Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Bańka spekulacyjna czyli kiedy pęknie?

W prasie Bitcoin, w radio Bitcoin, w telewizji Bitcoin. Jeżeli stare media zainteresowały się Bitcoinem, sprawa jest poważna. Niektórzy nawet twierdzą, że sprawa jest poważna na tyle, że czas na korektę kursu. Określają to mniej grzecznie, jako „golenie baranów” a nie korektę, co oznacza, że akcję na Bitcoinie uznali za bańkę spekulacyjną. Wyjaśnimy ten fenomen.

 

Od razu mówię, że nie zadeklaruję się po żadnej ze stron, chociaż coraz bardziej przychylam się do opcji „Bitcoin jako bańka”. Pochylmy się nad zagadnieniem.

Bańka spekulacyjna nie powstaje w jeden dzień, to trwający jakiś czas proces wzrostu lub spadku cen określonego towaru albo akcji. Proces charakteryzuje się tym, że jest niezrównoważony. Nic nie uzasadnia gwałtownego drożenia Bitcoina, a jednak drożeje. Proces jest również samonapędzający się. To bardzo ważne i działa następująco.

Inwestor dowiaduje się o Bitcoinie. Kursy przebijają dach, ale wszyscy mówią, że będzie drożeć i jak ktoś nie wsiądzie teraz do tego wagonika, będzie żałował. Rynek oczekuje dalszego wzrostu wartości kryptowaluty, co przyciąga kolejnych inwestorów, którzy są bardzo zainteresowani zyskami. Które niewątpliwie uzyskają inwestując wwłaśnie Bitcoiny. Przecież one już kosztowały kiedyś ponad 18 tys. dolarów za sztukę, na pewno jeszcze zdrożeją! O rany, dzisiaj kosztują niecałe 7 tys. dolarów, warto wejść, gdyby miały ponownie osiągnąć historyczne maksima.

W przypadku bańki spekulacyjnej, wzrostu cen nie uzasadniają czynniki ekonomiczne czy finansowe. Stoi za nimi wyłącznie aspekt psychologiczny. Wzrost cen jest generowany w naszych głowach. Zakładamy, że będzie drożej, wkładamy w to pieniądze i voila – jest drożej! I dopóki będą pojawiać się nowi inwestorzy, będzie drożało. A potem duży zawodnik zaczyna realizować zyski, rzuca towar na rynek i zaczyna się panika oraz duże korekty cen.

To odróżnia bańkę od hossy. W przypadku tej pierwszej po dużych wzrostach następuje pęknięcie bańki, obydwie te rzeczy następują jedna po drugiej. Stan bańki jest tymczasowy, w kategoriach procesów gospodarczych nie trwa długo i kończy się płaczem i bankructwami. Gdy bańka pęka, sytuacja wraca do normalnego stanu wartości danego aktywu czy towaru. W przypadku hossy i prawidłowego wzrostu, wartość danego towaru czy aktywu zmienia się fundamentalnie i odzwierciedla jego faktyczną wartość a nie wyobrażenia inwestorów.

Retrobańki
Przejdźmy do ciekawszej części, w której pokażę kilka klasycznych i znanych baniek spekulacyjnych. Za najstarszą uznaje się tulipomanię. Tulipany trafiły do Europy w XVI wieku. Szczególną popularność osiągnęły w Zjednoczonych Prowincjach Niderlandzkich, zresztą Holandia kojarzona jest z tymi kwiatami do dziś. Elity zaczęły konkurować między sobą, chwałę i sławę zdobywali posiadacze najrzadszych odmian tulipanów. Tulipany rozwijają się dość wolno, więc ceny ruszyły w górę. Cebulki najrzadszych odmian trafiały na licytacje, ludzi ogarnęło szaleństwo.

Na dodatek holenderskie tulipany zaatakowała choroba, która powodowała, że płatki przybierały fantastyczne kształty i kolory, odcienie, pofałdowania, wystrzępienia na krawędziach płatków. Hodowcy i kolekcjonerzy podejrzewali, że choroba rozprzestrzenia się nie przez nasiona a przez cebulki, co wywindowało dodatkowo ich cenę, upodabniając zakupy do loterii. Mogłeś dostać cebulkę, z której wyrósł w miarę normalny kwiat, mogłeś również trafić taką, która dała ci unikalnego tulipana. Ludzie oszaleli jeszcze bardziej.

Kwiaty stały się tak modne i pożądane przez kupujących, że cena cebulek potrafiła wzrosnąć nawet o 2000 proc. w miesiąc. Ludzie inwestowali oszczędności, zaciągali kredyty, w skrajnych przypadkach wyprzedawali majątek tylko po to, żeby móc kupić tulipany i odkuć się z przyszłych zysków. Niektórzy twierdzą, że to gorączce tulipanowej zawdzięczamy pojawienie się kontraktów terminowych i opcji.

Bańka „wystartowała” pod koniec roku 1634, zakończyła się efektownym załamaniem na początku roku 1637. Szczyt przypadł na rok 1636, w którym ktoś kupił cebulkę gatunku Semper Augustus za 6 tys. guldenów. Żeby to osadzić w kontekście, stanowiło to równowartość ok. 40 średnich rocznych zarobków, które wtedy wynosiły 150 guldenów. Pęknięcie pogrążyło gospodarkę Niderlandów w kryzysie na długie lata. Wszystko z powodu kwiatków.

Bańki, które dotknęły Kompanię Mórz Południowych i Kompanię Missisipi miały podobne podłoże – obie spółki emitowały akcje i kusiły inwestorów wizją niebywałych zysków w przyszłości. Zyski miały pochodzić z zamorskiego handlu, w pierwszym przypadku z Ameryką Południową, w drugim głównie z Luizjaną. W obu przypadkach inwestorzy sztucznie napompowali popyt, po czym nastąpiło urealnienie – żadna z Kampanii nie zrealizowała zakładanych zysków i kurs akcji załamał się prawie z dnia na dzień. Efektem były bankructwa tych, którzy nie zdążyli pozbyć się akcji w odpowiednim momencie.

Bańka lat 20-tych zakończyła się Czarnym Czwartkiem 24 października 1929 roku. Wepchnęła gospodarkę Stanów Zjednoczonych w Wielki Kryzys i zniszczyła ją niemalże z dnia na dzień. Kupowanie wszystkiego, łącznie z akcjami na kredyt, zemściło się na Amerykanach wyjątkowo brutalnie.

Klęska dot-comów
Bańkę internetową aka dot-comową starsi z nas oglądali na żywo. Napędził ją rozwój technologii wykorzystujących internet. Spółki inwestujące w rozwiązania oparte o sieć, stały się bardzo szybko przedmiotem zainteresowania inwestorów. Swoją cegiełkę dołożyły fundusze venture capital, które rozrzucały pieniądze na lewo i prawo i oferowały je firmom, które nie miały doświadczenia w branży. Niektórzy śmiali się, że wystarczy w nazwie mieć człon com albo net, żeby dostać kasę. Zdarzały się inwestycje w sam pomysł, bez żadnej wspierającej go infrastruktury.

Za początek bańki uznaje się rok 1995, gdy pojawiła się pierwsza wersja przeglądarki Netscape. W tym roku liczbę użytkowników Internetu oceniało się na 18 mln. Wraz z pojawieniem się Netscape zaczęła lawinowo rosnąć, czyniąc sieć miejscem bardzo perspektywicznym i potencjalnie bardzo intratnym. Na zainteresowanie się kapitału nową technologią wpłynęły również niskie stopy procentowe. Lęk przed „pluskwą milenijną” zmusił użytkowników do wymiany sprzętu i oprogramowania, dodatkowo pompując kurs akcji takich firm jak IBM, Cisco czy Microsoft.

Co więcej, nowopowstające dot-comy oferowały swoim pracownikom absurdalnie wysokie pensje i akcje. Programiści z dnia na dzień zostawali milionerami, bo przecież kurs akcji szybował. Pieniądze reinwestowali w kolejne akcje, pomnażając swój majątek. Przynajmniej na papierze. Gdy w 2000 roku inwestorzy w końcu stracili cierpliwość i powiedzieli „sprawdzamy”, cały ten domek z kart runął z hukiem. Dot-comy bankrutowały w takim tempie, że nie nadążaliśmy sprawdzać, kogo już nie ma na rynku. Niektóre serwisy, działające jeszcze rano, wieczorem się zamykały.

Najlepszym chyba przykładem tego szaleństwa jest firma Think Tools, która osiągnęła wycenę rynkową na poziomie 2,5 mld dolarów, pomimo braku perspektyw na stworzenie jakiegokolwiek działającego produktu.

Natomiast bańkę hipoteczną zakończoną światowym kryzysem pamiętamy wszyscy, zwłaszcza posiadacze kredytów mieszkaniowych we frankach.

