Categories

Drżyjcie pracodawcy idą młodzi roszczeniowi

Dawno nie odwiedzaliśmy naszych przyjaciół milenialsów. Pytacie co tym razem zbroili? Odpowiedź jest wstrząsająca – zabijają pracę taką, jaką znamy. Rozumiecie? Zabierają nam nasz styl pracy. Nie ma dla nich żadnych świętości.

Do niedawna było lepiej. Przychodziło się do pracy na 9:00, wychodziło jak tam się projekty ułożyły, czasami o 17:00, ale częściej bliżej 20:00. Nikt o płatne nadgodziny nie pytał, szef był nam jak ojciec, gdy trzeba surowy i pasa nie szczędził, czasami pochwalił dobrym słowem. W jednej firmie przepracowywało się minimum 5 lat, o podwyżkach się nie rozmawiało, bo czasem była skromna bo skromna, ale jednak premia roczna. Integracje z funduszu socjalnego, raz do roku duża impreza firmowa, dopłaty do karty Multisport i podstawowej opieki zdrowotnej. Nikt nie narzekał.

I komu to przeszkadzało?

Wiadomo. Roszczeniowym milenialsom, którym dogodzić się nie da. I okazuje się, że nie kręci ich ani ośmiogodzinny dzień pracy, ani bezproduktywne siedzenie w biurze. Na hasło „nadgodziny” reagują śmiechem, chcą podwyżek po pół roku pracy, integracja przy piłkarzykach i piwie ich nie interesuje, hierarchiczną strukturę korporacyjną mają w głębokiej pogardzie i na dodatek kwestionują autorytety oraz stan zastany, jakby się na wszystkim znali najlepiej. Przecież tak nie można.

Erozja starego systemu pracy postępuje na wielu polach. Weźmy na przykład takie modne hasło, jak „work-life balance”. Niby się zgadzaliśmy, że rozdzielamy sobie te pola, a potem niepostrzeżenie zaczęliśmy odbierać telefony po godzinach i przychodzić do pracy w sobotę, żeby podciągnąć zaległości. Milenialsi potrafią być tak uparci przy rozdzielaniu pracy od życia prywatnego, że nie spełniają oczekiwań szefa starej daty, który oczekuje, że telefon będzie odebrany nawet w sobotę o 21:37 a odpowiedź na maila wysłanego w niedzielę o 7:42 wyląduje na jego skrzynce najdalej o 8:15. Nic z tego, według raportu „Młodzi na rynku pracy” aż 88 proc. młodych ludzi oczekuje możliwości integracji życia zawodowego i prywatnego. I traktują to śmiertelnie poważnie. 

Doszło do tego, że nawet rekruterzy się skarżą. Kończą się czasy dostosowywania terminów rozmów kwalifikacyjnych pod oferującego pracę. Dzisiaj trzeba zmienić zasady i dopasować się do kalendarza kandydata. Tak się nie da pracować.

Obecne pokolenie jest najlepiej wykształcone w historii Polski. Jasne, możemy narzekać na płytkość programów nauczania i spadający poziom wyższych uczelni, ale milenialsi mają dyplom ukończenia studiów, przynajmniej jeden język obcy i obcykanie w nowych technologiach, w otoczeniu których się wychowali, i do których błyskawicznie się adaptują. I z tego coś już można rzeźbić, bo łatwiej młodego nauczyć, niż starego oduczyć.

Co najgorsze, młodzież ma świadomość swojej wartości. A co jeszcze gorsze, młodych bez kredytu trudniej zastraszyć w pracy. Nie da się mobbingować kogoś, kto w każdej chwili może wstać, rzucić papierem i wyjść z nieprzyjaznego, toksycznego związku z pracodawcą. Zresztą częste zmiany pracy to rzecz, do której pracodawcy też się muszą zacząć przyzwyczajać. Młodzi nie będą siedzieć w robocie, w której nauczyli się wszystkiego, czego mogli się nauczyć.

Milenialsi często poruszają tak egzotyczne tematy jak cele i inicjatywy społeczne podejmowane przez ewentualnego albo aktualnego pracodawcę. Chce im się przykuwać do drzew, siedzieć w hospicjach i angażować się w wolontariat pracowniczy. A tu poruta, bo w firmie jedyny wolontariat pracowniczy to bezpłatne staże dla studentów.

No i na koniec rzecz najgorsza, niczym zdradziecki sztych sztyletem w plecy. Praca sama w sobie nie stanowi dla milenialsów nagrody, nie jest też wystarczającą motywacją, żeby rzucili się na nią z wdzięcznością i robili to, co powiedział pan kierownik. Młodzi nie żyją, żeby pracować, tylko pracują, żeby żyć. Trudno ich zmotywować karierą, pieniędzmi czy uznaniem w oczach szefa. To nie ta bajka.

Mikrozarządzanie nie sprawdza się w obliczu bandy bezczelnych studentów, których nie interesują wskazówki i zarządzenia pana kierownika. Oni potrzebują mieć wpływ na sposób, w jaki ten cel zostanie osiągnięty. Czyli oczekują większej wolności, możliwości sprawdzania się i samodzielnego podejmowania decyzji. Na domiar złego, 74 proc. oczekuje elastycznego czasu pracy, co oznacza, że chcą pracować z domu! A przecież każdy wie, że praca w domu, to nie jest prawdziwa praca. Panowie kierownicy całkowicie tracą kontrolę nad pracownikiem, co powoduje u nich niemałą konfuzję. Jak to? Zaufać pracownikowi? Tak się nie godzi.

Możemy próbować się bronić, ale cudów nie ma i z demografią pan nie wygrasz. W 2025 roku 75 proc. siły roboczej będą stanowić szeroko pojmowani milenialsi. I pracodawcy zaczną mieć bardzo poważny problem. Bo albo się dostosują do nowego paradygmatu, albo zginą. Nie ukrywam, że ta druga perspektywa bardzo mnie cieszy. 

Dane pochodzą z analizy “Młodzi na rynku pracy” wykonanej przez Forum Odpowiedzialnego Biznesu.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Bańka spekulacyjna czyli kiedy pęknie?

W prasie Bitcoin, w radio Bitcoin, w telewizji Bitcoin. Jeżeli stare media zainteresowały się Bitcoinem, sprawa jest poważna. Niektórzy nawet twierdzą, że sprawa jest poważna na tyle, że czas na korektę kursu. Określają to mniej grzecznie, jako „golenie baranów” a nie korektę, co oznacza, że akcję na Bitcoinie uznali za bańkę spekulacyjną. Wyjaśnimy ten fenomen.

 

Od razu mówię, że nie zadeklaruję się po żadnej ze stron, chociaż coraz bardziej przychylam się do opcji „Bitcoin jako bańka”. Pochylmy się nad zagadnieniem.

Bańka spekulacyjna nie powstaje w jeden dzień, to trwający jakiś czas proces wzrostu lub spadku cen określonego towaru albo akcji. Proces charakteryzuje się tym, że jest niezrównoważony. Nic nie uzasadnia gwałtownego drożenia Bitcoina, a jednak drożeje. Proces jest również samonapędzający się. To bardzo ważne i działa następująco.

Inwestor dowiaduje się o Bitcoinie. Kursy przebijają dach, ale wszyscy mówią, że będzie drożeć i jak ktoś nie wsiądzie teraz do tego wagonika, będzie żałował. Rynek oczekuje dalszego wzrostu wartości kryptowaluty, co przyciąga kolejnych inwestorów, którzy są bardzo zainteresowani zyskami. Które niewątpliwie uzyskają inwestując wwłaśnie Bitcoiny. Przecież one już kosztowały kiedyś ponad 18 tys. dolarów za sztukę, na pewno jeszcze zdrożeją! O rany, dzisiaj kosztują niecałe 7 tys. dolarów, warto wejść, gdyby miały ponownie osiągnąć historyczne maksima.

W przypadku bańki spekulacyjnej, wzrostu cen nie uzasadniają czynniki ekonomiczne czy finansowe. Stoi za nimi wyłącznie aspekt psychologiczny. Wzrost cen jest generowany w naszych głowach. Zakładamy, że będzie drożej, wkładamy w to pieniądze i voila – jest drożej! I dopóki będą pojawiać się nowi inwestorzy, będzie drożało. A potem duży zawodnik zaczyna realizować zyski, rzuca towar na rynek i zaczyna się panika oraz duże korekty cen.

To odróżnia bańkę od hossy. W przypadku tej pierwszej po dużych wzrostach następuje pęknięcie bańki, obydwie te rzeczy następują jedna po drugiej. Stan bańki jest tymczasowy, w kategoriach procesów gospodarczych nie trwa długo i kończy się płaczem i bankructwami. Gdy bańka pęka, sytuacja wraca do normalnego stanu wartości danego aktywu czy towaru. W przypadku hossy i prawidłowego wzrostu, wartość danego towaru czy aktywu zmienia się fundamentalnie i odzwierciedla jego faktyczną wartość a nie wyobrażenia inwestorów.

