Categories

Netflix: streamingowa parada oszustów

Jest pewne brzydkie słowo na „k”, które dekadę temu było odmieniane przez wszystkie przypadki. Chodzi o kryzys. Miał on miał wiele przyczyn i wielu autorów. Skutki kryzysu pociągnęły za sobą wiele ofiar, ale wykształciły też grupki osób, które wzbogaciły się na globalnych tarapatach. Temat inspirował również filmowców chcących wyjaśnić, co właściwie wtedy zaszło. Oto tytuły, które warto sprawdzić.

„Inside Job” to dokument edukacyjny, który krok po kroku tłumaczy przyczyny kryzysu na rynku kredytów hipotecznych. Może go obejrzeć każdy bez obawy, że temat został potraktowany nadto specjalistycznie albo zbyt pobieżnie. Twórcy za rękę prowadzą nas przez wydarzenia, które spowodowały katastrofę sprzed dekady.

Muszę przyznać, że seans był fascynujący. Kreatywność finansistów w tworzeniu narzędzi inwestycyjnych imponuje. Tworzenie kolejnych narzędzi z narzędzi pierwotnych jest jeszcze lepsze, w pewnym momencie krążyło ich po rynku kilka tysięcy i praktycznie nikt nie wiedział czym handluje. Odbywało się granie na spadki, zwyżki a nawet przeciwko sobie. Ryzykowne produkty dostawały od firm ratingowych najwyższe oceny AAA, takie same jak obligacje rządu Stanów Zjednoczonych. Inwestycje były ubezpieczane, więc duża część ryzyka została przerzucona na największych ubezpieczycieli. Wszystko się kręciło, wszyscy zarabiali a potem ktoś się w tym wszystkim połapał i rynek się załamał.

Inside Job” to thriller edukacyjny, dzięki któremu w półtorej godziny zrozumiemy co się stało. Dodatkowym plusem jest Matt Damon jako narrator. Bardzo dobry film, bez którego oglądanie dwóch następnych będzie trudniejsze. Możecie go obejrzeć na Netflixie.

„Big Short” pokazuje kryzys z punktu widzenia kilku gości, którzy szybciej od innych zorientowali się, że to musi walnąć. Przeanalizowali sytuację, zaryzykowali i na załamaniu rynku zarobili miliard dolarów. Film ma bardzo szybkie tempo, dlatego zorientowanie się we wszystkich mechanizmach, które popchnęły światową gospodarkę ku przepaści wymaga od nas uwagi. Przyda nam się wiedza wyniesiona z „Inside Job”, dzięki której nie będziemy musieli się zastanawiać czym są CDO, kredyty subprime czy swapy i dlaczego bankrutujące banki inwestycyjne pociągnęły za sobą na dno gigantów ubezpieczeniowych.

Przy okazji „Big Short” świetnie się ogląda. To dynamiczny, kolorowy teledysk, który w atrakcyjnej formie i znakomitej obsadzie, pokazuje chciwość i brak odpowiedzialności Wall Street. Przy okazji robi to w sposób, który nie powoduje u nas traumy czy wściekłości na typów, którzy wepchnęli świat w kryzys, bezrobocie i drogiego franka. A jak to wszystko się zawaliło, cynicznie wyciągnęli ręce po rządowe dolary ratunkowe, z których wypłacili sobie sute premie. „Big Short” jest dostępny na Netflixie.

Film powstał na podstawie książki Michaela Levisa „Wielki szort. Mechanizm maszyny zagłady”.

Kolejna pozycja mnie przygnębiła. „Margin Call” grany u nas jako „Chciwość” pokazuje pracowników dużego banku inwestycyjnego w przededniu kryzysu. Kierownictwo dostaje informację, że w portfolio firmy znajdują się bardzo ryzykowne i wkrótce bezwartościowe instrumenty pochodne oparte o kredyty hipoteczne. Na jednej szali stoi przyszłość firmy, na drugiej wepchnięcie światowego sektora finansowego w kryzys. Zapada decyzja o zatajeniu informacji o toksyczności aktywów i ich błyskawicznej wyprzedaży. Wszyscy wiedzą, że ich reputacja w branży zostanie zniszczona i podejrzewają, że mogą zapoczątkować kryzys. Mimo wszystko decydują się na współudział, w końcu ich premie są ważniejsze. Nie oceniam ich motywacji, choć przykro patrzeć, że w tej wersji Sodomy nie ma żadnych sprawiedliwych. Zresztą prawie każdy lubi mieć dużo hajsu a po nas choćby potop. Film możecie obejrzeć na Netflixie.