Kapitał spekulacyjny gigantycznej wartości krąży po świecie, szukając okazji do zarobku. Kolejna gigantyczna bańka jest kwestią czasu. Niczego się nie uczymy, przez co skazani jesteśmy na powtarzanie ciągle tych samych błędów. Dlatego trzymam się zasady „jeżeli okazja jest zbyt dobra, ktoś prawdopodobnie chce mnie oszukać”. Nie namawiam do zarzucenia inwestowania i wyjazdu w Bieszczady. Sugeruję tylko podążanie za rozsądkiem, a nie za tłumem.

 
Categories

Na testy genetyczne wydajemy już 88 mln zł rocznie. Płacimy, choć nie zawsze wiemy za co

Ze śliny wróżymy swoją przyszłość, na podstawie wymazu z policzka ustalamy, czy naszych przodków nie przywiało ze stepów Mongolii, a z plam na pościeli dowiadujemy się o zdradach partnerów. Okazuje się, że Polacy pokochali testy DNA. W ciągu dwóch lat wysokość wydatków na nie wzrosła u nas o 120 mln w skali roku! Brak regulacji sprawia jednak, że ten rynek to w Polsce prawdziwy Dziki Zachód.

“Podejrzewając swojego partnera lub partnerkę o niewierność, warto wykonać szybki test zdrady” – zachęca jedna z firm oferujących laboratoryjne badanie, które za niecały tysiąc złotych wykrywa, czy na przedmiotach (pościeli, bieliźnie) nie znajduje się przypadkiem sperma kochanka. Jest też w stanie sprawdzić, czy pochodzi ona od osoby, którą o bycie kochankiem podejrzewamy (to już na podstawie porównania z mikrośladami zostawionymi przez podejrzanego na niedopałku papierosa czy szklance). Choć oferta to kontrowersyjna, to jest tylko jedną z setek usług oferowanych w internecie przez polskie firmy i laboratoria zajmujące się analizą próbek DNA.

Okazuje się, że w Polsce rynek testów DNA kwitnie. W 2015 roku wydaliśmy na nie 80 mln złotych, a w 2017 już 200 mln (w tym 46 proc. wydatków pokrył NFZ). Nie odstajemy od światowego trendu: do 2020 roku globalny rynek testów genetycznych ma być wart 340 mln dolarów. Popyt rośnie, więc i pomysłów na komercyjne wykorzystanie genetyki jest coraz więcej.  

Zdrowie najważniejsze
Niemal połowa z około miliona wykonywanych w Polsce rocznie testów to profesjonalne badania pod egidą NFZ – refundowane są m.in. badania w kierunku raka piersi, jelita, autyzmu, niepłodności, mukowiscydozy, celiakii, nietolerancji laktozy czy głuchoty wrodzonej. Ale wielu – w tym najnowszych metod mikromacierzy aCGH, w koszyku świadczeń nie ma. Polacy chętnie szukają medycznych nowinek w Internecie i badają się na własną rękę.

Z własnej kieszeni kupujemy głównie testy,  które mówią nam, czy jesteśmy w grupie ryzyka zachorowań na niektóre nowotwory, sprawdzamy też nasze predyspozycje do występowania alergii. Wśród popularnych wyborów Polaków znajdziemy również bardzo pragmatyczne zastosowania genetyki: testy na ustalenie ojcostwa, wspomniane testy zdrady, czy testy genealogiczne, które powiedzą nam co nieco o pochodzeniu naszych przodków. Wydajemy na nie jednorazowo od 85 zł do 2800 zł.

Hitem stały się  kompleksowe przeglądy genetyczne. W odpowiedzi na przesłaną próbkę śliny dostaniemy za nieco ponad tysiąc złotych raport o naszych genach: dowiemy się, czego nie powinniśmy jeść, a czego naszemu organizmowi brakuje, czy mamy gen otyłości, wrodzoną empatię lub czy istnieje u nas ryzyko wystąpienia schizofrenii. Przez internet, łatwo i szybko.

Kolejny kierunek rozwoju komercyjnej genetyki to personalizowanie oferty pod DNA klienta. Najbardziej znanym jak dotąd przykładem jest vinome.com, które dobiera klientowi wina nie na podstawie prostackich referencji w stylu: wytrawne, półwytrawne, czerwone lub białe, a na podstawie informacji zawartych w próbce przesłanego przez nich DNA.

Polska – biała plama na mapie genetyki
Co zaskakujące, na dynamicznie rosnącym polskim rynku mamy bardzo mało specjalistów od wykonywania profesjonalnych badań genetycznych. Według Najwyższej Izby Kontroli w pięciuset laboratoriach (również sądowych) pracują w Polsce tylko 352 osoby ze specjalnością laboratoryjna genetyka kliniczna.

Taka mała liczba specjalistów każe bacznie przyglądać się ofertom i sprawdzać, czy placówki, które wykonują testy mają jakiekolwiek certyfikaty.

W Polsce brakuje też regulacji zapewniających jakość i bezpieczeństwo oferowanych na rynku badań.

W kwietniu br. w sprawie wolnej amerykanki na komercyjnym rynku usług badań genetycznych w Polsce i braku kontroli nad jakością oferowanych testów genetycznych zwrócił się do Ministra Zdrowia Rzecznik Praw Obywatelskich. Ale prace nad polską ustawą o badaniach biomedycznych i bankowaniu, która uporządkowałaby rynek, ślimaczą się od kilku lat. Tym razem Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że projekt ustawy trafi do Rady Ministrów do września tego roku.

O czym warto pamiętać kupując test DNA?

  • Nie tylko geny decydują o rozwoju choroby – w większości przypadków ogromny wpływ na ich rozwój ma nasz styl życia. Geny to nie wyrok.
  • Nie wszystkie choroby nowotworowe są dziedziczne – tylko 10 proc. rodzajów raka to choroby uwarunkowane genetycznie, o rozwoju znacznej większości decyduje nasz styl życia.
  • Standardowe testy wykrywają tylko najpopularniejsze mutacje genów – a wiele chorób rozwija się, gdy powstanie odpowiednia konfiguracja wielu sekwencji genotypu. Można więc sobie niepotrzebnie napędzić stracha.
  • Sprawdź, kto i w jaki sposób przechowuje dane o Twoim DNA – dane dotyczące predyspozycji do chorób zakodowane w Twoim DNA to najbardziej wrażliwe dane na świecie, które byłyby niezłym kąskiem, chociażby dla banków udzielających kredyty. Najważniejsze jest to, żeby dane były szyfrowane przez laboratoria wykonujące badania, a szyfrowanie potwierdzał odpowiedni certyfikat. Chodzi o to, żeby firma, u której zamawiamy badanie, w żadnym momencie nie mogła przypisać wyników do Twojego nazwiska lub adresu IP. Niestety, z raportu NIK wynika, że ochrona tych danych w Polsce wciąż kuleje.
  • Wyniki testów genealogicznych są uzależnione od tego, jak dużo i jakiego materiału genetycznego zostało przebadane wcześniej (jeśli nie ma w puli informacji na przykład o sekwencjach DNA osób z Hiszpanii, badanie nie wykaże nam iberyjskich korzeni). Warto sprawdzić geny, których populacji są możliwe do wykrycia w konkretnym badaniu.

 

 

 
Categories

Będziesz zwycięzcą? Jak mówcy motywacyjni wciskają nam ściemy

Mówienie o szczęściu w biznesie stało się niepopularne, bo każdy dziś chce być zwycięzcą i wszystko zawdzięczać sobie. Iluzję podsycają ci, którzy sukces już odnieśli i chcą nam sprzedać receptę na niego w formie prostej niczym przepis na pomidorową. Tymczasem naukowcy przekonują, że oprócz naszej osobistej motywacji, naszego “chcenia”,  istnieje też rzeczywistość, której sporą częścią rządzi przypadek.

 

Co jest największym czynnikiem sukcesu firm i ludzi? “Timing” – odpowiadają doświadczeni przedsiębiorcy, czyli po polsku: bycie w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Tylko co to znaczy? Kiedy jest ten właściwy czas? Czy przypadkiem pod terminem “timing” nie ukryliśmy zwykłego szczęścia, które jest zupełnie poza sferą naszego wpływu? Może bardzo boimy się tego, że wbrew temu, co wkładają nam do głowy mówcy motywacyjni, tak naprawdę bardzo dużo rzeczy jest poza naszym wpływem?

“10 nawyków ludzi sukcesu”, “7 rzeczy, których nie robią milionerzy” – takie tytuły to dzisiaj w internecie murowane clickbaity. Klikamy, bo gdzieś po cichu wierzymy, że jeśli będziemy jeść, czytać i robić to co Bill Gates, to zostaniemy Billem Gatesem.

W odpowiedzi spore grono naukowców każe nam się puknąć w czoło. I, tak jak Robert Frank, profesor ekonomii na Uniwersytecie Cromwell, mówią że o sukcesie decyduje również przypadek, czyli szczególny zbieg okoliczności zewnętrznych, niezależnych od talentu, predyspozycji i ciężkiej pracy.