Retrobańki
Przejdźmy do ciekawszej części, w której pokażę kilka klasycznych i znanych baniek spekulacyjnych. Za najstarszą uznaje się tulipomanię. Tulipany trafiły do Europy w XVI wieku. Szczególną popularność osiągnęły w Zjednoczonych Prowincjach Niderlandzkich, zresztą Holandia kojarzona jest z tymi kwiatami do dziś. Elity zaczęły konkurować między sobą, chwałę i sławę zdobywali posiadacze najrzadszych odmian tulipanów. Tulipany rozwijają się dość wolno, więc ceny ruszyły w górę. Cebulki najrzadszych odmian trafiały na licytacje, ludzi ogarnęło szaleństwo.

Na dodatek holenderskie tulipany zaatakowała choroba, która powodowała, że płatki przybierały fantastyczne kształty i kolory, odcienie, pofałdowania, wystrzępienia na krawędziach płatków. Hodowcy i kolekcjonerzy podejrzewali, że choroba rozprzestrzenia się nie przez nasiona a przez cebulki, co wywindowało dodatkowo ich cenę, upodabniając zakupy do loterii. Mogłeś dostać cebulkę, z której wyrósł w miarę normalny kwiat, mogłeś również trafić taką, która dała ci unikalnego tulipana. Ludzie oszaleli jeszcze bardziej.

Kwiaty stały się tak modne i pożądane przez kupujących, że cena cebulek potrafiła wzrosnąć nawet o 2000 proc. w miesiąc. Ludzie inwestowali oszczędności, zaciągali kredyty, w skrajnych przypadkach wyprzedawali majątek tylko po to, żeby móc kupić tulipany i odkuć się z przyszłych zysków. Niektórzy twierdzą, że to gorączce tulipanowej zawdzięczamy pojawienie się kontraktów terminowych i opcji.

Bańka „wystartowała” pod koniec roku 1634, zakończyła się efektownym załamaniem na początku roku 1637. Szczyt przypadł na rok 1636, w którym ktoś kupił cebulkę gatunku Semper Augustus za 6 tys. guldenów. Żeby to osadzić w kontekście, stanowiło to równowartość ok. 40 średnich rocznych zarobków, które wtedy wynosiły 150 guldenów. Pęknięcie pogrążyło gospodarkę Niderlandów w kryzysie na długie lata. Wszystko z powodu kwiatków.

Bańki, które dotknęły Kompanię Mórz Południowych i Kompanię Missisipi miały podobne podłoże – obie spółki emitowały akcje i kusiły inwestorów wizją niebywałych zysków w przyszłości. Zyski miały pochodzić z zamorskiego handlu, w pierwszym przypadku z Ameryką Południową, w drugim głównie z Luizjaną. W obu przypadkach inwestorzy sztucznie napompowali popyt, po czym nastąpiło urealnienie – żadna z Kampanii nie zrealizowała zakładanych zysków i kurs akcji załamał się prawie z dnia na dzień. Efektem były bankructwa tych, którzy nie zdążyli pozbyć się akcji w odpowiednim momencie.

Bańka lat 20-tych zakończyła się Czarnym Czwartkiem 24 października 1929 roku. Wepchnęła gospodarkę Stanów Zjednoczonych w Wielki Kryzys i zniszczyła ją niemalże z dnia na dzień. Kupowanie wszystkiego, łącznie z akcjami na kredyt, zemściło się na Amerykanach wyjątkowo brutalnie.

Klęska dot-comów
Bańkę internetową aka dot-comową starsi z nas oglądali na żywo. Napędził ją rozwój technologii wykorzystujących internet. Spółki inwestujące w rozwiązania oparte o sieć, stały się bardzo szybko przedmiotem zainteresowania inwestorów. Swoją cegiełkę dołożyły fundusze venture capital, które rozrzucały pieniądze na lewo i prawo i oferowały je firmom, które nie miały doświadczenia w branży. Niektórzy śmiali się, że wystarczy w nazwie mieć człon com albo net, żeby dostać kasę. Zdarzały się inwestycje w sam pomysł, bez żadnej wspierającej go infrastruktury.

Za początek bańki uznaje się rok 1995, gdy pojawiła się pierwsza wersja przeglądarki Netscape. W tym roku liczbę użytkowników Internetu oceniało się na 18 mln. Wraz z pojawieniem się Netscape zaczęła lawinowo rosnąć, czyniąc sieć miejscem bardzo perspektywicznym i potencjalnie bardzo intratnym. Na zainteresowanie się kapitału nową technologią wpłynęły również niskie stopy procentowe. Lęk przed „pluskwą milenijną” zmusił użytkowników do wymiany sprzętu i oprogramowania, dodatkowo pompując kurs akcji takich firm jak IBM, Cisco czy Microsoft.

Co więcej, nowopowstające dot-comy oferowały swoim pracownikom absurdalnie wysokie pensje i akcje. Programiści z dnia na dzień zostawali milionerami, bo przecież kurs akcji szybował. Pieniądze reinwestowali w kolejne akcje, pomnażając swój majątek. Przynajmniej na papierze. Gdy w 2000 roku inwestorzy w końcu stracili cierpliwość i powiedzieli „sprawdzamy”, cały ten domek z kart runął z hukiem. Dot-comy bankrutowały w takim tempie, że nie nadążaliśmy sprawdzać, kogo już nie ma na rynku. Niektóre serwisy, działające jeszcze rano, wieczorem się zamykały.

Najlepszym chyba przykładem tego szaleństwa jest firma Think Tools, która osiągnęła wycenę rynkową na poziomie 2,5 mld dolarów, pomimo braku perspektyw na stworzenie jakiegokolwiek działającego produktu.

Natomiast bańkę hipoteczną zakończoną światowym kryzysem pamiętamy wszyscy, zwłaszcza posiadacze kredytów mieszkaniowych we frankach.

Kapitał spekulacyjny gigantycznej wartości krąży po świecie, szukając okazji do zarobku. Kolejna gigantyczna bańka jest kwestią czasu. Niczego się nie uczymy, przez co skazani jesteśmy na powtarzanie ciągle tych samych błędów. Dlatego trzymam się zasady „jeżeli okazja jest zbyt dobra, ktoś prawdopodobnie chce mnie oszukać”. Nie namawiam do zarzucenia inwestowania i wyjazdu w Bieszczady. Sugeruję tylko podążanie za rozsądkiem, a nie za tłumem.

 
Categories

Na testy genetyczne wydajemy już 88 mln zł rocznie. Płacimy, choć nie zawsze wiemy za co

Ze śliny wróżymy swoją przyszłość, na podstawie wymazu z policzka ustalamy, czy naszych przodków nie przywiało ze stepów Mongolii, a z plam na pościeli dowiadujemy się o zdradach partnerów. Okazuje się, że Polacy pokochali testy DNA. W ciągu dwóch lat wysokość wydatków na nie wzrosła u nas o 120 mln w skali roku! Brak regulacji sprawia jednak, że ten rynek to w Polsce prawdziwy Dziki Zachód.

“Podejrzewając swojego partnera lub partnerkę o niewierność, warto wykonać szybki test zdrady” – zachęca jedna z firm oferujących laboratoryjne badanie, które za niecały tysiąc złotych wykrywa, czy na przedmiotach (pościeli, bieliźnie) nie znajduje się przypadkiem sperma kochanka. Jest też w stanie sprawdzić, czy pochodzi ona od osoby, którą o bycie kochankiem podejrzewamy (to już na podstawie porównania z mikrośladami zostawionymi przez podejrzanego na niedopałku papierosa czy szklance). Choć oferta to kontrowersyjna, to jest tylko jedną z setek usług oferowanych w internecie przez polskie firmy i laboratoria zajmujące się analizą próbek DNA.

Okazuje się, że w Polsce rynek testów DNA kwitnie. W 2015 roku wydaliśmy na nie 80 mln złotych, a w 2017 już 200 mln (w tym 46 proc. wydatków pokrył NFZ). Nie odstajemy od światowego trendu: do 2020 roku globalny rynek testów genetycznych ma być wart 340 mln dolarów. Popyt rośnie, więc i pomysłów na komercyjne wykorzystanie genetyki jest coraz więcej.  

Zdrowie najważniejsze
Niemal połowa z około miliona wykonywanych w Polsce rocznie testów to profesjonalne badania pod egidą NFZ – refundowane są m.in. badania w kierunku raka piersi, jelita, autyzmu, niepłodności, mukowiscydozy, celiakii, nietolerancji laktozy czy głuchoty wrodzonej. Ale wielu – w tym najnowszych metod mikromacierzy aCGH, w koszyku świadczeń nie ma. Polacy chętnie szukają medycznych nowinek w Internecie i badają się na własną rękę.

Z własnej kieszeni kupujemy głównie testy,  które mówią nam, czy jesteśmy w grupie ryzyka zachorowań na niektóre nowotwory, sprawdzamy też nasze predyspozycje do występowania alergii. Wśród popularnych wyborów Polaków znajdziemy również bardzo pragmatyczne zastosowania genetyki: testy na ustalenie ojcostwa, wspomniane testy zdrady, czy testy genealogiczne, które powiedzą nam co nieco o pochodzeniu naszych przodków. Wydajemy na nie jednorazowo od 85 zł do 2800 zł.

Hitem stały się  kompleksowe przeglądy genetyczne. W odpowiedzi na przesłaną próbkę śliny dostaniemy za nieco ponad tysiąc złotych raport o naszych genach: dowiemy się, czego nie powinniśmy jeść, a czego naszemu organizmowi brakuje, czy mamy gen otyłości, wrodzoną empatię lub czy istnieje u nas ryzyko wystąpienia schizofrenii. Przez internet, łatwo i szybko.

