Categories

Wielcy mistrzowie vs. sztuka młodych. Czy stać nas na inwestowanie w sztukę?

Rynek sztuki ma się podobno coraz lepiej. Sprzedaż dzieł w Polsce w zeszłym roku wzrosła o 28%, padły też dwa rekordy. Pierwszym był obraz „Zabicie Wapowskiego w czasie koronacji Henryka Walezego” (3,7 mln zł), kolejnym, pastel „Macierzyństwo” (4,3 mln zł). Świetnie mają się obrazy wielkich mistrzów. A co ze sztuką  młodych? Czy warto w nią inwestować?

Według raportu dóbr luksusowych za zeszły rok, 27% bogatych Polaków inwestuje w sztukę. Bogaty Polak jest jednak dość konserwatywny, bo 84% z tych inwestycji to obrazy, 4% rzeźba, grafika i rysunek, a 2% to fotografia i ceramika. Najchętniej kupuje sztukę dawną, polskiego pochodzenia i sprawdzonego nazwiska. Dlaczego? Bo to pewna inwestycja. Malczewskiego ani Matejki już raczej nie przybędzie, chyba, że ktoś odnajdzie go w zapomnianej piwnicy lub odzyska dzieło utracone w czasie wojny. Niezależnie od tego, ich wartość wciąż będzie rosła.

Coraz mocniej stoi też sztuka współczesna. W zeszłym roku w pierwszej dziesiątce transakcji aukcyjnych znalazły się dzieła Magdaleny Abakanowicz i Wojciecha Fangora. Warto przypomnieć, że sztukę współczesną datujemy od końca II Wojny Światowej, a wymienione prace to obrazy i rzeźby pochodzące z lat 50 i 70., więc trudno mówić o odważnych decyzjach inwestycyjnych.  

W zeszłym roku padł jeszcze jeden ważny rekord – aż 105 aukcji młodej sztuki. Używając określenia „młodej sztuki”, mówimy o dziełach studentów lub absolwentów szkół artystycznych bez dużego dorobku i „nazwiska”. Oprócz tradycyjnych technik częstymi środkami wyrazu młodych jest fotografia, grafika, wideo i performance. Dużą wartością ich sztuki jest zdolność do komentowania świata przy pomocy najbardziej aktualnych i naturalnych dla nas nośników. Jest więc duża szansa, że ją zrozumiemy. Jeśli nie należymy do bogaczy, warto wspomnieć o jeszcze jednej ogromnej zalecie – przystępnych cenach. Prace młodych artystów możemy kupić od kilkudziesięciu złotych do kilkudziesięciu tysięcy i to w miejscach innych niż tradycyjne domy aukcyjne.

Na rynku znajdziemy coraz więcej oddolnych akcji, takich jak Targowisko Sztuki, które od dziesięciu lat działa w Arkadach Kubickiego. Jak mówi jego organizatorka i artystka Dorota Godhlewska, „plusem i zarazem minusem miejsc takich jak Targowisko sztuki jest brak galerii. Nikt nie powie nam, czy to co chcemy kupić jest dobre, więc wybrać trzeba samemu. Ale galeria to też minimum stuprocentowy narzut. Omijając ją, więcej zarabia artysta, więcej też zostaje w kieszeni klienta”.

Czym więc kierować się wybierając sztukę młodych? Nawet jeśli o kupnie dzieła myślimy wyłącznie w kategoriach inwestycji, najlepiej kierować się intuicją i wybierać to, co nam się podoba. Dobrze jest też mieć też wiedzę na temat rynku sztuki, śledzić konkursy, galerie i wystawy, które się liczą. Wiedzieć w którą stronę idzie obecnie sztuka i jakie są trendy. Dobrym przykładem może tu być plakat, który w ostatnich latach staje się coraz bardziej modny. Dzięki temu od razu umiemy ocenić czy ktoś ma warsztat, czy ma swój określony styl i świeże spojrzenie” – wyjaśnia Godhlewska.

Jeśli mamy wyczucie, jest duża szansa, że artysta, którego prace kupiliśmy za niewielkie pieniądze, zyska uznanie, a ceny jego prac pójdą w górę. “Mam taki obraz, który kupiłam kiedyś na allegro, a teraz ta artystka stała się rozpoznawalna i jego wartość wzrosła. To duża satysfakcja” – wspomina organizatorka Targowiska Sztuki. Taki sposób inwestowania w sztukę jest coraz bardziej popularny wśród młodych, którzy się bogacą. Zakup dzieła często towarzyszy urządzaniu mieszkania, któremu chcą nadać indywidualny charakter.


Na tym tle sztuka wideo i performance wypada raczej blado. Zdaniem Godhlewskiej, tego typu nośniki to bardziej budowanie historii twórcy niż rynku. Sprzedają się rzeczy namacalne i tradycyjne. W przypadku wideo, bardzo ciężko jest zatrzymać oryginał dzieła. Kiedyś podobnie myślano o grafice, której nie uznawano sztukę, właśnie przez to, że można ją było powielać. W takich dziełach treścią jest wykonana praca. Sam nośnik nie ma żadnej wartości. A skoro go nie widać, trudno jest poczuć, że się go ma”.  

Choć trudno liczyć na zmianę w myśleniu o kolekcjonowaniu, coraz łatwiej jest znaleźć alternatywne miejsca i sposoby sprzedaży sztuki. Dorota Godhlewska przyznaje, że dla niektórych Targowisko jest jedynie miejscem rozdawania wizytówek i początku rozmowy o dziele, którego finalizacja dzieje się już w Internecie. Ludzie nie boją się kupić przedmiotu, który jest dobrze sfotografowany i opisany.  Duży potencjał w przeniesieniu transakcji do sieci to po raz kolejny szansa na ominięcie dużych narzutów galerii.

Ciekawym przykładem inwestycji w sztukę o niskim poziomie ryzyka może być internetowa galeria Maecenas”. Głównym celem nowej platformy jest stworzenie internetowego rynku, na którym miłośnicy sztuki mogą kupić udziały w słynnych obrazach. Wszystko odbywa się za pośrednictwem zdecentralizowanej platformy opartej na systemie blockchain. Taki sposób myślenia o sprzedaży dzieł po raz kolejny otwiera drogę dla małych inwestorów, którzy do tej pory byli wykluczeni z wielkiego rynku sztuki.

Rynek sztuki staje się więc coraz bardziej otwarty. Na młodych artystów, nowe formy sprzedaży i przede wszystkim – na nas.

 

 

 
Categories

Na rynku kryptowalut jazda bez trzymanki. Ministerstwo straszy i uspokaja

W ciągu ostatniego tygodnia obracający kryptowalutami Polacy zmieniali się z dnia na dzień z krezusów w bankrutów. Wszystko za sprawą kolejnych komunikatów Ministerstwa Finansów dotyczących sposobu opodatkowania przychodów z kryptowalut. Blady strach padł na tych, którzy mieli na koncie dużo transakcji: nowy podatek w najlepszym wypadku oznaczałby dla nich kres marzeń o lamborghini.

Giełda kryptowalut Bitmarket24 ogłosiła w tym tygodniu, że została kupiona przez spółkę w Londynie. Kryptowalutowy biznes ucieka z kraju. Nic dziwnego, kolejne kroki naszego rządu pokazują, że Polska nie rozumie i boi się rynku kryptowalut. To, co Ministerstwo Finansów zaproponowało ostatnio jako interpretację przepisów podatkowych w kontekście obrotu kryptowalutami sprawiło, że wielu bitcoiniarzom życie stanęło przed oczami.

– Odnoszę wrażenie, że polski rząd porywa się z motyką na słońce, a jedynymi, którzy na tym stracą będziemy my wszyscy, Polacy. Polska to “porodówka” świetnych programistów. Nie ulega wątpliwości, że technologia blockchain [na której opiera się obrót kryptowalutami – przyp.red.] to kolejna z rewolucji, którą ze spokojem można porównywać do tej przemysłowej lub do tej, którą dał nam internet. Postępowanie rządu RP to patrzenie krótkofalowe. Zacznijmy od tego, że Polska mogłaby być, biorąc pod uwagę nasz potencjał intelektualny, zagłębiem blockchaina porównywalnym z szwajcarskim Zug, co mogłoby w efekcie ściągnąć do Polski kapitał międzynarodowych korporacji, takich jak chociażby Microsoft, IBM czy Facebook – mówi Tomasz Limiszewski, który zbiera podpisy pod petycją do polskiego rządu na stopregulacjom.pl.

Nie bez przyczyny technologie rozwijają się tam, gdzie władze jak najmniej ingerują w innowacyjne obszary. Żeby eksperymentować i rozwijać nowoczesne technologie, trzeba mieć pole do eksperymentów. To dlatego Londyn stał się centrum nowoczesnej bankowości ze swoim liberalnym podejściem do technologicznych i biznesowych nowinek. Dalczego to ważne w kontekście kryptowalut? To właśnie ten obszar jest kuźnią talentów technologii, która już wkrótce może stanowić o konkurencyjnej  przewadze wielu branż, na czele z finansową – mowa oczywiście o blockchainie.

