Categories

Gaming w medycynie ratuje życie

Gry komputerowe. Dla jednych widomy znak obecności Szatana na Ziemi, dla innych miły sposób spędzania czasu wolnego. Z tymi drugimi zbijamy piątkę, pierwszym współczujemy skomplikowanego systemu wierzeń. I jesteśmy ciekawi, czy dalej mówiliby o Złym, gdyby wiedzieli, że gry komputerowe mogą ratować życie w bardzo dosłownym sensie. Poznajcie grających lekarzy.

Pixel Technology to łódzka firma tworząca rozwiązania dla pracowni radiologicznych, ma za sobą ponad sto udanych wdrożeń w całej Polsce. Teraz rozwija nowy projekt gry szkoleniowej dla studentów medycyny, opartej o sieci deep learningowe. Dzięki podłączeniu do ponad 200 systemów szpitalnych, będzie można stworzyć rozbudowaną platformę na podstawie prawdziwych danych. Przy jej pomocy, w formie gry, studenci i lekarze będą rozwiązywali realne problemy związane z diagnozowaniem i leczeniem. Projekt uzyskał dofinansowanie unijne, w lutym zaczęło się rekrutowanie do niego ludzi. Czekamy na efekty.

Pomysł, żeby lekarzy uczyć dzięki grom nie jest nowy. W Stanach co roku umiera 30 tys. pacjentów, których śmierci można byłoby uniknąć, gdyby tylko ich urazy zostały prawidłowo zidentyfikowane i zostaliby skierowani do odpowiednich placówek. Dlatego doktor Deepika Mohan stworzył grę „Night Shift”, która poprawia umiejętności diagnostyczne lekarzy. Zwiększa ich zdolność do prawidłowego rozpoznania urazu, dzięki czemu pacjent może otrzymać niezbędną pomoc.

Według słów twórcy, gra została stworzona po to, żeby wykorzystywać część mózgu, która odpowiada za rozpoznawanie wzorców i wcześniejszych doświadczeń, do podejmowania błyskawicznych decyzji przy użyciu podświadomych skrótów myślowych. Skomplikowane ale zamysł w sumie jest prosty – lekarze mają działać odruchowo a nie gubić się w domysłach w sytuacji, gdy na ER-kę trafiło 30 osób z wypadku autobusu.

Przy pomocy gry przetestowano 368 lekarzy z izb przyjęć. Żaden z nich nie pracował w szpitalu specjalizującym się w leczeniu urazów, więc ich przeszkolenie w tej materii nie było zbyt głębokie. Połowa grupy grała w grę, druga spędzała co najmniej godzinę dziennie, czytając materiały szkoleniowe. Okazało się, że wciągająca gra tekstowa jest lepszą metodą nauczania od czytania książek.

Grupa graczy nie rozpoznała pacjentów z rozległymi urazami i nie wysłała ich do odpowiednich szpitali w 53 proc. przypadków. Grupa czytająca w 64 proc. Na dodatek efekty grania pozostały w głowach dłużej i utkwiły mocniej niż w grupie czytających. Gracze po pół roku byli prawie tak samo skuteczni, zawiedli w 57 proc. przypadków, druga grupa aż w 74 proc. Przyczyn takiego stanu rzeczy doktor Mohan upatruje w tym, że gra opowiada historie, z którymi lekarzom łatwiej się identyfikować i łatwiej zapamiętać. Ponadto w grze „na żywo” widać wszystkie konsekwencje podjętych decyzji i ewentualnych błędów w ocenie stanu pacjenta. Dodatkowo podczas rozgrywki pojawiają się postacie na bieżąco oceniające i dające graczowi opinie zwrotne na temat jego osiągnięć.

Inny rodzaj gry zaproponował lekarzom doktor Price Kerfoot. Wszyscy wiedzą, że postępy medycyny są błyskawiczne, dlatego lekarze powinni trzymać rękę na pulsie. Tylko co z tego, że trzymają, jeżeli nauka nie przekłada się na polepszenie opieki nad pacjentami. Doktor Kerfoot postanowił temu zaradzić i wymyślił grę mailową.

Na razie uczestniczą w niej pracownicy ośmiu bostońskich szpitali. Każdy dostaje maile, w których znajdują się zdjęcia i opis aktualnego stanu pacjenta oraz test wyboru odpowiedniej terapii. Ponieważ ludzie lepiej uczą się w czasie zabawy, w mailach są stockowe zdjęcia wątpliwej jakości i urody a opisy pacjentów są troszeczkę odjechane. Gracze konkurują ze sobą. A im lepsze wyniki lekarzy, tym lepiej leczą pacjentów. To takie proste. Pierwsza odsłona gry dotyczy kardiologii, w planach cukrzyca.

Na koniec najmniejsze zaskoczenie świata. Lekarze grający w zręcznościówki są dużo skuteczniejsi w operacjach laparoskopowych. Przypomnijmy – laparoskopia to operowanie silnika samochodu przez rurę wydechową albo, według słów niektórych lekarzy, wiązanie sznurowadła za pomocą metrowych pałeczek do chińszczyzny. W sytuacji, w której do organizmu przez małe nacięcie wprowadza się minikamerę i narzędzia chirurgiczne, którymi zdalnie operuje lekarz, bardzo przydaje się dobra pamięć mięśniowa oraz lepsza koordynacja oko-ręka. O co zdecydowanie łatwiej u lekarzy, którym nieobcy jest konsolowy kontroler. Badacze z Beth Israel Medical Center sprawdzili, czy taka korelacja faktycznie istnieje i okazało się, że gracze robią o 37 proc. mniej błędów podczas laparoskopii i wykonują zadanie o 27 proc. szybciej niż ich niegrający koledzy.

To tylko trzy odsłony zjawiska, które rozgrywa się na naszych oczach i zmienia sposób uczenia studentów na uczelniach medycznych. Praktyka medyczna i gamifikacja mają punkty wspólne. W obu przypadkach musimy wymaksować określone umiejętności zanim wskoczymy na wyższy poziom doświadczenia i będziemy mogli używać bardziej zaawansowanych narzędzi/broni. Gry medyczne wspomagają naukę opartą na prawdziwych przypadkach. Atrakcyjna oprawa graficzna, interaktywność i odpowiednio wysoki poziom ich rozrywkowości nie stanowią już dzisiaj problemu. Ani technologicznego, ani finansowego. A prawdziwą rewolucją mogą stać się dwie nowe warstwy rzeczywistości: wirtualna i poszerzona. Dzięki nim możliwe stanie się prowadzenie operacji na odległość i uczenie się na poziomie nieosiągalnym do tej pory. O tym jednak przy następnej okazji.

 
Categories

Inwestowanie for dummies

Kolejni sympatyczni celebryci stracili swoje z trudem uskładane oszczędności. Twarzą tej bolesnej historii stała się Jolanta Fraszyńska, która jako jedyna wystąpiła przed obiektywy i powiedziała o niezbyt fortunnej inwestycji w dzieła sztuki. Znowu okazało się, że w Polsce nie istnieje praktycznie żadna edukacja finansowa i ludzie łapią się po raz kolejny na tę samą sztuczkę.

Galleri New Form ze Szwecji oferowała inwestorom zakup dzieła sztuki. Przy czym z tego, co zrozumiałem, klienci kupowali nie tyle samo dzieło sztuki ile certyfikat na nie. Jolanta Fraszyńska straciła pieniądze, które zbierała na mieszkanie córki. Dlaczego (zdawałoby się) myślący i radzący sobie w wielu aspektach życia człowiek nagle dostaje ataku pomroczności i inwestuje pieniądze w szemrany biznes? Ciągle i ciągle z tego samego powodu.

Oszuści proponują zysk większy niż na rachunku oszczędnościowym czy lokacie, ale nie na tyle wysoki, żeby wzbudzić podejrzenia. Tutaj obiecywali 15-18 proc., niektórym klientom oferowano ponoć 30 proc. Nikt nie zadał sobie pytania skąd będą się brały te zyski. Jeżeli ktoś się spytał, dostawał informację, że po określonym czasie GNF odkupi od nich ich dzieło sztuki. Dlaczego mieliby je odkupić drożej? Nie mam pojęcia. Skąd mieliby wziąć na to pieniądze? Nie wiem. Dlaczego mieliby robić inwestorom prezent, no bo przecież takie odkupienie po cenie wyższej o 20 proc. to nic innego jak prezent? Nie wiem. I wreszcie nikt nie zadał sobie trudu, żeby wejść na stronę https://www.knf.gov.pl/dla_konsumenta/ostrzezenia_publiczne, na której można sprawdzić, czy przypadkiem Komisja Nadzoru Finansowego nie ostrzega przed inwestowaniem w dany biznes. Galleri New Form sąsiaduje tam z takimi firmami, jak Finroyal czy Amber Gold.