Frank udowadnia to matematycznie. Podaje m.in. przykład dwóch grup składających się ze 100 tys. sportowców o różnych predyspozycjach i umiejętnościach  – w jednej o zwycięstwie decydują wyłącznie one, w drugiej dwa procent czynników decydujących o zwycięstwie stanowi szczęście losowo rozłożone pomiędzy sportowców. Co się okazuje? W pierwszej grupie wygrywają najlepsi, w drugiej wygrywają osoby, które miały po prostu więcej szczęścia.

Cyborgi na ścieżce sukcesu
Spragnieni sukcesu, robimy wszystko, żeby jak najwcześniej zacząć go kontrolować. Niedouczone dzieci, źle prowadzone firmy i kompletny brak zrozumienia samych siebie – takie efekty zdaniem Annie Murphy Paul, autorki książki “The Cult of Personality Testing”, osiągamy nadmiernie ufając coraz popularniejszym testom predyspozycji. W założeniu mają nam one pomóc rozpoznać nasze mocne strony i  rozwijać się w tych dziedzinach, w których mamy szansę na sukces , ale zdaniem autorki  dzieje się coś zupełnie odwrotnego.

Miliony ludzi na świecie na podstawie przeprowadzanych w dzieciństwie testów predyspozycji podejmuje (zwykle przy udziale rodziców) decyzje o wyborze ścieżki edukacji i kariery. Annie Murphy Paul uczula jednak, że testy te nie uwzględniają natury człowieka, która przede wszystkim jest zmienna w czasie i  miejscu oraz targana sprzecznymi motywacjami. Zbyt wcześnie wprowadzając dzieci na wąską ścieżkę rozwoju, nie programujemy ich sukcesu, tylko zwyczajnie je ograniczamy.

Zamiast zwycięzców wychowujemy frustratów, którym nie dane będzie właściwe ludziom błądzenie i radość dochodzenia do celów metodą własnych prób i błędów.

Piekło benchmarków
Jeśli ludzie sukcesu nie są zaprogramowanymi na sukces maszynami, to może są czarnymi łabędziami, które nieoczekiwanie pojawiają się nie wiadomo kiedy i nie wiadomo gdzie? O niedocenianym wpływie niewiadomych pisze Nassim Nicholas Taleb w swojej pasjonującej książce “Czarny Łabędź. O skutkach nieprzewidywalnych zdarzeń”.

Taleb to były broker opcji, który rynek finansowy zna od podszewki. Twierdzi, że takich nieoczekiwanych zdarzeń jest na nim więcej niż spece od finansów chcieliby przyznać. I że z niezrozumiałym uporem stale je ignorujemy, nie mogąc się pogodzić z tym, że zarówno rynkiem, jak i życiem, kieruje głównie losowość. Wciąż ufamy tylko swoim obserwacjom, a więc temu co znamy. Idąc tą logiką: im mamy więcej danych o życiu Steve’a Jobsa, tym bardziej ufamy, że możemy jego sukces powtórzyć. Pomijamy przy tym wszystkie inne możliwe ścieżki osiągnięcia sukcesu tylko dlatego, że nie mamy dla nich odpowiednich “benchmarków”.

Autor “Czarnego Łabędzia” zauważył jeszcze jedną interesującą prawidłowość: gdy już wydarzy się coś, czego zupełnie nie przewidywaliśmy, mamy tendencję do racjonalizowania przeszłości. Nagle wydaje nam się, że właśnie coś takiego przeczuwaliśmy lub że do tego niezwykłego celu doprowadziła nas sekwencja działań składająca się na jasny przyczynowo-skutkowy ciąg. Może właśnie podobną iluzję próbują nam sprzedać mówcy motywacyjni, którzy chcą nas nauczyć, jak  powinniśmy żyć, żeby osiągnąć sukces?

Zwycięzco, jest nadzieja
Trochę to jednak smutne, że nasze życie w tak dużym stopniu targane jest różnymi nieprzewidywalnymi zdarzeniami i zależne od enigmatycznego szczęścia. Czy możemy coś z tym wszystkim zrobić?  Czy to znaczy, że możemy po prostu leżeć na kanapie i czekać aż się nam sukces przydarzy? Nie do końca.

Nikt nie twierdzi, że życiem kieruje wyłącznie przypadek. Psychologowie donoszą, że jednym z najważniejszych aspektów rozwoju osobistego jest zrozumienie tego, na co ma się rzeczywisty wpływ, a na co nie. Wtedy możemy naprawdę skupić się na pracy, która ma sens i odrzucić wszelkie omnipotentne sny o wielkości oparte o nasze fantazje  i oczekiwania co do rzeczy, na które wpływu nie mamy. One przyniosą nam jedynie frustrację i rozgoryczenie. To tak jakby Adam Małysz, będąc w szczytowej formie wierzył, że umie jeszcze zaklinać wiatr. Czy skakałby równie dobrze, gdyby jego uwaga skupiała się nie tylko na technicznych aspektach skoku, ale też na “kontrolowaniu” wiatru?

Na pewno nie zaszkodzi nam wczesne wstawanie, zdrowe odżywianie czy samodyscyplina. Dopóki nie uwierzymy, że właśnie dzięki temu wszyscy jak jeden mąż staniemy się zwycięzcami-milionerami.

 
Categories

Polska żegna się z banknotami? Coraz mniej keszu w portfelach

Ponad 185 mld zł w żywej gotówce wciąż krąży w naszej gospodarce. Chociaż jesteśmy liderem płatności zbliżeniowych, to kartami płacimy niemal najrzadziej w Europie. Aż 39 procent wszystkich transakcji to ciągle u nas płatności w keszu. Ale czeka nas duża zmiana: do 2020 roku w Polsce przybędzie pół miliona terminali. Kartą zapłacimy nawet w małym warzywniaku.


Społeczeństwo bezgotówkowe to wizja, którą wcielamy w życie od początku lat 90-tych, gdy na świecie zaczęła rozwijać się bankowość elektroniczna. Niemal trzydzieści lat później jesteśmy o krok od portfela bez banknotów i monet. Prawdopodobnie pierwszym społeczeństwem bez fizycznych pieniędzy stanie się Szwecja, w której coraz więcej sklepów w ogóle nie przyjmuje gotówki. Na płatności bez gotówki szybko przesiada się też Dania, która już od 2016 roku nie drukuje banknotów.

Choć w Polsce bardzo szybko rośnie liczba płatności kartami (wg NBP w ostatnim kwartale 2017 roku wydaliśmy w ten sposób o 10 mld zł więcej niż rok wcześniej), to pod względem liczby płatności bezgotówkowych jesteśmy na szarym końcu Europy. To dziwi, bo nowinki finansowe przyjmujemy chętnie i szybko – w ciągu zaledwie kilku lat staliśmy się europejskim liderem płatności zbliżeniowych.

Wygląda na to, że problemem nie jest niechęć do kart, a fakt. że w wielu miejscach wciąż kartą zapłacić nie można. Tę sytuację chce zmienić Fundacja Polska Bezgotówkowa, która  do końca 2020 roku rozda najmniejszym polskim firmom pół miliona terminali – będą mogli ich używać bez opłat przez pierwszy rok. Program Wsparcia Obrotu Bezgotówkowego Polska Bezgotówkowa to wspólna inicjatywa Związku Banków Polskich, Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, agentów rozliczeniowych oraz organizacji płatniczych Visa i Mastercard, czyli tych graczy rynku, którzy pobierają opłaty od transakcji. Firmy, które zgłaszają się do programu to małe i średnie przedsiębiorstwa, które wcześniej nie przyjmowały płatności kartą. Do 2020 roku krajobraz transakcji powinien się w Polsce zdecydowanie zmienić: liczba terminali wzrośnie dwukrotnie (teraz w Polsce działa ich ok. 600 tys.).

Jest też rządowy projekt terminalizacji Polski. Co prawda trafił właśnie na półkę, ale można spodziewać się jego powrotu, bo płatności bezgotówkowe są dla państwa na rękę, szczególnie w sytuacji, gdy chce walczyć z szarą strefą i uszczelnić system podatkowy. Elektroniczny obrót pieniądzem pozwala bardzo precyzyjnie śledzić przepływ gotówki.

Projekt terminalizacji zakłada, że każdą opłatę w urzędach administracji publicznej będzie można zrealizować bezgotówkowo. Terminal muszą mieć też – zgodnie z projektem ustawy –  wszystkie firmy. Na pierwszy ogień miały pójść te z branży remontowej, gastronomicznej, hotelarskiej i stacje benzynowe.

Bez keszu, bez stresu?
Do rzadkości należy dziś scenariusz, w którym ktoś przychodzi kupić mieszkanie z walizką pieniędzy. Kieszenie wypchane banknotami nie podnoszą już wiarygodności kontrahenta. Wręcz przeciwnie: transakcja taka wzbudza uzasadnione podejrzenia – przede wszystkim co do pochodzenia pieniędzy i ryzyka ich sfałszowania. Dzisiaj bezpiecznym standardem są płatności przelewem, bez kontaktu z tzw. żywą gotówką w żadnym momencie transakcji. Bezpieczeństwo obrotu pieniądzem to najważniejsza zaleta rynku bez gotówki. Dla firm to też zmniejszenie kosztów obsługi gotówki, którą w sklepach każdego dnia trzeba odebrać z kasy i wpłacić do banku.