O CO CHODZI Z TYM BLOCKCHAINEM?
Zastanawialiście się, dlaczego w świecie, w którym jesteśmy w stanie przesyłać obraz na drugi koniec świata w czasie rzeczywistym, nasze przelewy dochodzą do odbiorcy często dopiero następnego dnia? Ponieważ każdy przelew musi zostać zaakceptowany przez bank. Wszystko dla bezpieczeństwa transakcji i samego pieniądza – każda transakcja internetowa musi być zaksięgowana, żeby nie zdarzyła się sytuacja, że ten sam pieniądz został zaksięgowany w dwóch miejscach. To niestety trwa. Odpowiedzią na to wyzwanie jest blockchain, który – w przeciwieństwie do tradycyjnego rejestru bankowego – jest zdecentralizowanym rejestrem danych. Dzięki blockchainowi Informacje o transakcji nie muszą być przesyłane do banku, tylko trafiają najkrótszą drogą do jednego z wielu komputerów pełniących rolę węzłów w blockchainowej sieci. Dublowaniu wartości zapobiega to, że każdy węzeł błyskawicznie przesyła dane do wszystkich innych węzłów w sieci. Zapis każdej kolejnej transakcji jest możliwy tylko w węźle, w którym historia transakcji pokrywa się z tym, co zapisane jest na wszystkich innych komputerach. Jeśli ktoś próbowałby zmienić zapis transakcji, na którymś z komputerów, sieć natychmiast wykryje modyfikację. Dzięki blockchainowi po raz pierwszy w historii mamy wreszcie szanse na bezpieczne i szybkie transakcje. Tak skonstruowany system może spowodować rewolucyjne zmiany nie tylko w obrocie pieniądzem, ale też na przykład w administracji publiczne, czy służbie zdrowia – wszędzie tam, gdzie mamy bardzo duże ilości danych, które muszą być szybko aktualizowane przez wielu użytkowników, niezmienialne,  łatwo dostępne i jednocześnie bardzo bezpieczne.

Wiele krajów na świecie, chcąc rozwijać tę technologię, tworzy preferencyjne warunki dla rozwoju kryptowalut, rozumiejąc, że świat krypto to zagłębie dobrze wyszkolonych ekspertów od blockchaina. A ci mogą się przydać.

Podatkami w kryptowaluty
Sposób, w jaki Polska zdecyduje się opodatkować kryptowaluty jest ważnym sygnałem tego, czy nasz rynek jest przyjazny rozwojowi krypto. Preferencyjne warunki dot. obrotu krytpowalutami w marcu wprowadziły nawet konserwatywne w kwestiach finansowych Niemcy – transakcje do 600 euro w ogóle nie są objęte podatkiem, a wszystkie ponad tę kwotę mogą być zwolnione z podatku, jeśli użytkownicy będą trzymać kryptowalutę dłużej niż rok.

Tymczasem u nas bałagan. Najpierw Ministerstwo Finansów twierdziło, że kryptowaluty należy rozliczać jak dochody z praw majątkowych. Potem sporządziło definicję “waluty cyfrowej”, do której ta forma rozliczenia nie pasuje. I wreszcie 4 kwietnia poinformowało, że nie tylko trzeba opodatkować transakcje kryptowalutami jak dochody z praw majątkowych, ale jeszcze do budżetu państwa musi trafić 1% z każdej transakcji sprzedaży i wymiany walut na giełdzie (to w ramach PCC – podatku od czynności cywilno-prawnych).  Gdy rozległ się lament, ministerstwo napisało na Twitterze:

Najgorszym sygnałem dla środowiska kryptowalut w pierwszym komunikacie Ministerstwa była informacja o tym, że trzeba będzie odprowadzić podatek od każdej transakcji:

– Dla traderów oznacza nic innego jak zamknięcie rynku. Bo jak inaczej nazwać konieczność zapłacenia 20 tysięcy złotych podatku z tytułu PCC, dla osoby, która wchodziła na rynek z kapitałem 10 tysięcy złotych i w ciągu miesiąca dokonuje 200 transakcji? A co z osobami, które mają podpięte pod API giełd boty, wyszukujące korzystnych par walutowych? Takie boty czasami generują po 1000 transakcji dziennie – mówi Tomasz Limiszewski.

Stawiało to wiele osób zarabiających na mikrotransakcjach w sytuacji, w której obracając na giełdach kwotą 15 tys. złotych mogliby zapłacić pół milion podatku. PCC płaciłoby się również wtedy, gdy transakcje nie przyniosłyby realnych zysków.

Ale opodatkowanie każdej transakcji to nie jedyny karkołomny pomysł, którym Ministerstwo Finansów postraszyło 4 kwietnia kryptowalutowców. Pod górkę mieliby też przedsiębiorcy prowadzący księgowość na podstawie księgi przychodów i rozchodów. “W wydanych obecnie zaleceniach resort finansów postanowił zrobić wszystko, aby wręcz uniemożliwić rozliczanie zysków z obrotami kryptowalutami. I – niestety – zrobił to w taki sposób, że zaszkodzi przede wszystkim sobie”- stwierdził ekspert portalu wGospodarce.pl Marek Siudaj.

W efekcie tej zadymy znów nie do końca wiadomo, jak wygląda kwestia opodatkowania przychodów z obrotu kryptowalutami. W oczekiwaniu na kolejną interpretację przepisów, na pewno można zacząć pisać czynny żal do urzędu skarbowego.

To już wojna?
Bardzo złym sygnałem dla środowiska rozwijającego kryptowaluty było odejście z rządu  w 2017 roku Anny Streżyńskiej, która w lipcu 2016 powołała przy Ministerstwie Cyfryzacji zespół ds. bitcoina i blockchaina. Eksperci i praktycy pracowali nad stworzeniem w Polsce rozsądnych warunków do rozwoju tej technologii, a nawet planowali specjalne kierunków studiów, które miały kształcić blockchainowych specjalistów.

Niedługo po feralnej dymisji gruchnęła wiadomość, że prężnie rozwijający technologię Polski Akcelerator Technologii blockchain pod egidą Instytutu Wiedzy i Innowacji stracił patronat Ministerstwa Cyfryzacji po tym jak ogłosił, że pracuje nad kryptozłotówką (nie oficjalną, ale tyle wystarczyło, żeby wywołać urzędniczą histerię). Ostatecznie oliwy do ognia dolał sam premier Mateusz Morawiecki, który podczas szczytu ekonomicznego w Davos porównał rynek kryptowalut do piramidy finansowej i zapowiedział regulacje. W świecie, w którym kraje takie jak Szwecja czy Estonia z własnej inicjatywy planują  tworzyć kryptowaluty, nerwowe ruchy naszego rządu dziwią.

Środowisko kryptowalutowe na ruchy administracji patrzy z uwagą. Rynek wciąż jest nowy, więc nie do końca wpasowuje się w istniejące przepisy. Można je więc interpretować i na korzyść, i na niekorzyść osób obracających kryptowalutami – ostatnia  interpretacja Ministerstwa Finansów zdecydowanie należała do tych drugich.

Głównym argumentem rządu przeciwko rynkowi kryptowalut jest ryzyko prania brudnych pieniędzy, jakie widzi w świecie krytpowalut. Jednak waluty cyfrowe to tylko 4 proc. wszystkich wypranych na świecie pieniędzy. Warto też dodać, że rejestr blockchainowy zdecydowanej większości krytpowalut umożliwia odtworzenie wszystkich transakcji, więc w wypadku podejrzenia popełnienia przestępstwa dojście do historii transakcji nie powinno stanowić problemu. Gorzej rzecz ma się z anonimowymi walutami typu Monero, w których nie da się przypisać transakcji do jej uczestników. Tym bardziej jednak nie da się nałożyć na taką transakcję podatku. Może jednak nie warto, walcząc z jednym zjawiskiem, ubijać całego rynku?

 
Categories

Tylko dla szybkich i wściekłych. Na te inwestycje lepiej uważać

Na koniec mojej krótkiej serii zostawiłem inwestycje obarczone bardzo wysokim poziomem ryzyka. Niektóre z nich są właściwie gwarancją straty wszystkich pieniędzy, na innych stracisz połowę, w przypadku kolejnych będziesz mówił o szczęściu pod warunkiem, że utrzymasz kapitał. Na rynkach, o których za chwilę, wygrywają nieliczni. Liczyć na to, że będziemy w tej grupie jest oznaką dużego optymizmu i wiary we własne szczęście.

Inwestycje w nieruchomości, do jakich namawiają nas deweloperzy, są jakimś sposobem na zarobek, ale mają za dużo wad. Pomysł jest genialny – wykładamy gotówkę, kupujemy małe mieszkanie i wynajmujemy je. Firm oferujących takie rozwiązanie jest mnóstwo, kuszą potencjalnych klientów zyskami na poziomie 10 proc. rocznie i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, znajdują chętnych. Owszem, w idealnie kulistym świecie byłoby to do zrobienia. Natomiast w rzeczywistości nasz biznesplan inwestycyjny wykłada się w momencie, w którym nie możemy przez pół roku znaleźć chętnego do wynajmu albo musimy po niechlujnym lokatorze przeprowadzić duży remont.

