Categories

Trzynastolatka wprowadziła swoją lemoniadę do sieci sklepów w USA

Mikaila przedsiębiorczość wyssała z mlekiem matki – oboje rodzice mają dyplom uczelni biznesowych. Trzeba jednak oddać trzynastolatce, że swój produkt i markę budowała konsekwentnie od czwartego roku życia, kiedy to zaczęła sprzedawać własnej roboty lemoniadę. Wystawiła przed domem stolik i ruszyło. Ale to przygodzie z pszczołami zawdzięcza niezwykłe story, które wyniosło markę Me & the Bees Lemonade™ nie tylko na salony (dziewczynka spotkała się m.in. z Barackiem Obamą), ale przede wszystkim na sklepowe półki.

Zgrabnie opowiadana przez trzynastolatkę historia firmy chwyciła  za serca Amerykanów. Skąd pszczoły w nazwie firmy? Kiedy dziewczynka miała cztery lata w ciągu kilu dni użądliły ją dwie pszczoły. Rodzice doradzili jej, że – aby pokonać strach przed owadami – powinna dowiedzieć się o nich więcej. Tak powstała filozofia marki Me&Bees Lemonade.

Do rodzinnego przepisu na lemoniadę Mikaila postanowiła dodać miód produkowany przez pszczoły z sąsiedztwa – dzieło teksańskich owadów stało się kluczowym smakiem napoju i znakiem rozpoznawczym marki. 10 procent zysków ze sprzedaży świeżo wyciskanej lemoniady fundacja Mikaili przekazuje organizacjom zajmującym się ochroną  pszczół.

Największymi sukcesami firmy Me&Bees Lemonade jest sprzedaż 360 tys. butelek napoju rocznie i podpisany w tym roku kontrakt z największą w Stanach siecią sprzedającą produkty organiczne – Whole Foods Market,. Od maja lemoniady Mikaili są dostępne w pięciuset sklepach sieci w sześciu amerykańskich Stanach.

Chociaż wsparcie rodziców widać na każdym etapie budowania firmy, to trzynastolatka pozostaje oficjalną założycielką i CEO firmy. Teraz do najważniejszych wyzwań stojących przed Mikailą jest niezawalenie szkoły, którą próbuje pogodzić z obowiązkami prezeski, mentorki programów uczących dzieci przedsiębiorczości i działalnością edukacyjną dotyczącą ochrony pszczół. Przyznaje też, że prowadzenie jednej firmy zaczyna ją nudzić i ma już pomysły na kolejne biznesy.

Mikaila odbiera Medal Honoru Eleonory Roosevelt/ facebook.com/MikailasBees

 

 

 
Categories

Na testy genetyczne wydajemy już 88 mln zł rocznie. Płacimy, choć nie zawsze wiemy za co

Ze śliny wróżymy swoją przyszłość, na podstawie wymazu z policzka ustalamy, czy naszych przodków nie przywiało ze stepów Mongolii, a z plam na pościeli dowiadujemy się o zdradach partnerów. Okazuje się, że Polacy pokochali testy DNA. W ciągu dwóch lat wysokość wydatków na nie wzrosła u nas o 120 mln w skali roku! Brak regulacji sprawia jednak, że ten rynek to w Polsce prawdziwy Dziki Zachód.

“Podejrzewając swojego partnera lub partnerkę o niewierność, warto wykonać szybki test zdrady” – zachęca jedna z firm oferujących laboratoryjne badanie, które za niecały tysiąc złotych wykrywa, czy na przedmiotach (pościeli, bieliźnie) nie znajduje się przypadkiem sperma kochanka. Jest też w stanie sprawdzić, czy pochodzi ona od osoby, którą o bycie kochankiem podejrzewamy (to już na podstawie porównania z mikrośladami zostawionymi przez podejrzanego na niedopałku papierosa czy szklance). Choć oferta to kontrowersyjna, to jest tylko jedną z setek usług oferowanych w internecie przez polskie firmy i laboratoria zajmujące się analizą próbek DNA.

Okazuje się, że w Polsce rynek testów DNA kwitnie. W 2015 roku wydaliśmy na nie 80 mln złotych, a w 2017 już 200 mln (w tym 46 proc. wydatków pokrył NFZ). Nie odstajemy od światowego trendu: do 2020 roku globalny rynek testów genetycznych ma być wart 340 mln dolarów. Popyt rośnie, więc i pomysłów na komercyjne wykorzystanie genetyki jest coraz więcej.  

Zdrowie najważniejsze
Niemal połowa z około miliona wykonywanych w Polsce rocznie testów to profesjonalne badania pod egidą NFZ – refundowane są m.in. badania w kierunku raka piersi, jelita, autyzmu, niepłodności, mukowiscydozy, celiakii, nietolerancji laktozy czy głuchoty wrodzonej. Ale wielu – w tym najnowszych metod mikromacierzy aCGH, w koszyku świadczeń nie ma. Polacy chętnie szukają medycznych nowinek w Internecie i badają się na własną rękę.

Z własnej kieszeni kupujemy głównie testy,  które mówią nam, czy jesteśmy w grupie ryzyka zachorowań na niektóre nowotwory, sprawdzamy też nasze predyspozycje do występowania alergii. Wśród popularnych wyborów Polaków znajdziemy również bardzo pragmatyczne zastosowania genetyki: testy na ustalenie ojcostwa, wspomniane testy zdrady, czy testy genealogiczne, które powiedzą nam co nieco o pochodzeniu naszych przodków. Wydajemy na nie jednorazowo od 85 zł do 2800 zł.

Hitem stały się  kompleksowe przeglądy genetyczne. W odpowiedzi na przesłaną próbkę śliny dostaniemy za nieco ponad tysiąc złotych raport o naszych genach: dowiemy się, czego nie powinniśmy jeść, a czego naszemu organizmowi brakuje, czy mamy gen otyłości, wrodzoną empatię lub czy istnieje u nas ryzyko wystąpienia schizofrenii. Przez internet, łatwo i szybko.

Kolejny kierunek rozwoju komercyjnej genetyki to personalizowanie oferty pod DNA klienta. Najbardziej znanym jak dotąd przykładem jest vinome.com, które dobiera klientowi wina nie na podstawie prostackich referencji w stylu: wytrawne, półwytrawne, czerwone lub białe, a na podstawie informacji zawartych w próbce przesłanego przez nich DNA.

Polska – biała plama na mapie genetyki
Co zaskakujące, na dynamicznie rosnącym polskim rynku mamy bardzo mało specjalistów od wykonywania profesjonalnych badań genetycznych. Według Najwyższej Izby Kontroli w pięciuset laboratoriach (również sądowych) pracują w Polsce tylko 352 osoby ze specjalnością laboratoryjna genetyka kliniczna.

Taka mała liczba specjalistów każe bacznie przyglądać się ofertom i sprawdzać, czy placówki, które wykonują testy mają jakiekolwiek certyfikaty.

W Polsce brakuje też regulacji zapewniających jakość i bezpieczeństwo oferowanych na rynku badań.

