Categories

Esport bardziej popularny niż koszykówka? To się musi wydarzyć

Pulę 92 milionów dolarów zgarnęli zawodnicy esportu na międzynarodowych turniejach w 2016 roku. Piętnaście tysięcy biletów na trybuny mistrzostw świata w League of Legends w Berlinie wyprzedało się w mniej niż 10 minut, a dwa lata później finały obejrzało przez internet aż 70 milionów widzów. Żaden sport nie rozwija się w takim tempie jak wirtualne rozgrywki.

Kto gra, kto ma?
W 2019 przychody z esportu na świecie mają – zgodnie z prognozami Lagardère Sports – wynosić 1,9 miliardów dolarów. To niemal dwukrotnie więcej niż w 2015 roku. Od kilku lat przychody w tej działce rosną konsekwentnie o średnio 40 procent rok do roku. Kto zarabia? Głównie zawodnicy, właściciele drużyn, wydawcy gier i organizatorzy turniejów. Kto płaci? Duże marki takie jak Coca Cola, Mountain Dew czy Red Bull. Aż 80 procent przychodów generowanych w esporcie to kasa ze sponsoringu i reklam. Reszta pochodzi z zakładów, nagród, organizacji turniejów, sprzedaży gadżetów i  biletów. 

Przychody w esporcie w 2017 roku
Łącznie: 969 mln dolarów przychodu
38% – sponsoring
22% – reklama
17% – opłaty dla wydawców gier
14% – prawa do transmisji
9% – sprzedaż gadżetów i biletów

dane Lagardère Sports

Cały rynek esportu jest obecnie wyceniany na 493 milionów dolarów (dane za Statista.com).

Kto ogląda?
Nie dziwi zainteresowanie dużych marek esportem, bo szacuje się, że obecnie interesuje się nim 365 mln ludzi na świecie. Do 2020 roku liczba kibiców esportu ma przewyższyć liczbę fanów koszykówki. Rozgrywkami w Counter Strike’a, DOTA 2 czy League of Legends ma być zainteresowanych za dwa lata już ponad 500 milionów osób na świecie. Żaden tradycyjny sport nie zyskuje na popularności w takim tempie.

Firmy inwestujące w esport znajdują  tu kanał dotarcia do najbardziej poszukiwanej obecnie przez reklamodawców publiczności, czyli osób w wieku 21-35 lat, osławnionych milenialsów. To właśnie oni stanowią 38 proc. kibiców esportu. 27 proc. to osoby poniżej 20 roku życia, a starszych niż 35 lat jest ok. 25 proc. Coraz większą grupę widzów wirtualnych rozgrywek  stanowią kobiety- to już 39 procent wszystkich oglądających.

Najwięcej nowej publiczności esport zdobywa w Stanach Zjednoczonych, potem w Europie, a dopiero na trzecim miejscu w mateczniku – Azji. Trzeba dodać, że na tej mapie Polska jest zaznaczona dużą kropką, bo jesteśmy dobrzy w “granie w gry”. Mamy świetnych zawodników i niesamowitą publiczność – zorganizowany w 2017 roku w Katowicach turniej Intel Extreme Masters zgromadził 46 mln widzów i jest w czołówce najlepszych wydarzeń esportowych ostatnich lat.

Przeczytaj też: Pierwsze profesjonalne centrum esportu powstaje w Warszawie. Branża rośnie, czas wejść do gry?

 
Categories

Zbuduj sobie chałupę – jaskiniowe DIY podbija sieć

Filmik z człowiekiem, który przenosi się do epoki kamienia łupanego i przy pomocy kawałka kija i skały buduje sobie chałupę, obejrzało na YouTubie ponad 54 miliony osób. “Jestem przekonany, że gdyby dać mu wystarczająco dużo czasu, zbudowałby tym IPhone’a” – skomentował jeden z oglądających. Ale Primitive Technology to nie jedyny kanał promujący technologiczny powrót do korzeni. Czyżbyśmy zatęsknili za prostym, zrozumiałym światem przodków?


W czasach, gdy w sklepach możemy dostać wszystko: od jednorazowego grilla, po obrane, umyte i pokrojone warzywa, hitem sieci staje się człowiek, który składa siekierkę z kija i kamienia, lepi garnki i buduje chaty z gliny. Świetnie poradziłby sobie w ekipie neandertalczyków. Może z tym małym wyjątkiem, że nasz współczesny jaskiniowiec zarabia już na YouTubie. I to nieźle. Jego filmy na kanale Primitive Technology od 2015 roku były odtwarzane już 579 milionów razów.

Na filmach współczesnego jaskiniowca nie ma fajerwerków: na każdym z nich widzimy mężczyznę bez koszulki, który krząta się wśród drzew i przy akompaniamencie śpiewu ptaków wypala cegły,   plecie z trawy buty lub wymyśla sposób na ogrzewanie podłogowe w domu ulepionym ze znalezionych w lesie kamieni i własnej roboty cementu. “Ta chata jest lepsza niż mój obecny dom” – zachwyca się jeden z setek milionów widzów.

Twórca kanału, który przenosi oglądających do australijskiego buszu, to John Plant – trzydziestoparolatek, absolwent Wydziału Nauk Ścisłych i wielbiciel przyrody. Twierdzi, że budowanie rzeczy z tego, co znajdzie w lesie,  traktuje jak hobby. Na co dzień żyje jak wszyscy – mieszka w nowoczesnym budynku, je normalne posiłki i sprzedaje ubezpieczenia. Nie spodziewał się, że jego filmiki DIY zdobędą taką popularność w sieci.

Tymczasem w sieci rośnie liczba tutoriali  spod znaku “primitive tech”, które od filmików “preppersów” (ludzi przygotowujących się na koniec świata) różnią się tym, że pokazują nie tylko to, jak wykonać schron, broń czy łódź, ale przede wszystkim skupiają się na tworzeniu od zera przedmiotów codziennego użytku. W Polsce co prawda bardziej przyjęły się militarne techniki survivalowe, ale leśne DIY nieźle radzi sobie i u nas: Universal Survivial, Ekwipunek Dźwigany Codziennie czy Bushcraftowy to kanały, które mają już od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy wyświetleń.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Mechanizmy, które napędzają dumping

W poprzednim odcinku zatrzymaliśmy się na metodach, jakimi dysponuje państwo walczące z dumpingiem, dzisiaj dokończymy dzieła. Opiszę rodzaje dumpingu i opowiem krótko o nowym spojrzeniu na niego.

Wyróżniamy trzy główne rodzaje dumpingu, ale nie w każdym przypadku państwo uruchamia maszynę retorsyjną.

Dumping sporadyczny to sporadyczne sprzedawanie za granicę produktu po cenach niższych od kosztów. Wynika z sytuacji nadzwyczajnych. Wyobraźmy sobie sytuację, gdy na rynku wewnętrznym drastycznie spada popyt. Czasami taniej będzie sprzedać towar, nawet w cenie niższej niż koszt wytworzenia, niż go magazynować, czekając na odwrócenie koniunktury. Ten dumping, jeżeli nie zdarza się regularnie, nie powoduje zazwyczaj reakcji kraju, do którego te towary trafiają.

