Categories

Nowy globalny gracz walczy o Indie: Ikea otwiera tu właśnie swój pierwszy sklep

Trudno w to uwierzyć, ale są miejsca na świecie, w których weekendowa wizyta w Ikei nie jest częścią stylu życia klasy średniej, a PÅHL czy FJÄLLBO to wciąż tylko dziwnie brzmiące słowa. To ma się zmienić. Obecna w 49 krajach Ikea właśnie otwiera swój pierwszy sklep w Indiach i dołącza do grona firm, które marzą o podbiciu serc klientów znad Gangesu.

Usytuowany w mieście Hyderabad w stanie Andhra Pradesh pierwszy indyjski sklep Ikei ma największą spośród wszystkich stołówkę. W menu nie znajdziemy jednak tradycyjnych szwedzkich klopsików zrobionych z wieprzowiny i wołowiny – surowo zabronionej w hinduizmie, religii wyznawanej przez 83 proc. populacji Indii.

Jedzenie to nie jest co prawda core business Ikei, ale na pewno umiarkowane sukcesy globalnych jedzeniowych gigantów na rynku indyjskim brzmią jak przestroga. Trudno mówić o imponujących wynikach choćby McDonalds’a, który w ogromnych Indiach po ponad dwudziestu latach inwestycji ma niewiele więcej restauracji niż w Polsce. Kokosów nie zarabia też KFC czy Domino’s Pizza.

W ciągu najbliższych siedmiu lat Ikea planuje wybudować w Indiach 25 sklepów – jeden będzie przypadał na 52 mln mieszkańców. Dla porównania: w Polsce na jeden sklep przypada 37,5 mln Polaków, a firma rozwija się u nas od 25 lat.

Indyjski rynek to dla nas marzenie” – przyznaje w rozmowie z BBC generalny zarządzający w Ikea, Jesper Brodin. Nic dziwnego, Indie to łakomy kąsek: 1,3 miliarda mieszkańców, umacniająca się gospodarka i korzystna demografia muszą rozpalać wyobraźnię wielu międzynarodowych marek.

Zarządzający największymi firmami świata wierzą, że z tworzącą się klasą średnią to właśnie Indie będą nową ziemią obiecaną, i że uda się powtórzyć tu gigantyczne sukcesy odniesione przez globalne marki w Chinach. Problem w tym, że Indie to nie do końca Chiny sprzed kilku lat. Podstawową różnicą są pieniądze, a raczej ich brak w portfelu przeciętnego mieszkańca.

Średnie PKB na mieszkańca wynosi tu wciąż 1700 dolarów, a zarobki 80 procent populacji plasują się poniżej tej kwoty.

“THE UNPRECEDENTED EXPANSION OF THE GLOBAL MIDDLE CLASS”, Global Economy Development Working Paper, luty 2017

Okazuje się, że siła nabywcza rodzącej się w Indiach klasy średniej jest znacznie mniejsza niż u jej chińskiego odpowiednika. Na hurraoptymistycznych założeniach co do liczby potencjalnych klientów przejechała się już w Indiach m.in. branża e-commerce. Intensywnie inwestował tu m.in. Amazon. Jeszcze kilka lat temu szacowano, że w Indiach można pozyskać setki milionów nowych klientów kupujących online.

W latach 2014 i 2015 branża e-commerce w Indiach rzeczywiście miała się świetnie – dynamika wzrostu przekraczała 100 proc. rok do roku. W 2016 coś jednak siadło i do tej pory się nie podniosło. Dziś ocenia się, że aktywnie w sieci kupuje jedynie 50 milionów Hindusów. Jak podaje The Economist, w 2017 roku wzrost na rynku indyjskim był porównywalny do tygodniowych wyników branży e-commerce notowanych w Chinach, czyli dramatycznie poniżej oczekiwań.

Mieszkańcy Indii co prawda kochają internet, ale rzadko są skłonni wydawać w nim pieniądze. Wie to Facebook, dla którego Indie są największym rynkiem pod względem osób korzystających z serwisu, za to najgorszym pod względem przychodu w przeliczeniu na użytkownika. W wyliczeniach różnych branż przewija się liczba 50 mln klientów, którzy są w stanie obecnie płacić za usługi i produkty globalnych marek. I pomimo ogromnych apetytów firm, nielicznym udaje się przekroczyć ten pułap.

Analitycy rynku powiedzieliby, że klient w Indiach jest “wrażliwy na cenę”, a mówiąc wprost: każdą rupię ogląda trzy razy. Czy w społeczeństwie indyjskim rzeczywiście drzemie ogromny potencjał nabywczy? Z pewnością, ale marki zapominają, że budzi się on z fazy bardzo długiego snu wspieranego przez panującą tu od stuleci kulturę kast. Przepaść dzieląca nieliczną grupę bogaczy od ubóstwa niższych kast jest tu głęboko zakorzeniona i wspierana przez model tradycyjnego indyjskiego społeczeństwa. Zasypanie jej i zbudowanie mostu w postaci prawdziwej klasy średniej może potrwać nieco dłużej niż kilka lat.

 

 
Categories

Mydło, nożyce, papier – milenialsi nie chcą już niczego

To niewiarygodne jaką bezwzględność, zezwierzęcenie i brak poszanowania zdobyczy wolnego rynku prezentują milenialsi. O tym, że dokonują zamachu na fundamenty naszego dobrobytu, już pisałem. Zagrożona jest prawda, piękno, sprawiedliwość i sen o sukcesie. Ale co im mydło zawiniło? Wolą brudni chodzić? Nie do wiary.

Schemat jest ciągle taki sam. Przychodzą młodzi, bezczelni, bez tabu i obciążeń, po czym zaczynają demolkę. A my nie rozumiemy co się dzieje, bo przecież za komuny było ciężko, młodzi nie doceniają tego, co teraz mają i kto normalny nie chciałby używać płynu do płukania tkanin? Jak byliśmy młodzi w sklepach był tylko proszek IXI a ubrania się płukało w zimnym potoku. Teraz luksusy młodzi mają i ich nie chcą. Dlaczego?

Nawet porządnie zjeść nie potrafią. Już nawet pomijamy fakt, że w domu żywią się wyłącznie kanapkami i o porządnym obiedzie nie słyszeli, bo wolą jeść burgery na mieście. Ale jak już jedzą i kogoś zaproszą, to zamiast użyć eleganckich serwetek, wolą korzystać z papierowych ręczników. To po prostu niesmaczne jest.

I tak sobie narzekamy na kolejne przewiny milenialsów, nie dopuszczając do głowy takiej myśli, że może oni mają trochę racji. I ten ich pragmatyzm mógłby nas czegoś nauczyć.

Weźmy te nieszczęsne kostki mydła, których sprzedaż w 2015 roku osunęła się w Stanach o 2 proc. I już alarm, że milenialsi zabijają tradycyjne mydło i chodzą brudni. No dobra, to że chodzą brudni sobie wymyśliłem. Dość powiedzieć, że młodzież dostała kolejną odznakę ‘wzorowego mordercy’, bo to na pewno przez nich był spadek o te 2 proc.

Nikt nie zająknął się, że jednocześnie cały rynek mydła oraz produktów do kąpieli wzrósł o 2,7 proc. I że w dalszym ciągu 2/3 Amerykanów używa mydła w kostce. I że powody odwracania się od takiego mydła są w jakiś sposób racjonalne, bo aż 60 proc. konsumentów w wieku 18-24 lat uważa, że mydło po użyciu pokryte jest bakteriami. I się go po prostu brzydzą. Nie chcą używać go do mycia również z powodu niewygody, gdyż uważają, że mydło w płynie jest wygodniejsze.

Ogólnie cały ten segment rośnie, ale wszyscy uczepili się, jak pijany płotu jednej informacji – młodzi brzydzą się mydła i to przez nich spadek sprzedaży. Podczas gdy tak naprawdę milenialsi kupują mydło w płynie i wydają na nie więcej pieniędzy niż na te cholerne, niewygodne kostki.

Weźmy płyn do płukania tkanin. Jego sprzedaż spada od ponad dekady, ale dopiero ostatnio znaleziono winnych. Są nimi oczywiście milenialsi. Jest tylko jeden problem – większość z nich nie wie, co to w ogóle jest za wynalazek. A ci, którzy wiedzą, rezygnują bo nie czują różnicy. Miało zmiękczyć a nie zmiękcza, no to po co płacić za to hajs? Dodajmy jeszcze, że coraz więcej ubrań sportowych, bardzo popularnych wśród młodzieży, ma na metkach napisane wprost: nie używać środka do zmiękczania. No i wreszcie warto wspomnieć, że milenialsi zwracają większą uwagę na zawartość środków chemicznych używanych w kosmetykach i środkach czystości, więc nie będą dokładać sobie kolejnej chemii nieorganicznej na ciało.