W kwietniu br. w sprawie wolnej amerykanki na komercyjnym rynku usług badań genetycznych w Polsce i braku kontroli nad jakością oferowanych testów genetycznych zwrócił się do Ministra Zdrowia Rzecznik Praw Obywatelskich. Ale prace nad polską ustawą o badaniach biomedycznych i bankowaniu, która uporządkowałaby rynek, ślimaczą się od kilku lat. Tym razem Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że projekt ustawy trafi do Rady Ministrów do września tego roku.

O czym warto pamiętać kupując test DNA?

  • Nie tylko geny decydują o rozwoju choroby – w większości przypadków ogromny wpływ na ich rozwój ma nasz styl życia. Geny to nie wyrok.
  • Nie wszystkie choroby nowotworowe są dziedziczne – tylko 10 proc. rodzajów raka to choroby uwarunkowane genetycznie, o rozwoju znacznej większości decyduje nasz styl życia.
  • Standardowe testy wykrywają tylko najpopularniejsze mutacje genów – a wiele chorób rozwija się, gdy powstanie odpowiednia konfiguracja wielu sekwencji genotypu. Można więc sobie niepotrzebnie napędzić stracha.
  • Sprawdź, kto i w jaki sposób przechowuje dane o Twoim DNA – dane dotyczące predyspozycji do chorób zakodowane w Twoim DNA to najbardziej wrażliwe dane na świecie, które byłyby niezłym kąskiem, chociażby dla banków udzielających kredyty. Najważniejsze jest to, żeby dane były szyfrowane przez laboratoria wykonujące badania, a szyfrowanie potwierdzał odpowiedni certyfikat. Chodzi o to, żeby firma, u której zamawiamy badanie, w żadnym momencie nie mogła przypisać wyników do Twojego nazwiska lub adresu IP. Niestety, z raportu NIK wynika, że ochrona tych danych w Polsce wciąż kuleje.
  • Wyniki testów genealogicznych są uzależnione od tego, jak dużo i jakiego materiału genetycznego zostało przebadane wcześniej (jeśli nie ma w puli informacji na przykład o sekwencjach DNA osób z Hiszpanii, badanie nie wykaże nam iberyjskich korzeni). Warto sprawdzić geny, których populacji są możliwe do wykrycia w konkretnym badaniu.

 

 

 
Categories

Będziesz zwycięzcą? Jak mówcy motywacyjni wciskają nam ściemy

Mówienie o szczęściu w biznesie stało się niepopularne, bo każdy dziś chce być zwycięzcą i wszystko zawdzięczać sobie. Iluzję podsycają ci, którzy sukces już odnieśli i chcą nam sprzedać receptę na niego w formie prostej niczym przepis na pomidorową. Tymczasem naukowcy przekonują, że oprócz naszej osobistej motywacji, naszego “chcenia”,  istnieje też rzeczywistość, której sporą częścią rządzi przypadek.

 

Co jest największym czynnikiem sukcesu firm i ludzi? “Timing” – odpowiadają doświadczeni przedsiębiorcy, czyli po polsku: bycie w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Tylko co to znaczy? Kiedy jest ten właściwy czas? Czy przypadkiem pod terminem “timing” nie ukryliśmy zwykłego szczęścia, które jest zupełnie poza sferą naszego wpływu? Może bardzo boimy się tego, że wbrew temu, co wkładają nam do głowy mówcy motywacyjni, tak naprawdę bardzo dużo rzeczy jest poza naszym wpływem?

“10 nawyków ludzi sukcesu”, “7 rzeczy, których nie robią milionerzy” – takie tytuły to dzisiaj w internecie murowane clickbaity. Klikamy, bo gdzieś po cichu wierzymy, że jeśli będziemy jeść, czytać i robić to co Bill Gates, to zostaniemy Billem Gatesem.

W odpowiedzi spore grono naukowców każe nam się puknąć w czoło. I, tak jak Robert Frank, profesor ekonomii na Uniwersytecie Cromwell, mówią że o sukcesie decyduje również przypadek, czyli szczególny zbieg okoliczności zewnętrznych, niezależnych od talentu, predyspozycji i ciężkiej pracy.

Frank udowadnia to matematycznie. Podaje m.in. przykład dwóch grup składających się ze 100 tys. sportowców o różnych predyspozycjach i umiejętnościach  – w jednej o zwycięstwie decydują wyłącznie one, w drugiej dwa procent czynników decydujących o zwycięstwie stanowi szczęście losowo rozłożone pomiędzy sportowców. Co się okazuje? W pierwszej grupie wygrywają najlepsi, w drugiej wygrywają osoby, które miały po prostu więcej szczęścia.

Cyborgi na ścieżce sukcesu
Spragnieni sukcesu, robimy wszystko, żeby jak najwcześniej zacząć go kontrolować. Niedouczone dzieci, źle prowadzone firmy i kompletny brak zrozumienia samych siebie – takie efekty zdaniem Annie Murphy Paul, autorki książki “The Cult of Personality Testing”, osiągamy nadmiernie ufając coraz popularniejszym testom predyspozycji. W założeniu mają nam one pomóc rozpoznać nasze mocne strony i  rozwijać się w tych dziedzinach, w których mamy szansę na sukces , ale zdaniem autorki  dzieje się coś zupełnie odwrotnego.

Miliony ludzi na świecie na podstawie przeprowadzanych w dzieciństwie testów predyspozycji podejmuje (zwykle przy udziale rodziców) decyzje o wyborze ścieżki edukacji i kariery. Annie Murphy Paul uczula jednak, że testy te nie uwzględniają natury człowieka, która przede wszystkim jest zmienna w czasie i  miejscu oraz targana sprzecznymi motywacjami. Zbyt wcześnie wprowadzając dzieci na wąską ścieżkę rozwoju, nie programujemy ich sukcesu, tylko zwyczajnie je ograniczamy.

Zamiast zwycięzców wychowujemy frustratów, którym nie dane będzie właściwe ludziom błądzenie i radość dochodzenia do celów metodą własnych prób i błędów.

Piekło benchmarków
Jeśli ludzie sukcesu nie są zaprogramowanymi na sukces maszynami, to może są czarnymi łabędziami, które nieoczekiwanie pojawiają się nie wiadomo kiedy i nie wiadomo gdzie? O niedocenianym wpływie niewiadomych pisze Nassim Nicholas Taleb w swojej pasjonującej książce “Czarny Łabędź. O skutkach nieprzewidywalnych zdarzeń”.

Taleb to były broker opcji, który rynek finansowy zna od podszewki. Twierdzi, że takich nieoczekiwanych zdarzeń jest na nim więcej niż spece od finansów chcieliby przyznać. I że z niezrozumiałym uporem stale je ignorujemy, nie mogąc się pogodzić z tym, że zarówno rynkiem, jak i życiem, kieruje głównie losowość. Wciąż ufamy tylko swoim obserwacjom, a więc temu co znamy. Idąc tą logiką: im mamy więcej danych o życiu Steve’a Jobsa, tym bardziej ufamy, że możemy jego sukces powtórzyć. Pomijamy przy tym wszystkie inne możliwe ścieżki osiągnięcia sukcesu tylko dlatego, że nie mamy dla nich odpowiednich “benchmarków”.

