Categories

7 sposobów na zwiększenie sprzedaży dzięki treściom wideo

Tworzenie firmowego kontentu wideo to już nie opcja, a konieczność. Szczególnie, że w internecie coraz więcej oglądamy, a coraz mniej czytamy. Okazuje się, że wideo wyrasta na skuteczne narzędzie sprzedaży: zamieszczenie na landing page’u materiału filmowego zwiększa zainteresowanie produktem nawet o 80 procent. Poznajcie 7 kroków, które pozwolą Wam stworzyć dobry kontent wideo.

  1. Z czym do ludzi?
    Odpowiedz sobie na pytanie: dlaczego mój klient lub mój potencjalny klient miałby poświęcić kilka cennych minut swojego życia na oglądanie mojego wideo? Postaraj się, żeby dowiedział się z niego czegoś nowego, nauczył czegoś ważnego albo spojrzał na problem z nowej perspektywy. To nazywamy dostarczeniem wartości – sprawdza się równie dobrze w myśleniu o kontencie wideo, jak i budowaniu produktu.
  1. Scenariusz
    Każdy materiał wideo, zwłaszcza krótki, musi powstać na podstawie precyzyjnie przygotowanego scenariusza. Mamy mało czasu, każde słowo jest więc na wagę złota.

Jak zacząć tworzyć scenariusz? Zacznij od zapisania struktury swojego filmu w kilku punktach – opisz jednym zdaniem kilka najważniejszych rzeczy, które chcesz powiedzieć. Niech to będzie spis treści do filmu. W kolejnym kroku rozwiń każdy z tych punktów, stosując konkretne przykłady i liczby, które pozwolą odbiorcom lepiej zrozumieć, co chcesz im w każdym z tych punktów powiedzieć. Unikaj dygresji.

3. 10 sekund
Tyle masz czasu, żeby przekonać odbiorców, że warto obejrzeć Twoje wideo. Statystyki są nieubłagane: jedna piąta odbiorców skończy oglądać materiał po dotarciu do jego dziesiątej sekundy. Do tego momentu musisz zrobić wszystko, żeby widz chciał obejrzeć to wideo do końca. Trzeba coś mu obiecać: że go rozbawisz, postarasz się zainspirować albo powiesz mu coś, czego nie wie.

  1.  Jeden temat, wiele formatów
    Daj swojemu odbiorcy możliwość zgłębienia tematu. Niech krótkie wideo odsyła do tekstu na blogu lub do podcastu, w którym rozmawiasz na dany temat z ekspertem. Pokaż swojemu odbiorcy, że Twoja firma jest specem od zagadnienia i że opracowała je na różne sposoby, żeby  mógł znaleźć formę i poziom wiedzy, który go interesuje. Stajesz się wtedy głównym źródłem informacji o temacie.

5. Powiedz, czego oczekujesz
Słynne call to action to nic innego jak poproszenie odbiorców o coś, na czym nam zależy. Materiałom wideo produkowanym przez firmy przyświeca zwykle jeden z dwóch celów: sprzedaż lub pozyskanie leadów. Dlatego każdy materiał powinien przybliżać nas do osiągnięcia tego celu. Zachęćmy widzów do tego, żeby wpadli na naszą stronę, czy wypróbowali nasz produkt. Jesteśmy komercyjną firmą, naprawdę nikt się nie obrazi, jeśli powiemy, że robimy wartościowy kontent, żeby coś na tym zyskać.

Jeśli wideo mówi o produkcie, zaprośmy wprost do jego zakupu i podajmy link do sklepu. Jeśli chcemy, żeby odbiorcy zostawili e-mail, dajmy im dostęp do naszych treści wideo po podaniu adresu, albo obiecajmy dostęp do kolejnych treści po jego podaniu. Komunikujmy wprost swoje cele.

6. Dy-na-mi-cznie!
Wideo musi być dynamiczne. Nikt nie lubi gadających głów monotonnym głosem recytujących tekst. Tworząc wideo, masz do dyspozycji spory arsenał sposobów na to, żeby widzowie nie zasnęli.

Język – zdbaj o to, żeby sposób w jaki opowiadasz historię był różnorodny.

Używaj pytań ogólnych “Czy taka usługa ma szansę się przebić?” i retorycznych skierowanych do odbiorców: “Byłaś kiedyś w podobnej sytuacji?”.

Jeśli masz kilka dłuższych zdań do wypowiedzenia, wstaw pomiędzy nie krótkie zdania-przerywniki, na przykład: “To dopiero początek”, “Tak to działa”, “To proste”, “Sprawdźmy”.

Intonacja w większości wideo mamy narratora, który opowiada historię. Czasem jest on widoczny, czasem pojawia się wyłącznie jako tzw. głos z offu. Niezależnie od formy, narrator powinien tak modulować głosem, żeby w opowiadanej historii czuć było emocje – spokój, ekscytację, smutek czy rosnące napięcie niczym z dobrego kryminału.

Grafiki – wszędzie tam, gdzie pojawiają się liczby lub chcemy wytłumaczyć jak działa jakiś proces (na przykład jak krok po kroku powstaje nasz produkt), z pomocą przyjdą nam infografiki. W internecie jest wiele sprytnych narzędzi do tworzenia świetnych pod względem wizualnym infografik, na przykład  Snappa czy Canva.

Kadry – kompozycja elementów, które znajdują się w polu widzenia kamery zdecyduje o atrakcyjności naszego materiału. Jeżeli nasz film składa się z jednakowych kadrów, na których widać te same elementy (osoba siedząca za biurkiem) na tym samym lub bardzo podobnym tle, to ludzkie oko odczyta je jak ten sam obraz. I nawet jeśli wypowiadana przez znajdującą się w kadrze osobę treść jest ciekawa czy zaskakująca, to mózg odbiorcy zacznie się szybko nudzić. Dlatego ważne jest, żeby nasze kolejne kadry znacząco się różniły, choćby sposobem, w jaki pokazujemy mówiącą postać.

Montaż – to sposób w jaki układamy poszczególne ujęcia tak, żeby opowiadały naszą historię. W internecie popularny jest bardzo dynamiczny tzw. montaż twardy charakteryzujący się gwałtownymi cięciami i ostrymi przejściami z jednego ujęcia do drugiego (bez stopniowego przyciemniania czy przenikania się ujęć stosowanego w montażu miękkim). Coraz częściej mówimy o pełnym fajerwerków montażu youtubowym, w którym niemal każde ujęcie urozmaicone jest efektem specjalnym – na przykład pojawiającymi się elementami graficznymi:  komiksowe chmurki, emotikony – wszystkie chwyty dozwolone.

Tworząc dynamiczne wideo, pomyśl o o nim jak o trailerze filmowym.

  1.  Małe jest ok
    Coraz bardziej skraca się czas, w którym jesteśmy w stanie skupić się na jednej treści – kilka minut dla wideo, które ma zostać zaprezentowane w mediach społecznościowych to już dużo. Jeśli więc masz do wytłumaczenia złożony problem, podziel swój przekaz na kilka części – lepiej zrobić kilka dynamicznych wideo niż jednego tasiemca, do końca którego dotrwa tylko garstka najwytrwalszych widzów.
 
Categories

Mydło, nożyce, papier – milenialsi nie chcą już niczego

To niewiarygodne jaką bezwzględność, zezwierzęcenie i brak poszanowania zdobyczy wolnego rynku prezentują milenialsi. O tym, że dokonują zamachu na fundamenty naszego dobrobytu, już pisałem. Zagrożona jest prawda, piękno, sprawiedliwość i sen o sukcesie. Ale co im mydło zawiniło? Wolą brudni chodzić? Nie do wiary.

Schemat jest ciągle taki sam. Przychodzą młodzi, bezczelni, bez tabu i obciążeń, po czym zaczynają demolkę. A my nie rozumiemy co się dzieje, bo przecież za komuny było ciężko, młodzi nie doceniają tego, co teraz mają i kto normalny nie chciałby używać płynu do płukania tkanin? Jak byliśmy młodzi w sklepach był tylko proszek IXI a ubrania się płukało w zimnym potoku. Teraz luksusy młodzi mają i ich nie chcą. Dlaczego?

Nawet porządnie zjeść nie potrafią. Już nawet pomijamy fakt, że w domu żywią się wyłącznie kanapkami i o porządnym obiedzie nie słyszeli, bo wolą jeść burgery na mieście. Ale jak już jedzą i kogoś zaproszą, to zamiast użyć eleganckich serwetek, wolą korzystać z papierowych ręczników. To po prostu niesmaczne jest.

I tak sobie narzekamy na kolejne przewiny milenialsów, nie dopuszczając do głowy takiej myśli, że może oni mają trochę racji. I ten ich pragmatyzm mógłby nas czegoś nauczyć.