Na koniec obejrzyjmy te nieszczęsne serwetki papierowe. Do końca lat pięćdziesiątych, Amerykanie używali serwetek z materiału. Papierowe zaczęły wygrywać wygodą i ceną, nie trzeba ich prać, suszyć i prasować, a po użyciu lądują w koszu. Dominowały przez 50 lat a potem zaczęło się dziać coś dziwnego. Przyszli milenialsi i stwierdzili, że usta po posiłku można równie dobrze otrzeć papierowym ręcznikiem. Zresztą młodzi i tak częściej jedzą posiłki na mieście, wiec w ogóle nie mają potrzeby dopisywać do listy zakupowej papierowych serwetek. A jak mają bardziej oficjalną okazję, decydują się na serwetki z materiału. Po posiłku można je uprać, wysuszyć, włożyć do szafy i zawsze są pod ręką, gdy znienacka odwiedzą ich rodzice. Pragmatyzm i wygoda przede wszystkim.

I tak to właśnie wszystko wygląda. Milenialsi niby mordują bez litości kolejne gałęzie przemysłu, ale zawsze mają na to w miarę sensowne wytłumaczenie. Często dużo bardziej sensowne, niż byśmy tego oczekiwali. Może dajmy im w końcu spokój?

 
Categories

3 polskie startupy modowe, o których głośno w sieci

W ostatnim czasie bardzo popularne stały się zakupy przez Internet. Dzięki aplikacjom, które każdy z nas ma możliwość zainstalowania na swoim telefonie komórkowym lub otworzyć je w przeglądarce internetowej możemy w szybki i łatwy sposób skorzystać z usług modowych, czyli zakupić nowe spodnie albo sukienkę, a może potrzebujemy zaprojektować wnętrze naszego nowego biura.

3 startupy, o których głośno w sieci:

1) LOKO.

LOKO. to pierwszy społecznościowy m-commerce. Loko to aplikacja mobilna, dzięki której przeglądanie ubrań może być łatwe i szybkie. M-commerce to dostęp do komercyjnych usług oferowanych w ramach e-commerce poprzez telefon komórkowy i inne urządzenia przenośne. 

Co robią? LOKO. jako aplikacja mobilna posiada innowacyjny interfejs znany z popularnej na całym świecie aplikacji randkowej Tinder. Dzięki łatwemu przeglądaniu produktów poprzez przesuwanie produktów w lewo (“nie lubię”), w prawo (“lubię”) i w dół (“zapytaj znajomego”) użytkownik nie tylko bez wysiłku przegląda ubrania w aplikacji, ale jednocześnie wyraża swoje zdanie na temat tego, co mu się podoba i co go nie interesuje.

Rok  założenia: 3 lipca 2016 roku

Współzałożyciele: Wojciech Strzałkowski, Piotr Mądry, Karol Chilimoniuk, Jakub Rohleder, Tymon Kokoszka

2) SHOWROOM

SHOWROOM to platforma skupiająca polskie niezależne marki oraz projektantów mody.

Co robią? SHOWROOM zajmuje się reklamowaniem produktów. Produkty są sfotografowane, opisane i zmierzone przez samych projektantów, co daje pewność przy zakupie. Projektanci reklamują tu swoje ubrania, a my możemy je kupić bez jakichkolwiek wątpliwości.

 Rok założenia: 29 sierpnia 2011

Współzałożyciele: Michał Juda, Jan Stasz

3)    AM Cycling

AM Cycling to rowerowa marka odzieżowa.

Co robią? AM Cycling zajmuje się produkcją ubrań, które będą wygodne podczas jazdy na rowerze. Starają się dostarczyć klientom unikalny design i ciekawe połączenia kolorystyczne.

Rok założenia: 2016

Współzałożyciele: Anna Koseska, Marcin Koseski

 
Categories

Rosyjski Zuckerberg tworzy własne imperium?

Najbardziej dyskretny na świecie komunikator Telegram to tylko wstęp do ambitnych planów rosyjskiego przedsiębiorcy Pavla Durova . W tym roku zdążył już zebrać w sieci 1,7 mld dolarów (to największa zbiórka w historii!) i – jeśli nie nabił inwestorów w butelkę – chce stworzyć usługę totalną. Użytkownicy Telegrama nie będą musieli opuszczać aplikacji, żeby skorzystać z najważniejszych usług w internecie. Jesteśmy świadkami narodzin samowystarczalnego imperium. Przynajmniej na papierze.

 

Z liczbą 200 milionów aktywnych użytkowników, komunikator Telegram wciąż pozostaje w tyle za największymi narzędziami do prowadzenia konwersacji w sieci. Plasuje się na piątym miejscu, zdystansowany przez dwie należące do Facebooka aplikacje: WhatsAppa i Facebook Messangera, japońskiego Vibera i działającego tylko w Chinach, ale znacznie bardziej rozbudowanego pod względem usług, WeChata. I to do tego ostatniego będzie najbardziej upodabniał się Telegram, jeśli postanowi dobudować do swojej aplikacji usługi finansowe, co między innymi obiecał w tym roku inwestorom.

Co planuje Pavel Durov nazywany rosyjskim Zuckerbergiem? Zgodnie z zapowiedziami przedstawionymi inwestorom, do 2021 roku  jego Telegram chce zdobyć 650 milionów użytkowników na świecie. Jednak ważniejszy w tych planach jest nowy projekt zespołu – TON (Telegraph Open Network), którego najważniejszymi elementami ma być blockchain trzeciej generacji (tak nazywają go twórcy), własna kryptowaluta i sieć peer-to-peer. Realizacja tej wizji równałaby się praktycznie ze stworzeniem sieci w sieci.

Telegram mógłby stać się samowystarczalnym ekosystemem, w którym użytkownik miałby dostęp do komunikatora, usług płatniczych, mógłby przechowywać i przesyłać dokumenty oraz pliki nieograniczonych rozmiarów (w ramach usługi TON Storage), a za usługi Telegrama płacić Telegramowi jego własną walutą. Już na pierwszy kwartał 2019 roku twórcy zapowiedzieli wymowne “stworzenie ekonomii Telegrama opartej o TON”.

Okopana twierdza
Telegram od początku, czyli od powstania w 2013, odznaczał się tendencjami do budowania całkowicie samodzielnych usług w oderwaniu od tego, co wypracowali inni.  Główna produkt firmy – komunikator Telegram, jest do tej pory nazywany najszybszym i najlepiej zaszyfrowanym sposobem komunikacji w sieci.

Do wiadomości przesyłanych przy użyciu Telegrama nie mogą mieć dostępu żadne podmioty trzecie, są one też znacznie trudniejsze do przechwycenia i rozszyfrowania przez niepowołane osoby. Komunikaty i pliki transferowane Telegramem są bowiem szyfrowane inaczej niż w innych komunikatorach, za co odpowiedzialny jet brat założyciela Telegrama Nikolai Durov, utalentowany matematyk i programista, który od podstaw stworzył autorski protokół  MTProto.

Krytykowany za tworzenie idealnego narzędzia tajnej komunikacji dla terrorystów, nawet w świetle potwierdzenia się informacji, że z Telegrama korzystają m.in. dżihadyści z ISIS,  Durov nie przestaje odcinać swoich usługi od jakiejkolwiek kontroli ze strony świata zewnętrznego. “Uważam, że w ostateczności prywatność i nasze prawo do prywatności jest ważniejsze niż nasz strach przed tym, że mogą wydarzyć się złe rzeczy, takie jak terroryzm” – mówił w 2016 roku, komentując doniesienia o aktywności bojowników Państwa Islamskiego w jego serwisie. W imię ochrony prywatności Durov posuwa się jeszcze dalej: od niedawna w Telegramie dostępne są ”sekretne chaty”, w których konwersacja prowadzona przez ich uczestników znika natychmiast po odczytaniu treści przez każdego z nich.

Twierdza Durovów trzyma się mocno, nawet po tym jak w kwietniu tego roku używanie aplikacji zostało zakazane w Rosji ze względu na naruszenie przepisów antyterrorystycznych. Sąd zdecydował, że Telegram łamie obowiązujące prawo, które nakazuje komunikatorom umożliwienie wglądu do przesyłanych w ramach ich usług treści. Z podobnych przyczyn usługi Telegrama zostały zabronione w Iranie.