Dumping stały lub trwały to sprzedaż towaru za granicę po cenie niższej niż na rynek krajowy. Wyobraźmy sobie sytuację, w której popyt krajowy jest dużo mniej elastyczny niż popyt na rynku zagranicznym. W takiej sytuacji u siebie możemy sprzedawać produkt drogo. Jeżeli chcemy dokonać ekspansji do kraju, w którym popyt jest bardzo elastyczny, musimy obniżyć cenę. W tym przypadku państwo może potraktować takie działanie jako przejaw normalnej konkurencji monopolistycznej i nie reagować.

Dumping agresywny lub łupieżczy to sytuacja opisana wcześniej. Celem takiego działania jest eliminacja konkurencji, zdobycie rynku cenami niższymi od kosztów wytworzenia, monopolizacja rynku i podwyższenie cen w celu realizacji zysków. Ten rodzaj dumpingu uznawany jest za nieuczciwą konkurencję i zazwyczaj spotyka się z reakcją państwa padającego jego ofiarą. Bywa też cenną nauką dla konsumentów, którzy mogą na własnej skórze przekonać się, że tanio czasami nie znaczy dobrze.

Oprócz klasycznego dumpingu produktowego, wyróżnia się czasami kilka innych, niezwiązanych bezpośrednio z towarem.

Dumping socjalny polega na wykorzystaniu niższych kosztów produkcji w kraju eksportującym. Mogą one wynikać na przykład z dłuższego dnia pracy, niskiej płacy albo wykorzystania pracy niewolniczej.

Dumping walutowy wynika z ogólnej sytuacji gospodarczej kraju eksportera i siły jego waluty. Gdy kurs waluty spada w stosunku do innych, maleje też cena eksportowanego towaru.

Dumping kredytowy ma miejsce wtedy, gdy banki krajowe udzielają przedsiębiorstwom importującym kredytów na bardzo dogodnych warunkach.

Jak pisałem wcześniej, dumping, przynajmniej teoretycznie, dotyczy dóbr importowanych. Jednak coraz więcej ekonomistów odchodzi od podstawowej definicji i klasyfikacji dumpingu, i rozszerza go na działania wyłącznie w obrębie rynku wewnętrznego. W ramach tego podejścia, naukowcy wskazują inne rodzaje dumpingu.

Dumping obronny występuje, gdy firma chce odstraszyć i zniechęcić potencjalnych konkurentów do wejścia na zajmowany przez nią rynek. Jest to działanie wyprzedzające.

Dumping skali. Producent obniża cenę po to, żeby osiągnąć korzyści skali w przyszłości (wzrost produkcji, spadek kosztów jednostkowych) lub wykorzystać w pełni swoje możliwości produkcyjne.

Dumping tworzenia nowego rynku to sytuacja, w której firma wchodzi na rynek z nowym produktem, zazwyczaj zaawansowanym technologicznie. Oferując niską cenę, producent zapewnia sobie duży udział w rynku, odstrasza konkurentów (dumping ochronny), może stać się w krótkim czasie liderem rynku w produkcji nowego towaru.

Dumping frontalny, polegający na zaatakowaniu lidera rynku. Atakujący sprzedaje poniżej kosztów, jego celem nie jest maksymalizacja zysku tylko sprzedaży i walka o prymat rynkowy.

Dumping strategiczny, polegający na redukowaniu silnej pozycji konkurentów. Nie stoją jednak za nim chęci ustanowienia monopolu.

Nie ukrywam, że takie rozszerzenie definicji dumpingu bardzo mnie cieszy. Jeżeli się przyjmie, nikt z nas nie będzie już popełniał błędów w tej materii. W następnym odcinku zajmiemy się kolejnym fascynującym zagadnieniem ekonomicznym.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Dumping to dobra cena, która wychodzi klientom na złe

O cenach dumpingowych słyszymy średnio raz w tygodniu. W dziewięciu przypadkach na dziesięć określenie to jest użyte nieprawidłowo i dotyczy sytuacji, które zgodnie z definicją, dumpingiem nie są. Już tłumaczę.

W powszechnym rozumieniu, cena dumpingowa oznacza taką cenę, która jest znacząco niższa od tego, co oferuje konkurencja. I wszyscy wiedzą, że takie działanie ma na celu wycięcie jej do ziemi. Dla firm działających na danym rynku taka sytuacja nie jest komfortowa, bo nie da się w nieskończoność sprzedawać po kosztach albo nawet poniżej nich. Dla klienta wręcz przeciwnie, wojna cenowa w wydaniu dumpingowym to okazja do tego, żeby kupować najtaniej. Niestety, wynik takiego starcia w dłuższej perspektywie jest korzystny wyłącznie dla sprzedawcy oferującego ceny dumpingowe. Wytłumaczę ten mechanizm w dalszej części. 

Jak wspomniałem na wstępie, słowo dumping (ang. zrzucać, zarzucać rynek towarami)  jest najczęściej wykorzystywane nieprawidłowo. Dziennikarze używają go do opisania każdego towaru sprzedawanego dużo taniej niż towary działającej aktualnie na rynku grupy producentów. Czyli przyszedł Uber i dał dumpingowe stawki, wycinając konkurencję taksówkarską.

Zgodnie z definicją, o dumpingu można mówić w przypadku towarów i usług importowanych. Nie jest więc klasycznym dumpingiem sprzedawanie warzyw prosto z ulicy taniej, niż identycznego asortymentu (wszak wszystko przyjeżdża z giełdy w Broniszach) w warzywniaku. Tutaj mówimy wyłącznie o dużo niższych cenach.

Natomiast dumping to mechanizm, w którym na rynek, na którym rozsiadło się wygodnie kilku producentów, wchodzi nowa firma zagraniczna. I bez dania racji, zaczyna sprzedawać towar po cenie o 30 proc. niższej od najtańszego egzemplarza oferowanego w tym segmencie. Patrzymy na ceny, po jakich oferuje go nasz zagończyk u siebie i widzimy, że u nas sprzedaje taniej niż na swoim rynku wewnętrznym. To dumping cenowy. A jak sprzedaje poniżej kosztów wytworzenia, to mamy dumping kosztowy. Jest to praktyka niebezpieczna i zagraża najczęściej przemysłowi krajowemu.

Jak wspomniałem wcześniej, jeżeli państwo nie interweniuje i sytuacja taka potrwa dłużej, przegrani są wszyscy, oprócz firmy dumpingującej. Konkurencja nie jest w stanie przetrwać długo takiego naporu niskich cen i pada. W tym samym czasie klienci są zachwyceni i kupują taniej, bo po co przepłacać? Gdy konkurencji zabraknie, zaczyna się czas żniw.

Cena towaru szybuje sobie w górę, klienci wściekli, no bo jak to, miało być już zawsze tak tanio, dumpingujący wygrywa i kosi dużo pieniędzy. Skuteczne państwo stara się nie dopuszczać do takich sytuacji i ma ku temu takie narzędzie, jak cła czy zobowiązania cenowe. Przelećmy szybko przez działania antydumpingowe, jakie można podjąć w stosunku do atakującego.

Na dzień dobry można przyłożyć cłem antydumpingowym, które usuwa jego niekorzystne skutki i wyrównuje szanse w walce konkurencyjnej.

