem rodem z kultowego filmu „Autostopowicz”. Bo w zasadzie to na jakiej podstawie mam ufać rolnikowi z drugiej części globu, którego w życiu na oczy nie widziałem? Właściciele platform pracują nad rozwiązaniami minimalizującymi ryzyko niespłacalności.

Część korzysta z tradycyjnych metod: sprawdzenie listy dłużników, weryfikacja numeru telefonu, konta bankowego i adresu zamieszkania, a także umowy z firmami zarządzającymi wierzytelnościami. Najciekawsze są jednak modele scoringowe, które nadają pożyczkobiorcom ratingi uwzględniając dodatkowo ich aktywność w sieci. Tutaj pod uwagę brane są profile na kontach społecznościowych (np. Facebook, Twitter, LinkedIn), a także aktywność w serwisach zakupowych, jak Amazon, Ebay czy Allegro. Oczywiście jeśli dany użytkownik ma już jakąś historię kredytową na platformie, to również jest ona brana pod uwagę przy ustalaniu ratingu (najczęściej jest system literowy od A do F, gdzie A to najwyższa ocena, a F najniższa). Okazuje się zatem, że nowe technologie zmieniają też podejście do naszej tożsamości. Nie liczy się już tylko dowód osobisty, ale także nasza reputacja i obecność w internecie.

Twórca polskiej platformy GetLine – Kacper Wikieł, powiedział w jednym z wywiadów, że dla millenialsów bardziej liczy się ta tożsamość sieciowa niż realna. Tym samym zdają sobie bardzo dobrze sprawę z tego, że nie spłacając pożyczki ryzykują, że zniszczą lub przynajmniej nadwyrężą swoją reputację wirtualną. Trzymając się już przykładu Blablacara można to porównać do sytuacji, w której kierowcy wystawiają pasażerowi złą ocenę, zmniejszając jego szanse na wykupienie kolejnego przejazdu.

Podejrzewam, że nie wszystkim spodoba się idea uspołeczniania środków produkcji, z jaką mamy niewątpliwie do czynienia w przypadków opisywanych tutaj pożyczek. Żyjemy jeszcze w czasach, gdy większość przyzwyczajona jest do scentralizowanych rozwiązań, w których jest pośrednik i to on bierze na siebie wszelkie ryzyka. Z drugiej strony atrakcyjne stopy zwrotu, możliwość pomagania tym wykluczonym z sektora finansowego i mimo wszystko rodzaj buntu przeciwko bankowym monopolom mogą być całkiem kuszące. Rosnąca skala tego biznesu pokazuje, że wielu już się skusiło. Na platformie Fundingcircle łączna kwota udzielonych pożyczek sięga już 3,2 mld funtów, na Mintos jest 0,5 mld euro i z roku na rok te wielkości się zwiększają.

 
Categories

Portal randkowy dla wegetarian? Szukamy nisz w wielkim miłosnym biznesie

W Polsce działa ponad 80 portali randkowych i aplikacji. Hitem ostatnich lat jest oczywiście Tinder, ale  i tak gigantowi nie udało się zdeklasować starej (od 2002 roku na rynku!), dobrej, polskiej Sympatii. Sprawdzamy, czy jest jeszcze miejsce na nowe pomysły na tym wartym 60 mln zł rynku. I tworzymy startup. Oczywiście – genialny!

W 2017 mieliśmy przetasowanie na polskim rynku portali do umawiania spotkań online.

  • Coś zaskakującego wydarzyło się w segmencie serwisów do seks randek – lider datezone.com zyskał 1,8 mln użytkowników! Miesięcznie korzysta z niego 3 mln użytkowników. Ten segment zdecydowanie w Polsce rośnie!
  • Zmieniła się czołówka portali randkowych. Sympatia pozostała co prawda niewzruszona, ale już drugi produkt należący do Grupy Onet – Sympatiaplus spadł na czwarte miejsce wyprzedzony przez flirt.com (738 tys. UU za sierpień 2017) i edarling.pl (383 tys. UU w tym samym czasie).
  • Za to zaskakująco niezmiennym liderem odsłon przypadających na użytkownika jest serwis fellow.pl, przez który na randki umawiają się osoby nieheteroseksualne. I tutaj w zasadzie portalowej konkurencji dla lidera nie ma. W tej grupie popularniejsze wydają się aplikacje z globalnym Grindrem na czele (codziennie do serwisu loguje się 2 mln użytkowników ze 149 krajów).

O jak wielkim i kuszącym rynku mówimy, niech świadczy fakt, że tylko w styczniu 2017 według badań Gemiusa z serwisów randkowych skorzystało 12 proc. polskich internautów. Liczba internautów w tym samym czasie wyniosła 27,6 mln osób. Pozwólcie, że to dla Was policzę: portale randkowe odwiedza w ciągu miesiąca 3,3 mln Polaków!

Rynek randek online  jest u nas wart ok. 60 mln zł. To duży tort. Jak z niego uszczknąć swój kawałek? Odkroić taki, który składa się ze społeczności zaangażowanej wokół tematu sprzyjającego wspólnemu spędzaniu czasu lub dzieleniu stylu życia. Właściciele psów, wegetarianie, biegacze?

W Polsce segmentacja rynku ma już zresztą swoje tradycje. Mamy serwisy dla rolników (AgroRandka.pl), katolików (Przeznaczeni.pl), od wartości niematerialnych wolących materialne (SugarDaddy.pl), dla osób 40+ (40latki.pl),  planujących zwykły skok w bok (Skokwbok.pl) czy kobiet, które lubią brać sprawy w swoje ręce (ZaadoptujFaceta.pl) .