Biznes w opałach
Co myśli Durov o kolejnych banach nakładanych na jego usługę? “W Telegramie mamy luksus nie przejmowania się przychodami czy sprzedażą reklam. Prywatność nie jest na sprzedaż” – skomentował na swoim kanale kwietniowe wyroki Moskwy. Sam zakaz używania komunikatora w Rosji jak dotąd nie przyniósł żadnej realnej zmiany. Programiści Telegramu skutecznie ukryli możliwość wyśledzenia ruchu, używając metody domain fronting, stosowanej dotąd głównie w świecie cyberprzestępców.

Skąd Telegram ma pieniądze? Dotąd komunikator Telegrama był w stu procentach darmowy, a finansowanie zapewniał jej głównie Pavel Durov, który ze swojego poprzedniego projektu Vkontakte.ru wyszedł z sumą co najmniej 300 mln dolarów. W kwietniu tego roku do kieszeni Durovów monet dosypali inwestorzy, którzy w zakakującym tempie wykupili wiosną tego roku wypuszczone przez Telegram Gramy o wartości 1,7 mld dolarów. To właśnie Gramy mają stać się główną walutą wielkiego projektu TON Blockchain, który miałby być  przełomem dla blockchaina, kolejnym po Bitcoinie i Ethereum.

Imperium obywateli najmniejszego kraju na półkuli
Te świetlane wizje przerywają narastające konflikty Telegrama z władzami kolejnych państw, które obawiają się komunikatora znajdującego się poza jakąkolwiek kontrolą . Tym bardziej, że dzieło Durova i spółki umożliwia komunikację o zasięgu niemożliwym u innych dostawców: w Telegramie można tworzyć zamknięte grupy dyskusyjne składające się nawet ze 100 tys. członków!

Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju – wiadomo, ale u siebie Durovovie mają wyjątkowo ciężko. Z Moskwą główny założyciel Telegrama zadarł w 2014 roku, gdy odmówił ujawnienia danych dotyczących aktywności w serwisie Ukraińców wznoszących antyrosyjskie hasła podczas protestów na kijowskim Majdanie. Sprzeciw Durova był kategoryczny. Krótko po nim został odwołany z zarządu firmy VK, po czym załatwił sobie oraz bratu obywatelstwo niewielkiego wyspiarskiego kraju na Morzu Karaibskim i opuścił Rosję bez zamiaru powrotu.

Patrząc na historię projektów Durovów, nie dziwi ich fiksacja na punkcie tworzenia usług, w których prywatność użytkowników jest chroniona ponad wszystko. Można zrozumieć też chęć uniezależnienia się od zewnętrznych dostawców. Teraz jednak technologia dała im realną szansę na otwarcie zupełnie nowego rozdziału tej historii, czyli całkowitego okopania się we własnym samowystarczalnym świecie pełnym cennych danych, do których dostęp będą mieli tylko oni sami.

Jeśli wizja Telegraph Open Network nie była tylko sposobem na wyciągnięcie kasy od inwestorów, to w ciągu najbliższych kilku lat możemy być świadkami narodzin prawdziwego internetowego imperium o nazwie Telegram. Czy bracia Durov będą w stanie chronić swoich użytkowników przed światem i sami siebie przed pokusą zarobienia na powierzonych im danych?

 
Categories

Trzeszczący parkiet: 8 kluczowych wydarzeń pierwszego półrocza na GPW

Fani warszawskiej giełdy nie zaliczą ostatnich sześciu miesięcy do zbyt udanych. Raczej będą chcieli wymazać ten okres z pamięci. Może z wyjątkiem akcjonariuszy spółek gamingowych. Pół roku za nami. Na polskim rynku akcji miał to być okres przynajmniej umiarkowanej hossy, a wyszła nam niestety bessa. Wyciągnąłem z rynku trochę statystyk i przypomniałem sobie kilka kluczowych wydarzeń, które albo mroziły krew w żyłach, albo zaspokajały finansowy apetyt. Oto 8 informacji, które moim zdaniem najlepiej oddają to, co wydarzyło się przy ul. Książęcej w ciągu ostatnich sześciu miesięcy.

Jeden z najsłabszych okresów po 2000 r.
Indeks WIG, reprezentujący szeroki rynek GPW, spadł w pierwszym półroczu o 12,2 proc. Licząc od 2000 r. jest to dopiero szósty taki przypadek. Niestety, skala zniżki plasuje go na trzecim miejscu. Gorzej było tylko w 2001 r., a więc po pęknięciu bańki internetowej (spadek o 21,9 proc.) oraz w 2008 r., czyli po pęknięciu bańki na rynku kredytów hipotecznych (spadek o 26,1 proc.). W grudniu ponoć pękła bańka bitcoinowa, ale kapitalizacja rynku kryptowalut jest wciąż zbyt mała, by posądzać go o istotny wpływ na rynki akcji.

Większość analityków powie dość enigmatycznie, że tegoroczny spadek to efekt wzrostu globalnej awersji do ryzyka. Mówiąc prosto – Trump wywołał handlową burzę na świecie, a w takich sytuacjach kapitał w pierwszej kolejności robi wymarsz z rynków wschodzących, czyli takich, jak Polska. A że jesteśmy relatywnie mniej płynni, to uciekający kapitał sieje dość duże spustoszenie widoczne w formie spadających notowań.

Tylko WIG-media na plusie
Na GPW notowanych jest 14 indeksów branżowych i w pierwszym półroczu tylko jeden był na plusie – ten skupiający przedstawicieli branży mediów. Żeby było śmieszniej – zyskał on zaledwie 1,1 proc., a główna w tym zasługa Wirtualnej Polski, bo waży w portfelu indeksu prawie 50 proc., a jej akcje podrożały od stycznia do czerwca o 4,7 proc. Pozostałe 13 indeksów kończyło półrocze pod kreską, a średnia zniżka wyniosła -13,8 proc. O ponad 20 proc. zanurkowały WIGi reprezentujące sektory – budownictwa, chemii, energetyki i górnictwa. Dodam też, że po ok. 13 proc. straciły też główne indeksy, reprezentujące segment dużych, średnich i małych spółek, czyli odpowiednio WIG20, mWIG40 i sWIG80.

75 proc. spółek pod kreską
Aż 3/4 spółek z szerokiego rynku GPW zakończyło pierwsze półrocze spadkiem notowań akcji. Jego średnia wielkość wyniosła -22,2 proc. Na samym dole tabeli, z przeceną sięgającą 94,3 proc. (prawie się wyzerował) znalazł się znany producent odzieży – Próchnik.

Pozostała ćwiartka dała zarobić, średnio +21,5 proc. Królem półrocza został Vivid Games, którego akcje podrożały o prawie 140 proc.

A skoro już o spółkach mowa, to dodam tylko, że w ciągu pierwszych sześciu miesięcy na GPW zadebiutowało tylko pięć nowych firm, a wycofano ich aż 14. Jak tak dalej pójdzie, to ujemny bilans przestanie być niebawem wyjątkiem od reguły.

Gaming nie zawiódł
Aby przerwać tę litanię giełdowych smutków, jeden pozytyw. Otóż świetnie poradzili sobie w tej pierwszej połowie roku przedstawiciele branży producentów gier. W czubie tabeli, oprócz wspomnianego już Vivid Games, znalazły się także 11 bit studios (+129,,3 proc.), PlayWay (+100 proc.) oraz CD Projekt (+67 proc.). Ten ostatni kontynuuje swój rajd na północ i w mijającym tygodniu po raz pierwszy w historii przebił poziom 200 zł za akcję. Warto tutaj dodać, że symboliczny wymiar miało tegoroczne „przyjęcie“ producenta „Wiedźmina“ do portfela WIG20. Szkoda natomiast, że wciąż nie ma indeksu WIG-gry. Gdyby istniał to w podsumowaniu branżowym z pewnością byłby po pierwszym półroczu liderem.

Trudno nie odnieść wrażenia, że gaming powoli staje się polskim towarem eksportowym, a dla inwestorów bezpieczną przystanią – czymś w rodzaju takiego naszego, lokalnego złota czy franka szwajcarskiego. I choć wielu mówi, że to żadna przystań, a zwykła bańka, to jednak coś w tym jest, że na mocnym minusie są akurat spółki górnicze i energetyczne, a nie gamingowe. Jakimś dziwnym trafem te pierwsze w większości należą do Skarbu Państwa i kadrowe rotacje były tam w ostatnim czasie większe niż w składzie piłkarskiej reprezentacji Polski podczas mundialu w Rosji. Na szczęście politycy w gry komputerowe raczej nie grają, więc deweloperzy mogą spokojnie kodować, a my czekać na kolejne premiery.