Na dodatek wielu inwestorów zdaje się zapominać, że horyzont czasowy  inwestycji w nieruchomość to jakieś 20-30 lat. To nie lokata w banku, z której pieniądze wyjmiemy od ręki. Mówimy o mieszkaniu, w którym zamrażamy kapitał na bardzo długo. Według badań przeprowadzonych na początku roku 2017 przez brokerów Metrohouse S.A. średni czas oczekiwania na sprzedaż mieszkania to 137 dni. I nie mamy gwarancji, że znajdziemy chętnego na zakup po cenie, która nas satysfakcjonuje.

Na tej inwestycji nie stracimy wkładu, bo nawet jeżeli wynajem nie wypali, zostajemy z mieszkaniem. Natomiast w przypadku skrajnie niekorzystnego splotu okoliczności, możemy być w plecy solidne kilkanaście a nawet kilkadziesiąt procent. Inwestujący w nieruchomości pod wynajem zdają się czasami nie pamiętać, że utrzymanie mieszkania kosztuje a pustostan z jakichś tajemniczych powodów niszczeje szybciej, niż lokal zamieszkały przez lokatorów. Raczej odradzam.

Jest wcale spora grupa drobnych inwestorów, którzy wierzą w to, że to akurat im wyjdzie na giełdzie. Przeczytałem dziesiątki historii polskich graczy, którzy startowali z takim przekonaniem. U każdego jak mantra powtarza się hasło „pierwszy portfel wyzerowałem”. Owszem, możemy wrzucić pieniądze w akcje spółek wchodzących w skład WIG20 i liczyć na to, że nie uderzy kolejny kryzys, ale ponadprzeciętnych zysków raczej się nie spodziewajmy.

Liczenie na to, że akurat nam uda się trafić na giełdzie fuksa, po którym będziemy pławić się w dostatku, jest naiwne. Żeby grać na giełdzie bardziej agresywnie i oczekiwać wyższych zysków, trzeba się znać na rzeczach. Nie do wszystkich to dociera i potem jest płacz, szok i niedowierzanie. Ludzie stosują przeróżne taktyki, niektóre nawet by się nadawały, gdyby tylko dotyczyły szansownych spółek. We wspomnieniach amatorów (tych, którzy zgodzili się opowiedzieć o swoich porażkach) bardzo często przewija się motyw grania na niskie kursy akcji. Ale nie granie na spadek, tylko kupowanie akcji firmy w momencie, w którym ta znajduje się w historycznie najniższym kursie.

Ludzie wierzą, że skoro jest najtaniej i kurs akcji ustabilizował się na tych minimach, teraz musi się odbić. Otóż wcale nie musi, tak samo, jak szesnastokrotne wypadnięcie na rulecie koloru czarnego nie oznacza, że następnym razem już koniecznie musi paść na czerwone. Takie myślenie najlepiej podsumował Dostojewski w „Graczu”: Rozumie się, wszyscy natychmiast porzucają czerwone już po dziesięciu razach, i prawie nikt nie decyduje się na nie stawiać. (…) Doświadczony gracz wie, co znaczy ten „upór przypadku”. Na przykład zdawałoby się, że po szesnastu razach czerwonego, siedemnaste uderzenie wypadnie z pewnością na czarne. Tłumnie rzucają się na to nowicjusze, podwajając i potrajając stawki, i strasznie się zgrywają.”

Przyjmijmy, że jesteśmy nowicjuszami a giełda to taka ruletka, wtedy łatwiej przyjdzie nam zrozumieć, że na fuksa nie ma co liczyć. Zamiast tego trzeba siąść do uczenia się giełdy. Wtedy jest szansa, że po roku zacznie bardziej ona przypominać szachy lub brydża, gdzie liczy się nie tylko przypadek.

Na koniec zostawiłem sobie prawdziwie szatański wynalazek.

Od kilku lat falami uderzają w nas reklamy opcji binarnych, stuprocentowo pewnych i sprawdzonych platform i aplikacji tradingowych albo niebywałych okazji zarobkowych na największej giełdzie świata. Pewnie znacie Krzyśka, kierowcę taksówki, który odkrył cudowny sposób, dzięki któremu zarabia 800 euro dziennie, poświęcając na to godzinę. Pod tymi chwytnymi hasłami kryje się Forex, czyli giełda walutowa. Mógłbym pisać długo i namiętnie o ryzyku związanym zarówno z samą grą na Forexie, jak i z pokusą wykorzystania dźwigni, dzięki której nasze zyski poszybują w kosmos. Zamiast tego zdradzę wam tajemnicę.

Jeżeli nie jesteście doświadczonym zawodnikiem, który Forexowi poświęca cały wolny czas, to jedyną skuteczniejszą metodą stracenia kasy od gry na tej giełdzie, jest wrzucenie pieniędzy do ogniska. Na Forexie wygrywają jedynie rekiny.

O inwestycjach w niepewne biznesy mówiłem i powtórzę to jeszcze raz. Jeżeli ktoś obiecuje wam szybki i wysoki zysk, oznacza to, że albo was oszuka albo oszwabi. Trzeciego wyjścia nie ma. Dlatego ostrzegam po raz kolejny przed napalaniem się na geniuszy rynków, którzy obiecują inwestycje w złoto, platynę, diamenty, odpady (tak, są też tacy) czy dzieła sztuki. Nie liczmy na to, że po pół roku będziemy się wachlować pieniędzmi, zostaną nam co najwyżej bezwartościowe „certyfikaty udziału”.

 
Categories

Zero dni urlopu. Zapracowani milenialsi rezygnują z wypoczynku

To skandal! Amerykańscy milenialsi nie chcą chodzić na urlopy i jeździć na wakacje. Dlaczego tak się dzieje? Co się stało młodym, że już nie chcą wypoczywać? Czyżby młodzież zatraciła life-work balance i nie potrafi już odróżnić czy siedzi w pracy, czy jest akurat w domu? Ba, badacze zdążyli już nawet ukuć termin na opis tych pozbawionych roszczeń i chęci do życia młodych ludzi, określając ich pieszczotliwą nazwą pracowych męczenników (work martyrs). Tak, proszę Państwa, milenialsi zabijają nam wakacje!

W sumie trudno się im dziwić. Na podstawie danych zebranych przez aplikację Happify, jej twórcy stworzyli portret psychologiczny użytkowników. Aplikacja ma za zadanie uczyć ludzi, jak być szczęśliwymi. Żeby to móc robić, zbiera od ludzi określone dane. Dzięki temu możemy na własne oczy przekonać się, jak bardzo kiepsko żyje się amerykańskim milenialsom.

Dane: aplikacja Happify, wykres ze strony Harvard Business Review

Między 20 a 30 rokiem życia gwałtownie rośnie poziom stresu. Maksimum łapie się w przedziale 45-54, co oczywiste (dzieci, hipoteka, rozwody, choroby, praca), ale najszybszy przyrost jest między 25-tym a 34-tym rokiem życia. Ci sami młodzi ludzie mają najwyższy poziom negatywnych myśli i odczuć oraz rozkojarzenia. Jakby tego było mało, są praktycznie niezdolni do odczuwania pozytywnych aspektów życia. Nic dziwnego, że coraz częściej mówi się o kryzysie ćwiartki życia (quarter-life crisis), który dopada ludzi między 20 a 30 rokiem życia i trwa dobrych kilka lat. Wiąże się z wchodzeniem w dorosłość, wynajmem mieszkania, budowaniem związku, nową pracą. Niby jesteś dorosły, ale taki udawany dorosły, bo większość ludzi nie traktuje ciebie poważnie. A potem życie weryfikuje ci plany i staczasz się w depresję.

Dane: aplikacja Happify, wykres ze strony Harvard Business Review

Nie dość, że życie gniecie milenialsów bez litości, to problemem staje się płatna praca. Rynek jest bezlitosny, wiec młodzi muszą udowadniać swoją przydatność i kompetencje bardziej niż reszta. Dołóżmy do tego brak pewności zatrudnienia, brak poczucia bezpieczeństwa, brak perspektyw awansu i mamy obraz sfrustrowanego, zestresowanego pracownika, który na myśl o udaniu się na płatny urlop, dostaje doła.

Problem jest poważny.

W 2016 roku GfK przeprowadziło badanie Amerykanów w wieku 18+, pracujących powyżej 35 godzin tygodniowo i mających płatne urlopy. Wyniki są przygnębiające. Praca 24/7, z której de facto Amerykanie nie wychodzą (zmieniają tylko miejsce, w którym ją wykonują) praktycznie uniemożliwia im znalezienie sobie wolnego czasu i udanie się na urlop. W 2015 roku 55 proc. pracowników miało łącznie 658 milionów niewykorzystanych dni wolnych. To 1,8 mln lat urlopu, można sobie w tym czasie nieźle wypocząć.