Kolejny kierunek rozwoju komercyjnej genetyki to personalizowanie oferty pod DNA klienta. Najbardziej znanym jak dotąd przykładem jest vinome.com, które dobiera klientowi wina nie na podstawie prostackich referencji w stylu: wytrawne, półwytrawne, czerwone lub białe, a na podstawie informacji zawartych w próbce przesłanego przez nich DNA.

Polska – biała plama na mapie genetyki
Co zaskakujące, na dynamicznie rosnącym polskim rynku mamy bardzo mało specjalistów od wykonywania profesjonalnych badań genetycznych. Według Najwyższej Izby Kontroli w pięciuset laboratoriach (również sądowych) pracują w Polsce tylko 352 osoby ze specjalnością laboratoryjna genetyka kliniczna.

Taka mała liczba specjalistów każe bacznie przyglądać się ofertom i sprawdzać, czy placówki, które wykonują testy mają jakiekolwiek certyfikaty.

W Polsce brakuje też regulacji zapewniających jakość i bezpieczeństwo oferowanych na rynku badań.

W kwietniu br. w sprawie wolnej amerykanki na komercyjnym rynku usług badań genetycznych w Polsce i braku kontroli nad jakością oferowanych testów genetycznych zwrócił się do Ministra Zdrowia Rzecznik Praw Obywatelskich. Ale prace nad polską ustawą o badaniach biomedycznych i bankowaniu, która uporządkowałaby rynek, ślimaczą się od kilku lat. Tym razem Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że projekt ustawy trafi do Rady Ministrów do września tego roku.

O czym warto pamiętać kupując test DNA?

  • Nie tylko geny decydują o rozwoju choroby – w większości przypadków ogromny wpływ na ich rozwój ma nasz styl życia. Geny to nie wyrok.
  • Nie wszystkie choroby nowotworowe są dziedziczne – tylko 10 proc. rodzajów raka to choroby uwarunkowane genetycznie, o rozwoju znacznej większości decyduje nasz styl życia.
  • Standardowe testy wykrywają tylko najpopularniejsze mutacje genów – a wiele chorób rozwija się, gdy powstanie odpowiednia konfiguracja wielu sekwencji genotypu. Można więc sobie niepotrzebnie napędzić stracha.
  • Sprawdź, kto i w jaki sposób przechowuje dane o Twoim DNA – dane dotyczące predyspozycji do chorób zakodowane w Twoim DNA to najbardziej wrażliwe dane na świecie, które byłyby niezłym kąskiem, chociażby dla banków udzielających kredyty. Najważniejsze jest to, żeby dane były szyfrowane przez laboratoria wykonujące badania, a szyfrowanie potwierdzał odpowiedni certyfikat. Chodzi o to, żeby firma, u której zamawiamy badanie, w żadnym momencie nie mogła przypisać wyników do Twojego nazwiska lub adresu IP. Niestety, z raportu NIK wynika, że ochrona tych danych w Polsce wciąż kuleje.
  • Wyniki testów genealogicznych są uzależnione od tego, jak dużo i jakiego materiału genetycznego zostało przebadane wcześniej (jeśli nie ma w puli informacji na przykład o sekwencjach DNA osób z Hiszpanii, badanie nie wykaże nam iberyjskich korzeni). Warto sprawdzić geny, których populacji są możliwe do wykrycia w konkretnym badaniu.

 

 

 
Categories

Będziesz zwycięzcą? Jak mówcy motywacyjni wciskają nam ściemy

Mówienie o szczęściu w biznesie stało się niepopularne, bo każdy dziś chce być zwycięzcą i wszystko zawdzięczać sobie. Iluzję podsycają ci, którzy sukces już odnieśli i chcą nam sprzedać receptę na niego w formie prostej niczym przepis na pomidorową. Tymczasem naukowcy przekonują, że oprócz naszej osobistej motywacji, naszego “chcenia”,  istnieje też rzeczywistość, której sporą częścią rządzi przypadek.

 

Co jest największym czynnikiem sukcesu firm i ludzi? “Timing” – odpowiadają doświadczeni przedsiębiorcy, czyli po polsku: bycie w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Tylko co to znaczy? Kiedy jest ten właściwy czas? Czy przypadkiem pod terminem “timing” nie ukryliśmy zwykłego szczęścia, które jest zupełnie poza sferą naszego wpływu? Może bardzo boimy się tego, że wbrew temu, co wkładają nam do głowy mówcy motywacyjni, tak naprawdę bardzo dużo rzeczy jest poza naszym wpływem?

“10 nawyków ludzi sukcesu”, “7 rzeczy, których nie robią milionerzy” – takie tytuły to dzisiaj w internecie murowane clickbaity. Klikamy, bo gdzieś po cichu wierzymy, że jeśli będziemy jeść, czytać i robić to co Bill Gates, to zostaniemy Billem Gatesem.

W odpowiedzi spore grono naukowców każe nam się puknąć w czoło. I, tak jak Robert Frank, profesor ekonomii na Uniwersytecie Cromwell, mówią że o sukcesie decyduje również przypadek, czyli szczególny zbieg okoliczności zewnętrznych, niezależnych od talentu, predyspozycji i ciężkiej pracy.

Frank udowadnia to matematycznie. Podaje m.in. przykład dwóch grup składających się ze 100 tys. sportowców o różnych predyspozycjach i umiejętnościach  – w jednej o zwycięstwie decydują wyłącznie one, w drugiej dwa procent czynników decydujących o zwycięstwie stanowi szczęście losowo rozłożone pomiędzy sportowców. Co się okazuje? W pierwszej grupie wygrywają najlepsi, w drugiej wygrywają osoby, które miały po prostu więcej szczęścia.

Cyborgi na ścieżce sukcesu
Spragnieni sukcesu, robimy wszystko, żeby jak najwcześniej zacząć go kontrolować. Niedouczone dzieci, źle prowadzone firmy i kompletny brak zrozumienia samych siebie – takie efekty zdaniem Annie Murphy Paul, autorki książki “The Cult of Personality Testing”, osiągamy nadmiernie ufając coraz popularniejszym testom predyspozycji. W założeniu mają nam one pomóc rozpoznać nasze mocne strony i  rozwijać się w tych dziedzinach, w których mamy szansę na sukces , ale zdaniem autorki  dzieje się coś zupełnie odwrotnego.

Miliony ludzi na świecie na podstawie przeprowadzanych w dzieciństwie testów predyspozycji podejmuje (zwykle przy udziale rodziców) decyzje o wyborze ścieżki edukacji i kariery. Annie Murphy Paul uczula jednak, że testy te nie uwzględniają natury człowieka, która przede wszystkim jest zmienna w czasie i  miejscu oraz targana sprzecznymi motywacjami. Zbyt wcześnie wprowadzając dzieci na wąską ścieżkę rozwoju, nie programujemy ich sukcesu, tylko zwyczajnie je ograniczamy.

Zamiast zwycięzców wychowujemy frustratów, którym nie dane będzie właściwe ludziom błądzenie i radość dochodzenia do celów metodą własnych prób i błędów.

Piekło benchmarków
Jeśli ludzie sukcesu nie są zaprogramowanymi na sukces maszynami, to może są czarnymi łabędziami, które nieoczekiwanie pojawiają się nie wiadomo kiedy i nie wiadomo gdzie? O niedocenianym wpływie niewiadomych pisze Nassim Nicholas Taleb w swojej pasjonującej książce “Czarny Łabędź. O skutkach nieprzewidywalnych zdarzeń”.

Taleb to były broker opcji, który rynek finansowy zna od podszewki. Twierdzi, że takich nieoczekiwanych zdarzeń jest na nim więcej niż spece od finansów chcieliby przyznać. I że z niezrozumiałym uporem stale je ignorujemy, nie mogąc się pogodzić z tym, że zarówno rynkiem, jak i życiem, kieruje głównie losowość. Wciąż ufamy tylko swoim obserwacjom, a więc temu co znamy. Idąc tą logiką: im mamy więcej danych o życiu Steve’a Jobsa, tym bardziej ufamy, że możemy jego sukces powtórzyć. Pomijamy przy tym wszystkie inne możliwe ścieżki osiągnięcia sukcesu tylko dlatego, że nie mamy dla nich odpowiednich “benchmarków”.

Autor “Czarnego Łabędzia” zauważył jeszcze jedną interesującą prawidłowość: gdy już wydarzy się coś, czego zupełnie nie przewidywaliśmy, mamy tendencję do racjonalizowania przeszłości. Nagle wydaje nam się, że właśnie coś takiego przeczuwaliśmy lub że do tego niezwykłego celu doprowadziła nas sekwencja działań składająca się na jasny przyczynowo-skutkowy ciąg. Może właśnie podobną iluzję próbują nam sprzedać mówcy motywacyjni, którzy chcą nas nauczyć, jak  powinniśmy żyć, żeby osiągnąć sukces?