Przedsiębiorstwo oskarżone o dumping nie chce paść ofiarą cła, więc zobowiązuje się, że podniesie ceny przynajmniej do minimalnych rynkowych.

Państwo może ustalić kwoty importowe dla dumpingowanego towaru.

Wreszcie państwo może zastosować środki tymczasowe, czyli nałożyć cło tymczasowe albo depozyt gotówkowy w wysokości naliczonego i nałożonego cła antydumpingowego.

W następnym odcinku opowiem o rodzajach dumpingu i o tym, jak ekonomiści zaczynają opisywać nim również sytuacje wyłącznie w ujęciu rynku wewnętrznego. 

 
Categories

Jak znaleźć mentora i nie utonąć w oceanie bzdur? 6 rad na start

W  relacjach międzyludzkich jest jedna ważna zasada: warto rozpoznać wokół siebie trzy typy ludzi –  przyjaciół, wrogów i mentorów. Dziś będzie o tych ostatnich, bo mentoring w biznesie staje się w Polsce modny, ale jego znaczenie często się rozmywa. A to właśnie ta relacja może zdecydować o sukcesie przedsiębiorcy. Podpowiadamy, jak podejść do tematu, żeby to w ogóle miało sens.

Mentor – człowiek, który otwiera drzwi
Dobrze jest oczywiście uczyć się na własnych błędach, ale czasami rozsądniej jest uczyć się na czyichś. Mówi się, że mentoring to droga na skróty: to, co sami wypracowywalibyśmy metodą prób i błędów, możemy dostać jako gotowca od kogoś, kto przebył już drogę podobną do naszej.

Mentor to nie tylko osoba, która podzieli się z nami doświadczeniem np. w układaniu procesów biznesowych w firmie, czy rozwiązaniu konfliktów w ramach organizacji. Może też otworzyć nam wiele drzwi, nie tylko tych, do których się od miesięcy dobijamy, ale też takich, o których istnieniu jeszcze nie wiemy. Dobry mentor oprócz wiedzy daje młodemu przedsiębiorcy rozszerzony dostęp do potencjalnych klientów, pracowników (szczególnie jeśli poszukujemy specjalistów jakiejś branży) i partnerów biznesowych. Zanim skorzystamy z dobrodziejstw mentoringu, warto się do niego przygotować.

Jak znaleźć mentora? Mamy dla Was 6 wskazówek na start.

  1. Wybierz siebie za kilkanaście lat
    Mentor to nie jest coach. To ktoś, kto dokonał tego, co jest twoim celem. Zasada jest prosta: jeśli chcesz się rozwijać w biznesie, to szukaj mentora, który ma osiągnięcia w biznesie. Poszukiwanie mentora warto rozpocząć właśnie od tego, co chcemy osiągnąć i jakie umiejętności są nam do tego potrzebne.
  1. Poznaj mentora
    “Zrób research” może brzmieć jak rada z kategorii “zawiąż sznurówki”. Niby wszyscy wiedzą, że jak już prosisz kogoś o to, żeby poświęcił ci swój czas, to warto o nim sporo wiedzieć. Niestety, zaskakująco wiele osób traci swoje szanse przychodząc na spotkania na przypał –  wiedzą o tym doświadczeni rekruterzy.

Znajdź informacje o doświadczeniu zawodowym wybranej osoby, sukcesach i porażkach prowadzonych przez nią firm, ale też o jej sieci kontaktów. Może znasz kogoś kogo zna? Porozmawiaj z tą osobą, szczególnie jeśli jest to ktoś, kogo twój potencjalny mentor ceni. Zyskasz 10 punktów na starcie.

3.  Zapomnij o mentoringu
Bycie mentorem to poważne zadanie. Osoby, które aktywnie zajmują się biznesem, mogą obawiać się podejmowania długoterminowego zobowiązania wobec młodego przedsiębiorcy. Dlatego zamiast zaczynać z grubej rury, poproś mentora o jedno spotkanie i nakreśl jego cel: najlepiej konkretne wyzwanie, przed którym teraz stoisz. Przygotuj się. Musisz wiedzieć, o co chcesz zapytać, żeby mentor nie miał poczucia straconego czasu.

Rozpoczęcie współpracy “na miękko” da ci też możliwość łatwiejszego wycofania się z relacji, jeśli okaże się, że wybrany przez ciebie człowiek nie ma na przykład drygu do dzielenia się wiedzą. Są osoby, które lubią co prawda opowiadać o swoich dokonaniach, ale bardziej w celu usłyszenia swojej historii po raz kolejny niż podzielenia się z tobą doświadczeniem. Szanuj nie tylko czas mentora, ale też swój.

Po pierwszym spotkaniu powinieneś czuć się zainspirowany do działania, jeśli tak nie jest, może warto poszukać kogoś innego. Jeśli wiesz, że trafiłeś w dziesiątkę, jak najszybciej zrób follow-up: napisz e-mail lub sms z podziękowaniem i umów się na kolejne spotkanie. Dobrze umówić się na kolejne spotkanie, gdy już spróbujesz wdrożyć w życie którąś z rad. Ważne, żeby nakreślić cel kolejnego spotkania.

  1. Zaproponuj wartość dodaną
    Daj zanim dostaniesz. Pamiętaj: mentor cię nie potrzebuje. Nie ma też obowiązku cię uczyć. Nawet nie idź do niego, jeśli nie masz planu. Zazwyczaj ludzie przychodzą do ludzi sukcesu po pieniądze lub pracę. Uważaj, żeby nie pomyśleli, że jesteś jednym z nich – powtarza seryjny przedsiębiorca Dan Lok. Sam u swojego pierwszego mentora pracował przez rok za darmo, gdzie głównie obserwował jego pracę. 

Gary Vaynerchuk, gwiazda internetowego content marketingu, mówi jeszcze dobitniej: Jestem zdumiony nastawieniem ludzi. Chcesz od kogoś jego cennego czasu i energii, a zaczynasz rozmowę od “Hej, czy możesz mi to dać?”. To szaleństwo. Zastanów się, jaką wartość możesz mu zaoferować? Chcesz mieć mentora. Daj mu tyle, że będzie mu się opłacało nim zostać – mówi w jednym ze swoich filmów.    

  1.     Słuchaj
    Pamiętaj, że mentor będzie pełnił w twoim życiu rolę inną niż przyjaciel: nie będzie cię głaskał po głowie i powtarzał, że jesteś wspaniały. On powie ci prawdę prosto w oczy. Musisz mieć do niego wystarczająco duże zaufanie, żeby wierzyć, że mówi to nie po to, żeby cię zgnoić, tylko żebyś się rozwijał. Tym właśnie relacja z mentorem różni się od relacji z wrogiem: ufasz, że działa dla twojego dobra.

Żeby czerpać z mentoringu, trzeba nauczyć się słuchać. Bez obrażania się, tłumaczenia się z popełnionych błędów, czy chęci udowodnienia swoich racji. Szkoda na to czasu.

– Napisał do mnie dwa tygodnie po spotkaniu – mówi o swoim ulubionym uczniu Peter Sage, przedsiębiorca i mówca. – Przeczytałem książki, o których mi mówiłeś – pisał. Oto czego się nauczyłem… Tak to wdrażam, od tego czasu to i to się zmieniło. To zrobiło na mnie wrażenie – wspomina.