Wróćmy do wspomnianych na początku tekstu pracowych męczenników. Jest to dość nowa grupa, która wierzy, że od faktycznej produktywności ważniejsze są wyrobione dupogodziny oraz w to, że praca bez przerwy przyniesie im większy sukces zawodowy. Pozwólcie, że skorzystam z pomocy naukowej. Jesteś męczennikiem pracowym? Tak. To powiedz coś po męczennikowemu. Nikt inny nie będzie potrafił wykonać mojej pracy gdy będę na urlopie, chcę pokazać swoje całkowite oddanie firmie, czuję się winny biorąc urlop, nie chcę, żeby inni myśleli, że jestem łatwy do zastąpienia.

Dotychczasowa amerykańska etyka leży omdlała w kącie.

Prawdziwym bowiem problemem jest to, że narracja męczeństwa zaczyna dominować w firmach za oceanem a jej głównymi apostołami są milenialsi. Argument o pokazaniu całkowitego oddania firmie podnosi 30 proc. z nich, winę czuje 27 proc., tyle samo nie chce być postrzegana jako pracownicy łatwi do zastąpienia. Aż 26 proc. wiąże pójście na urlop z tym, że mogą nie zostać uwzględnieni przy podwyżce albo awansie. Jedyny z grubsza sensowny argument, czyli wrócę po urlopie do pracy i przez tydzień będę się odkopywać z zaległości podnosi 41 proc.

Problem z niewykorzystywanymi urlopami jest w USA nowym zjawiskiem. Przez lata Amerykanie wykorzystywali średnio 20 dni urlopowych, czyli nie tak najgorzej. Od roku 2000 liczba wykorzystanych dni urlopowych stale spada i końca tego spadku nie widać. Znaczy widać – 0 dni urlopowych, ale to jeszcze przed nimi. Milenialsi to pierwsze pokolenie pracowników, która wchodzi na rynek i widzi, że urlop to jakaś ekstrawagancja a nie ich prawo. Dlatego nie biorą sobie wolnego, zabijając tym samym wakacje.

Szkoda tylko, że nie mogę im przypiąć do końca szczerze łatki morderców wypoczynku, bo jednak trend zapoczątkowali ich rodzice. To chyba pierwsza skuteczna kooperacja rodziców i dzieci w historii świata.

A co u nas? Jesteśmy jak zwykle zacofani i nasi milenialsi nie chodzą na urlopy nie dlatego, że nie chcą, tylko dlatego, że są albo na bezpłatnych stażach, albo forma ich umowy płatnego urlopu nie przewiduje. Witamy nad Wisłą.

 
Categories

Teraz od internautów dostaniesz nawet 4 mln zł na biznes

Finansowanie społecznościowe, czyli crowdfunding, przestaje być na polskim rynku metodą na zebranie małej sumy na niewielkie projekty. Od 21 lipca od internetowego tłumu będzie można zebrać w Polsce już nie 100 tys. euro (ok. 429 tys. zł), a 1 mln euro. Planowane jest też dalsze zwiększenie limitu – aż do 5 mln euro. To nowa szansa dla startujących biznesów i nowych platform crowdfundingowych, które już szykują się do wejścia na polski rynek.

Dla osób poszukujących pieniędzy na ruszenie z własnym biznesem crowdfunding stał się realną alternatywą dla kredytów bankowych czy wsparcia inwestorów. To, co w 2009 roku wydawało się ciekawym internetowym eksperymentem, dziś ma status jednej z najważniejszych zmian na globalnym rynku kapitałowym. Polska nowym prawem próbuje dogonić czołówkę świata nowych finansów. Tym bardziej, że zachwiana Brexitem pozycja lidera, jakim na rynku alternatywnych finansów była do tej pory Wielka Brytania, tworzy ciekawą szansę dla Warszawy.

Polska prawie no limits
W Polsce rynek zbiórek społecznościowych rozwija się od 2011 roku i do teraz można było w ramach zbiórek społecznościowych pozyskać maksymalnie 100 tys. euro (ok. 420 tys. zł – taki limit ustanowiło polskie Ministerstwo Finansów, przyjmując najmniejszy z możliwych limitów przewidzianych w unijnej dyrektywie z 2003 roku). W 2017 Unia uchwaliła nowe prawo, więc Polska ma teraz kolejną okazję na nowo ustalić limity zbiórek. I planuje wykonać prawdziwy żabi skok – zwiększa limit aż dziesięciokrotnie.

Co oznacza zwiększenie limitu? Więcej pieniędzy będzie można zebrać na realizację swoich pomysłów od internetowej społeczności w ramach tzw. crowdfundingu udziałowego. Udziałowy to ten, w którym osoba wpłacająca pieniądze dostaje nie tylko drobny upominek czy obietnicę pierwszeństwa w zakupie produktu (to tzw. crowdfunding nagrodowy) – w crowdfundingu udziałowym dostaje ona realne udziały w przyszłym sukcesie projektu. Prawie jak na giełdzie: pieniądze za akcje.

Czym różni się taka akcja crowdfundingowa od emisji akcji na giełdzie? Sam mechanizm jest bardzo podobny, ale do tej pory polskie prawo uznawało, że jeśli pozyskujemy kwoty mniejsze niż 420 tys. zł, to nie podlegamy tak szczegółowemu nadzorowi Komisji Nadzoru Finansowego jak spółki notowane na giełdzie.

–  W tej chwili wejście na platformę crowdfundingową to koszt 8 tys. złotych ze wsparciem z przygotowaniem strony, statutu, zgłoszenia do KNF, promocji wśród inwestorów, potem zamknięcie kampanii z sukcesem to kolejne 4 tys. zł. Do tego dochodzi 6,9 proc. success fee dla platformy.  W crowdfundingu też zawsze trzeba coś włożyć, żeby wyjąć – tłumaczy Bartosz Filip Malinowski, strateg i konsultant w WeTheCrowd, autor książki “Crowdfunding udziałowy dla startupów”.  Ale dla wielu nowych biznesów platformy to i tak o niebo tańsze rozwiązanie niż giełda, gdzie samo przygotowanie głównej dokumentacji – prospektu emisyjnego kosztuje od 50 tys. zł w górę.

Kto zarobi na zmianach?
Na pewno zwiększenie do 4 mln zł limitu kwot, które można pozyskać w sieci sprawi, że oprócz młodych firemek i niszowych projektów gier czy książek, po pieniądze do platform crowdfundingowych zwrócą się firmy, dla których zbiórka stanie się alternatywą na przykład dla kredytu bankowego To, co kilka lat temu wydawało się zabawą internautów, właśnie staje się bardzo ważnym źródłem kapitału dla firm.Taki kapitał ma jeszcze jedną zaletę: buduje wokół firmy od razu zaangażowaną społeczność, która może stać się zarówno gronem klientów, jak i dobrym kanałem promocji produktu.

Na zmianach zarobią oczywiście platformy organizujące zbiórki: dla nich, podniesienie limitów zbiórek z 420 tys. zł do 4 mln zł to obietnica większych zysków z prowizji. Na razie na polskim rynku działa jedna prawdziwa platforma crowdfudingu udziałowego. – Beesfund, która do tej pory zebrała w ramach zbiórek społecznościowych ponad 6 mln zł..  – W ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy platformy crowdfundingowe będą wyrastały jak grzyby po deszczu – prognozuje wzrost konkurencji na rodzimym rynku Bartosz Filip Malinowski.Swoją platformę udziałową szykuje m.in. polskie Wspieram.to, a drogę na polski rynek toruje sobie szwedzki gigant crowdu – FundedByMe.

Życie inwestycyjne Polaków
Na platformie crowdfundingowej inwestorem może zostać każdy. Wystarczy wpłacić kilkadziesiąt złotych. Mimo to, finansowanie społecznościowe w zamian za udziały rozwija się znacznie wolniej niż crowdfunding nieudziałowy. Polacy chętniej wpłacą 50 zł na projekt filmu w zamian za kubek niż za udziały. Rozwija się teraz wiele serwisów tematycznych: na zagramw.to można wesprzeć powstanie gry planszowej; na fans4club.pl kibice zbierają na transfer zawodnika do swojej ulubionej drużyny, a artystom możemy sypnąć groszem na wspieram-kulture.pl.

Rozwój crowdfundingu udziałowego to szansa dla Kowalskiego na ulokowanie pieniędzy w coś, co ma potencjał zysku. Dla wielu z nas to może być początek przygody z rynkiem inwestycyjnym.- Na ile rynek inwestorów prywatnych w Polsce drgnie? Nie ma w Polsce jakiejś specjalnie rozwiniętej kultury inwestycyjnej. Do tej pory firmy były wspierane przez profesjonalnych inwestorów zrzeszonych w sieci crowdfundingowej albo oddaną społeczność spółki, która już istnieje np. browar Inne Beczki czy jakaś cydrownia. Na pewno na polskim rynku crowdfundingu udziałowego przydałaby się dobra historia zwrotu z inwestycji mówi Malinowski.