Zwycięzco, jest nadzieja
Trochę to jednak smutne, że nasze życie w tak dużym stopniu targane jest różnymi nieprzewidywalnymi zdarzeniami i zależne od enigmatycznego szczęścia. Czy możemy coś z tym wszystkim zrobić?  Czy to znaczy, że możemy po prostu leżeć na kanapie i czekać aż się nam sukces przydarzy? Nie do końca.

Nikt nie twierdzi, że życiem kieruje wyłącznie przypadek. Psychologowie donoszą, że jednym z najważniejszych aspektów rozwoju osobistego jest zrozumienie tego, na co ma się rzeczywisty wpływ, a na co nie. Wtedy możemy naprawdę skupić się na pracy, która ma sens i odrzucić wszelkie omnipotentne sny o wielkości oparte o nasze fantazje  i oczekiwania co do rzeczy, na które wpływu nie mamy. One przyniosą nam jedynie frustrację i rozgoryczenie. To tak jakby Adam Małysz, będąc w szczytowej formie wierzył, że umie jeszcze zaklinać wiatr. Czy skakałby równie dobrze, gdyby jego uwaga skupiała się nie tylko na technicznych aspektach skoku, ale też na “kontrolowaniu” wiatru?

Na pewno nie zaszkodzi nam wczesne wstawanie, zdrowe odżywianie czy samodyscyplina. Dopóki nie uwierzymy, że właśnie dzięki temu wszyscy jak jeden mąż staniemy się zwycięzcami-milionerami.

 
Categories

Basia Tomczak z Pretty Little Weddings – pani od wszechogarniania

Biznes ślubny rośnie w Polsce w oczach. Na ślub wydajemy coraz więcej, a pieniądze liczymy coraz bardziej skrupulatnie. O tym, jak nie pogubić się w gąszczu ofert i znaleźć swoją niszę na tym rynku rozmawiam z Basią Tomczak, konsultantką ślubną i właścicielką firmy Pretty Little Weddings.

Agata Kowalczyk, HiCash: Czy mamy w Polsce weselny boom?
Basia Tomczak, Pretty Little Weddings: Zdecydowanie, widać to choćby w popkulturze. Wszystkie media  kobiece bardzo skupiają się ostatnio na tematyce ślubnej. Boom widać też w popularności szkoleń dla wedding plannerów. Oczywiście, nie wszyscy zostają w branży, ale na pewno mamy rosnący trend.

Wydajemy też coraz więcej na wesela?
Zdecydowanie, ale – na szczęście – coraz rzadziej pary decydują się na wzięcie kredytu pod ślub, co zdarzało się jeszcze kilka lat temu. Są też bardziej świadome tego, na co warto wydać pieniądze, a na co nie.

Na co warto więc wydać pieniądze ze ślubnego budżetu?
Na pewno warto wydać każde pieniądze na dobre jedzenie i dobrą oprawę muzyczną, a niekoniecznie już trzeba zapewnić nie wiadomo jakie dodatkowe atrakcje.  Zawsze powtarzam parom, żeby uważać z tymi atrakcjami, bo dla nich to jest często bardzo ważne, żeby zapewnić gościom coś wyjątkowego. Oni czasem starają się wymyślić tyle tych rzeczy, że goście na weselu zaczynają się czuć jak w Tańcu z Gwiazdami, a ludzie też chcą mieć czas, żeby ze sobą porozmawiać, czy pójść na drinka. Zawsze bardzo dobrze sprawdza się profesjonalnie przygotowany pokaz fajerwerków, fotobudka w formie na przykład busika, czy koncert niespodzianka. Trzeba jednak przy tym zawsze pamiętać, że najważniejszą i największą atrakcją wesela jest młoda para i jeśli oni się dobrze bawią, tańczą na własnym ślubie, nie znikają z sali, to są najlepszą atrakcją, jaką można sobie zamówić.

Ile płacimy za wesele?
Trzeba liczyć, że jest to wydatek rzędu od 50 do nawet 100 czy 200 tysięcy. To oczywiście zależy od liczby gości, standardu i priorytetów młodej pary. Za samą suknię można zapłacić 3 tysiące złotych i 30 tysięcy, a liczba gości na tych najbardziej wypasionych weselach to nawet 400 osób.

Jakie  błędy najczęściej popełniają pary planując ślubny budżet?
Najczęściej tworzą sobie budżet, nie mając w ogóle pojęcia na temat tego, co ile kosztuje, więc tworzą budżet, który jest w nieodpowiedni sposób rozplanowany. Tymczasem zawsze powinno być tak, że wynajęcie obiektu i opłaty za tzw. “talerzyk”, czyli każdą osobę, która jest na weselu, to ok. 55 proc. całego budżetu. Więc jeśli młodzi z góry ten próg przekroczą i wezmą sobie za dobry obiekt do swoich możliwości finansowych, to pewnie trzeba będzie do tej uroczystości dokładać. Dla wielu par stworzenie budżetu ogranicza się po prostu do oszacowania kwoty, którą mogą wydać, a potem w ogóle tych wydatków na bieżąco nie kontrolują. Moim zdaniem budżet ślubny trzeba mieć po prostu zrobiony w Excelu.

To ile powinien kosztować ten słynny “talerzyk”?
Uważałabym na cenę talerzyka poniżej 150 zł. To jest za mało i podejrzewałabym, że coś może stać za tak niską ceną. Standardowa oferta to od 180-250 zł (bez alkoholu), a w bardziej prestiżowych obiektach 400-500 złotych.

Jak trafiłaś do ślubnego biznesu?
Studiowałam kulturoznawstwo ze specjalizacją organizacji eventów. Wcześniej zajmowałam się organizacją eventów miejskich, ale do końca mi to nie pasowało. Chciałam zostać w organizacji imprez, ale odejść od pracy miejskiej. Przyszła mi do głowy praca konsultanta ślubnego i poszłam na kurs organizowany przez jedną z polskich agencji, żeby zobaczyć, czy to jest dla mnie. Po kursie od razu założyłam swoją firmę.

Poleciłabyś rozpoczęcie kariery konsultanta ślubnego właśnie od takiego kursu?
Ta praca  ma to do siebie, że nie jesteśmy w stanie nauczyć się jej w teorii i żaden kurs nie przygotuje nas do niej w stu procentach. Ale na pewno jest dobrym początkiem, żeby zobaczyć, czy to w ogóle dla nas. Krążą mity, że to jest praca bardzo przyjemna, taka jak w filmie “Powiedz tak”, w którym Jennifer Lopez jako konsultantka chodzi ze słuchaweczką w uchu i ładnie wygląda.

Prawda jest taka, że jest to bardzo trudna praca i kurs jest dobrym do tego wprowadzeniem. Dla mnie bardzo ważne na były poruszone na nim aspekty biznesowe, bo wcześniej nie prowadziłam swojej firmy i jestem z humanistką, więc wiedziałam, że to będzie dla mnie wyzwanie. Kursy dla wedding plannerów to zazwyczaj szkolenia weekendowe organizowane przez zajmujące się organizacją ślubów agencje. Trwają zwykle ok. 20 godzin.

Masz bardzo ciekawy model biznesowy, bo nie tylko jesteś konsultantką, ale też sprzedajesz na stronie Pretty Little Weddings swój autorski planner ślubny.  Co cię skłoniło, żeby sprzedawać swoje doświadczenie również w takiej formie?

Nie ma co ukrywać: procent par, które stać na zatrudnienie “żywego” konsultanta to tylko kawałek rynku.  Pretty Little Planner czyli notes, który opracowałam, to propozycja dla tych osób, które nie mogą pozwolić sobie na zatrudnienie konsultanta, a potrzebują pomocnej dłoni w zaplanowaniu i organizacji wesela. Wiadomo, że w takiej sytuacji nie pomogę wybrać im oprawy muzycznej czy florystyki, ale przeprowadzę ich przez proces tak, żeby czuli, że o niczym nie zapomnieli.  Planner to 12 arkuszy miesięcznych rozpisanych na tygodnie, które za pomocą naklejek wypełnia się tak, żeby odpowiadały terminom przygotowań do danego ślubu. W formie quizzów, tabel i harmonogramów zadaję w tym plannerze parze w odpowiednim czasie odpowiednie pytania. Odpowiadając na nie, będą wiedzieli jak zacząć, jak skonstruować budżet, o co kiedy zadbać, jak stworzyć listę gości, kiedy i jak wybrać zaproszenia. Planner przeprowadza parę przez cały proces przygotowań aż do dnia ślubu, który para rozpisuje w notesie w formie scenariusza dnia. Zależało mi na tym, żeby – w odróżnieniu od wydawnictw, które są dostępne na rynku – mój planner był nie tylko przydatny, ale też bardzo estetyczny.

Miałaś doświadczenie w organizacji imprez, więc to był Twój plus już na starcie. Co jeszcze Twoim zdaniem trzeba mieć, żeby utrzymać się w biznesie konsultantów ślubnych?
Na pewno potrzebne jest poczucie estetyki i otwartość na ludzi. To praca z jednej strony z klientem prestiżowym, czyli młodą parą dysponującą dużym budżetem, ale  jako konsultant muszę dogadać się też z panią Krysią, która sprząta salę. Trzeba być człowiekiem na tyle otwartym, żeby umieć dogadać się z każdym. Konsultant też, chcąc nie chcąc, jest trochę wciągany do rodziny pary młodej i uczestniczy w konfliktach, których trudno w takich sytuacjach uniknąć. Bywam też mediatorem, więc umiejętność komunikacji naprawdę się przydaje. Bardzo ważną rzeczą jest też zdolność podejmowania decyzji. Czasem para mi mówi: Basia, zdecyduj za nas. Zrób tak, żeby było dobrze. Wtedy muszę wziąć sprawy w swoje ręce.