Too Big to Fail” (Zbyt wielcy, by upaść) opowiadam o tym, jak Waszyngton próbuje pomóc bankom dotkniętym kryzysem. Te jednak pomocy w proponowanej formie sobie nie życzą.

Rząd Stanów Zjednoczonych dostawał liczne sygnały ostrzegawcze, ale nie zrobił nic. W końcu regulacje są sprzeczne z zasadami wolnego rynku. Gdy było za późno, dodrukował dolarów i spłacił długi banków inwestycyjnych. Gotówka rządowa miała zostać skierowana na rozkręcenie akcji kredytowej, banki widziały to inaczej.

Film pokazuje wyjątkowo obrzydliwy epizod kryzysu, więc nie zdziwcie się, jeżeli po seansie zechcecie złapać za widły i pochodnie. Możecie go zobaczyć na HBO.

Nie da się ukryć, że ten maraton filmowy był ciężki. Kompletna bezkarność sprawców, rządowe programy pomocowe, wyciągające zbyt dużych by upaść z bagna, w które sami dziarsko wmaszerowali. Tragedie ludzi zbyt małych, by się ktoś o nich upomniał. A przecież to z ich pieniędzy spłacono zbyt wielkich.

 
Categories

Oszczędzaj bez wysiłku

Wszyscy wiedzą, że oszczędzanie jest łatwe, przecież wystarczy świnka skarbonka. W końcu uczą nas tego od dziecka. Tak naprawdę w tej grze najczęściej przegrywamy, bo oszczędzanie to najtrudniejsza ze sztuk. No, może trzecia najtrudniejsza, zaraz po rzucaniu palenia i regularnym porannym wstawaniu na siłownię. Dzisiaj zdradzę wam łatwy patent. Dzięki niemu, bez wyrzeczeń co miesiąc odkładam kilka stówek.

Odkąd przenośne terminale płatnicze ma nawet Pan Kanapka, za wszystko płacę plastikiem. Na czarną godzinę mam w portfelu stówkę, ale nie użyłem jej od tak dawna, że niedługo przetrze się na zgięciach. Pieniądze odkładać potrafię tylko, gdy je zakopię daleko od domu albo wrzucę na rachunek z maksymalnie utrudnionym dostępem. Jeżeli funkcjonujesz podobnie, mam dla ciebie sposób na regularne odkładanie kasy.

Program mSaver dostępny w mBanku jest genialny w swojej prostocie. Od każdej transakcji kartą, pobiera z naszego konta „prowizję” i przelewa ją na stworzone na potrzeby oszczędzania subkonto. Do odłożonych pieniędzy mamy dostęp cały czas i w tym upatruję jedyną słabość tego pomysłu. Ta kasa jednak kusi. Poza tym mSaver ma same plusy.

Do wyboru mamy trzy tryby pobierania pieniędzy:

  • zaokrąglanie kwot do pełnych dziesiątek złotych,
  • ustalenie stałej kwoty przelewanej po każdej transakcji,
  • ustawienie procentowej wartości transakcji.

Pierwszy sposób odradzam. Testowałem go przez tydzień. Już trzeciego dnia zauważyłem u siebie tendencję do dobierania przy kasie rzeczy tak, aby wartość zakupów była jak najbliższa pełnych dziesiątek. Przy kasie stoją zazwyczaj słodycze, ja je uwielbiam, wszystko okazało się być bez sensu.

Drugi sposób nie jest zły, ale brakuje w nim hamulca zakupowego. Niezależnie od tego czy płacimy piątkę za ciastko, czy trzy stówki za duże zakupy, bank ściąga nam z konta zawsze tę samą kwotę. Przy małej liczbie transakcji i ustawionej niewielkiej kwocie może okazać się, że po miesiącu odłożyliśmy 42 złote. I zapał pryska, bo 42 złote to pięć kaw w sieciówce.

Sposób ostatni, z wpłatami uzależnionymi procentowo od wartości zakupów, jest dla mnie najlepszy. Przy małych zakupach nie zauważę różnicy na rachunku. Przy dużych zaczynam się zastanawiać, czy na pewno wszystko co mam w koszyku jest mi potrzebne. W efekcie oszczędzam podwójnie – pierwszy raz przy kasie, drugi raz w banku. Tu się naprawdę potwierdza zasada, że mieć dychę i nie mieć dychy to razem dwie dychy.