 

 
Categories

Inwestuj w to, co znasz

Tydzień temu rozmawialiśmy o nieszczęściu, jakie spotkało znane i nieznane osoby, które skuszone obietnicą wysokich zysków, zainwestowały w dzieła sztuki i się na tej inwestycji bardzo przejechały. Uwierzyli, że osiągną bezpieczne zyski, które da się wypracować praktycznie wyłącznie ryzykując kapitałem. Prawie wyłącznie, bo jest bezpieczna metoda na zysk, którą wam sprzedam na końcu.

Zanim uzbrojeni w bon moty i porady Warrena Buffeta, ruszymy na podbój giełd, proponuję coś lżejszego. Fundusze inwestycyjne nie wymagają od nas specjalistycznej wiedzy, a pozwalają wyciągnąć z inwestycji trochę więcej pieniędzy niż z lokat czy oszczędzania na ROR-ze.

Wpiszcie w przeglądarce „tfi”, wyszukajcie jakiś agregat, który grupuje towarzystwa funduszy inwestycyjnych i sobie poklikajcie. Fundusze to instytucje, którym płacimy za to, że wyręczają nas w lokowaniu naszych pieniędzy. TFI muszą posiadać licencję na prowadzenie działalności i są kontrolowane przez KNF. Nie ma więc ryzyka, że zawiną się w nocy z naszym hajsem.

Do nas należy wybór strategii inwestycyjnej. Możemy włożyć nasze pieniądze w fundusze stabilnego wzrostu, które raczej nie dadzą rady pomnożyć bardzo naszych pieniędzy, ale stracimy na nich tylko wtedy, gdy świat dopadnie kolejny kryzys. Możemy wybrać fundusze akcyjne i zdecydować się, jaki poziom agresywności zarządzających funduszem preferujemy. Czy gramy na WIG 20, czy na akcje małych i średnich przedsiębiorstw. Musimy przeanalizować historyczne wyniki funduszu i założyć sobie, jaki poziom straty ewentualnie akceptujemy. Bo, jak pisałem na wstępie, w przypadku takich inwestycji stracić można. Ponadto za przywilej obracania naszymi pieniędzmi, fundusze pobierają opłaty.

Dlatego jeżeli zdecydujemy się na ten sposób inwestowania, nie planujmy szybkiego skoku na kasę. Potraktujmy te pieniądze jako inwestycję długoterminową i myślmy o niej w perspektywie 5-10 lat a nie roku. Owszem, może się zdarzyć, że fundusz wypracuje roczną stopę zwrotu na poziomie 40 proc. i postanowimy szybko skonsumować zyski, ale równie dobrze nasz fundusz może sobie rok po roku śmigać na poziomie 10 proc. Odliczając opłaty, będziemy sobie budować zysk powyżej inflacji i podatku Belki (pisałem o tym w poprzedniej części). Założenie sobie z góry, że wrzucamy pieniądze na 10 lat niesie ze sobą jeszcze jeden plus. Nie drzemy szat za każdym razem, gdy fundusz się nam obsunie i wykaże po kwartale ujemną stopę zwrotu (czyli dla nas stratę). W dłuższej perspektywie nawet -20 proc. może okazać się tylko małym ruchem na wykresie, który nie podnosi nam ciśnienia.

Na koniec mam dla was obiecaną metodę na dość bezpieczne inwestowanie, które może przynieść ponadprzeciętne zyski. Polega na tym, że inwestujecie w to, na czym się znacie. Ale nie mam na myśli wiedzy wyczytanej w kilku notkach w internecie. Mówię tu o rzeczach, które stanowią wasze hobby, którymi się jaracie, macie przeorane we wszystkie strony i wiecie o co w tym chodzi. Najlepiej będzie się nam rozmawiało na przykładzie.

Jeżeli siedzimy w literaturze, jesteśmy w stanie podać przykłady rzeczy wydanych w małych nakładach. Mamy wiedzę dotyczącą różnic między wydaniami, które dyskwalifikują jedno a premiują drugie. Wiemy, że są na świecie ludzie, którzy chcą mieć tylko pierwsze wydanie, bo w następnych autor naniósł po latach poprawki i to już nie to samo.  

25 lat temu Władysław Pasikowski wydał książkę „Ja, Gelerth”. Stała się ona przedmiotem kultu wśród fanów fantastyki. Problem polega na tym, że Pasikowski wstydzi się napisania takiej historii i powieści nie pozwala wznowić. W obrocie jest tylko wydanie pierwsze, przez co książka jest białym krukiem. Na allegro są teraz dwie aukcje, na obu kosztuje 150 zł. Z doświadczenia wiem, że trafiają się ludzie, którzy wezmą ją za takie pieniądze, częściej cena transakcyjna oscyluje w granicach 100 zł. Jak możemy tu zarobić?

Musimy kupić tę książkę taniej. Jest to trudne ale możliwe. Można polować na wyprzedaże całych biblioteczek albo czyszczenie zbiorów bibliotecznych. Łatwo trafić dużo dobrych rzeczy za niewielkie pieniądze. Szukać można w antykwariatach, ale tam raczej wiedzą ile co jest warte.

O okazję łatwiej będzie na targu staroci czy u sprzedawcy naręcznego. Kupiłem kiedyś za piątaka wydany w niewielkim nakładzie debiut znanego autora. Niemalże od ręki mogłem dostać za nią 30 złotych. Jestem raczej kolekcjonerem niż handlarzem, więc to wydanie leży do tej pory u mnie na półce. Aktualnie na allegro licytacja dobija do 50 złotych, mam potencjalnie dziesięciokrotne przebicie.

Oczywiście na pojedynczym egzemplarzu nie zrobimy majątku. Ale pomyślmy, że inwestujemy dwie godziny tygodniowo i co miesiąc trafiamy na 5 pozycji, które możemy sprzedać z kilkusetprocentowym zyskiem. Opłaca się? Wystarczy tylko dobra znajomość tematu i odrobina szczęścia.

 
Categories

Twój czas – zasób nieodnawialny

To ostatnia część mojego małego cyklu o oszczędzaniu i budżecie. Tak dużo rzeczy do omówienia, tak mało miejsca. Ostatecznie postanowiłem rozwinąć wątek z poprzedniego tekstu i dzisiaj napiszę wam trochę o najcenniejszym z posiadanych przez nas zasobów – o czasie.

Czas trwoni się nam najłatwiej ze wszystkiego, bo zazwyczaj nie myślimy ile on tak naprawdę jest wart. Rzadko kto liczy sobie ile kosztuje jego czas, problem ten zazwyczaj pojawia się przy negocjowaniu stawki godzinowej albo zarobków miesięcznych w nowej pracy. A warto znać te cyfry wcześniej. Dzięki nim jesteśmy w stanie szybko ocenić, czy coś nam się opłaci, czy może niekoniecznie.

Dobrej metody wyliczenia wartości naszego czasu nie ma, trzeba sobie to jakoś uśredniać. Nie ma sensu tego liczyć z wzoru: pensja/czas pracy, bo to nieprawda. Tak policzymy sobie wyłącznie stawkę godzinową w pracy.

Przeliczanie wartości każdej godziny w dobie też nie jest idealne, bo przecież śpimy. Jakąś formą najlepszego przybliżenia mogłoby być obliczenie wartości godziny aktywności. Liczymy ile średnio śpimy, odejmujemy ten czas od naszej doby i przeliczamy. Sugeruję w ramach jednego miesiąca zrobić takie ćwiczenie i policzyć jak długo średnio w ciągu doby jesteśmy aktywni. Sam korzystam z takiej metody, bo według mnie najmniej przekłamuje.  

Miejmy też świadomość, że czas ludzi, którzy nie pracują nie jest przecież wart 0 zł. Wszyscy mamy znajomych, którzy wybrali taki a nie inny zawód. Robiąc rzeczy pożyteczne zarabiają relatywnie niewielkie kwoty, jak choćby nauczyciele. Dlatego każdy powinien sam zastanowić się jak wycenić swój czas. Być może dojdziecie do wniosku, że jakiekolwiek wyliczenia są na nic i postanowicie uznaniowo stwierdzić, że wasza godzina kosztuje minimum trzy dyszki. Też dobrze, byleby nie przegiąć. Bo przy uznaniu, że godzina naszego czasu warta jest tysiąc złotych, całe nasze dalsze kalkulacje biorą w łeb.

No dobra, załóżmy że wyliczyliśmy sobie koszt naszej godziny i wynosi on dwie dychy. Do czego możemy tę stawkę wykorzystać?

Przede wszystkim do policzenia tego, czy opłaca nam się robić określone rzeczy. Poniżej przykłady z mojego życia. Walnął mi w lodówce termostat, lodówka mroziła, postanowiłem być prawdziwym mężczyzną. Zamówiłem model pasujący do mojej lodówki i sam go wymieniłem. Lodówka zaczęła mrozić jeszcze bardziej. Stwierdziłem, że pewnie coś uszkodziłem podczas montażu i zamówiłem kolejny. Sam wymieniłem. Sytuacja bez zmian. Wezwałem specjalistę, który uświadomił mi, że czujki z moich termostatów były za krótkie i nie sięgały tam, gdzie powinny. Wymienił na jeden z takich, które przyniósł ze sobą, zainkasował 150 ziko, od tamtej pory lodówka działa.

