Categories

Inwestowanie for dummies

Kolejni sympatyczni celebryci stracili swoje z trudem uskładane oszczędności. Twarzą tej bolesnej historii stała się Jolanta Fraszyńska, która jako jedyna wystąpiła przed obiektywy i powiedziała o niezbyt fortunnej inwestycji w dzieła sztuki. Znowu okazało się, że w Polsce nie istnieje praktycznie żadna edukacja finansowa i ludzie łapią się po raz kolejny na tę samą sztuczkę.

Galleri New Form ze Szwecji oferowała inwestorom zakup dzieła sztuki. Przy czym z tego, co zrozumiałem, klienci kupowali nie tyle samo dzieło sztuki ile certyfikat na nie. Jolanta Fraszyńska straciła pieniądze, które zbierała na mieszkanie córki. Dlaczego (zdawałoby się) myślący i radzący sobie w wielu aspektach życia człowiek nagle dostaje ataku pomroczności i inwestuje pieniądze w szemrany biznes? Ciągle i ciągle z tego samego powodu.

Oszuści proponują zysk większy niż na rachunku oszczędnościowym czy lokacie, ale nie na tyle wysoki, żeby wzbudzić podejrzenia. Tutaj obiecywali 15-18 proc., niektórym klientom oferowano ponoć 30 proc. Nikt nie zadał sobie pytania skąd będą się brały te zyski. Jeżeli ktoś się spytał, dostawał informację, że po określonym czasie GNF odkupi od nich ich dzieło sztuki. Dlaczego mieliby je odkupić drożej? Nie mam pojęcia. Skąd mieliby wziąć na to pieniądze? Nie wiem. Dlaczego mieliby robić inwestorom prezent, no bo przecież takie odkupienie po cenie wyższej o 20 proc. to nic innego jak prezent? Nie wiem. I wreszcie nikt nie zadał sobie trudu, żeby wejść na stronę https://www.knf.gov.pl/dla_konsumenta/ostrzezenia_publiczne, na której można sprawdzić, czy przypadkiem Komisja Nadzoru Finansowego nie ostrzega przed inwestowaniem w dany biznes. Galleri New Form sąsiaduje tam z takimi firmami, jak Finroyal czy Amber Gold.

Ostateczna kwota przekrętu nie jest znana, mówi się o 300 mln złotych. Sprawa Amber Gold ciągle się toczy, ale niczego nie nauczyła niedzielnych inwestorów. Uwierzyli w wysoki zysk, pewnie bez ryzyka i stracili wszystko. Jak można tego uniknąć? Nie wierzyć w oferty zbyt dobre, by mogły być prawdziwe lub legalne.  

Wysoki zarobek jest oczywiście możliwy, ale to już wyższa szkoła jazdy. Dzisiaj chciałbym napisać kilka zdań o tym, jak można zacząć inwestować bez ryzyka. No dobra, inwestycja to duże słowo, ale od czegoś trzeba zacząć. Na przykład od małych kroków, właściwych wiekowi dziecięcemu. Bo tak się na początku naszej przygody inwestorskiej powinniśmy traktować – jak dzieci, które się uczą.

Inwestowanie w rachunek oszczędnościowy czy nisko oprocentowane lokaty to nie inwestycja – to oszczędzanie, które na dodatek często przynosi nam straty. Już tłumaczę dlaczego. Na stronie http://bdm.stat.gov.pl/ rozwijamy górne menu i wybieramy opcję „Wskaźnik cen”. Patrzymy w ostatnią kolumnę w pierwszym wierszu i dla roku 2017 odczytujemy wynik 102,0. Ponieważ skalą odniesienia do tego pomiaru jest rok poprzedni, oznacza to, że na koniec roku 2017 średnio ceny wzrosły o 2 proc. w stosunku do roku 2016. Co za tym idzie, za to samo 100 złotych możemy teraz kupić odrobinę mniej. Spadła siła nabywcza naszych pieniędzy.

Co to dla nas oznacza w kontekście lokaty bankowej albo oszczędzania na ROR-ze? Ano to, że jeżeli oprocentowanie tych instrumentów finansowych było mniejsze lub równe 2 proc., nasze pieniądze na koniec roku 2017 były warte mniej niż wtedy, gdy je inwestowaliśmy. Straciliśmy, ale przynajmniej nasza lokata była bezpieczna.

Żeby nie tracić, musimy szukać ofert powyżej 2 proc. w skali roku. No, prawie. Musimy pamiętać, że od dochodów kapitałowych płacimy tak zwany podatek Belki, który obecnie wynosi 19 proc. Co oznacza, że jeżeli chcemy przytulić jakiekolwiek zyski, dla aktualnego poziomu inflacji lokata musi być oprocentowana przynajmniej na poziomie 2,5 proc. Do tej wysokości, nasze potencjalne zyski ponad inflację zabierze nam fiskus. Ale przynajmniej wyjmiemy tyle, ile włożyliśmy. Powyżej 2,5 proc. będziemy cieszyć się zyskiem.

Pamiętajmy, że banki lubią oferować nam depozyty kwartalne albo półroczne, ale podają oprocentowanie w skali roku. I atrakcyjne 4 proc. dla lokaty na 3 miesiące nie jest już takie fajne. Warto zwracać uwagę na takie detale i mały druk.

Czyli co? Nie da się sensownie i bezpiecznie inwestować tak, by nie tracić? Jest rozwiązanie i są to obligacje skarbu państwa. Inwestycja pewna, bo gwarantowana przez państwo, jedyna sytuacja, w której nie zobaczymy naszych pieniędzy możliwa jest wyłącznie wtedy, gdy Polska zbankrutuje jako kraj. Ten scenariusz chyba nam na razie nie grozi.

Jeżeli chcemy zainwestować pieniądze na dłuższy okres i nie martwić się o straty, warto przyjrzeć się obligacjom indeksowanym inflacją. Taką formę oferują papiery długoterminowe. W pierwszym rocznym okresie odsetkowym mamy stałe oprocentowanie, w następnych wskaźnik inflacji powiększany jest o określoną marżę, na przykład dla obligacji czteroletnich jest to 1,25 proc. Tak skonstruowana oferta pozwala nam na generowanie stałych, choć niewielkich zysków.

W tej chwili najdłuższy program inwestycji możemy realizować na obligacjach dziesięcioletnich, które mają jeszcze jedną dodatkową zaletę. Jest nią roczna kapitalizacja odsetek. Kapitalizacja oznacza, że nasze zyski nie są nam wypłacane co roku, tylko dopisuje się je do kapitału początkowego. I jedziemy na procencie składanym. Albert Einstein rzekł kiedyś, że procent składany to największe odkrycie wszechczasów w dziedzinie matematyki. Wiedział, co mówi.

Na koniec rozważmy przykład, w którym inwestujemy 100 zł. Ustalmy stały poziom inflacji rocznej 2 proc., marżę 1,5 proc. oraz oprocentowanie w pierwszym roku na poziomie 2,7 proc.

W pierwszym roku pracuje dla nas 100 złotych. W drugim ta stówka plus odsetki naliczone za pierwszy rok i pomniejszone o podatek Belki, czyli 102,2 zł. W trzecim jest to 105,1 zł. W dziesiątym roku na nasze konto pracuje już 127,8 zł. I nasz końcowy zysk będzie naliczony od tej kwoty a nie od startowej stówki. Gdybyśmy wyciągali nasz zysk co roku i przez 10 lat pracowałoby tylko 100 zł, na całej tej operacji zarobilibyśmy o połowę mniej. Policzcie sami.

 
Categories

Tradycyjne banki przegrywają walkę o milenialsów

Finałowa scena filmu „Fight Club” od niemal dwudziestu lat rozgrzewa serca i cieszy wszystkich zadłużonych. Wizja zniszczenia banków, wyzerowania długów i dania ludziom drugiej szansy spodobała się widzom, a film stał się pozycją kultową. W roku 2018 jest wciąż za wcześnie, by puszczać marsz żałobny, jednak katastrofa tradycyjnej bankowości powoli staje się faktem. Do gry weszli bowiem milenialsi, sięgając do szerokiego wachlarza swoich wyrachowanych metod

Gdy dziesięć lat później bankierzy rozpętali kryzys, który wpędził miliony ludzi w nędzę, nastroje się zradykalizowały i podczas protestów na Wall Street mogliśmy dostrzec transparenty z hasłem „jump motherfuckers”. Malowali je młodzi ludzie, którzy nie byli zadowoleni z tego, co finansjera zrobiła z Ameryką i światem. Bankierzy powinni zadrżeć, ale tego nie zrobili. Nie mieli świadomości, że ich branża będzie kolejną, którą zabiją milenialsi.