Swój program dodatkowo wzbogaciłem jedną większą wpłatą w stałej wysokości, która trafia na konto celowe pod koniec miesiąca. Jest na tyle niewielka, że jej braku nawet nie widzę.  

W tej chwili wiem o pięciu bankach, które oferują usługę autooszczędzania:

  • Credit Agricole z programem CASaver, oszczędności są oprocentowane na 0,15 proc.
  • mBank i mSaver, oprocentowanie do 1 proc.
  • PKO BP i Autooszczędzanie, oprocentowanie od 0,5 do 1,2 proc.
  • Getin Bank i  Skarbonka, oprocentowanie 1-1,4 proc.
  • ING Bank Śląski i Smart Saver, oprocentowanie 2,5 proc do 5 tys. zł, powyżej 0,7 proc.

Autooszczędzanie jest elegancką i prostą formą systematycznego odkładania pieniędzy. Nic nie kosztuje. Nie jest obarczone ryzykiem. Mamy cały czas dostęp do odłożonych pieniędzy, banki oferują nawet jakieś oprocentowanie. Jak wspomniałem na wstępie, od początku roku odłożyłem w ten sposób kilkaset złotych. Jeżeli płacicie wszędzie i za wszystko kartą, to 10% wartości transakcji jest dla was. Jeżeli to nie wasza bajka, następnym razem pokażę wam inne sposoby oszczędzania.

 
Categories

W poszukiwaniu perspektywicznych sektorów

Kolonizacja innych planet, rewolucja technologiczna spod znaku blockchaina, a może zielona energia? Globalne trendy powoli się klarują i rozkręcają. Niektóre z nich zmienią nasz świat, a przy okazji mogą zmienić stan naszego portfela. Trzeba tylko zaufać właściwej wizji i zaryzykować.

Wiesz, że gdybyś wrzucił tysiaka 10 lat temu w akcje CD Projektu, producenta gry Wiedźmin, to dziś miałbyś na koncie 114 tys zł, a gdybyś wrzucił 5 tysiaków, miałbyś ponad 0,5 mln zł, a gdybyś… Niewielka kwota i długi termin robią swoje. Szkopuł w tym, że dekadę temu mało kto wyrobrażał sobie, że gry komputerowe będą polskim towarem eksportowym na czele z produktem braci Kicińskich. Teraz też nie wiemy na 100 proc., jak będzie wyglądał świat za kolejnych 10, 20 lat. Co w 2040 r. będzie kołem zamachowym globalnej gospodarki? Jak będzie wówczas wyglądał człowiek, jego potrzeby, preferencje, sposoby spędzania wolnego czasu? Proponuję jednak, by na chwilę zamienić się w futurystę i nakreślić kilka możliwych scenariuszy. Oto moje propozycje perspektywicznych branż.

Fintechowa rewolujcja u bram

Ostatnio pisałem tutaj o bitcoinie, cyfrowym crowdfundingu i technologii blockchain, która jest z nimi bezpośrednio związana. O tej ostatniej w 2017 r. mówiło się wprawdzie mniej niż o bitcoinie (tak wynika z danych wyszukiwarki Google), ale tak na dobrą sprawę, to ona stanowi fundament najbardziej popularnej kryptowaluty i większości tych, które w ostatnich latach zostały wyemitowane.

Z technologią tą, nie bez powodu, “romansują” już największe banki na świecie. Widzą w niej bowiem możliwość ogromnych oszczędności i poprawy efektywności swoich systemów transakcyjnych. Jako zdecentralizowana i rozproszona baza danych świetnie nadaje się ona do projektów fintechowych, od tych tradycyjnych jak właśnie systemy bankowe, po bardziej rewolucyjne, jak możliwość dostarczenie kapitału do najbiedniejszych i wykluczonych finansowo rejonów świata (patrz projekt Humaniq), czy zarządzanie rozproszonymi źródłami energii odnawialnej (patrz SunContract).

Na tegorocznym forum ekonomicznym w Davos słowo blockchain było odmieniane przez wszystkie przypadki i to raczej w kontekście rewolucyjnych zmian, jakie może wywołać. Dlatego uważam, że warto śledzić postępy w wykorzystaniu tej technologii i interesować się najciekawszymi projektami, które będą szukać finansowania, czy przez ICO, emisję akcji, czy chociażby Kickstarter.