Oczywistym jest, że mój pęd do wiedzy na temat budowy lodówek i chęć zostania bohaterem domu były bez sensu. Straciłem kilkanaście godzin życia na dwukrotny zakup termostatu, wymianę i poszukiwania odpowiedzi dlaczego lodówka dalej działa wadliwie. Doliczamy też koszt zamrożonego jedzenia. Moja chęć zaoszczędzenia na specjaliście kosztowała lekko licząc czterokrotnie więcej od jego wizyty. Oczekiwana wartość oszczędności nie została osiągnięta, zanotowałem za to dużą stratę. Gdybym od razu wezwał magika od lodówek, zapłaciłbym tylko 150 złotych i nauczył się z pierwszej ręki tego, czego nie znalazłem w internecie. A w czasie, który straciłem na wszystkie czynności związane z reperacją własnoręczną, mogłem napisać trzy teksty, które sprzedałbym za stawkę wystarczającą na pokrycie kosztów wizyty złotej rączki. I jeszcze by mi zostało na dodatkowe atrakcje.

Miałem do pomalowania jedno pomieszczenie. Niestety, pełne załomów, wykuszów i trudno dostępnych miejsc. Gdybym własnoręcznie przygotował pokój do malowania (folia, mycie ścian) i zlecił samo pacykowanie, kosztowałoby mnie to 160 złotych plus farba. Normalnie zapłaciłbym ekipie a sam siedział i pisał. Jednak w perspektywie najbliższych 3 miesięcy czeka mnie malowanie dwóch mieszkań. Opłaciło mi się więc kupić narzędzia i pomalować pokój samodzielnie, nawet jeżeli trwało to kilka godzin. Przyda mi się praktyka, wałki i pędzle posłużą jeszcze dwukrotnie (ich koszt rozłoży się na trzy malowania). Gdybym jednak miał w perspektywie wyłącznie malowanie jednego pokoju, praca samodzielna byłaby kosztowo nieopłacalna.

Ale już na przykład własnoręczna wymiana żarówki w samochodzie jednoznacznie mi się opłaciła. W mojej Corolli trudno się dobrać do reflektora z powodu niefortunnego ułożenia akumulatora. Mimo tego po kwadransie prób udało mi się wygrzebać kostkę, zmienić żarówkę i upchnąć wszystko z powrotem w reflektorze. Zaoszczędziłem czas potrzebny na wizytę w warsztacie i pieniądze, które zapłaciłbym za usługę. Przy okazji nauczyłem się, jak to robić, co będzie procentować za każdym następnym razem. Kwadrans mojego czasu kosztował mniej niż wizyta u speców a wiedza na temat pozostanie.

Napisałem to wszystko po to, żebyście w swoich kalkulacjach uwzględniali coś więcej niż tylko to, ile będzie kosztować was zamówienie specjalisty. Znając koszt waszego czasu i wiedząc ile go poświęcicie na określone czynności, będziecie w stanie sprawnie przeliczyć czy nie opłaci się wam zapłacić za czas kogoś innego.

Ten temat jest absolutnie fascynujący i mógłbym o nim godzinami z przykładami, ale objętość mnie blokuje. Dlatego zachęcam do samodzielnych badań nad rzeczywistymi kosztami naszych codziennych aktywności. Gwarantuję wam, że się zdziwicie.

 
Categories

Inwestowanie for dummies

Kolejni sympatyczni celebryci stracili swoje z trudem uskładane oszczędności. Twarzą tej bolesnej historii stała się Jolanta Fraszyńska, która jako jedyna wystąpiła przed obiektywy i powiedziała o niezbyt fortunnej inwestycji w dzieła sztuki. Znowu okazało się, że w Polsce nie istnieje praktycznie żadna edukacja finansowa i ludzie łapią się po raz kolejny na tę samą sztuczkę.

Galleri New Form ze Szwecji oferowała inwestorom zakup dzieła sztuki. Przy czym z tego, co zrozumiałem, klienci kupowali nie tyle samo dzieło sztuki ile certyfikat na nie. Jolanta Fraszyńska straciła pieniądze, które zbierała na mieszkanie córki. Dlaczego (zdawałoby się) myślący i radzący sobie w wielu aspektach życia człowiek nagle dostaje ataku pomroczności i inwestuje pieniądze w szemrany biznes? Ciągle i ciągle z tego samego powodu.

Oszuści proponują zysk większy niż na rachunku oszczędnościowym czy lokacie, ale nie na tyle wysoki, żeby wzbudzić podejrzenia. Tutaj obiecywali 15-18 proc., niektórym klientom oferowano ponoć 30 proc. Nikt nie zadał sobie pytania skąd będą się brały te zyski. Jeżeli ktoś się spytał, dostawał informację, że po określonym czasie GNF odkupi od nich ich dzieło sztuki. Dlaczego mieliby je odkupić drożej? Nie mam pojęcia. Skąd mieliby wziąć na to pieniądze? Nie wiem. Dlaczego mieliby robić inwestorom prezent, no bo przecież takie odkupienie po cenie wyższej o 20 proc. to nic innego jak prezent? Nie wiem. I wreszcie nikt nie zadał sobie trudu, żeby wejść na stronę https://www.knf.gov.pl/dla_konsumenta/ostrzezenia_publiczne, na której można sprawdzić, czy przypadkiem Komisja Nadzoru Finansowego nie ostrzega przed inwestowaniem w dany biznes. Galleri New Form sąsiaduje tam z takimi firmami, jak Finroyal czy Amber Gold.

Ostateczna kwota przekrętu nie jest znana, mówi się o 300 mln złotych. Sprawa Amber Gold ciągle się toczy, ale niczego nie nauczyła niedzielnych inwestorów. Uwierzyli w wysoki zysk, pewnie bez ryzyka i stracili wszystko. Jak można tego uniknąć? Nie wierzyć w oferty zbyt dobre, by mogły być prawdziwe lub legalne.  

Wysoki zarobek jest oczywiście możliwy, ale to już wyższa szkoła jazdy. Dzisiaj chciałbym napisać kilka zdań o tym, jak można zacząć inwestować bez ryzyka. No dobra, inwestycja to duże słowo, ale od czegoś trzeba zacząć. Na przykład od małych kroków, właściwych wiekowi dziecięcemu. Bo tak się na początku naszej przygody inwestorskiej powinniśmy traktować – jak dzieci, które się uczą.

Inwestowanie w rachunek oszczędnościowy czy nisko oprocentowane lokaty to nie inwestycja – to oszczędzanie, które na dodatek często przynosi nam straty. Już tłumaczę dlaczego. Na stronie http://bdm.stat.gov.pl/ rozwijamy górne menu i wybieramy opcję „Wskaźnik cen”. Patrzymy w ostatnią kolumnę w pierwszym wierszu i dla roku 2017 odczytujemy wynik 102,0. Ponieważ skalą odniesienia do tego pomiaru jest rok poprzedni, oznacza to, że na koniec roku 2017 średnio ceny wzrosły o 2 proc. w stosunku do roku 2016. Co za tym idzie, za to samo 100 złotych możemy teraz kupić odrobinę mniej. Spadła siła nabywcza naszych pieniędzy.

Co to dla nas oznacza w kontekście lokaty bankowej albo oszczędzania na ROR-ze? Ano to, że jeżeli oprocentowanie tych instrumentów finansowych było mniejsze lub równe 2 proc., nasze pieniądze na koniec roku 2017 były warte mniej niż wtedy, gdy je inwestowaliśmy. Straciliśmy, ale przynajmniej nasza lokata była bezpieczna.

Żeby nie tracić, musimy szukać ofert powyżej 2 proc. w skali roku. No, prawie. Musimy pamiętać, że od dochodów kapitałowych płacimy tak zwany podatek Belki, który obecnie wynosi 19 proc. Co oznacza, że jeżeli chcemy przytulić jakiekolwiek zyski, dla aktualnego poziomu inflacji lokata musi być oprocentowana przynajmniej na poziomie 2,5 proc. Do tej wysokości, nasze potencjalne zyski ponad inflację zabierze nam fiskus. Ale przynajmniej wyjmiemy tyle, ile włożyliśmy. Powyżej 2,5 proc. będziemy cieszyć się zyskiem.

Pamiętajmy, że banki lubią oferować nam depozyty kwartalne albo półroczne, ale podają oprocentowanie w skali roku. I atrakcyjne 4 proc. dla lokaty na 3 miesiące nie jest już takie fajne. Warto zwracać uwagę na takie detale i mały druk.

Czyli co? Nie da się sensownie i bezpiecznie inwestować tak, by nie tracić? Jest rozwiązanie i są to obligacje skarbu państwa. Inwestycja pewna, bo gwarantowana przez państwo, jedyna sytuacja, w której nie zobaczymy naszych pieniędzy możliwa jest wyłącznie wtedy, gdy Polska zbankrutuje jako kraj. Ten scenariusz chyba nam na razie nie grozi.