Dobre słuchanie musi przełożyć się na działanie. Zabawę w mentoring warto zacząć wtedy, jeśli jest się naprawdę gotowym coś zmienić.

  1. Nie oczekuj cudów
    Częsty błąd osób, które zaczynają przygodę z jako mentorowany polega na nierealnych oczekiwaniach i przerzucaniu odpowiedzialności za swoje działania na mentora. Mentoring to ciężka praca, głównie po twojej stronie. Mentor już swoją wykonał.

O jednym trzeba pamiętać: i w sporcie, i w biznesie odpowiedzialność za sukces spoczywa wyłącznie na tobie – podkreślał w rozmowie z HiCash Paweł Sieczkiewicz, dwukrotny Mistrz Polski w kickboxingu i prezes firmy Telemedi.co, uznany przez Forbesa za jednego z 30 najzdolniejszych Polaków przed trzydziestką.

Przeczytaj też Dlaczego sportowcy są świetni w biznesie

Jak wyjść poza schemat codzienności? Rozmowa z Bartoszem Filipem Majewskim:

 
Categories

Uff, jak gorąco! Wyparowuje również kasa, i to sporo

Żar leje się z nieba. Taka spiekota w mieście to piekło. W niedzielę trzeba będzie wybrać się nad zalew. Upał daje w kość, wyciąga z nas siły, dramatycznie obniża produktywność i wzbudza w nas nagłą chęć do wyjechania gdziekolwiek, gdzie będzie woda, cień i zimne drinki pod palmą.

Robimy wszystko, żeby nie przedawkować gorąca, bo to boli, zarówno na ciele, jak i na portfelu. Tak, tak, upał to realne koszty, które można przeliczyć na brzęczącą monetę. Ile właściwie kosztuje nas wszystkich ta absurdalna temperatura?

Zimne drinki w pracy

Czy wiecie o tym, że gdy pracujemy w gorące dni, ze strony pracodawcy przysługują nam dodatkowe prawa? Dla nas zysk, dla szefa koszt. Na przykład musi zapewnić pracownikom napoje. W przypadku pracy na otwartej przestrzeni, picie na koszt pracodawcy zaczyna się od plus 25 stopni, w biurze od plus 28. Na dodatek zimne napoje muszą być dostępne cały dzień, a nie tylko od 13 do 14:12. Zrobiłem kilka wyliczeń, których nie należy traktować zbyt poważnie.

W pierwszym kwartale tego roku GUS donosił, że w Polsce jest 13 112 000 pracowników najemnych. Założyłem optymistycznie, że aż połowa szefów zabezpiecza swoim pracownikom wodę. I z tej połowy, aż połowa kupuje wodę a nie sugeruje kranówkę. Policzyłem też, że w taki upał trzeba wypić przynajmniej jedną półtoralitrową butelkę na osobę. I wyszło mi, że przy tych karkołomnych założeniach, pracodawcy w skali kraju dziennie wydają na wodę butelkową 3 mln zł.

Klima, wiatrak, żaluzja i bumelka

To nie koniec naszych upałowych praw. Pracodawca musi chronić nas nie tylko przed odwodnieniem, ale i nadmiernym nasłonecznieniem. Żaluzje, rolety, malowanie szyb specjalną farbą to minimum. Szef może, chociaż nie musi, zainstalować nam klimatyzację albo postawić wiatraczek. Wyliczenia kosztów tych zabezpieczeń się nie podejmuję, ale sprawdzimy ile może kosztować egzekwowanie innego prawa – szybsze odesłanie pracowników do pracy albo ustanowienie przerw na czas najwyższych temperatur. I znowu, to nie obowiązek ale prawo, dlatego poczynimy karkołomne założenia.

Przyjmijmy, że czas największego terroru słonecznego nie przekracza u nas trzech godzin. Nieważne czy będzie to przerwa, czy wcześniejsze wyjście z pracy. Nikt nie wie, ile firm faktycznie decyduje się na takie rozwiązania, dlatego możemy przyjąć co chcemy. Uznam, że podczas największych upałów taka możliwość oferowana jest 20 proc. pracowników. Jeszcze tylko średnia pensja. Tym razem wezmę dane dotyczące zarobków w firmach do 10 osób, które dominują w naszej gospodarce. W roku 2017 średnia stawka godzinowa wyniosła w nich 11,60 zł netto. Z prostego mnożenia wynika, że przerwa albo wcześniejsze wyjście z pracy kosztuje nas dziennie 91,26 mln zł.

Koszty demograficzno-zdrowotne

Fale upałów powodują również koszty, których przeliczyć się nie da. Oprę się na badaniu przeprowadzonym w latach 1960-1990, według którego liczba zgonów wynikających z niewydolności układu krążenia związanych z wysoką temperaturą, wzrosła ze 100 do 550 na 100 tys. mieszkańców. Aktualnie udało się nam „zbić” tę wartość do 450 osób. Oznacza to, że rocznie z powodu upałów tracimy ponad 170 tys. osób. Kwoty nie do wyliczenia, bo jak wycenić koszt bólu po utracie bliskiego?

Możemy za to spróbować policzyć koszt wyjazdów karetek z powodu zasłabnięć i udarów. W Polsce jest obecnie 228 Szpitalnych Oddziałów Ratunkowych. Nie mam oczywiście dostępu do szczegółowych danych, ale z kawałków informacji odnalezionych w sieci wynika, że w upalne dni dzienna liczba wezwań z powodu temperatur rośnie o 150-200 zgłoszeń. Przyjmując odważne założenie, że karetka wyjeżdża tylko do co drugiego zgłoszenia, i że średni koszt wysłania karetki wzięty z oferty komercyjnej wynosi 300 złotych, dziennie kosztuje to nas 6,8 mln złotych.

Polskie sumienie – węgiel

3 maja 2018 roku padł kolejny rekord dziennego zużycia prądu. Zapotrzebowanie na energię w szczytowym momencie wyniosło 23 680 megawatów. Rekord odnotowano o godzinie 13:15. I oczywiście spodziewane są kolejne, bo pogoda nie odpuszcza. Gdzie tu koszty? Ano tak się składa, że wiele elektrowni jest chłodzonych wodą. Polska energetyka węglowa to największy wodożerca w Polsce, aż 70 proc. poboru wody przypada na nią. Pozostałe 30 proc. obsługuje pozostałe gałęzie przemysłu i nasze zużycie indywidualne. Średnia globalna dla energii pochodzącej z węgla to tylko 6,8 proc., pod tym względem jesteśmy absolutnym rekordzistą świata.

No i w upały robi się problem, bo z jednej strony obniża się poziom wody w rzekach i zbiornikach wodnych, z których czerpią ją elektrownie, a z drugiej bijemy rekordy zapotrzebowania na prąd. Jakby tego było mało, podczas upałów woda jest na tyle ciepła, że nie pozwala na chłodzenie bloków energetycznych. Spada więc ich wydajność i operator sieci może albo ograniczyć dostawy energii, albo dokupić prąd za granicą. To nie koniec nieszczęść, wysokie temperatury to wyższe straty energii na liniach przesyłowych, przy temperaturach powyżej 30 stopni, sięgają one nawet 30 proc.