Weźmy te nieszczęsne kostki mydła, których sprzedaż w 2015 roku osunęła się w Stanach o 2 proc. I już alarm, że milenialsi zabijają tradycyjne mydło i chodzą brudni. No dobra, to że chodzą brudni sobie wymyśliłem. Dość powiedzieć, że młodzież dostała kolejną odznakę ‘wzorowego mordercy’, bo to na pewno przez nich był spadek o te 2 proc.

Nikt nie zająknął się, że jednocześnie cały rynek mydła oraz produktów do kąpieli wzrósł o 2,7 proc. I że w dalszym ciągu 2/3 Amerykanów używa mydła w kostce. I że powody odwracania się od takiego mydła są w jakiś sposób racjonalne, bo aż 60 proc. konsumentów w wieku 18-24 lat uważa, że mydło po użyciu pokryte jest bakteriami. I się go po prostu brzydzą. Nie chcą używać go do mycia również z powodu niewygody, gdyż uważają, że mydło w płynie jest wygodniejsze.

Ogólnie cały ten segment rośnie, ale wszyscy uczepili się, jak pijany płotu jednej informacji – młodzi brzydzą się mydła i to przez nich spadek sprzedaży. Podczas gdy tak naprawdę milenialsi kupują mydło w płynie i wydają na nie więcej pieniędzy niż na te cholerne, niewygodne kostki.

Weźmy płyn do płukania tkanin. Jego sprzedaż spada od ponad dekady, ale dopiero ostatnio znaleziono winnych. Są nimi oczywiście milenialsi. Jest tylko jeden problem – większość z nich nie wie, co to w ogóle jest za wynalazek. A ci, którzy wiedzą, rezygnują bo nie czują różnicy. Miało zmiękczyć a nie zmiękcza, no to po co płacić za to hajs? Dodajmy jeszcze, że coraz więcej ubrań sportowych, bardzo popularnych wśród młodzieży, ma na metkach napisane wprost: nie używać środka do zmiękczania. No i wreszcie warto wspomnieć, że milenialsi zwracają większą uwagę na zawartość środków chemicznych używanych w kosmetykach i środkach czystości, więc nie będą dokładać sobie kolejnej chemii nieorganicznej na ciało.

Na koniec obejrzyjmy te nieszczęsne serwetki papierowe. Do końca lat pięćdziesiątych, Amerykanie używali serwetek z materiału. Papierowe zaczęły wygrywać wygodą i ceną, nie trzeba ich prać, suszyć i prasować, a po użyciu lądują w koszu. Dominowały przez 50 lat a potem zaczęło się dziać coś dziwnego. Przyszli milenialsi i stwierdzili, że usta po posiłku można równie dobrze otrzeć papierowym ręcznikiem. Zresztą młodzi i tak częściej jedzą posiłki na mieście, wiec w ogóle nie mają potrzeby dopisywać do listy zakupowej papierowych serwetek. A jak mają bardziej oficjalną okazję, decydują się na serwetki z materiału. Po posiłku można je uprać, wysuszyć, włożyć do szafy i zawsze są pod ręką, gdy znienacka odwiedzą ich rodzice. Pragmatyzm i wygoda przede wszystkim.

I tak to właśnie wszystko wygląda. Milenialsi niby mordują bez litości kolejne gałęzie przemysłu, ale zawsze mają na to w miarę sensowne wytłumaczenie. Często dużo bardziej sensowne, niż byśmy tego oczekiwali. Może dajmy im w końcu spokój?

 
Categories

Przejrzyste płace działają na pracowników jak sok z gumi jagód

Zdarzyło Wam się pracować w firmie, w której mieliście w umowie zapisany zakaz rozmów o tym kto ile zarabia? Jeszcze kilka lat temu była to często spotykana praktyka. W 2010 roku 23 proc. pracowników amerykańskiego sektora prywatnego przyznawało, że mają taki zapis w kontraktach. Dziś trend jest odwrotny: coraz więcej firm nie tylko ujawnia zarobki pracowników, ale też udostępnia tę informację na zewnątrz. Po co?

 

Firmy, które zdecydowały się na przejrzysty, ogólnodostępny system płac twierdzą, że poprawia on wyniki pracowników i firmy (szczegółowo opisały ten proces m.in. firmy Buffer  i SumAll zajmujące się analizą treści w social mediach). Trzeba jednak uważać, bo to co może być dla pracowników sokiem z gumijagód, po którym będą pracować chętniej, szybciej i bardziej wydajnie, może też pogrążyć firmę w chaosie.

Żeby ujawnienie płac nie okazało się horrorem, trzeba najpierw szczegółowo zaplanować politykę płacową. Kto za co i ile dostaje pieniędzy – pracownicy muszą wiedzieć jak to dokładnie działa.

W stowarzyszeniu Akcja Demokracja, która zajmuje się inicjatywami obywatelskimi, upubliczniony system płac jest prosty: podstawowa pensja pracownika wynosi tu 2900 zł, a wzrasta wraz z doświadczeniem zawodowym pracownika (1 proc. za każdy rok) oraz stażem pracy w stowarzyszeniu – każde 12 miesięcy w Akcji Demokracji daje dodatkowe 2 proc. do wypłaty. Informacja ta jest powszechna i wprost komunikowana podczas rekrutacji.

Precyzja najważniejsza
Buffer, jedna z pierwszych firm, która w 2013 roku całkowicie ujawniła swój system płacowy i wysokość zarobków poszczególnych osób w firmie, stosuje własny mnożnik. Płace od 2018 wylicza na podstawie własnej formuły dostosowanej do ponad siedemdziesięcioosobowego zespołu, z którego część pracuje poza granicami USA

FORMUŁA OKREŚLANIA WYSOKOŚCI ZAROBKÓW W BUFFERZE

PENSJA = mediana zarobków w San Francisco x koszty utrzymania x rola pracownika w firmie (według firmowego frameworka) x doświadczenie zawodowe

Każdy z tych elementów jest niezwykle precyzyjnie opisany. Buffer za każdym razem podkreśla, że jeśli przejrzysty system płacowy ma działać, musi być dookreślony co do najmniejszego szczegółu:

MEDIANA ZAROBKÓW NA DANYM STANOWISKU w SF – to tak naprawdę pięćdziesiąty percentyl zarobków  w San Francisco.

KOSZTY UTRZYMANIA – Buffer podzielił miejsca, w których mieszkają pracownicy na trzy grupy: rejony o wysokich kosztach utrzymania, średnich i niskich. Do podziału używa danych z portalu Numbeo. Następnie mnoży się medianę kosztów życia w San Francisco odpowiednio razy 100, 85  lub 75 procent. Chodzi o to, żeby pracowników firmy było stać na określony standard życia, niezależnie od miejsca zamieszkania. Druga strona medalu jest taka, że na kosztach życia w Bufferze nie da się oszczędzić.

ROLA W FIRMIE – ten mnożnik odnosi się do zadań powierzonych danej osobie w firmie. Mnożnik został dodany po to, żeby zróżnicować zakresy obowiązków osób pracujących na takich samych stanowiskach, a posiadających nierówne zakresy odpowiedzialności.

DOŚWIADCZENIE ten parametr odwołuje się do ścieżek kariery dla każdego działu. Buffer zrezygnował ze stosowanego wcześniej uogólnionego mnożnika, dochodząc do wniosku, że dla każdego obszaru kolejne poziomy doświadczenia wyglądają inaczej. Firma wylicza ten wskaźnik na podstawie własnych schematów zawodowych ścieżek dla poszczególnych osób w firmie.

Od 2016 roku firma nie stosuje w tym przeliczniku dodatków za każdą osobę, która znajduje się na utrzymaniu pracownika, czyli głównie dzieci. Wcześniej każdy z pracowników dostawał rocznie dodatkowe 3 tys. dolarów na każde z nich. “Dotarły do nas jednak głosy, że przekazywanie tych pieniędzy w ramach ogólnego wynagrodzenia wygląda tak, jakbyśmy wyżej cenili ludzi posiadających rodzinę niż innych członków zespołu” – tłumaczył wycofanie się z tego pomysłu Leo Widrich, współzałożyciel Buffera.

Zarobki innych nas motywują
To, że lepiej wykonujemy swoje zadania nie tylko wtedy, kiedy wiemy jak jesteśmy za nie wynagradzani, ale również wtedy, gdy zdajemy sobie sprawę, jak punktowani są inni, udowodnili naukowcy z Uniwersytetu w Tel Awiwie. Do badania zaprosili grupę studentów, którzy mieli zagrać w prostą grę komputerową w stylu memo (odnajdywanie na ekranie podobnych obrazów).

Połowa uczestników wiedziała tylko o tym, za co i jakie bonusy będą dostawać w grze. Druga dostała informację, na jakich zasadach grają oni sami i trzy inne osoby w jej zespole. Dodatkowo niektórzy z badanych otrzymywali ekstra bonusy za swoje osiągnięcia, a inni za wyniki grupy. Okazało się, że ci, którzy mieli dostęp tylko do swoich wyników wypadli gorzej. Najgorzej wypadła zaś ta grupa studentów, która nie miała informacji o tym, jak za osiągnięcia płacono innym i była rozliczana z efektów grupowo. Podobny mechanizm działa w firmach, które w odpowiedni sposób wdrożyły system przejrzystych płac.