Jeżeli chcemy zainwestować pieniądze na dłuższy okres i nie martwić się o straty, warto przyjrzeć się obligacjom indeksowanym inflacją. Taką formę oferują papiery długoterminowe. W pierwszym rocznym okresie odsetkowym mamy stałe oprocentowanie, w następnych wskaźnik inflacji powiększany jest o określoną marżę, na przykład dla obligacji czteroletnich jest to 1,25 proc. Tak skonstruowana oferta pozwala nam na generowanie stałych, choć niewielkich zysków.

W tej chwili najdłuższy program inwestycji możemy realizować na obligacjach dziesięcioletnich, które mają jeszcze jedną dodatkową zaletę. Jest nią roczna kapitalizacja odsetek. Kapitalizacja oznacza, że nasze zyski nie są nam wypłacane co roku, tylko dopisuje się je do kapitału początkowego. I jedziemy na procencie składanym. Albert Einstein rzekł kiedyś, że procent składany to największe odkrycie wszechczasów w dziedzinie matematyki. Wiedział, co mówi.

Na koniec rozważmy przykład, w którym inwestujemy 100 zł. Ustalmy stały poziom inflacji rocznej 2 proc., marżę 1,5 proc. oraz oprocentowanie w pierwszym roku na poziomie 2,7 proc.

W pierwszym roku pracuje dla nas 100 złotych. W drugim ta stówka plus odsetki naliczone za pierwszy rok i pomniejszone o podatek Belki, czyli 102,2 zł. W trzecim jest to 105,1 zł. W dziesiątym roku na nasze konto pracuje już 127,8 zł. I nasz końcowy zysk będzie naliczony od tej kwoty a nie od startowej stówki. Gdybyśmy wyciągali nasz zysk co roku i przez 10 lat pracowałoby tylko 100 zł, na całej tej operacji zarobilibyśmy o połowę mniej. Policzcie sami.

 
Categories

Tradycyjne banki przegrywają walkę o milenialsów

Finałowa scena filmu „Fight Club” od niemal dwudziestu lat rozgrzewa serca i cieszy wszystkich zadłużonych. Wizja zniszczenia banków, wyzerowania długów i dania ludziom drugiej szansy spodobała się widzom, a film stał się pozycją kultową. W roku 2018 jest wciąż za wcześnie, by puszczać marsz żałobny, jednak katastrofa tradycyjnej bankowości powoli staje się faktem. Do gry weszli bowiem milenialsi, sięgając do szerokiego wachlarza swoich wyrachowanych metod

Gdy dziesięć lat później bankierzy rozpętali kryzys, który wpędził miliony ludzi w nędzę, nastroje się zradykalizowały i podczas protestów na Wall Street mogliśmy dostrzec transparenty z hasłem „jump motherfuckers”. Malowali je młodzi ludzie, którzy nie byli zadowoleni z tego, co finansjera zrobiła z Ameryką i światem. Bankierzy powinni zadrżeć, ale tego nie zrobili. Nie mieli świadomości, że ich branża będzie kolejną, którą zabiją milenialsi.

Może się to wydawać nieprawdopodobne, ale jeszcze 15-20 lat temu bankier to był zawód zaufania publicznego. Szedłem do siedziby banku i powierzałem kolesiowi po drugiej stronie stołu moje pieniądze, wierząc że mnie nie oszuka. I on mnie nie oszukiwał, nie wciskał stu fantastycznych produktów inwestycyjnych albo ryzykownych kredytów. Wszystko zmieniło się w roku 2007, gdy pracownicy banków zamienili się w naganiaczy kredytowych i brokerów narzędzi finansowych, których sami nie rozumieli. Po roku 2009 branża bankowa nie ma już czego u milenialsów szukać.

Oczywiście kontaktu z bankami całkowicie uniknąć się nie da, ale młodzi minimalizują go, jak tylko jest to możliwe. Według badań przeprowadzonych w 2015 roku przez Business Insider, aż 38 proc. amerykańskich milenialsów nie odwiedza oddziału banku a 26 proc robi to rzadziej niż raz w miesiącu. Ledwie 38 proc młodych idzie do banku w celu innym niż wypłata z bankomatu. Połączmy to z faktem, że aktualnie milenialsi to najliczniejsza grupa demograficzna i jednocześnie największa grupa wśród ogółu zatrudnionych. Co mamy? Ano prosty patent na katastrofę bankowości w takiej formie, w jakiej znaliśmy ją przez dekady.

Jak wspomniałem w jednym z poprzednich tekstów, obecne pokolenie młodych Amerykanów jest obciążone największym długiem studenckim w historii. Co oznacza, że większość tradycyjnych produktów oferowanych przez banki ich nie interesuje. Ktoś, kto ma 25 tysięcy dolarów długu na starcie, nie dostanie przecież kredytu hipotecznego. Karta kredytowa, dzięki której będzie mógł zadłużyć się jeszcze bardziej też nie jest mu niezbędna do życia. Pożyczka na samochód? Może najpierw niech ktoś mu zaproponuje sensowny program wyjścia z długu. Niekoniecznie związany z koniecznością założenia konta bankowego i łupienia opłatami na kolejnych etapach refinansowania zadłużenia i jego spłaty.

Młodzi ludzie nie potrzebują bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiem. Bardziej interesuje ich przyjazna bankowość, w której przelewy robi się jednym kliknięciem w komórce albo zbliżając dwa telefony do siebie. Płatność kartą? Po co, skoro możemy to zrobić komórką. Wypłata z bankomatu? Komórka. Inwestycje? Dostęp do naszego portfela akcji przez całą dobę dzięki komórce. Założenie lokaty? Zaznaczenie czterech pól (dane osobowe uzupełniają się automatycznie) i naciśnięcie „Wyślij” w komórce. Refinansowanie pożyczki studenckiej? Na pewno jest do tego jakaś apka.

Milenialsi chcą mieć swój hajs zawsze pod ręką.

Co oferują im tradycyjne banki? Przelew – przeklikaj się przez pięć ekranów a potem wpisz kod ze zdrapki albo tokena. Bankomat? Użyj karty i pamiętaj kolejny PIN. Inwestycje? Proszę wydrukować i wypełnić te wnioski. Pożyczka? A to już w ogóle grubsza sprawa i bez wizyty u konsultanta się nie obejdzie. Trzeba też będzie mieć zaświadczenie z księgowości o dochodach. Młodzi nie mają czasu na takie głupoty, kiedy wszystko inne mogą załatwić kilkoma kliknięciami w ekran smartfona.

Do tego te przeklęte startupy, które brużdżą bankom. W swojej pełnej ciepła i zwięzłości, liczącej 38 stron odezwie do udziałowców, prezes JPMorgan Chase Jamie Dimon powiedział „Krzemowa Dolina nadchodzi”. Setki startupów, tysiące mózgów i miliony monet pracują nad rozwiązaniami alternatywnymi dla tradycyjnej bankowości. Największy lęk wzbudza działka, w której banki operują najaktywniej – pożyczki. Klient może w ciągu kwadransa dostać pożyczkę, której udzielenie zajęłoby bankowi tydzień. Akapit o startupach fintechowych prezes kończy ślicznym zdaniem: And we also are completely comfortable with partnering where it makes sense. Słuchajcie, tak właśnie brzmiał XX wiek. Albo XIX.

W USA walkę o milenialsów tradycyjne banki przegrywają sromotnie. A co słychać u nas? Według danych z badania TGI prowadzonego przez firmę MillwardBrown, aż 3,5 mln osób z grupy wiekowej 15-35 lat nie ma konta bankowego. Tak się w Polsce definiuje wykluczenie finansowe. Przyczyny są częściowo zbadane, częściowo możemy je zgadywać. Młodzież nie chce powierzać bankom pieniędzy, bo im nie ufa. Leży u nas edukacja finansowa.

Według badania „Życie finansowe młodych Polaków”, aż 2/3 badanych nie wie co to jest RRSO a jednocześnie tylko 20 proc ocenia swoją wiedzę jako niedostateczną i ma świadomość braków. Rodzice są zarówno głównymi doradcami finansowymi, jak i źródłem pomocy w razie kłopotów finansowych. Młodzi trzymają się tradycyjnych wzorców postępowania, popełniając błędy poprzednich pokoleń. A w razie kompletnej padaki, zawsze zostaje chwilówka.

W Polsce nie była potrzebna żadna rewolucja, młodzi odwrócili się od banków sami z siebie. Te próbują kusić, oferując pieniądze za założenie konta, ale tak to można zachęcać jedynie łowców okazji a nie łowić lojalnych klientów. I tak to milenialsi powoli zabijają kolejną branżę. Aż strach głośniej odetchnąć.

 
Categories

Personalne tokeny, czyli jak zmonetyzować… samego siebie

Bentyncoin, Wapniakcoin oraz BKcoin to cyfrowe monety wyemitowane w 2017 r. przez znanych polskich youtuberów: Szczepana Bentyna, Maćka Wapińskiego oraz Patryka Suligę. Brzmi trochę, jak żart, ale wcale nim nie jest. Za zebrane w ICO pieniądze panowie rozwijają swoje produkcje wideo, dostarczając nabywcom tokenów lepszej jakości usługi i jednocześnie scalając swoją społeczność. Czy to początek kolejnej rewolucji w kryptowalutowym środowisku?