A ryzyko? Sytuacja, w której operatorzy transakcji bezgotówkowych podnoszą opłaty tak, że stają się one istotną częścią ceny produktów i usług, które kupujemy.

Dlatego bardzo ważne dla rynku finansowego będzie zróżnicowanie dostępnych form płatności bezgotówkowych i podmiotów, które je oferują – konkurencja powinna uchronić nas przed niezdrowymi podwyżkami. Dlatego jako konsumenci powinniśmy trzymać kciuki za rewolucję na rynku finansowym, którą niesie nowe prawo Unii Europejskiej (dyrektywa PSD2), dzięki której nie tylko banki będą mogły obsługiwać nasze płatności.

Zatem zanim całkiem opróżnimy nasze portfele z keszu, zastanówmy się, komu, za co i ile płacimy zbliżając kartę do terminala i czy na pewno jest to najlepsza oferta. Na tym rynku będziemy mieć coraz więcej opcji, więc warto wybierać.

 

O zmianach na rynku usług finansowych przeczytasz też w tekście: Banki tracą monopol na zarządzanie naszymi kontami

 
Categories

10 krajów otwartych na blockchain i kryptowaluty. Dlaczego nie ma tam Polski?

W tytułowych technologiach coraz więcej mniejszych i biedniejszych państw dostrzega szanse na zrobienie cywilizacyjnego skoku. Świadczą o tym przyjazne regulacje i podatkowe zachęty dla branżowych biznesów. U nas trend jest zdecydowanie odwrotny…

 

Przy okazji konferencji BlockShow Europe 2018 organizator opublikował swój ranking europejskich krajów najbardziej przyjaznych tytułowym innowacjom. W badaniu przeanalizowano otoczenie polityczne, regulacyjne i biznesowe w 48 krajach Starego Kontynentu. Państwa oceniane były według kilku kryteriów: regulacje procesu ICO, klasyfikacja kryptowalut, jako środka płatniczego, opodatkowanie cyfrowych nośników wartości. W zestawieniu znalazły się m.in. małe państewka jak Malta i Gibraltar, a także nasz sąsiad… Białoruś. Niestety, Polski w zestawieniu nie ma, co chyba śmiało możemy zawdzięczać Ministerstwu Finansów, KNF i NBP.

Czołówka rankingu
Kilka słów o wynikach badania. Na pierwszym miejscu uplasowała się Szwajcaria. W podsumowaniu rankingu zwracano uwagę na pozytywne trendy regulacyjne w kantonie Zug, który często nazywany jest „Doliną Crypto”, bo to właśnie tam znajduje się siedziba takich projektów, jak Ethereum Foundation, Tezos, Dfinity, Bancor, czy ShapeShift. Twórcy badania podkreślają, że Szwajcaria posiada stabilny, przewidywalny i zdecentralizowany system polityczny, niskie podatki, przyjazne warunki prowadzenia działalności gospodarczej oraz przychylność nadzoru wobec startupów przeprowadzających ICO.

Na pudle znalazły się też Giblartar i Malta. Okazuje się, że te dwa małe państewka zauważyły szanse jakie stwarza technologia łańcucha bloków i kryptowaluty, i prężnie działają nad regulacjami. Przykładowo Komisja Usług Finansowych Gibraltaru już na początku tego roku zaproponowała ramy regulacyjne dla firm korzystających z blockchaina i pracujących z cyfrowymi walutami. Gibraltar chce się pozycjonować, jako bezpieczne miejsce dla tego typu biznesów, z klarownym ustawodawstwem.

Podobnie robi Malta, która właśnie opracowuje regulacje, dotyczące w szczególności handlu kryptowalutami. Będą one obejmować działalność brokerów, giełd i funduszy zaangażowanych w tego typu aktywa. Ponadto rząd pozwala zagranicznym firmom płacić podatek w wysokości tylko 5 proc. Nic więc dziwnego, że jedne z największych giełd na świecie przenoszą tu swoje siedziby, w tym polski BitBay. W najlepszej dziesiątce, na kolejnych miejscach znalazły się odpowiednio: Wielka Brytania, Dania, Niemcy, Portugalia, Holandia, Finlandia, a listę zamyka wspomniana Białoruś.

Skazani na podwykonawstwo
Obecność w zestawieniu naszego wschodniego sąsiada może dziwić najbardziej, bowiem w powszechnej świadomości nie jawi się on, jako innowacyjny kraj, a jego prezydenta prędzej widzielibyśmy w starej Wołdze niż w autonomicznej Tesli. Pozory, jak to często bywa, lubią mylić. Białoruś znalazła się w TOP 10 m. in. dzięki dekretowi “O rozwoju gospodarki cyfrowej” oraz licznym korzyściom dla firm kryptowalutowych zarejestrowanych w krajowym parku High-Tech.

Nie będę zaskoczony, gdy w kolejnej odsłonie rankingu znajdzie się Ukraina, która działa m. in. na polu wykorzystania blockchaina w służbie zdrowia i zapowiada wprowadzenie własnej kryptowaluty. Nie zdziwię się również, jeśli w tej czołowej dziesiątce wciąż nie będzie Polski. I proszę nie zrozumieć mnie źle. Nie chodzi o to, że Białoruś czy Ukraina uchodzą w moim mniemaniu za gorsze kraje od naszego. Chodzi mi to, że ich rządy zauważają szanse na to, by z gospodarek podwykonawcy stać się gospodarkami dostawcy innowacyjnych rozwiązań. Takiego transferu można dokonać relatywnie szybko wtedy, gdy pojawia się rewolucyjna technologia związana bezpośrednio ze światem cyfrowym (patrz przykład Estoniil).

Tymczasem, czy nam się to podoba czy nie, Polska wciąż zamiast projektować i eksportować własne auta, składa auta zagranicznych koncernów lub tylko niektóre ich elementy. Jeśli ktoś nie wierzy, to odsyłam do raportu Fundacji Kaleckiego: “Kapitał zagraniczny w Polsce: czy jesteśmy gospodarką poddostawcy?”.

Oczywiście nie ma gwarancji, że blockchain czy bitcoin to pewniaki do zrobienia cywilizacyjnego skoku. Szkopuł w tym, że my nawet nie dajemy sobie szansy, by sprawdzić, czy taki skok jest możliwy. Działania naszych regulatorów i nadzorców doprowadziły bowiem do tego, że firmy uciekają do bardziej przyjaznych krajów. Świetnie widać to na przykładzie wspomnianej już przez mnie giełdy BitBay.

Jak żyć, premierze?
Wyobraź sobie, że od sześciu lat prowadzisz w Polsce giełdę kryptowalut, czyli udostępniasz ludziom z całego świata platformę do wymiany jednych kryptowalut na inne kryptowaluty, a także walut fiducjarnych na kryptowaluty. Do tego niezbędne są rachunki bankowe, zarówno w walutach obcych (jak euro czy dolar), jak również w złotym, bowiem musisz gdzieś deponować pieniądze wpłacane na giełdowe konta. Tymczasem na początku roku banki zaczynają wypowiadać ci umowy, powołując się na argument, że działalność w zakresie obrotu walutami wirtualnymi uniemożliwia skuteczne monitorowanie aktywności klienta i ustalenie źródła pochodzenia środków na rachunkach (jakby gotówka zawsze na to pozwalała…). W ten sposób tracisz możliwość przyjmowania wpłat od klientów.

Okazuje się, że to nie do końca zła wola banków, bowiem w zasadzie w ich interesie jest utrzymywanie stale zasilanych niemałymi kwotami rachunków (zwłaszcza, że od kilku lat mają stałego klienta). To bardziej efekt ostrzeżeń KNF oraz podciągnięcia kryptowalut pod ustawę o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu, w której po raz pierwszy wprowadzono definicję waluty wirtualnej, nazywając ją “cyfrowym odwzorowaniem wartości”.

Przypomnijmy też, że nadzorca razem z NBP zaaranżował akcje “Uważajnakryptowaluty” w ramach, której opłacono kilku znanych youtuberów, by zniechęcali do rynku krypto (teraz planowana jest kolejna tego typu kampania). Mało tego, patrząc już od strony klientów giełdy, kryptowaluty w sensie podatkowym zakwalifikowane zostały jako prawa majątkowe i podlegają opodatkowaniu PCC. Dla aktywnych spekulantów oznacza to konieczność odprowadzenia do fiskusa ogromnych kwot, często przekraczających te zainwestowane, oraz wypełnienie góry druczków. I w takich właśnie warunkach przyszło działać m. in. giełdzie BitBay.