Natury nie oszukasz

Skoro już padła fraza “energia odnawialna” to od razu nadmienię, że przed tym tematem nasza planeta, w zasadzie jej właściciele, nie uciekną. Zmusi nas do tego prędzej czy później globalne ocieplenie, albo prędzej odgórne regulacje, jak chociażby porozumienie paryskie z 2015 roku.

“Ojca oszukasz, matkę oszukasz, ale…” natury nie oszukasz. Zasoby ropy, węgla, gazu są na wyczerpaniu, a patrząc na perspektywy demograficzne i rosnącą liczbę homo ekonomistów, energii będziemy potrzebować coraz więcej. Wątpię, by Elon Musk sprowadził ją z Marsa.

Raczej będziemy musieli korzystać ze słońca, wiatru, wody, biomasy itp. Ale produkcja energii to jedna strona medalu. Z drugiej trzeba będzie utemperować nasze energertyczne marnotrastwo. I tu otwiera się przestrzeń dla budownictwa zero lub plus energetycznego, inteligentnych systemów do zarządzania zużyciem, projektów termomodernizacyjnych czy chociażby elektromibilność.

Sektor energetyki odnawialnej i poprawy efeketywności energetycznej może więc w niedalekiej przyszłości stanowić bardzo istotne ogniwo naszej egzystencji. I nie mam tu na myśli tylko tak spektakularnych projektów jak Tesla wspomnianego już Muska, ale nawet najmniejsze inicjatywy, startupowe, jak coś w rodzaju projektu Olgi Malinkiewicz, czyli ogniw słonecznych na bazie perowskitów.

Nadciąga srebrne tsunami

Skoro już wspomniałem o demografii, to proponuję zapoznać się ze zjawiskiem zwanym “srebrne tsunami”. Jest to problem starzejących się społeczeństw widoczny głównie w krajach bogatszych. Pokolenia, która wchodzą lub niebawem wchodzić będą w etap życiowej jesieni i mają na kontach całkiem sporo gotówki, na pewno będą chciały zapewnić sobie na starość odpowiednio wysoki standard bytowania. To wygeneruje ogromny popyt na nowe usługi i produkty.

Mowa nie tylko o ekskluzywnych domach spokojnej starości, ale także o centrach rozrywki dla takich osób i wszelkich inicjatywach, które będą się do ich potrzeb dostosowywać. Trudne do wyobrażenia? To poczytajcie o projekcie “Dancing międzypokoleniowy” Pauliny Braun. Nie zdziwiłbym się, gdyby podobne inicjatywy przeobraziły się kiedyś w konsorcja i spółki giełdowe.

Gatunek międzyplanetarny

Skoro już dwukrotnie wspominałem Elona Muska, to wspominam go i trzeci raz. Tym razem w kontekście podróży kosmicznych. Może to zabrzmi trochę armageddonicznie, ale jeśli nie uda nam się powstrzymać globalnego ocieplenia, to by ćmoże kolonizacja innych planet i takie firmy jak Space-X będą dla nas jedynym ratunkiem. W wersji soft takie firmy będą zaspokajać ambicje naukowców, chcących badać inne obiekty kosmiczne albo zaspokajać turystyczne zapędy Ziemian. Może też być tak, że Ziemia nas po prostu nie pomieści i trzeba będzie szukać nieruchomości gdzie indziej. Tak czy siak, w dłuższej perspektywie człowiek stanie się gatunkiem międzyplanetarnym i czyjaś firma będzie musiała nam to ułatwić…

Automat zamiast człowieka

A skoro o ułatwieniach mowa, to nietrudno mi sobie wyobrazić, że firmy będę zastępować pracowników robotami. Kto nie spotkał się jeszcze w hipermarkecie z samoobsługową kasą, ten chyba nigdy w hipermarkecie nie był. Na HiCash.pl mogliście ostatnio dowiedzieć się o aplikacji, która w zasadzie rolę sklepowej kasy zminimalizuje tylko do postaci czytnika karty kredytowej.

Automatyzacja i robotyzacja postępują, bo zaawansowane języki programowania i zdobyczne nowych technologii razem wzięte pozwalają zastąpić wiele ludzkich czynności algorytmem sprawiając, że są one wykonywane bardziej efektywnie, taniej, a do tego algorytmy nie narzekają i nie zakładają związków zawodowych.