Ostateczna kwota przekrętu nie jest znana, mówi się o 300 mln złotych. Sprawa Amber Gold ciągle się toczy, ale niczego nie nauczyła niedzielnych inwestorów. Uwierzyli w wysoki zysk, pewnie bez ryzyka i stracili wszystko. Jak można tego uniknąć? Nie wierzyć w oferty zbyt dobre, by mogły być prawdziwe lub legalne.  

Wysoki zarobek jest oczywiście możliwy, ale to już wyższa szkoła jazdy. Dzisiaj chciałbym napisać kilka zdań o tym, jak można zacząć inwestować bez ryzyka. No dobra, inwestycja to duże słowo, ale od czegoś trzeba zacząć. Na przykład od małych kroków, właściwych wiekowi dziecięcemu. Bo tak się na początku naszej przygody inwestorskiej powinniśmy traktować – jak dzieci, które się uczą.

Inwestowanie w rachunek oszczędnościowy czy nisko oprocentowane lokaty to nie inwestycja – to oszczędzanie, które na dodatek często przynosi nam straty. Już tłumaczę dlaczego. Na stronie http://bdm.stat.gov.pl/ rozwijamy górne menu i wybieramy opcję „Wskaźnik cen”. Patrzymy w ostatnią kolumnę w pierwszym wierszu i dla roku 2017 odczytujemy wynik 102,0. Ponieważ skalą odniesienia do tego pomiaru jest rok poprzedni, oznacza to, że na koniec roku 2017 średnio ceny wzrosły o 2 proc. w stosunku do roku 2016. Co za tym idzie, za to samo 100 złotych możemy teraz kupić odrobinę mniej. Spadła siła nabywcza naszych pieniędzy.

Co to dla nas oznacza w kontekście lokaty bankowej albo oszczędzania na ROR-ze? Ano to, że jeżeli oprocentowanie tych instrumentów finansowych było mniejsze lub równe 2 proc., nasze pieniądze na koniec roku 2017 były warte mniej niż wtedy, gdy je inwestowaliśmy. Straciliśmy, ale przynajmniej nasza lokata była bezpieczna.

Żeby nie tracić, musimy szukać ofert powyżej 2 proc. w skali roku. No, prawie. Musimy pamiętać, że od dochodów kapitałowych płacimy tak zwany podatek Belki, który obecnie wynosi 19 proc. Co oznacza, że jeżeli chcemy przytulić jakiekolwiek zyski, dla aktualnego poziomu inflacji lokata musi być oprocentowana przynajmniej na poziomie 2,5 proc. Do tej wysokości, nasze potencjalne zyski ponad inflację zabierze nam fiskus. Ale przynajmniej wyjmiemy tyle, ile włożyliśmy. Powyżej 2,5 proc. będziemy cieszyć się zyskiem.

Pamiętajmy, że banki lubią oferować nam depozyty kwartalne albo półroczne, ale podają oprocentowanie w skali roku. I atrakcyjne 4 proc. dla lokaty na 3 miesiące nie jest już takie fajne. Warto zwracać uwagę na takie detale i mały druk.

Czyli co? Nie da się sensownie i bezpiecznie inwestować tak, by nie tracić? Jest rozwiązanie i są to obligacje skarbu państwa. Inwestycja pewna, bo gwarantowana przez państwo, jedyna sytuacja, w której nie zobaczymy naszych pieniędzy możliwa jest wyłącznie wtedy, gdy Polska zbankrutuje jako kraj. Ten scenariusz chyba nam na razie nie grozi.

Jeżeli chcemy zainwestować pieniądze na dłuższy okres i nie martwić się o straty, warto przyjrzeć się obligacjom indeksowanym inflacją. Taką formę oferują papiery długoterminowe. W pierwszym rocznym okresie odsetkowym mamy stałe oprocentowanie, w następnych wskaźnik inflacji powiększany jest o określoną marżę, na przykład dla obligacji czteroletnich jest to 1,25 proc. Tak skonstruowana oferta pozwala nam na generowanie stałych, choć niewielkich zysków.

W tej chwili najdłuższy program inwestycji możemy realizować na obligacjach dziesięcioletnich, które mają jeszcze jedną dodatkową zaletę. Jest nią roczna kapitalizacja odsetek. Kapitalizacja oznacza, że nasze zyski nie są nam wypłacane co roku, tylko dopisuje się je do kapitału początkowego. I jedziemy na procencie składanym. Albert Einstein rzekł kiedyś, że procent składany to największe odkrycie wszechczasów w dziedzinie matematyki. Wiedział, co mówi.

Na koniec rozważmy przykład, w którym inwestujemy 100 zł. Ustalmy stały poziom inflacji rocznej 2 proc., marżę 1,5 proc. oraz oprocentowanie w pierwszym roku na poziomie 2,7 proc.

W pierwszym roku pracuje dla nas 100 złotych. W drugim ta stówka plus odsetki naliczone za pierwszy rok i pomniejszone o podatek Belki, czyli 102,2 zł. W trzecim jest to 105,1 zł. W dziesiątym roku na nasze konto pracuje już 127,8 zł. I nasz końcowy zysk będzie naliczony od tej kwoty a nie od startowej stówki. Gdybyśmy wyciągali nasz zysk co roku i przez 10 lat pracowałoby tylko 100 zł, na całej tej operacji zarobilibyśmy o połowę mniej. Policzcie sami.

 
Categories

Oszczędzanie: kontrola najwyższą formą zaufania

Namęczyliśmy się przy zbieraniu paragonów. Namęczyliśmy się przy kategoryzowaniu wydatków. Namęczyliśmy się przy podliczaniu poszczególnych pozycji i sprawdzaniu salda. Potem, w przypadku deficytu, spociliśmy się ze stresu. Po co właściwie to wszystko było? Na co mi ten budżet?

Wyobraźcie sobie, że wasza pensja to gigantyczny akwen, który powstrzymuje tama Hoovera. Ciągłe strumienie wody, które napędzają generatory, to wasze wydatki w poszczególnych kategoriach. Woda stojąca w zbiornikach retencyjnych to nasze oszczędności, prywatny fundusz emerytalny, prywatny fundusz inwestycyjny, poduszka bezpieczeństwa i co tam sobie jeszcze wymyślimy.

Wszystko trzymamy pod kontrolą, ale nawet w najdoskonalszej tamie mogą pojawić się szczeliny, pęknięcia i nieszczelności. To nasze niekontrolowane, przypadkowe wydatki, których nawet byśmy nie zauważyli, gdybyśmy nie prowadzili budżetu. Dobrze zaplanowany budżet pozwala nam odpowiednio sterować wszystkimi strumieniami i łatać nieszczelności na tyle wcześnie, żeby naszej tamy nie wzięli diabli.

Dobre poznanie struktury własnych wydatków jest kluczem do ich optymalizowania. Dzięki budżetowi będziemy wiedzieli gdzie najbardziej opłaca się oszczędzać. Może zdarzyć się tak, że postanowimy ograniczyć nasze wydatki na jedzenie na mieście i przenieść telefon z abonamentu na prepaid. To pierwsze dało nam 100 złotych oszczędności, drugie 20. Pierwsze wiąże się z tym, że musimy zacząć robić zakupy i gotować sobie częściej w domu. Drugie, po załatwieniu wszystkich formalności, daje nam stałe dwie dyszki ekstra bez wysiłku.

I może paradoksalnie okazać się, że oszczędzenie tych stu złotych nam się nie opłaca. Wymęczyliśmy te oszczędności, pozornie wysokie (1200 zł rocznie!), tracąc tak naprawdę dużo więcej. A mianowicie czas.

Na pierwszym roku studiów, na wykładzie z makroekonomii, wtedy jeszcze doktor Marek Garbicz zadał nam pytanie: jaki jest najcenniejszy zasób świata. Posypały się niepewne odpowiedzi, że diament, że platyna, że wanad i kobalt. Chyba nikt z nas nie wpadł wtedy, że najcenniejszym zasobem jest czas. Nie wymyśliliśmy też, dlaczego tak się dzieje. To proste – to jedyny zasób nieodnawialny.

Zawsze miejcie w pamięci, że czasu zmarnowanego na bezsensowne czynności nie odzyskacie. Wasz czas ma wartość i dlatego dobrze byłoby nie rozmieniać się na drobne. Dam autentyczny przykład, którego analizę opłacalności znalazłem gdzieś na Facebooku. Abstrahuję od tego, czy sytuacja trąca cebulą, czy też nie, bo to nie jest cel naszego ćwiczenia.