Podczas Polskiego Kongresu Bitcoin, który odbył się dwa tygodnie temu w Warszawie, jej prezes – Sylwester Suszek, oficjalnie zapowiedział przenosiny na Maltę, deklarując, że jako jedyny z polskich przedstawicieli branży wstrzymywał się z przeprowadzką tak długo. Inni już dawno się przenieśli albo, jak np. Abucoins, nie zdążyli i ogłosili zakończenie działalności. Szkoda. Zwłaszcza, że żadna z tych firm nie domagała się specjalnego, preferencyjnego traktowania, a tylko klarownych i uczciwych reguł gry. A trudno grać, jeśli zasady są niejasne, asymetryczne i co chwile zmieniane.

Jeśli w przyszłości okaże się, że faktycznie bitcoin to piramida finansowa lub jedna wielka pralnia brudnych pieniędzy, to polski nadzór i regulatorzy będą światowymi autorytetami w dziedzinie wykrywania finansowych przekrętów związanych z branżą krypto. Jeśli jednak tak się nie okaże, to cóż – zmienią się tylko czasy, a ludzie w urzędach będą ci sami. A Polska, jak podwykonawcą jest, tak będzie nadal.

 
Categories

Basia Tomczak z Pretty Little Weddings – pani od wszechogarniania

Biznes ślubny rośnie w Polsce w oczach. Na ślub wydajemy coraz więcej, a pieniądze liczymy coraz bardziej skrupulatnie. O tym, jak nie pogubić się w gąszczu ofert i znaleźć swoją niszę na tym rynku rozmawiam z Basią Tomczak, konsultantką ślubną i właścicielką firmy Pretty Little Weddings.

Agata Kowalczyk, HiCash: Czy mamy w Polsce weselny boom?
Basia Tomczak, Pretty Little Weddings: Zdecydowanie, widać to choćby w popkulturze. Wszystkie media  kobiece bardzo skupiają się ostatnio na tematyce ślubnej. Boom widać też w popularności szkoleń dla wedding plannerów. Oczywiście, nie wszyscy zostają w branży, ale na pewno mamy rosnący trend.

Wydajemy też coraz więcej na wesela?
Zdecydowanie, ale – na szczęście – coraz rzadziej pary decydują się na wzięcie kredytu pod ślub, co zdarzało się jeszcze kilka lat temu. Są też bardziej świadome tego, na co warto wydać pieniądze, a na co nie.

Na co warto więc wydać pieniądze ze ślubnego budżetu?
Na pewno warto wydać każde pieniądze na dobre jedzenie i dobrą oprawę muzyczną, a niekoniecznie już trzeba zapewnić nie wiadomo jakie dodatkowe atrakcje.  Zawsze powtarzam parom, żeby uważać z tymi atrakcjami, bo dla nich to jest często bardzo ważne, żeby zapewnić gościom coś wyjątkowego. Oni czasem starają się wymyślić tyle tych rzeczy, że goście na weselu zaczynają się czuć jak w Tańcu z Gwiazdami, a ludzie też chcą mieć czas, żeby ze sobą porozmawiać, czy pójść na drinka. Zawsze bardzo dobrze sprawdza się profesjonalnie przygotowany pokaz fajerwerków, fotobudka w formie na przykład busika, czy koncert niespodzianka. Trzeba jednak przy tym zawsze pamiętać, że najważniejszą i największą atrakcją wesela jest młoda para i jeśli oni się dobrze bawią, tańczą na własnym ślubie, nie znikają z sali, to są najlepszą atrakcją, jaką można sobie zamówić.

Ile płacimy za wesele?
Trzeba liczyć, że jest to wydatek rzędu od 50 do nawet 100 czy 200 tysięcy. To oczywiście zależy od liczby gości, standardu i priorytetów młodej pary. Za samą suknię można zapłacić 3 tysiące złotych i 30 tysięcy, a liczba gości na tych najbardziej wypasionych weselach to nawet 400 osób.

Jakie  błędy najczęściej popełniają pary planując ślubny budżet?
Najczęściej tworzą sobie budżet, nie mając w ogóle pojęcia na temat tego, co ile kosztuje, więc tworzą budżet, który jest w nieodpowiedni sposób rozplanowany. Tymczasem zawsze powinno być tak, że wynajęcie obiektu i opłaty za tzw. “talerzyk”, czyli każdą osobę, która jest na weselu, to ok. 55 proc. całego budżetu. Więc jeśli młodzi z góry ten próg przekroczą i wezmą sobie za dobry obiekt do swoich możliwości finansowych, to pewnie trzeba będzie do tej uroczystości dokładać. Dla wielu par stworzenie budżetu ogranicza się po prostu do oszacowania kwoty, którą mogą wydać, a potem w ogóle tych wydatków na bieżąco nie kontrolują. Moim zdaniem budżet ślubny trzeba mieć po prostu zrobiony w Excelu.

To ile powinien kosztować ten słynny “talerzyk”?
Uważałabym na cenę talerzyka poniżej 150 zł. To jest za mało i podejrzewałabym, że coś może stać za tak niską ceną. Standardowa oferta to od 180-250 zł (bez alkoholu), a w bardziej prestiżowych obiektach 400-500 złotych.

Jak trafiłaś do ślubnego biznesu?
Studiowałam kulturoznawstwo ze specjalizacją organizacji eventów. Wcześniej zajmowałam się organizacją eventów miejskich, ale do końca mi to nie pasowało. Chciałam zostać w organizacji imprez, ale odejść od pracy miejskiej. Przyszła mi do głowy praca konsultanta ślubnego i poszłam na kurs organizowany przez jedną z polskich agencji, żeby zobaczyć, czy to jest dla mnie. Po kursie od razu założyłam swoją firmę.

Poleciłabyś rozpoczęcie kariery konsultanta ślubnego właśnie od takiego kursu?
Ta praca  ma to do siebie, że nie jesteśmy w stanie nauczyć się jej w teorii i żaden kurs nie przygotuje nas do niej w stu procentach. Ale na pewno jest dobrym początkiem, żeby zobaczyć, czy to w ogóle dla nas. Krążą mity, że to jest praca bardzo przyjemna, taka jak w filmie “Powiedz tak”, w którym Jennifer Lopez jako konsultantka chodzi ze słuchaweczką w uchu i ładnie wygląda.

Prawda jest taka, że jest to bardzo trudna praca i kurs jest dobrym do tego wprowadzeniem. Dla mnie bardzo ważne na były poruszone na nim aspekty biznesowe, bo wcześniej nie prowadziłam swojej firmy i jestem z humanistką, więc wiedziałam, że to będzie dla mnie wyzwanie. Kursy dla wedding plannerów to zazwyczaj szkolenia weekendowe organizowane przez zajmujące się organizacją ślubów agencje. Trwają zwykle ok. 20 godzin.

Masz bardzo ciekawy model biznesowy, bo nie tylko jesteś konsultantką, ale też sprzedajesz na stronie Pretty Little Weddings swój autorski planner ślubny.  Co cię skłoniło, żeby sprzedawać swoje doświadczenie również w takiej formie?

Nie ma co ukrywać: procent par, które stać na zatrudnienie “żywego” konsultanta to tylko kawałek rynku.  Pretty Little Planner czyli notes, który opracowałam, to propozycja dla tych osób, które nie mogą pozwolić sobie na zatrudnienie konsultanta, a potrzebują pomocnej dłoni w zaplanowaniu i organizacji wesela. Wiadomo, że w takiej sytuacji nie pomogę wybrać im oprawy muzycznej czy florystyki, ale przeprowadzę ich przez proces tak, żeby czuli, że o niczym nie zapomnieli.  Planner to 12 arkuszy miesięcznych rozpisanych na tygodnie, które za pomocą naklejek wypełnia się tak, żeby odpowiadały terminom przygotowań do danego ślubu. W formie quizzów, tabel i harmonogramów zadaję w tym plannerze parze w odpowiednim czasie odpowiednie pytania. Odpowiadając na nie, będą wiedzieli jak zacząć, jak skonstruować budżet, o co kiedy zadbać, jak stworzyć listę gości, kiedy i jak wybrać zaproszenia. Planner przeprowadza parę przez cały proces przygotowań aż do dnia ślubu, który para rozpisuje w notesie w formie scenariusza dnia. Zależało mi na tym, żeby – w odróżnieniu od wydawnictw, które są dostępne na rynku – mój planner był nie tylko przydatny, ale też bardzo estetyczny.

Miałaś doświadczenie w organizacji imprez, więc to był Twój plus już na starcie. Co jeszcze Twoim zdaniem trzeba mieć, żeby utrzymać się w biznesie konsultantów ślubnych?
Na pewno potrzebne jest poczucie estetyki i otwartość na ludzi. To praca z jednej strony z klientem prestiżowym, czyli młodą parą dysponującą dużym budżetem, ale  jako konsultant muszę dogadać się też z panią Krysią, która sprząta salę. Trzeba być człowiekiem na tyle otwartym, żeby umieć dogadać się z każdym. Konsultant też, chcąc nie chcąc, jest trochę wciągany do rodziny pary młodej i uczestniczy w konfliktach, których trudno w takich sytuacjach uniknąć. Bywam też mediatorem, więc umiejętność komunikacji naprawdę się przydaje. Bardzo ważną rzeczą jest też zdolność podejmowania decyzji. Czasem para mi mówi: Basia, zdecyduj za nas. Zrób tak, żeby było dobrze. Wtedy muszę wziąć sprawy w swoje ręce.