Na liście profesji, które są w tej chwili najbardziej zagrożone zastąpienie przez roboty wymienia się: recepcjonistów, kierowców taksówek, pracowników ochrony i sprzedawców w punktach z fast foodem. Zresztą koncerny samochodowe już chwalą się samochodami autonomicznymi. Na razie nie mogą ich wprowadzić, bo rozwiązania natury prawnej nie są dostosowane do nowych zdobyczy technologii, a w zasadzie do tego co owe zdobycze mogłyby nabroić…

Farmacja, Karol Marks i śmieci

Sporo futurystycznych wizji może przychodzić do głowy. Jeśli rozpatrujecie je w kontekście inwestycyjnym, to dobrze by było, gdybyście takiej wizji kibicowali, by była ona w jakimś sensie zgodna z waszą osobowością, z waszymi poglądami (np. ekoprojekty). Wtedy znacznie łatwiej lokować w niej kapitał. Jeśli wymieniona piątka, mnie najbardziej przekonująca, was nie przekonuje to proponuje na deser pomyśleć nad osiągnięciami medycyny i biotechnologii.

Wystarczy zwrócić uwagę, jakim hitem w ostatnich latach na warszawskiej giełdzie były spółki produkujące leki na nowotwory, jak Mabion, albo te budujące urządzenia do diagnostyki, jak Medicalgorithmics. Raczej nie zapowiada się, by ludzie zaczęli masowo prowadzić zdrowy tryb życia. Jeśli nie medycyna to może wszelkie inicjatywy oddające środki produkcji w ręce ludzi, czyli trochę tak jak chciał Karol Marks. Mam tu na myśli takie projekty jak BlaBlaCar czy Couchsurfing.

Sieć internetowa to dla takich inicjatyw istny raj, a patrząc na ludzi ze wzrokiem wlepionym w ekran smartfona nie spodziewam się, byśmy szybko z tego usieciowienia się wydostali. A jeśli nie sieć, to może coś bardziej przyziemnego, jak zarządzanie odpadami. Przeciętny Europejczyk produkuje 600 kg śmieci rocznie. Miejsca na składowanie nie przybywa, więc ciekawym kierunkiem inwestycyjnym mogą być firmy, które będą zajmować się utylizacją, recyklingiem, upcyklingiem czy po prostu segregacją. Kto przejeżdżał pod górą śmieciową w podwarszawskich Mościckach ten wie, że z tym syfem coś koniecznie trzeba zrobić.

Jak recytował szczeciński raper Łona “każdy problem ma rozwiązanie, jeśli nie ma rozwiązania, to nie ma problemu”. Myślę, że na wszystkie wymienione wyżej problemy ktoś znajdzie rozwiązanie. Trzeba teraz znaleźć tego kogoś i zastanowić się, czy nie powierzyć mu trochę kapitału.  A  nuż okaże się, że złowiliśmy złotą rybkę na miarę wspomnianego na początku CD Projektu.

 

 
Categories

Marki retro, czyli jak zarobić na nostalgii

Moda na retro wraca. Z naszej przeszłości pamiętamy muzykę, ciuchy, zabawki, elektronikę i inne sprzęty. Marki i zjawiska z lat naszej młodości dobrze nam się kojarzą. Naszą nostalgię da się przekuć na pieniądze. Perfekcyjnie zrobili to twórcy serialu „Stranger Things”, skutecznie próbują producenci ubrań i elektroniki. Retro marketing ma się coraz lepiej.

Wiele marek z PRL-u i wczesnych lat dziewięćdziesiątych zyskało faktyczny status rzeczy kultowych. Chociaż wyparowały z rynku 20-30 lat temu, ciągle je wspominamy. Oczywiście nie pamiętamy, że Frania darła ubrania, Relaxy wyglądały obrzydliwie a meblościanki to był wyjątkowy paździerz. Produkty sprzed lat były kiepskie, sypały się od bardziej intensywnych spojrzeń i jedyne co się w większości przypadków broniło, to wzornictwo. Jednak upływający czas idealizuje to, jak je pamiętamy. I gdy ktoś głośniej powie „Romety znowu będą robić”, cieszymy się, jakby ktoś nam zwrócił kawałek dzieciństwa.

Jakie polskie marki mogłyby wrócić i namieszać na rynku? Na przykład CPN, który jako marka należy teraz do Orlenu. Dla wielu Polaków „cepeen” to nadal synonim stacji benzynowej, dlatego Orlen jest w trakcie analiz możliwości przywrócenia tej marki na rynek. Dobry ruch, ponieważ koncern jest w trakcie likwidacji swoich tanich stacji benzynowych „Bliska”.