Autor “Czarnego Łabędzia” zauważył jeszcze jedną interesującą prawidłowość: gdy już wydarzy się coś, czego zupełnie nie przewidywaliśmy, mamy tendencję do racjonalizowania przeszłości. Nagle wydaje nam się, że właśnie coś takiego przeczuwaliśmy lub że do tego niezwykłego celu doprowadziła nas sekwencja działań składająca się na jasny przyczynowo-skutkowy ciąg. Może właśnie podobną iluzję próbują nam sprzedać mówcy motywacyjni, którzy chcą nas nauczyć, jak  powinniśmy żyć, żeby osiągnąć sukces?

Zwycięzco, jest nadzieja
Trochę to jednak smutne, że nasze życie w tak dużym stopniu targane jest różnymi nieprzewidywalnymi zdarzeniami i zależne od enigmatycznego szczęścia. Czy możemy coś z tym wszystkim zrobić?  Czy to znaczy, że możemy po prostu leżeć na kanapie i czekać aż się nam sukces przydarzy? Nie do końca.

Nikt nie twierdzi, że życiem kieruje wyłącznie przypadek. Psychologowie donoszą, że jednym z najważniejszych aspektów rozwoju osobistego jest zrozumienie tego, na co ma się rzeczywisty wpływ, a na co nie. Wtedy możemy naprawdę skupić się na pracy, która ma sens i odrzucić wszelkie omnipotentne sny o wielkości oparte o nasze fantazje  i oczekiwania co do rzeczy, na które wpływu nie mamy. One przyniosą nam jedynie frustrację i rozgoryczenie. To tak jakby Adam Małysz, będąc w szczytowej formie wierzył, że umie jeszcze zaklinać wiatr. Czy skakałby równie dobrze, gdyby jego uwaga skupiała się nie tylko na technicznych aspektach skoku, ale też na “kontrolowaniu” wiatru?

Na pewno nie zaszkodzi nam wczesne wstawanie, zdrowe odżywianie czy samodyscyplina. Dopóki nie uwierzymy, że właśnie dzięki temu wszyscy jak jeden mąż staniemy się zwycięzcami-milionerami.

 
Categories

Polscy spece od mózgu walczą o kasę na swój projekt. Każdy nasz klik to dolary płynące na ich konto

Polski NeuroDevice walczy o milion dolarów w międzynarodowym konkursie dla młodych firm, które rozwiązują ważne społeczne problemy. Ich urządzenie pomaga przywrócić możliwość mówienia, czytania i rozumienia mowy osobom, które straciły tę umiejętność w wyniku udarów i różnych uszkodzeń mózgu. To ostatni dzwonek, żeby wspomóc swoim klikiem zespół polskich specjalistów od badań nad mózgiem. Każdy klik to dla nich realna kasa. Głosowanie trwa do 25 kwietnia.

NeuroDevice to zespół polskich naukowców i inżynierów, którzy od 13 lat pracują nad produktami medycznymi. Opracowali m.in. metodę terapii zaburzeń mowy przez stymulację mózgu prądem elektrycznym i ubrali to rozwiązanie w zgrabny produkt. Headset NeuroDevice wygląda niepozornie, niczym designerski gadżet. To lekki, plastikowy headset, który chory po prostu zakłada na głowę. Opaska zapewnia, że prąd będzie stymulował właśnie te obszary mózgu, które są odpowiedzialne za mowę.

Naukowcy i inżynierowie z NeuroDevice wierzą, że ich urządzenie ma nie tylko potencjał rynkowy, ale poprawi jakość wielu ludzi, których brak możliwości komunikowania się ze światem wyklucza ze społeczeństwa. Na afazję, czyli najczęściej pojawiające się zaburzenie umiejętności mówienia zapada rocznie na świecie aż pięć milionów osób. W Polsce co osiem minut ktoś dostaje udaru mózgu, który jest najczęstszą przyczyną zaburzenia.

To, co jest najważniejsze dla pacjentów i lekarzy, którzy pracują z ludźmi chorymi na afazję jest fakt, że stosowanie NeuroDevice znacznie obniża koszty terapii. Producenci urządzenia uważają, że koszty spadają nawet o jedną trzecią.

Projekt można wesprzeć do 25 kwietnia w ramach międzynarodowego konkursu The Venture

Każdy klik to kasa płynąca na konto zespołu.

Polacy w konkursie walczą po raz trzeci. Wcześniej do światowego finału dotarł zespół Migam oferujący wirtualne tłumaczenia języka migowego oraz NexBio – inteligentne rozwiązanie, dzięki któremu rolnik może przy pomocy swojego smartfona sprawdzić, jakimi drobnoustrojami zagrożone są jego uprawy i dzięki temu stosować mniej chemicznych środków ochrony roślin.

 
Categories

Turkus zmieni polskie firmy na takie, w których będzie się chciało pracować?

Od ponad roku w większych miastach Polski przedsiębiorcy spotykają się na Turkusowych Śniadaniach. Coraz więcej osób chce wiedzieć, jak zbudować firmę bez szefa, a w zasadzie taką, w której szefem jest każdy. Czym są turkusowe firmy – coachingową ściemą czy sposobem na nowoczesną organizację?

Chcemy zmienić polski rynek pracy. Może to brzmi górnolotnie, ale wiele osób dostrzega, że sposób w jaki zorganizowane są teraz firmy po prostu nie działa. Połowa ludzi zatrudnionych w Polsce, szuka obecnie zatrudnienia. To o czymś świadczy – mówi Łukasz Socz Solarski, organizator wrocławskich Turkusowych Śniadań.

Czy turkusowy model działa? Ci, którzy go wprowadzili uważają, że działa; inni powtarzają: utopia. Najszybciej pomysł  wprowadzają firmy IT, ale sprawdza się podobno równie dobrze wśród pracowników sezonowych. Na pewno myślenie o miejscu pracy się zmienia.

Gdy kilkadziesiąt lat temu Microsoft stawiał korty tenisowe swoim programistom, wszyscy na rynku się śmiali. Teraz strefy z piłkarzykami czy konsolami w pracy nie są niczym nadzwyczajnym – mówi Łukasz.

Turkusowe czyli jakie?
Teoria turkusowych organizacji wywodzi się z wydanej w 2015 roku książki “Pracować Inaczej” (ang. Reinventing Organizations), która podzielił organizacje ze względu na style zarządzania na:

  • czerwone, na których czele stoi prawdziwy boss, który zarządza swoimi ludźmi przez strach i władzę (popularne w grupach przestępczych);
  • bursztynowe – sztywna hierarchia i procesy, każdy zna swoje miejsce. Tak działa na przykład Kościół Katolicki;
  • pomarańczowe – organizacje nastawione na zysk, w którym człowiek jest zasobem do realizacji celu (czy też producentem mandaysów). To model wciąż pokutujący w niektórych korporacjach;
  • zielone – organizacje, które widzą w pracowniku już nie tylko siłę roboczą, ale zaczyna go traktować podmiotowo. Mówi się o demokracji, parnterstwie – jak w ruchach spółdzielczych;
  • turkusowe – pojawiają się na końcu jako najbardziej dojrzałe formy organizacji, w których nie ma hierarchii, a pracownicy chcą i potrafią podejmować samodzielne decyzje zamiast wykonywać polecenia szefa. Człowiek ma nie tylko pracować, ale też realizować się przez pracę. wedle zasady: pracować by żyć, a nie: żyć by pracować. W założeniu pracownik ma być bardziej zadowolony, a firma lepiej się rozwijać. Brzmi jak plan!