Dwudziesty stopień zasilania

20 stopień zasilania, który mieliśmy ostatnio w 1989 roku, powtórzył się w 2015. Oznacza on, że duże zakłady produkcyjne dostają tylko tyle energii, żeby bezpiecznie wygasić produkcję i odesłać ludzi do domu. Nikt nie jest w stanie policzyć faktycznych strat dla gospodarki, ale operujemy tutaj na poziomie miliardów złotych. My, jako odbiorcy indywidualni mamy szczęście, że jest rok wyborczy i rząd nie pozwoli na podwyżki cen prądu. Ale poczekajmy jeszcze ze dwa lata i po tym czasie przeanalizujmy bacznie swoje rachunki.

Miejska ściana wody

Na koniec policzę coś mniej poważnego, czyli koszt kurtyn wodnych w Warszawie. Nie wiem, z jakich rozwiązań korzysta miasto, więc przyjąłem, że są to tradycyjne kurtyny strażackie. Jedna zużywa średnio 3 metry sześcienne wody na godzinę. Działają przez 8 godzin, jest ich w sumie 9. Dziennie kosztują nas tylko 2,5 tys. złotych.

Omówiłem tutaj tylko kilka przykładów wpływu pogody na nas i na gospodarkę. Ale już choćby z tych kilku pobieżnych i mocno zaokrąglonych wyliczeń widać, że upały to realny koszt liczony w brzęczącej monecie. Z przykrością stwierdzam, że koszty te ponosimy wyłącznie przeciwdziałając skutkom. Jeżeli nie zaczniemy łożyć na walkę z przyczynami, do końca tego wieku znajdziemy się w takiej sytuacji, że koszt wody dla pracowników będzie naszym najmniejszym zmartwieniem. No ale o społecznych i finansowych kosztach zmiany klimatu opowiem może przy innej okazji.

 
Categories

Nowy globalny gracz walczy o Indie: Ikea otwiera tu właśnie swój pierwszy sklep

Trudno w to uwierzyć, ale są miejsca na świecie, w których weekendowa wizyta w Ikei nie jest częścią stylu życia klasy średniej, a PÅHL czy FJÄLLBO to wciąż tylko dziwnie brzmiące słowa. To ma się zmienić. Obecna w 49 krajach Ikea właśnie otwiera swój pierwszy sklep w Indiach i dołącza do grona firm, które marzą o podbiciu serc klientów znad Gangesu.

Usytuowany w mieście Hyderabad w stanie Andhra Pradesh pierwszy indyjski sklep Ikei ma największą spośród wszystkich stołówkę. W menu nie znajdziemy jednak tradycyjnych szwedzkich klopsików zrobionych z wieprzowiny i wołowiny – surowo zabronionej w hinduizmie, religii wyznawanej przez 83 proc. populacji Indii.

Jedzenie to nie jest co prawda core business Ikei, ale na pewno umiarkowane sukcesy globalnych jedzeniowych gigantów na rynku indyjskim brzmią jak przestroga. Trudno mówić o imponujących wynikach choćby McDonalds’a, który w ogromnych Indiach po ponad dwudziestu latach inwestycji ma niewiele więcej restauracji niż w Polsce. Kokosów nie zarabia też KFC czy Domino’s Pizza.

W ciągu najbliższych siedmiu lat Ikea planuje wybudować w Indiach 25 sklepów – jeden będzie przypadał na 52 mln mieszkańców. Dla porównania: w Polsce na jeden sklep przypada 37,5 mln Polaków, a firma rozwija się u nas od 25 lat.

Indyjski rynek to dla nas marzenie” – przyznaje w rozmowie z BBC generalny zarządzający w Ikea, Jesper Brodin. Nic dziwnego, Indie to łakomy kąsek: 1,3 miliarda mieszkańców, umacniająca się gospodarka i korzystna demografia muszą rozpalać wyobraźnię wielu międzynarodowych marek.

Zarządzający największymi firmami świata wierzą, że z tworzącą się klasą średnią to właśnie Indie będą nową ziemią obiecaną, i że uda się powtórzyć tu gigantyczne sukcesy odniesione przez globalne marki w Chinach. Problem w tym, że Indie to nie do końca Chiny sprzed kilku lat. Podstawową różnicą są pieniądze, a raczej ich brak w portfelu przeciętnego mieszkańca.

Średnie PKB na mieszkańca wynosi tu wciąż 1700 dolarów, a zarobki 80 procent populacji plasują się poniżej tej kwoty.

“THE UNPRECEDENTED EXPANSION OF THE GLOBAL MIDDLE CLASS”, Global Economy Development Working Paper, luty 2017

Okazuje się, że siła nabywcza rodzącej się w Indiach klasy średniej jest znacznie mniejsza niż u jej chińskiego odpowiednika. Na hurraoptymistycznych założeniach co do liczby potencjalnych klientów przejechała się już w Indiach m.in. branża e-commerce. Intensywnie inwestował tu m.in. Amazon. Jeszcze kilka lat temu szacowano, że w Indiach można pozyskać setki milionów nowych klientów kupujących online.

W latach 2014 i 2015 branża e-commerce w Indiach rzeczywiście miała się świetnie – dynamika wzrostu przekraczała 100 proc. rok do roku. W 2016 coś jednak siadło i do tej pory się nie podniosło. Dziś ocenia się, że aktywnie w sieci kupuje jedynie 50 milionów Hindusów. Jak podaje The Economist, w 2017 roku wzrost na rynku indyjskim był porównywalny do tygodniowych wyników branży e-commerce notowanych w Chinach, czyli dramatycznie poniżej oczekiwań.

Mieszkańcy Indii co prawda kochają internet, ale rzadko są skłonni wydawać w nim pieniądze. Wie to Facebook, dla którego Indie są największym rynkiem pod względem osób korzystających z serwisu, za to najgorszym pod względem przychodu w przeliczeniu na użytkownika. W wyliczeniach różnych branż przewija się liczba 50 mln klientów, którzy są w stanie obecnie płacić za usługi i produkty globalnych marek. I pomimo ogromnych apetytów firm, nielicznym udaje się przekroczyć ten pułap.

Analitycy rynku powiedzieliby, że klient w Indiach jest “wrażliwy na cenę”, a mówiąc wprost: każdą rupię ogląda trzy razy. Czy w społeczeństwie indyjskim rzeczywiście drzemie ogromny potencjał nabywczy? Z pewnością, ale marki zapominają, że budzi się on z fazy bardzo długiego snu wspieranego przez panującą tu od stuleci kulturę kast. Przepaść dzieląca nieliczną grupę bogaczy od ubóstwa niższych kast jest tu głęboko zakorzeniona i wspierana przez model tradycyjnego indyjskiego społeczeństwa. Zasypanie jej i zbudowanie mostu w postaci prawdziwej klasy średniej może potrwać nieco dłużej niż kilka lat.

 

 
Categories

Podatek od nieślubnego dziecka

Pomysł powrotu do podatku „bykowego” rzucony żartem przez wiceministra infrastruktury i rozwoju Artura Sobonia w rozmowie z “Faktem” przywołał nienową ideę opodatkowania singli. Pod tą nazwą funkcjonowało w Polsce kilka świadczeń fiskalnych, których koncepcja może dzisiaj dziwić.

