Categories

Polacy pokochali gry komputerowe i akcje ich producentów

Na głównym parkiecie warszawskiej giełdy notowanych jest sześć spółek gamingowych, a na NewConnect kolejnych jedenaście. Pod względem stóp zwrotu z akcji, niektóre z tych firm mogą konkurować z kryptowalutami. Może warto się nimi zainteresować?

Ostatni raport firmy Newzoo pokazał, że w 2017 r. przychody polskich producentów gier przekroczyły łącznie 500 mln dol. To 23 wynik na świecie. Wypadliśmy lepiej niż m.in. Belgia, Szwajcaria, Dania, Finlandia, Szwecja i Norwegia. Branża rozwija się bardzo dynamicznie, co widać najlepiej po liczbie firm obecnych na parkiecie warszawskiej giełdy. Na głównym rynku GPW notowanych jest sześć spółek:  CD Projekt, 11 bit studios, PlayWay, Vivid Games, Artifex Mundi oraz CI Games. Ich łączna kapitalizacja, czyli liczba wyemitowanych akcji pomnożona przez cenę akcji, wynosi obecnie 13,3 mld zł.

Na NewConnect mamy jedenastu przedstawicieli branży: Bloober Team, Cherrypick Games, Forever Entertainment, Huckleberry Games, iFun4all, Jujubee, QubicGames, Macro Games, The Farm 51, T-Bull i świeżo upieczony debiutant The Dust. Ich łączna kapitalizajca to 0,5 mld zł. Co więcej – w kolejce na debiut czekają kolejne firmy z tej branży – Ten Square Games i Aidem Media. Gracze mają więc w czym wybierać, podobnie jak giełdowi inwestorzy. Ci ostatni, zwłaszcza cierpliwi, mogli na akcjach spółek gamingowych wykręcić w ostatnich latach zawrotne stopy zwrotu. Zobaczcie sami…

Pokaźne zyski z akcji dużych graczy
Najpierw weźmy pod lupę spółki notowane na GPW, a więc większe i bardziej płynne. Średnia stopa zwrotu z ich akcji, licząc od zamknięcia sesji w dniu debiutu do środy 18 kwietnia, wynosi 1500 proc. Rekordzista – 11 bit studios dał zarobić aż 6380 proc., co oznacza, że z tysiaka zainwestowanego  niecałe osiem lat temu (spółka zadebiutowała w październiku 2010 r.) zrobiłyby się prawie 64 tysiaki. Ponad 1000 proc. dały zarobić także CD Projekt i Vivid Games, a PlayWay 110 proc. Dodać należy, że ten ostatni jest jeszcze młodziakiem, bo jego giełdowy staż to niecałe 2 lata. Z całej szóstki pod kreską są Artifex Mundi i CI Games, odpowiednio -64 proc. i 20 proc. Porównując straty do zysków, można  powiedzieć, że wymiar kary jest sporo mniejszy od nagrody. To chyba dlatego wielu analityków rynkowych już od dłuższego czasu mówi, że to bańka spekulacyjna, na wzór amerykańskich dot-comów z końca lat 90-tych. Jak na złość jednak, bańka nie chcę pęknąć.

Jak weźmiemy pod lupę tylko ostatnie 12 miesięcy, to okazuje się, że na sześciu analizowanych tutaj spółkach można było średnio zarobić 10,3 proc. Dla porównania – indeks WIG wzrósł w tym samym czasie tylko o 2,3 proc. Uczciwie trzeba przyznać, że w tym krótszym ujęciu czasowym trafność wynosiła już 50 proc., bowiem trzy spółki zarobiły w ciągu ostatniego roku, a trzy straciły (patrz wykres). To jednak dowód na to, że następuje pewna rotacja potencjału i nie mamy do czynienia z nieprzerwanym, spekulacyjnie napędzanym wzrostem.

Nie chcę tutaj oczywiście wychwalać spółek gamingowych pod niebiosa i „naganiać” na ich akcje. Zwracam tylko uwagę, że branża cały czas rośnie w siłę i może stanowić ciekawą alternatywę inwestycyjną. Zwłaszcza, jak ktoś gra w gry wymienianych tutaj producentów. Pisałem kiedyś na łamach HiCash.pl, że najlepiej inwestować w to co znamy i w co wierzymy. Jeśli więc ktoś regularnie kupuje gry jakiegoś producenta, jest ich entuzjastą i potrafi ocenić profesjonalizm i potencjał deweloperów, to z pewnością łatwiej będzie mu nabyć akcje danej spółki i przede wszystkim trzymać je w portfelu w oczekiwaniu, że jakość produktu przełoży się na wyniki operacyjne i długoterminowy rozwój biznesu.

Warto w tym miejscu dodać, że w spółki gamingowe wierzą inwestorzy instytucjonalni, czyli towarzystwa funduszy i fundusze emerytalne. Świadczy o tym fakt, że w  akcjonariacie każdej z sześciu analizowanych wyżej spółek są TFI lub OFE mające co najmniej 4,5 proc. udziałów. Wśród tych instytucji są m.in. Nationale-Nederlanden, TFI PZU czy OFE Aviva BZ WBK. Nie wiem, czy zarządzający grają w gry i dlatego kupują akcje tych spółek, ale znani amerykańscy inwestorzy, jak np. William O’Neil, zwykli mawiać, że obecność instytucjonalnego gracza w akcjonariacie spółki to po prostu dobry sygnał. Jeden z wielu, ale dobry.

Mniejszy parkiet, większe ryzyko
To, że ktoś produkuje gry komputerowe czy mobilne nie oznacza od razu, że jego akcje to łakomy kąsek. O ile stopy zwrotu szóstki z GPW robią wrażenie, to jedenastka z NewConnect już taka atrakcyjna się nie wydaje. Nie licząc poniedziałkowego debiutanta – The Dust, średnia stopa zwrotu z akcji dziesięciu firm gamingowych notowanych na małym parkiecie (licząc od zamknięcia w dniu debiutu do środy 18 kwietnia) wynosi tylko 51 proc. Na dziesięć spółek sześć jest pod kreską, ze średnią stratą 48 proc. W tym gronie jest Macro Games, którego papiery potaniały od IPO aż o 97 proc. To oznacza, że gdybyśmy to tutaj ulokowali tysiaka, a nie w akcjach 11 bit studios, to teraz mielibyśmy na koncie 30 zł. Za jeden walor tej firmy trzeba teraz płacić 4 gr, co oznacza, że zmiana kursu o 1 gr przekłada się na 25-proc. zmianę na zainwestowanym kapitale. A mawiają, że to kryptowaluty i forex są prawdziwą jazdą bez trzymanki…

Przykład Macro Games jest oczywiście skrajny, ale niech będzie przestrogą dla wszystkich czytelników. Po ponad 50 proc. od debiutu straciły też Qubic Games i Huckelberry Games. Z kolei iFun4all jest 38 proc. w plecy, pomimo faktu, że w jego akcjonariacie ponad 5-proc. udziały mają TFI Quercus i TFI Trigon. Warto pamiętać, że na NewConnect trafiają firmy mniejsze, na wcześniejszym etapie rozwoju i z reguły o relatywnie niższej płynności notowań. To łącznie sprawia, że wyższe jest ryzyko inwestycyjne i wyższa potencjalna zmienność notowań. Często może się zdarzyć, że liczba ofert kupna i sprzedaży będzie tak mała, że nie będziemy mogli nabyć lub zbyć interesującej nas liczby akcji, a nawet najmniejsza transakcja będzie mocno wpływać na poziom rynkowego kursu. Jeśli więc w ogóle do giełdy podchodzicie bardzo ostrożnie i selektywnie, to do NewConnect róbcie to z dwa razy większym natężeniem.

Nieuczciwym byłoby jednak demonizowanie małego parkietu. Wracając do branży gier, oprócz wymienionych wyżej słabeuszy są tu również mocniejsze podmioty. Przykładem The Farm 51, który w sześć lat dał zarobić akcjonariuszom 268 proc. i zdobył zaufanie inwestorów instytucjonalnych – mBank i TFI Skarbiec mają po 4,5 proc. udziału w akcjonariacie. Z kolei ubiegłoroczny debiutant – Cherrypick Games zyskał w pięć miesięcy 34 proc. i ponad 5-proc. jego walorów ma TFI Altus. Podobną stopą zwrotu za ostatnie miesiące może pochwalić się także Blobber Team. Jak widać, jest w czym wybierać także na małym parkiecie. Niebawem łącznie na GPW i NewConnect będzie 19 reprezentantów branży, a nieoficjalnie mówi się o kolejnych planach upublicznienia firm z tego sektora. Chyba nie będzie przesadą, jeśli stwierdzę, że powoli gry stają się naszym flagowym towarem narodowym. Już nawet nie tylko w sensie samych produktów, ale chociażby patrząc przez pryzmat e-sportu – katowickiego turnieju Intel Extreme Masters i świetnych drużyn. Warszawska giełda zaczęła to chyba powoli zauważać. Późno, ale jednak.