Może się to wydawać nieprawdopodobne, ale jeszcze 15-20 lat temu bankier to był zawód zaufania publicznego. Szedłem do siedziby banku i powierzałem kolesiowi po drugiej stronie stołu moje pieniądze, wierząc że mnie nie oszuka. I on mnie nie oszukiwał, nie wciskał stu fantastycznych produktów inwestycyjnych albo ryzykownych kredytów. Wszystko zmieniło się w roku 2007, gdy pracownicy banków zamienili się w naganiaczy kredytowych i brokerów narzędzi finansowych, których sami nie rozumieli. Po roku 2009 branża bankowa nie ma już czego u milenialsów szukać.

Oczywiście kontaktu z bankami całkowicie uniknąć się nie da, ale młodzi minimalizują go, jak tylko jest to możliwe. Według badań przeprowadzonych w 2015 roku przez Business Insider, aż 38 proc. amerykańskich milenialsów nie odwiedza oddziału banku a 26 proc robi to rzadziej niż raz w miesiącu. Ledwie 38 proc młodych idzie do banku w celu innym niż wypłata z bankomatu. Połączmy to z faktem, że aktualnie milenialsi to najliczniejsza grupa demograficzna i jednocześnie największa grupa wśród ogółu zatrudnionych. Co mamy? Ano prosty patent na katastrofę bankowości w takiej formie, w jakiej znaliśmy ją przez dekady.

Jak wspomniałem w jednym z poprzednich tekstów, obecne pokolenie młodych Amerykanów jest obciążone największym długiem studenckim w historii. Co oznacza, że większość tradycyjnych produktów oferowanych przez banki ich nie interesuje. Ktoś, kto ma 25 tysięcy dolarów długu na starcie, nie dostanie przecież kredytu hipotecznego. Karta kredytowa, dzięki której będzie mógł zadłużyć się jeszcze bardziej też nie jest mu niezbędna do życia. Pożyczka na samochód? Może najpierw niech ktoś mu zaproponuje sensowny program wyjścia z długu. Niekoniecznie związany z koniecznością założenia konta bankowego i łupienia opłatami na kolejnych etapach refinansowania zadłużenia i jego spłaty.

Młodzi ludzie nie potrzebują bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiem. Bardziej interesuje ich przyjazna bankowość, w której przelewy robi się jednym kliknięciem w komórce albo zbliżając dwa telefony do siebie. Płatność kartą? Po co, skoro możemy to zrobić komórką. Wypłata z bankomatu? Komórka. Inwestycje? Dostęp do naszego portfela akcji przez całą dobę dzięki komórce. Założenie lokaty? Zaznaczenie czterech pól (dane osobowe uzupełniają się automatycznie) i naciśnięcie „Wyślij” w komórce. Refinansowanie pożyczki studenckiej? Na pewno jest do tego jakaś apka.

Milenialsi chcą mieć swój hajs zawsze pod ręką.

Co oferują im tradycyjne banki? Przelew – przeklikaj się przez pięć ekranów a potem wpisz kod ze zdrapki albo tokena. Bankomat? Użyj karty i pamiętaj kolejny PIN. Inwestycje? Proszę wydrukować i wypełnić te wnioski. Pożyczka? A to już w ogóle grubsza sprawa i bez wizyty u konsultanta się nie obejdzie. Trzeba też będzie mieć zaświadczenie z księgowości o dochodach. Młodzi nie mają czasu na takie głupoty, kiedy wszystko inne mogą załatwić kilkoma kliknięciami w ekran smartfona.

Do tego te przeklęte startupy, które brużdżą bankom. W swojej pełnej ciepła i zwięzłości, liczącej 38 stron odezwie do udziałowców, prezes JPMorgan Chase Jamie Dimon powiedział „Krzemowa Dolina nadchodzi”. Setki startupów, tysiące mózgów i miliony monet pracują nad rozwiązaniami alternatywnymi dla tradycyjnej bankowości. Największy lęk wzbudza działka, w której banki operują najaktywniej – pożyczki. Klient może w ciągu kwadransa dostać pożyczkę, której udzielenie zajęłoby bankowi tydzień. Akapit o startupach fintechowych prezes kończy ślicznym zdaniem: And we also are completely comfortable with partnering where it makes sense. Słuchajcie, tak właśnie brzmiał XX wiek. Albo XIX.

W USA walkę o milenialsów tradycyjne banki przegrywają sromotnie. A co słychać u nas? Według danych z badania TGI prowadzonego przez firmę MillwardBrown, aż 3,5 mln osób z grupy wiekowej 15-35 lat nie ma konta bankowego. Tak się w Polsce definiuje wykluczenie finansowe. Przyczyny są częściowo zbadane, częściowo możemy je zgadywać. Młodzież nie chce powierzać bankom pieniędzy, bo im nie ufa. Leży u nas edukacja finansowa.

Według badania „Życie finansowe młodych Polaków”, aż 2/3 badanych nie wie co to jest RRSO a jednocześnie tylko 20 proc ocenia swoją wiedzę jako niedostateczną i ma świadomość braków. Rodzice są zarówno głównymi doradcami finansowymi, jak i źródłem pomocy w razie kłopotów finansowych. Młodzi trzymają się tradycyjnych wzorców postępowania, popełniając błędy poprzednich pokoleń. A w razie kompletnej padaki, zawsze zostaje chwilówka.

W Polsce nie była potrzebna żadna rewolucja, młodzi odwrócili się od banków sami z siebie. Te próbują kusić, oferując pieniądze za założenie konta, ale tak to można zachęcać jedynie łowców okazji a nie łowić lojalnych klientów. I tak to milenialsi powoli zabijają kolejną branżę. Aż strach głośniej odetchnąć.

 
Categories

Personalne tokeny, czyli jak zmonetyzować… samego siebie

Bentyncoin, Wapniakcoin oraz BKcoin to cyfrowe monety wyemitowane w 2017 r. przez znanych polskich youtuberów: Szczepana Bentyna, Maćka Wapińskiego oraz Patryka Suligę. Brzmi trochę, jak żart, ale wcale nim nie jest. Za zebrane w ICO pieniądze panowie rozwijają swoje produkcje wideo, dostarczając nabywcom tokenów lepszej jakości usługi i jednocześnie scalając swoją społeczność. Czy to początek kolejnej rewolucji w kryptowalutowym środowisku?

Satoshi Nakamoto, twórca bitcoina, chyba nie zdawał sobie sprawy, jakiego technologicznego przełomu dokona jego wynalazek i jak wiele nowych możliwości udostępni usieciowionemu społeczeństwu. Rozwój kryptowalut, adaptacja technologii blockchain do wielu tradycyjnych segmentów gospodarki, emisja cyfrowych nośników wartości (ICO), czy chociażby ewolucja smart kontraktów. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze możliwość stokenizowania własnej osoby. Jest to dosyć młoda idea, która zakłada, że tak jak dziś „wartość” ludzi na rynku ocenia się przez pryzmat uwagi odbiorców, jaką są w stanie na siebie skierować (liczba polubień, udostępnień postów, wyświetleń, subskrypcji, komentarzy), tak w niedalekiej przyszłości będzie to oceniane przez pryzmat wartości ich własnych tokenów. Dzięki coraz łatwiejszemu dostępowi do ICO, każdy z nas może wyemitować swoją personalną monetę, wprowadzić ją na giełdę i codziennie sprawdzać, jak wyceniany jest przez rynek. Na pierwszy rzut oka wygląda to, jak smutna, kapitalistyczna wizja, w której każdy człowiek może być dosłownie zmonetyzowany. Jak się jednak głębiej wgryźć w temat, to idea wydaje się całkiem atrakcyjna i sensowna.