Afera z GetBackiem
Pierwsze półrocze, a być może i cały 2018 r., z pewnością zapisze się w pamięci inwestorów, jako czas upadku windykacyjnej spółki. Opisywałem tę historię na łamach HiCash.pl, dlatego przypomnę tylko krótko, że spółka przyjęła zbyt agresywną strategię, zadłużając się na potęgę, by skupować ogromne portfele wierzytelności. Co gorsze dług zaciągała w formie obligacji, które trafiały do Kowalskich, jako rzekomo bezpieczne papiery o wysokim oprocentowaniu. W spółkę “wpompowano” w ten sposób trzy razy więcej kapitału niż w Amber Gold. Gdy pojawiły się pierwsze oznaki problemów, kurs akcji w ciągu kilku dni runął o 50 proc. W połowie kwietnia notowania zostały zawieszone i “lewitują” do dziś. Co więcej – prezes spółki i kilka innych osób ze ścisłego managementu trafili do aresztu. Po drodzę wypadło bowiem kilka „trupów z szafy“ i okazało się, że nie wszyscy w tej firmie mieli uczciwe intencje.

“Trump it up”
Nie da się ukryć, że gospodarz Białego Domu ma w tym roku największy wpływ na nastroje inwestorów. Swoimi tweetami, komentarzami i gestami przebija Angelę Merkel, Theresę May i “cesarza” Korei Północnej razem wziętych. Trump rozpętał wojnę handlową z Chinami i Unią Europejską, w międzyczasie grożąc Wladimirowi Putinowi i Kim Dzong Unowi. Potem sam łagodził swoje stanowisko, albo robili to za niego ludzie z jego administracji. Giełdy natomiast reagowały podwyższoną zmiennością, spowodowaną, o czym wspominałem wyżej, ucieczką kapitału z rynków wschodzących. Od wiosny nie ma w zasadzie komentarza rynkowego, w którym polityka prezydenta USA nie byłaby wymieniana jako stały czynnik ryzyka. Niestety, ale Trump to chyba człowiek spod znaku tych, jak to ładnie w “Mikrotykach” ujął Paweł Sołtys, który “mówi więcej niż trzeba i więcej niż wie”. Gdy taką wadę ma zwykły przechodzień to pół biedy, ale jak ma ją przywódca USA no to “Houston, we…”.

Koniec monetarnej kroplówki

Myślę, że ochotę na giełdowe zakupy zmniejszały też w ostatnich miesiącach czynniki związane z polityką pieniężną największych banków centralnych. Otóż amerykański Fed prawdopodobnie zrealizuje w tym roku cztery podwyżki stóp procentowych, a EBC zakończy w grudniu program skupu aktywów. Być może 2018 r. to rok końca ery taniego pieniądza, który od lat pchał giełdowe wyceny w stronę nieba. Jak EBC odłączy finansową kroplówkę, a inwestorzy w USA zaczną przerzucać pieniądze z parkietu na lokaty, to może nas czekać prawdziwe „sprawdzam“.

Blockchain na GPW
I na koniec powrócę jeszcze na rodzimy parkiet i zaproponuję optymistyczny akcent. Otóż pod koniec czerwca warszawska giełda opublikowała aktualizację swojej strategii. W jej ramach przewidziano sporo rozwiązań technologicznych, w tym platformę do equity crowdfundingu opartą na technologii łańcucha bloków. Giełdy zagraniczne z tą bazą danych „romansują“ już od dłuższego czasu, a niektóre są na tak zaawansowanym poziomie (jak szwajcarski SIX), że chcą wprowadzać alternatywne systemy obrotu dla tokenów. W tym kontekście pomysł GPW interpretuję jako próbę podłączenia się do globalnego trendu. Nie zapominajmy, że giełda to też spółka i musi zarabiać. A skoro koniunktura nie sprzyja, to trzeba szukać innych źródeł zysku. Myślę, że blockchain to słuszny kierunek. Jeśli nawet nie wyjdzie z crowdfundingiem, to spokojnie można go testować na wielu innych polach i szukać swojej przewagi konkurencyjnej.

 
Categories

6 najlepszych miejsc na prakacje

Dwa tygodnie temu wspomniałem o fantastycznym wynalazku dla zapracowanych, czyli o prakacjach. Jeżeli ktoś tekstu nie czytał, wyjaśnię szybko, że chodzi o taki wyjazd wakacyjny, podczas którego trochę pracujemy, trochę wypoczywamy, trochę się bawimy, trochę rozwiązujemy kreatywnie problemy, trochę zaznajemy nocnego życia i porannego bólu głowy, i trochę podbijamy swoją produktywność.

Opisałem wtedy zjawisko, ale zabrakło najważniejszego. Zabrakło najlepszych miejsc, w których tego typu wypoczynek ma sens. Wybrałem sześć lokalizacji, po jednej dla każdego kontynentu, oprócz Antarktydy. Tam jest bardzo słaby internet.

Afryka
Port Louis, Mauritius


W przypadku Afryki długo zastanawiałem się, czy przypadkiem nie wysłać was do Cape Town, ale finalnie zdecydowałem się na Port Louis.
Prowadząc umiarkowanie oszczędny tryb życia można tu przeżyć miesiąc za ok. 7 tys. złotych. Prędkość internetu nie poraża, ale też wstydu nie ma, średnio wyciągniemy 10 Mb/s, co powinno wystarczyć do większości zastosowań. W mieście możemy znaleźć dużo darmowych hot-spotów i klikać bezkosztowo. Jeżeli nie musimy pchać przez łącze gigabajtów danych, poradzimy sobie bez problemu. Na miejscu znajdzie się również kilka miejsc, z których możemy pracować, jeżeli znudzi się nam hotel. Świeże, czyste powietrze, miła sercu temperatura i dobra pogoda, przyzwoita opieka medyczna w razie potrzeby oraz zadowalające bezpieczeństwo, sprawiają że to dobry wybór. Tam gdzie trzeba dogadamy się po angielsku, miejscowi są przyjaźnie nastawieni do przyjezdnych. Jest klimatyzacja. Dla spragnionych uciech i rozrywki, istnieje tu życie nocne. Może nie takie, jak w Amsterdamie, ale jak poszukamy, to znajdziemy.

Ameryka Południowa
Hawana, Kuba


Ameryka Południowa boryka się z poważnym problemem związanym z bezpieczeństwem. W wielu tekstach, jako najlepsze miasto do prakacji na tym kontynencie wymienia się Medellin, no ale skojarzenia z kartelem narkotykowym mogą zmiękczyć kolana. Dlatego zamiast Medellin, wybrałem piękną i bezpieczną Hawanę. Miesiąc damy radę przeżyć tam za 6 tysięcy złotych a jedyne wady tego miasta to wolny internet i brak darmowego wifi. Poza tym świetne miejsce do pracy i wypoczynku, aczkolwiek jeżeli zajmujesz się montażem filmów, to na miejscowych łączach nie uradzisz.
W Hawanie można na przykład bawić się w carspottera, bo po Kubie jeździ więcej amerykańskich oldtimerów niż po Stanach. Można zadać sobie odrobinę trudu, wypożyczyć samochód i przejechać wyspę, bo Kuba to przecież nie tylko stolica. A w przerwach między zwiedzaniem, poznawaniem ludzi, próbami rozpoznania, którą walutą zapłaciliśmy, a którą nam wydali i jedzeniem lodów, popracujemy w klimatyzowanym pokoju hotelowym,

Ameryka Północna
Montreal, Kanada


Wszyscy myślą, że jak startupy, przestrzenie do wspólnej pracy, inkubatory przedsiębiorczości i szybki internet, to koniecznie Krzemowa Dolina. Otóż niekoniecznie, bo o ile infrastrukturalnie jest tam idealnie, to koszty są w stanie położyć finansowo całe nasze przedsięwzięcie. Montreal natomiast nie ustępuje pod względem infrastruktury prakacyjnej najlepszym miastom USA, jest od nich natomiast prawie o połowę tańszy. Miesiąc jesteśmy w nim w stanie przeżyć za 8,5 tys. złotych, podczas gdy w pobliskim Nowym Jorku miesiąc kosztowałby nas 18,5 tys. złotych. Montreal wygrał w moim rankingu również z innego powodu. Do fajnych miejsc w USA jest z niego bardzo blisko. Do NYC będziemy jechać około sześciu godzin, do Filadelfii siedem, do Bostonu niecałe pięć. A jak ktoś lubi Stephena Kinga i zechce odwiedzić jego rodzinne miasto Bangor w stanie Maine, zrobi to w pięć i pół godziny.