Pozytywny i nieco symboliczny wydźwięk ma fakt, że kilka tygodni temu producent Wiedźmina wszedł do indeksu WIG20 (kosztem Asseco Poland). Wskaźnik ten ma swoich szeregach 20 najbardziej płynnych i największych spółek na GPW. To coś w rodzaju giełdowej loży vipów. Wejście w te szeregi CD Projektu to lekki ukłon w stronę całej branży. Ja się cieszę, bo WIG20 zdominowany jest przez banki oraz spółki węglowe i paliwowe, a więc taką trochę „inwestycyjną konserwę”. Może firma braci Kicińskich przetrze szlaki innym spółkom, będzie takim klinem w tej zabetonowanej loży blue chips. Zastanawiam się tylko dlaczego giełda nie stworzyła jeszcze osobnego indeksu dla branży. WIG-gry byłby dobrym narzędziem do analizy i oceny kondycji sektora. Ktoś powie, że sześć to za mało spółek na osobny, sektorowy indeks? WIG-chemia ma w portfelu tylko pięć podmiotów i działa… Chyba nawozy azotowe w niczym nie ustępują grom komputerowym.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI. Temat: Popyt

Mam wrażenie, że głównym powodem leżącej u nas edukacji ekonomicznej i finansowej jest to, że specjaliści używają do jej objaśniania skomplikowanych definicji, a populiści sięgają po chwytne hasełka typu „podatki to kradzież” albo „krzywa Laffera tłumaczy wszystko”. Brakuje natomiast narracji środka i języka, który w prosty, ale nie prostacki sposób tłumaczyłby pojęcia i procesy. Dam przykład.

Nominalna definicja popytu brzmi porywająco. Jest to bowiem funkcyjna zależność między ceną produktu a jego ilością, którą skłonni są zakupić nabywcy. Na tę skłonność składa się chęć, którą determinują nasze preferencje, oraz ekonomiczna możliwość, będąca pochodną naszej siły nabywczej. Zwróćmy uwagę na to, że popyt to funkcja. Natomiast wielkość popytu to konkretna ilość dobra, jaką konsumenci chcą kupić przy danej cenie. Na razie wszystko jest jasne, zrozumiałe i ogólnie tip top, prawda?

Popyt na dany produkt w ujęciu mikroekonomicznym jest funkcją ceny tego produktu i jest wyznaczany przy założeniu danych determinant…

Oszczędzę wam reszty tych wspaniałości. Jak pewnie zauważyliście, nawet w podejściu do tak prostego klocka ekonomii jakim jest popyt, króluje podejście akademickie. Pojęcie należy objaśnić w sposób maksymalnie uczony, żeby ktoś nie pomyślał, że trywializujemy. Efektem takiego działania jest to, że wszyscy zainteresowani poszerzeniem swojej wiedzy, odbijają się od ściany mądrych słów, składających się w dość bełkotliwą całość. Umówmy się – normalni ludzie tak nie mówią. Dlatego postanowiłem zostać głosem normalnych ludzi i przetłumaczyć to wszystko z mądrego na polski.

Zacznijmy od tego, że mówiąc o popycie, zazwyczaj używamy skrótu myślowego. O co chodzi? Zazwyczaj przez popyt rozumiemy ilość towaru, jaką chcemy kupić przy określonej cenie. Ta definicja nie określa popytu tylko wielkość popytu. Jeżeli ktoś zechce błysnąć w towarzystwie, może zapamiętać, że popyt to funkcja a wielkość popytu to ilość towaru. I wystarczy.

Zazwyczaj słyszymy, że popyt zależy od ceny. Co jest oczywiście prawdą, bo nie damy w sklepie 15 ziko za butelkę piwa koncernowego. Pamiętajmy jednak o innych czynnikach, które omówię poniżej.

Świetna okazja, uncja złota po 3000 złotych! Jest to oczywiście kapitalna okazja, ale wyłącznie dla ludzi, którzy dużo zarabiają. Popyt na złoto w grupie o niskich dochodach nie zmieni się, bogaci rzucą się na taką okazję jak wilki i popyt wzrośnie. Czyli pierwszą determinantą popytu poza ceną, są dochody nabywcy.

Świetna okazja, pióro Parkera za 200 złotych! No fajnie, ale za piątkę mogę kupić długopis BIC, który będzie mi służył dopóty, dopóki ktoś mi go nie podprowadzi. Popyt na pióra Parkera wzrośnie wyłącznie wśród ludzi, którzy chcą wydać 200 ziko na pióro Parkera, zamiast piątaka na BICa. Cena subsytutu to kolejny czynnik wpływający na popyt.

Świetna okazja, samochód osobowy za 5000 złotych! Biere za gotówkę, szykuj pan umowę. Problem jest jednak taki, że paliwo, które pozwoli przejechać nim 100 km, kosztuje 200 złotych. Kupujecie taki samochód? Paliwo to dobro komplementarne dla samochodu. Inaczej – uzupełniające. Jak nie zalejemy baku, to samochód będziemy pchać albo trzymać przed domem i się nim chwalić. Cena towarów uzupełniających jest następnym czynnikiem kształtującym popyt.

Świetna okazja, dobra kurtka zimowa za 200 złotych! Bo ja wiem? Na logikę, kurtki zimowe mogą jeszcze potanieć i nie ma się co napinać, kupię sobie w lipcu. Tutaj już zaczyna się lekkie wróżenie z fusów, bo nasze przewidywania dotyczące poziomu cen w przyszłości mogą być nietrafne, ale i tak są kolejnym ważnym czynnikiem wpływającym na popyt.

Świetna okazja, płaszcze przeciwdeszczowe dobrej jakości za 50 złotych! W Polsce odbyłaby się o nie walka, na pustyni Atacama moglibyśmy je przecenić do złotówki, a i tak pewnie nie byłoby chętnych. Czynniki geograficzne są bardzo ważne.

Świetna okazja, nowy Mitsubishi Pajero za 30 tys. złotych! W Polsce odbyłaby się o nie walka. Świetna okazja, nowy Mitsubishi Pajero za 100 tys. peso! W Meksyku nikt nie kupi samochodu o takiej nazwie, bo Pajero znaczy po hiszpańsku onanista. Czynniki społeczne i preferencje konsumentów to następny czynnik wpływający na popyt.

Świetna okazja, metr kwadratowy nowego mieszkania za 4000 złotych! W Warszawie odbyłaby się o nie pewnie walka, w strefie objętej wojną albo w Somalii taka oferta zostałaby odebrana jako kiepski żart. Dlatego w analizach dotyczących popytu musimy zawsze uwzględniać sytuację polityczną i gospodarczą.

Zostały mi jeszcze czynniki demograficzne, ale wymyśliłem wyłącznie tani depilator dla mężczyzn. Dlatego raczej obejdzie się bez przykładu.

Mam nadzieję, że dzięki brawurowym przykładom, zagadnienia dotyczące popytu stały się odrobinę bardziej zrozumiałe. W następnym odcinku opowiem o elastyczności i o sytuacjach, w których popyt zachowuje się, jak pijany nastolatek na domówce.

 
Categories

Zuckerberg w Kongresie, programiści w popłochu. Zmiany w API Facebooka i Instagrama

Podczas gdy Mark Zuckerberg przygotowywał się do przesłuchania przed amerykańskim Kongresem ws. Cambridge Analytica, programiści w wielu firmach próbowali wygrać wyścig z czasem, żeby dostosować się do nagłych zmian API Facebooka i Instagrama. Wiele firm nie zdążyło i czasowo musiało wyłączyć swoje usługi. Po raz kolejny okazało się, że o przewadze konkurencyjnej na dzisiejszym rynku decyduje to, kto ma lepsze zasoby programistów.

Ostatnie pół roku było prawdziwą próbą dla firm, które pracują na danych z Facebooka i Instagrama. Oba serwisy znacznie podkręciły tempo zmian dotyczących nowych przepisów o ochronie danych osobowych, które już od maja zaczną obowiązywać w całej Unii Europejskiej.

Nagle w kalendarz zmian wskoczyły również inne modyfikacje w API obu serwisów, które – trudno wysunąć inne wnioski – koncern Zuckerberga prawdopodobnie chciał zakończyć przed dwudniowym przesłuchaniem Marka w amerykańskim Kongresie (10 i 11 kwietnia). To właśnie kwestia ochrony danych osobowych użytkowników Facebooka miała być tematem rozmów kongresmenów z szefem technologicznego giganta.

Kogo dotknęły wprowadzone naprędce zmiany? Odczuły to przede wszystkim dwie kategorie firm: te, które zarządzają treściami w mediach społecznościowych dla zewnętrznych klientów i takie, które monitorują i analizują dane dotyczące tego, co pojawia się w mediach społecznościowych na temat marek, takie jak Brand24 czy Sotrender.

Wiele polskich firm zajmuje się też zarządzaniem komunikacją dla marek w wielu kanałach społecznościowych jednocześnie (w marketingu mówią: komunikacją ominchannelową). Takie firmy z reguły pracują na zbudowanych przez siebie systemach, które pozwalają z jednego miejsca wrzucać posty i prowadzić komunikację z użytkownikami z jednego miejsca, bez konieczności przelogowywania się na przykład pomiędzy Facebookiem i Instagramem.