Tokenizacja w praktyce
Wyobraź sobie, że prowadzisz kanał na YouTubie, na przykład prezentujący podcasty dotyczące nauki programowania w kilku bazowych językach (C++, HTML). Używasz do tego budżetowej kamerki, mikrofonu i programu do tworzenia animacji. Okazuje się jednak, że masz dydaktyczny dryg, z miesiąca na miesiąc przybywa ci subów, a twoja skrzyka mailowa pęka w szwach od maili typu: “Kiedy pojawi się odcinek o Linuxie?”. Twój kanał skupił wokół się siebie całkiem pokaźną społeczność, a twoi odbiorcy domagają się nowych, lepszych materiałów. Chcesz im tego dostarczyć, ale najzwyczajniej nie masz czasu. Kanał nie jest twoim źródłem utrzymania, tylko dodatkowym hobby, sposobem, by podzielić się z innymi swoją wiedzą. Pieniądze z reklam są marne, a nie chcesz szukać prywatnych sponsorów, gdyż istnieje ryzyko, że zechcą oni ingerować w treść podcastów, a ty przestaniesz być wiarygodnym, niezależnym twórcą. Wątpię byś finansownie uzyskał z funduszy unijnych, od anioła biznesu, albo jakiegoś banku. Zwłaszcza, że istnieje tu spore ryzyko, że inwestycja prędko się nie zwróci, a być może nawet nigdy. Ponadto nie jest w twoim interesie dołączenie do grona zadłużonych. Kanał prowadzisz przecież z pasji i chęci realizowania idei powszechnego dostępu do wiedzy.

W takiej sytuacji emisja personalnych tokenów wydaje się idealnym rozwiązaniem. Z pomocą platformy do przeprowadzania ICO postanawiasz wyemitować 21 mln własnych coinów, z ceną emisyjną 1 gr za token. O emisji informujesz oczywiście swoich odbiorców na kanale, sugerując, że mogą oni bezpośrednio wziąć udział w rozbudowie twojego projektu i dostarczeniu im tego, czego oczekują. Wystarczy, że założą aplikację z portfelem dla różnych kryptowalut (takich multiwalletów jest coraz więcej) i zakupią twoje tokeny podczas emisji. Nikt nie musi tu wykładać dużych kwot. Załóżmy, że masz 200 tys. subskrybentów i połowa z nich wyda na twoje tokeny symboliczną złotówkę (każdy kupi po 100 tokenów). To daje 100 tys. zł dofinansowania, które z pewnością wystarczy, by zatrudnić specjalistę od animacji i nabyć szybszy komputer, i zadbać o udźwiękowienie. Aby uatrakcyjnić emisję, tokeny mogą mieć też opcje konwertowania na inne wartościowe rzeczy związane z twoim projektem (np. wymiana na produkty, które kiedyś wprowadzisz, jak książka, film pełnometrażowy, pierwszeństwo w dostępie do nowych treści, spotkanie face to face, udział w zyskach z reklam, etc.). Ponadto pamiętajmy, że token stanowi, jakkolwiek to brzmi, swego rodzaju udział w twojej osobie. Jest to o tyle istotne, że między twórcami (w tym przypadku youtubowymi), a odbiorcami istnieje specyficzna, sieciowa więź i owym odbiorcom może zależeć na zacieśnianiu tej relacji, czy chociażby odwzajemnianiu się za dostarczanie wartościowej wiedzy.

Po zakończeniu ICO i sprzedaniu 10 mln tokenów, część pozostałych możesz wprowadzić na giełdę, na której twoimi coinami, będzie można obracać jak akcjami na tradycyjnej giełdzie papierów wartościowych. Nie ma takich platform wiele (jeszcze). Przykładowo – tokeny wspomnianych na początku youtuberów notowane sa na coinbe.net. Lwią część pozostałych tokenów zachowujesz dla siebie w kilku celach. Po pierwsze –  możesz je trzymać, licząc na to, że ich giełdowa wycena będzie rosnąć wraz z rozwojem twoich projektów, a ty będziesz mógł je upłynniać czerpiąc gotówkę na dalszy rozwój. Po drugie – tokeny mogą działać jak program lojalnościowy – możesz co jakiś czas rozdawać je w ramach różnych akcji, np. token za suba, token za udostępnienie filmu, etc. Możliwości jest wiele. Wszystko będzie miało jednak sens tylko wtedy, gdy twoja społeczność będzie ci ufać i wierzyć w rozwój twojej działalności. Wówczas w ich interesie jest posiadanie takich tokenów, szerowanie twoich treści i w dłuższej perspektywie zarabianie na ich giełdowej wycenie lub korzystanie z opcji konwersji na inne produkty. Ty zatem musisz dbać o jakość materiałów i regularną aktywnosć na kanale. Można więc powiedzieć, że dzięki personalnej tokenizacji zwiększasz lojalność swoich odbiorców, jednocześnie zobowiązując się wobec nich, że będziesz rozwijał swoją twórczość. Wypadkową tych dwóch czynników może być zwiększanie zasięgu twojego kanału.

Coiny youtuberów
Trudno powiedzieć, czy personalne tokeny mają przed sobą świetlaną przyszłość. Jest to młoda idea, ściśle związana ze środowiskiem kryptowalut, z którym to regulatorzy cały czas mają nie lada zagwozdkę. Dotychczasowe, presonalne ICO pokazały jednak, że potencjał tego rozwiązania jest niemały. Szczepan Bentyn, youtuber nazywający siebie kryptowalutowym ewangelistą, wyemitował 21 mln Bentyncoinów. 3,5 mln rozdał znajomym, a 0,5 mln wprowadził do giełdowego obrotu (na giełdzie Ether Delta). O wejściu na giełdę poinformował na swoim kanale i w 2,5 godziny nabywców znalazło 300 tys. jego coinów. – Po sprzedaży tokenów otrzymałem od ludzi kilkadziesiąt tysięcy złotych i w pierwszym momencie się przeraziłem. Było to dla mnie niespodziewane i nie wiedziałem czego ludzie w zamian oczekują. Czułem, że zaciągnąłem dług, który chcę jak najszybciej spłacić. I tak stałem się uczestnikiem własnego rynku, gdzie kupuję i sprzedaję własne tokeny – tak opisywał swoje pierwsze wrażenia Bentyn. Za pozyskane pieniądze zakupił sprzęt i wynajął operatora i montażystę. Co ciekawe, jego tokeny sprzedawane były na początku za kilka groszy, a w szczytowym momencie osiągnęły wycenę 1,9 zł za sztukę. Bańka w końcu pękła, ale nie zraziło to ponoć jego społeczności. Bentyn uważa, że spoglądając na giełdową wycenę swoich tokenów dostaje realny wyznacznik swojej rynkowej wartości i jest to dla niego o wiele lepszy wskaźnik i motywator, niż lajki na Facebooku.

Okazuje się jednak, że nie trzeba siedzieć w kryptowalutowym środowisku, by znaleźć nabywców swoich tokenów. Świadczą o tym przykłady Maćka Wapińskiego, prowadzącego kanał “Wapniak”  oraz Patryka Suligi prowadzącego kanał “Bez kanału”. Pierwszy zebrał w ICO 110 tys. zł, a drugi w dwa dni sprzedał tokeny za ponad 50 tys. zł. – Jeśli wierzysz we mnie (Patryka), że rozwinę projekt o nazwie “Bez kanału” to masz szansę dać mi kredyt zaufania w ramach którego będę chciał zwiększyć wartość Bez kanału i BKcoina – deklaruje pod swoim filmem Suliga. Jak widać wielu subskrybentów takiego kredytu z chęcią udziela. Nie są to zawrotne kwoty, ale nie oszukujmy się – chodzi przecież o dofinansowanie indywidualnej działalności twórczej, a nie wielkiego giełdowego konsorcjum. Wydaje mi się, że do youtuberów personalna tokenizacja, jako alternatywa dla crowdfundingu, pasuje jak ulał. Zwłaszcza, że nie chodzi o sfinansowanie jednego projektu, ale pomoc w rozwoju długoterminowego planu działalności.