Minister Soboń wspomniał o bykowym, czyli o podwyższonym podatku dochodowym płaconym przez panny i kawalerów w latach 1946-1973. Krytycznym było przekroczenie 21 (a od 1956 r. – 25) roku życia. Po urodzinach pracodawca potrącał z pensji świadczenie na rzecz budżetu państwa.

Sięgając jednak do Encyklopedii Staropolskiej Zygmunta Glogera, możemy dowiedzieć się, że bykowym określano w XVI wieku najpierw opłatę za pokrycie krowy na rozród, a pod koniec stulecia rodzaj grzywny za spłodzenie nieślubnego dziecka. Płacił zarówno mężczyzna, jak i opiekunowie ciężarnej dziewczyny (jej rodzice lub właściciele majątku w którym służyła).

Zwyczaj ten prawdopodobnie wymarł w drugiej połowie XIX wieku wraz ze zniesieniem ostatnich powinności chłopów względem dworu. Musiał jednak zapisać się w pamięci, skoro przezwano tak podatek wprowadzony przez komunistów w 1946 r.

 
Categories

Gada dziad do obrazu – sterowanie głosowe na serio zmienia rynek

40 procent dorosłych Amerykanów już dziś przynajmniej raz dziennie mówi do swoich urządzeń, poszukując porady, informacji czy dyktując maile. Liczba zapytań głosowych w wyszukiwarkach rośnie lawinowo. Od dwóch lat trend używania mowy zamiast klawiatury, przycisków czy pilota rośnie tak szybko, że możemy już dziś powiedzieć, że wkrótce z naszymi komputerami, pralkami i telewizorami będziemy po prostu rozmawiać. Jaskółki zmian widać również w Polsce.

Kto choć raz grał w karaoke na konsoli wie, że głos i urządzenie mogą świetnie współpracować. Gaming jak zwykle był w kwestii wykorzystania głosu lata świetlne przed wszystkimi: w ciągu ostatnich kilku lat rynek zalewały proste gierki, w których postaciami poruszaliśmy się wydając pierwotne dźwięki – najgłośniejsze oczywiście przy skokach i strzelaniu. To była jednak tylko przygrywka do prawdziwego przełomu w technologii, która stała się jednym z najgorętszych rynkowych trendów tego roku – sterowanie głosem (voice control) ma szansę na stałe wejść do naszej codzienności. Tym razem na serio.

Do tej pory maszyny słyszały nasz głos, ale nie potrafiły zrozumieć wypowiadanych słów. To zmieniło się wraz z postępami prac nad rozpoznawaniem głosu (ang. voice recognition)  i sztuczną inteligencją prowadzonymi przez technologicznych gigantów i wypuszczeniem na rynek asystentów głosowych, takich jak Google Home, Apple Alexa czy Amazon Echo.

Szczyt popularności głosowych asystentów przypadł na 2017 rok, a Amazon przewiduje, że do 2022 roku połowa amerykańskich gospodarstw będzie korzystała z inteligentnego głośnika.

Jednak prace nad wykorzystaniem voice recognition to nie tylko głosowi asystenci: nad skomunikowaniem maszyn z ludźmi pochylają się spece od elektroniki użytkowej, nieruchomości, AGD, branży motoryzacyjnej czy nawet medycyny. Gdy niektóre z pomysłów brzmią wciąż jak szalone wizje, inne są już na wyciągnięcie ręki: to poważne zmiany w sposobie wyszukiwania treści w internecie, a co za tym idzie: w marketingu internetowym oraz sterowane głosowo telewizory (oferowane m.in. przez LG, Sony i Samsunga).

Marketing internetowy do poprawki
Search Engine Optimization to termin znany wszystkim publikującym treści w internecie: od wielkich wydawców po małe firmowe strony. Jest to sposób, w jaki tworzymy treści po to, żeby znaleźć się jak najwyżej w wynikach wyszukiwania. Od kiedy okazało się, że odpowiednio pisząc, kodując i prezentując treści na stronie, możemy bez dodatkowych opłat poprawić pozycję firmy w wyszukiwarkach, optymalizacja SEO stała się w marketingu ważniejsza niż internetowe reklamy.

Jak to działało do tej pory? Załóżmy, że mamy stronę sprzedającą dziecięce wózki. Najpewniej marzymy o tym, żeby nasza firma pojawiła się na pierwszej stronie wyników wyszukiwań każdemu rodzicowi, który wpisze w okno wyszukiwarki hasła “wózek dla dziecka”, “bezpieczny wózek dla niemowlaka” itp. To były do tej pory nasze słowa kluczowe – wiedzieliśmy jakie słowa wpisują w wyszukiwarkę ci, którzy szukają wózków i skutecznie to wykorzystywaliśmy, walcząc z konkurencją o pozycje na konkretnych frazach.

Google podaje, że w tej chwili 20 proc. wszystkich wyszukań na telefonach pochodzi z poleceń głosowych. To duża zmiana dla SEO, bo okazuje się, że frazy, które wpisywaliśmy dotąd w wyszukiwarki nie są tymi samymi słowami, które wypowiadamy do urządzeń głosowych. Zestaw słów kluczowych w wyniku wyszukiwania głosowego znacznie się poszerza. Wraz z umacnianiem się trendu, język którym piszemy firmowe strony będzie musiał się zmienić: stanie się bliższy językowi mówionemu niż pisanemu. Na teraz eksperci od SEO radzą, żeby bacznie przyglądać się zapytaniom pochodzącym z wyszukiwania głosowego oraz zmienić pod ich kątem i porządnie wypozycjonować sekcję Q&A.

Druga ważna zmiana może dotyczyć płatnego pozycjonowania – pierwszych kilka linków w wyszukiwarce to zawsze pozycje opłacone. Ponieważ znaczna część komunikatów kierowanych do asystentów głosowych to prośby o zakup produktów, wskazanie dobrej restauracji czy zorganizowanie biletów do kina, to pojawia się ogromna pokusa, żeby za płatne pozycjonowanie dla wyszukiwań głosowych płacić ekstra. Tym bardziej, że asystent wybiera zwykle jedną podpowiedź – jeśli wskaże nasz produkt, z pewnością przełoży się to na zyski.

Pożegnanie z pilotem
Bliższy Polakom będzie drugi z tegorocznych hitów w zakresie voice control: sterowane głosowo telewizory. I chociaż pierwsze jaskółki odczytywania przez nie mowy pojawiły się już kilka lat temu, to głównie obsługiwały proste, zdefiniowane wcześniej komendy. Próba całościowej obsługi urządzenia za pomocą mowy przypominała wtedy surrealistyczną komedię z serii “człowiek kontra maszyna”. Wielu obserwatorów rynku zwątpiło w to, że to może być kierunek, w którym pójdzie rynek.

Z drugiej strony potrzeba zmian była ogromna – trudno w to uwierzyć, ale używane przez nas telewizyjne piloty są “so 80’s” – bazują bowiem na wymyślonej w tych latach technologii IR, wciąż najtańszego sposobu na bezprzewodowe połączenie człowieka rezydującego na kanapie z telewizyjnym odbiornikiem.