Takie firmy z FB czy Instagramem łączą się za pomocą interfejsu – API. To wtyczka, przez którą firmy zewnętrzne mogą połączyć się z Facebookiem, żeby w łatwy sposób pobrać te dane, którymi technologiczny gigant zdecyduje podzielić się z innymi graczami na rynku. I to właśnie ten model współpracy z  firmami zewnętrznymi w ramach API uległ zmianie po aferze z firmą Cambridge Analyltica odpowiedzialną za internetową reklamę w ramach kampanii Donalda Trumpa (więcej o sprawie na HiCash). Wątpliwości opinii publicznej wzbudził przede wszystkim fakt, że nie do końca wiadomo, jakie dane i komu udostępnia Facebook (i należący do tego samego koncernu Instagram).

Zmiany w API Facebooka. Co się zmieniło?
Przede wszystkim pula danych, jaką udostępnia Facebook: mniej jest danych dot. facebookowych wydarzeń oraz informacji o grupach i aktywności użytkowników z nimi związanych.

Zmiany w facebookowych grupach
Dla użytkowników oznacza to przede wszystkim to, że po zmianach nie można zarządzać komunikacją w grupach, korzystając z zewnętrznych narzędzi do zarządzania treścią.

Zmiany w wiadomościach na Facebooku
Ci którzy zarządzali wiadomościami prywatny z poziomu zewnętrznej platformy przed 4 kwietnia, będą mogli robić to nadal. Ci, którzy chcieliby się wpiąć po tej dacie, na teraz nie mogą korzystać z tej funkcjonalności.

Zmiany w wyszukiwaniu na Facebooku
Korzystając z zewnętrznego narzędzia do zarządzania treścią na Facebooku, nie można wyszukiwać innych stron i użytkowników – z poziomu zewnętrznej platformy nie będzie więc można np. otagować innych użytkowników Facebooka w poście.

Zmiany w API Instagrama. Co się zmieniło?
Na Instagramie zmiany też wiążą się z ograniczeniem aktywności, które będzie możliwych z poziomu zewnętrznej platformy. To m.in.:

  • brak możliwości sprawdzenia czy dany użytkownik obserwuje Twój profil na Instagramie,
  • brak możliwości korzystania z funkcji follow i unfollow,
  • niemożliwe będzie również wyświetlenie pełnych danych profilu i aktywność przy postach wyszukanych przez hashtagi lub oznaczenia lokalizacji.

Więcej informacji o zmianach w API Facebooka i Instagrama 

 
Categories

Jest kraj, w którym przedsiębiorcy mają zaufanie do urzędu

Rozmowa z Jarosławem Siekierskim, przedsiębiorcą pomagającym zakładać spółki w Estonii.

Na czym polega wasza działalność w Estonii?
W Estonii zajmujemy się… pomocą przy rozpoczęciu oraz prowadzeniu firmy w Estonii. Nasze usługi skupiają się wokół: utworzenia estońskiej spółki, wynajęcia wirtualnego biura, założenia konta w estońskim banku oraz pomocy księgowej przy prowadzeniu firmy, do której należy także zaliczyć coroczne raporty finansowe. Poza tym oferujemy także dodatkowe indywidualne usługi związane z estońskim biznesem zależne od potrzeb klientów.

Od jak dawna działacie i jak w ogóle wpadłeś na ten pomysł?
Estonią zainteresowałem się już kilka lat temu. Dużo czytałem o tym, jak się prowadzi biznesy na całym świecie i Estonia na tym tle wypada bardzo korzystnie. Dodatkowym atutem jest jej bliskie położenie względem Polski. Pomysł na otwieranie spółek pojawił się, gdy zobaczyłem, jak łatwo można prowadzić biznes w tym kraju. Znalazłem odpowiednie biuro księgowe z siedzibą w Tallinnie, które zajmuje się wszystkimi sprawami klientów na terytorium Estonii.

Mały, postsowiecki kraj… to nie brzmi, przynajmniej w pierwszym, odruchowym odczuciu, zachęcająco. I raczej nie sugeruje, że łatwo będzie otwierać tam firmy.
Panują tam przyjazne warunki, jeśli chodzi o prawo i podatki. Estoński system jest na tyle klarownie i mądrze skonstruowany, że nie musimy się znacznie zagłębiać w annały tamtejszej jurysdykcji, żeby bezpiecznie prowadzić biznes. Poza tym tamtejsi urzędnicy są bardzo pozytywnie nastawieni i zawsze chętnie odpowiadają na wszelkie pytania bądź wątpliwości. A to dla mnie bardzo ważne, żeby za plecami czuć przyjacielskie nastawienie zamiast podejrzliwego, szukającego tylko powodu żeby tylko mi zaszkodzić “przeciwnika”.

Rozumiem, że estoński urzędnik, to ktoś zupełnie inny niż ten, do którego przyzwyczailiśmy się w Polsce?
Relacja z urzędnikiem estońskim opiera się na zaufaniu do petenta oraz jej głównym celem jest pomoc dla zainteresowanego. Oni po prostu są tam po to, żeby pomóc innym robić swój biznes i żeby ten proces przebiegał jak najsprawniej. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy chciałem zarejestrować spółkę do VAT, a urzędnik zapytał “Czy na pewno chce Pan się zarejestrować przed wystawieniem faktury do innego estońskiego podmiotu – jeśli wystawi Pan fakturę przed rejestracją nie będzie musiał Pan płacić VAT od tej transakcji – przecież przysługuje Panu jeszcze zwolnienie”!

Jakiego typu firmy zakładacie?
Pomagamy nie tylko w prowadzeniu standardowych spółek z ograniczoną odpowiedzialnością, ale również spółek akcyjnych. Nasza kancelaria zajmuje się również przeprowadzaniem ICO na kryptowalutach, wraz z przygotowaniem wszelkich dokumentów do tego potrzebnych. Dzięki naszej elastyczności i indywidualnemu podejściu do każdego klienta udało się nam założyć już ponad 100 spółek w Estonii.

Czy pod względem łatwości zakładania firmy i jej prowadzenia Polska bardzo odbiega od Estonii?Ułatwień dla przedsiębiorców jest tam mnóstwo, jeśli spojrzymy na nie ogólnikowo, a pewnie jeszcze więcej znajdzie dla siebie wielu indywidualnych przedsiębiorców. Wymienię kilka, moim zdaniem najważniejszych:

    1. Bardzo przejrzyste i jasne regulacje prawne
    2. Brak podwójnego opodatkowania
    3. Brak ZUS
    4. Brak podatku CIT aż do momentu wypłaty dywidendy
    5. Możliwość wysyłania dokumentów w formie elektronicznej
    6. Podmioty niezarejestrowane do VAT mogą wysyłać dokumenty dotyczące spółki raz na rok
    7. Brak uciążliwych kontroli podatkowych
    8. Zwrot VAT następuje w ciągu kilku dni i nie powoduje automatycznej kontroli z urzędu skarbowego

Zaznaczam jednak, że Estonia nie należy do grupy krajów zwanych “rajami podatkowymi” i nie należy jej tak postrzegać.

Czy można oszacować, mniej więcej, jakie oszczędności z tytułu podatków i składek osiąga przedsiębiorca w Estonii w porównaniu do Polski?
Wszystko zależy od skali działalności. W Polsce standardowy przedsiębiorca jest opodatkowany stawką 19 proc. podatku od dochodów w każdym roku podatkowym. W Estonii ten podatek nie występuje aż do wypłaty dywidendy. Proszę sobie wyobrazić, że prowadzimy identyczny biznes w Polsce i w Estonii. Nasz dochód to 100 000 zł. W Estonii całą kwotę możemy przekazać na inwestycje w rozwój firmy, w Polsce jedynie 81 000 zł. Im większa skala dochodów lub im większy czas działania przez spółkę estońską, tym większą przewagę mamy nad firmami z Polski.

Estonia słynie z pełnej cyfryzacji rozwiązań administracyjnych. Czy Estończycy nie mają z tym problemu, chociażby ze względu na kwestie zaufania? Wolą ufać aplikacji, niż urzędnikowi, z którym mogą porozmawiać w cztery oczy?
Z tego co obserwuję, ludzie mają całkowite zaufanie do e-urzędu. Uważam, że są wręcz zadowoleni z tego faktu, że większość spraw mogą załatwić bez wychodzenia z domu, o każdej porze dnia, oraz z każdego miejsca na Ziemi. Poza tym, ograniczając tutaj czynnik ludzki, mamy mniejsze szanse, że jakiś dokument zostanie zgubiony, podpis będzie niewyraźny, a słowo urzędnika okaże się niezgodne z rzeczywistym faktem. A tak, mamy wszystko udokumentowane i to w jednym miejscu.


Czy masz szacunkowe dane na temat tego, jak dużo Polaków zakłada biznes w Estonii? Czy to jest jakiś rosnący trend?
Jak przystało na kraj, któremu zależy na cyfryzacji, mamy stały dostęp do statystyk odnośnie wniosków o e-rezydencję, zakładanie firm i wiele innych. Jeśli chodzi o składanie wniosków o e-rezydencję w Estonii, Polacy są na 18 miejscu, a jeśli chodzi o zakładanie firm to na miejscu 14. (link do statystyk). Z własnego doświadczenia też widzę, że z miesiąca na miesiąc dostajemy coraz więcej zapytań o założenie spółki w Estonii.