Syrenka, fot. Piotr Marynowski

Duży potencjał ma samochód Syrenka. Te kilka egzemplarzy, które wyprodukowała firma AMZ-Kutno podobały się widzom. Temat rozbił się o silniki, Kutno nie znalazło producenta. Odświeżona i odmłodzona Syrenka to dobry pomysł na samochód elektryczny albo hybrydę. Zwłaszcza w świetle ostatnich zapowiedzi rządu starcie programu elektryfikacji. Na razie nie ma jednak chętnych do wyłożenia kasy.

Trzecia jest Frania. Oczywiście nie jako pralka wirnikowa, bo nikt nie chce niszczyć sobie ubrań. Ale jako ekonomiczna pralka bębnowa mogłaby znaleźć klientów wśród ludzi na dorobku. Aktualnie prawa do marki ma firma Kalisto, która cały czas produkuje Franie, ale sprzedaje jej rocznie marne 500-600 sztuk.

Historia ostatnich dziesięciu lat pokazuje, że powrót starej marki na rynek jest możliwy. W Polsce mamy kilka przykładów. Buty Relaxy, które ożywił Wojas i zrobił z nich cenową markę sub-premium. Wznowiono produkcję motorowerów Romet. Na rynek wróciła Unitra z bardzo dizajnerską elektroniką i Tonsil ze swoimi głośnikami. Reaktywowały się Ursus, Optimus i EB, bardzo efektownie wskrzeszono napoje Frugo. To na naszym podwórku. A co na Zachodzie?

Za granicą skutecznej resuscytacji poddano marki odzieżowe, które święciły triumfy w latach 80-tych i 90-tych a potem gdzieś się zapodziały. Dziś wracają w wielkim stylu.

Wraca Fila dla... Zobaczymy.
Wraca Fila dla… Zobaczymy dla kogo

Fila w latach 70-tych robiła odzież dla alpinistów, ale potem weszła w sportowe ciuchy i buty, i w 10 lat została jedną z najpopularniejszych marek sportowych i lifestylowych. Teraz znowu będzie można kupić ich kolekcje, na początek Blackline. 

Kappa była marką fanów piłki nożnej w całej Europie. Szczególnie upodobali ją sobie piłkarze włoskich drużyn. Miała dobre wzornictwo i dużo różnorodnych modeli. Wróciła na wiosnę 2017 roku na wielkim pokazie mody i jest tak samo retro, jak była 30 lat temu.

Bluzy Championa, najlepiej z kapturem, chciał mieć każdy. Marka nie zniknęła z rynku, zrobiło się o niej ciszej, ale przez cały czas rozkręcała kolaboracje z brandami streetwearowymi, współpracowała z graczami NBA i robiła jednorazowe kolekcje dla koncertujących artystów. Dzisiaj ma się coraz lepiej, odkuła się finansowo i będzie o niej głośno.

Firma Umbro, która ubierała brytyjskie drużyny piłkarskie i ich fanów, ostatnio się przebudziła, otrzepała z kurzu i weszła mocno w streetwear.

Kto nie chciał telefonu “z klapką”. Motorola

Śmieszna sprawa była z Motorolą. Markę kupili Chińczycy z Lenovo i prawie natychmiast stracili koncepcję, co z nią robić. Ich ruchy wskazywały na to, że kompletnie nie kojarzą siły Motoroli i tego, jak dobrze ludzie ją znają, zwłaszcza w takich krajach jak Brazylia czy USA. Zmienili nazwę na Lenovo Moto i ruszyli podbijać rynki. Na szczęście szybko zrozumieli, że rezygnacja z marki, która sama w sobie stanowi historię komórek to głupota. Wrócili do Motoroli, dzięki czemu nowe modele będą trafiać do sprzedaży pod tą nazwą.

No i wreszcie Japończycy z Nintendo, którzy prawdopodobnie wskrzeszą Game Boya. Poręczna kieszonkowa konsolka, na której zagrywało się w Bombermana, Zeldę czy Pokemony była najbardziej pożądaną elektroniką po latach męczenia rosyjskich gier w „jajeczka”. Na razie wieści o tym, że Nintendo będzie odświeżać Game Boya to tylko plotki, ale patrząc jak wprowadzają nowe wersje swoich starych konsol, można założyć, że Game Boy to tylko kwestia czasu.