Przede wszystkim: odpowiedzialność
Odpowiedzialność i zaufanie – to dwie wartości, bez których turkus w firmie nie zawita. Potrzebne jest zaufanie do szefa (bo ten gdzieś jednak na końcu jest, choćby w osobie głównego właściciela) i zespołu, że wszyscy gramy do tej samej bramki i chcemy, żeby firmie wiodło się jak najlepiej. – Lider musi być bardzo świadomą osobą, która wie co to jest inteligencja emocjonalna i na co dzień ją stosuje– mówi Łukasz i poleca grę Evolution of Trust  o tym, dlaczego warto budować zaufanie.

O firmach turkusowych mówi się, że same sobą zarządzają, co oznacza, że szef nie jest najlepiej poinformowaną osobą, a rolą pracowników nie jest wyłącznie wypełnianie jego poleceń. Pracownicy potrafią podejmować decyzje w ramach zespołów, których liderami stają się osoby najbardziej kompetentne w temacie.

Gdy myślimy o zespołowym podejmowaniu decyzji, od razu nasuwają się wizje trwających w nieskończoność spotkań, podczas których tak naprawdę nie jesteśmy w stanie podjąć żadnej decyzji  – Zawsze pojawiają się jacyś mikromenedżerowie służący dobrą radą co do kierunku i tacy, którzy uważają, że już podjęta decyzja jest błędna. Rozwiązaliśmy to prostą zasadą: jeżeli masz dobrą radę, to znaczy, że się angażujesz w rozwiązanie problemu. Połowa osób dających dobre rady zniknęła, bo wiedziały, że nia mają czasu na  takie zaangażowanie. To znacznie przyspieszyło proces decyzyjny – mówi Jan Zborowski z SoftwareMill, firmy, która zasady turkusowego zarządzania wprowadziła w swoim 40-osobowym zespole programistów.

Zobacz ostatni odcinek HiCash Week, w którym gościem był Jan Zborowski

I jeszcze jedna ważna rzecz: branie odpowiedzialności jest możliwe tylko wtedy, gdy zespoły mają pewność, że za błędne decyzje nie poniosą kary, Turkusowe firmy wierzą, że odpowiedzialność za podejmowane decyzje powinna być egzekwowana inaczej: tłumaczymy, dlaczego myśleliśmy, że decyzja jest dobra (nawet, jeśli nie była), podsumowujemy i minimalizujemy straty.

Dewiza brzmi: “każdy może podjąć każdą decyzję, jeżeli weźmie za nią odpowiedzialność i nikt nie zgłosi stanowczego weta”.

Zaangażowanie kosztuje?
Firmy już dawno zorientowały się, że najlepszy pracownik to zaangażowany pracownik.  Turkusowe organizacje nie odkryły tu koła na nowo. Wiele z nich jest w stanie za to zaangażowanie zapłacić, dzieląc się z pracownikami zyskami.

Wiele “turkusowych” decyduje się na całkowitą przejrzystość płac i wyników finansowych firmy.  Ludzie wiedzą ile zarabiają, ale przede wszystkim: ile zarabia firma, ile zarabia poszczególny dział i jak są opłacane poszczególne projekty. Efektem jest to, że  mają pełną informację, mogą więc podejmować decyzje, które są opłacalne – tłumaczy Solarski.

Oczywiście, trudno sobie wyobrazić, żeby z dnia na dzień ujawnić wszystkie finanse firmy bez potężnego trzęsienia ziemi w organizacji. Dlatego ci przedsiębiorcy, którzy przeszli tę drogę mówią: po kolei. Najpierw open booking, czyli ujawnienie finansów firmy. – Jak już ludzie się zaadaptują z informacjami o budżecie  firmy, można pójść dalej i pokazać jak wyglądają poszczególne projekty czy działy – mówi Solarski, To trudny proces, w którym istnieje też ryzyko fuck-upów. Jakich? Część ludzi może tej zmiany z jakichś powodów nie zaakceptować i odejść.Zawsze warto się zastanowić, czy akurat naszą firmę w tym momencie stać na to ryzyko.

Doskonałym podręcznikiem budowania turkusowej firmy jest książka wieloletniego przedsiębiorcy Andrzeja Jeznacha pod tytułem “Szef, który ma czas. Ewolucja zarządzania – dziennik budowy turkusowej firmy”. Opowiada ona historię firm, które krok po kroku zmieniały swoje podejście

Ciekawi Cię nowy model zarządzania? Przeczytaj:

  1. F. Laloux – Pracować Inaczej
  2. A. Jeznach – Szef, który ma czas
  3. Semler – Maverick
  4. Robertson – Holacracy
 
Categories

7 polskich firm biotechnologicznych, które naprawdę zmieniają świat

Firma biotechnologiczna to nie jest łatwy biznes. Projekty potrafią latami toczyć się za zamkniętymi drzwiami laboratoriów. Zanim zobaczy się pierwsze zyski, trzeba naprawdę sporo zainwestować.  I – co często jest najtrudniejsze – trzeba  sprawić, żeby naukowcy dogadali się z ludźmi od biznesu. Jak już się dogadają, powstają niesamowite rzeczy. Poznajcie siedem naprawdę innowacyjnych polskich projektów biotechnologicznych.

  1. Płyn, który zastępuje ludzką krew> NanoSanguis
    Ta firma ma szansę zmienić świat, ale nie tak jak przeciętny startup zmieniający świat, tylko na serio. NanoSanguis opracowało płyn, który z powodzeniem może zastąpić ludzką krew i być sposobem na dłuższe niż dotychczas przechowywanie ludzkich organów. Firma jest związana z Laboratorium Inżynierii Biomedycznej Politechniki Warszawskiej.

Jakie problemy rozwiązuje NanoSanguis?
Na świecie jest zbyt mało krwi potrzebnej przede wszystkim do transfuzji i zabiegów chirurgicznych. Liczba dawców na świecie maleje i nie jest w stanie pokryć światowego zapotrzebowania na krew. Szacuje się, że przed 2030 rokiem będziemy mieć na świecie deficyt krwi w wysokości 30 mln jednostek.

Drugi problem, nad którego rozwiązaniem pracuje NanoSanguis, to krótki termin przechowywania organów. Teraz można je magazynować przez kilka godzin, NanoSanguis chce wydłużyć ten czas do kilku dni.

Agata Stefanek., IChIP laboratoria

Jak NanoSanguis rozwiązuje problem braku krwi na świecie?
Wytwarza płyn, który może zastąpić krew. Sztuczna krew, nad którą w fazie badań klinicznych pracuje NanoSanguis potrafi przede wszystkim transportować tlen – co jest główną funkcją krwi. Ma jeszcze kilka ważnych zalet: płyn się nie starzeje (można go długo przechowywać, podczas gdy krwinki czerwone pobrane od człowieka mają termin ważności 42 dni) i jest uniwersalny (pasuje do każdej grupy krwi). Sztuczna krew może też wydłużyć czas przechowywania organów do transplantacji – krew może zaopatrywać je w składniki odżywcze i tym samym przedłużać ich życie.