Zaufanie i kominy
Firmy, w których skutecznie ujawniono zarobki mówią też o wzroście bardzo ważnego czynnika sukcesu firmy – zaufania pomiędzy członkami zespołu. Jawna lista płac ucina plotki i spekulacje, które tym częściej rozbrzmiewają na firmowych korytarzach, im większe tabu stanowią w firmie.

System rzetelnego informowania pracowników o wynagrodzeniach jest też samoregulującym się mechanizmem antykominowym. Zapobiega on tworzeniu się w firmach tzw. kominów płacowych, czyli sytaucji, gdy kilka osób w firmie (zwykle zarząd) zarabia znacznie więcej od innych pracowników, przy czym wysokość tych zarobków często jest oderwana od rzeczywistości i realnego zakresu odpowiedzialności.

Nie tylko plusy
“Po tym jak księgowa puściła mailem przypadkiem listę z zarobkami wszystkich pracowników, atmosfera zrobiła się tak nieznośna, że jedynym dobrym rozwiązaniem było odejść” – opowiada Joanna, były pracownik jednej z polskich firm.  Profesor marketingu na Uniwersytecie Michigan, który bada m.in. politykę płacową firm przestrzega, że pensje to bardzo emocjonalna sprawa i należy być bardzo ostrożnym w ich ujawnianiu. “To dla ludzi bardzo osobista sprawa: ludzie postrzegają zarobki jako wycenę własnej wartości” – dodaje.

Celem nadrzędnym dobrego procesu tworzenia polityki przejrzystych płac powinno być określenie, kto w jaki sposób może zwiększyć swoje zarobki, a nie samo ujawnienie płac. Źle prowadzona komunikacja w tym zakresie może zakończyć się fatalnie, szczególnie jeśli przeliczniki płac ustawimy tak, że w rezultacie nasi pracownicy zaczną zarabiać mniej niż przed zmianami. W takiej sytuacji trzeba pomyśleć dziesięć razy – czy stać nas na to, żeby odeszli?

 

 
Categories

3 polskie startupy modowe, o których głośno w sieci

W ostatnim czasie bardzo popularne stały się zakupy przez Internet. Dzięki aplikacjom, które każdy z nas ma możliwość zainstalowania na swoim telefonie komórkowym lub otworzyć je w przeglądarce internetowej możemy w szybki i łatwy sposób skorzystać z usług modowych, czyli zakupić nowe spodnie albo sukienkę, a może potrzebujemy zaprojektować wnętrze naszego nowego biura.

3 startupy, o których głośno w sieci:

1) LOKO.

LOKO. to pierwszy społecznościowy m-commerce. Loko to aplikacja mobilna, dzięki której przeglądanie ubrań może być łatwe i szybkie. M-commerce to dostęp do komercyjnych usług oferowanych w ramach e-commerce poprzez telefon komórkowy i inne urządzenia przenośne. 

Co robią? LOKO. jako aplikacja mobilna posiada innowacyjny interfejs znany z popularnej na całym świecie aplikacji randkowej Tinder. Dzięki łatwemu przeglądaniu produktów poprzez przesuwanie produktów w lewo (“nie lubię”), w prawo (“lubię”) i w dół (“zapytaj znajomego”) użytkownik nie tylko bez wysiłku przegląda ubrania w aplikacji, ale jednocześnie wyraża swoje zdanie na temat tego, co mu się podoba i co go nie interesuje.

Rok  założenia: 3 lipca 2016 roku

Współzałożyciele: Wojciech Strzałkowski, Piotr Mądry, Karol Chilimoniuk, Jakub Rohleder, Tymon Kokoszka

2) SHOWROOM

SHOWROOM to platforma skupiająca polskie niezależne marki oraz projektantów mody.

Co robią? SHOWROOM zajmuje się reklamowaniem produktów. Produkty są sfotografowane, opisane i zmierzone przez samych projektantów, co daje pewność przy zakupie. Projektanci reklamują tu swoje ubrania, a my możemy je kupić bez jakichkolwiek wątpliwości.

 Rok założenia: 29 sierpnia 2011

Współzałożyciele: Michał Juda, Jan Stasz

3)    AM Cycling

AM Cycling to rowerowa marka odzieżowa.

Co robią? AM Cycling zajmuje się produkcją ubrań, które będą wygodne podczas jazdy na rowerze. Starają się dostarczyć klientom unikalny design i ciekawe połączenia kolorystyczne.

Rok założenia: 2016

Współzałożyciele: Anna Koseska, Marcin Koseski

 
Categories

Rosyjski Zuckerberg tworzy własne imperium?

Najbardziej dyskretny na świecie komunikator Telegram to tylko wstęp do ambitnych planów rosyjskiego przedsiębiorcy Pavla Durova . W tym roku zdążył już zebrać w sieci 1,7 mld dolarów (to największa zbiórka w historii!) i – jeśli nie nabił inwestorów w butelkę – chce stworzyć usługę totalną. Użytkownicy Telegrama nie będą musieli opuszczać aplikacji, żeby skorzystać z najważniejszych usług w internecie. Jesteśmy świadkami narodzin samowystarczalnego imperium. Przynajmniej na papierze.

 

Z liczbą 200 milionów aktywnych użytkowników, komunikator Telegram wciąż pozostaje w tyle za największymi narzędziami do prowadzenia konwersacji w sieci. Plasuje się na piątym miejscu, zdystansowany przez dwie należące do Facebooka aplikacje: WhatsAppa i Facebook Messangera, japońskiego Vibera i działającego tylko w Chinach, ale znacznie bardziej rozbudowanego pod względem usług, WeChata. I to do tego ostatniego będzie najbardziej upodabniał się Telegram, jeśli postanowi dobudować do swojej aplikacji usługi finansowe, co między innymi obiecał w tym roku inwestorom.

Co planuje Pavel Durov nazywany rosyjskim Zuckerbergiem? Zgodnie z zapowiedziami przedstawionymi inwestorom, do 2021 roku  jego Telegram chce zdobyć 650 milionów użytkowników na świecie. Jednak ważniejszy w tych planach jest nowy projekt zespołu – TON (Telegraph Open Network), którego najważniejszymi elementami ma być blockchain trzeciej generacji (tak nazywają go twórcy), własna kryptowaluta i sieć peer-to-peer. Realizacja tej wizji równałaby się praktycznie ze stworzeniem sieci w sieci.

Telegram mógłby stać się samowystarczalnym ekosystemem, w którym użytkownik miałby dostęp do komunikatora, usług płatniczych, mógłby przechowywać i przesyłać dokumenty oraz pliki nieograniczonych rozmiarów (w ramach usługi TON Storage), a za usługi Telegrama płacić Telegramowi jego własną walutą. Już na pierwszy kwartał 2019 roku twórcy zapowiedzieli wymowne “stworzenie ekonomii Telegrama opartej o TON”.

Okopana twierdza
Telegram od początku, czyli od powstania w 2013, odznaczał się tendencjami do budowania całkowicie samodzielnych usług w oderwaniu od tego, co wypracowali inni.  Główna produkt firmy – komunikator Telegram, jest do tej pory nazywany najszybszym i najlepiej zaszyfrowanym sposobem komunikacji w sieci.

Do wiadomości przesyłanych przy użyciu Telegrama nie mogą mieć dostępu żadne podmioty trzecie, są one też znacznie trudniejsze do przechwycenia i rozszyfrowania przez niepowołane osoby. Komunikaty i pliki transferowane Telegramem są bowiem szyfrowane inaczej niż w innych komunikatorach, za co odpowiedzialny jet brat założyciela Telegrama Nikolai Durov, utalentowany matematyk i programista, który od podstaw stworzył autorski protokół  MTProto.

Krytykowany za tworzenie idealnego narzędzia tajnej komunikacji dla terrorystów, nawet w świetle potwierdzenia się informacji, że z Telegrama korzystają m.in. dżihadyści z ISIS,  Durov nie przestaje odcinać swoich usługi od jakiejkolwiek kontroli ze strony świata zewnętrznego. “Uważam, że w ostateczności prywatność i nasze prawo do prywatności jest ważniejsze niż nasz strach przed tym, że mogą wydarzyć się złe rzeczy, takie jak terroryzm” – mówił w 2016 roku, komentując doniesienia o aktywności bojowników Państwa Islamskiego w jego serwisie. W imię ochrony prywatności Durov posuwa się jeszcze dalej: od niedawna w Telegramie dostępne są ”sekretne chaty”, w których konwersacja prowadzona przez ich uczestników znika natychmiast po odczytaniu treści przez każdego z nich.