A co najbardziej lubisz w swojej pracy?
Sam dzień ślubu. Kiedy już wszystkie konflikty zostały zażegnane, wszyscy są uśmiechnięci, a para młoda wchodzi na pięknie udekorowaną salę – zawsze staram się, żeby jej wcześniej nie widzieli! Wtedy czuję, że te miesiące i tygodnie pracy były tego warte.

Czym dokładnie zajmujesz się w ramach ślubnych przygotowań?
Ktoś to ładnie nazwał,  że jestem panią od wszechogarniania i bardzo lubię to słowo. Ja mogę zająć się każdym aspektem, którego wymaga organizacja wesela. Jedyne, czym staram się nie zajmować, to są kontakty z księdzem, jeśli para bierze ślub kościelny. Uważam, że to jest już bardzo intymna sprawa, którą zostawiam parze.

Pracuję w taki sposób, że jeśli zgłasza się do mnie ktoś z zapytaniem, to odsyłam ankietę, w której jest cały zakres moich obowiązków, każda rzecz wymieniona z osobna. Para zaznacza, czym chcieliby, żebym się zajęła i ja na tej bazie tworzę wycenę i umowę. Zazwyczaj to ja przychodzę do pary młodej z propozycjami podwykonawców, ale jeśli mają swoje sugestie, to oczywiście je uwzględniam.  Jestem konsultantem na tyle samodzielnym, że staram się parze jak najmniej zawracać gitarę: nie ciągam ich przy okazji każdej rzeczy na spotkanie. Uważam, że wiele spraw można załatwić mailowo czy Skype’a.

No to pora na bardzo ważne pytanie: ile to wszystko kosztuje?
Trudno mi powiedzieć jak to wygląda u innych konsultantów. U mnie ceny zaczynają się od 3500 zł za samą koordynację dnia ślubu – to jest sytuacja, w której ja nie organizuję poszczególnych elementów wesela, ale jestem przez kilkanaście godzin na weselu, koordynując ludzi, których para młoda sama zatrudniła. Opiekuję się też gośćmi i parą młodą. Najdroższe wesele, które do tej pory zrobiłam jako konsultantka kosztowało około 12 tys. zł.

Więcej informacji o organizacji ślubu zanjdziecie też na firmowym blogu Basi Pretty Little Weddings

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Obligacje. Bezpieczne inwestycje, na których możemy dużo stracić

Ponieważ od kilku tygodni głośno o firmie GetBack, dzisiaj napiszę kilka zdań o obligacjach. Niektórzy cały czas myślą, że jeżeli papier nazywa się „obligacja” to jest bezpieczny i można go kupować w ciemno. Jak uczy przykład niefortunnie inwestujących w GetBack, nie zawsze i nie do końca.

Najkrócej mówiąc, obligacje są formą pożyczania pieniędzy z rynku w formie innej niż pożyczka, kredyt czy emisja akcji. Trudno ocenić, czy wyemitowanie obligacji jest łatwiejsze od pozyskania kredytu komercyjnego, na pewno są one tańsze.

Co do definicji, obligacja jest papierem wartościowym, w którym strona emitująca stwierdza, że jest dłużnikiem nabywcy, zwanego elegancko obligatariuszem. Emitent zobowiązuje się do spełnienia określonego świadczenia, najczęściej pieniężnego. Co oznacza, że po określonym terminie wykupi od nas taką obligację, płacąc nam jej cenę i dodatkową premię. Ta premia to zysk kupującego.

Obligacje ze świadczeniem niepieniężnym mogą dotyczyć na przykład przeznaczenia obligacji komunalnej na wykup mieszkania od gminy i uzyskania zniżki w cenie.

Obligacje możemy sobie dzielić w zależności od tego, jaki mają okres wykupu, na ich wartość sprzedaży, dodatkowe opcje, poziom ryzyka inwestycyjnego i emitenta. Skoncentruję się na tych dwóch ostatnich.

W powszechnej świadomości pokutuje przekonanie, że obligacje emituje Skarb Państwa i z tego powodu są to papiery bezpieczne. O tym, jak bezpieczne były kwity wyemitowane przez Grecję czy ostatnio Argentynę i Wenezuelę, możemy się przekonać, patrząc na to co się tam działo lub aktualnie dzieje. Ale zasadniczo to prawda, że obligacje państwowe są bezpieczne, gdyż całe kraje stają się niewypłacalne bardzo rzadko.

Jednak obligacje może emitować również samorząd terytorialny, a o bankructwo gminy już łatwiej. Najciekawszym i potencjalnie najbardziej zyskownym papierem spośród obligacji są obligacje korporacyjne, emitowane przez przedsiębiorstwa. Na nich można zarobić najwięcej, ale też najłatwiej stracić. Nawet duża, stabilna firma może popaść w kłopoty i się wyłożyć, o czym świadczy choćby przykład firmy GetBack.

Jak wspomniałem, obligacje można też podzielić ze względu na poziom ryzyka inwestycyjnego. Tutaj na pomoc przychodzą nam agencje ratingowe, które oceniają firmy i instrumenty finansowe właśnie ze względu na ryzyko. Zaufanie do agencji zostało podkopane podczas kryzysu finansowego w roku 2008, gdy przyznawały najwyższe oceny papierom ryzykownym a nawet śmieciowym. Niestety, na razie nie wymyślono niczego lepszego, więc bazujemy na ich ratingach.

I tak z jednej strony mamy obligacje wolne od ryzyka albo oceniane bardzo wysoko, których emitentami są rządy państw i organizacje ponadnarodowe. Na przeciwnym biegunie są tzw. obligacje śmieciowe. Inwestycje w nie są niebywale ryzykowne, ale jednocześnie mogą przynieść ponadprzeciętny zysk. I od naszej strategii inwestycyjnej zależy na jaki sposób zarabiania się zdecydujemy – bezpiecznie ale z niewielką premią, czy raczej duże ryzyko z nadzieją na duże pieniądze.

Czym się różnią obligacje od akcji?
No dobra, mówimy o tych obligacjach, a czym niby one się różnią od akcji? Jedno i drugie to papier wartościowy, możemy w nie inwestować, gdzie różnice?

Obligacje nie dają posiadaczowi żadnych uprawnień względem emitenta, dotyczących współwłasności firmy, wypłacanej dywidendy czy możliwości uczestniczenia w walnych zgromadzeniach. Kupując obligacje nie zyskujemy ani władzy, ani wpływu, ani prawa do wypłaty dywidend. Jak wspomniałem na wstępie, emisja obligacji jest jednym z wielu sposobów finansowania i stanowi alternatywę dla kredytu albo pożyczki.

Jaki pożytek ma z tego emitent? Pozyskuje pieniądze taniej i łatwiej niż z kredytu. Ma możliwość ustalenia oprocentowania, częstotliwości wypłaty odsetek czy możliwości wcześniejszej częściowej lub całkowitej spłaty obligacji. Dla kupującego z kolei obligacja to możliwość uzyskania odsetek wyższych od tych z lokat bankowych.

Inwestowanie w obligacje jest dość bezpieczną grą, ale miejmy świadomość, że na niej też możemy stracić. Zwłaszcza w sytuacji, gdy namawia nas na nie „doradca” inwestycyjny, który zapomina wspomnieć, że nasze pieniądze pożyczymy nie państwu a firmie. Pamiętajcie – zawsze dopytujcie o szczegóły, drobny druk czytajcie przynajmniej trzy razy a lista ostrzeżeń publicznych KNF waszym najlepszym przyjacielem.

 
Categories

Wesele po polsku. Inwestycja wysokiego ryzyka?

W Polsce średni koszt zorganizowania ślubu i wesela dla siedemdziesięciu osób to 30 – 40 tys. zł. Tyle płacimy za świętowanie w opcji standardowej, ale coraz częściej decydujemy się iść nie na ilość, a na jakość i zamiast przaśnego wesela dla połowy wsi lub ćwierci miasta, organizujemy rodzinne brunche i obiady. Cała reszta się nie zmienia: trzeba kupić setki rzeczy, o których nie mieliśmy pojęcia.

 

Czy ślubna inwestycja się zwraca? Pod kątem emocjonalnym – różnie, a finansowo? W końcu wiadomo, że każdy gość przychodzi z kopertą. Arytmetyka w wypadku tej imprezy jest dziwna. Jeden gość średnio w kopercie zostawia 250 zł, co przy 70 osobach daje kwotę 17500 zł, więc nawet jeśli założymy większy gest kilku bliższych krewnych, to budżet tej imprezy nijak nie powinien się spiąć. A jednak… Wszystkie pary, z którymi rozmawiałam, wyszły co najmniej na zero. – Naszą skarbonkę uratowali krewni zza oceanu i dobry kurs dolara – śmieje się Ania, która ślub wzięła cztery lata temu. Okazuje się, że zawsze znajduje się grupa wyjątkowo szczodrych krewnych, którzy ratują statystyki.