Do pracy jeździcie komunikacją, ale czasami wsiadacie też na rower. Średnio rocznie wychodzi 10 dni na miesiąc na rowerze i 10 dni w komunikacji. Autobus zazwyczaj jedzie 22 minuty w jedną stronę, czasami wyrobi się w 19 minut. I jest dylemat – kasować bilet dwudziestominutowy za 3,40 zł i jechać na ryzyku, czy skasować bilet 75-ciominutowy i podróżować w komforcie psychicznym. W skali miesiąca możecie oszczędzić na tańszych biletach 20 złotych. Ale to oszczędność pozorna, bo w trakcie jazdy, zamiast poczytać książkę i trochę zmądrzeć, nerwowo wypatrujemy kontroli. A jak na nią trafimy, to diabli biorą nasze oszczędności z całego roku, bo jeden mandat kasuje je wszystkie. To właśnie możemy śmiało nazwać głupim oszczędzaniem. Być może oszczędziliśmy dwie dyszki, ale wypatrując kontrolera (i w razie wypatrzonej kontroli, wyskakując czasami przystanek wcześniej), kosztem tych drobniaków zmarnowaliśmy nasz czas.

Dlatego sugeruję, żeby oszczędności zacząć szukać wtedy, gdy dokładnie poznacie strukturę swoich wydatków. W przeciwnym wypadku może okazać się, że wasze oszczędzanie jest pozorne. Poświęcacie mu zbyt dużo czasu i energii, które można byłoby wydatkować na robienie tego tam, gdzie ma to sens. Ewentualnie na zarabianie dodatkowych pieniędzy.

Dzięki budżetowi PLANUJECIE swoje wydatki na kolejny miesiąc, zamiast puszczać je na żywioł. Dzięki analizie historycznej, możecie z dobrym prawdopodobieństwem przewidzieć ile wydacie na poszczególne kategorie. W ciągu miesiąca możecie wprowadzić do budżetu korekty, działać reaktywnie a nie pasywnie. Nie czekacie aż młot opadnie, zamiast tego macie nad swoimi pieniędzmi kontrolę.

Wiecie, jakie to fajne uczucie, mieć kontrolę nad hajsem? Polecam.

 
Categories

Polacy pokochali escape roomy. Jak na tym zarobić? Liczymy

Polacy od trzech lat szturmują pokoje zagadek – więcej escape roomów w Europie mają tylko Węgrzy. To biznes, który może przynieść od 20 do 200 tys. zł złotych przychodów miesięcznie. Sprawdzamy, jak zarobić na rosnącym trendzie.

Prawie tysiąc escape roomów rozsianych po całej Polsce generowało (według wyliczeń Pulsu Biznesu) tylko w grudniu ub. roku przychody na poziomie 12 mln zł. W samej Warszawie pokoi zagadek jest 150. W ciągu dwóch ostatnich lat liczba pokoi ucieczek wzrosła w Polsce o 600 procent!

Założenia tej zabawy są proste: do escape roomów trafia głównie młodzież szkolna i grupy znajomych, których zamykamy w pokoju, z którego będą mogli wydostać się tylko wtedy, gdy rozwikłają szereg zagadek .

Po pierwsze: skala escape roomów
Decyzja o tym, jak duży ma być nasz dom zagadek jest kluczowa. To ona w głównej mierze determinuje wielkość naszych przyszłych przychodów. Jedna gra to zarobek rzędu ok. 130 zł. Gra dla jednej grupy może zająć maksymalnie do 1,5-2 godzin. Grupa liczy z reguły od dwóch do sześciu osób.

Przy jednym pokoju możemy liczyć na przychody rzędu 20 tys. zł miesięcznie, przy ośmiu (bo tyle mają największe domy zagadek) – do 200 tys. zł. Jeśli mamy swoją nieruchomość, którą chcemy przerobić na escape room, odpadają nam koszty najmu, więc kalkulacja opłacalności tworzenia dużej ilości pokoi jest prostsza – im więcej, tym lepiej. Uwzględnić musimy jedynie wyposażenie i koszty zatrudnienia osób odpowiedzialnych za obsługę pokoi.

Po drugie: pomysł i wyposażenie escape roomu
Nawet najlepszy pomysł na escape room może położyć marne wyposażenie pokoi. Trzeba się liczyć z tym, że urządzenie jednego wnętrza to koszt ok. 60-80 tys. zł. Inwestycja powinna zwrócić się w ciągu 6 do 12 miesięcy, jeśli miejsce “zażre”.

Motywy działających w Polsce escape roomów możemy podzielić na te w klimacie horroru, kryminału, przygodowym, nawiązujące do pop kultury czy typowo logiczne.

W ostatnim czasie coraz więcej escape roomów stara się nawiązywać do tematów wziętych z popkultury, grając np. na pozytywnych emocjach wokół filmu „Powrót do Przyszłości” czy gry Super Mario Bros”– mówi Wojciech Szulimowski z warszawskiego Domu Zagadek, jednego z pierwszych w pełni autorskich escape roomów w Polsce.

Zdarzają się też motywy okazjonalne, na przykład escape room z okazji Dnia Niepodległości, zorganizowany przez Muzeum Historyczne w Legionowie, w którym dzieci musiały rozwiązać zagadki, żeby wydostać się z pokoju weterana Legionów Polskich.

Wystarczy spojrzeć w kalendarz rezerwacji Domu Zagadek, żeby zobaczyć, że biznes żre. 8 pokoi, z których każdy może obsłużyć 9 grup dziennie i 50 osób jednocześnie ma niemal pełne obłożenie. We wtorek o godzinie 10, w niedzielę o 22 – nie ma problemu, warszawiacy próbują wydostać się z pokoi o każdej porze.

Coraz częściej escape roomy – na razie zagranicą – zarabiają nie tylko na biletach, ale również na lokowaniu produktów znanych marek. Wytwórnia filmowa  

Sony Pictures w hollywoodzkim escape roomie promowała swój film Jumanji.  Innym ciekawym przykładem wykorzystania zalet tajemniczych pokoi jest wykorzystanie ich w procesach rekrutacyjnych – francuski Lidl i Assotel zaprosiły do nich kandydatów na sprzedawców, żeby sprawdzić, czy dobrze współpracują w grupie i czy radzą sobie w niespodziewanych sytuacjach.

Jeśli kalkulacja z wynajmem przestrzeni nijak nam się nie spina, możemy pomyśleć o wirtualnym, przenośnym lub mobilnym escape roomie. Indiański wigwam czy specjalnie zaaranżowana ciężarówka mogą być sprytnym sposobem na ominięcie kosztów najmu i jednocześnie wejściem na duży rynek imprez firmowych.

Nieco trudniej jest rekonstruować pokój za każdym razem w nowej przestrzeni. Samo przygotowanie przestrzeni hotelowej trwa zazwyczaj od kilku do kilkunastu godzin, ale  najwięcej czasu trzeba poświęcić na przygotowania specjalnego scenariusza, który   będzie wpisywał się w typ danego obiektu i spełniał oczekiwania klienta – tłumaczy Wojciech Szulimowski.

Po trzecie: lokalizacja escape roomu
Centrum miasta to oczywiście świetna lokalizacja, ale nie jest koniecznością dla rozwoju biznes,  jakim jest escape room. To nie do końca taki typ rozrywki, na którą decydujemy się ot tak, wracając z pracy. Może być ulokowany na peryferiach miasta, ale wtedy kluczowe jest powiązanie lokalizacji z tematyką – wykorzystanie lokalizacji jako waloru. Równie dobrze może zadziałać wpleciona w historię hala produkcyjna, jak i dom weselny.

Gdzie porównać oferty konkurencji? Już istniejące w Polsce escape roomy znajdziemy na stronie lockme.pl lub tripadvisor.com w kategorii “zabawy w ucieczkę”.

 
Categories

Gdzie są wszystkie inwestorki? Trudno uwierzyć, że tak wygląda rynek w XXI wieku

Minęło sześćdziesiąt lat od czasu, gdy przyjmowanie porad inwestycyjnych od kobiety było uważane na Wall Street za kiepski żart. Dziś kobiety mogą brać udział w sesjach giełdy, zarządzać funduszem inwestycyjnym, ale jest ich jak na lekarstwo. Nie inwestują, choć mogą i – jak się okazuje – robią to bardzo dobrze.