Twierdza Durovów trzyma się mocno, nawet po tym jak w kwietniu tego roku używanie aplikacji zostało zakazane w Rosji ze względu na naruszenie przepisów antyterrorystycznych. Sąd zdecydował, że Telegram łamie obowiązujące prawo, które nakazuje komunikatorom umożliwienie wglądu do przesyłanych w ramach ich usług treści. Z podobnych przyczyn usługi Telegrama zostały zabronione w Iranie.

Biznes w opałach
Co myśli Durov o kolejnych banach nakładanych na jego usługę? “W Telegramie mamy luksus nie przejmowania się przychodami czy sprzedażą reklam. Prywatność nie jest na sprzedaż” – skomentował na swoim kanale kwietniowe wyroki Moskwy. Sam zakaz używania komunikatora w Rosji jak dotąd nie przyniósł żadnej realnej zmiany. Programiści Telegramu skutecznie ukryli możliwość wyśledzenia ruchu, używając metody domain fronting, stosowanej dotąd głównie w świecie cyberprzestępców.

Skąd Telegram ma pieniądze? Dotąd komunikator Telegrama był w stu procentach darmowy, a finansowanie zapewniał jej głównie Pavel Durov, który ze swojego poprzedniego projektu Vkontakte.ru wyszedł z sumą co najmniej 300 mln dolarów. W kwietniu tego roku do kieszeni Durovów monet dosypali inwestorzy, którzy w zakakującym tempie wykupili wiosną tego roku wypuszczone przez Telegram Gramy o wartości 1,7 mld dolarów. To właśnie Gramy mają stać się główną walutą wielkiego projektu TON Blockchain, który miałby być  przełomem dla blockchaina, kolejnym po Bitcoinie i Ethereum.

Imperium obywateli najmniejszego kraju na półkuli
Te świetlane wizje przerywają narastające konflikty Telegrama z władzami kolejnych państw, które obawiają się komunikatora znajdującego się poza jakąkolwiek kontrolą . Tym bardziej, że dzieło Durova i spółki umożliwia komunikację o zasięgu niemożliwym u innych dostawców: w Telegramie można tworzyć zamknięte grupy dyskusyjne składające się nawet ze 100 tys. członków!

Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju – wiadomo, ale u siebie Durovovie mają wyjątkowo ciężko. Z Moskwą główny założyciel Telegrama zadarł w 2014 roku, gdy odmówił ujawnienia danych dotyczących aktywności w serwisie Ukraińców wznoszących antyrosyjskie hasła podczas protestów na kijowskim Majdanie. Sprzeciw Durova był kategoryczny. Krótko po nim został odwołany z zarządu firmy VK, po czym załatwił sobie oraz bratu obywatelstwo niewielkiego wyspiarskiego kraju na Morzu Karaibskim i opuścił Rosję bez zamiaru powrotu.

Patrząc na historię projektów Durovów, nie dziwi ich fiksacja na punkcie tworzenia usług, w których prywatność użytkowników jest chroniona ponad wszystko. Można zrozumieć też chęć uniezależnienia się od zewnętrznych dostawców. Teraz jednak technologia dała im realną szansę na otwarcie zupełnie nowego rozdziału tej historii, czyli całkowitego okopania się we własnym samowystarczalnym świecie pełnym cennych danych, do których dostęp będą mieli tylko oni sami.

Jeśli wizja Telegraph Open Network nie była tylko sposobem na wyciągnięcie kasy od inwestorów, to w ciągu najbliższych kilku lat możemy być świadkami narodzin prawdziwego internetowego imperium o nazwie Telegram. Czy bracia Durov będą w stanie chronić swoich użytkowników przed światem i sami siebie przed pokusą zarobienia na powierzonych im danych?

 
Categories

Trzeszczący parkiet: 8 kluczowych wydarzeń pierwszego półrocza na GPW

Fani warszawskiej giełdy nie zaliczą ostatnich sześciu miesięcy do zbyt udanych. Raczej będą chcieli wymazać ten okres z pamięci. Może z wyjątkiem akcjonariuszy spółek gamingowych. Pół roku za nami. Na polskim rynku akcji miał to być okres przynajmniej umiarkowanej hossy, a wyszła nam niestety bessa. Wyciągnąłem z rynku trochę statystyk i przypomniałem sobie kilka kluczowych wydarzeń, które albo mroziły krew w żyłach, albo zaspokajały finansowy apetyt. Oto 8 informacji, które moim zdaniem najlepiej oddają to, co wydarzyło się przy ul. Książęcej w ciągu ostatnich sześciu miesięcy.

Jeden z najsłabszych okresów po 2000 r.
Indeks WIG, reprezentujący szeroki rynek GPW, spadł w pierwszym półroczu o 12,2 proc. Licząc od 2000 r. jest to dopiero szósty taki przypadek. Niestety, skala zniżki plasuje go na trzecim miejscu. Gorzej było tylko w 2001 r., a więc po pęknięciu bańki internetowej (spadek o 21,9 proc.) oraz w 2008 r., czyli po pęknięciu bańki na rynku kredytów hipotecznych (spadek o 26,1 proc.). W grudniu ponoć pękła bańka bitcoinowa, ale kapitalizacja rynku kryptowalut jest wciąż zbyt mała, by posądzać go o istotny wpływ na rynki akcji.

Większość analityków powie dość enigmatycznie, że tegoroczny spadek to efekt wzrostu globalnej awersji do ryzyka. Mówiąc prosto – Trump wywołał handlową burzę na świecie, a w takich sytuacjach kapitał w pierwszej kolejności robi wymarsz z rynków wschodzących, czyli takich, jak Polska. A że jesteśmy relatywnie mniej płynni, to uciekający kapitał sieje dość duże spustoszenie widoczne w formie spadających notowań.

Tylko WIG-media na plusie
Na GPW notowanych jest 14 indeksów branżowych i w pierwszym półroczu tylko jeden był na plusie – ten skupiający przedstawicieli branży mediów. Żeby było śmieszniej – zyskał on zaledwie 1,1 proc., a główna w tym zasługa Wirtualnej Polski, bo waży w portfelu indeksu prawie 50 proc., a jej akcje podrożały od stycznia do czerwca o 4,7 proc. Pozostałe 13 indeksów kończyło półrocze pod kreską, a średnia zniżka wyniosła -13,8 proc. O ponad 20 proc. zanurkowały WIGi reprezentujące sektory – budownictwa, chemii, energetyki i górnictwa. Dodam też, że po ok. 13 proc. straciły też główne indeksy, reprezentujące segment dużych, średnich i małych spółek, czyli odpowiednio WIG20, mWIG40 i sWIG80.

75 proc. spółek pod kreską
Aż 3/4 spółek z szerokiego rynku GPW zakończyło pierwsze półrocze spadkiem notowań akcji. Jego średnia wielkość wyniosła -22,2 proc. Na samym dole tabeli, z przeceną sięgającą 94,3 proc. (prawie się wyzerował) znalazł się znany producent odzieży – Próchnik.

Pozostała ćwiartka dała zarobić, średnio +21,5 proc. Królem półrocza został Vivid Games, którego akcje podrożały o prawie 140 proc.

A skoro już o spółkach mowa, to dodam tylko, że w ciągu pierwszych sześciu miesięcy na GPW zadebiutowało tylko pięć nowych firm, a wycofano ich aż 14. Jak tak dalej pójdzie, to ujemny bilans przestanie być niebawem wyjątkiem od reguły.

Gaming nie zawiódł
Aby przerwać tę litanię giełdowych smutków, jeden pozytyw. Otóż świetnie poradzili sobie w tej pierwszej połowie roku przedstawiciele branży producentów gier. W czubie tabeli, oprócz wspomnianego już Vivid Games, znalazły się także 11 bit studios (+129,,3 proc.), PlayWay (+100 proc.) oraz CD Projekt (+67 proc.). Ten ostatni kontynuuje swój rajd na północ i w mijającym tygodniu po raz pierwszy w historii przebił poziom 200 zł za akcję. Warto tutaj dodać, że symboliczny wymiar miało tegoroczne „przyjęcie“ producenta „Wiedźmina“ do portfela WIG20. Szkoda natomiast, że wciąż nie ma indeksu WIG-gry. Gdyby istniał to w podsumowaniu branżowym z pewnością byłby po pierwszym półroczu liderem.

Trudno nie odnieść wrażenia, że gaming powoli staje się polskim towarem eksportowym, a dla inwestorów bezpieczną przystanią – czymś w rodzaju takiego naszego, lokalnego złota czy franka szwajcarskiego. I choć wielu mówi, że to żadna przystań, a zwykła bańka, to jednak coś w tym jest, że na mocnym minusie są akurat spółki górnicze i energetyczne, a nie gamingowe. Jakimś dziwnym trafem te pierwsze w większości należą do Skarbu Państwa i kadrowe rotacje były tam w ostatnim czasie większe niż w składzie piłkarskiej reprezentacji Polski podczas mundialu w Rosji. Na szczęście politycy w gry komputerowe raczej nie grają, więc deweloperzy mogą spokojnie kodować, a my czekać na kolejne premiery.