Australia i Oceania
Wellington, Nowa Zelandia


Nie wybrałem żadnego australijskiego miasta, bo wiecie co jest w Australii? Na przykład żyje w niej 21 spośród 25 najbardziej jadowitych węży świata. Uradują się też miłośnicy pająków, bo znajdą tam aż 2400 gatunków, w tym 50 zabójczych dla człowieka. Tam nawet dziobak jest jadowity, a zabić nie próbuje nas chyba tylko koala.
Wellington ma nam do zaoferowania wszystko, czego możemy potrzebować na prakacjach, czyli bardzo szybki internet, mnóstwo darmowych hot-spotów w mieście, stosunkowo niewielki koszt przeżycia miesiąca, wynoszący niecałe 9 tys. złotych oraz mnóstwo fantastycznych miejsc do wypoczynku i co-workingu. Miejscowi są bardzo przyjaźni, wszędzie dogadamy się po angielsku, jest bezpiecznie, powietrze jest czyściutkie, a trawa zielona. A jak trafimy w trakcie sezonu rugby, możemy popatrzeć na Wellington Hurricanes. Aktualnie ośmiu graczy tej drużyny jest w składzie All Blacks, więc wysoki poziom rozgrywek gwarantowany.
Jedyne na co możemy narzekać to nieco ograniczona oferta nocnych zabaw i hulanek, aczkolwiek jak mawiają, szukajcie a znajdziecie.

Azja
Chiang Mai, Tajlandia


Azja to idealne miejsce na prakacje, a Tajlandia jest w niej najpopularniejsza. Przede wszystkim z powodu kosztów, miesiąc w Chiang Mai przeżyjemy za 3,4 tys. złotych. Miasto oferuje w miarę szybki internet, sporo darmowych hot-spotów w terenie, ciszę, spokój i dużo miejsc, z których możemy sobie popracować kilka godzin dziennie. Dla Europejczyka szokujący może być sposób organizacji ruchu ulicznego oraz niezbyt wysoki poziom opieki zdrowotnej, dlatego w Chiang Mai lepiej nie chorować i nie wypożyczać samochodu. Na szczęście spacery, nie dość że są zdrowe, to jeszcze darmowe. Po godzinach możemy zwiedzać świątynie buddyjskie, których w mieście jest aż 40. Wieczorem wizyta na malowniczym nocnym bazarze, potem trochę w miasto, żeby znaleźć odrobinkę zapomnienia, rano szybki trekking w pobliskie góry. A jak wybierzemy się do Tajlandii w kwietniu, będziemy mogli zobaczyć co to znaczy dobra i huczna zabawa podczas święta Songkran, które jest tradycyjnym tajlandzkim Nowym Rokiem.

Europa
Belgrad, Serbia


Wszyscy wiedzą, że europejską stolicą startupów jest Berlin, ale jego wadą może być dla niektórych dość wysoki koszt życia. Amsterdam, Barcelona i Lisbona, czyli kolejne centra startupowe są również wymagające cenowo. A Belgrad nie dość, że ładny, to jeszcze tani. Miesiąc przeżyjemy w nim za niecałe 5 tys. złotych, co w porównaniu z siedemnastoma tysiącami w Amsterdamie wygląda całkiem rozsądnie.
Infrastrukturę niezbędną podczas prakacji znajdziemy w Belgradzie bez problemu, wifi jest bardziej niż solidne, miejskie hot-spoty na czarną godzinę obecne. Dużo miejsc do co-workingu, ponoć najlepszy jest Smart Office przy Placu Republiki. Po godzinach mamy mnóstwo miejsc do poznania, możemy też poleżeć na plaży nad rzeką albo udać się w miasto. Wielu turystów twierdzi, że Belgrad to nocna stolica Serbii, oprócz tego, że oczywiście jest również tytularną stolicą kraju. Jeżeli tylko nie będziemy się wdawać w dyskusje o wojnie w byłej Jugosławii, Serbowie są bardzo przyjaźni dla turystów. Bardzo dobre miejsce na prakacje.

Nie ma się co czaić, pakujemy laptopa i jedziemy. Przygoda życia czeka.

 
Categories

Netflix ugina się pod naporem konkurencji? Akcje spadają o 14 proc.

Światowy gigant wśród platform streamingowych podsumował właśnie drugi kwartał tego roku z liczbą nowych subskrybentów o milion mniejszą niż oczekiwano. Niższy od prognoz jest też przychód firmy: w drugim kwartale tego roku wyniósł 3,91 mld dolarów wobec zakładanych 3,94 mld. Ceny akcji zareagowały błyskawicznym spadkiem.

Netflix do niedawna pozostawał złotym dzieckiem giełdy, którego prognozy od wielu kwartałów wzorowo pokrywały się z rzeczywistością, a nawet (jak w pierwszym kwartale tego roku) pozytywnie zaskakiwały inwestorów. Aż do dziś, kiedy to po raz pierwszy przyrost nowych użytkowników platformy nie spełnił oczekiwań. W okresie od kwietnia do czerwca Netflix pozyskał 5,2 mln nowych sukbskrybentów, co jest wynikiem o milion gorszym od oczekiwanego.

Streamingowy gigant rozminął się z prognozami nie tylko na amerykańskim rynku (pozyskał mniej niż milion subsrkybentów wobec 1,2 mln oczekiwanych, ale także słabo wypadł poza matecznikiem – w innych krajach pozyskał 4.6 mln nowych subskrybentów wobec zapowiadanych 5 milionów.

Część analityków twierdzi, że to zły prognostyk dla Netflixa, dla którego przyrost nowych płatnych subskrypcji jest głównym miernikiem rozwoju biznesu. Na wiadomość o spowolnieniu właśnie w tym obszarze giełda zareagowała adekwatnie – czternastoprocentowym spadkiem cen akcji.

“Amazon, Hulu, HBO i inni zyskują udział we wpływach z subskrypcji wideo kosztem Netflixa”- podsumował niefortunny drugi kwartał platformy Paul Verna analityk rynku portalu eMarketer. Są też inne głosy, które przypominają, że podobny, niewytłumaczalny i zarazem przejściowy zniżkę wobec prognoz odnotował Netflix w 2016 roku, co nie wpłynęło na rozwój firmy w kolejnych okresach.

Katastroficzne wizje niektórych obserwatorów rynku studzą też stabline wyniki zainteresowania widzów oryginalnymi produkcjami Netflixa, a to właśnie na rynku własnych produkcji zapowiada się najbardziej zażarta walka pomiędzy streamingowymi gigantami w najbliższym czasie.

 

 
Categories

Blockchain otwiera giełdowe portfele kolejnych polskich inwestorów

Na warszawskiej giełdzie przybywa spółek, które deklarują zaangażowanie w tytułową technologię.W kilku przypadkach tego typu komunikat wywołał spektakularny wzrost kursu akcji. “Blokczejn” może być słowem kluczem na miarę “dotcom”, gamingu czy deweloperki, a jednocześnie… pułapką.

Najświeższym przykładem giełdowego “romansu” z technologią łańcucha bloków jest notowana na NewConnect spółka Merlin. Przedstawiciel branży e-commerce podpisał 6 lipca list intencyjny ze znanym inwestorem Rafałem Zaorskim, szefem Krypto Jam.

Strony zadeklarowały rozpoczęcie prac nad rozwojem technologii blockchain zmierzających do stworzenia innowacyjnego programu lojalnościowego dla klientów grupy opartego na tokenizacji lojalności klientów. Intencją stron jest umożliwienie korzystania z technologii innym podmiotom z rynku e-commerce w Polsce i Europie, a w konsekwencji osiągnięcie pozycji lidera tokenizacji lojalności w Europie – napisano w oficjalnym komunikacie. W dniu jego publikacji kurs akcji Merlina wzrósł o 65,5 proc., z 0,9 zł do 1,49 zł, a na kolejnej sesji cena rosła w porywach do 2,15 zł. Z kolei dzienny wolumen obrotu po raz pierwszy w giełdowej historii tej spółki przekraczał liczbę 750 tys. sztuk.

Zarobić ponad 100 proc. w ciągu dwóch dni i to na bardzo słabym ostatnio warszawskim rynku akcji, to bardzo dobry wynik. I to wszystko dzięki jednemu słowu. Tak jak kiedyś inwestorów elektryzowała końcówka “dotcom” albo wejście w deweloperkę czy branżę gier komputerowych, tak teraz nastał czas “blokczejna”. I tak jak zawsze – część firm faktycznie wykorzystuje nową technologię do rozwijania swojego biznesu, a część zdaje się tylko podłączać pod modę, by zrobić wokół siebie trochę szumu i podbić wyceny akcji.

Hype na blockchain
Pierwszą spółką na rodzimym rynku akcji, która zapowiedziała wejście w okołoblokczejnowe tematy była BitEvil, kierowana przez Marię Belkę, córkę byłego premiera. Na NewConnect firma debiutowała dokładnie rok temu i to ze sporą pompą. Ogłosiła bowiem, że zamierza wprowadzić polską kryptowalutę EraCoin. To wystarczyło, by w dniu debiutu cena akcji zyskała 43 proc. rosnąc z 2,49 zł do 3,56 zł. Co więcej – dwa miesiące później notowania ustanowiły do dziś niepobity historyczny szczyt 8,33 zł.