Wyobrażam sobie, że personalne tokeny nie będą domeną tylko twórców youtube’a. W czasach, gdy sieć daje możliwość każdej pojedynczej osobie rozwoju swojego bloga, strony, czy muzycznego profilu, tokenizacja może być istnym motorem napędowym indywidualnej twórczości i przedsiębiorczości. Myślę, że niejeden fan byłby w stanie wyłożyć kilka złotych na wsparcie swojego ulubionego esportowca, licząc na jego sukcesy i wzrost popularności. Niejeden czytelnik bloga chciałby wspomóc swojego ulubionego komentatora, licząc na wzrost jego zasięgu. Niejeden meloman chciałby dofinansować ulubionego dj’a, który wrzuca swoje kawałki na soundcloud i chciałby wydać album i puszczać sety w berlińskich klubach. Takich przykładów można mnożyć.

Zawsze jest jakieś, ale…
Tydzień temu pisałem tutaj, że wyemitowano już mnóstwo bezwartościowych monet zwanych shitcoinami. I od razu nasuwa się skojarzenie, że personalne tokeny tylko zasilą szeregi takiego chłamu. Jest to możliwe, zwłaszcza jak prawdziwą intencją emitenta będzie tylko wzbogacenie się. Podkreślam jednak, że tokenizacja pasuje do twórców, którzy już mają pewną pozycję w sieci, mierzoną liczbą stałych odbiorców. Trudno mi sobie wyobrazić, by ryzykowali oni swoją reputację i lojalność owych odbiorców tylko dla kilkudziesięciu złotych. Z drugiej strony nikomu nieznany twórca nie będzie miał szans na tego typu dofinansowanie, a zbudowanie sobie społeczności wymaga czasu i wysiłku. W tym kontekście wydaje mi się, że o wiele łatwiej jest tutaj oddzielić ziarno od plew i trudniej o wpadnięcie w sidła oszustów.

Wątpliwości, jak to zwykle przy pieniądzach bywa, może budzić też kwestia giełdowych notowań i związane z nimi ryzyko spekulacji. Po pierwsze, jak to w przypadku Bentycoina było, może dojść do nadmuchania spekulacyjnej bańki, która pęknie, a ci co kupowali na górce będą pod kreską. Niestety taka jest natura rynków. Chciwość nierzadko pcha wyceny do poziomów zupełnie oderwanych od fundamnetów i trzeba się z tym liczyć. Wydaje mi się, że personalne tokeny to nie inwestycja na krótki termin, ale raczej na ultradługi. Liczymy na długofalowy rozwój jakiegoś twórcy, więc ewentualnych profitów z trzymania tokenów również należy spodziewać się w bardziej odległej perspektywie. Po drugie, istnieje ryzyko braku płynności. Sam Bentyn podkreślał, że rynek jego monet był bardzo płytki, a więc nie było tam na tyle dużo ofert kupna i sprzedaży, by swobodnie obracać tokenami. To normalne, przy tak niszowych emisjach (choć i na GPW codziennie średnio o 10 do 20 proc. akcji nie znajduje żadnego nabywcy, ani zbywcy). Dlatego też fajnie by było, gdyby tokeny miał dodatkową funkcję konwersji na inne dobra. Personalna tokenizacja jest młodą ideą i będzie zapewne ewoluować. Przyszłość pokaże, w którym kierunku to podąży. Nie będę jednak zaskoczony, jeśli wielu znanych w sieci twórców będzie posiadać swoją własną, cyfrową monetę.

 
Categories

Oszczędzanie: kontrola najwyższą formą zaufania

Namęczyliśmy się przy zbieraniu paragonów. Namęczyliśmy się przy kategoryzowaniu wydatków. Namęczyliśmy się przy podliczaniu poszczególnych pozycji i sprawdzaniu salda. Potem, w przypadku deficytu, spociliśmy się ze stresu. Po co właściwie to wszystko było? Na co mi ten budżet?

Wyobraźcie sobie, że wasza pensja to gigantyczny akwen, który powstrzymuje tama Hoovera. Ciągłe strumienie wody, które napędzają generatory, to wasze wydatki w poszczególnych kategoriach. Woda stojąca w zbiornikach retencyjnych to nasze oszczędności, prywatny fundusz emerytalny, prywatny fundusz inwestycyjny, poduszka bezpieczeństwa i co tam sobie jeszcze wymyślimy.

Wszystko trzymamy pod kontrolą, ale nawet w najdoskonalszej tamie mogą pojawić się szczeliny, pęknięcia i nieszczelności. To nasze niekontrolowane, przypadkowe wydatki, których nawet byśmy nie zauważyli, gdybyśmy nie prowadzili budżetu. Dobrze zaplanowany budżet pozwala nam odpowiednio sterować wszystkimi strumieniami i łatać nieszczelności na tyle wcześnie, żeby naszej tamy nie wzięli diabli.

Dobre poznanie struktury własnych wydatków jest kluczem do ich optymalizowania. Dzięki budżetowi będziemy wiedzieli gdzie najbardziej opłaca się oszczędzać. Może zdarzyć się tak, że postanowimy ograniczyć nasze wydatki na jedzenie na mieście i przenieść telefon z abonamentu na prepaid. To pierwsze dało nam 100 złotych oszczędności, drugie 20. Pierwsze wiąże się z tym, że musimy zacząć robić zakupy i gotować sobie częściej w domu. Drugie, po załatwieniu wszystkich formalności, daje nam stałe dwie dyszki ekstra bez wysiłku.

I może paradoksalnie okazać się, że oszczędzenie tych stu złotych nam się nie opłaca. Wymęczyliśmy te oszczędności, pozornie wysokie (1200 zł rocznie!), tracąc tak naprawdę dużo więcej. A mianowicie czas.

Na pierwszym roku studiów, na wykładzie z makroekonomii, wtedy jeszcze doktor Marek Garbicz zadał nam pytanie: jaki jest najcenniejszy zasób świata. Posypały się niepewne odpowiedzi, że diament, że platyna, że wanad i kobalt. Chyba nikt z nas nie wpadł wtedy, że najcenniejszym zasobem jest czas. Nie wymyśliliśmy też, dlaczego tak się dzieje. To proste – to jedyny zasób nieodnawialny.

Zawsze miejcie w pamięci, że czasu zmarnowanego na bezsensowne czynności nie odzyskacie. Wasz czas ma wartość i dlatego dobrze byłoby nie rozmieniać się na drobne. Dam autentyczny przykład, którego analizę opłacalności znalazłem gdzieś na Facebooku. Abstrahuję od tego, czy sytuacja trąca cebulą, czy też nie, bo to nie jest cel naszego ćwiczenia.

Do pracy jeździcie komunikacją, ale czasami wsiadacie też na rower. Średnio rocznie wychodzi 10 dni na miesiąc na rowerze i 10 dni w komunikacji. Autobus zazwyczaj jedzie 22 minuty w jedną stronę, czasami wyrobi się w 19 minut. I jest dylemat – kasować bilet dwudziestominutowy za 3,40 zł i jechać na ryzyku, czy skasować bilet 75-ciominutowy i podróżować w komforcie psychicznym. W skali miesiąca możecie oszczędzić na tańszych biletach 20 złotych. Ale to oszczędność pozorna, bo w trakcie jazdy, zamiast poczytać książkę i trochę zmądrzeć, nerwowo wypatrujemy kontroli. A jak na nią trafimy, to diabli biorą nasze oszczędności z całego roku, bo jeden mandat kasuje je wszystkie. To właśnie możemy śmiało nazwać głupim oszczędzaniem. Być może oszczędziliśmy dwie dyszki, ale wypatrując kontrolera (i w razie wypatrzonej kontroli, wyskakując czasami przystanek wcześniej), kosztem tych drobniaków zmarnowaliśmy nasz czas.

Dlatego sugeruję, żeby oszczędności zacząć szukać wtedy, gdy dokładnie poznacie strukturę swoich wydatków. W przeciwnym wypadku może okazać się, że wasze oszczędzanie jest pozorne. Poświęcacie mu zbyt dużo czasu i energii, które można byłoby wydatkować na robienie tego tam, gdzie ma to sens. Ewentualnie na zarabianie dodatkowych pieniędzy.