Afera z GetBackiem
Pierwsze półrocze, a być może i cały 2018 r., z pewnością zapisze się w pamięci inwestorów, jako czas upadku windykacyjnej spółki. Opisywałem tę historię na łamach HiCash.pl, dlatego przypomnę tylko krótko, że spółka przyjęła zbyt agresywną strategię, zadłużając się na potęgę, by skupować ogromne portfele wierzytelności. Co gorsze dług zaciągała w formie obligacji, które trafiały do Kowalskich, jako rzekomo bezpieczne papiery o wysokim oprocentowaniu. W spółkę “wpompowano” w ten sposób trzy razy więcej kapitału niż w Amber Gold. Gdy pojawiły się pierwsze oznaki problemów, kurs akcji w ciągu kilku dni runął o 50 proc. W połowie kwietnia notowania zostały zawieszone i “lewitują” do dziś. Co więcej – prezes spółki i kilka innych osób ze ścisłego managementu trafili do aresztu. Po drodzę wypadło bowiem kilka „trupów z szafy“ i okazało się, że nie wszyscy w tej firmie mieli uczciwe intencje.

“Trump it up”
Nie da się ukryć, że gospodarz Białego Domu ma w tym roku największy wpływ na nastroje inwestorów. Swoimi tweetami, komentarzami i gestami przebija Angelę Merkel, Theresę May i “cesarza” Korei Północnej razem wziętych. Trump rozpętał wojnę handlową z Chinami i Unią Europejską, w międzyczasie grożąc Wladimirowi Putinowi i Kim Dzong Unowi. Potem sam łagodził swoje stanowisko, albo robili to za niego ludzie z jego administracji. Giełdy natomiast reagowały podwyższoną zmiennością, spowodowaną, o czym wspominałem wyżej, ucieczką kapitału z rynków wschodzących. Od wiosny nie ma w zasadzie komentarza rynkowego, w którym polityka prezydenta USA nie byłaby wymieniana jako stały czynnik ryzyka. Niestety, ale Trump to chyba człowiek spod znaku tych, jak to ładnie w “Mikrotykach” ujął Paweł Sołtys, który “mówi więcej niż trzeba i więcej niż wie”. Gdy taką wadę ma zwykły przechodzień to pół biedy, ale jak ma ją przywódca USA no to “Houston, we…”.

Koniec monetarnej kroplówki

Myślę, że ochotę na giełdowe zakupy zmniejszały też w ostatnich miesiącach czynniki związane z polityką pieniężną największych banków centralnych. Otóż amerykański Fed prawdopodobnie zrealizuje w tym roku cztery podwyżki stóp procentowych, a EBC zakończy w grudniu program skupu aktywów. Być może 2018 r. to rok końca ery taniego pieniądza, który od lat pchał giełdowe wyceny w stronę nieba. Jak EBC odłączy finansową kroplówkę, a inwestorzy w USA zaczną przerzucać pieniądze z parkietu na lokaty, to może nas czekać prawdziwe „sprawdzam“.

Blockchain na GPW
I na koniec powrócę jeszcze na rodzimy parkiet i zaproponuję optymistyczny akcent. Otóż pod koniec czerwca warszawska giełda opublikowała aktualizację swojej strategii. W jej ramach przewidziano sporo rozwiązań technologicznych, w tym platformę do equity crowdfundingu opartą na technologii łańcucha bloków. Giełdy zagraniczne z tą bazą danych „romansują“ już od dłuższego czasu, a niektóre są na tak zaawansowanym poziomie (jak szwajcarski SIX), że chcą wprowadzać alternatywne systemy obrotu dla tokenów. W tym kontekście pomysł GPW interpretuję jako próbę podłączenia się do globalnego trendu. Nie zapominajmy, że giełda to też spółka i musi zarabiać. A skoro koniunktura nie sprzyja, to trzeba szukać innych źródeł zysku. Myślę, że blockchain to słuszny kierunek. Jeśli nawet nie wyjdzie z crowdfundingiem, to spokojnie można go testować na wielu innych polach i szukać swojej przewagi konkurencyjnej.

 
Categories

6 najlepszych miejsc na prakacje

Dwa tygodnie temu wspomniałem o fantastycznym wynalazku dla zapracowanych, czyli o prakacjach. Jeżeli ktoś tekstu nie czytał, wyjaśnię szybko, że chodzi o taki wyjazd wakacyjny, podczas którego trochę pracujemy, trochę wypoczywamy, trochę się bawimy, trochę rozwiązujemy kreatywnie problemy, trochę zaznajemy nocnego życia i porannego bólu głowy, i trochę podbijamy swoją produktywność.

Opisałem wtedy zjawisko, ale zabrakło najważniejszego. Zabrakło najlepszych miejsc, w których tego typu wypoczynek ma sens. Wybrałem sześć lokalizacji, po jednej dla każdego kontynentu, oprócz Antarktydy. Tam jest bardzo słaby internet.

Afryka
Port Louis, Mauritius


W przypadku Afryki długo zastanawiałem się, czy przypadkiem nie wysłać was do Cape Town, ale finalnie zdecydowałem się na Port Louis.
Prowadząc umiarkowanie oszczędny tryb życia można tu przeżyć miesiąc za ok. 7 tys. złotych. Prędkość internetu nie poraża, ale też wstydu nie ma, średnio wyciągniemy 10 Mb/s, co powinno wystarczyć do większości zastosowań. W mieście możemy znaleźć dużo darmowych hot-spotów i klikać bezkosztowo. Jeżeli nie musimy pchać przez łącze gigabajtów danych, poradzimy sobie bez problemu. Na miejscu znajdzie się również kilka miejsc, z których możemy pracować, jeżeli znudzi się nam hotel. Świeże, czyste powietrze, miła sercu temperatura i dobra pogoda, przyzwoita opieka medyczna w razie potrzeby oraz zadowalające bezpieczeństwo, sprawiają że to dobry wybór. Tam gdzie trzeba dogadamy się po angielsku, miejscowi są przyjaźnie nastawieni do przyjezdnych. Jest klimatyzacja. Dla spragnionych uciech i rozrywki, istnieje tu życie nocne. Może nie takie, jak w Amsterdamie, ale jak poszukamy, to znajdziemy.

Ameryka Południowa
Hawana, Kuba


Ameryka Południowa boryka się z poważnym problemem związanym z bezpieczeństwem. W wielu tekstach, jako najlepsze miasto do prakacji na tym kontynencie wymienia się Medellin, no ale skojarzenia z kartelem narkotykowym mogą zmiękczyć kolana. Dlatego zamiast Medellin, wybrałem piękną i bezpieczną Hawanę. Miesiąc damy radę przeżyć tam za 6 tysięcy złotych a jedyne wady tego miasta to wolny internet i brak darmowego wifi. Poza tym świetne miejsce do pracy i wypoczynku, aczkolwiek jeżeli zajmujesz się montażem filmów, to na miejscowych łączach nie uradzisz.
W Hawanie można na przykład bawić się w carspottera, bo po Kubie jeździ więcej amerykańskich oldtimerów niż po Stanach. Można zadać sobie odrobinę trudu, wypożyczyć samochód i przejechać wyspę, bo Kuba to przecież nie tylko stolica. A w przerwach między zwiedzaniem, poznawaniem ludzi, próbami rozpoznania, którą walutą zapłaciliśmy, a którą nam wydali i jedzeniem lodów, popracujemy w klimatyzowanym pokoju hotelowym,

Ameryka Północna
Montreal, Kanada


Wszyscy myślą, że jak startupy, przestrzenie do wspólnej pracy, inkubatory przedsiębiorczości i szybki internet, to koniecznie Krzemowa Dolina. Otóż niekoniecznie, bo o ile infrastrukturalnie jest tam idealnie, to koszty są w stanie położyć finansowo całe nasze przedsięwzięcie. Montreal natomiast nie ustępuje pod względem infrastruktury prakacyjnej najlepszym miastom USA, jest od nich natomiast prawie o połowę tańszy. Miesiąc jesteśmy w nim w stanie przeżyć za 8,5 tys. złotych, podczas gdy w pobliskim Nowym Jorku miesiąc kosztowałby nas 18,5 tys. złotych. Montreal wygrał w moim rankingu również z innego powodu. Do fajnych miejsc w USA jest z niego bardzo blisko. Do NYC będziemy jechać około sześciu godzin, do Filadelfii siedem, do Bostonu niecałe pięć. A jak ktoś lubi Stephena Kinga i zechce odwiedzić jego rodzinne miasto Bangor w stanie Maine, zrobi to w pięć i pół godziny.