Sterowanie głosem – jak to z rewolucyjnymi technologiami bywa, musiało odleżeć swoje i poczekać na lepsze czasy, żeby stać się alternatywą dla pilota. Lepsze czasy nadeszły wraz z rozwojem technologii speech recognition i sztucznej inteligencji, a co za tym idzie: lepszym przetwarzaniem przez maszyny języka naturalnego. Dzięki temu dzisiejsze urządzenia mogą nie tylko odczytywać i odpowiadać na zestaw wgranych wcześniej komend, ale interpretować na podstawie znajomości zasad języka nowe zapytania, formułować coraz bardziej sensowne odpowiedzi, a nawet uczyć się nowych słów i kontekstów.

W tym roku na rynku sterowanych głosem telewizorów nastąpił przełom, bo LG ogłosiło, że jej telewizory będą obsługiwały nie tylko głosowe polecenia z asystenta Google’a, ale też Alexy Amazona. Co więcej, asystent współpracujący z urządzeniami po raz pierwszy rozumie polską mowę. Wreszcie i u nas dziad przestał gadać do obrazu i z urządzeniem można porozmawiać. Po naszemu.

 
Categories

Luksusowe katamarany z Wałbrzycha złapały wiatr w żagle. Klienci dzwonią sami

Pierwsze polskie katamarany turystyczne, które wypłyną na pełne morze, powstały w Wałbrzychu – mieście, które nie ma dostępu do żadnego akwenu. Historia firmy Corthinx to inspirujący miks żeglarskiej pasji, konsekwencji i ciężkiej pracy. Jej twórcy i pracownicy właśnie świętują pierwsze sprzedane za setki tysięcy euro modele i odbierają zamówienia z całego świata. O ich drodze do sukcesu rozmawiam z Karoliną Sową, którą firmy przywiało zamiłowanie do systematyczności i… laminatów.

 

Agata Kowalczyk, HiCash Wybacz, ale muszę zacząć od pytania, które pewnie słyszysz bardzo często. Dlaczego łodzie robicie właśnie w Wałbrzychu?

Karolina Sowa, Corthinx  [śmiech] Rzeczywiście, z zewnątrz może to być wybór nieoczywisty w związku z tym, że będąc w Wałbrzychu, nie mamy dostępu do żadnego akwenu, na którym moglibyśmy testować nasze łodzie. Pomysłodawcy i założyciele firmy Corthinx są wałbrzyszanami i postanowili pracować właśnie tutaj. To stało się ważną częścią naszej filozofii: nieważne, gdzie rodzi się Twój pomysł, ważne co z nim zrobisz. Mamy w Wałbrzychu rosnącą w siłę strefę ekonomiczną, która jest jedną z największych w Polsce. Postanowiliśmy z tego skorzystać. Poza tym Wałbrzych to byłe miasto przemysłowe i na jego terenie znajdujemy wielu wysokiej klasy specjalistów z różnych branż.

Ale przemysł stoczniowy w Wałbrzychu to pomysł na tyle zuchwały, że chyba musiało stać za nim coś więcej niż chęć założenia biznesu…
Ludzie, którzy w 2014 roku założyli spółkę to oczywiście pasjonaci żeglarstwa, ale też osoby z dużym doświadczeniem: jeden z nich jako projekt manager uczestniczył w budowie dwóch spośród 100 największych i najbardziej luksusowych jachtów świata. Plus był taki, że drugi z założycieli zawodowo od zawsze związany jest z biznesem, więc model biznesowy, który opracował nie był oczywisty i prosty w realizacji, ale zakładał osiągnięcie dobrych wyników. Darek stworzył międzynarodową Grupę Corthinx, która realizuje samodzielnie projekty – sami budujemy inżynierię, formy i gotowe jachty, od postaw tworzymy design, zajmujemy się sprzedażą, czarterem i wreszcie organizacją transferów morskich. Zaczynaliśmy nie od łodzi, a od budowy form do produkcji jednostek na zlecenie dużych producentów jachtów. Okazało się, że zainteresowanie tymi formami wykroczyło poza przemysł stoczniowy i mieliśmy zamówienia na przykład dla elektrowni wiatrowych czy branży automotive. Formy znajdują klientów w zasadzie wszędzie tam, gdzie stosowane są laminaty.

Ile osób zatrudniacie?
W Wałbrzychu pracuje kilkadziesiąt osób, dodatkowo w Splicie, w Chorwacji pracuje podobna ilość. Tam budujemy nasze duże katamarany, których transport jest niemożliwy drogą lądową. Dodatkowym atutem ekspansji jest fakt, że jesteśmy w centrum drugiego co do wielkości rynku czarterowego, zaraz po USA.

Ale największy jak dotąd sukces firmy wydarzył się wiosną tego roku, prawda?
Postawienie naszego pierwszego jachtu na wodzie to z pewnością krok milowy dla firmy. No i sukcesem jest to, co dzieje się teraz i na co długo pracowaliśmy: zainteresowanie marką rośnie, mimo że nasz marketing jest jeszcze w bardzo początkowej fazie. Mimo to interesują się nami klienci z całego świata. Powiedziałabym, że naszym największym sukcesem jest  to, że idziemy tą ścieżką, którą sobie wyznaczyliśmy. Oczywiście, na tej drodze były i sukcesy, i niepowodzenia, ale konsekwentnie trzymamy kurs.

Ile zrobionych przez Was od A do Z łodzi pływa już po światowych wodach?
Po testach morskich jest już parę sztuk. Naszą wizją jest bycie solidną manufakturą w najlepszym tego słowa znaczeniu. Chcemy współtworzyć historię polskiej branży jachtowej, praktycznie wszystkie nasze modele odniosły duży sukces. Aktualnie w trakcie produkcji znajduje się 7 dużych modeli i dynamicznie napływają nowe zamówienia z całego świata. W tym momencie planujemy średnio co miesiąc wypuszczać nową jednostkę.

To dużo?
Nie mamy w planach bycia producentem masowym. Te ilości są na tyle dobre, żeby firma dobrze funkcjonowała, a jednocześnie pozwalają na to, żeby łodzie były wykończone luksusowo, dopracowane na każdym etapie. Charakteryzuje nas to, że klienci mogą u nas skustomizować każdą jednostkę. Dla przykładu: nasz katamaran CX1000 produkujemy teraz w trzech różnych wersjach. Jest wersja Shuttle przeznaczona do transferu ludzi na przykład między marinami albo między dużymi jednostkami a nabrzeżami – przydatne, gdy duże jednostki nie mogą dopłynąć do nabrzeży ze względu na płycizny. Jest też wersja Owner do takiego naprawdę prywatnego użytku, gdzie właściciel ma zapewnioną prywatność. No i wreszcie Profi, czyli taka sportowa wersja z mocniejszymi silnikami i o silniejszej konstrukcji dla tych, którzy lubią adrenalinę. Z każdym klientem rozmawiamy indywidualnie: może sobie dobrać wyposażanie, rodzaj silników, w miarę możliwości technicznych też zaaranżować przestrzeń na pokładzie. Podobnie jest z naszymi większymi jednostkami. Ciekawostką także jest nasz 44- stopowy katamaran CX44 PERFORMANCE, który zbudowany jest na bazie karbonu i wyposażony jest w system hybrydowy wspomagany nowoczesnym systemem odzyskiwania energii z ruchu jednostki, czyli takie połączenie wygodnego domu i sportowego samochodu- katamaran jest bardzo szybki i wygodny.