A co najbardziej lubisz w swojej pracy?
Sam dzień ślubu. Kiedy już wszystkie konflikty zostały zażegnane, wszyscy są uśmiechnięci, a para młoda wchodzi na pięknie udekorowaną salę – zawsze staram się, żeby jej wcześniej nie widzieli! Wtedy czuję, że te miesiące i tygodnie pracy były tego warte.

Czym dokładnie zajmujesz się w ramach ślubnych przygotowań?
Ktoś to ładnie nazwał,  że jestem panią od wszechogarniania i bardzo lubię to słowo. Ja mogę zająć się każdym aspektem, którego wymaga organizacja wesela. Jedyne, czym staram się nie zajmować, to są kontakty z księdzem, jeśli para bierze ślub kościelny. Uważam, że to jest już bardzo intymna sprawa, którą zostawiam parze.

Pracuję w taki sposób, że jeśli zgłasza się do mnie ktoś z zapytaniem, to odsyłam ankietę, w której jest cały zakres moich obowiązków, każda rzecz wymieniona z osobna. Para zaznacza, czym chcieliby, żebym się zajęła i ja na tej bazie tworzę wycenę i umowę. Zazwyczaj to ja przychodzę do pary młodej z propozycjami podwykonawców, ale jeśli mają swoje sugestie, to oczywiście je uwzględniam.  Jestem konsultantem na tyle samodzielnym, że staram się parze jak najmniej zawracać gitarę: nie ciągam ich przy okazji każdej rzeczy na spotkanie. Uważam, że wiele spraw można załatwić mailowo czy Skype’a.

No to pora na bardzo ważne pytanie: ile to wszystko kosztuje?
Trudno mi powiedzieć jak to wygląda u innych konsultantów. U mnie ceny zaczynają się od 3500 zł za samą koordynację dnia ślubu – to jest sytuacja, w której ja nie organizuję poszczególnych elementów wesela, ale jestem przez kilkanaście godzin na weselu, koordynując ludzi, których para młoda sama zatrudniła. Opiekuję się też gośćmi i parą młodą. Najdroższe wesele, które do tej pory zrobiłam jako konsultantka kosztowało około 12 tys. zł.

Więcej informacji o organizacji ślubu zanjdziecie też na firmowym blogu Basi Pretty Little Weddings

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Obligacje. Bezpieczne inwestycje, na których możemy dużo stracić

Ponieważ od kilku tygodni głośno o firmie GetBack, dzisiaj napiszę kilka zdań o obligacjach. Niektórzy cały czas myślą, że jeżeli papier nazywa się „obligacja” to jest bezpieczny i można go kupować w ciemno. Jak uczy przykład niefortunnie inwestujących w GetBack, nie zawsze i nie do końca.

Najkrócej mówiąc, obligacje są formą pożyczania pieniędzy z rynku w formie innej niż pożyczka, kredyt czy emisja akcji. Trudno ocenić, czy wyemitowanie obligacji jest łatwiejsze od pozyskania kredytu komercyjnego, na pewno są one tańsze.

Co do definicji, obligacja jest papierem wartościowym, w którym strona emitująca stwierdza, że jest dłużnikiem nabywcy, zwanego elegancko obligatariuszem. Emitent zobowiązuje się do spełnienia określonego świadczenia, najczęściej pieniężnego. Co oznacza, że po określonym terminie wykupi od nas taką obligację, płacąc nam jej cenę i dodatkową premię. Ta premia to zysk kupującego.

Obligacje ze świadczeniem niepieniężnym mogą dotyczyć na przykład przeznaczenia obligacji komunalnej na wykup mieszkania od gminy i uzyskania zniżki w cenie.

Obligacje możemy sobie dzielić w zależności od tego, jaki mają okres wykupu, na ich wartość sprzedaży, dodatkowe opcje, poziom ryzyka inwestycyjnego i emitenta. Skoncentruję się na tych dwóch ostatnich.

W powszechnej świadomości pokutuje przekonanie, że obligacje emituje Skarb Państwa i z tego powodu są to papiery bezpieczne. O tym, jak bezpieczne były kwity wyemitowane przez Grecję czy ostatnio Argentynę i Wenezuelę, możemy się przekonać, patrząc na to co się tam działo lub aktualnie dzieje. Ale zasadniczo to prawda, że obligacje państwowe są bezpieczne, gdyż całe kraje stają się niewypłacalne bardzo rzadko.

Jednak obligacje może emitować również samorząd terytorialny, a o bankructwo gminy już łatwiej. Najciekawszym i potencjalnie najbardziej zyskownym papierem spośród obligacji są obligacje korporacyjne, emitowane przez przedsiębiorstwa. Na nich można zarobić najwięcej, ale też najłatwiej stracić. Nawet duża, stabilna firma może popaść w kłopoty i się wyłożyć, o czym świadczy choćby przykład firmy GetBack.

Jak wspomniałem, obligacje można też podzielić ze względu na poziom ryzyka inwestycyjnego. Tutaj na pomoc przychodzą nam agencje ratingowe, które oceniają firmy i instrumenty finansowe właśnie ze względu na ryzyko. Zaufanie do agencji zostało podkopane podczas kryzysu finansowego w roku 2008, gdy przyznawały najwyższe oceny papierom ryzykownym a nawet śmieciowym. Niestety, na razie nie wymyślono niczego lepszego, więc bazujemy na ich ratingach.

I tak z jednej strony mamy obligacje wolne od ryzyka albo oceniane bardzo wysoko, których emitentami są rządy państw i organizacje ponadnarodowe. Na przeciwnym biegunie są tzw. obligacje śmieciowe. Inwestycje w nie są niebywale ryzykowne, ale jednocześnie mogą przynieść ponadprzeciętny zysk. I od naszej strategii inwestycyjnej zależy na jaki sposób zarabiania się zdecydujemy – bezpiecznie ale z niewielką premią, czy raczej duże ryzyko z nadzieją na duże pieniądze.

Czym się różnią obligacje od akcji?
No dobra, mówimy o tych obligacjach, a czym niby one się różnią od akcji? Jedno i drugie to papier wartościowy, możemy w nie inwestować, gdzie różnice?

Obligacje nie dają posiadaczowi żadnych uprawnień względem emitenta, dotyczących współwłasności firmy, wypłacanej dywidendy czy możliwości uczestniczenia w walnych zgromadzeniach. Kupując obligacje nie zyskujemy ani władzy, ani wpływu, ani prawa do wypłaty dywidend. Jak wspomniałem na wstępie, emisja obligacji jest jednym z wielu sposobów finansowania i stanowi alternatywę dla kredytu albo pożyczki.

Jaki pożytek ma z tego emitent? Pozyskuje pieniądze taniej i łatwiej niż z kredytu. Ma możliwość ustalenia oprocentowania, częstotliwości wypłaty odsetek czy możliwości wcześniejszej częściowej lub całkowitej spłaty obligacji. Dla kupującego z kolei obligacja to możliwość uzyskania odsetek wyższych od tych z lokat bankowych.

Inwestowanie w obligacje jest dość bezpieczną grą, ale miejmy świadomość, że na niej też możemy stracić. Zwłaszcza w sytuacji, gdy namawia nas na nie „doradca” inwestycyjny, który zapomina wspomnieć, że nasze pieniądze pożyczymy nie państwu a firmie. Pamiętajcie – zawsze dopytujcie o szczegóły, drobny druk czytajcie przynajmniej trzy razy a lista ostrzeżeń publicznych KNF waszym najlepszym przyjacielem.

 
Categories

Wesele po polsku. Inwestycja wysokiego ryzyka?

W Polsce średni koszt zorganizowania ślubu i wesela dla siedemdziesięciu osób to 30 – 40 tys. zł. Tyle płacimy za świętowanie w opcji standardowej, ale coraz częściej decydujemy się iść nie na ilość, a na jakość i zamiast przaśnego wesela dla połowy wsi lub ćwierci miasta, organizujemy rodzinne brunche i obiady. Cała reszta się nie zmienia: trzeba kupić setki rzeczy, o których nie mieliśmy pojęcia.

 

Czy ślubna inwestycja się zwraca? Pod kątem emocjonalnym – różnie, a finansowo? W końcu wiadomo, że każdy gość przychodzi z kopertą. Arytmetyka w wypadku tej imprezy jest dziwna. Jeden gość średnio w kopercie zostawia 250 zł, co przy 70 osobach daje kwotę 17500 zł, więc nawet jeśli założymy większy gest kilku bliższych krewnych, to budżet tej imprezy nijak nie powinien się spiąć. A jednak… Wszystkie pary, z którymi rozmawiałam, wyszły co najmniej na zero. – Naszą skarbonkę uratowali krewni zza oceanu i dobry kurs dolara – śmieje się Ania, która ślub wzięła cztery lata temu. Okazuje się, że zawsze znajduje się grupa wyjątkowo szczodrych krewnych, którzy ratują statystyki.