Dla wielu krajów Estonii staje się wzorem pod względem adaptacji nowoczesnych technologii. Czy estońskie rozwiązania można przenieść na polski grunt?
Ciężko mi to sobie wyobrazić, aczkolwiek bardzo bym tego chciał. Być może zmiany będą następować powoli, ale w takim tempie nie mamy nawet najmniejszych szans dogonić kraje takie jak Estonia czy Singapur.

 
Categories

Turkus zmieni polskie firmy na takie, w których będzie się chciało pracować?

Od ponad roku w większych miastach Polski przedsiębiorcy spotykają się na Turkusowych Śniadaniach. Coraz więcej osób chce wiedzieć, jak zbudować firmę bez szefa, a w zasadzie taką, w której szefem jest każdy. Czym są turkusowe firmy – coachingową ściemą czy sposobem na nowoczesną organizację?

Chcemy zmienić polski rynek pracy. Może to brzmi górnolotnie, ale wiele osób dostrzega, że sposób w jaki zorganizowane są teraz firmy po prostu nie działa. Połowa ludzi zatrudnionych w Polsce, szuka obecnie zatrudnienia. To o czymś świadczy – mówi Łukasz Socz Solarski, organizator wrocławskich Turkusowych Śniadań.

Czy turkusowy model działa? Ci, którzy go wprowadzili uważają, że działa; inni powtarzają: utopia. Najszybciej pomysł  wprowadzają firmy IT, ale sprawdza się podobno równie dobrze wśród pracowników sezonowych. Na pewno myślenie o miejscu pracy się zmienia.

Gdy kilkadziesiąt lat temu Microsoft stawiał korty tenisowe swoim programistom, wszyscy na rynku się śmiali. Teraz strefy z piłkarzykami czy konsolami w pracy nie są niczym nadzwyczajnym – mówi Łukasz.

Turkusowe czyli jakie?
Teoria turkusowych organizacji wywodzi się z wydanej w 2015 roku książki “Pracować Inaczej” (ang. Reinventing Organizations), która podzielił organizacje ze względu na style zarządzania na:

  • czerwone, na których czele stoi prawdziwy boss, który zarządza swoimi ludźmi przez strach i władzę (popularne w grupach przestępczych);
  • bursztynowe – sztywna hierarchia i procesy, każdy zna swoje miejsce. Tak działa na przykład Kościół Katolicki;
  • pomarańczowe – organizacje nastawione na zysk, w którym człowiek jest zasobem do realizacji celu (czy też producentem mandaysów). To model wciąż pokutujący w niektórych korporacjach;
  • zielone – organizacje, które widzą w pracowniku już nie tylko siłę roboczą, ale zaczyna go traktować podmiotowo. Mówi się o demokracji, parnterstwie – jak w ruchach spółdzielczych;
  • turkusowe – pojawiają się na końcu jako najbardziej dojrzałe formy organizacji, w których nie ma hierarchii, a pracownicy chcą i potrafią podejmować samodzielne decyzje zamiast wykonywać polecenia szefa. Człowiek ma nie tylko pracować, ale też realizować się przez pracę. wedle zasady: pracować by żyć, a nie: żyć by pracować. W założeniu pracownik ma być bardziej zadowolony, a firma lepiej się rozwijać. Brzmi jak plan!

Przede wszystkim: odpowiedzialność
Odpowiedzialność i zaufanie – to dwie wartości, bez których turkus w firmie nie zawita. Potrzebne jest zaufanie do szefa (bo ten gdzieś jednak na końcu jest, choćby w osobie głównego właściciela) i zespołu, że wszyscy gramy do tej samej bramki i chcemy, żeby firmie wiodło się jak najlepiej. – Lider musi być bardzo świadomą osobą, która wie co to jest inteligencja emocjonalna i na co dzień ją stosuje– mówi Łukasz i poleca grę Evolution of Trust  o tym, dlaczego warto budować zaufanie.

O firmach turkusowych mówi się, że same sobą zarządzają, co oznacza, że szef nie jest najlepiej poinformowaną osobą, a rolą pracowników nie jest wyłącznie wypełnianie jego poleceń. Pracownicy potrafią podejmować decyzje w ramach zespołów, których liderami stają się osoby najbardziej kompetentne w temacie.

Gdy myślimy o zespołowym podejmowaniu decyzji, od razu nasuwają się wizje trwających w nieskończoność spotkań, podczas których tak naprawdę nie jesteśmy w stanie podjąć żadnej decyzji  – Zawsze pojawiają się jacyś mikromenedżerowie służący dobrą radą co do kierunku i tacy, którzy uważają, że już podjęta decyzja jest błędna. Rozwiązaliśmy to prostą zasadą: jeżeli masz dobrą radę, to znaczy, że się angażujesz w rozwiązanie problemu. Połowa osób dających dobre rady zniknęła, bo wiedziały, że nia mają czasu na  takie zaangażowanie. To znacznie przyspieszyło proces decyzyjny – mówi Jan Zborowski z SoftwareMill, firmy, która zasady turkusowego zarządzania wprowadziła w swoim 40-osobowym zespole programistów.

Zobacz ostatni odcinek HiCash Week, w którym gościem był Jan Zborowski

I jeszcze jedna ważna rzecz: branie odpowiedzialności jest możliwe tylko wtedy, gdy zespoły mają pewność, że za błędne decyzje nie poniosą kary, Turkusowe firmy wierzą, że odpowiedzialność za podejmowane decyzje powinna być egzekwowana inaczej: tłumaczymy, dlaczego myśleliśmy, że decyzja jest dobra (nawet, jeśli nie była), podsumowujemy i minimalizujemy straty.

Dewiza brzmi: “każdy może podjąć każdą decyzję, jeżeli weźmie za nią odpowiedzialność i nikt nie zgłosi stanowczego weta”.

Zaangażowanie kosztuje?
Firmy już dawno zorientowały się, że najlepszy pracownik to zaangażowany pracownik.  Turkusowe organizacje nie odkryły tu koła na nowo. Wiele z nich jest w stanie za to zaangażowanie zapłacić, dzieląc się z pracownikami zyskami.

Wiele “turkusowych” decyduje się na całkowitą przejrzystość płac i wyników finansowych firmy.  Ludzie wiedzą ile zarabiają, ale przede wszystkim: ile zarabia firma, ile zarabia poszczególny dział i jak są opłacane poszczególne projekty. Efektem jest to, że  mają pełną informację, mogą więc podejmować decyzje, które są opłacalne – tłumaczy Solarski.

Oczywiście, trudno sobie wyobrazić, żeby z dnia na dzień ujawnić wszystkie finanse firmy bez potężnego trzęsienia ziemi w organizacji. Dlatego ci przedsiębiorcy, którzy przeszli tę drogę mówią: po kolei. Najpierw open booking, czyli ujawnienie finansów firmy. – Jak już ludzie się zaadaptują z informacjami o budżecie  firmy, można pójść dalej i pokazać jak wyglądają poszczególne projekty czy działy – mówi Solarski, To trudny proces, w którym istnieje też ryzyko fuck-upów. Jakich? Część ludzi może tej zmiany z jakichś powodów nie zaakceptować i odejść.Zawsze warto się zastanowić, czy akurat naszą firmę w tym momencie stać na to ryzyko.

Doskonałym podręcznikiem budowania turkusowej firmy jest książka wieloletniego przedsiębiorcy Andrzeja Jeznacha pod tytułem “Szef, który ma czas. Ewolucja zarządzania – dziennik budowy turkusowej firmy”. Opowiada ona historię firm, które krok po kroku zmieniały swoje podejście

Ciekawi Cię nowy model zarządzania? Przeczytaj:

  1. F. Laloux – Pracować Inaczej
  2. A. Jeznach – Szef, który ma czas
  3. Semler – Maverick
  4. Robertson – Holacracy
 
Categories

All you can(‘t) eat. Polacy marnują żywność na potęgę

Widziałem rzeczy, o których wam się nie śniło. Wielkie jeżdżące kosze wypakowane jedzeniem tak, że wysypywało się na zakrętach przez burty. Gargantuiczne kolejki do kas, których obsługa pod koniec dnia znajdowała się na krawędzi obłędu. Walki między klientami o ostatnią paczkę jajek i ostatni słoiczek „Kieleckiego”. Wszystko to… Po co? Właśnie, po co robimy przed świętami i dłuższymi weekendami zapasy takie, jakby jutra miało nie być?

Nie jestem psychologiem behawioralnym, więc mogę tylko zgadywać, ale wydaje mi się, że kupujemy na zapas z powodu otaczającego nas dobrobytu i lęku przed brakiem. Kiedyś zapasy mogliśmy uzupełniać praktycznie przez cały czas, poza kilkoma dniami oznaczonymi w kalendarzu bardzo czerwonymi kartkami. Od niedawna mamy zakaz sprzedaży w niedziele, który wywołał w narodzie niezrozumiałą furię i panikę. Wnioskując po zawartości koszyków sklepowych w sobotę, oceniam że kupujemy o jakieś 20-30 proc. towarów więcej niż przed zakazem. A przed świętami zawartość koszyków rośnie o połowę.