Dzięki budżetowi PLANUJECIE swoje wydatki na kolejny miesiąc, zamiast puszczać je na żywioł. Dzięki analizie historycznej, możecie z dobrym prawdopodobieństwem przewidzieć ile wydacie na poszczególne kategorie. W ciągu miesiąca możecie wprowadzić do budżetu korekty, działać reaktywnie a nie pasywnie. Nie czekacie aż młot opadnie, zamiast tego macie nad swoimi pieniędzmi kontrolę.

Wiecie, jakie to fajne uczucie, mieć kontrolę nad hajsem? Polecam.

 
Categories

Oszczędzanie: zostań strategiem w swoim domu!

W ubiegłym tygodniu zmuszałem was do zapisywania wszystkich wydatków. Dałem co prawda proste narzędzie, które ułatwia tę czynność, ale mimo wszystko to jest jakiś wysiłek. Pora więc opowiedzieć, po co właściwie musimy zadać sobie tyle trudu i skrupulatnie notować cyfry ze wszystkich paragonów.

To proste, bez analizy wydatków nie zaplanujemy sobie sensownie domowego budżetu. A bez zaplanowanego budżetu trudniej będzie nam sterować przepływami pieniędzy. Bez sterowania przepływami pieniężnymi nie jesteśmy w stanie zapanować nad własną kasą. Bez panowania nad własną kasą, nie wiemy dokąd dryfują nasze finanse. A zatem, do roboty.

Słowo o skali – nie ma sensu analizować ani tworzyć budżetu na podstawie danych z jednego miesiąca. Wyobraźmy sobie, że w lutym mamy urodziny i robimy domówkę. Jak to wpłynie na pozycje ‘jedzenie’, ‘alkohol’ i ‘rozrywka’? Ano pewnie wzrosną o 20-30 proc., w zależności od tego jak bardzo planujemy się pokazać przed znajomymi. Żeby uniknąć takich odstających danych, a przy okazji uśrednić sobie wydatki w kategoriach, zbieramy dane z przynajmniej kwartału a najlepiej półrocza.

Załóżmy, że zebraliśmy dane dotyczące naszych sześciomiesięcznych wydatków i mamy podzielone je na kategorie. Co z tym dalej robimy? Trzeba budżet rozliczyć i sprawdzić, czy mamy deficyt, czy nadwyżkę. I odpowiednio do sytuacji zareagować. Pamiętajmy – nie jesteśmy państwem, w przypadku deficytu nie możemy dodrukować pieniędzy, pozostaje tylko zadłużanie się. Zadłużać się nie chcemy.

W pierwszym kroku patrzymy, jak procentowo w naszych dochodach rozkładają się poszczególne kategorie. Są różne szkoły, ale co do zasady wszyscy zgadzają się, że suma wydatków stałych (rata kredytu, czynsz, opłaty eksploatacyjne) nie powinna przekraczać 50-60 proc. wpływów. Sytuacja, w której dociśnięty wysokim kursem franka płacisz wysoką ratę kredytu, która przekracza połowę twoich dochodów, nie zwalnia cię z prowadzenia budżetu. Powiem więcej, zwłaszcza w takim położeniu należy trzy razy oglądać każdą złotówkę. Pozostałe kategorie rozważcie we własnych sercach i dopasujcie do potrzeb.

W statystycznym domu na jedzenie wydaje się 25 proc. środków, my możemy się żywić na mieście i będzie to 35 proc.  Albo na przykład zrezygnowaliśmy z kupowania biletów do kina i weszliśmy do programu ‘Unlimited’, dzięki czemu urwaliśmy z pozycji ‘kultura’ 5 proc. I dodatkowe 5 proc. w kategorii ‘telekomunikacja’ przy przejściu z abonamentu na pre-paida. Narzucanie sobie sztywnych ram nie ma sensu, optymalizacją wydatków w ramach kategorii zajmiemy się później.

Dzięki asystentowi mBankowemu możemy sobie do naszego pliku budżetowego przenieść tyle kategorii, ile chcemy. Jeżeli wydatki spisujemy ręcznie, trzeba sobie liczbę kategorii zmniejszyć, żeby się nie zniechęcić. Jak się wdrożymy, będziemy bawić się w takie detale, jak napoje gazowane, niegazowane i alkoholowe. Tymczasem zostajemy przy napojach ogółem.

Darmowych narzędzi do robienia budżetu domowego jest mnóstwo. Przy wyborze zwróćcie uwagę na to, czy program/aplikacja zbiera dane lokalnie, na waszym komputerze albo komórce, czy trzyma na swoich serwerach. To drugie rozwiązanie, jakkolwiek byłoby pozabezpieczane, jest dla mnie dyskwalifikujące. Nie widzę powodu, dla którego przy zadaniu tak prostym jak budżet, ktoś musiał trzymać moje dane finansowe u siebie.

Sam korzystam z Excela, dlatego nie polecę żadnego konkretnego rozwiązania. Oparłem się na nim, bo szybko liczy wszystko, czego potrzebuję. Od razu mówię, że niepotrzebna jest do tego żadna filozofia, wystarczy umiejętność wpisywania cyferek w okienka i liczenie sum, różnic oraz procentów.

Spisujemy sobie wszystkie wydatki miesięczne, to akurat łatwe. Uwzględniamy wydatki nieregularne, to akurat trochę skomplikowane, ale do ogarnięcia. Uzyskaną kwotę odejmujemy od naszych miesięcznych wpływów. Bang! Jeżeli mamy nadwyżkę, możemy ją zaoszczędzić albo zainwestować. Jeżeli saldo jest ujemne, musimy szybko pomyśleć, z czego pokryć różnicę.

Jak policzyć wydatki nieregularne? Ano przybliżeniami. Jest to zadanie jednorazowe, więc warto się do niego przyłożyć. Lecą tu wszystkie wydatki okazjonalne i te o regularności rzadszej niż miesiąc. Będą to wakacje, ubezpieczenie i przegląd samochodu, ubrania, koncerty i festiwale, szkolna wyprawka dla dzieci, ubezpieczenie mieszkania, lekarstwa, reperacje roweru czy koszt biletów kwartalnych (chyba, że jeździmy na miesięcznych, wtedy wpada nam to do budżetu regularnie). Te pozycje warto przemyśleć dokładnie. Estymujemy ile wydamy na każdą z tych rzeczy rocznie. Dla przykładu przegląd samochodu to akcja jednorazowa o znanym z grubsza koszcie, wydatki na leki zależą od sytuacji. Po spisaniu wszystko sumujemy a potem dzielimy przez 12. Albo przez 10, bo i łatwiej to zrobić, i lepiej mieć te wydatki uwzględnione w budżecie górką.

I to wszystko, przynajmniej na razie. Za tydzień opowiem co możemy sobie z takim budżetem zrobić.

Przeczytaj też: Oszczędzanie: budżet, głupcze!

 
Categories

Dom za 1 euro w słonecznej Hiszpanii, zamek we Włoszech? Oferty za jeden uśmiech. Szczerbaty

Czy chcielibyście kupić posiadłość w Hiszpanii za 1 euro? A może zabytkowy, kamienny dom na Sardynii? Coś bliżej? Półtorej godziny jazdy samochodem od Rzymu wystarczy? W ostateczności coś w północnej Francji, na dalekich przedmieściach Lille. Dla ludzi działających z rozmachem, jest do wzięcia ponad 200 włoskich zamków. Marzenia na wyciągnięcie ręki, będzie tylko drożeć, kto teraz nie kupi, będzie żałował. Zmień swoje życie za jedno euro – tyle mówi reklama. A jak jest naprawdę? Sprawdzam.

Jeżeli oferta jest zbyt piękna, by mogła być prawdziwa, jest prawdopodobnie oszustwem. W tym przypadku oszustwo to zbyt mocne słowo, bo kwota jednego euro ma przyciągnąć uwagę ludzi. Gdy to się uda, pojawiają się warunki dodatkowe i pewne niedogodności, o czym za chwilę.

Dom za euro? Jest kilka “ale”
Niektóre rejony Europy Zachodniej borykają się z narastającym problemem wyludniania się wsi i mniejszych miast. Młodych nic w takich miejscach nie trzyma, wolą szukać pracy w mieście. Starsi wymierają. Nie ma komu mieszkać w pustostanach, dlatego władze kilku włoskich miast m.in. Ollolai, Patrica, Carrega Ligure czy Gangi, postanowiły zaoferować nabywcom domy za 1 euro. W ślad za nimi poszli Francuzi i Hiszpanie. Jednak we wszystkich ofertach jest haczyk. A właściwie cały kłąb haczyków.