Kwota do wydania w ten jeden dzień wydaje się zawsze astronomiczna. Zadajmy więc tradycyjne pytanie: czemu tak drogo?

Około 50 proc. wszystkich kosztów pożera cena restauracji czy innego lokalu, w którym organizujemy ślub – za tzw. “talerzyk”, czyli podstawowy wikt dla jednego gościa zapłacimy około 200 -250 zł.

  • W drugiej kolejności gotówka weselna płynie do salonów sukien ślubnych – koszt sukni to z reguły 10-15 proc. całego budżetu, choć oczywiście możemy wydać znacznie więcej.

Suknia w opcji low-budget:  niektóre zawodniczki suknie szyją sobie same (za co je naprawdę szanuję)

Panny młode wybierają też inną niskobudżetową opcję: komis, który czasem pozwala upolować świetne markowe sukienki w atrakcyjnej cenie, zwykle 500 – 1300 zł.

Jeszcze inną sprytną opcją jest uszycie sukni na zamówienie w pracowni lub przez krawcową.To koszt ok. 700-1500 zł.

Suknia w miejskiej średniej: średnio za nową suknię z salonu zapłacimy 3000-8000 zł. Tutaj trzeba przygotować się na przedpłatę w wysokości do 50 proc. wartości na kilka miesięcy przed imprezą. Kiecki z salonu to wciąż najbardziej popularna z opcji.
Suknia po bandzie: najdroższe suknie, na przykład kultowy model stworzony dla katarskiej księżniczki przez ekipę Michaela Cinco, osiągają ceny nawet 1.5 mln złotych (podaję na otarcie łez tym, którzy myśleli, że zostawili w salonie sukien ślubnych fortunę).

Coraz częściej panny młode decydują się na dwie dodatkowe sukienki. Drugą ubierają po północy, żeby swobodnie potańczyć, trzecia czeka na poprawiny. Koszt obu może zamknąć się nawet w 3000 zł, ale mogą to być też zwykłe przyzwoite kiecki z sieciówki.

  •  Oprawa muzyczna – 10 proc. wydatków (3000 – 4000 zł)
  •  Fotograf i filmowiec – 9 proc. wydatków  (ok. 3500 zł)
  •  Alkohol –  dla siedemdziesięciu osób powinniśmy założyć wydatek rzędu 2000 zł. Zwyczajowy, sprawdzony w boju przelicznik jest taki: 0,5-0,7 l wódki na każdego gościa, 1 butelka wina na 4 osoby i po dwa piwa na głowę.
  • Obrączki to w ślubnym budżecie już znacznie mniejszy kaliber kosztów, chyba że zainwestujemy w pallad…
    Obrączki low-budget: 150-300 zł (obrączki srebrne).
    Obrączki w miejskiej średniej: 1500-2200 zł (obrączki wykonane z żółtego, białego lub wielobarwnego złota lub palladu.
    Obrączki po bandzie: najmodniejsza i najdroższa jest teraz na rynku ślubnym platyna, z której obrączki kosztują od 7 do 12 tys. złotych.

Dla mnie zaskoczeniem były megadrogie florystki, makijaże i fryzury, ale też pojawiające się koszty dodatkowe na tzw. sali, czyli oprócz liczenia “za talerzyk”, okazało się, że mam zapłacić jeszcze za kieliszek, korkowe i  przystawki na stołach – mówi Ania, która w tym roku organizuje swoje wesele pod Białymstokiem.

Bardzo duża grupa kosztów w tej inwestycji to właśnie ukryte “koszty dodatkowe”. Ich lista jest jednak na tyle długa, że po zsumowaniu składa się na ładną sumkę. Nagle okazuje się, że oprócz alkoholu, muszą być jeszcze zawieszki na alkohol, a do podarunku dla gości trzeba jeszcze dokupić wstążki i pudełeczka.

  • galanteria papiernicza, czyli zaproszenia i inne druki (150-300 zł)
  • “co łaska” (przy ślubie kościelnym) (ok.400 zł)
  • wynagrodzenia dla organisty i kościelnego (przy ślubie kościelnym) (400 zł)
  • wynajęcie samochodu (800-2500 zł)
  • kwiaty i dekoracje samochodu (200 -250 zł)
  • garnitur (500 – 700 zł)
  • makijaż ślubny (od 150-400 zł)
  • fryzjer (300 – 500 zł z próbną fryzurą)
  • buty i dodatki dla młodej pary (500 -1200 zł)
  • dekoracja kościoła/sali (300-700 zł)

Uff. Sporo tego, ale tak naprawdę dopiero zamknęliśmy zestaw standardowy.

Dalej zaczyna się zabawa, bo otwiera się kwestia atrakcji dodatkowych, a tu już naprawdę wybór jest taki, że nie mam odwagi sugerować. (Tak, ludzie przyjeżdżają do ślubu w łyżce koparki!).

 
Categories

E-mobilność nadejdzie, czy tego chcemy, czy nie. Kiedy i za ile?

Pojazdy elektryczne przyszłością są i basta. Ropa i benzyna to przeżytek. Tradycyjne paliwa dewastują środowisko. Tylko prąd nas uratuje. Stacje ładowania będą na każdym rogu Polski gminnej i powiatowej. Pędzimy w świetlaną przyszłość bez spalin, benzo(a)pirenu, pyłu zawieszonego, CO2 i innych trucizn. Tyle, że wolniej od reszty.

 

Cała Dolina Krzemowa jeździ Teslami. Nie miałbym nic przeciwko, by w jej ślady poszły Warszawa, Toruń czy nawet Zgierz. Do prac zerwali się parlamentarzyści. Jest projekt ustawy, a jego założenia wydają się bardzo optymistyczne. Jednak na przeszkodzie stoją, jak zwykle pieniądze. Zobaczmy jak to w skrócie wygląda, skoncentruję się na transporcie indywidualnym.

27 kwietnia 2017 roku opublikowany został projekt ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Proponuje się w nim konkretne formy realizacji i kalendarz wprowadzania przepisów, które mają zachęcać nas do przechodzenia na zeroemisyjne formy transportu. Jednocześnie formułuje zasady zapewnienia odpowiedniej infrastruktury, czyli punktów ładowania. Brzmi ładnie, ale na przeszkodzie stoją, jak zwykle pieniądze.

Jeżeli chodzi o infrastrukturę, zapłaci za wszystko sektor energetyczny, samorządy, zarządy dróg samorządowych i krajowych. Czyli kasa wyfrunie z naszych kieszeni w takiej (podatki), czy innej (podwyższone opłaty za prąd) formie. Do pojazdów elektrycznych ma się stopniowo przesiadać administracja państwowa i samorządowa (za nasze pieniądze). Czarno widzę te przetargi. Zwiększyć ma się liczba autobusów elektrycznych w transporcie publicznym, co mnie cieszy. No i oczywiście wsparcie ma być skierowane do ewentualnych kierowców indywidualnych, chętnych na zakup elektryka.

Projekt zakłada możliwość odpisu z tytułu amortyzacji, pojazdy elektryczne mają mieć zerową akcyzę, być może gminy wprowadzą strefy zeroemisyjne, do których elektryki wjadą za darmo. Kolejne zachęty to miejsca parkingowe tylko dla pojazdów elektrycznych i gazowych oraz zwolnienie ich z opłat za parkowanie w strefach płatnych. Rozważa się też wpuszczenie tego typu samochodów na buspasy.

Założenia dotyczące rozwoju światowego segmentu aut elektrycznych są optymistyczne. Bank Morgan Stanley prognozuje, że do 2025 roku ich sprzedaż na świecie sięgnie 7 mln sztuk rocznie, co zwiększy ich udział do 7 proc. pojazdów na drogach. Bardziej optymistyczne szacunki banku Exane BNP Paribas mówią nawet o 11 proc. Byłby to gigantyczny skok, bo w tej chwili globalnie wskaźnik ten wynosi poniżej 1 proc.

Od elektryczności odwrotu nie ma, niektóre z najbardziej brutalnych projektów przewidują wprowadzenie regulacji uniemożliwiających rejestrację pojazdów spalinowych. W awangardzie prze Norwegia, która przymierza się do tego od roku 2025. Niemcy z kolei szykują ten ruch na rok 2030. Dlatego nie ma sensu pytać czy elektromobilność indywidualna się upowszechni, bardziej zasadne jest pytanie „kiedy?”. Oraz „za ile?”.

Ministerstwo Energii zakłada optymistycznie, że upowszechnienie aut elektrycznych nastąpi stosunkowo szybko i już w roku 2025 po polskich drogach ma bezszelestnie sunąć milion bryczek na prąd. W 2016 roku zarejestrowano u nas 556 samochodów elektrycznych.