Kwota do wydania w ten jeden dzień wydaje się zawsze astronomiczna. Zadajmy więc tradycyjne pytanie: czemu tak drogo?

Około 50 proc. wszystkich kosztów pożera cena restauracji czy innego lokalu, w którym organizujemy ślub – za tzw. “talerzyk”, czyli podstawowy wikt dla jednego gościa zapłacimy około 200 -250 zł.

  • W drugiej kolejności gotówka weselna płynie do salonów sukien ślubnych – koszt sukni to z reguły 10-15 proc. całego budżetu, choć oczywiście możemy wydać znacznie więcej.

Suknia w opcji low-budget:  niektóre zawodniczki suknie szyją sobie same (za co je naprawdę szanuję)

Panny młode wybierają też inną niskobudżetową opcję: komis, który czasem pozwala upolować świetne markowe sukienki w atrakcyjnej cenie, zwykle 500 – 1300 zł.

Jeszcze inną sprytną opcją jest uszycie sukni na zamówienie w pracowni lub przez krawcową.To koszt ok. 700-1500 zł.

Suknia w miejskiej średniej: średnio za nową suknię z salonu zapłacimy 3000-8000 zł. Tutaj trzeba przygotować się na przedpłatę w wysokości do 50 proc. wartości na kilka miesięcy przed imprezą. Kiecki z salonu to wciąż najbardziej popularna z opcji.
Suknia po bandzie: najdroższe suknie, na przykład kultowy model stworzony dla katarskiej księżniczki przez ekipę Michaela Cinco, osiągają ceny nawet 1.5 mln złotych (podaję na otarcie łez tym, którzy myśleli, że zostawili w salonie sukien ślubnych fortunę).

Coraz częściej panny młode decydują się na dwie dodatkowe sukienki. Drugą ubierają po północy, żeby swobodnie potańczyć, trzecia czeka na poprawiny. Koszt obu może zamknąć się nawet w 3000 zł, ale mogą to być też zwykłe przyzwoite kiecki z sieciówki.

  •  Oprawa muzyczna – 10 proc. wydatków (3000 – 4000 zł)
  •  Fotograf i filmowiec – 9 proc. wydatków  (ok. 3500 zł)
  •  Alkohol –  dla siedemdziesięciu osób powinniśmy założyć wydatek rzędu 2000 zł. Zwyczajowy, sprawdzony w boju przelicznik jest taki: 0,5-0,7 l wódki na każdego gościa, 1 butelka wina na 4 osoby i po dwa piwa na głowę.
  • Obrączki to w ślubnym budżecie już znacznie mniejszy kaliber kosztów, chyba że zainwestujemy w pallad…
    Obrączki low-budget: 150-300 zł (obrączki srebrne).
    Obrączki w miejskiej średniej: 1500-2200 zł (obrączki wykonane z żółtego, białego lub wielobarwnego złota lub palladu.
    Obrączki po bandzie: najmodniejsza i najdroższa jest teraz na rynku ślubnym platyna, z której obrączki kosztują od 7 do 12 tys. złotych.

Dla mnie zaskoczeniem były megadrogie florystki, makijaże i fryzury, ale też pojawiające się koszty dodatkowe na tzw. sali, czyli oprócz liczenia “za talerzyk”, okazało się, że mam zapłacić jeszcze za kieliszek, korkowe i  przystawki na stołach – mówi Ania, która w tym roku organizuje swoje wesele pod Białymstokiem.

Bardzo duża grupa kosztów w tej inwestycji to właśnie ukryte “koszty dodatkowe”. Ich lista jest jednak na tyle długa, że po zsumowaniu składa się na ładną sumkę. Nagle okazuje się, że oprócz alkoholu, muszą być jeszcze zawieszki na alkohol, a do podarunku dla gości trzeba jeszcze dokupić wstążki i pudełeczka.

  • galanteria papiernicza, czyli zaproszenia i inne druki (150-300 zł)
  • “co łaska” (przy ślubie kościelnym) (ok.400 zł)
  • wynagrodzenia dla organisty i kościelnego (przy ślubie kościelnym) (400 zł)
  • wynajęcie samochodu (800-2500 zł)
  • kwiaty i dekoracje samochodu (200 -250 zł)
  • garnitur (500 – 700 zł)
  • makijaż ślubny (od 150-400 zł)
  • fryzjer (300 – 500 zł z próbną fryzurą)
  • buty i dodatki dla młodej pary (500 -1200 zł)
  • dekoracja kościoła/sali (300-700 zł)

Uff. Sporo tego, ale tak naprawdę dopiero zamknęliśmy zestaw standardowy.

Dalej zaczyna się zabawa, bo otwiera się kwestia atrakcji dodatkowych, a tu już naprawdę wybór jest taki, że nie mam odwagi sugerować. (Tak, ludzie przyjeżdżają do ślubu w łyżce koparki!).

 
Categories

E-mobilność nadejdzie, czy tego chcemy, czy nie. Kiedy i za ile?

Pojazdy elektryczne przyszłością są i basta. Ropa i benzyna to przeżytek. Tradycyjne paliwa dewastują środowisko. Tylko prąd nas uratuje. Stacje ładowania będą na każdym rogu Polski gminnej i powiatowej. Pędzimy w świetlaną przyszłość bez spalin, benzo(a)pirenu, pyłu zawieszonego, CO2 i innych trucizn. Tyle, że wolniej od reszty.

 

Cała Dolina Krzemowa jeździ Teslami. Nie miałbym nic przeciwko, by w jej ślady poszły Warszawa, Toruń czy nawet Zgierz. Do prac zerwali się parlamentarzyści. Jest projekt ustawy, a jego założenia wydają się bardzo optymistyczne. Jednak na przeszkodzie stoją, jak zwykle pieniądze. Zobaczmy jak to w skrócie wygląda, skoncentruję się na transporcie indywidualnym.

27 kwietnia 2017 roku opublikowany został projekt ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Proponuje się w nim konkretne formy realizacji i kalendarz wprowadzania przepisów, które mają zachęcać nas do przechodzenia na zeroemisyjne formy transportu. Jednocześnie formułuje zasady zapewnienia odpowiedniej infrastruktury, czyli punktów ładowania. Brzmi ładnie, ale na przeszkodzie stoją, jak zwykle pieniądze.

Jeżeli chodzi o infrastrukturę, zapłaci za wszystko sektor energetyczny, samorządy, zarządy dróg samorządowych i krajowych. Czyli kasa wyfrunie z naszych kieszeni w takiej (podatki), czy innej (podwyższone opłaty za prąd) formie. Do pojazdów elektrycznych ma się stopniowo przesiadać administracja państwowa i samorządowa (za nasze pieniądze). Czarno widzę te przetargi. Zwiększyć ma się liczba autobusów elektrycznych w transporcie publicznym, co mnie cieszy. No i oczywiście wsparcie ma być skierowane do ewentualnych kierowców indywidualnych, chętnych na zakup elektryka.

Projekt zakłada możliwość odpisu z tytułu amortyzacji, pojazdy elektryczne mają mieć zerową akcyzę, być może gminy wprowadzą strefy zeroemisyjne, do których elektryki wjadą za darmo. Kolejne zachęty to miejsca parkingowe tylko dla pojazdów elektrycznych i gazowych oraz zwolnienie ich z opłat za parkowanie w strefach płatnych. Rozważa się też wpuszczenie tego typu samochodów na buspasy.

Założenia dotyczące rozwoju światowego segmentu aut elektrycznych są optymistyczne. Bank Morgan Stanley prognozuje, że do 2025 roku ich sprzedaż na świecie sięgnie 7 mln sztuk rocznie, co zwiększy ich udział do 7 proc. pojazdów na drogach. Bardziej optymistyczne szacunki banku Exane BNP Paribas mówią nawet o 11 proc. Byłby to gigantyczny skok, bo w tej chwili globalnie wskaźnik ten wynosi poniżej 1 proc.

Od elektryczności odwrotu nie ma, niektóre z najbardziej brutalnych projektów przewidują wprowadzenie regulacji uniemożliwiających rejestrację pojazdów spalinowych. W awangardzie prze Norwegia, która przymierza się do tego od roku 2025. Niemcy z kolei szykują ten ruch na rok 2030. Dlatego nie ma sensu pytać czy elektromobilność indywidualna się upowszechni, bardziej zasadne jest pytanie „kiedy?”. Oraz „za ile?”.

Ministerstwo Energii zakłada optymistycznie, że upowszechnienie aut elektrycznych nastąpi stosunkowo szybko i już w roku 2025 po polskich drogach ma bezszelestnie sunąć milion bryczek na prąd. W 2016 roku zarejestrowano u nas 556 samochodów elektrycznych.

Pozwólmy tej liczbie wybrzmieć. Pięćset pięćdziesiąt sześć aut, które stanowią 0,4 proc. ogółu samochodów elektrycznych zarejestrowanych w 2016 roku w UE. Jednocześnie auta elektryczne w 2016 stanowiły 0,1 proc. ogółu samochodów zarejestrowanych w Polsce. Tego typu pojazdy to ekstrawagancja i margines marginesów.