Wspomniane we wstępie dalekie przedmieścia Lille to w rzeczywistości miasto Roubaix, borykające się ostatnimi laty z biedą, wyludnieniem, bezrobociem, narkotykami i przestępczością. Domy za euro są mocno zniszczone, więc w remont trzeba zainwestować około 100 tys. złotych i trzeba go skończyć przed upływem roku. W trakcie prac w domu nie można mieszkać, potem trzeba w nim pozostać przez kilka lat, koniecznie z rodziną. A na koniec okazuje się, że dużo taniej wychodzi kupić sobie w tym miejscu mieszkanie, które nie jest w ofercie jednoeurowej, ale nie wymaga kosztownej renowacji.

Pozostałe propozycje obwarowane są podobnymi klauzulami. W każdym przypadku trzeba ponieść koszty renowacji, restauracji, remontu a czasami wręcz odbudowy domu. Biorąc pod uwagę konieczność walki z nieznaną nam formą biurokracji, od razu musimy powiększyć budżet o miejscowego prawnika. Będzie nam też potrzebny dobry tłumacz, który objaśni nam wszelkie umowy. Sam remont to koszt od osiemdziesięciu tysięcy złotych wzwyż. Wszystko to w miejscach, które niekoniecznie są lokalizacjami naszych marzeń, a ich jedyną zaletą jest to, że leżą poza granicami Polski.

Jasne, jeżeli trafimy na interesującą miejscówkę w zabytkowym mieście albo znajdziemy coś nietypowego, po zainwestowaniu możemy nawet potroić wartość nieruchomości. Tylko nie jestem do końca przekonany że odrestaurowany dom na hiszpańskim zadupiu będzie aż tak atrakcyjny dla potencjalnego nabywcy, że tę trzykrotność zobaczymy na oczy. Zresztą podpisując umowę, z reguły deklarujemy, że przez kilka lat będziemy w danym miejscu mieszkać. Ergo – nasze potencjalnie inwestycyjne domy są przez chwilę niesprzedawalne.

No dobra, to kto w końcu inwestuje w te domy? Bo ktoś jednak się na nie decyduje, w Ollolai wyprzedały się do połowy lutego b.r.  Według mnie są to albo mieszkańcy sąsiednich większych miast, którzy w takich domach mogą sobie zrobić letniskową daczę (i tak pewnie nikt nie będzie sprawdzał, czy faktycznie w tym domu mieszkają), albo milionerzy, którzy inwestują duże pieniądze w przebudowę i otwierają w takich miejscach luksusowe hotele, spa i miejsca wypoczynku. Taka inwestycja to żyła złota dla całego miasta. Dlatego pewnie nikt nie będzie zbyt restrykcyjnie egzekwował regulaminów.

Co więc zostaje dla nas, biednych Polaków? Na przykład program „Przedsiębiorcza Polska Wschodnia – Turystyka”. Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju dało pieniądze, przewidziany budżet wynosi 200 mln złotych. BGK realizujący wspomniany projekt, rozda je mikro, małym i średnim przedsiębiorstwom, działającym w branży turystycznej i okołoturystycznej. Teraz najlepsze – wsparcie udzielane będzie na obszarze makroregionu, w skład którego wchodzą województwa tzw. Ściany wschodniej. Dzięki temu wszyscy mamy szanse na realizację marzenia, któremu każdemu pracownikowi korporacji przynajmniej raz w życiu przemknęło przez głowę.

Może by tak rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady?

Teraz możecie to zrobić za pieniądze państwa.

 
Categories

Sinup: idź i grzesz więcej!

Naginamy reguły, grzeszymy i robimy rzeczy moralnie wątpliwe przez całe życie. Czasami to drobiazg, czasami coś większego. Łamiemy dietę, odpuszczamy dzień ćwiczeń, przesadzamy z imprezą, ściągamy na egzaminie albo łamiemy szóste przykazanie. Życie. Co jednak, gdybyśmy mogli to wszystko odpokutować, przy okazji robiąc coś dobrego? Jest na to startup.

Twórcy aplikacji Sinup nieźle to sobie wszystko obmyślili. Wymaga się od nas altruizmu, odwołuje się do naszych najlepszych cech charakteru, świat oczekuje, że będziemy krystaliczni, dobrzy, uprzejmi, uczesani i pogodni. Na dłuższą metę tak się nie da, sprawdziłem. Prędzej czy później znakomita większość z nas upada. Dzięki aplikacji Sinup możemy podzielić się naszym upadkiem ze światem, znaleźć pociechę wśród podobnych sobie i wpłacić pieniądze na wybraną akcję charytatywną.

W Sinupie nie chodzi o wielkie przewiny, tylko o małe grzeszki. Rzeczy, z którymi czujemy się niekomfortowo. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy na diecie, łamiemy się, zjadamy tabliczkę czekolady i dopóki cukier działa, jest nam dobrze. Gdy uderzają w nas wyrzuty sumienia, Sinup na ratunek.

Sinup wielu wyda się bardzo kontrowersyjny, a sama idea może zostać podważona. Słyszałem już, że zachęcamy do robienia rzeczy niewłaściwych. Jednak działa to nieco inaczej: jeżeli ktoś źle się czuje z powodu złamania diety, to znaczy, że na tej diecie był. Jeżeli ktoś źle się czuje bo nic nie robił cały dzień, to znaczy, że w inne dni ciężko pracuje – mówi jeden z twórców apki, Jacek Strupiński

Obiecaliśmy sobie, że zmniejszymy trochę nasze imprezowe tempo, po czym lądujemy na imprezie w nocy z piątku na niedzielę. Mamy kaca i czujemy się podle, Sinup na ratunek. Odpuściliśmy sobie dzień na siłowni. Zjedliśmy całą pizzę zamiast połowy. Nie chciało nam się wyjść wieczorem z psem. W każdej z tych sytuacji czujemy się niekomfortowo. Sinup pozwala nam redukować dyskomfort przez drobny akt dobroci.

Sinup podkreśla te grzeszki po to, żeby były tylko wyjątkiem, a nie ciągłym postępowaniem. W ten przewrotny sposób staramy się promować zdrowe funkcjonowanie, a chwile słabości zamieniać w ukojenie oraz pożyteczne uczynki – wyjaśnia Strupiński

Aplikacja nie będzie skomplikowana. Użytkownik będzie miał dostęp do trzech paneli – Feed, Donate i Profile. W pierwszym wiadomo, społeczność jest najważniejsza. A drugiej będzie można dopasować swój występek do jednego z 6 grzechów, wybrać fundację, kwotę i wykonać datek. Ostatni panel to historia naszych uczynków, wynik i podstawowe dane osobowe. Będzie też można zaprosić do aplikacji znajomych.

Premiera Sinup na AppStore planowana jest w połowie kwietnia.

Aplikacja nie ma żadnego kontekstu religijnego.

 
Categories

Oszczędzanie: budżet, głupcze!

W poprzednich odcinkach wrzuciłem kilka podpowiedzi prostych, łatwych i w miarę przyjemnych. Powód był jasny, nie chciałem zaczynać mojego kąta porad od rzeczy żmudnej, nudnej, dla większości osób trudnej i w mniemaniu większości niepotrzebnej. Gdybym zaczął od budżetu i zapisywaniu wydatków, nikomu nie chciałoby się doczytać tekstu do końca.

Niestety, jeżeli chcemy poważnie traktować oszczędzanie, musimy o tym pomyśleć. Można oczywiście odkładać bez zaplanowanego budżetu. Sposoby na to pokazałem w pierwszych dwóch częściach. Niestety, mało kto potrafi z żelazną dyscypliną co miesiąc odkładać określoną kwotę, niezależnie od niespodziewanych wydatków i wpadek finansowych. Trzeba mieć w sobie gotowość na czasowe pogorszenie jakości życia w sytuacji, gdy musimy kupić awaryjnie pralkę. Nagła dziura w finansach mogłaby skłonić do odpuszczenia sobie jednej raty oszczędności. I właśnie tutaj z pomocą przychodzi nam dobrze zrobiony budżet.