Pozwólmy tej liczbie wybrzmieć. Pięćset pięćdziesiąt sześć aut, które stanowią 0,4 proc. ogółu samochodów elektrycznych zarejestrowanych w 2016 roku w UE. Jednocześnie auta elektryczne w 2016 stanowiły 0,1 proc. ogółu samochodów zarejestrowanych w Polsce. Tego typu pojazdy to ekstrawagancja i margines marginesów.

Przyczyny są proste – brak zachęt finansowych, premiujących chętnych do zakupu elektryków. Brak infrastruktury do ładowania, mamy tylko 300 punktów w całym kraju. No i niska świadomość ekologiczna rodaków, którzy dla oszczędności potrafią wyciąć zużyty katalizator i filtr cząstek stałych. Nie będzie przecież Polak montował do dwudziestoletniego szrota nowych elementów, kosztujących tyle, co jego bryka.

Czyli oczywiście elektromobilność to przyszłość. Wiele wskazuje na to, że dotrze do nas  trochę później niż u sąsiadów z UE. No bo drogo. Samochody elektryczne są w ramach tej samej klasy pojazdu prawie dwukrotnie droższe od spalinowych. Jeżeli chcemy sobie policzyć koszty eksploatacji elektryka, musimy uwzględnić różnicę w cenie. I nawet jeżeli sprzedawca da nam dobrą promocję a koszt przejechania 100 km na prądzie jest dużo niższy niż na benzynie, to w perspektywie kilkuletniej samochód elektryczny jest droższy od spalinowego.

Zespół Doradców Gospodarczych TOR opracował w maju 2017 roku raport, który podsumowuje sytuację w Polsce. Znalazło się w nim również porównanie kosztów jazdy oboma typami aut. Analiza zakłada ceny katalogowe samochodów, zakup na kredyt, trzyletni okres umowy, wkład klienta w wysokości 10 proc. ceny pojazdu, przebieg roczny 20 tys. km (wynika to z badań IBRIS) i pomija koszty ubezpieczenia. Co oznacza, że koszt przejechania 1 km uwzględnia koszty raty miesięcznej oraz średniego kosztu paliwa i ładowania na 100 km.

W takim układzie koszt przejechania 1 km zwykłym samochodem wynosi 1,37 zł a elektrykiem 1,77 zł. Czyli jest o 29 proc. droższy. Gdyby rząd wprowadził ulgi za zakup aut elektrycznych i na przykład odpuścił akcyzę, koszt 1 km wyniósłby 1,72 zł. Niewiele lepiej. A gdyby fiskus darował nam i akcyzę i VAT? Wtedy 1 km kosztowałby 1,41 zł. I dopiero wtedy wszystko zaczęłoby mieć sens.

Projekt ustawy zakłada subwencjonowanie zakupu elektryków. Jeżeli rząd faktycznie zdecyduje się na wdrożenie projektu elektromobilności, uruchomi system bezpośrednich zachęt, obejmujący zwolnienie z akcyzy i podatku VAT, i zacznie rozbudowywać sieć punktów ładowania, kierowcy kupujący nowy samochód mogą zacząć rozważać wybór pojazdu elektrycznego. W przeciwnym wypadku wszystkich nas zabije smog.

Na zdjęciu Tesla Roadster ze stajni Elona Muska, źródło: Tesla.com

 
Categories

Jubilerzy w popłochu. Milenialsi nie chcą zawierać związków małżeńskich

To zamach na świętość rodziny! Związki nieformalne? Życie na kocią łapę? Na kartę rowerową?! W
konkubinatach! Zamiast wziąć normalny ślub, wolą podpisywać umowy notarialne… Ci przeklęci
milenialsi zabijają małżeństwa!

Święty związek małżeński w zagrożeniu. W USA, skąd płynie największy potok dekadencji i milenialnej
zarazy, młodzi wywalają porządek rzeczy do góry nogami. Od dnia, w którym zliczono pierwsze
krajowe statystyki w roku 1867 nie było tak źle. Wtedy na 1000 osób notowano 9,6 małżeństw. Szczyt
przyszedł gdy dzielni chłopcy wrócili z Plaży Omaha i Iwo-Jimy, wtedy bowiem skoczył do 16,4 na
1000 osób. Jeszcze w latach osiemdziesiątych ten indeks wynosił ponad 10. Potem w wiek małżeński
weszli baby boomersi i w roku 1984 zawarto 2,48 mln małżeństw – rekord wszechczasów w Stanach
Zjednoczonych. A potem przyszli młodzi i wszystko zniszczyli. W tym dziesięcioleciu indeks małżeństw
wynosi niecałe 7, w porównaniu z rekordowym rokiem liczba małżeństw spadła o 350 tys. Milenialsi
nie chcą się hajtać!

W latach sześćdziesiątych tylko 8 proc. kobiet i 13 proc. mężczyzn wchodziło w związek małżeński po
trzydziestce. Dzisiaj takich pań jest ponad 30 proc. a mężczyzn ponad 40 proc. Socjolog Philip Cohen,
który przeprowadził badania w Stanach, twierdzi że jeżeli taki trend społeczny się utrzyma, w roku
2042 liczba małżeństw wyniesie okrągłe zero. To oczywiście niemożliwe, bo raczej nastąpi
wyhamowanie tej tendencji, ale kierunek jest w dół. Profesor Alen Downey ma trochę lepszą opinię o
milenialsach i twierdzi, że w bliskiej przyszłości tylko 1/3 z nich nigdy się nie ożeni/wyjdzie za mąż.
Tak czy inaczej, obecnie małżeństwa w USA to dla milenialsów relikt przeszłości.

Co ciekawe, ponad 60 proc. ludzi w wieku 18-34 pragnie związku i chce się związać z drugim
człowiekiem. Ale niekoniecznie ma to związek z małżeństwem i monogamią. Otwarte czy nieformalne
związki przestały być tabu i owocem zakazanym. Czy chcemy tego, czy nie, milenialsi mają zupełnie
inną wizję spędzenia życia ze swoją drugą połówką.

Taka zmiana obyczajowa pociąga za sobą szereg skutków. Generacja X i Baby Boomersi mieli jasno
wytyczony plan na życie – ożenek lub zamążpójście na studiach albo w pierwszych latach wspinaczki
po korporacyjnej drabinie. Dom na przedmieściach, dwójka dzieci, szczęśliwe małżeństwo aż po grób.
Milenialsi powiedzieli „hola, hola, a kto powiedział, że trzeba żenić się wcześnie, robić karierę po
trupach i płodzić dzieci? Młodzi inaczej stawiają priorytety. I tak na przykład 55 proc. milenialsów
twierdzi, że małżeństwo i dzieci nie są tak bardzo ważne. Natomiast większość z nich bez wahania
jako najważniejszą rzecz w życiu wskazuje edukację i spełnienie ekonomiczne, czytaj dobry hajs po
dobrej szkole.

Milenialsom w byciu wyluzowanymi ludźmi pomagają zmiany obyczajowe. Między 2007 a 2014
rokiem liczba Amerykanów deklarujących się jako chrześcijanie spadła z 78 do 71 proc., a
jednocześnie liczba ateistów wzrosła do 23 proc. I zaczęły pojawiać się sympatyczne alternatywy.
Życie razem czy posiadanie dzieci w związku nieformalnym przestały być stygmatyzowane. Prawie
połowa kobiet mieszka z partnerem przed ślubem. Jeszcze 30 lat temu decydowała się na to ledwie
1/3 pań. Porody w wykonaniu kobiet nie mających ślubu wystrzeliły w kosmos. W 2015 roku było to
41 proc. porodów ogółem. DZIEWIĘTNAŚCIE razy więcej niż w 1940 roku i 2,5 raza więcej niż w 1985.
No i nawet nie zaczynajmy tematu rozwodów rodziców, na które napatrzyli się milenialsi. Dlatego nie
powinna dziwić ich niechęć do instytucji małżeństwa.

A co u nas? Utrwalamy zgniły trend zza oceanu.

Nasi młodożeńcy są jednymi z najmłodszych w Europie, ale nie ma szału. W 2004 roku panowie żenili
się średnio w wieku 27,5 lat, dzisiaj mają już 29,3. Kobiety postarzały się z 25 do 27 lat. Chociaż i tak jesteśmy najmłodsi w Europie, to kierunek jest niepokojący. Dodajmy do tego spadek liczby ślubów z
307 tys. w 1980 roku do 193 tys. w 2016 i już widać, że zgniły Zachód znowu nadaje nam ton.

Natomiast prawdziwy dramat dzieje się na naszych oczach, gdy tylko zechcemy spojrzeć na
małżeństwa zawierane wśród najmłodszych. W roku 1980 ożeniło się 164 tys. mężczyzn i 175 tys.
kobiet w wieku 20-24 lat. W roku 2016 facetów było marne 25 tys. a pań 51 tys.

Milenialsi niosą śmierć wszystkiemu co normalne i moralne. Nie ma nadziei.