Australia i Oceania
Wellington, Nowa Zelandia


Nie wybrałem żadnego australijskiego miasta, bo wiecie co jest w Australii? Na przykład żyje w niej 21 spośród 25 najbardziej jadowitych węży świata. Uradują się też miłośnicy pająków, bo znajdą tam aż 2400 gatunków, w tym 50 zabójczych dla człowieka. Tam nawet dziobak jest jadowity, a zabić nie próbuje nas chyba tylko koala.
Wellington ma nam do zaoferowania wszystko, czego możemy potrzebować na prakacjach, czyli bardzo szybki internet, mnóstwo darmowych hot-spotów w mieście, stosunkowo niewielki koszt przeżycia miesiąca, wynoszący niecałe 9 tys. złotych oraz mnóstwo fantastycznych miejsc do wypoczynku i co-workingu. Miejscowi są bardzo przyjaźni, wszędzie dogadamy się po angielsku, jest bezpiecznie, powietrze jest czyściutkie, a trawa zielona. A jak trafimy w trakcie sezonu rugby, możemy popatrzeć na Wellington Hurricanes. Aktualnie ośmiu graczy tej drużyny jest w składzie All Blacks, więc wysoki poziom rozgrywek gwarantowany.
Jedyne na co możemy narzekać to nieco ograniczona oferta nocnych zabaw i hulanek, aczkolwiek jak mawiają, szukajcie a znajdziecie.

Azja
Chiang Mai, Tajlandia


Azja to idealne miejsce na prakacje, a Tajlandia jest w niej najpopularniejsza. Przede wszystkim z powodu kosztów, miesiąc w Chiang Mai przeżyjemy za 3,4 tys. złotych. Miasto oferuje w miarę szybki internet, sporo darmowych hot-spotów w terenie, ciszę, spokój i dużo miejsc, z których możemy sobie popracować kilka godzin dziennie. Dla Europejczyka szokujący może być sposób organizacji ruchu ulicznego oraz niezbyt wysoki poziom opieki zdrowotnej, dlatego w Chiang Mai lepiej nie chorować i nie wypożyczać samochodu. Na szczęście spacery, nie dość że są zdrowe, to jeszcze darmowe. Po godzinach możemy zwiedzać świątynie buddyjskie, których w mieście jest aż 40. Wieczorem wizyta na malowniczym nocnym bazarze, potem trochę w miasto, żeby znaleźć odrobinkę zapomnienia, rano szybki trekking w pobliskie góry. A jak wybierzemy się do Tajlandii w kwietniu, będziemy mogli zobaczyć co to znaczy dobra i huczna zabawa podczas święta Songkran, które jest tradycyjnym tajlandzkim Nowym Rokiem.

Europa
Belgrad, Serbia


Wszyscy wiedzą, że europejską stolicą startupów jest Berlin, ale jego wadą może być dla niektórych dość wysoki koszt życia. Amsterdam, Barcelona i Lisbona, czyli kolejne centra startupowe są również wymagające cenowo. A Belgrad nie dość, że ładny, to jeszcze tani. Miesiąc przeżyjemy w nim za niecałe 5 tys. złotych, co w porównaniu z siedemnastoma tysiącami w Amsterdamie wygląda całkiem rozsądnie.
Infrastrukturę niezbędną podczas prakacji znajdziemy w Belgradzie bez problemu, wifi jest bardziej niż solidne, miejskie hot-spoty na czarną godzinę obecne. Dużo miejsc do co-workingu, ponoć najlepszy jest Smart Office przy Placu Republiki. Po godzinach mamy mnóstwo miejsc do poznania, możemy też poleżeć na plaży nad rzeką albo udać się w miasto. Wielu turystów twierdzi, że Belgrad to nocna stolica Serbii, oprócz tego, że oczywiście jest również tytularną stolicą kraju. Jeżeli tylko nie będziemy się wdawać w dyskusje o wojnie w byłej Jugosławii, Serbowie są bardzo przyjaźni dla turystów. Bardzo dobre miejsce na prakacje.

Nie ma się co czaić, pakujemy laptopa i jedziemy. Przygoda życia czeka.

 
Categories

Chroń komórkę przed złą aplikacją

Mam wrażenie, że nie ma miesiąca bez jakiejś mniejszej lub większej afery dotyczącej wykradania danych lub nadużywania zezwoleń przez aplikacje. Głośna sprawa Cambridge Analityca, o której słyszał każdy i cichsza aferka z podsłuchującą nas aplikacją hiszpańskiej ekstraklasy. Niedawno okazało się, że przyznanie aplikacjom prawa do wglądu do naszej skrzynki pocztowej, zostało przez niektórych deweloperów potraktowane jako zgoda na czytanie naszej korespondencji. Generalnie jest słabo i trzeba się bronić! Ale jak?

Przykro mi to stwierdzić, ale dla przeciętnego użytkownika smartfona, pełna obrona jest niemożliwa i można tylko minimalizować ewentualne wpadki. Większość ludzi nie będzie grzebać w systemie operacyjnym komórki czy pisać sobie samodzielnie aplikacji, bo się na tym nie znają. Dlatego zanim zaczniemy się bronić przed inwazją w naszą prywatność, należy odpowiedzieć sobie na jedno ważne pytanie.

Czy ta inwazja nam w ogóle przeszkadza?
Może się okazać, że prywatność traktujemy jak walutę, którą płacimy za dostęp do darmowych aplikacji i usług. I wtedy żadna ochrona nie jest nam potrzebna, bo nie mamy niczego do ukrycia i niczego się nie boimy. W takim układzie sugerowałbym tylko, żeby nie instalować na komórce wirusów, trojanów i ransomware, bo to niezdrowe i może nas kosztować sporo pieniędzy i nerwów. Warto też mieć drugą, czystą komórkę, jeżeli decydujemy się na bankowość mobilną czy jakiekolwiek działania związane z naszymi pieniędzmi. I na niej nie instalować już niczego podejrzanego.

W takim wydaniu życie jest proste, łatwe, przyjemne, niczym się nie trzeba przejmować, klikamy OK, OK, Dalej, Tak, OK, Tak i instalujemy małe aplikacje robiące śmieszne rzeczy, na przykład wydające pierdzące odgłosy. A że przy okazji daliśmy aplikacji dostęp do mikrofonu, naszej książki adresowej, listy kontaktów z Facebooka i maili? Trudno, tak musi być. A pierdzenie jest takie śmieszne.

Co jednak gdy nie chcemy, żeby deweloperzy nas słuchali, czytali nasze maile i analizowali przeglądane strony, oczywiście wyłącznie dla naszego dobra? Trzeba zachować czujność, zadać sobie odrobinę trudu i wyhodować zdrową paranoję.

Za każdym razem gdy zamierzam zainstalować aplikację do użytku własnego a nie testów na potrzeby pisania kolejnego tekstu, zadaję sobie pytanie: czy na pewno jej potrzebuję? I od dłuższego czasu okazuje się, że niekoniecznie. Najczęściej okazuje się aplikacja ma mi posłużyć tylko kilka razy. Jak mam za kilkukrotną przygodę zapłacić deweloperowi na przykład moją historią przeglądanych stron, adresem mailowym i podstawowymi danymi demograficznymi, wolę mu podziękować.

Zdarza się, że aplikacji potrzebuję do czegoś, co mogę zrobić innymi narzędziami. I tak naprawdę kolejny fantastyczny, pełen kolorowych animacji i fajnych ikonek program do robienia list zakupów i „tudusów” nie jest mi potrzebny, gdy mam Keepa albo Google Docs.

Co jednak w sytuacji, gdy program jest mi niezbędny i nie mam na komórce niczego, czym mógłbym go zastąpić? Wtedy właśnie zaczyna się ta mniej wygodna i przyjemna część zabawy, czyli poszukiwania programu optymalnego.

Każdy, kto lubi robić testy porównawcze wie, że taka praca to nie są rurki z kremem tylko pot, krew i łzy. Sam tak mam, wiem jakie to cierpienie, dlatego proponuję rozwiązanie prostsze niż rozbudowany arkusz Excela z punktami przyznawanymi w poszczególnych kategoriach i dodatkowo wprowadzonych wagach tych kategorii.

Zdefiniujcie swoje potrzeby. Znajdźcie pięć programów, które pozwolą wam te potrzeby zrealizować. Obejrzyjcie oceny w sklepach. A na koniec przeanalizujcie, jakich uprawnień oczekują od was te aplikacje. I wybierzcie tę, która będzie chciała od was najmniej dostępów do rzeczy potencjalnie wrażliwych.

Jeżeli okaże się, że nie ma żadnych sensownych alternatyw i trzeba dać aplikacji bankowej dostęp do waszych wakacyjnych fotek, pamiętajcie że możecie później te uprawnienia wycofać. Pamiętajcie jednak, żeby nie cofnąć uprawnień niezbędnych do prawidłowego działania programu, nawigacja bez dokładnej lokalizacji działa średnio.