Planowanie budżetu zaczynamy od skrupulatnego spisywania naszych wydatków. Jeżeli chcemy mieć z tego jakikolwiek pożytek, musimy uwzględnić wszystkie wydatki. Myślę, że sensowna skala czasowa to minimum pół roku. Po tym czasie będziesz wiedzieć na czym stoisz, poznasz udział swoich kosztów stałych, zorientujesz się, ile wydajesz na balety a ile na kulturę, i gdzie będzie można próbować przyciąć.

Do spisywania wydatków wystarczy kartka papieru i ołówek, ale ja postanowiłem skorzystać z uroków bankowości internetowej. Mam konto w mBanku. Do niego przypiąłem kartę płatniczą, z której korzystam w programie oszczędzania mimochodem (to ten, w którym bank odkłada za mnie 10 proc. wartości każdej transakcji).

Pomocny dla nas będzie oferowany przez bank podział transakcji na kategorie. Jest ich 11, plus dodatkowe 57 podkategorii. Dzięki temu każdej transakcji jesteśmy w stanie dość dokładnie przypisać miejsce wśród naszych wydatków. Bank przydziela kategorie automatycznie, jednak na początku warto je korygować, aż się nauczy, że zakupy pod blokiem to nie jedzenie na mieście tylko żywność. Pod koniec miesiąca dostaniemy elegancki wykres, dzięki któremu jednym rzutem oka ogarniemy, jak wygląda struktura naszej rozrzutności.

Żeby nasz system zadziałał, konto oferujące takie ułatwienia powinno być kontem-matką, z którego wychodzą nasze wszystkie płatności. To do niego musimy mieć podpięte płatne usługi, z niego wypłacamy z bankomatu i regulujemy ratę kredytu. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby to z niego wychodził cały ruch do sieci naszych innych kont, z których płacimy np. czynsz albo abonament (pisałem o tym w ubiegłym tygodniu). Wystarczy wtedy stałe zlecenia przypisać do odpowiedniej kategorii i wszystko robi się z automatu.

Na początku wszystkie transakcje trzeba dokładnie analizować i ewentualnie zmieniać im kategorie. System dość sprawnie się uczy, dzięki czemu po miesiącu mamy ogarniętą większość ruchu na koncie. Aktualizacje potrzebne bywają wyłącznie podczas zakupów okazjonalnych. Te zresztą system rozpoznaje bardzo dobrze, ostatnio bez pudła przypisał mi do odpowiednich sklepów elektronikę, ubrania i buty, oraz jedzenie poza domem. Ten patent załatwia nam 95 proc. roboty związanej z analizą.

Ostatniego dnia miesiąca siadam do komputera, uruchamiam excela i przerzucam sobie do niego wszystkie wydatki z konta w podziale na kategorie. Najpiękniejsze w tym systemie jest to, że bank już powrzucał wszystkie płatności do odpowiednich przegródek, ja tylko muszę wpisać kwotę łączną. Zrobienie analizy moich miesięcznych wydatków zajmuje mi dzięki temu niecałą godzinę raz w miesiącu.

W sytuacji, gdy płacę za coś gotówką, biorę paragon i spisuję z niego rzeczy do excela na bieżąco. Im mniej transakcji hajsem, tym mam łatwiejszą robotę przy spisywaniu wydatków.

Dokładna analiza wydatków to punkt wyjścia do stworzenia dobrego, działającego budżetu. O tym w kolejnej części, tymczasem idę uczyć system, że Tiger to nie odzież i obuwie.

 
Categories

Oszczędzanie: Za hajs banku baluj

W dwóch poprzednich częściach pokazałem wam, jak przekazać trudny obowiązek oszczędzania w ręce banku, i w jaki sposób zablokować odłożone pieniądze. Dzisiaj zaproponuję zbudowanie pierwszej w waszym życiu piramidy finansowej. W dobrym tego słowa znaczeniu, bo zarobimy uczciwie.

Budowanie naszej piramidy może chwilę potrwać, bo zależy od tego, jakie promocje oferują banki. Widzicie, bankowcom skończyły się pomysły na przyciąganie nowych klientów indywidualnych. Nikt nie jest w stanie zaproponować korzystnej lokaty. W dobie wszechobecnych płatności kartą, sieć bankomatów nikogo nie interesuje. Darmowe przelewy? Ma je chyba każdy. Brak opłat za kartę? No raczej. Aplikacja mobilna? Wiadomo. BLIK? Oczywiście. Czym zatem mają nęcić nas banki?

Bank płaci za otwarcie konta
Zdesperowani marketingowcy wymyślili, że warto byłoby rzucić w klienta gotówką. Dosłownie. I zaczęli rzucać. Na rynku jest masa propozycji otwarcia konta w zamian za pieniądze, zniżki w dużych sklepach czy kupony na Allegro. Banki rozdają również karty kredytowe za hajs, ale tutaj zalecam pewną ostrożność. Kredytówki są świetnym źródłem taniego kredytu, jednak trzeba wiedzieć dokładnie jak z nich korzystać.

Po znalezieniu odpowiednio zyskownej promocji, uważnie wczytujemy się w jej regulamin. Głupio byłoby zorientować się poniewczasie, że darmocha jest przez pierwszy kwartał a później bank zaczyna nas łoić potrójnymi opłatami za oddychanie. Jeżeli wszystko, łącznie z hajsem się zgadza a warunki są dla nas do spełnienia, otwieramy sobie konto bankowe. I czekamy na następną promocję.

Jednocześnie zaczynamy sobie rozrysowywać miesięczne przepływy środków między kontami. Załóżmy, że w warunkach promocji jest konieczność comiesięcznego wpływu 1500 złotych i realizacji dwóch przelewów. Wtedy z naszego głównego konta ustawiamy stałe zlecenie na przelew tej kwoty na konto promocyjne.

Następnie zerkamy w kalendarz naszych zobowiązań i patrzymy, czy mamy jakiś termin w okolicach 7-go każdego miesiąca. Jeżeli tak, ustawiamy stałe zlecenie z konta promocyjnego. A drugie, powrotne na nasze konto główne. W tym momencie nasze konto promocyjne zaczyna zarabiać na siebie podwójnie. Inkasujemy nagrody z nowego banku i już nigdy nie spóźnimy się z płatnościami. Co oznacza brak opłat za zwłokę? Brak opłat za zwłokę oznacza zysk.

Żonglerka przelewami
Z biegiem czasu i uruchamianiem przez banki nowych promocji, nasza struktura będzie się rozbudowywać i zmieniać. Być może uda się wam połączyć nowe konta nie w piramidę a w koła. Czyli macie trzy promocje wymagające comiesięcznych wpłat na konto. Wrzucacie kasę na pierwsze konto, z niego ustawiacie przelew na drugie, z drugiego na trzecie i tak dalej. Liczba kont w kręgu jest dowolna, ale według mnie im więcej, tym zabawniej.

Cały ten proces wymaga od nas trzech rzeczy.

*Dokładnego sprawdzenia warunków promocji – chcemy przecież uniknąć późniejszych opłat za cokolwiek, co może zjeść nasz zysk.

*Terminowego przelewania środków – to załatwią nam stałe zlecenia, których ustawienie to chwila.

*Wyszukiwania nowych promocji – to załatwiają za nas liczne strony zbierające i analizujące takie propozycje.

Po zakończeniu promocji i wypłaceniu premii, trzeba odpowiedzieć sobie na jedno ważne pytanie – czy potrzebujemy takiego konta? Jeżeli nie, bo na przykład nie robimy z niego żadnego ruchu, zamykamy. Praktycznie wszystkie promocje są dla nowych klientów banku. Jeżeli będziemy w nim mieli konto z poprzedniej akcji, nie skorzystamy z nich. Szkoda kasy.

Na co jeszcze czekacie? Poszukajcie stron o zarabianiu na bankach, odpalajcie notes albo Excela i do roboty. Pieniądze same się nie zarobią.

 
Categories

Dziurawe portfele ministrów. Prześwietlamy majątki polskich polityków

Nowy rząd ukonstytuował się w styczniu i od razu zabrał się dziarsko do roboty. Po drodze był co prawda zgrzyt z Anną Streżyńską, ale teraz nikt już nie sypie piasku w tryby i ministrowie pracują dla naszego dobra. I pojawia się pytanie, czy stery władzy poszły w ręce ludzi, którzy mając dbać o nasze dobra, potrafią zatroszczyć się o swoje. Obejrzałem oświadczenia majątkowe części członków gabinetu.