Projektem trzęsie Agata Stefanek

————————————————————————————————————————

2. Polski hit zmienia rynek energii słonecznej> FreeVolt
Polacy ponad siedem lat temu opracowali najlepszą na świecie technologię wytwarzania grafenu – supercienkiego materiału, który świetnie przewodzi prąd. Istniała obawa, że polski biznes nie zobaczy w tym odkryciu szansy na nowe produkty – komercjalizacja wynalazków nie jest naszą najmocniejszą stroną. Impas przełamała m.in. bydgoska firma FreeVolt, która wykorzystała potencjał tego materiału do wzmocnienia wydajności paneli fotowoltaicznych (tzw. paneli słonecznych). W tym roku bydgoska firma Freevolt planuje stworzyć linię produkcyjną dla swojego rozwiązania, która ma produkować 55 tys. paneli rocznie.

Jaki problem rozwiązuje FreeVolt?
FreeVolt chce zmniejszyć koszty pozyskiwania energii słonecznej o połowę  i sprawić, żeby była bardziej konkurencyjna.

Jak rozwiązuje problem?
Do produkcji paneli słonecznych (fotowoltaicznych) wykorzystuje krzem i. grafen – materiał, który sprawia, że panele są bardziej wydajne i odporne.

Projektem trzęsie Łukasz Nowiński

————————————————————————————————————————

3. Każdy rolnik zbada DNA swojej rośliny>NexBio
Grupa naukowców z Lubelskiego Uniwersytetu w Lublinie zasłynęła swoim rozwiązaniem, które ma sprawić, że rolnicy będą bardziej rozważnie stosować środki chemiczne, którymi “chronią” uprawy przed szkodnikami. Wymyślili rozwiązanie, dzięki któremu rolnicy sami będą mogli sprawdzać, jakie bakterie atakują ich rośliny.

Jaki problem rozwiązuje NexBio?
Duża zawartość pestycydów w produkowanej metodami tradycyjnymi żywności. Dziś najczęściej pestycydy, które mają chronić rośliny przed drobnoustrojami, stosowane są “na wszelki wypadek” w najwyższych dawkach. To odbija się na jakości żywności.

Jak problem rozwiązuje?
NexBio stworzyło test DNA, który pomaga wykryć choroby roślin spowodowane przez drobnoustroje na długo zanim będą widoczne. Rolnicy szybko dowiadują się, jakie mikroorganizmy zagrażają roślinom i stosować tylko te środki ochrony roślin, które działają konkretnie na te rośliny. Urządzeniem do badania roślin ma wielkość zwykłego telefonu, a badanie można wykonać bezpośrednio na polu.

Projektem trzęsie Adam Kuzdraliński

Adam Kuzdraliński, fot. Vitagenum/ materiały prasowe

————————————————————————————————————————

  1. Sok z żuka >HiProMine
    Ta polska firma biotechnologiczna zachwyciła samego Travisa Kalanica (byłego szefa Ubera). Firma wierzy, że owady są odpowiedzią na wiele żywieniowych problemów współczesnego świata. Na razie stworzyli w Robakowie pod Poznaniem w pełni zautomatyzowaną fabrykę owadów, z których pozyskują pełnowartościowe białko. Takie białko może być wykorzystane do produkcji żywności nie tylko dla zwierząt gospodarskich, ale również dla ludzi. HiProMine współpracuje z Europejską Agencją Kosmiczną nad programem żywienia w kosmosie.

Jaki problem rozwiązuje HiProMine?
Niewystarczająca ilość żywności – na razie głównie dla zwierząt, ale z potencjałem na zmniejszenie problemu głodu na świecie.Pozyskiwanie związków organicznych z owadów to kompromis pomiędzy produkcją zwierzęcą, dostarczającą wielu ważnych dla człowieka związków (ale niewydajną, emitującą dużo CO2 i odpadów), a wydajną produkcją roślin, która jednak nie dostarcza wszystkich niezbędnych białek .

Jak problem rozwiązuje?
Wykorzystują zdolność owadów do przetwarzania materii organicznej na substancje odżywcze, w tym pełnowartościowe białko. Owady produkują przy tym niewiele odpadów, wymagają małej przestrzeni do hodowli – ścisk lubią i jest on dla nich naturalnym środowiskiem życia). W ogóle nie są wybredne: żywią się odpadkami z produkcji spożywczej i rolnictwa.

Projektem trzęsą Jakub Urbański, Damian Józefiak i Jan Mazurkiewicz

————————————————————————————————————————

5. Siedzenia w tramwajach pokryte srebrem>Insignes Labs
Krakowska firma sprzedaje sprytną substancję, która można dodać do niemal każdego materiału – od plastiku w tramwajowych siedzeniach po lateks w rękawiczkach chirurgicznych. Dzięki temu przedmioty codziennego użytku są bardziej przyjazne dla człowieka, za to mniej dla zarazków, grzybów i bakterii.

Jaki problem rozwiązuje Insignes Labs?
70 proc. zakażeń powstaje przez kontakt rąk człowieka z przedmiotami. Zazwyczaj do stworzenia ochrony przed bakteriami, wirusami czy pleśnią producenci wykorzystują toksyczne biocydy.

Jak problem rozwiązuje?
Insignes Labs proponuje producentom sprzętów użytkowych dodatek ze związkami srebra, które są mniej toksyczne niż powszechnie stosowane preparaty, które mają zabijać bakterie na powierzchni przedmiotów.  Powodują też, że przedmioty są trwalsze.

Projektem trzęsie Anna Ogar

————————————————————————————————————————

  1. Antybiotyki z głową>Biolumo
    Firma pracuje nad szybkim testem, dzięki któremu lekarze w kilka godzin dowiedzą się, jaka bakteria wywołała chorobę u pacjenta.

Jaki problem rozwiązuje Biolumo?
Antybiotyki stają się coraz mniej skuteczne w walce z chorobami. To dlatego, że stosujemy je zbyt często, a lekarze nie chcąc czekać na wyniki badań (trwa to zwykle aż 48 godzin), przepisują najczęściej antybiotyki działające na dużą grupę drobnoustrojów. Takie leczenie jest skuteczne – zazwyczaj w dużej grupie bakterii, na które działa antybiotyk jest i ta, która rzeczywiście wywołała chorobę. Przy okazji dajemy całej reszcie okazję na przystosowanie się do działania antybiotyku, który z czasem przestaje na nie działać.

Jak problem rozwiązuje?
Biolumio sprawia, że testy wykrywające konkretne bakterie wywołujące chorobę są bardzo szybkie, więc lekarze powinni je częściej stosować.

Projektem trzęsie Olga Grudniak

————————————————————————————————————————

7. Świnki pod kontrolą>ThermoEye
Sprytni inżynierowie ze Smart Soft Solutions wymyślili system monitorujący zdrowie trzody w oparciu o kamery termowizyjne rejestrujące ciepło ciała.