Nie musicie być deweloperami i znać się na programowaniu, żeby zorientować się, że jeżeli aplikacja wydająca pierdzące odgłosy chce od was dostępu do waszych kontaktów na Facebooku, coś może być nie tak, ale już proszący o to Instagram robi sens.

Zanim zaczniemy podchodzić do instalowania programów z głową, warto wcześniej wykonać audyt tego, co mamy na komórce i jakie uprawnienia daliśmy poszczególnym aplikacjom. Można to zrobić z poziomu ustawień telefonu, można ściągnąć program, który zrobi to za nas. Sam korzystam z doskoku z Permission Friendly Apps, w którym sprawdzam czy po aktualizacji aplikacja nie przyznała sobie ponownie uprawnień, które jej zabrałem. Nie jest ona jednak optymalna, bo nie można z jej poziomu tych uprawnień cofnąć i trzeba to robić w ustawieniach. Zdecydowałem się na takie a nie inne rozwiązanie, bo ten programik nie chciał ode mnie niczego i ma dobry system rankingowy. Mi to wystarczy, wy możecie rozejrzeć się za innym menadżerem uprawnień.

Warto dbać o kontrolowanie tego, co wrzucamy do naszej komórki. Pamiętajmy, że to od jakiegoś czasu nie jest tylko telefon. Nierzadko mamy na niej ważny kawałek swojego życia. Dbajmy o to, żeby go nieodwołalnie nie stracić. To straszliwie boli.

 
Categories

Netflix ugina się pod naporem konkurencji? Akcje spadają o 14 proc.

Światowy gigant wśród platform streamingowych podsumował właśnie drugi kwartał tego roku z liczbą nowych subskrybentów o milion mniejszą niż oczekiwano. Niższy od prognoz jest też przychód firmy: w drugim kwartale tego roku wyniósł 3,91 mld dolarów wobec zakładanych 3,94 mld. Ceny akcji zareagowały błyskawicznym spadkiem.

Netflix do niedawna pozostawał złotym dzieckiem giełdy, którego prognozy od wielu kwartałów wzorowo pokrywały się z rzeczywistością, a nawet (jak w pierwszym kwartale tego roku) pozytywnie zaskakiwały inwestorów. Aż do dziś, kiedy to po raz pierwszy przyrost nowych użytkowników platformy nie spełnił oczekiwań. W okresie od kwietnia do czerwca Netflix pozyskał 5,2 mln nowych sukbskrybentów, co jest wynikiem o milion gorszym od oczekiwanego.

Streamingowy gigant rozminął się z prognozami nie tylko na amerykańskim rynku (pozyskał mniej niż milion subsrkybentów wobec 1,2 mln oczekiwanych, ale także słabo wypadł poza matecznikiem – w innych krajach pozyskał 4.6 mln nowych subskrybentów wobec zapowiadanych 5 milionów.

Część analityków twierdzi, że to zły prognostyk dla Netflixa, dla którego przyrost nowych płatnych subskrypcji jest głównym miernikiem rozwoju biznesu. Na wiadomość o spowolnieniu właśnie w tym obszarze giełda zareagowała adekwatnie – czternastoprocentowym spadkiem cen akcji.

“Amazon, Hulu, HBO i inni zyskują udział we wpływach z subskrypcji wideo kosztem Netflixa”- podsumował niefortunny drugi kwartał platformy Paul Verna analityk rynku portalu eMarketer. Są też inne głosy, które przypominają, że podobny, niewytłumaczalny i zarazem przejściowy zniżkę wobec prognoz odnotował Netflix w 2016 roku, co nie wpłynęło na rozwój firmy w kolejnych okresach.

Katastroficzne wizje niektórych obserwatorów rynku studzą też stabline wyniki zainteresowania widzów oryginalnymi produkcjami Netflixa, a to właśnie na rynku własnych produkcji zapowiada się najbardziej zażarta walka pomiędzy streamingowymi gigantami w najbliższym czasie.

 

 
Categories

Blockchain otwiera giełdowe portfele kolejnych polskich inwestorów

Na warszawskiej giełdzie przybywa spółek, które deklarują zaangażowanie w tytułową technologię.W kilku przypadkach tego typu komunikat wywołał spektakularny wzrost kursu akcji. “Blokczejn” może być słowem kluczem na miarę “dotcom”, gamingu czy deweloperki, a jednocześnie… pułapką.

Najświeższym przykładem giełdowego “romansu” z technologią łańcucha bloków jest notowana na NewConnect spółka Merlin. Przedstawiciel branży e-commerce podpisał 6 lipca list intencyjny ze znanym inwestorem Rafałem Zaorskim, szefem Krypto Jam.

Strony zadeklarowały rozpoczęcie prac nad rozwojem technologii blockchain zmierzających do stworzenia innowacyjnego programu lojalnościowego dla klientów grupy opartego na tokenizacji lojalności klientów. Intencją stron jest umożliwienie korzystania z technologii innym podmiotom z rynku e-commerce w Polsce i Europie, a w konsekwencji osiągnięcie pozycji lidera tokenizacji lojalności w Europie – napisano w oficjalnym komunikacie. W dniu jego publikacji kurs akcji Merlina wzrósł o 65,5 proc., z 0,9 zł do 1,49 zł, a na kolejnej sesji cena rosła w porywach do 2,15 zł. Z kolei dzienny wolumen obrotu po raz pierwszy w giełdowej historii tej spółki przekraczał liczbę 750 tys. sztuk.

Zarobić ponad 100 proc. w ciągu dwóch dni i to na bardzo słabym ostatnio warszawskim rynku akcji, to bardzo dobry wynik. I to wszystko dzięki jednemu słowu. Tak jak kiedyś inwestorów elektryzowała końcówka “dotcom” albo wejście w deweloperkę czy branżę gier komputerowych, tak teraz nastał czas “blokczejna”. I tak jak zawsze – część firm faktycznie wykorzystuje nową technologię do rozwijania swojego biznesu, a część zdaje się tylko podłączać pod modę, by zrobić wokół siebie trochę szumu i podbić wyceny akcji.

Hype na blockchain
Pierwszą spółką na rodzimym rynku akcji, która zapowiedziała wejście w okołoblokczejnowe tematy była BitEvil, kierowana przez Marię Belkę, córkę byłego premiera. Na NewConnect firma debiutowała dokładnie rok temu i to ze sporą pompą. Ogłosiła bowiem, że zamierza wprowadzić polską kryptowalutę EraCoin. To wystarczyło, by w dniu debiutu cena akcji zyskała 43 proc. rosnąc z 2,49 zł do 3,56 zł. Co więcej – dwa miesiące później notowania ustanowiły do dziś niepobity historyczny szczyt 8,33 zł.

Można dyskutować, czy wpływ na wzrost kurs miała magia nazwiska szefowej, czy jednak zapowiedź nowego coina. Ja stawiam na to drugie. A żeby było śmiesznie – EraCoin wcale kryptowalutą nie jest, przynajmniej w takim znaczeniu jak bitcoin, litecoin czy dash. Nie jest bowiem oparta na łańcuchu bloków, a jej rzekome “kopanie” to nie rozwiązywanie kryptograficznych zagadek, a tylko poświęcony czas na interakcje z innymi użytkownikami aplikacji, która tego coina obsługuje. EraCoin to właściciwe coś w rodzaju punktów lojalnościowych, które znamy chociażby ze stacji benzynowych. Spółka sprytnie wykorzystała więc modę na kryptotematy, by z przytupem wejść na rodzimy parkiet. Aktualnie jej akcje kosztują 1,5 zł, a więc sporo poniżej ceny z debiutu.

Śladami BitEvil, ale nie tylko marketingowo, ale także realnie – poszły inne spółki giełdowe. MakoLab pracuje nad systemem do identyfikatorów cyfrowych o wysokim poziomie niezaprzeczalności i transparentności, dlatego blockchain wydaje się tutaj idealnym rozwiązaniem. – Cechy tej technologii zwróciły naszą uwagę w kontekście wykorzystania do zabezpieczenia przechowywania danych identyfikacyjnych, szczególnie tych, które są wrażliwe pod kątem zaufania i objęcia gwarancją autentyczności. Takich jak np. identyfikatory cyfrowe instytucji finansowych LEI (Legal Entity Identifier). W obrębie naszych prac wzbogacenie LEI o technologię blockchain to dopiero początek – czytamy na stronie spółki.

Projekt MakoLab ma wartość nieco ponad 2 mln zł, z czego 1,2 mln zł pochodzi z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Zakończenie projektu zaplanowano na grudzień 2018 r. Na wykresie kursu akcji spółki nastroje są raczej zmienne. O ile w drugim półroczu 2017 r. akcje podrożały o 70 proc., to w pierwszym półroczu tego roku ich cena spadła o blisko 30 proc. Być może inwestorzy czekają, aż system będzie gotowy i możliwy do zweryfikowania.