Jak widać jest w ludziach potrzeba powrotu do przeszłości. Najsprytniejsi wiedzą, jak ją zaspokoić i przy okazji dobrze zarobić.

 
Categories

Planujesz urlop? Kupujesz w zagranicznych sklepach? Nie trać kasy na przewalutowaniach

Znacie to – wyjazd zagraniczny, kilka płatności debetówką w sklepie i restauracji, a do  tego  wypłaty z bankomatu. Następnie powrót, analiza konta i spore zaskoczenie. Wydaliśmy trochę więcej niż planowaliśmy i do końca miesiąca żyjemy o chlebie i wodzie. Autor pewnego startupu postanowił skończyć z marnowaniem pieniędzy na kursach wymiany i opłatach bankowych.

Nikołaj Storonski to Rosjanin, który na co dzień mieszka w Londynie. Facet jakiś czas temu wybrał się do Las Vegas. Tak go pochłonęła zabawa, że nie zauważył jak przewalutowanie funtów na dolary zeżarło mu dodatkowe 20 procent środków. Okazało się, że na rynku nie ma karty, która pozwalałaby zaoszczędzić na kursie i opłatach bankowych. Storonski stworzył więc własną – Revolut.

W zasadzie są to dwa produkty – aplikacja, z poziomu której zarządzamy naszym minibankiem oraz karta. Jeżeli chcemy, wybieramy kartę wirtualną. Ja zamówiłem za dyszkę plastik do portfela. Karta jest prepaidowa. Zasilamy ją przelewem bankowym lub podpinamy do niej kartę debetową albo kredytową. Uwiarygadniamy się własnym selfie i zaczynamy korzystać.

Założenia Revoluta są proste jak piosenki Taylor Swift. Nie zdziera z nas hajsu za kurs wymiany ze spreadem (czyli tego, co robią banki), tylko oferuje niższy kurs międzybankowy.  Na dodatek do takich transakcji nie są doliczane żadne dodatkowe opłaty.

Przy pierwszym użyciu wszystko porównałam z płatnością kartą Mastercard albo VISA, które się rozliczają w złotówkach i dodatkowo przez euro. Wyszło mi, że zaoszczędziłam kilkanaście złotych przy zakupie programu za 50 dolarów – mówi Maria, która kartę zamówiła z ciekawości.

Na czym więc startup zarabia? Głównie na opłatach za transakcje kartą, które ponoszą sprzedawcy. Dodatkowe pieniądze firma kasuje za karty w opcji Premium (30 zł miesięcznie) oraz za zasilenie konta kredytówką. To, z kolei opłata w wysokości 1%. Wpłata z karty kredytowej może być dobrą opcją, gdy mamy nóż na gardle i nie chcemy wypłacać z niej pieniędzy w bankomacie (jest horrendalnie drogo), a musimy szybko skołować gotówkę. Revolutem zrobimy to tanio, łatwo i szybko. Natomiast jeżeli będziemy zasilać konto z karty debetowej, nie przekroczymy limitu płatności, przelewów i wypłat z bankomatu, to wszystko możemy mieć bezpłatnie.  

Z ciekawostek: aplikacja umożliwia nam przeliczanie złotówek na ponad 130 walut z całego świata. Jedno kliknięcie w komórce, zaznaczamy czym chcemy płacić i gotowe. Revolut sprawdza się zarówno przy płaceniu w Internecie, jak i na wyjazdach zagranicznych. Jest wygodny, tani i praktycznie bezobsługowy.

Nie tylko Revolut

Od roku 2012 na rynku funkcjonuje Alior Kantor. Jest to przede wszystkim internetowy kantor wymiany walut, który pozwala rozliczać się po kursie lepszym niż bankowy, bo bez spreadu. Czyli oszczędności mamy takie, jak w przypadku Revoluta. Za darmo jest rachunek, przelewy, również zagraniczne i wypłata walut w oddziałach. W gotówce można wypłacić dolary, euro i funty, a do rachunku możemy zamówić kartę. Co w Aliorze jest lepsze niż w Revolucie? Na pewno łatwe i darmowe przelewy międzynarodowe. Jeżeli więc waszą główną potrzebą jest konto, wybierzcie Alior Kantor.