W 2016 roku zmarła ikona Wall Street, 101-letnia Irene Bergman.Jedna z pierwszych kobiet w Stanach, która profesjonalnie zajmowała się inwestowaniem. Nigdy nie skończyła szkoły średniej. Jej edukację przerwała wojna, która w 1942 roku kazała rodzinie bankierów uciekać z owładniętych wojną Niemiec.

Pracę na Wall Street Irene rozpoczęła w 1957 roku. – Nie było tu wielu kobiet – opowiadała w wywiadzie dla Bloomberga. Pracowała niemal do ostatnich dni życia, w ostatnich latach obsługując klientów ze swojego domu, w otoczeniu ukochanych antyków i XIX-wiecznych obrazów. Miała stałych klientów, którzy doceniali jej superkonserwatywne podejście do zarządzania aktywami

Irene Bergman osiągnęła wiele, ale w jednym ze swoich ostatnich wywiadów przyznała, że nie udało się jej spełnić największego marzenia – zostać traderem na Wall Street – To byłaby zabawa! Nigdy nie dostałam takiej oferty. Byłam kobietą – wyznała.

Z otwartymi rękami świat inwestorski nie powitał też innej amerykańskiej ekspertki – Geraldine Weiss. Pomimo wykształcenia i pasji do finansów,  bezskutecznie szukała pracy w inwestycjach. Proponowano jej co najwyżej pozycję sekretarki. W 1964 roku, w wieku 40 lat, zaczęła rozsyłać swój newsletter Investment Quality Trends  z poradami inwestycyjnymi.

Nie wyobrażam sobie, że kiedykolwiek będę przyjmował porady inwestycyjne od kobiety. Chyba, że dostałaś je od mężczyzny” – napisał do Geraldine jeden z odbiorców. To wtedy Geraldine przestała podpisywać się swoim imieniem. Przez dekadę wysyłała newsletter jako G.Weiss. Ujawniła się dopiero wtedy, gdy jej praca stała się wystarczająco szanowana. Newsletter istnieje do dziś, choć dziś tradycję kontynuuje grono jej pracowników.

Inwestor znaczy mężczyzna
Historie Irene i Geraldine to nawet nie przykłady szklanego sufitu, to betonowe drzwi, które przez lata rynek inwestycyjny zamykał kobietom przed nosem. Finanse to bardzo zdominowana przez mężczyzn branża, ale gdy czyta się dane dot. udziału kobiet w inwestycjach – nieważne indywidualnych, zbiorowych, czy profesjonalistek zarządzających funduszami, to naprawdę można poczuć się jak na początku ubiegłego stulecia. Co tu dużo mówić, w sesjach londyńskiej giełdy kobietom można uczestniczyć dopiero od 1973 roku.

Mimo dostępności parkietu, na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych, kobiety stanowią dziś tylko ok. 17 procent inwestorów indywidualnych. Skąd tak mały odsetek pań? Eksperci szukają przyczyny w tym, że kobiety mają mniejszą niż mężczyźni skłonność do podejmowania ryzyka. Dziwne, że z wiekiem kobiety nagle stają się niepoprawnymi ryzykantkami, bo najchętniej inwestują Polki w wieku 46-55 lat.

Na giełdzie kobiet jest mało, ale w świecie funduszy inwestycyjnych jest wręcz dramatycznie: w Polsce kobiet zarządzających w funduszach inwestycyjnych jest 3,57 proc*. Na świecie – 10 proc. i od dekady spada.

Kobiety inwestują inaczej, ale równie skutecznie
Iwona Białomazur, która różnicami w sposobie inwestowania kobiet i mężczyzn zajmuje się zawodowo w publikacji Czy płeć osoby zarządzającej ma wpływ na styl funduszu inwestycyjnego oraz stopę zwrotu?  pisze, że fundusze inwestycyjne zarządzane przez kobiety osiągają porównywalne wyniki do tych zarządzanych przez mężczyzn. Okazuje się, że – wbrew obiegowym opiniom – kobiety wcale nie są gorszymi inwestorkami.

Kobiety są co prawda mniej skłonne do ryzyka, za to inwestują bardziej pasywnie i długoterminowo (w modelu: kup i trzymaj). To ich ogromna zaleta. Taki styl inwestowania zaleca m.in. amerykański magnat Warren Buffet, który w środowisku giełdowym nazywany jest wyrocznią z Omaha, więc aż strach mu nie wierzyć. Swoje racje potwierdził m.in. wygranym pod koniec ub. roku 10-letnim zakładem. Buffett postawił pół miliona dolarów na to, że żaden profesjonalny inwestor nie zarobi więcej na inwestycjach w pięć dowolnie wybranych funduszy hegingowych niż 10-letni pasywnie zarządzany fundusz Vanguarda. I jak zwykle miał rację.

Więcej złego może wyrządzić na rynku kapitałowym inwestor, który nadmiernie przecenia swoje zdolności i doświadczenie i wykonuje bardzo dużo ruchów inwestycyjnych (tzw. aktywne inwestowanie): to kupuje, to sprzedaje – oczywiście, przekonany o prawidłowości swoich ruchów.  Tymczasem każda z tych transakcji kosztuje. W ogólnym rozliczeniu często koszty aktywności przewyższają stopę zwrotu.

Sama skłonność do ryzyka zaczyna być jednakowo u kobiet i u mężczyzn, jeśli mają podobny status zawodowy, doświadczenie i wykształcenie. Z tego wynika, że kobieca zachowawczość nie jest wrodzona, tylko wyuczona (i może być skutecznie “oduczona”).

Polskie gwiazdy inwestowania
Choć inwestorek w Polsce mamy mało, to jak już inwestują – robią to świetnie. To w Polsce działa jedyny w Europie fundusz inwestycyjny Venture Capital założony przez kobietę – Experior Venture Fund. Na jego czele stoi Kinga Stanisławska, która wraz Marzeną Bielecką i Magdą Grzybowską zarządzają 80-milionowym funduszem. W październiku po raz pierwszy zorganizowały w Warszawie spotkanie dla inwestorek Venture Capital z Europy Środkowo-Wschodniej. W spotkaniu wzięło udział ponad 60 ekspertek z regionu

Jasną gwiazdą wśród Polek-inwestorek jest też Ela Madej, która z przedsiębiorczyni technologicznej zmieniła się w inwestorkę – założyła i zarządza działającym w San Francisco funduszem Fifty Years. Wcześniej była partnerem w funduszu z krakowskimi korzeniami i europejskim zasięgiem- Innovation Nest. Od 2014 roku na stałe mieszka w Stanach Zjednoczonych.

* "W Polsce jest 61 towarzystw funduszy inwestycyjnych, lecz tylko połowa z nich ujawnia nazwiska osób zarządzających aktywami. Według informacji podanych na stronach internetowych, aktualnie w 32 towarzystwach zarządza 162 mężczyzn oraz zaledwie 6 kobiet, czyli 3,57%. Na największym rynku kapitałowym świata, w USA, w badaniu, które objęło wszystkie indywidualnie zarządzane fundusze w latach 1994–2003, doliczono się 190 kobiet zarządzających. Liczba kobiet wprawdzie stale rośnie, lecz udział funduszy inwestycyjnych zarządzanych przez kobiety jeszcze nigdy nie przekroczył poziomu 10%" -  Czy płeć osoby zarządzającej ma wpływ na styl funduszu inwestycyjnego oraz stopę zwrotu?, Iwona Białomazur.

 

 
Categories

Sinup: idź i grzesz więcej!

Naginamy reguły, grzeszymy i robimy rzeczy moralnie wątpliwe przez całe życie. Czasami to drobiazg, czasami coś większego. Łamiemy dietę, odpuszczamy dzień ćwiczeń, przesadzamy z imprezą, ściągamy na egzaminie albo łamiemy szóste przykazanie. Życie. Co jednak, gdybyśmy mogli to wszystko odpokutować, przy okazji robiąc coś dobrego? Jest na to startup.

Twórcy aplikacji Sinup nieźle to sobie wszystko obmyślili. Wymaga się od nas altruizmu, odwołuje się do naszych najlepszych cech charakteru, świat oczekuje, że będziemy krystaliczni, dobrzy, uprzejmi, uczesani i pogodni. Na dłuższą metę tak się nie da, sprawdziłem. Prędzej czy później znakomita większość z nas upada. Dzięki aplikacji Sinup możemy podzielić się naszym upadkiem ze światem, znaleźć pociechę wśród podobnych sobie i wpłacić pieniądze na wybraną akcję charytatywną.

W Sinupie nie chodzi o wielkie przewiny, tylko o małe grzeszki. Rzeczy, z którymi czujemy się niekomfortowo. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy na diecie, łamiemy się, zjadamy tabliczkę czekolady i dopóki cukier działa, jest nam dobrze. Gdy uderzają w nas wyrzuty sumienia, Sinup na ratunek.