Polacy robią sprawunki na fristajlu, bez planu, bez listy zakupów, bez głowy i pomysłu. Nie patrzymy na daty przydatności do spożycia, bo po co nam ta wiedza skoro jogurty w Realu po „złoty dwajścia dziewięć”. Łapiemy się na promocje cenowe, łapiemy się na super oferty typu „dwa w cenie jednego”, łapiemy się na wszystko, co przygotowali dla nas handlowcy. A potem zostajemy z lodówką wypełnioną do połowy rzeczami, których nie zjedliśmy. I wywalamy je do śmieci.

Wagony wypełnione jedzeniem
Firma Kantar Millward Brown przygotowała na zlecenie Federacji Polskich Banków Żywności raport, z którego wynika, że 34 proc. Polaków wyrzuca jedzenie. Do śmieci co roku wyrzucamy ok. 9 mln ton żywności. To liczba dość abstrakcyjna, bo ile to w sumie jest 9 mln ton czegokolwiek? Może więc obrazowo: znalazłem w guglu węglarkę o dość dużej ładowności (91 ton). Żeby przetransportować całą wyrzuconą przez nas żywność z punktu A do punktu B, potrzebujemy 98 901 takich wagonów. Połączone w skład miałyby 1,5 mln km długości i opasałyby Ziemię na równiku 38 razy. A mówimy tylko o Polsce.

Do śmietnika wyrzucamy praktycznie każdy rodzaj żywności, najwięcej osób, bo aż 51 proc. przyznaje się do utylizowania pieczywa. Wszystko to w kraju, w którym przez lata kruszynę chleba podnosiliśmy z ziemi, przez uszanowanie dla darów Nieba. Wędliny deponuje w koszu 49 proc. badanych. Potem długo nic i prawie po równo warzywa (33 proc) i owoce (32 proc). Reszta asortymentu, czyli nabiał, mięso, ryby i jaja wyrzuca poniżej 20 proc. badanych. Pokaż mi swój śmietnik, a powiem ci, na jakiej jesteś diecie i ile zarabiasz.

Po dacie przydatności – jeść czy nie?
Dwa główne powody wyrzucania jedzenia są znamienne i dobrze pokazują, jak bardzo zatraciliśmy naszą czujność zakupową. Przegapienie terminu przydatności do spożycia wskazał co trzeci badany. Tutaj zrobię mały wtręt, bo wielu z nas nie zna dyskretnej różnicy między oznaczeniem „należy spożyć do” a „najlepiej spożyć przed końcem”.

Tym pierwszym oznaczane są zazwyczaj gotowe potrawy, ryby, mięso, nabiał i wyroby garmażeryjne. Opis „należy spożyć do” oznacza, że po upływie wskazanego terminu nie powinno się ich jeść, chociaż dzień czy dwa po dacie nas nie zabiją. W przypadku „najlepiej spożyć przed końcem”, producent informuje nas, do kiedy jedzenie zachowa świeżość, jeżeli było przechowywane zgodnie z opisem na opakowaniu. I tutaj tkwi znaczący szczegół, bo taki opis NIE oznacza, że po terminie jedzenie jest trujące a jedynie, że może odbiegać od stanu, w jakim je kupiliśmy. Natomiast jest ciągle jadalne.

Kraje skandynawskie postulują, żeby w przypadku takich produktów jak sól, cukier czy oleje, w ogóle nie podawać żadnych dat przydatności do spożycia, bo jest to dla konsumentów zwyczajnie mylące.

Ile to nas kosztuje?
Wracamy do przyczyn wyrzucania jedzenia. 15 proc. Polaków powiedziało wprost – robię zbyt duże zakupy. Nieco mniej osób przyznaje się do tego, że zdarza im się kupić produkt niesmaczny albo zły jakościowo, część jedzenia leci do kosza z powodu złego przechowywania żywności, niektórzy kupują produkty, chociaż nie mają pomysłu na wykorzystanie ich do jakiejkolwiek potrawy.

Tak czy inaczej, średnio miesięcznie potrafimy wywalić do śmieci 50 złotych polskich na osobę. Taka skala trochę mnie dziwi, bo nie wiem, czy stać nas na taką rozrzutność.

Ekologia, głupcze!
Jeszcze bardziej bulwersują wyliczenia Greenpeace’u, wskazujące ekologiczne aspekty marnowania jedzenia. Wyrzuconej przez nas żywności nie wyprodukowano przecież w próżni. Greenpeace przeanalizowało ile wody potrzeba do wytworzenia 9 mln ton jedzenia i wyszło, że zmarnowaliśmy przy okazji 1,72 mld metrów sześciennych wody, wykorzystanych do jej wytworzenia. Do atmosfery wyemitowaliśmy niepotrzebnie 22,8 mln ton dwutlenku węgla.

W przypadku wody przybliżę to basenami olimpijskimi – moglibyśmy wypełnić ich 459. Tysięcy. Dwutlenek węgla stanowi z kolei równowartość łącznej emisji wszystkich samochodów osobowych w Polsce przez rok.

Co robić, jak żyć?
W lipcu 2016 senacka Komisja rodziny, polityki senioralnej i społecznej złożyła projekt ustawy o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności. Ustawa miała ograniczać marnowanie żywności przez duże sklepy, ale ugrzęzła na etapie senackim. Pomysł był dobry, bo sklepy miały oddawać niesprzedaną żywność organizacjom charytatywnym. Przewidziano nawet jakieś kary za niedostosowanie się do obowiązku. Niestety, kary były żartobliwie niskie a ustawa zawierała tyle nieścisłości, że po otrzymaniu serii negatywnych opinii, utknęła na długie miesiące w Senacie.

Z marnowaniem żywności walczy Federacja Polskich Banków Żywności, która ma 32 placówki na terenie całego kraju. W 2015 roku BŻ wsparły 2 miliony potrzebujących. Przekazały łącznie 146 000 ton żywności na cele społeczne. Obdarowanych zostało prawie 4000 instytucji i organizacji.

W całym kraju powstaje mnóstwo mniejszych i trochę większych inicjatyw i organizacji zbierających jedzenie. Zajrzyjmy do lodówek i zastanówmy się, czy nie moglibyśmy jakoś ich wesprzeć. Znalezienie czegoś niedaleko nas to dwie minuty klikania w Google. Jak już znajdziemy, zapisujmy każdą naszą darowiznę. Po kwartale zróbmy podsumowanie. Przeanalizujmy je. Przemyślmy. I zacznijmy robić w końcu zakupy na miarę naszych potrzeb, a nie na zapas.

 
Categories

7 polskich firm biotechnologicznych, które naprawdę zmieniają świat

Firma biotechnologiczna to nie jest łatwy biznes. Projekty potrafią latami toczyć się za zamkniętymi drzwiami laboratoriów. Zanim zobaczy się pierwsze zyski, trzeba naprawdę sporo zainwestować.  I – co często jest najtrudniejsze – trzeba  sprawić, żeby naukowcy dogadali się z ludźmi od biznesu. Jak już się dogadają, powstają niesamowite rzeczy. Poznajcie siedem naprawdę innowacyjnych polskich projektów biotechnologicznych.

  1. Płyn, który zastępuje ludzką krew> NanoSanguis
    Ta firma ma szansę zmienić świat, ale nie tak jak przeciętny startup zmieniający świat, tylko na serio. NanoSanguis opracowało płyn, który z powodzeniem może zastąpić ludzką krew i być sposobem na dłuższe niż dotychczas przechowywanie ludzkich organów. Firma jest związana z Laboratorium Inżynierii Biomedycznej Politechniki Warszawskiej.

Jakie problemy rozwiązuje NanoSanguis?
Na świecie jest zbyt mało krwi potrzebnej przede wszystkim do transfuzji i zabiegów chirurgicznych. Liczba dawców na świecie maleje i nie jest w stanie pokryć światowego zapotrzebowania na krew. Szacuje się, że przed 2030 rokiem będziemy mieć na świecie deficyt krwi w wysokości 30 mln jednostek.

Drugi problem, nad którego rozwiązaniem pracuje NanoSanguis, to krótki termin przechowywania organów. Teraz można je magazynować przez kilka godzin, NanoSanguis chce wydłużyć ten czas do kilku dni.

Agata Stefanek., IChIP laboratoria

Jak NanoSanguis rozwiązuje problem braku krwi na świecie?
Wytwarza płyn, który może zastąpić krew. Sztuczna krew, nad którą w fazie badań klinicznych pracuje NanoSanguis potrafi przede wszystkim transportować tlen – co jest główną funkcją krwi. Ma jeszcze kilka ważnych zalet: płyn się nie starzeje (można go długo przechowywać, podczas gdy krwinki czerwone pobrane od człowieka mają termin ważności 42 dni) i jest uniwersalny (pasuje do każdej grupy krwi). Sztuczna krew może też wydłużyć czas przechowywania organów do transplantacji – krew może zaopatrywać je w składniki odżywcze i tym samym przedłużać ich życie.