Jaki problem rozwiązuje ThermoEye?
Podawanie zwierzętom hodowlanym dużej ilości antybiotyków “na wszelki wypadek”. Wątpliwa jakość mięsa, które trafia do klientów.

Jak ten problem rozwiązuje?
ThermoEye za pomocą kamer termowizyjnych śledzi zmiany temperatury każdego zwierzęcia w stadzie. Podwyższenie się temperatury jest pierwszym ważnym sygnałem rozwijającej się choroby. ThermoEye szybko wykrywa te zmiany, pozwala na bieżąco kontrolować zdrowie zwierząt, dzięki czemu zapobieganie chorobom w stadzie przez podawanie dużej ilości antybiotyków przestaje być jedyną skuteczną metodą dbania o zdrowie zwierząt i jakość mięsa.

Projektem trzęsie Łukasz Adamek

 
Categories

Gaming w medycynie ratuje życie

Gry komputerowe. Dla jednych widomy znak obecności Szatana na Ziemi, dla innych miły sposób spędzania czasu wolnego. Z tymi drugimi zbijamy piątkę, pierwszym współczujemy skomplikowanego systemu wierzeń. I jesteśmy ciekawi, czy dalej mówiliby o Złym, gdyby wiedzieli, że gry komputerowe mogą ratować życie w bardzo dosłownym sensie. Poznajcie grających lekarzy.

Pixel Technology to łódzka firma tworząca rozwiązania dla pracowni radiologicznych, ma za sobą ponad sto udanych wdrożeń w całej Polsce. Teraz rozwija nowy projekt gry szkoleniowej dla studentów medycyny, opartej o sieci deep learningowe. Dzięki podłączeniu do ponad 200 systemów szpitalnych, będzie można stworzyć rozbudowaną platformę na podstawie prawdziwych danych. Przy jej pomocy, w formie gry, studenci i lekarze będą rozwiązywali realne problemy związane z diagnozowaniem i leczeniem. Projekt uzyskał dofinansowanie unijne, w lutym zaczęło się rekrutowanie do niego ludzi. Czekamy na efekty.

Pomysł, żeby lekarzy uczyć dzięki grom nie jest nowy. W Stanach co roku umiera 30 tys. pacjentów, których śmierci można byłoby uniknąć, gdyby tylko ich urazy zostały prawidłowo zidentyfikowane i zostaliby skierowani do odpowiednich placówek. Dlatego doktor Deepika Mohan stworzył grę „Night Shift”, która poprawia umiejętności diagnostyczne lekarzy. Zwiększa ich zdolność do prawidłowego rozpoznania urazu, dzięki czemu pacjent może otrzymać niezbędną pomoc.

Według słów twórcy, gra została stworzona po to, żeby wykorzystywać część mózgu, która odpowiada za rozpoznawanie wzorców i wcześniejszych doświadczeń, do podejmowania błyskawicznych decyzji przy użyciu podświadomych skrótów myślowych. Skomplikowane ale zamysł w sumie jest prosty – lekarze mają działać odruchowo a nie gubić się w domysłach w sytuacji, gdy na ER-kę trafiło 30 osób z wypadku autobusu.

Przy pomocy gry przetestowano 368 lekarzy z izb przyjęć. Żaden z nich nie pracował w szpitalu specjalizującym się w leczeniu urazów, więc ich przeszkolenie w tej materii nie było zbyt głębokie. Połowa grupy grała w grę, druga spędzała co najmniej godzinę dziennie, czytając materiały szkoleniowe. Okazało się, że wciągająca gra tekstowa jest lepszą metodą nauczania od czytania książek.

Grupa graczy nie rozpoznała pacjentów z rozległymi urazami i nie wysłała ich do odpowiednich szpitali w 53 proc. przypadków. Grupa czytająca w 64 proc. Na dodatek efekty grania pozostały w głowach dłużej i utkwiły mocniej niż w grupie czytających. Gracze po pół roku byli prawie tak samo skuteczni, zawiedli w 57 proc. przypadków, druga grupa aż w 74 proc. Przyczyn takiego stanu rzeczy doktor Mohan upatruje w tym, że gra opowiada historie, z którymi lekarzom łatwiej się identyfikować i łatwiej zapamiętać. Ponadto w grze „na żywo” widać wszystkie konsekwencje podjętych decyzji i ewentualnych błędów w ocenie stanu pacjenta. Dodatkowo podczas rozgrywki pojawiają się postacie na bieżąco oceniające i dające graczowi opinie zwrotne na temat jego osiągnięć.

Inny rodzaj gry zaproponował lekarzom doktor Price Kerfoot. Wszyscy wiedzą, że postępy medycyny są błyskawiczne, dlatego lekarze powinni trzymać rękę na pulsie. Tylko co z tego, że trzymają, jeżeli nauka nie przekłada się na polepszenie opieki nad pacjentami. Doktor Kerfoot postanowił temu zaradzić i wymyślił grę mailową.

Na razie uczestniczą w niej pracownicy ośmiu bostońskich szpitali. Każdy dostaje maile, w których znajdują się zdjęcia i opis aktualnego stanu pacjenta oraz test wyboru odpowiedniej terapii. Ponieważ ludzie lepiej uczą się w czasie zabawy, w mailach są stockowe zdjęcia wątpliwej jakości i urody a opisy pacjentów są troszeczkę odjechane. Gracze konkurują ze sobą. A im lepsze wyniki lekarzy, tym lepiej leczą pacjentów. To takie proste. Pierwsza odsłona gry dotyczy kardiologii, w planach cukrzyca.

Na koniec najmniejsze zaskoczenie świata. Lekarze grający w zręcznościówki są dużo skuteczniejsi w operacjach laparoskopowych. Przypomnijmy – laparoskopia to operowanie silnika samochodu przez rurę wydechową albo, według słów niektórych lekarzy, wiązanie sznurowadła za pomocą metrowych pałeczek do chińszczyzny. W sytuacji, w której do organizmu przez małe nacięcie wprowadza się minikamerę i narzędzia chirurgiczne, którymi zdalnie operuje lekarz, bardzo przydaje się dobra pamięć mięśniowa oraz lepsza koordynacja oko-ręka. O co zdecydowanie łatwiej u lekarzy, którym nieobcy jest konsolowy kontroler. Badacze z Beth Israel Medical Center sprawdzili, czy taka korelacja faktycznie istnieje i okazało się, że gracze robią o 37 proc. mniej błędów podczas laparoskopii i wykonują zadanie o 27 proc. szybciej niż ich niegrający koledzy.

To tylko trzy odsłony zjawiska, które rozgrywa się na naszych oczach i zmienia sposób uczenia studentów na uczelniach medycznych. Praktyka medyczna i gamifikacja mają punkty wspólne. W obu przypadkach musimy wymaksować określone umiejętności zanim wskoczymy na wyższy poziom doświadczenia i będziemy mogli używać bardziej zaawansowanych narzędzi/broni. Gry medyczne wspomagają naukę opartą na prawdziwych przypadkach. Atrakcyjna oprawa graficzna, interaktywność i odpowiednio wysoki poziom ich rozrywkowości nie stanowią już dzisiaj problemu. Ani technologicznego, ani finansowego. A prawdziwą rewolucją mogą stać się dwie nowe warstwy rzeczywistości: wirtualna i poszerzona. Dzięki nim możliwe stanie się prowadzenie operacji na odległość i uczenie się na poziomie nieosiągalnym do tej pory. O tym jednak przy następnej okazji.