Serwis randkowy dla wegetarian? Spróbujmy!
Zakładając, że osoby na diecie wegetariańskiej j łączy pewien typ wrażliwości i styl życia, który mógłby być spoiwem dla udanego związku – spróbujmy sprawdzić, o jakim rynku w Polsce i na świecie możemy mówić, chcąc wyprodukować serwis lub aplikację randkową skierowaną wyłącznie do tej grupy. Rynek produktów wegańskich i wegetariańskich w Polsce szybko rośnie, więc może nie jest to taki szalony trop.

10 proc. osób w wieku 25-34 lat w Polsce deklaruje utrzymywanie diety wegetariańskiej – wynika z badania przeprowadzonego przez firmę Mintel. Przyjmując, że ok. 10 proc. z nich korzysta z serwisów randkowych, to mówimy o rynku 0,5 mln osób w Polsce w tej grupie wiekowej. Ale oczywiście, jesteśmy ambitni i o biznesie myślimy globalnie. Wybierzmy więc inne rynki na świecie, które powinny nas zainteresować ze względu na wielkość.

Na świecie jest 375 milionów wegetarian, z czego 75 milionów to osoby, które nie jedzą mięsa z wyboru (te nas interesują). Oczywiście, nie wejdziemy na wszystkie rynki naraz. Wybierzmy więc te, na których osób stosujących dietę jest najwięcej.

Szkicujemy więc plan podboju świata na podstawie liczby wegetarian. I tu zaczynają się schody. Pomijamy na tym etapie rynki azjatyckie: Indie, Chiny i Japonia mają co prawda imponującą liczbę osób niejedzących mięsa (łącznie ok. 446 mln), ale to fałszywy trop dla naszego biznesu: wegetarianizm jest tu motywowany przyczynami religijnymi, kulturowymi, a nierzadko również bytowymi. Dlaczego o tym wspominam? Żeby przy okazji powiedzieć, jak ważne oprócz liczb, są również uwarunkowania na każdym z potencjalnych rynków.

Wróćmy do naszej strategii podboju świata. Kraje anglojęzyczne to niezły trop, tym bardziej, że przygotowanie strategii marketingowej po angielsku załatwia nam przynajmniej próbę wejścia na kilka rynków bez tłumaczenia całej usługi i komunikacji na wiele języków.

Kanada – bingo! Zdecydowanie kierunek numer jeden dla naszego biznesu z 12 milionami wegetarian z wyboru (wg badań Vancouver Humane Society z 2005 roku) i 14 milionami singli (Statistics Canada). Kanadyjczycy to też jedni z najbardziej aktywnych w mediach społecznościowych. Rynek wydaje się być wymarzony na zdobycie co najmniej miliona użytkowników naszego portalu randkowego dla wegetarian.

Stany Zjednoczone –  też nieźle; USA to pierwszy zagraniczny rynek wybierany przez polskie startupy decydujące się na eksport (wynika z badania Polskie Startupy 2017 Fundacji Startup Poland). Również dla naszego wegebiznesu amerykański klient wydaje się być obiecujący: 7,3 mln dorosłych stosuje dietę wegetariańską! Tutaj spróbujemy wyrwać kolejny milion użytkowników.

Teoretycznie mamy już 2,5 mln użytkowników. Zakładając, że działamy w modelu subskrypcyjnym, pobierając dolara miesięcznie (taniocha!)… mamy przychód rzędu 2,5 mln dolarów. Teraz tylko oszacujmy koszty i ruszajmy na podbój rynku randek  z biznesplanem i strategią na najbliższy rok. I – oczywiście – na tym etapie już wierzymy, że stworzyliśmy jeśli nie jednorożca, to co najmniej kucyka i bardzo chcemy jak najszybciej  zacząć realizować naszą wizję.

Czy właśnie stworzyliśmy milionowy biznes? Być może. Od tego, co zrobimy teraz wiele zależy. Pamiętajmy, że mamy biznes na kartce. Papier wszystko przyjmie, wszystko w Excelu może się zgadzać, pozostaje jednak kluczowe “ale”.

Zanim zaczniemy kodować i budować całą usługę SaaS, sprawdźmy, czy istnieje realna potrzeba na rynku. Uwierzcie, bardzo wiele startupów nawala właśnie w tym miejscu, w którym emocje biorą górę i już tak bardzo chce się realizować swój pomysł, że trudno skonfrontować się z rynkiem. I albo w ogóle nie zadają rynkowi kluczowych pytań, albo zadają je w taki sposób, żeby potwierdzić genialność swoich założeń.

Nasz cały randkowy biznes oparliśmy na założeniu, że wegetarianie chcą osobnego miejsca w sieci, żeby za jego pośrednictwem szukać drugiej połówki. Nie sprawdziliśmy tej potrzeby. Pamiętajmy, że żeby ten biznes się udał, musimy mieć grupę klientów, która nie tylko potrzebuje wymyślonego przez nas rozwiązania, ale też – co nawet ważniejsze! – jest gotowa za nie zapłacić. I naprawdę: lepiej zawrócić teraz, gdy biznes mamy na kartce. Zaskakująco wiele startupów brnie w biznes niczym nastolatki w platoniczny związek. Klienci, głupcze! – powinien powtarzać sobie  każdy początkujący przedsiębiorca.

Kierowana walentynkowym przypływem miłości postanowiłam wam o tym przypomnieć   <3