Przyczyny są proste – brak zachęt finansowych, premiujących chętnych do zakupu elektryków. Brak infrastruktury do ładowania, mamy tylko 300 punktów w całym kraju. No i niska świadomość ekologiczna rodaków, którzy dla oszczędności potrafią wyciąć zużyty katalizator i filtr cząstek stałych. Nie będzie przecież Polak montował do dwudziestoletniego szrota nowych elementów, kosztujących tyle, co jego bryka.

Czyli oczywiście elektromobilność to przyszłość. Wiele wskazuje na to, że dotrze do nas  trochę później niż u sąsiadów z UE. No bo drogo. Samochody elektryczne są w ramach tej samej klasy pojazdu prawie dwukrotnie droższe od spalinowych. Jeżeli chcemy sobie policzyć koszty eksploatacji elektryka, musimy uwzględnić różnicę w cenie. I nawet jeżeli sprzedawca da nam dobrą promocję a koszt przejechania 100 km na prądzie jest dużo niższy niż na benzynie, to w perspektywie kilkuletniej samochód elektryczny jest droższy od spalinowego.

Zespół Doradców Gospodarczych TOR opracował w maju 2017 roku raport, który podsumowuje sytuację w Polsce. Znalazło się w nim również porównanie kosztów jazdy oboma typami aut. Analiza zakłada ceny katalogowe samochodów, zakup na kredyt, trzyletni okres umowy, wkład klienta w wysokości 10 proc. ceny pojazdu, przebieg roczny 20 tys. km (wynika to z badań IBRIS) i pomija koszty ubezpieczenia. Co oznacza, że koszt przejechania 1 km uwzględnia koszty raty miesięcznej oraz średniego kosztu paliwa i ładowania na 100 km.

W takim układzie koszt przejechania 1 km zwykłym samochodem wynosi 1,37 zł a elektrykiem 1,77 zł. Czyli jest o 29 proc. droższy. Gdyby rząd wprowadził ulgi za zakup aut elektrycznych i na przykład odpuścił akcyzę, koszt 1 km wyniósłby 1,72 zł. Niewiele lepiej. A gdyby fiskus darował nam i akcyzę i VAT? Wtedy 1 km kosztowałby 1,41 zł. I dopiero wtedy wszystko zaczęłoby mieć sens.

Projekt ustawy zakłada subwencjonowanie zakupu elektryków. Jeżeli rząd faktycznie zdecyduje się na wdrożenie projektu elektromobilności, uruchomi system bezpośrednich zachęt, obejmujący zwolnienie z akcyzy i podatku VAT, i zacznie rozbudowywać sieć punktów ładowania, kierowcy kupujący nowy samochód mogą zacząć rozważać wybór pojazdu elektrycznego. W przeciwnym wypadku wszystkich nas zabije smog.

Na zdjęciu Tesla Roadster ze stajni Elona Muska, źródło: Tesla.com

 
Categories

Jubilerzy w popłochu. Milenialsi nie chcą zawierać związków małżeńskich

To zamach na świętość rodziny! Związki nieformalne? Życie na kocią łapę? Na kartę rowerową?! W
konkubinatach! Zamiast wziąć normalny ślub, wolą podpisywać umowy notarialne… Ci przeklęci
milenialsi zabijają małżeństwa!

Święty związek małżeński w zagrożeniu. W USA, skąd płynie największy potok dekadencji i milenialnej
zarazy, młodzi wywalają porządek rzeczy do góry nogami. Od dnia, w którym zliczono pierwsze
krajowe statystyki w roku 1867 nie było tak źle. Wtedy na 1000 osób notowano 9,6 małżeństw. Szczyt
przyszedł gdy dzielni chłopcy wrócili z Plaży Omaha i Iwo-Jimy, wtedy bowiem skoczył do 16,4 na
1000 osób. Jeszcze w latach osiemdziesiątych ten indeks wynosił ponad 10. Potem w wiek małżeński
weszli baby boomersi i w roku 1984 zawarto 2,48 mln małżeństw – rekord wszechczasów w Stanach
Zjednoczonych. A potem przyszli młodzi i wszystko zniszczyli. W tym dziesięcioleciu indeks małżeństw
wynosi niecałe 7, w porównaniu z rekordowym rokiem liczba małżeństw spadła o 350 tys. Milenialsi
nie chcą się hajtać!

W latach sześćdziesiątych tylko 8 proc. kobiet i 13 proc. mężczyzn wchodziło w związek małżeński po
trzydziestce. Dzisiaj takich pań jest ponad 30 proc. a mężczyzn ponad 40 proc. Socjolog Philip Cohen,
który przeprowadził badania w Stanach, twierdzi że jeżeli taki trend społeczny się utrzyma, w roku
2042 liczba małżeństw wyniesie okrągłe zero. To oczywiście niemożliwe, bo raczej nastąpi
wyhamowanie tej tendencji, ale kierunek jest w dół. Profesor Alen Downey ma trochę lepszą opinię o
milenialsach i twierdzi, że w bliskiej przyszłości tylko 1/3 z nich nigdy się nie ożeni/wyjdzie za mąż.
Tak czy inaczej, obecnie małżeństwa w USA to dla milenialsów relikt przeszłości.

Co ciekawe, ponad 60 proc. ludzi w wieku 18-34 pragnie związku i chce się związać z drugim
człowiekiem. Ale niekoniecznie ma to związek z małżeństwem i monogamią. Otwarte czy nieformalne
związki przestały być tabu i owocem zakazanym. Czy chcemy tego, czy nie, milenialsi mają zupełnie
inną wizję spędzenia życia ze swoją drugą połówką.

Taka zmiana obyczajowa pociąga za sobą szereg skutków. Generacja X i Baby Boomersi mieli jasno
wytyczony plan na życie – ożenek lub zamążpójście na studiach albo w pierwszych latach wspinaczki
po korporacyjnej drabinie. Dom na przedmieściach, dwójka dzieci, szczęśliwe małżeństwo aż po grób.
Milenialsi powiedzieli „hola, hola, a kto powiedział, że trzeba żenić się wcześnie, robić karierę po
trupach i płodzić dzieci? Młodzi inaczej stawiają priorytety. I tak na przykład 55 proc. milenialsów
twierdzi, że małżeństwo i dzieci nie są tak bardzo ważne. Natomiast większość z nich bez wahania
jako najważniejszą rzecz w życiu wskazuje edukację i spełnienie ekonomiczne, czytaj dobry hajs po
dobrej szkole.

Milenialsom w byciu wyluzowanymi ludźmi pomagają zmiany obyczajowe. Między 2007 a 2014
rokiem liczba Amerykanów deklarujących się jako chrześcijanie spadła z 78 do 71 proc., a
jednocześnie liczba ateistów wzrosła do 23 proc. I zaczęły pojawiać się sympatyczne alternatywy.
Życie razem czy posiadanie dzieci w związku nieformalnym przestały być stygmatyzowane. Prawie
połowa kobiet mieszka z partnerem przed ślubem. Jeszcze 30 lat temu decydowała się na to ledwie
1/3 pań. Porody w wykonaniu kobiet nie mających ślubu wystrzeliły w kosmos. W 2015 roku było to
41 proc. porodów ogółem. DZIEWIĘTNAŚCIE razy więcej niż w 1940 roku i 2,5 raza więcej niż w 1985.
No i nawet nie zaczynajmy tematu rozwodów rodziców, na które napatrzyli się milenialsi. Dlatego nie
powinna dziwić ich niechęć do instytucji małżeństwa.

A co u nas? Utrwalamy zgniły trend zza oceanu.

Nasi młodożeńcy są jednymi z najmłodszych w Europie, ale nie ma szału. W 2004 roku panowie żenili
się średnio w wieku 27,5 lat, dzisiaj mają już 29,3. Kobiety postarzały się z 25 do 27 lat. Chociaż i tak jesteśmy najmłodsi w Europie, to kierunek jest niepokojący. Dodajmy do tego spadek liczby ślubów z
307 tys. w 1980 roku do 193 tys. w 2016 i już widać, że zgniły Zachód znowu nadaje nam ton.

Natomiast prawdziwy dramat dzieje się na naszych oczach, gdy tylko zechcemy spojrzeć na
małżeństwa zawierane wśród najmłodszych. W roku 1980 ożeniło się 164 tys. mężczyzn i 175 tys.
kobiet w wieku 20-24 lat. W roku 2016 facetów było marne 25 tys. a pań 51 tys.

Milenialsi niosą śmierć wszystkiemu co normalne i moralne. Nie ma nadziei.

 
Categories

Prototyp vs. Stereotyp. Technologia pomaga przezwyciężać bariery

Fot. Omkaar Kotedia

Każdy z nas pamięta scenę, w której Terminator naprawia sobie dłoń. Rozcina przegub i usprawnia mechanizm poruszający palcami. Wizja ludzkiego ciała wspomaganego i modyfikowanego przez technologię jest wciąż żywą fantazją kultury popularnej obecną w literaturze fantastyczno-naukowej, filmach, komiksach czy grach komputerowych. Wiara, że to właśnie technika da nam nadludzkie możliwości i pozwoli pokonać fizyczne ograniczenia, jak na razie jest pieśnią przyszłości. Jednak już teraz pomaga przezwyciężać barierę jaką jest niepełnosprawność. Bioniczne protezy nie tylko pozwalają normalnie funkcjonować osobom z niepełnosprawnościami, ale i zmieniają ich wizerunek w ogóle, tworząc z nich superbohaterów, jakimi zawsze chcieliśmy być.