Sinup wielu wyda się bardzo kontrowersyjny, a sama idea może zostać podważona. Słyszałem już, że zachęcamy do robienia rzeczy niewłaściwych. Jednak działa to nieco inaczej: jeżeli ktoś źle się czuje z powodu złamania diety, to znaczy, że na tej diecie był. Jeżeli ktoś źle się czuje bo nic nie robił cały dzień, to znaczy, że w inne dni ciężko pracuje – mówi jeden z twórców apki, Jacek Strupiński

Obiecaliśmy sobie, że zmniejszymy trochę nasze imprezowe tempo, po czym lądujemy na imprezie w nocy z piątku na niedzielę. Mamy kaca i czujemy się podle, Sinup na ratunek. Odpuściliśmy sobie dzień na siłowni. Zjedliśmy całą pizzę zamiast połowy. Nie chciało nam się wyjść wieczorem z psem. W każdej z tych sytuacji czujemy się niekomfortowo. Sinup pozwala nam redukować dyskomfort przez drobny akt dobroci.

Sinup podkreśla te grzeszki po to, żeby były tylko wyjątkiem, a nie ciągłym postępowaniem. W ten przewrotny sposób staramy się promować zdrowe funkcjonowanie, a chwile słabości zamieniać w ukojenie oraz pożyteczne uczynki – wyjaśnia Strupiński

Aplikacja nie będzie skomplikowana. Użytkownik będzie miał dostęp do trzech paneli – Feed, Donate i Profile. W pierwszym wiadomo, społeczność jest najważniejsza. A drugiej będzie można dopasować swój występek do jednego z 6 grzechów, wybrać fundację, kwotę i wykonać datek. Ostatni panel to historia naszych uczynków, wynik i podstawowe dane osobowe. Będzie też można zaprosić do aplikacji znajomych.

Premiera Sinup na AppStore planowana jest w połowie kwietnia.

Aplikacja nie ma żadnego kontekstu religijnego.

 
Categories

Dlaczego znikną nasze komputery, internet i całe te Bitcoiny?

Nie nadążacie za nowinkami ze świata nowych technologii? Możecie wyluzować, bo za chwilę powstaną komputery tak zaawansowane, że to już na serio w głowie się nie zmieści, a w starym dobrym pececie tym bardziej. Trwa morderczy wyścig o miano pierwszej firmy, która stworzy komputer kwantowy.  Walczy nie tylko Google, IBM i Microsoft, ale przede wszystkim technologiczne potęgi z Chin, Japonii i Korei. Ostatnio firmy podkręciły tempo.

W zaciszu laboratoriów i serwerowni na całym świecie trwa technologiczny wyścig zbrojeń, którego zwycięzcy spiją śmietankę z faktu bycia liderem kolejnego milowego kroku w historii komputerów. “Nie ma sensu być drugim” – mówił jeszcze niedawno w wywiadach Mataki Saito, lider prac nad japońskim superkomputerem. Kilka miesięcy po wypowiedzeniu tych słów Saito zostaje aresztowany pod zarzutem zdefraudowania 5 milionów dolarów rządowych dotacji. “Był zbyt ambitny. Przecenił swoje możliwości” – komentują obserwatorzy.

Saito bardzo się spieszył, bo wiedział, że najszybsze maszyny wciąż mają Chińczycy, a jego K-Computer ledwie mieści się w pierwszej dziesiątce (bieżące zestawienia najszybszych maszyn na świecie można znaleźć w TOP 500. Wyprzedzały go dwie chińskie maszyny, dwie japońskie, cztery amerykańskie i jeden reprezentant Europy –  plasujący się na trzecim miejscu w pierwszej dziesiątce szwajcarski Piz Daint.

Niewyobrażalne ciśnienie, gigantyczne dotacje i coraz bardziej nerwowe ruchy ambitnych twórców – tak wygląda przednówek technologicznej rewolucji. Jej Świętym Graalem ma być komputer kwantowy – maszyna o tak wielkiej mocy obliczeniowej, że wykonanie tych samych zadań na tradycyjnym komputerze wymagałoby zwiększenia go do rozmiaru całego Wszechświata. Także stwierdzenie “niewyobrażalne moce obliczeniowe” wydaje się być adekwatne.

O co toczy się gra?
Komputery kwantowe będą liczyć setki tysięcy, a może i miliony razy szybciej niż tradycyjne. Nie ma przesady w twierdzeniu, że zmienią świat, a firma, która dostarczy do tego skuteczne narzędzie, zarobi krocie. Każda bez wyjątku branża może spodziewać się gigantycznego wstrząsu wywołanego przez supermoce kwantowego komputera.

Rozwój medycyny i diagnostyki obrazowej -> superszybkie komputery będą mogły przeanalizować ogromną liczbę zdjęć wraz z całym bogactwem informacji, jakie ze sobą niosą. Ogromne moce przerobowe urealniają też wizję zmechanizowania diagnozowania: superszybki komputer mógłby wspomagać diagnozowanie chorób,  w krótkim czasie analizując wiele innych przypadków.

Rozwój sztucznej inteligencji -> maszyny są tak mądre, jak ilość danych, które przetworzą. Dzięki komputerom kwantowym będą mogły uczyć się znacznie szybciej, w krótkim czasie analizując niezliczone ilości danych.

Nowe leki dla medycyny -> tworzenie leków to dziś długotrwały proces, który wymaga sprawdzenia, w jaki sposób zachowają się cząsteczki, gdy je ze sobą zetkniemy – czy ograniczą np. rozwój infekcji, namnażanie bakterii itp. Powstanie superszybkich komputerów pozwala robić bardzo prawdopodobne symulacje takich procesów. Leki powstaną więc szybciej.

Rozwój sensorów i inteligentnych miast -> zwiększenie szybkości komunikowania się maszyn między sobą i podejmowania decyzji na podstawie obliczeń z uwzględnieniem dużej liczby danych, przybliży nas do świata, w którym maszyny będą komunikować się między sobą bez konieczności aktywnego udziału człowieka. Przełom ma być związany nie tylko z wprowadzeniem komputera kwantowego o mega mocy obliczeniowej, ale też wprowadzenie superszybkiego internetu 5G.

Pożegnanie z Bitcoinem -> wprowadzenie komputera kwantowego będzie końcem szyfrowania danych w internecie na zasadach, które znamy. Oznacza to m.in. koniec kryptowalut opartych na blockchainie, których bloki przed zniszczeniem (ingerencją w nie) chroni kryptografia. Divesh Aggarwal, spec od superkomputerów z  Narodowego Uniwersytetu w Singapurze szacuje, że koniec Bitcoina nastąpi w 2027 roku. Co potem?  Nastąpi rozwój łańcuchów, które oparte są na innych metodach zabezpieczania bloków, np. Ethereum.

Bezpieczeństwo danych -> wraz z wprowadzeniem superkomputera przestają działać wszystkie systemy, które zabezpieczają nasze konta bankowe, transakcje online i  hasła dostępowe i działają na zasadach szyfrowania (większość). Dostępu do danych strzegą tu skomplikowane zadania matematyczne, które w świecie komputerów kwantowych po prostu przestają stanowić zaporę: nowe maszyny będą w stanie je rozwiązać w kilka sekund. W to miejsce będą musiały powstać nowe, bezpieczniejsze systemy ochrony danych.

Przełom w energetyce -> przeciążone głównie przez komputery sieci energetyczne będą miały okazję odetchnąć. Wraz z rozwojem komputerów kwantowych mamy szansę zmniejszyć ilość energii zużywanej na moc obliczeniową komputerów.

Pod znakiem zapytania staje też internet w obecnym kształcie.

Kingsize nie dla każdego
Wszystkie nasze pecety, maki i komputery przemysłowe przetwarzające największe ilości danych powstawały w czasach, gdy wierzyliśmy, że atom (i jego składowe: elektorny, protonu i neutrony) to najmniejsze cegiełki występujące w przyrodzie. Dlatego procesory, które są sercem naszych urządzeń, są wyposażone w tranzystory rozróżniające dwa stany napięcia wyrażane przez elektrony: 0 i 1. Za pomocą kombinacji tych zer i jedynek zapisywaliśmy dotąd wszystkie dane przetwarzane przez nasze komputery.

I wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że w wyścigu po coraz to mniejsze komputery, osiągnęliśmy rozmiary tranzystorów porównywalne do rozmiaru atomu. Kontrolowanie przepływu elektronów w tych warunkach stało się trudniejsze, bo w tak małych układach zaczęły działać inne prawa – prawa mechaniki kwantowej, w których cząstki zaczynają zachowywać się… dziwnie.