Można dyskutować, czy wpływ na wzrost kurs miała magia nazwiska szefowej, czy jednak zapowiedź nowego coina. Ja stawiam na to drugie. A żeby było śmiesznie – EraCoin wcale kryptowalutą nie jest, przynajmniej w takim znaczeniu jak bitcoin, litecoin czy dash. Nie jest bowiem oparta na łańcuchu bloków, a jej rzekome “kopanie” to nie rozwiązywanie kryptograficznych zagadek, a tylko poświęcony czas na interakcje z innymi użytkownikami aplikacji, która tego coina obsługuje. EraCoin to właściciwe coś w rodzaju punktów lojalnościowych, które znamy chociażby ze stacji benzynowych. Spółka sprytnie wykorzystała więc modę na kryptotematy, by z przytupem wejść na rodzimy parkiet. Aktualnie jej akcje kosztują 1,5 zł, a więc sporo poniżej ceny z debiutu.

Śladami BitEvil, ale nie tylko marketingowo, ale także realnie – poszły inne spółki giełdowe. MakoLab pracuje nad systemem do identyfikatorów cyfrowych o wysokim poziomie niezaprzeczalności i transparentności, dlatego blockchain wydaje się tutaj idealnym rozwiązaniem. – Cechy tej technologii zwróciły naszą uwagę w kontekście wykorzystania do zabezpieczenia przechowywania danych identyfikacyjnych, szczególnie tych, które są wrażliwe pod kątem zaufania i objęcia gwarancją autentyczności. Takich jak np. identyfikatory cyfrowe instytucji finansowych LEI (Legal Entity Identifier). W obrębie naszych prac wzbogacenie LEI o technologię blockchain to dopiero początek – czytamy na stronie spółki.

Projekt MakoLab ma wartość nieco ponad 2 mln zł, z czego 1,2 mln zł pochodzi z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Zakończenie projektu zaplanowano na grudzień 2018 r. Na wykresie kursu akcji spółki nastroje są raczej zmienne. O ile w drugim półroczu 2017 r. akcje podrożały o 70 proc., to w pierwszym półroczu tego roku ich cena spadła o blisko 30 proc. Być może inwestorzy czekają, aż system będzie gotowy i możliwy do zweryfikowania.

Całkiem niedawno eksperymenty z technologią blockchain zapowiedziała też warszawska giełda (GPW jest spółką akcyjną i jest notowana na główynm parkiecie). Otóż 27 czerwca spółka opublikowała zaktualizowaną strategię #GPW2022, w ramach której podjętych zostanie 14 inicjatyw. Jedną z nich jest platforma Private Market, dedykowana finansowaniu firm na wczesnym etapie rozwoju za pośrednictwem tzw. equitycrowdfundingu. Infrastruktura platformy ma bazować na technologii blockchain.

Rozproszony rejestr jest dla nas bardzo atrakcyjny. Szczególnie dużo sobie obiecujemy po tzw. smart contracts, dzięki którym do obrotu mogą trafić warunki udziału w zyskach danej firmy. Forma private blockchain jest w tym momencie optymalna. Chcemy w ten sposób przetestować jej działanie w środowisku giełdowym – mówił w wywiadzie dla Parkiet TV Marek Dietl, prezes GPW. Nasza giełda zaczęła więc robić to, co giełdy zagraniczne robią już od dawna. Rynek przyjął nowe pomysły całkiem entuzjastycznie. W dniu ogłoszenia #GPW2022 akcje podrożały o 3,6 proc. do 37,55 zł, a na początku lipca cena dochodziła do 38,95 zł.

Nie najlepsze intencje
Technologiczne trendy mają to do siebie, że przyciągają też firmy, które niekoniecznie chcą dać akcjonariuszom udział w innowacyjnym przedsięwzięciu, a raczej zrobić wokół siebie trochę pozytywnego PRu i przy okazji podbić kurs akcji. Być może pamiętacie scenę z “Wilka z Wall Street”, w której główny bohater – Jordan Belfort – wciska przez telefon klientowi akcje firmy z sektora IT, która ma być drugim gigantem na miarę Apple’a, a okazuje się za chwilę, że to zwykła szopa na środku podwórka, którą z IT łączy tylko napis na szyldzie nad wrotami. To są sceny z życia wzięte. To samo grozi nam teraz przy okazji boomu na blokczejn i różne coiny, dlatego warto mieć się na baczności za każdym razem, gdy jakiś giełdowy podmiot informuje, że angażuje się w tego typu projekty.

Lampki ostrzegawcze zapaliły się rynkowym obserwatorom na początku tego roku, gdy takie komunikaty wypuściły trzy spółki z NewConnect – Erne Ventures, Devoran i Novina ASI. Kontrolki nie zaświeciły się dlatego, że spółki te miały bardzo niską wycenę akcji (ok. 1 zł lub mniej), która zawsze sygnalizuje podwyższone ryzyko inwestycji, ale z nieco innych powodów. – Spółki te wiele dzieli, ale łączy m.in. osiąganie niewielkich przychodów, notowanie strat i skłonność do zmieniania nazw i emitowania akcji – pisał wówczas na łamach Pulsu Biznesu Marcel Zatoński. Oczywiście nie przekreślam szans tych firm na to, że wejście w nowe technologie będzie kołem zamachowym ich biznesów, ale niektóre z ich dotychczasowych dokonań, skakanie z jednego branżowego kwiatka na drugi i zachowanie kursu akcji sugerują przynajmniej zachowanie ostrożności.

Otóż Erne Ventures, fundusz inwestujący jak dotąd w przedsięwzięcia z branży gier komputerowych i motoryzacji, ogłosił w styczniu aktualizację swojej strategii, podając w niej plany większego zaangażowania w projekty zapowiadające wdrożenie własnych rozwiązań opartych o blockchain. Na stronie internetowej, w nazwie funduszu, obok dopiski „games“ pojawiło się „blockchains“. W pierwszym momencie cena akcji skoczyła o 22 proc., ale jeszcze na tej samej sesji kurs ustabilizował się zyskując ostatecznie zaledwie 2,7 proc. względem poprzedniej ceny zamknięcia. W tym przypadku magiczne słowo nie wywołało większego entuzjazmu wśród inwestorów. Być może dlatego, że ci ostatni zrazili się wcześniejszym zaangażowaniem funduszu w spółkę Arrinera, która od kilku lat obiecuje nam pierwszy polski samochód wyścigowy i jak dotąd taśmy produkcyjne nie ruszyły. Być może też dlatego, że po pierwszym kwartale w skonsolidowanych wynikach na poziomie zysku netto była strata sięgająca prawie 900 tys. zł. A być może dlatego, że w lutym spółka ogłosiła, że w ramach nowej strategii przejęła spółkę Revitum, czyli sieć placówek diagnostyki medycznej, i zamierza przekształcić ją w… giełdę kryptowalut. To intrygujący pomysł, nie tylko z uwagi na technologiczną transformację, ale także dlatego, że większość, o ile nie wszystkie giełdy kryptowalut wyprowadzają się z naszego kraju z powodu nieprzyjaznych regulacji.

Devoran również ma sporo dokonań na swoim koncie.  Gdy wchodził na NewConnect w 2007 r. nazywał się Viaguara i jego produktem była wódka z guaraną. Później zmienił się w Polsko-Amerykański Dom Inwestycyjny, aby w końcu wejść w deweloperkę i nazwać się Devoran. Na początku tego roku ogłosił z kolei, że angażuje się w nową technologię, m. in. tworzenie rozwiązań i planów marketingowych dla społeczności blockchain oraz budowę zaplecza koparek wykorzystywanych do pozyskiwania kryptowalut. Pojawił się też plan zmiany nazwy na Future Blockchain.

W styczniu kurs akcji spółki wzrósł o 145 proc. do 1,08 zł. Tymczasem od strony finansowej trudno o optymizm. W zeszłym roku skonsolidowany wynik netto wyniósł zaledwie 202 tys. zł. Ponadto spółka znalazła się w ubiegłym roku pod okiem nadzorcy. – W listopadzie rynkowy nadzorca poinformował, że podejrzewa manipulację kursem Devoranu. KNF szczegółowo opisywała podejrzane transakcje z września ubiegłego roku, gdy grupa powiązanych akcjonariuszy miała stosować m.in. takie techniki manipulacyjne, jak ukrywanie własności, sztuczny obrót i „pump & dump” (napompuj i opchnij), podbijając kapitalizację spółki – napisno w Pulsie Biznesu. Aktualnie papiery spółki wycenianie są na parkiecie na 0,11 zł. Czyżby inwestorzy nie wierzyli w kolejną przemianę?