Projektem trzęsie Agata Stefanek

————————————————————————————————————————

2. Polski hit zmienia rynek energii słonecznej> FreeVolt
Polacy ponad siedem lat temu opracowali najlepszą na świecie technologię wytwarzania grafenu – supercienkiego materiału, który świetnie przewodzi prąd. Istniała obawa, że polski biznes nie zobaczy w tym odkryciu szansy na nowe produkty – komercjalizacja wynalazków nie jest naszą najmocniejszą stroną. Impas przełamała m.in. bydgoska firma FreeVolt, która wykorzystała potencjał tego materiału do wzmocnienia wydajności paneli fotowoltaicznych (tzw. paneli słonecznych). W tym roku bydgoska firma Freevolt planuje stworzyć linię produkcyjną dla swojego rozwiązania, która ma produkować 55 tys. paneli rocznie.

Jaki problem rozwiązuje FreeVolt?
FreeVolt chce zmniejszyć koszty pozyskiwania energii słonecznej o połowę  i sprawić, żeby była bardziej konkurencyjna.

Jak rozwiązuje problem?
Do produkcji paneli słonecznych (fotowoltaicznych) wykorzystuje krzem i. grafen – materiał, który sprawia, że panele są bardziej wydajne i odporne.

Projektem trzęsie Łukasz Nowiński

————————————————————————————————————————

3. Każdy rolnik zbada DNA swojej rośliny>NexBio
Grupa naukowców z Lubelskiego Uniwersytetu w Lublinie zasłynęła swoim rozwiązaniem, które ma sprawić, że rolnicy będą bardziej rozważnie stosować środki chemiczne, którymi “chronią” uprawy przed szkodnikami. Wymyślili rozwiązanie, dzięki któremu rolnicy sami będą mogli sprawdzać, jakie bakterie atakują ich rośliny.

Jaki problem rozwiązuje NexBio?
Duża zawartość pestycydów w produkowanej metodami tradycyjnymi żywności. Dziś najczęściej pestycydy, które mają chronić rośliny przed drobnoustrojami, stosowane są “na wszelki wypadek” w najwyższych dawkach. To odbija się na jakości żywności.

Jak problem rozwiązuje?
NexBio stworzyło test DNA, który pomaga wykryć choroby roślin spowodowane przez drobnoustroje na długo zanim będą widoczne. Rolnicy szybko dowiadują się, jakie mikroorganizmy zagrażają roślinom i stosować tylko te środki ochrony roślin, które działają konkretnie na te rośliny. Urządzeniem do badania roślin ma wielkość zwykłego telefonu, a badanie można wykonać bezpośrednio na polu.

Projektem trzęsie Adam Kuzdraliński

Adam Kuzdraliński, fot. Vitagenum/ materiały prasowe

————————————————————————————————————————

  1. Sok z żuka >HiProMine
    Ta polska firma biotechnologiczna zachwyciła samego Travisa Kalanica (byłego szefa Ubera). Firma wierzy, że owady są odpowiedzią na wiele żywieniowych problemów współczesnego świata. Na razie stworzyli w Robakowie pod Poznaniem w pełni zautomatyzowaną fabrykę owadów, z których pozyskują pełnowartościowe białko. Takie białko może być wykorzystane do produkcji żywności nie tylko dla zwierząt gospodarskich, ale również dla ludzi. HiProMine współpracuje z Europejską Agencją Kosmiczną nad programem żywienia w kosmosie.

Jaki problem rozwiązuje HiProMine?
Niewystarczająca ilość żywności – na razie głównie dla zwierząt, ale z potencjałem na zmniejszenie problemu głodu na świecie.Pozyskiwanie związków organicznych z owadów to kompromis pomiędzy produkcją zwierzęcą, dostarczającą wielu ważnych dla człowieka związków (ale niewydajną, emitującą dużo CO2 i odpadów), a wydajną produkcją roślin, która jednak nie dostarcza wszystkich niezbędnych białek .

Jak problem rozwiązuje?
Wykorzystują zdolność owadów do przetwarzania materii organicznej na substancje odżywcze, w tym pełnowartościowe białko. Owady produkują przy tym niewiele odpadów, wymagają małej przestrzeni do hodowli – ścisk lubią i jest on dla nich naturalnym środowiskiem życia). W ogóle nie są wybredne: żywią się odpadkami z produkcji spożywczej i rolnictwa.

Projektem trzęsą Jakub Urbański, Damian Józefiak i Jan Mazurkiewicz

————————————————————————————————————————

5. Siedzenia w tramwajach pokryte srebrem>Insignes Labs
Krakowska firma sprzedaje sprytną substancję, która można dodać do niemal każdego materiału – od plastiku w tramwajowych siedzeniach po lateks w rękawiczkach chirurgicznych. Dzięki temu przedmioty codziennego użytku są bardziej przyjazne dla człowieka, za to mniej dla zarazków, grzybów i bakterii.

Jaki problem rozwiązuje Insignes Labs?
70 proc. zakażeń powstaje przez kontakt rąk człowieka z przedmiotami. Zazwyczaj do stworzenia ochrony przed bakteriami, wirusami czy pleśnią producenci wykorzystują toksyczne biocydy.

Jak problem rozwiązuje?
Insignes Labs proponuje producentom sprzętów użytkowych dodatek ze związkami srebra, które są mniej toksyczne niż powszechnie stosowane preparaty, które mają zabijać bakterie na powierzchni przedmiotów.  Powodują też, że przedmioty są trwalsze.

Projektem trzęsie Anna Ogar

————————————————————————————————————————

  1. Antybiotyki z głową>Biolumo
    Firma pracuje nad szybkim testem, dzięki któremu lekarze w kilka godzin dowiedzą się, jaka bakteria wywołała chorobę u pacjenta.

Jaki problem rozwiązuje Biolumo?
Antybiotyki stają się coraz mniej skuteczne w walce z chorobami. To dlatego, że stosujemy je zbyt często, a lekarze nie chcąc czekać na wyniki badań (trwa to zwykle aż 48 godzin), przepisują najczęściej antybiotyki działające na dużą grupę drobnoustrojów. Takie leczenie jest skuteczne – zazwyczaj w dużej grupie bakterii, na które działa antybiotyk jest i ta, która rzeczywiście wywołała chorobę. Przy okazji dajemy całej reszcie okazję na przystosowanie się do działania antybiotyku, który z czasem przestaje na nie działać.

Jak problem rozwiązuje?
Biolumio sprawia, że testy wykrywające konkretne bakterie wywołujące chorobę są bardzo szybkie, więc lekarze powinni je częściej stosować.

Projektem trzęsie Olga Grudniak

————————————————————————————————————————

7. Świnki pod kontrolą>ThermoEye
Sprytni inżynierowie ze Smart Soft Solutions wymyślili system monitorujący zdrowie trzody w oparciu o kamery termowizyjne rejestrujące ciepło ciała.

Jaki problem rozwiązuje ThermoEye?
Podawanie zwierzętom hodowlanym dużej ilości antybiotyków “na wszelki wypadek”. Wątpliwa jakość mięsa, które trafia do klientów.

Jak ten problem rozwiązuje?
ThermoEye za pomocą kamer termowizyjnych śledzi zmiany temperatury każdego zwierzęcia w stadzie. Podwyższenie się temperatury jest pierwszym ważnym sygnałem rozwijającej się choroby. ThermoEye szybko wykrywa te zmiany, pozwala na bieżąco kontrolować zdrowie zwierząt, dzięki czemu zapobieganie chorobom w stadzie przez podawanie dużej ilości antybiotyków przestaje być jedyną skuteczną metodą dbania o zdrowie zwierząt i jakość mięsa.

Projektem trzęsie Łukasz Adamek

 
Categories

Zero dni urlopu. Zapracowani milenialsi rezygnują z wypoczynku

To skandal! Amerykańscy milenialsi nie chcą chodzić na urlopy i jeździć na wakacje. Dlaczego tak się dzieje? Co się stało młodym, że już nie chcą wypoczywać? Czyżby młodzież zatraciła life-work balance i nie potrafi już odróżnić czy siedzi w pracy, czy jest akurat w domu? Ba, badacze zdążyli już nawet ukuć termin na opis tych pozbawionych roszczeń i chęci do życia młodych ludzi, określając ich pieszczotliwą nazwą pracowych męczenników (work martyrs). Tak, proszę Państwa, milenialsi zabijają nam wakacje!

W sumie trudno się im dziwić. Na podstawie danych zebranych przez aplikację Happify, jej twórcy stworzyli portret psychologiczny użytkowników. Aplikacja ma za zadanie uczyć ludzi, jak być szczęśliwymi. Żeby to móc robić, zbiera od ludzi określone dane. Dzięki temu możemy na własne oczy przekonać się, jak bardzo kiepsko żyje się amerykańskim milenialsom.

Dane: aplikacja Happify, wykres ze strony Harvard Business Review

Między 20 a 30 rokiem życia gwałtownie rośnie poziom stresu. Maksimum łapie się w przedziale 45-54, co oczywiste (dzieci, hipoteka, rozwody, choroby, praca), ale najszybszy przyrost jest między 25-tym a 34-tym rokiem życia. Ci sami młodzi ludzie mają najwyższy poziom negatywnych myśli i odczuć oraz rozkojarzenia. Jakby tego było mało, są praktycznie niezdolni do odczuwania pozytywnych aspektów życia. Nic dziwnego, że coraz częściej mówi się o kryzysie ćwiartki życia (quarter-life crisis), który dopada ludzi między 20 a 30 rokiem życia i trwa dobrych kilka lat. Wiąże się z wchodzeniem w dorosłość, wynajmem mieszkania, budowaniem związku, nową pracą. Niby jesteś dorosły, ale taki udawany dorosły, bo większość ludzi nie traktuje ciebie poważnie. A potem życie weryfikuje ci plany i staczasz się w depresję.