Odkrycie dziwnych zachowań jest wyzwaniem, ale też wielką szansą: pozwala komputerom zmienić język bitów (jeden bit potrafi przechować jedynie dwie wartości – 1 i 0) na język kubitów, które pomieszczą nie dwie, a cztery właściwości. To tak jakby do tej pory komputery mogły komunikować się przy pomocy “tak” lub “nie”. Tymczasem w kubitach mogą wyrażać jeszcze wiele “stanowisk” pośrednich: “i tak, i nie”; “może” ; “tak, ale…”; “pod warunkiem, że…”. W praktyce oznacza to, że mogą przetworzyć o wiele więcej danych w tym samym czasie – ich moc obliczeniowa  staje się niewyobrażalnie większa.

Nie tylko rozmiar ma znaczenie
Cząstki w kwantowym świecie zachowują się dziwnie, bo zupełnie inaczej od tego, co znamy i wcale nie są po prostu miniaturową wersją praw, które działały na poziomie atomów. To trochę jak w ekonomii: na poziomie mikroekonomii nie działają te same prawa co w makroekonomii. Przejście z  naszych komputerów na kwantowe nie będzie więc przesiadką z audi do mercedesa, a raczej nauką chodzenia od nowa. W tym świecie prawa logiki, do której się przyzwyczailiśmy, przestają działać. Proste zależności przyczynowo-skutkowe będą musiały ustąpić miejsca prawdopodobieństwu.

Jeśli chcemy dzięki nowej wiedzy jeszcze bardziej zmniejszyć urządzenia i jednocześnie znacznie zwiększyć ich moc obliczeniową, będziemy musieli nie tylko wymyślić zupełnie nowy komputer kwantowy (których prototypy przedstawiły już największe firmy technologiczne świata), ale też wyprodukować nowe algorytmy, które będą umiały się z tymi komputerami komunikować, używając nowej logiki, a także oprogramowanie, dzięki któremu my dogadamy się z algorytmami (kodowanie dla komputerów kwantowych to proces inny od pracy dzisiejszych programistów).  Kto pierwszy upora się z tymi wyzwaniami, dostarczając światu działającą, praktyczną supermaszynę, zapewni sobie długotrwałą dominację na rynku nowych technologii.

Co się stanie z naszymi laptopami? Nie martwcie się. Zanim ta rewolucja sięgnie naszych domowych urządzeń, zdążymy pewnie zagrać w niejednego pasjansa i obejrzeć niejeden film z przerwą na herbatę w czasie, gdy zerwie się streaming.

 

 
Categories

Z warszawskiej giełdy uchodzi powietrze

W lutym na warszawskiej Wall Street wyraźnie spadła aktywność inwestorów. Z rynku wycofują się nie tylko ci ostatni, ale też i spółki, o czym świadczy rosnąca liczba wezwań do sprzedaży akcji. W dużej mierze winne są roszady w zarządzie, której trwają od kilku lat. A giełda to nie jakiś klub Ekstraklasy, gdzie trenera można sobie wymieniać co sezon.

W 2017 r. z parkietu warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych wycofano rekordową liczbę spółek – 20, a nowych przybyło tylko 15 i to pomimo całkiem dobrej koniunktury. Z kolei w połowie minionego miesiąca przytrafiły się na GPW dwie sesje, podczas których łączna wartość akcji, które zmieniły właściciela nie przekroczyła nawet 400 mln zł (w całym 2017 r. średnia wyniosła 940 mln zł na sesję). Ten ujemny bilans i mizerne obroty to, przynajmniej na razie, raczej wyjątek niż reguła. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że ich pojawienie się nie jest do końca przypadkowe. Jest to jeden z wielu objawów rozległego schorzenia, które trapi polski rynek akcji od kilku lat.

Na razie objawy pojawiają się sporadycznie i jeszcze są niegroźne, ale jak zostaną zbagatelizowane, to w przyszłości giełda przestanie być ważnym elementem naszego gospodarczego ekosystemu. A byłaby to spora strata. Piszę to jako człowiek od wielu lat komentujący wydarzenia na tym rynku i analizujący zachowanie poszczególnych spółek. Uważam, że nieodpowiedzialne jest zachowanie Skarbu Państwa, który ma pakiet kontrolny akcji GPW i w ostatnich latach dokonuje zmian na czołowych stanowiskach zarządu średnio raz na rok. W takich warunkach nie da się opracować i wdrożyć skutecznej strategii, która sprosta wyzwaniem lokalnego i globalnego świata finansów.

Gdzie się podziali polscy inwestorzy?

Zacznijmy od niepokojących objawów postępującej marginalizacji warszawskiego parkietu. W zasadzie od dołka bessy z 2009 r. roczna wartość obrotów na GPW jest relatywnie stabilna i waha się w przedziale 166-236 mld zł. Dla porównania – podczas hossy 2002-2007 wartość ta wzrosła z 24 do 231 mld zł. Relatywnej stabilizacji ulega też liczba transakcji na sesję. W latach 2009-2017 wzrosła tyko o 57 proc., a w okresie 2002-2007 o niemal 500 proc. Z kolei liczba rachunków inwestycyjnych osiągnęła swoje apogeum – 1,5 mln – w 2012 r. i od tamtej poru oscyluje przy wielkości o 100 tys. niższej. Od czterech lat straty na działalności podstawowej, czyli pośrednictwie w handlu, notują też domy maklerskie. Tylko w zeszłym roku dołożyły do interesu 115 mln zł i gdyby nie inne segmenty działalności (dystrybucja funduszy, rynek forex, itp.) to stałyby się nierentowne.  Dane te sugerują, że od kilku lat nie przybywa nam GPW inwestorów. A bez nich ten giełdowy parkiet raczej życiem tętnił nie będzie.

Z punktu widzenia inwestora indywidualnego nie podoba mi się to, że od ciężko zarobionych na giełdzie pieniędzy muszę jeszcze odprowadzać 19-proc. podatek Belki. Wierzcie mi, ale inwestowanie na rynku akcji to ciężka harówka, porównywalna z prowadzeniem biznesu. Zwłaszcza gdy, tak jak w ostatnich latach, nie ma na tym rynku wyraźnego, długoterminowego trendu wzrostowego, a pojawiające się od czasu do czasu przypływy optymizmu nie „podnoszą wszystkich łodzi jednakowo”. Znaleźć dobrą spółkę, zainwestować w nią kapitał i trzymać go bez względu na wahania kursowe to nie lada wyzwanie. A jak się uda, to skarbówka zabierze ci z zysku jedną piątą. Mało tego, biuro maklerskie przy zakupie akcji pobierze kilkuprocentową prowizję, a jak chcesz mieć lepszy dostęp do notowań to jeszcze musisz dokupić dodatkowy abonament. Już na starcie ręce opadają. A przecież to wszystko dzieje się w czasach, gdy dzięki sieciom internetowym mamy dostęp do coraz tańszych metod inwestowania, jak chociażby opisywane przeze mnie na łamach HiCash.pl pożyczki społecznościowe, czy inwestycje w cyfrowe środki płatnicze, a być może niebawem pojawią się zdecentralizowane rynki, bazujące na technologiach rozproszonych rejestrów, które zupełnie wyeliminuję koszty pośredników.

Gdybym natomiast miał się postawić w roli zagranicznego inwestora, który zazwyczaj interesuje się dużymi spółkami z GPW (te z indeksu WIG20), to też nie miałbym powodów do entuzjazmu. Tak się składa, że duża część tych największych firm jest kontrolowana przez Skarbu Państwa. Mowa głównie o spółkach z branży energetycznej (np. PGE), paliwowej (np. PKN Orlen) czy finansowej (np. PZU). To oznacza, że polityka często wkrada się do tych spółek. Gdyby jeszcze wkradała się tam w celu realizacji obiecujących planów rozwoju to nie miałbym nic przeciwko. Szkopuł w tym, że coraz częściej chodzi o partykularne interesy i obsadzanie obiecanych kiedyś, komuś stołków. Zagranica chce stabilności i perspektyw zysku, a otrzymuje roszady kadrowe i perspektywę jeszcze większej niepewności.