Całkiem niedawno eksperymenty z technologią blockchain zapowiedziała też warszawska giełda (GPW jest spółką akcyjną i jest notowana na główynm parkiecie). Otóż 27 czerwca spółka opublikowała zaktualizowaną strategię #GPW2022, w ramach której podjętych zostanie 14 inicjatyw. Jedną z nich jest platforma Private Market, dedykowana finansowaniu firm na wczesnym etapie rozwoju za pośrednictwem tzw. equitycrowdfundingu. Infrastruktura platformy ma bazować na technologii blockchain.

Rozproszony rejestr jest dla nas bardzo atrakcyjny. Szczególnie dużo sobie obiecujemy po tzw. smart contracts, dzięki którym do obrotu mogą trafić warunki udziału w zyskach danej firmy. Forma private blockchain jest w tym momencie optymalna. Chcemy w ten sposób przetestować jej działanie w środowisku giełdowym – mówił w wywiadzie dla Parkiet TV Marek Dietl, prezes GPW. Nasza giełda zaczęła więc robić to, co giełdy zagraniczne robią już od dawna. Rynek przyjął nowe pomysły całkiem entuzjastycznie. W dniu ogłoszenia #GPW2022 akcje podrożały o 3,6 proc. do 37,55 zł, a na początku lipca cena dochodziła do 38,95 zł.

Nie najlepsze intencje
Technologiczne trendy mają to do siebie, że przyciągają też firmy, które niekoniecznie chcą dać akcjonariuszom udział w innowacyjnym przedsięwzięciu, a raczej zrobić wokół siebie trochę pozytywnego PRu i przy okazji podbić kurs akcji. Być może pamiętacie scenę z “Wilka z Wall Street”, w której główny bohater – Jordan Belfort – wciska przez telefon klientowi akcje firmy z sektora IT, która ma być drugim gigantem na miarę Apple’a, a okazuje się za chwilę, że to zwykła szopa na środku podwórka, którą z IT łączy tylko napis na szyldzie nad wrotami. To są sceny z życia wzięte. To samo grozi nam teraz przy okazji boomu na blokczejn i różne coiny, dlatego warto mieć się na baczności za każdym razem, gdy jakiś giełdowy podmiot informuje, że angażuje się w tego typu projekty.

Lampki ostrzegawcze zapaliły się rynkowym obserwatorom na początku tego roku, gdy takie komunikaty wypuściły trzy spółki z NewConnect – Erne Ventures, Devoran i Novina ASI. Kontrolki nie zaświeciły się dlatego, że spółki te miały bardzo niską wycenę akcji (ok. 1 zł lub mniej), która zawsze sygnalizuje podwyższone ryzyko inwestycji, ale z nieco innych powodów. – Spółki te wiele dzieli, ale łączy m.in. osiąganie niewielkich przychodów, notowanie strat i skłonność do zmieniania nazw i emitowania akcji – pisał wówczas na łamach Pulsu Biznesu Marcel Zatoński. Oczywiście nie przekreślam szans tych firm na to, że wejście w nowe technologie będzie kołem zamachowym ich biznesów, ale niektóre z ich dotychczasowych dokonań, skakanie z jednego branżowego kwiatka na drugi i zachowanie kursu akcji sugerują przynajmniej zachowanie ostrożności.

Otóż Erne Ventures, fundusz inwestujący jak dotąd w przedsięwzięcia z branży gier komputerowych i motoryzacji, ogłosił w styczniu aktualizację swojej strategii, podając w niej plany większego zaangażowania w projekty zapowiadające wdrożenie własnych rozwiązań opartych o blockchain. Na stronie internetowej, w nazwie funduszu, obok dopiski „games“ pojawiło się „blockchains“. W pierwszym momencie cena akcji skoczyła o 22 proc., ale jeszcze na tej samej sesji kurs ustabilizował się zyskując ostatecznie zaledwie 2,7 proc. względem poprzedniej ceny zamknięcia. W tym przypadku magiczne słowo nie wywołało większego entuzjazmu wśród inwestorów. Być może dlatego, że ci ostatni zrazili się wcześniejszym zaangażowaniem funduszu w spółkę Arrinera, która od kilku lat obiecuje nam pierwszy polski samochód wyścigowy i jak dotąd taśmy produkcyjne nie ruszyły. Być może też dlatego, że po pierwszym kwartale w skonsolidowanych wynikach na poziomie zysku netto była strata sięgająca prawie 900 tys. zł. A być może dlatego, że w lutym spółka ogłosiła, że w ramach nowej strategii przejęła spółkę Revitum, czyli sieć placówek diagnostyki medycznej, i zamierza przekształcić ją w… giełdę kryptowalut. To intrygujący pomysł, nie tylko z uwagi na technologiczną transformację, ale także dlatego, że większość, o ile nie wszystkie giełdy kryptowalut wyprowadzają się z naszego kraju z powodu nieprzyjaznych regulacji.

Devoran również ma sporo dokonań na swoim koncie.  Gdy wchodził na NewConnect w 2007 r. nazywał się Viaguara i jego produktem była wódka z guaraną. Później zmienił się w Polsko-Amerykański Dom Inwestycyjny, aby w końcu wejść w deweloperkę i nazwać się Devoran. Na początku tego roku ogłosił z kolei, że angażuje się w nową technologię, m. in. tworzenie rozwiązań i planów marketingowych dla społeczności blockchain oraz budowę zaplecza koparek wykorzystywanych do pozyskiwania kryptowalut. Pojawił się też plan zmiany nazwy na Future Blockchain.

W styczniu kurs akcji spółki wzrósł o 145 proc. do 1,08 zł. Tymczasem od strony finansowej trudno o optymizm. W zeszłym roku skonsolidowany wynik netto wyniósł zaledwie 202 tys. zł. Ponadto spółka znalazła się w ubiegłym roku pod okiem nadzorcy. – W listopadzie rynkowy nadzorca poinformował, że podejrzewa manipulację kursem Devoranu. KNF szczegółowo opisywała podejrzane transakcje z września ubiegłego roku, gdy grupa powiązanych akcjonariuszy miała stosować m.in. takie techniki manipulacyjne, jak ukrywanie własności, sztuczny obrót i „pump & dump” (napompuj i opchnij), podbijając kapitalizację spółki – napisno w Pulsie Biznesu. Aktualnie papiery spółki wycenianie są na parkiecie na 0,11 zł. Czyżby inwestorzy nie wierzyli w kolejną przemianę?

Małą wiarę, przynajmniej patrząc przez pryzmat wykresu kursu akcji (ich cena to ok. 0,33 zł), widać też wśród akcjonariuszy funduszu pożyczkowego Novina. Podobnie jak poprzednik, ta spółka też ma na koncie kilka przeistoczeń. Na New Connect weszła w 2012 r. jako firma „Baby“ planująca budowę sieci kawiarni. Potem zajęła się działalnością inwestycyjną pod nazwą Goldwyn Capital, by w końcu stać się funduszem pożyczkowym, a w styczniu tego roku ogłosić, że zawiązuje nową spółkę „Blockchain Technology“. Przedmiotem działalności tej ostatniej mają być inwestycje wykorzystujące technologię blockchain, w pierwszej kolejności kopanie kryptowalut. To wystarczyło, by w styczniu podbić wyceną walorów o 62 proc. Mało tego, spółka opublikowała na początku roku prognozę, że po 12 miesiącach zarobi na czysto 2,2 mln zł. Ambitnie. Zwłaszcza, że rok ubiegły zamknęła  stratą rzędu 2,86 mln zł. Wygląda na to, że spółka naprawdę zamierza wykopać sporo bitcoinów…

Myślę, że w niedalekiej przyszłości kolejne spółki z NewConnect i GPW będą ogłaszać zaangażowanie w tytułową technologię. Zwłaszcza, że znajduje ona coraz więcej możliwości zastosowania, już nie tylko w systemach płatniczych, ale chociażby w energetyce, logistyce, zarządzaniu siecią sprzedaży itp. Jak pokazują powyższe przykłady, temat jest bardzo nośny i potrafi mocno podbić kurs przynajmniej w krótkim terminie. Nie ma się co dziwić.

Na naszym parkiecie panuje bessa, więc inwestorzy szukają innowacyjnych rozwiązań, które mogą dać wysoką stopę zwrotu. Giełdowa historia pokazuje, że każda hossa miała swojego przewodnika, np. spółki informatyczne lub spółki deweloperskie. Blockchain ma potencjał, by znów dać silny impuls wzrostowy, zwłaszcza, że niektórzy wieszczą tej technologii wywołanie rewolucji większej niż ta związana z powstaniem sieci internetowej. W tym kontekście należy pozytywnie oceniać eksperymenty rodzimych spółek z nową technologią. Liczę na to, że owe eksperymenty nie otworzą przysłowiowych sezamów tylko zarządom owych spółek, ale wszystkim akcjonariuszom i to w dłuższym niż miesięczny terminie.