Bioniczna proteza jest połączeniem technologii i żywego organizmu człowieka. Porusza się dzięki sygnałowi, jaki mózg wysyła mięśniom. Obecnie na rynku są dwie wiodące firmy: Ossur i Ottobock, którym udało się wypracować określony zestaw gestów i chwytów, pozwalający poradzić sobie z większością codziennych czynności. Mocno robotyczna konstrukcja składa się z kół zębatych, przekładni i śrub, które działają jak maszyna. Większość z nich pokrywa sylikonowa rękawica imitująca ciało, przez co protetyczną kończynę coraz trudniej odróżnić jest od żywego ciała. Takie rozwiązanie wybierają najczęściej te osoby, które swoją niepełnosprawność chcą jak najbardziej ukryć.

Moda na cyborga

Ciekawym zjawiskiem ostatnich lat jest moda na protezy bioniczne, które bawią się konwencją cyborgicznego ciała. Ich producenci celowo odsłaniają mechaniczną konstrukcję urządzenia lub tworzą zupełnie nowe, niezwykłe projekty. Sztandarowym przykładem jest tu firma Alternative Limb Project, która na zamówienie tworzy indywidualne projekty kończyn. Wśród jej realizacji są porcelanowa noga zdobiona kwiatami, ręka owinięta wężem czy “ręka gadżet”, której każdy z palców kryje w sobie inną funkcję – laser, latarkę lub schowek na zapałki. Najbardziej znanym przedsięwzięciem firmy są protezy projektowane dla popowej artystki Victorii Modesty. Futurystyczny, seksowny wizerunek kobiecego ciała uzupełniają niezwykłe, bioniczne protezy nogi artystki, które ostentacyjnie odbiegają od realistycznych przedstawień kończyn. Ostry szpikulec, świecąca lub wysadzana diamentami noga – to tylko nieliczne z niezwykłych projektów, tworzonych specjalnie na zamówienie piosenkarki.

Fot. Ewelina Stechnij

“Forget about your disability” – to hasło, od którego rozpoczyna się teledysk “Prototype” Viktorii Modesty, głoszący narodziny nowej generacji gwiazd muzyki pop, stworzony na potrzeby kampanii “Born to be risky”. Teledysk jest futurystyczną opowieścią o seksownej, silnej kobiecie-cyborgu, która staje się niebezpiecznym symbolem wolności w totalitarnym państwie. Nie przystaje ani do obowiązujących norm, ani systemu, a także wyróżnia się zarówno cielesnością, jak i siłą charakteru. Protetyczna noga – czarny szpikulec – oraz lateksowy kostium i styl pin-up girl stają się jej znakiem rozpoznawczym. Zwykli ludzie widzą w niej superbohaterkę. Chcą ją naśladować i wielbić, organizując wiece na jej cześć, wypisując i tatuując jej inicjały czy podobizny. W jednej ze scen mała dziewczynka, widząc w telewizji rysunkową wersję idolki, odrywa nogę swojej lalce tak, jak gdyby była to zapowiedź buntu i symbol wyzwolenia.

Kult zdrowego ciała, szczupłej sylwetki i młodości w sposób oczywisty marginalizuje te wizerunki, które nie dają się w prosty sposób – za pomocą operacji plastycznych czy komputerowych obróbek – dopasować do obowiązującego reżimu piękna. Takimi obrazami są najczęściej ciała ludzi z niepełnosprawnościami, chorych i starych. Na tym tle wizerunek, który tworzy Modesta przy pomocy bionicznych protez pozwala zbudować całkiem nowy obraz osób niepełnosprawnych i przywrócić je społeczeństwu. Futurystyczne wzory protez nie starają się niczego ukryć, a podkreślają i wydobywają indywidualizm jej użytkownika. Wzrost ich popularności to szansa na wydobycie osób niepełnosprawnych z cienia, możliwość przywrócenia im pewności siebie i wiary, w to że ich inność to wartość. Wizjonerskie protezy szczególnie ważną rolę do odegrania mają wśród dzieci. Po co naśladować ludzkie ciało, skoro można stać się postacią z przyszłości? Ulubionym superbohaterem o wyglądzie Terminatora, Robocopa czy postaci Major z Ghost in the Shell.

Fot. Omkaar Kotedia

Firm robiących niezwykłe protezy, takich jak Alternative Limb Project czy Open Bionics jest więcej. Skoro więc wybór protez bionicznych jest tak duży – czemu ich użytkowników jest wciąż tak mało? Jak zwykle w takich przypadkach odpowiedź jest jedna – cena. Przeciętna bioniczna proteza to aż 40 tysięcy dolarów. Co więcej, nawet jeśli technologiczna kończyna jest trwalsza od „żywego ciała”, to trzeba pamiętać, że bez niego nie funkcjonuje i jest wciąż od niego całkowicie zależna. Protetyczny element ciągle jeszcze nie tworzy jedności z ciałem i nie pozwala na tak swobodne poruszanie się co ten, który jest żywy. Ma też wiele ograniczeń takich jak nienaturalny chwyt, trudność w podnoszeniu ciężarów czy podstawowa ilość gestów.

Co na to startupy?

Tu z pomocą może przyjść polski startup vBionic. Dwa lata temu firma zasłynęła na rynku dziecięcą wersję bionicznej protezy udostępnionej opensourcowy przez japońską firmę Exiii. Jej dodatkową zaletą jest fakt, że pozwalała poruszać wszystkimi palcami, każdym z osobna. Jak mówi założyciel vBionic, Bartosz Rajewski:

Jako startup chcemy rozwiązywać problemy, chcemy działać prospołecznie. To, że istnieje produkt za 40 tys dolarów, nie znaczy, że problem zniknął. Na Ziemi nadal są ludzie, którzy nie mają rąk, podczas gdy samochody latają na Marsa.

Obecne vBioninc pracuje nad innowacyjnym rozwiązaniem, które ma szansę otworzyć nowe możliwości osobom niepełnosprawnym.

Jak mówi Rajewski:

To co obecnie jest na rynku to takie robotyczne chwytaki. My postanowiliśmy zejść do podziemia i wymyślić wszystko od nowa. Robimy rękę, która ma zachowywać się jak prawdziwa – mamy kości, więzadła, ścięgna, mięśnie. Chcemy zrobić ją może trochę bardziej nieprzewidywalną, ale i naturalną, bo takie właśnie są ręce. Naszym zadaniem nie jest więc nauczenie jej chwytu kubka, bo wierzymy że jeśli nasz proteza będzie najbliższa ręce ludzkiej, sama sobie z tym poradzi. Dodatkowo mamy nadzieję, że nasz produkt będzie znacznie tańszy.

Polski startup vBionic

Jak wygląda przyszłość?

Marzeniem protetyki jest móc dogonić żywe ciało. Wielu badaczy uniwersyteckich pracuje nad stworzeniem protez kontrolowanych przez centralny układ nerwowy. Dzięki sygnałom, odbieranym i dekodowanym przez elektrody, możliwe byłoby sterowanie protezą. Jak twierdzi jednak Bartosz Rajewski brain-machine interface dopiero przed nami, bo sygnały z mózgu są bardzo skomplikowane, zaszumione i niejednoznaczne, a w tej chwili nie ma urządzenia, które mogłoby je prawidłowo odbierać. Chyba, że za pomocą wszczepiania.

Czy kiedyś sztuczna ręka będzie tak sprawna, jak ta, która jest prawdziwa? Według Rajewskiego tak, choć zadanie jakim jest dorównanie naturze jest bardzo trudne

Potężny procent mózgu zużywany jest na nasze zdolności manualne – czucie, odruchy itd. Odtworzenie tak złożonego mechanizmu biologicznego to ogromny problem z punktu widzenia technicznego. Sama ręka dobrze zmotoryzowana niewiele nam da. Musimy umieć oceniać odległość od przedmiotu, wiedzieć co i kiedy złapać, a gdy jest za gorące, puścić. Czy stworzymy urządzenie, które będzie to wszystko rozwiązywało? Na pewno. Pytanie tylko kiedy. Wszystko się miniaturyzuje, przyspiesza i usprawnia, ale, by dojść do 100% ręki mogą nam pomóc jedynie sieci neuronowe, dzięki którym jedna ręka , będzie mogła nauczyć drugą. Zakładając czujniki na zdrową rękę, po tygodniu wgramy jej zachowania do ręki protetycznej. Ale to już futuryzm.

Wyjątkowe projekty protez przypominają, że każdy z nas ma oczywiste prawo do decydowania i kształtowania swojego wizerunku w taki sposób, w jaki czujemy się ze sobą dobrze. Bioniczne protezy, nawet jeśli jeszcze niedoskonałe, pozwalają normalnie funkcjonować osobom z niepełnosprawnościami. Co więcej, przełamują stereotypy, przywracając ludziom to, co najważniejsze, czyli godność.

Our biomedical engineer Iga is on the way to OTWorld Trade Show and Congress in Leipzig/Germany. We can't wait to see what are the latest orthopaedic trends and solutions.Meanwhile her 3d scanned hand stays home as it has to do it's everyday excercises 😉

Opublikowany przez vBionic 14 maja 2018