W kilku przypadkach pokiwałem głową z uznaniem, w kilku uśmiechnąłem się lekko, w jednym popłakałem się ze śmiechu. Zacznijmy od trójki wiceprezesów Rady Ministrów.

Beata Szydło sytuację ma stabilną z tendencją rosnącą, ponoć lepiej radzi sobie jej małżonek. Była pani premier w ciągu ostatnich trzech lat powiększyła swoje oszczędności w złotówkach, odłożyła ekstra 80 euro, prawie podwoiła wartość swojej polisy ubezpieczeniowej i dała radę pozbyć się jednego samochodu. Ziemi nie przybyło, kredytów nie ma, całkowita wartość wykazanego majątku wynosi 1 mln zł, z czego 25 proc. to gotówka.

Piotr Gliński żywot wiedzie najwidoczniej hulaszczy, bo w niezłym tempie przejada oszczędności. Przejadanie oszczędności na pensji wiceprezesa RM to niezłe osiągnięcie. Poza tym wiedzie mu się całkiem nieźle, cały majątek wycenił na 2,5 mln zł, z czego 2 mln to jego czterystumetrowy dom. Do spłacenia zostało mu 5 tys. zł kredytu, dziwne że nie zrobił tego jedną większą wpłatą. Zaimponowało mi, że jako jedyny w ramach majątku ruchomego wykazał sztukę. Konkretnie obraz Edwarda Dwurnika, wart 20 tys. zł. Przejrzałem ofertę prac artysty i wychodzi na to, że premier Gliński ma na ścianie kawał malunku, przynajmniej metr na półtora.

Desant krakowski, czyli Jarosław Gowin nie ma niczego poza czterdziestoma tysiącami w gotówce, domem i mieszkaniem. Znaczy ma pewnie miłość bliskich, uznanie swoich wyborców i giętki kręgosłup, ale w zakresie majątku nie dzieje się nic. Ani samochodu, ani sztuki, ani kultury. Dom i mieszkanie warte są 650 tys. zł. Premierowi Gowinowi w tempie tysiąca złotych miesięcznie rosną oszczędności. Nie powiem, żeby to był imponujący wynik, mam znajomych zarabiających pół tego, co on a odkładających dwa razy więcej. Słaby prognostyk.

Nasza ulubiona pani minister od edukacji Anna Zalewska w Sejmie tej kadencji dostała pionowego startu. W ostatnim oświadczeniu okazało się, że po raz pierwszy udało jej się odłożyć pieniądze, solidne 20 tys. zł. Kupiła 3,86 ha ziemi wartej 387 tys. zł. Wymieniła stare Clio na nowego Kadjara. I czując wiatr w żaglach, dobrała kilka drobnych kredytów, z których do spłacenia zostało jej marne 100 tys. zł. Łącznie wykazała majątek o wartości 700 tys. zł, w tym tylko 180 tys. za mieszkanie. Gdyby pani minister tak dobrze dbała o stan polskiego szkolnictwa, jak troszczy się o stan swojego posiadania, nie martwiłbym się losem przyszłych pokoleń uczniów.

Minister energii Krzysztof Tchórzewski zabrał się do zarabiania pieniędzy tak mocno, że aż ciśnie się na usta słaby żart. Na początku kadencji miał trochę oszczędności i kredyt, teraz ma 104 tys. oszczędności, dwa samochody i zero kredytu. Jako jedyny posiada coś na kształt portfela akcji, są w nim papiery Avivy, Aegona i BZWBK. I rosną! Łączna wartość wykazanego majątku to 824 tys. zł, duża część to dom warty 350 tys.

Minister infrastruktury Andrzej Adamczyk ma stabilną sytuację, akcje Polskiego Holdingu Nieruchomości, 6 działek, Passata i od niedawna magistra. Do tego 174 tys. oszczędności, ładny, duży dom i małe mieszkanie. Wszystko warte w sumie prawie 1 mln zł, z czego większość to wartość nieruchomości (prawie 600 tys. zł).

U zastępcy Antoniego Macierewicza też nieźle. Mariusz Błaszczak w stosunku do początku kadencji zwiększył swoje oszczędności o 50 proc. i ma odłożone już 290 tys. zł. Tutaj z kolei taka ciekawostka – wszystkie kolejne oświadczenia wyglądają, jakby były kserami z roku poprzedniego, zmienia się jedynie kwota odłożonych pieniędzy. Łączny majątek ministra Mariusza wynosi 1,22 mln zł, z czego większość to mieszkania i dwie działki.

Ministrowie Ziobro, Jurgiel i Brudziński na pewno kserują swoje oświadczenia. U tego pierwszego nieznacznie zmienia się jedynie wysokość gotówki odłożonej w złotówkach, w tym roku jest to 136 tys. zł. Reszta składników majątku bez zmian, bo i nie ma się co zmieniać. Ani akcji, ani polis ubezpieczeniowych, ani żadnych ruchomości minister Ziobro bowiem nie posiada. Jego majątek wart jest 1,02 mln zł plus 1850 euro.

Poseł Jurgiel ma podobnie. Zmienia mu się jedynie wysokość oszczędności, które w tym roku dobiły do 150 tys. zł. Poza tym dom, działka i samochód, łącznie 670 tys. zł, nuda.

Joachim Brudziński ma 207 tys. oszczędności, polisę na 24 tys., dom wart 230 tys. i Volvo za 75 tys. zł. Muszę powiedzieć, że chętnie bym dom w zadeklarowanej wartości odkupił, 230 tysięcy za 120 metrów to bardzo dobra oferta, nawet jeżeli dom jest ruiną. Do tego minister zaciągnął pożyczkę w Kancelarii Sejmu RP na 20 tys. zł, którą sprawnie spłacił. Temat pożyczek z Sejmu jest dość ciekawy. Gdy analizowałem oświadczenia innych posłów, rzuciło mi się w oczy to, jak wielu posłów z nich korzysta. W sumie nie dziwię się, za 3 proc. na rok albo 4 proc. na dwa sam bym zaciągał.

Pośmiałem się przy oświadczeniu Teresy Czerwińskiej, która jest ministrem finansów. Owszem, majętna kobieta. Ma 62 tys. złotych, 58 tys. euro, 36 tys. dolarów i 260 franków. To szanuję. Rozbawiło mnie natomiast, że z dwoma kredytami hipotecznymi w wysokości odpowiednio 320 tys. zł i 99 tys. franków, jest najbardziej zadłużonym członkiem rządu.

No i kuriozum w postaci ministra-członka RM Mariusza Kamińskiego. W pierwszym oświadczeniu tej kadencji, minister wykazywał 2 tys. zł oszczędności, mieszkanie warte 300 tys. zł oraz kredyt na 85 tys. Od tamtej pory oszczędności wyparowały, mieszkanie dalej kosztuje 300 tys. zł a kredyt się chyba nie chce spłacać, bo ciągle jest go tyle samo. Myślę, że operacja „Top Secret” jest związana z charakterem pracy ministra. Koordynator służb specjalnych nie powinien zdradzać niczego, w tym stanu posiadania.

Na koniec sam premier. Mateusz Morawiecki ma tak przepięknie zdywersyfikowany stan posiadania, że żywię podziw. Szef rządu ma liczne nieruchomości: dom 150m2, dom 100m2, segment 180m2 w szeregowcu, działka rolna 2 ha i wpłacona rata na mieszkanie o powierzchni 74m2. Do tego 2,5 mln oszczędności i 13 711 akcji banku BZ WBK, którego był prezesem. Ich wartość wynosi prawie 5 mln zł. Jednak wszystkie akcje premier przeznaczył do sprzedaży. Z takim majątkiem nieruchomym i pieniędzmi, można pozytywnie i jasno patrzeć w przyszłość kraju.

Wnioskując po tym, jak ogarniają własne finanse, członkowie rządu w większości wyglądają na przytomnych polityków, nadających się do sprawowania funkcji. Ale tylko z tego punktu widzenia.