 
Categories

Sinup: idź i grzesz więcej!

Naginamy reguły, grzeszymy i robimy rzeczy moralnie wątpliwe przez całe życie. Czasami to drobiazg, czasami coś większego. Łamiemy dietę, odpuszczamy dzień ćwiczeń, przesadzamy z imprezą, ściągamy na egzaminie albo łamiemy szóste przykazanie. Życie. Co jednak, gdybyśmy mogli to wszystko odpokutować, przy okazji robiąc coś dobrego? Jest na to startup.

Twórcy aplikacji Sinup nieźle to sobie wszystko obmyślili. Wymaga się od nas altruizmu, odwołuje się do naszych najlepszych cech charakteru, świat oczekuje, że będziemy krystaliczni, dobrzy, uprzejmi, uczesani i pogodni. Na dłuższą metę tak się nie da, sprawdziłem. Prędzej czy później znakomita większość z nas upada. Dzięki aplikacji Sinup możemy podzielić się naszym upadkiem ze światem, znaleźć pociechę wśród podobnych sobie i wpłacić pieniądze na wybraną akcję charytatywną.

W Sinupie nie chodzi o wielkie przewiny, tylko o małe grzeszki. Rzeczy, z którymi czujemy się niekomfortowo. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy na diecie, łamiemy się, zjadamy tabliczkę czekolady i dopóki cukier działa, jest nam dobrze. Gdy uderzają w nas wyrzuty sumienia, Sinup na ratunek.

Sinup wielu wyda się bardzo kontrowersyjny, a sama idea może zostać podważona. Słyszałem już, że zachęcamy do robienia rzeczy niewłaściwych. Jednak działa to nieco inaczej: jeżeli ktoś źle się czuje z powodu złamania diety, to znaczy, że na tej diecie był. Jeżeli ktoś źle się czuje bo nic nie robił cały dzień, to znaczy, że w inne dni ciężko pracuje – mówi jeden z twórców apki, Jacek Strupiński

Obiecaliśmy sobie, że zmniejszymy trochę nasze imprezowe tempo, po czym lądujemy na imprezie w nocy z piątku na niedzielę. Mamy kaca i czujemy się podle, Sinup na ratunek. Odpuściliśmy sobie dzień na siłowni. Zjedliśmy całą pizzę zamiast połowy. Nie chciało nam się wyjść wieczorem z psem. W każdej z tych sytuacji czujemy się niekomfortowo. Sinup pozwala nam redukować dyskomfort przez drobny akt dobroci.

Sinup podkreśla te grzeszki po to, żeby były tylko wyjątkiem, a nie ciągłym postępowaniem. W ten przewrotny sposób staramy się promować zdrowe funkcjonowanie, a chwile słabości zamieniać w ukojenie oraz pożyteczne uczynki – wyjaśnia Strupiński

Aplikacja nie będzie skomplikowana. Użytkownik będzie miał dostęp do trzech paneli – Feed, Donate i Profile. W pierwszym wiadomo, społeczność jest najważniejsza. A drugiej będzie można dopasować swój występek do jednego z 6 grzechów, wybrać fundację, kwotę i wykonać datek. Ostatni panel to historia naszych uczynków, wynik i podstawowe dane osobowe. Będzie też można zaprosić do aplikacji znajomych.

Premiera Sinup na AppStore planowana jest w połowie kwietnia.

Aplikacja nie ma żadnego kontekstu religijnego.

 
Categories

Zmierzch żywych kultur bakterii

Milenialsi, niczym Leon zawodowiec, zabijają wszystko oprócz kobiet i dzieci. W poprzednich odcinkach zamordowali golfa i kino. Dzisiaj przyszedł czas na ukochane potrawy śniadaniowe Ameryki. Producenci płatków i jogurtów wpadli w popłoch. Czy wspomniane dobra czeka teraz kuchenny exodus?

Powód niechęci do płatków jest banalny. Według słów ludzi, którzy wiedzą lepiej, milenialsi gardzą płatkami, bo jest przy nich za dużo roboty. Na początku pomyślałem, że jeżeli to prawda, to jako ludzkość jesteśmy zgubieni. Wsypanie płatków do miski i zalanie ich mlekiem albo jogurtem to w końcu dość prosta sprawa. Jeżeli dla młodych to skomplikowane, to już po nas. Okazało się jednak, że nie o to chodzi.

Według badań firmy Mintel, 40% milenialsów nie je płatków, bo trzeba po nich zmywać. Przyznam się wam, że dawno nie widziałem tak doskonałego strolowania firmy badawczej. 68% amerykańskich gospodarstw domowych ma zmywarkę. Nawet jeżeli nie ma, to miskę po płatkach wystarczy opłukać. W ostateczności są naczynia jednorazowe.

Od razu uznałem to wytłumaczenie za głupie. Musi być jakiś inny powód niechęci do płatków. I wydaje mi się, że go znalazłem. Jest nadrukowany na opakowaniach w specjalnej tabeli, podającej skład i kaloryczność produktu. Kto będzie chciał jeść coś, co ma w stu gramach prawie 380 kcal? Młodzież coraz bardziej dba o zdrowie i figurę, więc woli sięgnąć po granolę. Kalorii tyle samo, ale zdrowiej i smaczniej.

Między rokiem 2000 a 2015 sprzedaż płatków spadła z 13.6 do 10 mld dolarów. Płatki jedzą głownie starsze pokolenia, którym tak właśnie kojarzy się śniadanie. I jadą na tej nostalgii, zamiast usmażyć sobie 2 jajka, 4 plastry bekonu, nawrzucać na talerz warzyw, dodać dwie grzanki i zjeść ze smakiem. Ewentualnie dziabnąć granolę.

Polacy oczywiście jak zwykle spóźnieni, ale i u nas trend będzie się odwracał. W 2017 roku w ramach akcji Food Rentgen przebadano 197 płatków śniadaniowych, które można kupić w naszych sklepach. Do badań laboratoryjnych trafiło dwudziestu finalistów. W dziesięciu płatkach znaleziono pestycydy, rekordzista miał ich 12. Na dodatek większość była dosłodzona cukrem i słodzikami. Rekordzista miał w składzie 7 różnych substancji słodzących. Witaj cukrzyco!

Z powodu cukru młodzi rezygnują również z jogurtów light. Dawno temu wszyscy dali sobie wmówić, że za otyłość odpowiada tłuszcz. W sumie logiczne, co tworzy tkankę tłuszczową? No przecież nie cukier czy białko, nie?

Tłuszcz został wrogiem dietetycznym numer 1, ludzkość rzuciła się na produkty beztłuszczowe i odtłuszczone. Pamiętacie margarynę light dobrą na serce? To była dopiero trucizna. Ale wtedy nikt nam tego nie mówił, bo tłuszcz był zły. Ludzie jedli więc jogurty light i cieszyli się, że odżywiają się zdrowo. Nikt nie zwracał uwagi na fakt, że te beztłuszczowe rarytasy są dosładzane. Gdy tłuszcz wrócił do łask a cukier zajął jego miejsce wroga publicznego, ludzie zaczęli rezygnować ze słodzonych jogurtów light na rzecz bardziej pożywnych produktów białkowych typu jogurt grecki. Który może i ma trochę cukru, ale przynajmniej nie udaje, że jest dietetyczny. I można się nim najeść.