Dane: aplikacja Happify, wykres ze strony Harvard Business Review

Nie dość, że życie gniecie milenialsów bez litości, to problemem staje się płatna praca. Rynek jest bezlitosny, wiec młodzi muszą udowadniać swoją przydatność i kompetencje bardziej niż reszta. Dołóżmy do tego brak pewności zatrudnienia, brak poczucia bezpieczeństwa, brak perspektyw awansu i mamy obraz sfrustrowanego, zestresowanego pracownika, który na myśl o udaniu się na płatny urlop, dostaje doła.

Problem jest poważny.

W 2016 roku GfK przeprowadziło badanie Amerykanów w wieku 18+, pracujących powyżej 35 godzin tygodniowo i mających płatne urlopy. Wyniki są przygnębiające. Praca 24/7, z której de facto Amerykanie nie wychodzą (zmieniają tylko miejsce, w którym ją wykonują) praktycznie uniemożliwia im znalezienie sobie wolnego czasu i udanie się na urlop. W 2015 roku 55 proc. pracowników miało łącznie 658 milionów niewykorzystanych dni wolnych. To 1,8 mln lat urlopu, można sobie w tym czasie nieźle wypocząć.

Wróćmy do wspomnianych na początku tekstu pracowych męczenników. Jest to dość nowa grupa, która wierzy, że od faktycznej produktywności ważniejsze są wyrobione dupogodziny oraz w to, że praca bez przerwy przyniesie im większy sukces zawodowy. Pozwólcie, że skorzystam z pomocy naukowej. Jesteś męczennikiem pracowym? Tak. To powiedz coś po męczennikowemu. Nikt inny nie będzie potrafił wykonać mojej pracy gdy będę na urlopie, chcę pokazać swoje całkowite oddanie firmie, czuję się winny biorąc urlop, nie chcę, żeby inni myśleli, że jestem łatwy do zastąpienia.

Dotychczasowa amerykańska etyka leży omdlała w kącie.

Prawdziwym bowiem problemem jest to, że narracja męczeństwa zaczyna dominować w firmach za oceanem a jej głównymi apostołami są milenialsi. Argument o pokazaniu całkowitego oddania firmie podnosi 30 proc. z nich, winę czuje 27 proc., tyle samo nie chce być postrzegana jako pracownicy łatwi do zastąpienia. Aż 26 proc. wiąże pójście na urlop z tym, że mogą nie zostać uwzględnieni przy podwyżce albo awansie. Jedyny z grubsza sensowny argument, czyli wrócę po urlopie do pracy i przez tydzień będę się odkopywać z zaległości podnosi 41 proc.

Problem z niewykorzystywanymi urlopami jest w USA nowym zjawiskiem. Przez lata Amerykanie wykorzystywali średnio 20 dni urlopowych, czyli nie tak najgorzej. Od roku 2000 liczba wykorzystanych dni urlopowych stale spada i końca tego spadku nie widać. Znaczy widać – 0 dni urlopowych, ale to jeszcze przed nimi. Milenialsi to pierwsze pokolenie pracowników, która wchodzi na rynek i widzi, że urlop to jakaś ekstrawagancja a nie ich prawo. Dlatego nie biorą sobie wolnego, zabijając tym samym wakacje.

Szkoda tylko, że nie mogę im przypiąć do końca szczerze łatki morderców wypoczynku, bo jednak trend zapoczątkowali ich rodzice. To chyba pierwsza skuteczna kooperacja rodziców i dzieci w historii świata.

A co u nas? Jesteśmy jak zwykle zacofani i nasi milenialsi nie chodzą na urlopy nie dlatego, że nie chcą, tylko dlatego, że są albo na bezpłatnych stażach, albo forma ich umowy płatnego urlopu nie przewiduje. Witamy nad Wisłą.

 
Categories

Gaming w medycynie ratuje życie

Gry komputerowe. Dla jednych widomy znak obecności Szatana na Ziemi, dla innych miły sposób spędzania czasu wolnego. Z tymi drugimi zbijamy piątkę, pierwszym współczujemy skomplikowanego systemu wierzeń. I jesteśmy ciekawi, czy dalej mówiliby o Złym, gdyby wiedzieli, że gry komputerowe mogą ratować życie w bardzo dosłownym sensie. Poznajcie grających lekarzy.

Pixel Technology to łódzka firma tworząca rozwiązania dla pracowni radiologicznych, ma za sobą ponad sto udanych wdrożeń w całej Polsce. Teraz rozwija nowy projekt gry szkoleniowej dla studentów medycyny, opartej o sieci deep learningowe. Dzięki podłączeniu do ponad 200 systemów szpitalnych, będzie można stworzyć rozbudowaną platformę na podstawie prawdziwych danych. Przy jej pomocy, w formie gry, studenci i lekarze będą rozwiązywali realne problemy związane z diagnozowaniem i leczeniem. Projekt uzyskał dofinansowanie unijne, w lutym zaczęło się rekrutowanie do niego ludzi. Czekamy na efekty.

Pomysł, żeby lekarzy uczyć dzięki grom nie jest nowy. W Stanach co roku umiera 30 tys. pacjentów, których śmierci można byłoby uniknąć, gdyby tylko ich urazy zostały prawidłowo zidentyfikowane i zostaliby skierowani do odpowiednich placówek. Dlatego doktor Deepika Mohan stworzył grę „Night Shift”, która poprawia umiejętności diagnostyczne lekarzy. Zwiększa ich zdolność do prawidłowego rozpoznania urazu, dzięki czemu pacjent może otrzymać niezbędną pomoc.

Według słów twórcy, gra została stworzona po to, żeby wykorzystywać część mózgu, która odpowiada za rozpoznawanie wzorców i wcześniejszych doświadczeń, do podejmowania błyskawicznych decyzji przy użyciu podświadomych skrótów myślowych. Skomplikowane ale zamysł w sumie jest prosty – lekarze mają działać odruchowo a nie gubić się w domysłach w sytuacji, gdy na ER-kę trafiło 30 osób z wypadku autobusu.

Przy pomocy gry przetestowano 368 lekarzy z izb przyjęć. Żaden z nich nie pracował w szpitalu specjalizującym się w leczeniu urazów, więc ich przeszkolenie w tej materii nie było zbyt głębokie. Połowa grupy grała w grę, druga spędzała co najmniej godzinę dziennie, czytając materiały szkoleniowe. Okazało się, że wciągająca gra tekstowa jest lepszą metodą nauczania od czytania książek.

Grupa graczy nie rozpoznała pacjentów z rozległymi urazami i nie wysłała ich do odpowiednich szpitali w 53 proc. przypadków. Grupa czytająca w 64 proc. Na dodatek efekty grania pozostały w głowach dłużej i utkwiły mocniej niż w grupie czytających. Gracze po pół roku byli prawie tak samo skuteczni, zawiedli w 57 proc. przypadków, druga grupa aż w 74 proc. Przyczyn takiego stanu rzeczy doktor Mohan upatruje w tym, że gra opowiada historie, z którymi lekarzom łatwiej się identyfikować i łatwiej zapamiętać. Ponadto w grze „na żywo” widać wszystkie konsekwencje podjętych decyzji i ewentualnych błędów w ocenie stanu pacjenta. Dodatkowo podczas rozgrywki pojawiają się postacie na bieżąco oceniające i dające graczowi opinie zwrotne na temat jego osiągnięć.

Inny rodzaj gry zaproponował lekarzom doktor Price Kerfoot. Wszyscy wiedzą, że postępy medycyny są błyskawiczne, dlatego lekarze powinni trzymać rękę na pulsie. Tylko co z tego, że trzymają, jeżeli nauka nie przekłada się na polepszenie opieki nad pacjentami. Doktor Kerfoot postanowił temu zaradzić i wymyślił grę mailową.

Na razie uczestniczą w niej pracownicy ośmiu bostońskich szpitali. Każdy dostaje maile, w których znajdują się zdjęcia i opis aktualnego stanu pacjenta oraz test wyboru odpowiedniej terapii. Ponieważ ludzie lepiej uczą się w czasie zabawy, w mailach są stockowe zdjęcia wątpliwej jakości i urody a opisy pacjentów są troszeczkę odjechane. Gracze konkurują ze sobą. A im lepsze wyniki lekarzy, tym lepiej leczą pacjentów. To takie proste. Pierwsza odsłona gry dotyczy kardiologii, w planach cukrzyca.