Po stronie inwestorów jest jeszcze jeden istotny problem – reforma emerytalna przeprowadzona przez poprzedni rząd. W jej wyniku, jak to niektórzy mają w zwyczaju mówić, „zaorane” zostały Otwarte Fundusze Emerytalne (OFE), które z naszych składek generowały spory popyt na akcji notowane na GPW (czy nam się to podobało, czy nie). Abstrahując już od tego, czy OFE w ogóle powinny w Polsce zostać wprowadzone, faktycznie były one solidnym dostawcą regularnej płynności na rodzimy parkiet. A im wyższa płynność, tym lepsze możliwości kupowania i sprzedawania dużych pakietów akcji po atrakcyjnych cenach.

Znikające spółki

Zanik popytu to jedna strona opisywanego tutaj schorzenia. Druga to wycofywanie spółek z obrotu. Cóż z tego, że będą chętni na zakup akcji danej firmy, skoro nie będzie jej na parkiecie? A zeszły rok, o czym wspominałem na początku, był rekordowy pod względem liczby wycofań – było ich 20. Głośno było chociażby o decyzji Michała Sołowowa, jednego z najbogatszych Polaków, o ściągnięciu z giełdy Synthosu, który ma kapitalizację 6,5 mld zł i jest notowany na GPW od grudnia 2004 r. Co gorsza na ten rok też szykuje się sporo wezwań, a w ciągu dwóch ostatnich miesięcy żadna spółka nie weszła na parkiet.

Jako główne przyczyny wyprowadzki z parkietu spółki podają wysokie koszty utrzymywania na rynku oraz restrykcyjne obowiązki informacyjne, w tym unijne rozporządzenie MAR, określane przez niektórych jako „koszMAR”. Z kolei brak nowych debiutów wiąże się m.in. z wysokimi kosztami całej operacji przygotowania emisji akcji, z długim procesem oczekiwania na zgody regulatorów, a przez to długim czekaniem na dofinansowanie. Ponadto, a może przede wszystkim, rynek kapitałowy ewoluuje i rynki akcji to nie jedyne miejsca, w których można pozyskać duży kapitał na rozwój swojej firmy. I nie mam tu wcale na myśli tylko ICO, ale chociażby platformy equitycrowdfundingowe, dotacje unijne, fundusze PE/VC, aniołów biznesu, a także relatywnie tani kredyt w dobie niskich stóp procentowych.

Jak widać, warszawski rynek akcji ma poważne problemy. Nie jest w tym odosobniony. Szkopuł w tym, że w ostatnich latach niewiele zostało zrobione, by tym problemom zapobiegać. W mojej opinii jest to efekt roszad w zarządzie, których od 2013 r. było po prostu za dużo.

Gdzie jest zarząd?

Wiesław Rozłucki tworzył i rozwijał warszawska giełdę od 1991 do 2006 r. W ciągu 15 lat zbudował nie tylko jeden z największych parkietów Europy Środkowo-Wschodniej, ale przede wszystkim instytucję zaufania publicznego, kojarzoną z transparentnością i nowoczesnością. Jego następca – Ludwik Sobolewski, pełnił funkcję prezesa od 2006 r. do 2013 r. i w tym czasie także zdołał wprowadzić kilka istotnych zmian, jak chociażby otwarcie małego parkietu, czyli NewConnect i przygotowanie do wprowadzenie nowego systemu transakcyjnego UTP. Kolejni prezesi byli już wymieniani tak szybko jak trenerzy klubów ekstraklasy. Adam Maciejewski, Paweł Tamborski i Małgorzata Zaleska nie zagrzali miejsca nawet na dwa lata, nie mówiąc już o Jarosławie Grzywińskim, który był p. o. prezesa przez kilka miesięcy 2017 r. Nawet gdyby wszyscy oni chcieli wprowadzić na GPW systemowe zmiany, to najzwyczajniej nie mieli by na to czasu. W efekcie kończyło się to projektami raczej kosmetycznymi niż strukturalnymi, jak wprowadzanie nowych indeksów i instrumentów, udostępnienie usługi kolokacji (możliwość instalowania swoich serwerów blisko serwerów giełdy), uruchomienie akceleratora dla startupów, czy serie road shows po głównych miastach Polski w celu zachęcania firm do wchodzenia na warszawski parkiet. A w otoczeniu rosnącej konkurencji potrzebne są zmiany, które czymś nas wyróżnią na globalnym rynku i przyciągną zarówno emitentów, jak i inwestorów.

W 2017 r., gdy zagraniczne giełdy wprowadzały eksperymentalne platformy obrotu bazujące na technologii blockchain, my zastanawialiśmy się kogo na stanowisko prezesa wytypuje Skarb Państwa. Kiedy zagraniczne giełdy wprowadzały kontrakty na bitcoina, my wycofywaliśmy się z pomysłu na polską kryptowalutę, a Ministrą Cyfryzacji przestała być Anna Streżyńska. W takich warunkach trudno o skuteczne zarządzanie instytucją, która dla zachowania konkurencyjności musi mieć stabilne władze, długoterminową strategię i przede wszystkim być otwartą na nowe technologie. I nie jest to przecież nic odkrywczego. Mam nadzieje, że Skarb Państwa przejrzy w końcu na oczy, dostrzeże potencjał tkwiący na warszawskiej Wall Street i podejmie odpowiedzialne decyzje.

 
Categories

Oszczędzanie: budżet, głupcze!

W poprzednich odcinkach wrzuciłem kilka podpowiedzi prostych, łatwych i w miarę przyjemnych. Powód był jasny, nie chciałem zaczynać mojego kąta porad od rzeczy żmudnej, nudnej, dla większości osób trudnej i w mniemaniu większości niepotrzebnej. Gdybym zaczął od budżetu i zapisywaniu wydatków, nikomu nie chciałoby się doczytać tekstu do końca.

Niestety, jeżeli chcemy poważnie traktować oszczędzanie, musimy o tym pomyśleć. Można oczywiście odkładać bez zaplanowanego budżetu. Sposoby na to pokazałem w pierwszych dwóch częściach. Niestety, mało kto potrafi z żelazną dyscypliną co miesiąc odkładać określoną kwotę, niezależnie od niespodziewanych wydatków i wpadek finansowych. Trzeba mieć w sobie gotowość na czasowe pogorszenie jakości życia w sytuacji, gdy musimy kupić awaryjnie pralkę. Nagła dziura w finansach mogłaby skłonić do odpuszczenia sobie jednej raty oszczędności. I właśnie tutaj z pomocą przychodzi nam dobrze zrobiony budżet.

Planowanie budżetu zaczynamy od skrupulatnego spisywania naszych wydatków. Jeżeli chcemy mieć z tego jakikolwiek pożytek, musimy uwzględnić wszystkie wydatki. Myślę, że sensowna skala czasowa to minimum pół roku. Po tym czasie będziesz wiedzieć na czym stoisz, poznasz udział swoich kosztów stałych, zorientujesz się, ile wydajesz na balety a ile na kulturę, i gdzie będzie można próbować przyciąć.

Do spisywania wydatków wystarczy kartka papieru i ołówek, ale ja postanowiłem skorzystać z uroków bankowości internetowej. Mam konto w mBanku. Do niego przypiąłem kartę płatniczą, z której korzystam w programie oszczędzania mimochodem (to ten, w którym bank odkłada za mnie 10 proc. wartości każdej transakcji).

Pomocny dla nas będzie oferowany przez bank podział transakcji na kategorie. Jest ich 11, plus dodatkowe 57 podkategorii. Dzięki temu każdej transakcji jesteśmy w stanie dość dokładnie przypisać miejsce wśród naszych wydatków. Bank przydziela kategorie automatycznie, jednak na początku warto je korygować, aż się nauczy, że zakupy pod blokiem to nie jedzenie na mieście tylko żywność. Pod koniec miesiąca dostaniemy elegancki wykres, dzięki któremu jednym rzutem oka ogarniemy, jak wygląda struktura naszej rozrzutności.

Żeby nasz system zadziałał, konto oferujące takie ułatwienia powinno być kontem-matką, z którego wychodzą nasze wszystkie płatności. To do niego musimy mieć podpięte płatne usługi, z niego wypłacamy z bankomatu i regulujemy ratę kredytu. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby to z niego wychodził cały ruch do sieci naszych innych kont, z których płacimy np. czynsz albo abonament (pisałem o tym w ubiegłym tygodniu). Wystarczy wtedy stałe zlecenia przypisać do odpowiedniej kategorii i wszystko robi się z automatu.

Na początku wszystkie transakcje trzeba dokładnie analizować i ewentualnie zmieniać im kategorie. System dość sprawnie się uczy, dzięki czemu po miesiącu mamy ogarniętą większość ruchu na koncie. Aktualizacje potrzebne bywają wyłącznie podczas zakupów okazjonalnych. Te zresztą system rozpoznaje bardzo dobrze, ostatnio bez pudła przypisał mi do odpowiednich sklepów elektronikę, ubrania i buty, oraz jedzenie poza domem. Ten patent załatwia nam 95 proc. roboty związanej z analizą.