Małą wiarę, przynajmniej patrząc przez pryzmat wykresu kursu akcji (ich cena to ok. 0,33 zł), widać też wśród akcjonariuszy funduszu pożyczkowego Novina. Podobnie jak poprzednik, ta spółka też ma na koncie kilka przeistoczeń. Na New Connect weszła w 2012 r. jako firma „Baby“ planująca budowę sieci kawiarni. Potem zajęła się działalnością inwestycyjną pod nazwą Goldwyn Capital, by w końcu stać się funduszem pożyczkowym, a w styczniu tego roku ogłosić, że zawiązuje nową spółkę „Blockchain Technology“. Przedmiotem działalności tej ostatniej mają być inwestycje wykorzystujące technologię blockchain, w pierwszej kolejności kopanie kryptowalut. To wystarczyło, by w styczniu podbić wyceną walorów o 62 proc. Mało tego, spółka opublikowała na początku roku prognozę, że po 12 miesiącach zarobi na czysto 2,2 mln zł. Ambitnie. Zwłaszcza, że rok ubiegły zamknęła  stratą rzędu 2,86 mln zł. Wygląda na to, że spółka naprawdę zamierza wykopać sporo bitcoinów…

Myślę, że w niedalekiej przyszłości kolejne spółki z NewConnect i GPW będą ogłaszać zaangażowanie w tytułową technologię. Zwłaszcza, że znajduje ona coraz więcej możliwości zastosowania, już nie tylko w systemach płatniczych, ale chociażby w energetyce, logistyce, zarządzaniu siecią sprzedaży itp. Jak pokazują powyższe przykłady, temat jest bardzo nośny i potrafi mocno podbić kurs przynajmniej w krótkim terminie. Nie ma się co dziwić.

Na naszym parkiecie panuje bessa, więc inwestorzy szukają innowacyjnych rozwiązań, które mogą dać wysoką stopę zwrotu. Giełdowa historia pokazuje, że każda hossa miała swojego przewodnika, np. spółki informatyczne lub spółki deweloperskie. Blockchain ma potencjał, by znów dać silny impuls wzrostowy, zwłaszcza, że niektórzy wieszczą tej technologii wywołanie rewolucji większej niż ta związana z powstaniem sieci internetowej. W tym kontekście należy pozytywnie oceniać eksperymenty rodzimych spółek z nową technologią. Liczę na to, że owe eksperymenty nie otworzą przysłowiowych sezamów tylko zarządom owych spółek, ale wszystkim akcjonariuszom i to w dłuższym niż miesięczny terminie.

 

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Bezlitosne bezrobocie cz.2

Gdy słyszymy o pozytywnych skutkach bezrobocia, mogą się przydarzyć dwie rzeczy. Gdy mamy pracę, słuchamy z uwagą, kiwamy głową, zgadzamy się lub wchodzimy w spór, jest ciekawie. Gdy jesteśmy bezrobotni, mamy ochotę palić opony i parlament. Też jest ciekawie. Przyjrzyjmy się skutkom bezrobocia, może uda się je przegadać bez udziału butelek z benzyną.

Ale zanim powiem o skutkach, w trzech zdaniach omówię psychologiczne fazy bezrobocia. Na początku pojawia się obawa utraty pracy. Ot, na przykład w firmie pojawiają się plotki o zwolnieniach grupowych. Czujemy się pobudzeni, mamy huśtawki nastrojów i skrajne zmiany stanów emocjonalnych. Z jednej strony szykujemy się na najgorsze, z drugiej myślimy „jestem dobry, zwolnią kogoś innego”.

A potem szef wzywa nas na rozmowę i jest po zawodach. Po utracie pracy przeżywamy szok. Mamy poczucie klęski i krzywdy. Czujemy się bezwartościowi, upokorzeni i przygnębieni. Prawie natychmiast pojawia się lęk przed przyszłością, a przede wszystkim w oczy zagląda widmo konieczności spłaty odsetek frankowego kredytu hipotecznego.

Po kilkunastu dniach rozgaszczamy się w bezrobociu, pojawia się ostrożny optymizm, chwilową przerwę w pracy traktujemy jako tymczasową niedogodność. I robimy sobie urlop od wszystkiego. Gdy go kończymy, wchodzimy aktywnie i z wiarą w sukces, w poszukiwanie odpowiedniej dla nas pracy.

Gdy ją znajdziemy, temat przestaje nas interesować. Gdy poszukiwania pracy się przeciągają, pojawia się pesymizm, rezygnacja, poczucie beznadziei. Tracimy wiarę w siebie, wpadamy w kłopoty finansowe, podupadamy na zdrowiu.

Ostatnia faza to zadomowienie i dopasowanie się do bezrobocia. Towarzyszą temu apatia, izolujemy się od znajomych i społeczeństwa, redukujemy oczekiwania życiowe, zaczynamy realizować program minimum bytowego. Przestają nas interesować jakiekolwiek rzeczy oprócz przeżycia i poszukiwania coraz mniej ambitnej pracy. Bardzo często pojawia się depresja.

Jaki z tego wniosek? Najlepiej nie być bezrobotnym a o pozytywnych skutkach bezrobocia możemy mówić wyłącznie w kategoriach gospodarki lub pracodawcy a nie jednostki. Dla jednostki, poza krótkim urlopem od obowiązków, bezrobocie nie niesie niczego dobrego.

Przepraszam, pomyliłem się. Jest jeden pozytyw dla pracowników. Jeżeli w życiu wypełnionym lękiem, znajdą motywację do samorozwoju, szybko zaczynają się uczyć nowych rzeczy, które pozwolą im utrzymać się w pracy, albo pomogą w poszukiwaniu nowej.

Niewątpliwie rośnie konkurencyjność na rynku pracy. Osoby bezrobotne muszą się rozwijać i kształcić nowe umiejętności. Niestety, ekonomiści zapominają, że osoba apatyczna i bez środków do życia, raczej nie ma sił na głęboki samorozwój.

Kolejnym pozytywnym skutkiem bezrobocia jest możliwość realokacji ludzi z zawodów nieefektywnych i nieopłacalnych do nowoczesnych i efektywnych. Do tego jednak potrzebne są również głębokie przemiany strukturalne gospodarki. Widzieliśmy to u nas po 1989 roku, gdy polikwidowano mnóstwo zawodów fizycznych, a w ich miejsce pojawili się specjaliści do spraw marketingu, przedstawiciele handlowi i PR-owcy.

Bezrobocie oznacza osłabienie pozycji pracowników i związków zawodowych. Maleje presja na wzrost płac. Zmniejsza się popyt na towary i usługi. Wszystko to pomaga walczyć z inflacją.

Gdy rośnie bezrobocie, pracownikom wzrasta motywacja do bardziej efektywnej i solidnej pracy. To prawda, nic tak nie motywuje pracownika do wytężonego wysiłku, jak wiszący nad głową bat.

No i oczywiście gdy widmo bezrobocia zajrzy nam w oczy, jesteśmy bardziej skłonni zainteresować się elastycznymi formami pracy, takimi jak wolontariat, darmowe staże czy zlecenia. Jak mówiłem – pozytywy leżą wyłącznie po stronie pracodawców i gospodarki.

Do negatywnych skutków bezrobocia możemy zaliczyć utratę statusu majątkowego i społecznego, problemy rodzinne, zdrowotne i psychiczne, obniżenie samooceny a w skrajnych przypadkach bezdomność. Jak widać, wszystkie negatywy bierze na siebie pracownik.

Dla porządku warto wspomnieć o rodzajach bezrobocia. Ze względu na czas jego trwania wyróżniamy bezrobocie krótko, średnio i długookresowe, oraz bezrobocie chroniczne. To ostatnie oznacza osoby pozostające bez pracy powyżej roku.

Ze względu na ewidencję, wyróżniamy bezrobocie jawne, czyli tych, którzy rejestrują się w Urzędach Pracy, i bezrobocie ukryte, pozostające poza ewidencją. Nie wszystkim chce się chodzić na niewnoszące niczego wizyty w UP.

Ze względu na stan gospodarki możemy wskazać bezrobocie cykliczne, które jest związane z fazami cyklu koniunkturalnego. Natomiast bezrobocie sezonowe wiąże się zazwyczaj z porą roku i występuje w budownictwie czy rolnictwie. Trudno w zimie zbierać truskawki czy wylewać fundamenty.