Gdzie jest największe zainteresowanie Waszymi katamaranami?
Mamy klientów w Chorwacji – tam dostarczyliśmy dwie nasze pierwsze jednostki i planujemy wysłać kolejne. Rozmawiamy z klientami z Francji, którzy naszymi łodziami chcą pływać sobie w miastach. W Europie rynek zbytu to też Niemcy, Włochy I Portugalia. Zainteresowanie jest też w Stanach, na razie głównie w Minnesocie i Północnej Karolinie. Dogrywamy szczegóły z klientem z Australii.

Skąd takie zainteresowanie łodziami z Wałbrzycha? Trafiliście w jakąś szczególną niszę?
Faktem jest, że temat katamaranów jest niszowy ale bardzo skomplikowany. Odwiedza nas wielu marzycieli, którzy chcieliby inwestować w tę branżę. Z boku wszystko może wydawać się proste jednak w rzeczywistości to bardzo praco- i kapitało- chłonny biznes. Wyobraź sobie, przez ile etapów trzeba przejść aby zaprojektować i wybudować jednostkę nawet nie dużych rozmiarów- koncept, design, inżynieria, formy, prototyp-na to wszystko potrzeba czasu, te wszystkie etapy trzeba przejść i nikt nie ma gwarancji, że dany model odniesie sukces rynkowy. Tak, jak wspomniałam wcześniej, konsekwentnie wstrzeliliśmy się w pewien trend: klienci coraz bardziej zainteresowani są katamaranami, a rynek nie jest jeszcze tymi jednostkami wypełniony, głównie dominują na nim jednokadłubowce. Tymczasem ludzie coraz bardziej chcą spędzać czas na wodzie, na przykład zamiast kupować wczasy gdzieś na lądzie, to za podobne pieniądze mogą sobie wypłynąć katamaranem. Nasze większe jednostki mają około 100 metrów powierzchni użytkowej na dwóch pokładach, na których spokojnie mogą zamieszkać dwie rodziny. To łącznie cztery sypialnie, dwie łazienki i kokpit z miejscem na imprezy oraz salon z kuchnią. To naprawdę fajny dom.

Ile kosztują Wasze katamarany?
Czekałam na to pytanie [śmiech]. Zasadniczo ceny naszych jednostek są różne w zależności od życzeń klienta. Rząd wielkości to setki tysięcy euro. Powstanie każdego nowego modelu wymaga dużych nakładów kapitału i czasem wielu lat pracy. Dlatego jacht jest synonimem luksusu. Proces budowy jednostki nie jest i nie może być zautomatyzowany. Każdy jacht jest tak naprawdę inny, nawet jeśli mówimy o tym samym modelu. Budowa jachtów to takie połączenie technologii i rzemiosła.

Kto kupuje takie ekskluzywne łodzie?
Zdziwiłabyś się, naprawdę różni ludzie. Jachty to dziś modny pomysł na inwestycję. Często klienci rozważają zakup jachtu w ramach systemu yacht-investment. Obecnie z funduszem inwestycyjnym, będącym udziałowcem w spółcem tworzymy taką ofertę. Innymi klientami są klienci indywidualni, którym znudziło się już odpoczywanie w hotelach. Sama gorąco polecam wszystkim spędzenie takich wakacji, to zupełnie inne doświadczenia. Katamarany oferują wygodę hotelu w połączeniu ze spełnieniem marzeń o podróżach. Jest bezpiecznie, wygodnie i przyjemnie. Decyzję o zakupie jachtu podejmują całe rodziny. Są firmy, które chcą czarterować nasze łodzie, czyli sprzedawać dalej usługi na katamaranach; hotele, bazy nurkowe, operatorzy turystyczni. To, co na pewno można powiedzieć o naszych klientach to, że znają branżę. Ludziom często wydaje się, że przemysł stoczniowy wiąże się zawsze z idealnym wykończeniem. I owszem, jest to luksusowa branża, ale nie wszystkie produkty są superluksusowe. I to jest ok, że ktoś po prostu chce mieć zwykły jacht, żeby na nim popływać. My jednak rozmawiamy głównie z klientami , którzy wchodzą na pokład i dokładnie wiedzą, jakiej jakości oczekują, a my te oczekiwania spełniamy.

W Corthinx pełnisz oficjalnie funkcję Office Managera, zajmujesz się też dostawą produktów. Chyba nie się tego robić bez fachowej wiedzy. Uczyłaś się tego wszystkiego od podstaw będąc już w firmie, czy miałaś jakieś przygotowanie?
Jeżeli chodzi o pracę w przemyśle, to to jest moja pierwsza praca. To faktycznie ciekawa historia, trochę przypadku i pasji. Trafiłam do firmy Corthinx robiąc praktyki na studiach [Karolina studiowała Zarządzanie i Inżynierię Produkcji na Politechnice Wrocławskiej – przyp. red.]. Wydawało mi się wtedy, że miałam solidną wiedzę na temat laminatów i zarządzania.  Życie mnie mocno zweryfikowało. Gdy dołączyłam do Corthinx, to zaczynała się właśnie faza mocnego wzrostu firmy, nie miałam innego wyjścia: siedziałam dniami i nocami, żeby rozgryźć, o co w tym wszystkim chodzi. Na szczęście od początku złapałam dobry kontakt z projektantami: i nautycznymi, i inżynierami, którzy wspierali mnie w tej nauce. Każdy dzień tutaj ma dla mnie wartość, jestem na takim etapie, w którym pełnię samodzielne stanowisko w grupie wyjątkowych specjalistów i bardzo to doceniam. Wcześniej nie żeglowałam, ale bardzo chciałam się wszystkiego nauczyć, wciągnęło mnie to. Teraz nie wyobrażam sobie pracy w innej branży. Praca w takiej firmie produkcyjnej wygląda zupełnie inaczej niż przedstawiano mi to ma studiach. Świat nie został na pewno jeszcze wymyślony, tak jak twierdzą niektórzy. Codziennie pracujemy nad czymś nowym, czujemy się jak prawdziwi eksplorerzy. Gorąco zapraszam do nas wszystkich młodych i ambitnych ludzi!

Skąd wybór inżynierii produkcji? 
Zawsze dobrze szły mi przedmioty ścisłe i naturalnym wyborem była dla mnie politechnika. Bardzo interesowała mnie ta systematyczność w pracy produkcyjnej. Dużą inspiracją był dla mnie mój kuzyn Bartek, który pracował w branży aerospace. Ja widziałam się bardziej w branży automotive ze względu na to, że najwięcej takich firm jest w naszej strefie ekonomicznej. Ale trafiłam do branży jachtowej i bardzo zależało mi na tym, żeby się jak najwięcej nauczyć. Pod koniec studiów – a studiowałam do końca dziennie – kursowałam pomiędzy Wrocławiem i Wałbrzychem. To było szaleństwo. Ogromnym wsparciem byli dla mnie wtedy moi przyjaciele.

Naprawdę jestem pełna podziwu dla pasji z jaką mówisz o tej pracy, więc myślę sobie, że w tym szaleństwie była jednak metoda [ śmiech]. Dzięki za rozmowę!
Dziękuję Agata, trzymam kciku za HiCash. Robicie dobrą robotę!

[<3 <3 <3 – przyp. red.]