Ostatniego dnia miesiąca siadam do komputera, uruchamiam excela i przerzucam sobie do niego wszystkie wydatki z konta w podziale na kategorie. Najpiękniejsze w tym systemie jest to, że bank już powrzucał wszystkie płatności do odpowiednich przegródek, ja tylko muszę wpisać kwotę łączną. Zrobienie analizy moich miesięcznych wydatków zajmuje mi dzięki temu niecałą godzinę raz w miesiącu.

W sytuacji, gdy płacę za coś gotówką, biorę paragon i spisuję z niego rzeczy do excela na bieżąco. Im mniej transakcji hajsem, tym mam łatwiejszą robotę przy spisywaniu wydatków.

Dokładna analiza wydatków to punkt wyjścia do stworzenia dobrego, działającego budżetu. O tym w kolejnej części, tymczasem idę uczyć system, że Tiger to nie odzież i obuwie.

 
Categories

Celebryci polskiego YouTube’a. 10 najpopularniejszych twórców

Milionowe widownie, kontrakty reklamowe  i rozpoznawalność na miarę gwiazd telewizji – tak radzą sobie najpopularniejsi autorzy polskiego YouTube’a. W czołówce najchętniej oglądanych kanałów królują dwudziestolatkowie, którzy pierwsze kroki stawiali jako gamerzy w 2012 roku. Polacy w sieci chętnie oglądają ich lekkie produkcje, znacznie mniej wymyślne od tych proponowanych przez tradycyjne formaty telewizyjne. Przeglądamy TOP10 polskiego YouTube’a.

Najpopularniejsze: polskie kanały na YouTubie pod względem subskrybentów.

1. SA Wardęga 3,5 mln aukbsrybentów

Zwycięzcą polskiego YouTube’a jest Wardęga dlatego, że on w swoich filmach nic nie mówi, albo mówi mało. Dzięki temu te filmy są zrozumiałe na całym świecie – komentuje triumf Sylwestra Wardęgi Maciek Budzich z Mediafun.

Sylwester Adam Wardęga to autor polskiego kanału z największą liczbą subskrypcji – SA Wardęga, ale też twórca najpopularniejszego wideo na YouTubie w 2014 roku (globalnie!). Jego Mutant Giant Spider Dog w tydzień wyświetlono ponad 33 miliony razy, a w 2018 ma już na liczniku 173 mln obejrzeń.

Przypomnijmy sobie ten klasyk internetu:

Wardęga bawi się konwencją pranków w stylu horroru klasy D: straszy spacerowiczów posępnym manekinem na szczudłach (Sandeman) lub  markuje sceny z Apokalipsy Zombie na bocznych drogach polskich miast. W ramach swoich akcji swego czasu Wardęga zadarł z policją, produkując serię filmów z funkcjonariuszami w rolach głównych. W najsłynniejszym z serii – Police Trainer  zachęcał policjantów do biegania”, uciekając im podczas kontroli. Na kanale znajdziemy też relacje z podróży, m.in. ostatnią z Brazylii.

Najbardziej popularny polski youtuber współpracuje na zasadach komercyjnych z markami, m.in.: Virgin Mobile.

  1. Blowek  – 3,3 mln subskrybuje kanał

“Siemanko, Mordeczki” –  wita się z widzami autor drugiego najpopularniejszego polskiego kanału na YouTubie, pewny siebie 22-letni Karol Gązwa znany jako Blowek. Zaczął produkować filmy w 2012 roku jako gamer. Na kanale Blowa znajdziemy przegląd pranków (wrzucenie 4 tys. plastikowych kulek do samochodu znajomej i wkręcanie znajomych), ale też recenzje aplikacji i rozmowy z innymi znanymi youtuberami. Filmy nagrywa też mama Blowka, która perlistym śmiecham przzekonała do siebie już pół miliona subsrybentów.

Najpopularniejsze nagranie Blowka z testem Fidget Spinnerów i konkursem zebrało ponad  2,5 mln wyświetleń:

  1. reZigiuSz   3 mln osób subskrybuje kanał

Wyluzowany i wygadany 21-letni przystojniaczek, który jest przede wszystkim gamerem i na tym zbudował swoją popularność w serwisie.

reZigiusz nagrywa od 2012 roku, dziś jego produkcje to nie tylko gameplaye, jazdy na motocyklu (enduro), ale też relacje z podróży (np. odwiedza w Los Angeles fryzjera z gry GTA), relacje z domowej hodowli mrówek, a ostatnio nawet z Rajdu Dakar 2018 w Boliwii. Jego filmy internauci obejrzeli już ponad 667 mln razy. reZi na pewno ma smykałkę do biznesu – oprócz kanału prowadzi też internetowy sklep, w którym sprzedaje koszulki i akcesoria swojego kanału.

Chętnie udziela się społecznie, w  ubiegłym roku w 24 godziny we współpracy ze sponsorami i internautami zebrał 320 tys. zł w ramach akcji ReZimy Dobrem. Pieniądze zostały przeznaczone na Górnośląskie Centrum Zdrowia Dziecka.

  1. AbstrachujeTV – prawie 3 mln subskrybuje kanał

Zaczęło się od komediowego trio tworzonego przez Czarka, Roberta i Rafała, których skecze zaczęły bawić Polaków w sieci w 2012 roku. Dziś youtube’owy biznes się rozrósł. W stajni produkcyjnej Abstra jest już nie tylko AbstrachujeTV, ale też osiem innych kanałów, m.in. AbstrachujePLUS z making offami, Nieprzygotowani – nadawany w każdą środę serial dla młodzieży o życiu w liceum, Dla Pieniędzy – filmiki o kasie (Ile zarabia komornik, wizyta w domu najbogatszego Polaka w Londynie itp.) czy lifestyle’owy vlog dwóch dziewczyn Beksy czy zRozum – wyjaśnianie różnych zjawisk.

Niech wizytówką twórczości chłopaków będzie ostatnie wideo o smogu:

Na początku tego roku Abstra połączył się z drużyną eSportową AGO Gaming, co zapowiada nowy rozdział w historii firmy.

  1. Stuu – 2,9 mln subskrypcji

Stuu nagrywa chyba najdłużej spośród polskich youtuberów – jego główny kanał powstał w 2011 roku, ale pierwsze produkcje lub współprodukcje tworzył znacznie wcześniej. Kanał Stuu to głównie one man show prowadzony przez gamera wychowanego w Londynie, ale świetnie mówiącego po polsku. Coraz częściej Stuu nagrywa ze swoją dziewczyną Justyną. Znajdziemy tu funarty i pranki (10 tysięcy zapałek zapalonych naraz, zakładanie 100 warstw koszulek itp.).

  1. Step Records –  2,4 mln subskrypcji

Kanał jednej z najbardziej rozpoznawalnych  hip-hopowych wytwórni, która dała światu m.in. Molestę, Boriksona, a ostatnio Penxa czy Gang Albanii.

  1. 5 sposobów na  – 2,1 mln subskrypcji

Pięciu facetów od lipca 2013 roku wyprodukowało już 270 filmów z life hackami i sprytnymi patentami, których nie powstydziłby się Adam Słodowy. Znajdziemy tu więc 5 sposobów na przeżycie za 5 zł, dekoracje do domu czy życiowe rady dot. majsterkowania.

  1. Naruciak – 1,8 mln subskrypcji

Twórcą kanału jest Adam Zimmerman, rocznik 1998. Kanał Naruciak istnieje od 2013 roku. To najbardziej vlogowa propozycja z pierwszej dziesiątki polskiego YouTube’a. Adamn opowiada o swoim życiu i podsumowuje internetowe fakty tygodnia w serii “Poniedziałkowy Naruciak”.

  1. IsAmUxPompa – 1,7 mln subskrypcji

Klasyczny kanał z gameplayami. Szymon Kasprzyk, rocznik ‘89, na swoim kanale gra nie tylko w Minecrafta, Counter Stike’a i CS:GO, ale czasem też w mniej popularne zręcznościówki. 

  1. YOUNG MULTI –  1,69 mln subskrypcji

Michał Rychlik (ur. w 1997) jak większość czołówki polskich youtuberów zaczynał jako gamer. Obecnie ważniejsza jednak stała się dla niego druga pasja – muzyka. Na kanale Multiego królują teraz jego własne hiphopowe numery i teledyski. Prowadzi też sklep internetowy, w którym można np. kupić w zestawie bluzę z  podobizną Multiego i jego najnowszą płytę.