Na koniec najmniejsze zaskoczenie świata. Lekarze grający w zręcznościówki są dużo skuteczniejsi w operacjach laparoskopowych. Przypomnijmy – laparoskopia to operowanie silnika samochodu przez rurę wydechową albo, według słów niektórych lekarzy, wiązanie sznurowadła za pomocą metrowych pałeczek do chińszczyzny. W sytuacji, w której do organizmu przez małe nacięcie wprowadza się minikamerę i narzędzia chirurgiczne, którymi zdalnie operuje lekarz, bardzo przydaje się dobra pamięć mięśniowa oraz lepsza koordynacja oko-ręka. O co zdecydowanie łatwiej u lekarzy, którym nieobcy jest konsolowy kontroler. Badacze z Beth Israel Medical Center sprawdzili, czy taka korelacja faktycznie istnieje i okazało się, że gracze robią o 37 proc. mniej błędów podczas laparoskopii i wykonują zadanie o 27 proc. szybciej niż ich niegrający koledzy.

To tylko trzy odsłony zjawiska, które rozgrywa się na naszych oczach i zmienia sposób uczenia studentów na uczelniach medycznych. Praktyka medyczna i gamifikacja mają punkty wspólne. W obu przypadkach musimy wymaksować określone umiejętności zanim wskoczymy na wyższy poziom doświadczenia i będziemy mogli używać bardziej zaawansowanych narzędzi/broni. Gry medyczne wspomagają naukę opartą na prawdziwych przypadkach. Atrakcyjna oprawa graficzna, interaktywność i odpowiednio wysoki poziom ich rozrywkowości nie stanowią już dzisiaj problemu. Ani technologicznego, ani finansowego. A prawdziwą rewolucją mogą stać się dwie nowe warstwy rzeczywistości: wirtualna i poszerzona. Dzięki nim możliwe stanie się prowadzenie operacji na odległość i uczenie się na poziomie nieosiągalnym do tej pory. O tym jednak przy następnej okazji.

 
Categories

Inwestowanie for dummies

Kolejni sympatyczni celebryci stracili swoje z trudem uskładane oszczędności. Twarzą tej bolesnej historii stała się Jolanta Fraszyńska, która jako jedyna wystąpiła przed obiektywy i powiedziała o niezbyt fortunnej inwestycji w dzieła sztuki. Znowu okazało się, że w Polsce nie istnieje praktycznie żadna edukacja finansowa i ludzie łapią się po raz kolejny na tę samą sztuczkę.

Galleri New Form ze Szwecji oferowała inwestorom zakup dzieła sztuki. Przy czym z tego, co zrozumiałem, klienci kupowali nie tyle samo dzieło sztuki ile certyfikat na nie. Jolanta Fraszyńska straciła pieniądze, które zbierała na mieszkanie córki. Dlaczego (zdawałoby się) myślący i radzący sobie w wielu aspektach życia człowiek nagle dostaje ataku pomroczności i inwestuje pieniądze w szemrany biznes? Ciągle i ciągle z tego samego powodu.

Oszuści proponują zysk większy niż na rachunku oszczędnościowym czy lokacie, ale nie na tyle wysoki, żeby wzbudzić podejrzenia. Tutaj obiecywali 15-18 proc., niektórym klientom oferowano ponoć 30 proc. Nikt nie zadał sobie pytania skąd będą się brały te zyski. Jeżeli ktoś się spytał, dostawał informację, że po określonym czasie GNF odkupi od nich ich dzieło sztuki. Dlaczego mieliby je odkupić drożej? Nie mam pojęcia. Skąd mieliby wziąć na to pieniądze? Nie wiem. Dlaczego mieliby robić inwestorom prezent, no bo przecież takie odkupienie po cenie wyższej o 20 proc. to nic innego jak prezent? Nie wiem. I wreszcie nikt nie zadał sobie trudu, żeby wejść na stronę https://www.knf.gov.pl/dla_konsumenta/ostrzezenia_publiczne, na której można sprawdzić, czy przypadkiem Komisja Nadzoru Finansowego nie ostrzega przed inwestowaniem w dany biznes. Galleri New Form sąsiaduje tam z takimi firmami, jak Finroyal czy Amber Gold.

Ostateczna kwota przekrętu nie jest znana, mówi się o 300 mln złotych. Sprawa Amber Gold ciągle się toczy, ale niczego nie nauczyła niedzielnych inwestorów. Uwierzyli w wysoki zysk, pewnie bez ryzyka i stracili wszystko. Jak można tego uniknąć? Nie wierzyć w oferty zbyt dobre, by mogły być prawdziwe lub legalne.  

Wysoki zarobek jest oczywiście możliwy, ale to już wyższa szkoła jazdy. Dzisiaj chciałbym napisać kilka zdań o tym, jak można zacząć inwestować bez ryzyka. No dobra, inwestycja to duże słowo, ale od czegoś trzeba zacząć. Na przykład od małych kroków, właściwych wiekowi dziecięcemu. Bo tak się na początku naszej przygody inwestorskiej powinniśmy traktować – jak dzieci, które się uczą.

Inwestowanie w rachunek oszczędnościowy czy nisko oprocentowane lokaty to nie inwestycja – to oszczędzanie, które na dodatek często przynosi nam straty. Już tłumaczę dlaczego. Na stronie http://bdm.stat.gov.pl/ rozwijamy górne menu i wybieramy opcję „Wskaźnik cen”. Patrzymy w ostatnią kolumnę w pierwszym wierszu i dla roku 2017 odczytujemy wynik 102,0. Ponieważ skalą odniesienia do tego pomiaru jest rok poprzedni, oznacza to, że na koniec roku 2017 średnio ceny wzrosły o 2 proc. w stosunku do roku 2016. Co za tym idzie, za to samo 100 złotych możemy teraz kupić odrobinę mniej. Spadła siła nabywcza naszych pieniędzy.

Co to dla nas oznacza w kontekście lokaty bankowej albo oszczędzania na ROR-ze? Ano to, że jeżeli oprocentowanie tych instrumentów finansowych było mniejsze lub równe 2 proc., nasze pieniądze na koniec roku 2017 były warte mniej niż wtedy, gdy je inwestowaliśmy. Straciliśmy, ale przynajmniej nasza lokata była bezpieczna.

Żeby nie tracić, musimy szukać ofert powyżej 2 proc. w skali roku. No, prawie. Musimy pamiętać, że od dochodów kapitałowych płacimy tak zwany podatek Belki, który obecnie wynosi 19 proc. Co oznacza, że jeżeli chcemy przytulić jakiekolwiek zyski, dla aktualnego poziomu inflacji lokata musi być oprocentowana przynajmniej na poziomie 2,5 proc. Do tej wysokości, nasze potencjalne zyski ponad inflację zabierze nam fiskus. Ale przynajmniej wyjmiemy tyle, ile włożyliśmy. Powyżej 2,5 proc. będziemy cieszyć się zyskiem.

Pamiętajmy, że banki lubią oferować nam depozyty kwartalne albo półroczne, ale podają oprocentowanie w skali roku. I atrakcyjne 4 proc. dla lokaty na 3 miesiące nie jest już takie fajne. Warto zwracać uwagę na takie detale i mały druk.

Czyli co? Nie da się sensownie i bezpiecznie inwestować tak, by nie tracić? Jest rozwiązanie i są to obligacje skarbu państwa. Inwestycja pewna, bo gwarantowana przez państwo, jedyna sytuacja, w której nie zobaczymy naszych pieniędzy możliwa jest wyłącznie wtedy, gdy Polska zbankrutuje jako kraj. Ten scenariusz chyba nam na razie nie grozi.

Jeżeli chcemy zainwestować pieniądze na dłuższy okres i nie martwić się o straty, warto przyjrzeć się obligacjom indeksowanym inflacją. Taką formę oferują papiery długoterminowe. W pierwszym rocznym okresie odsetkowym mamy stałe oprocentowanie, w następnych wskaźnik inflacji powiększany jest o określoną marżę, na przykład dla obligacji czteroletnich jest to 1,25 proc. Tak skonstruowana oferta pozwala nam na generowanie stałych, choć niewielkich zysków.

W tej chwili najdłuższy program inwestycji możemy realizować na obligacjach dziesięcioletnich, które mają jeszcze jedną dodatkową zaletę. Jest nią roczna kapitalizacja odsetek. Kapitalizacja oznacza, że nasze zyski nie są nam wypłacane co roku, tylko dopisuje się je do kapitału początkowego. I jedziemy na procencie składanym. Albert Einstein rzekł kiedyś, że procent składany to największe odkrycie wszechczasów w dziedzinie matematyki. Wiedział, co mówi.

Na koniec rozważmy przykład, w którym inwestujemy 100 zł. Ustalmy stały poziom inflacji rocznej 2 proc., marżę 1,5 proc. oraz oprocentowanie w pierwszym roku na poziomie 2,7 proc.

W pierwszym roku pracuje dla nas 100 złotych. W drugim ta stówka plus odsetki naliczone za pierwszy rok i pomniejszone o podatek Belki, czyli 102,2 zł. W trzecim jest to 105,1 zł. W dziesiątym roku na nasze konto pracuje już 127,8 zł. I nasz końcowy zysk będzie naliczony od tej kwoty a nie od startowej stówki. Gdybyśmy wyciągali nasz zysk co roku i przez 10 lat pracowałoby tylko 100 zł, na całej tej operacji zarobilibyśmy o połowę mniej. Policzcie sami.