Prowodyrami pogrążania jogurtu byli młodzi ludzie, którzy najszybciej reagują na nowości przeczytane w internecie. W efekcie w USA sprzedaż jogurtów light spadła w roku 2015 z 1,2 do 1 mld dolarów.

Polacy tym razem utrzymują się w trendzie, w 2017 roku wyprodukowano o 2 mln litrów jogurtu mniej niż rok wcześniej. I już nie chodzi tylko o produkty light, ale o wszystkie. Chyba też się przekonaliśmy, że zamiast dwóch łyżek cukru w jogurcie lepiej na śniadanie zjeść coś pożywnego i zdrowego. Na przykład, bo ja wiem, granolę?

Producenci i badacze narzekają na leniwą młodzież, która nie wie do czego służy zmywarka. Faktyczny problem z płatkami i jogurtami tkwi nie w nieudolności milenialsów a w śmieciach, którymi napychane są te produkty. Niech giną.

Za tydzień zabijemy sobie coś innego.

 
Categories

Telemedycyna: Nie przychodzi baba do lekarza, a lekarz też w internecie

Pod koniec tego roku odbyło się forum ekonomiczne w Davos. Tęgie głowy tego świata dyskutowały o największych bolączkach przyszłości, m.in. o opiece zdrowotnej. Co ciekawe, panuje pełna zgoda, że ten obszar wymaga błyskawicznej rewolucji. Jednym z jej zwiastunów jest telemedycyna.

Dostęp do opieki zdrowotnej, długie kolejki i koszty leczenia to wciąż globalny problem. Krezusi i przywódcy tego świata, których raczej trudno spotkać w kolejce do przychodni, postanowili poszukać rozwiązania. Na realne skutki tych debat jeszcze poczekamy, ale do pracy wzięli się startupowcy. Pewna polska firma sprawdziła, czy jest możliwe pójście do lekarza bez wychodzenia z domu. Telemedi.co to platforma, która umożliwia pacjentowi konsultację z lekarzem i wstępną diagnozę. Krótka rozmowa ze specjalistą jest dla pacjentów ważna, zanim staną w kolejce do prawdziwej przychodni.

– Nie umawiamy wizyt stacjonarnych, cały proces odbywa się zdalnie i w ten sposób dokonujemy świadczenia medycznego. Mamy swoich lekarzy, jesteśmy przychodnią, która zamiast przyjmować osobiście, robi to w Internecie – mówi jeden z twórców serwisu, Paweł Sieczkiewicz.

Wirtualna przychodnia wystartowała w 2014 roku i początkowo specjalizowała się w szybkich poradach zdrowotnych udzielanych matkom małych dzieci. Dotyczyły one mniej poważnych schorzeń, nie wymagających umawiania się na wizytę w gabinecie lekarskim. Konsultantami byli pediatrzy i położne.

Z czasem katalog dostępnych konsultacji się rozrósł. W tej chwili w Telemedi.co przyjmują lekarze z ośmiu specjalizacji i jest to oferta dla firm ubezpieczeniowych. Pacjenci indywidualni mają dostęp do internistów. Można się zastanawiać co może zdziałać lekarz przez Internet albo telefon i czy taka usługa ma sens. Historia uczy, że jak najbardziej tak.

Na początku byli astronauci
Pierwsze zastosowanie telemedycyny na dużą skalę miało miejsce w 1988 roku po trzęsieniu ziemi w Armenii. Od tamtego czasu obszary klęsk żywiołowych regularnie dostają lekarskie wsparcie na odległość.

Bardzo daleko do przychodni

Telemedycyna odgrywa ogromną rolę w czasie misji kosmicznych. Zdalny kontakt z lekarzami to nieoceniona pomoc diagnostyczna, profilaktyczna i terapeutyczna dla astronautów. Podstawowe diagnozowanie jest świetnym rozwiązaniem dla wszystkich przebywających w ekstremalnie nieprzyjaznych miejscach, jak choćby badawcze stacje polarne. No i najmniej przyjemne miejsca na Ziemi, czyli strefy konfliktów wojennych. Tam zawsze brakuje lekarzy, za to jest zbyt wielu poszkodowanych. Część tematów załatwiają konsultacje telefoniczne i tłumacz na miejscu.

Telemedycyna to nie wyciąganie pieniędzy od naiwnych tylko przyszłość diagnozowania. Telemedi.co idealnie wstrzeliło się w rozwijającą się technologię.

Co możemy zrobić na platformie? Konsultować interakcje między lekami branymi na stałe, a nowowprowadzonymi. Dostępne są plany żywieniowe u dietetyka, kontrola przebiegu ciąży i przygotowania do porodu u ginekologa. Bardzo ciekawą opcją jest zdalna interpretacja wyników laboratoryjnych i obrazowych.

Lekarz analizuje sytuację pacjenta i badania, które załącza ewentualnie wskazuje, że trzeba zrobić jeszcze kolejne, konkretne badania. Odbywa się to co na zwykłej wizycie, tylko dotyczy to problemów zdrowotnych mniejszego kalibru, bo nie mamy możliwości badania fizykalnego – wyjaśnia Paweł Sieczkiewicz.

Pomocna może być rozmowa podczas wakacyjnego wyjazdu zagranicznego, gdy napotykamy barierę językową. Telemedycyna pomaga również osobom z małych miast i wsi, dla których dostęp do niektórych specjalistów jest utrudniony.

Jak każdy startup, szukaliśmy swojego modelu biznesowego. My swój odnaleźliśmy, teraz jesteśmy w trakcie doszlifowywania go – tłumaczy Sieczkiewicz.

Kolejny krok: wszystkie dane w jednym miejscu
Katalog możliwości jest szerszy. Wirtualna przychodnia jest usługą wygodną, niedrogą i cały czas rozwijaną. Pełnię możliwości pokaże, gdy lekarz będzie mógł wystawić nam e-skierowanie na badania, e-receptę oraz uzyskać dostęp do naszej pełnej dokumentacji medycznej. Na razie może oglądać tylko te pliki, które znajdują się w systemie firmy. Nie istnieje jeszcze rządowy system integrujący dokumentację pacjentów ze wszystkich źródeł.

Ludzie często mylą usługi oferowane przez Telemedi.co, z tym co proponuje nam na przykład Znany Lekarz lub ABC Zdrowie Wirtualnej Polski. Te platformy stawiają sobie inne cele i służą przede wszystkim do umawiania wizyt lekarskich oraz do zadawania im pytań w serwisie. Oferują też fora tematyczne i dostęp do grup wsparcia.

Jak wspomniałem na początku, na wypracowanie odpowiednich rozwiązań mamy 30 lat. Zrobiliśmy już kilka pierwszych kroków. To, że nad problematyką zdrowotną pochylają się w Davos specjaliści i politycy pozwala żywić nadzieję, że będzie się dziać.