Mam natomiast kłopot z ich kartami. Można je zamówić do funtów, dolarów i euro, przy czym do każdej waluty musimy mieć oddzielną. Niezbyt to wygodne, więc o pomyłkę nietrudno. Gdy zapłacimy za funty dolarami, wpadamy w pułapkę dwukrotnego przewalutowania po kursie międzybankowym i całe oszczędności diabli biorą. Ta opcja w wypadku Revoluta działa lepiej.

I teraz myślę sobie, że skoro wszystko to jest praktycznie za darmo, to można sobie zawinszować oba produkty i zacząć ucierać nosa bankierom. Podwójnie.

 

 
Categories

Jak zarobić na wolnej niedzieli?

Kochacie wszystko co slow? Niedługo slow wyłoni się z niszy. Będąca już na ostatniej prostej do przyklepania ustawa o ograniczeniu handlu w niedziele i święta oraz w niektóre inne dni promuje małych sklepikarzy i DIY, swoje ostrze wbijając w serce wielkich sieci handlowych.

Niedziela w centrum handlowym - już wkrótce będzie tak.
Niedziela w centrum handlowym – już wkrótce.

Miejsca konsumpcji mogą pojawić się choćby w zakładach penitencjarnych i jednostkach wojskowych, ponieważ również one, znalazły się na ogromnej, liczącej kilkadziesiąt punktów  liście wyłączeń od zakazu. Ów spis to bezcenna wskazówka dla tych, którzy zastanawiają się jak tu wziąć sprawy w swoje  ręce i zrobić biznes. Są na niej lodziarnie, cukiernie, kwiaciarnie, kioski i sprzedaż ryb z kutra. Swoje konsumpcyjne punkciki warto otworzyć w miejscach masowego przepływu osób – na lotniskach, dworcach i w portach.

Prawdziwą oazą dla spragnionych zakupów staną się stacje benzynowe – ten komu uda się postawić w nich półkę ze swoimi gadżetami, trafi na żyłę złota. Wystarczy trochę oleju w głowie (na dobry pomysł) plus znajomy w naftowej korporacji. Tak, tak to nie takie proste, ale zabawki i smakołyki dla milusińskich w punkcie weterynaryjnym, to już nie są Himalaje. Podobnie jak sklep w pensjonacie, hostelu czy małym hotelu. Tam handlować można w świątek-piątek. Non-stop.

Niedzielny handel w wersji slow
Niedzielny handel w wersji slow.

Bez ustanku działać mogą również automaty. Co myślicie o takowych ze zdrową żywnością? W niedzielę kupować można również od rolnika. Warto skorzystać z takich inicjatyw jak ranozebrano.pl. W ogóle, w sieci otwiera się worek bez dna dla spożywczego biznesu. Teraz mama, tata i dzieci, zamiast jechać do galerii na pokościelne zakupy zasiądą na kanapie i poklikają w produkty, których im potrzeba, potem karta i za dzień dostawa do domu – bez dźwigania i szukania miejsca do parkowania. Mogą sobie za to kupić jakąś pamiątkę wybraną spośród dewocjonaliów. 

A na obiad pojadą do restauracji, kelnerzy mogą pracować w niedzielę, nawet w cudzej knajpie. Pomyślcie, co moglibyście dla takiej rodzinki przygotować w galerii sztuki. Ośrodki kultury, sportu, oświaty, turystyki i wypoczynku już czekają na klientów, których stracą w niedzielę handlowi giganci. 

 

 
Categories

Bitcoin, czyli niespełniony sen anarchisty

Dziewięć lat temu, gdzieś w Kraju Kwitnącej Wiśni, pewien zdolny programista o pseudonimie Satoshi Nakamoto wpadł na pomysł, by przy pomocy nowych technologii dać ludzim środek płatniczy w pełni zdecentralizowany, czyli niezależny od pośredników w postaci banków centralnych i komercyjnych, które emitują, kreaują i nadzorują posiadane przez nas pieniądze. START READING Bitcoin, czyli niespełniony sen anarchisty

 
Categories

Autonomiczna czat-taksówka, czyli Uber chce być wunder

Uber przypomina klasowego kujona. Każdy chętnie spisuje od niego prace domowe, ale tak naprawdę nikt go nie lubi. Świadomi tego dysonansu są właściciele marki, którzy dwoją się i troją, aby zadowolić klientów, ugłaskać korporacje taksówkowe oraz nie wkurzyć rządów i regulatorów. START READING Autonomiczna czat-taksówka, czyli Uber chce być wunder