Bezrobocie związane ze zmianami technologicznymi i ewolucją procesów produkcyjnych nazywamy bezrobociem strukturalnym. W Polsce w okresie przemian dotknęło ono pracowników górnictwa, hutnictwa, przemysłu włókienniczego i ludzi z PGR-ów. Bezrobocie strukturalne może dotknąć ludzi również z powodu zmian w gustach konsumentów. Dzisiaj aparaty Polaroida kupują już nieliczni.

Bezrobocie technologiczne najkrócej charakteryzuje hasło „zabrali nam pracę”, przy czym nie jest to związane z imigracją ekonomiczną, a z automatyzacją i robotyzacją. Może mieć ono charakter tymczasowy, jeżeli uda się przesunąć ludzi do nowych zajęć, albo stały, jeżeli zrobotyzowaniu uległa cała gałąź gospodarki. Popatrzmy choćby na montownie samochodów, gdzie ludzie są potrzebni wyłącznie do nadzorowania pracy robotów.

W każdym kraju znajdziemy bezrobotnych z wyboru. Niektórym po prostu opłaca się korzystać ze wszystkich dostępnych form pomocy społecznej i jednocześnie pracować na czarno. W przesłanki stojące za takim postępowaniem nie wnikamy, ale mogą się wiązać z niechęcią do nadmiernego wysiłku.

No i na koniec najzdrowszy rodzaj bezrobocia, czyli bezrobocie frykcyjne. Występuje podczas poszukiwania nowej pracy lub zmiany miejsca zamieszkania.

W następnym odcinku poruszymy już przyjemniejsze tematy. 

 
Categories

Workation, czyli prawie wakacje dla bardzo zapracowanych

Na myśl o wakacjach masz niepokoje i biją na ciebie siódme poty? Nie jesteś w stanie wyobrazić sobie przerwy w pracy? Przeraża cię świadomość, że podczas twojej nieobecności, ktoś inny może wkraść się w łaski szefa albo przejąć projekt, nad którym z mozołem pracujesz od pół roku? Czy może myśl o odpoczynku wydaje ci się wstrętna? Workation to rozwiązanie idealne dla ciebie.

Oczywiście wszystkie wymienione we wstępie symptomy są powodem do niepokoju, ale rozumiem, że w zabieganym świecie nie wszyscy mamy czas na wypoczynek. Nowy, gorący trend z Zachodu pozwala nam częściowo pogodzić pracę z koniecznością odcięcia się od niej. Nie jest rozwiązaniem idealnym, bo ciało i umysł wymagają resetu i naładowania akumulatorów, ale jeżeli nie możemy mieć tego, co chcemy, to miejmy przynajmniej cokolwiek.

Workation to połączenie pracy (work) i wakacji (vacation), i oznacza, jak się możemy domyślać, wakacje połączone z pracą. Jest to rozwiązanie idealne dla ludzi pracujących zdalnie, którzy nie musza podbijać codziennie karty pracy i są rozliczani z wyników a nie dupogodzin. Z workation mogą również skorzystać właściciele firm, którzy nie chcą zostawiać biznesu na pastwę pracowników, a swoim dyrektorom ufają nieprzesadnie. Ostatnio z tego rozwiązania korzystają korporacje, organizując w ten sposób pracę swojej załogi.

Żebyśmy dobrze zrozumieli ideę workation. To nie są wakacje, podczas których pracodawca zmusza pracownika do wykonywania zwyczajowych zadań. To raczej inny sposób organizowania pracy, poprzez łączenie jej z wypoczynkiem. Wyobraźmy sobie, że mamy grupę programistów, którzy siedzą w zagródkach bez okien i klepią kod 12 godzin dziennie. Nikt o zdrowych zmysłach nie wytrzyma takiego reżimu pracy przez dłuższy czas. Może więc lepiej wywieźć koderów do ciepłego kraju, dać im mocne łącze i niech pracują stamtąd?

Dla pracownika jest to świetne rozwiązanie, bo podczas takich praco-wakacji nie zużywa urlopu. Pracodawca organizuje zajęcie w ten sposób, że grupa pracuje od 9 do 14. Po 14 ma nakaz wyłączenia komputerów i komórek, i zaczyna wypoczywać. Czy to leżąc nad basenem z książką i zimnym drinkiem, czy to zwiedzając, jeżeli jest co zwiedzać.

Można się zapytać, dlaczego właściwie chcielibyśmy robić coś tak szalonego, jak workation? Badania nie pozostawiają złudzeń – Polacy nie potrafią wypoczywać. W 2017 roku CBOS przeprowadził badanie, według którego wyjeżdżamy na urlop średnio na siedem i pół dnia. Od 2012 roku skróciliśmy swój urlop o dwa dni. Z kolei z badania przeprowadzonego wśród użytkowników Allegro wynika, że w trakcie wakacji aż 81 proc. osób korzysta z internetu. I to jest w porządku, bo skąd wiedzielibyśmy, co mamy zwiedzać na miejscu. Gorzej, że prawie 1/4 klika w internety w celach służbowych.

Bezlitosne są dla nas również statystyki OECD. Na sen i relaks poświęcamy dziennie ledwie 14 godzin. Daje nam to zaszczytne trzecie miejsce wśród krajów OECD. Od końca. Aż 25 proc. z nas pracuje podczas urlopu do 3 godzin dziennie. Nie umiemy wypoczywać, jesteśmy w tym beznadziejni tak, że bardziej się chyba nie da. Gdy przeglądałem badania stwierdziłem, że idea workation jest jakby stworzona dla zapracowanych Polaków. Trzeba zmienić angielską nazwę na naszą. Proponuję prakacje.

Ponieważ z umęczonego i niewypoczętego pracownika pożytek jest dużo mniejszy niż ze zrelaksowanego, pracodawcy coraz śmielej przyglądają się tej egzotycznej idei. Na dobrą sprawę jedynym minusem takiego rozwiązania są koszty wysłania zespołu do ciepłych krajów. Z drugiej strony mogą się one zwrócić już podczas wyjazdu, bo jak uczy doświadczenie, produktywność zespołów rośnie wtedy bardzo mocno.

Są też inne plusy prakacji. Poprawiają się relacje między ludźmi z zespołu, rośnie integracja, ludzie zaczynają się lepiej rozumieć i dogadywać. Poprawia się motywacja i koncentracja w czasie pracy, większość osób chce skończyć zadanie w krótszym czasie, żeby nie zostawiać sobie rzeczy na następny dzień. A przypominam, że podczas prakacji w pracy siedzi się przez 4-5 godzin dziennie. Bardzo ważne jest również budowanie pozytywnego wizerunku firmy w oczach pracowników. Zarówno tych obecnych, jak i przyszłych. Kto by nie chciał pracować w firmie, która raz do roku wysyła wszystkich na miesiąc na Malediwy?

No dobra, to gdzie się kopnąć na prakacje, jeżeli już zdecydujemy się na tego typu formę częściowego wypoczynku? Należy pamiętać o kilku podstawowych zasadach:

– Dopasowujemy aurę na miejscu nie tylko pod wypoczynek, ale i pod pracę. Wspomniane Malediwy brzmią doskonale, ale jak się tam wybierzemy między majem a listopadem, możemy załapać się na ulewne deszcze. Wysoka temperatura w połączeniu z wilgotnością, zabiją każdą produktywność i pokrzyżują nasze plany wypoczynkowe.

– Jakkolwiek interesujące może wydawać się zagubione miasto w sercu Kambodży, musimy pamiętać o infrastrukturze umożliwiającej pracę. Będziemy zatem potrzebować szybkiego łącza i dostępu do sali konferencyjnej na wypadek, gdybyśmy musieli przeprowadzić telekonferencje z klientem na tyle zasadniczym, że przeszkadza mu widok kąpiących się ludzi w tle.

– Unikamy pory monsunowej, terenów aktywnych sejsmicznie, zagrożonych powodzą, uderzeniem tsunami i wszystkimi atrakcjami pogodowymi, które uniemożliwią nam tak pracę, jak i wypoczynek. Wizytę w strefie działań wojennych zaplanujmy sobie na czas normalnego urlopu.

– Wiem, że to zabrzmi źle, ale planując prakacje, rozważmy wyjazd w miejsce, w którym nie ma rodzin z dziećmi. W czasie normalnych wakacji nie mam z tym problemu. Natomiast dziecko w pracy to zły pomysł, o czym kilkukrotnie się przekonałem. Nie da się być efektywnym, gdy dwie zagródki obok płacze nieprzewinięty bobas.

Jeżeli nie możesz pokonać wroga, przyłącz się do niego. Jeżeli nie jesteś w stanie wypoczywać, bo ciągle pracujesz, pracuj i wypoczywaj jednocześnie. Od siebie mogę dodać tylko tyle, że tekst ten powstał podczas Open’era. Kolejne prakacje zaliczone.