Satoshi Nakamoto, twórca bitcoina, chyba nie zdawał sobie sprawy, jakiego technologicznego przełomu dokona jego wynalazek i jak wiele nowych możliwości udostępni usieciowionemu społeczeństwu. Rozwój kryptowalut, adaptacja technologii blockchain do wielu tradycyjnych segmentów gospodarki, emisja cyfrowych nośników wartości (ICO), czy chociażby ewolucja smart kontraktów. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze możliwość stokenizowania własnej osoby. Jest to dosyć młoda idea, która zakłada, że tak jak dziś „wartość” ludzi na rynku ocenia się przez pryzmat uwagi odbiorców, jaką są w stanie na siebie skierować (liczba polubień, udostępnień postów, wyświetleń, subskrypcji, komentarzy), tak w niedalekiej przyszłości będzie to oceniane przez pryzmat wartości ich własnych tokenów. Dzięki coraz łatwiejszemu dostępowi do ICO, każdy z nas może wyemitować swoją personalną monetę, wprowadzić ją na giełdę i codziennie sprawdzać, jak wyceniany jest przez rynek. Na pierwszy rzut oka wygląda to, jak smutna, kapitalistyczna wizja, w której każdy człowiek może być dosłownie zmonetyzowany. Jak się jednak głębiej wgryźć w temat, to idea wydaje się całkiem atrakcyjna i sensowna.

Tokenizacja w praktyce
Wyobraź sobie, że prowadzisz kanał na YouTubie, na przykład prezentujący podcasty dotyczące nauki programowania w kilku bazowych językach (C++, HTML). Używasz do tego budżetowej kamerki, mikrofonu i programu do tworzenia animacji. Okazuje się jednak, że masz dydaktyczny dryg, z miesiąca na miesiąc przybywa ci subów, a twoja skrzyka mailowa pęka w szwach od maili typu: “Kiedy pojawi się odcinek o Linuxie?”. Twój kanał skupił wokół się siebie całkiem pokaźną społeczność, a twoi odbiorcy domagają się nowych, lepszych materiałów. Chcesz im tego dostarczyć, ale najzwyczajniej nie masz czasu. Kanał nie jest twoim źródłem utrzymania, tylko dodatkowym hobby, sposobem, by podzielić się z innymi swoją wiedzą. Pieniądze z reklam są marne, a nie chcesz szukać prywatnych sponsorów, gdyż istnieje ryzyko, że zechcą oni ingerować w treść podcastów, a ty przestaniesz być wiarygodnym, niezależnym twórcą. Wątpię byś finansownie uzyskał z funduszy unijnych, od anioła biznesu, albo jakiegoś banku. Zwłaszcza, że istnieje tu spore ryzyko, że inwestycja prędko się nie zwróci, a być może nawet nigdy. Ponadto nie jest w twoim interesie dołączenie do grona zadłużonych. Kanał prowadzisz przecież z pasji i chęci realizowania idei powszechnego dostępu do wiedzy.

W takiej sytuacji emisja personalnych tokenów wydaje się idealnym rozwiązaniem. Z pomocą platformy do przeprowadzania ICO postanawiasz wyemitować 21 mln własnych coinów, z ceną emisyjną 1 gr za token. O emisji informujesz oczywiście swoich odbiorców na kanale, sugerując, że mogą oni bezpośrednio wziąć udział w rozbudowie twojego projektu i dostarczeniu im tego, czego oczekują. Wystarczy, że założą aplikację z portfelem dla różnych kryptowalut (takich multiwalletów jest coraz więcej) i zakupią twoje tokeny podczas emisji. Nikt nie musi tu wykładać dużych kwot. Załóżmy, że masz 200 tys. subskrybentów i połowa z nich wyda na twoje tokeny symboliczną złotówkę (każdy kupi po 100 tokenów). To daje 100 tys. zł dofinansowania, które z pewnością wystarczy, by zatrudnić specjalistę od animacji i nabyć szybszy komputer, i zadbać o udźwiękowienie. Aby uatrakcyjnić emisję, tokeny mogą mieć też opcje konwertowania na inne wartościowe rzeczy związane z twoim projektem (np. wymiana na produkty, które kiedyś wprowadzisz, jak książka, film pełnometrażowy, pierwszeństwo w dostępie do nowych treści, spotkanie face to face, udział w zyskach z reklam, etc.). Ponadto pamiętajmy, że token stanowi, jakkolwiek to brzmi, swego rodzaju udział w twojej osobie. Jest to o tyle istotne, że między twórcami (w tym przypadku youtubowymi), a odbiorcami istnieje specyficzna, sieciowa więź i owym odbiorcom może zależeć na zacieśnianiu tej relacji, czy chociażby odwzajemnianiu się za dostarczanie wartościowej wiedzy.

Po zakończeniu ICO i sprzedaniu 10 mln tokenów, część pozostałych możesz wprowadzić na giełdę, na której twoimi coinami, będzie można obracać jak akcjami na tradycyjnej giełdzie papierów wartościowych. Nie ma takich platform wiele (jeszcze). Przykładowo – tokeny wspomnianych na początku youtuberów notowane sa na coinbe.net. Lwią część pozostałych tokenów zachowujesz dla siebie w kilku celach. Po pierwsze –  możesz je trzymać, licząc na to, że ich giełdowa wycena będzie rosnąć wraz z rozwojem twoich projektów, a ty będziesz mógł je upłynniać czerpiąc gotówkę na dalszy rozwój. Po drugie – tokeny mogą działać jak program lojalnościowy – możesz co jakiś czas rozdawać je w ramach różnych akcji, np. token za suba, token za udostępnienie filmu, etc. Możliwości jest wiele. Wszystko będzie miało jednak sens tylko wtedy, gdy twoja społeczność będzie ci ufać i wierzyć w rozwój twojej działalności. Wówczas w ich interesie jest posiadanie takich tokenów, szerowanie twoich treści i w dłuższej perspektywie zarabianie na ich giełdowej wycenie lub korzystanie z opcji konwersji na inne produkty. Ty zatem musisz dbać o jakość materiałów i regularną aktywnosć na kanale. Można więc powiedzieć, że dzięki personalnej tokenizacji zwiększasz lojalność swoich odbiorców, jednocześnie zobowiązując się wobec nich, że będziesz rozwijał swoją twórczość. Wypadkową tych dwóch czynników może być zwiększanie zasięgu twojego kanału.

Coiny youtuberów
Trudno powiedzieć, czy personalne tokeny mają przed sobą świetlaną przyszłość. Jest to młoda idea, ściśle związana ze środowiskiem kryptowalut, z którym to regulatorzy cały czas mają nie lada zagwozdkę. Dotychczasowe, presonalne ICO pokazały jednak, że potencjał tego rozwiązania jest niemały. Szczepan Bentyn, youtuber nazywający siebie kryptowalutowym ewangelistą, wyemitował 21 mln Bentyncoinów. 3,5 mln rozdał znajomym, a 0,5 mln wprowadził do giełdowego obrotu (na giełdzie Ether Delta). O wejściu na giełdę poinformował na swoim kanale i w 2,5 godziny nabywców znalazło 300 tys. jego coinów. – Po sprzedaży tokenów otrzymałem od ludzi kilkadziesiąt tysięcy złotych i w pierwszym momencie się przeraziłem. Było to dla mnie niespodziewane i nie wiedziałem czego ludzie w zamian oczekują. Czułem, że zaciągnąłem dług, który chcę jak najszybciej spłacić. I tak stałem się uczestnikiem własnego rynku, gdzie kupuję i sprzedaję własne tokeny – tak opisywał swoje pierwsze wrażenia Bentyn. Za pozyskane pieniądze zakupił sprzęt i wynajął operatora i montażystę. Co ciekawe, jego tokeny sprzedawane były na początku za kilka groszy, a w szczytowym momencie osiągnęły wycenę 1,9 zł za sztukę. Bańka w końcu pękła, ale nie zraziło to ponoć jego społeczności. Bentyn uważa, że spoglądając na giełdową wycenę swoich tokenów dostaje realny wyznacznik swojej rynkowej wartości i jest to dla niego o wiele lepszy wskaźnik i motywator, niż lajki na Facebooku.

Okazuje się jednak, że nie trzeba siedzieć w kryptowalutowym środowisku, by znaleźć nabywców swoich tokenów. Świadczą o tym przykłady Maćka Wapińskiego, prowadzącego kanał “Wapniak”  oraz Patryka Suligi prowadzącego kanał “Bez kanału”. Pierwszy zebrał w ICO 110 tys. zł, a drugi w dwa dni sprzedał tokeny za ponad 50 tys. zł. – Jeśli wierzysz we mnie (Patryka), że rozwinę projekt o nazwie “Bez kanału” to masz szansę dać mi kredyt zaufania w ramach którego będę chciał zwiększyć wartość Bez kanału i BKcoina – deklaruje pod swoim filmem Suliga. Jak widać wielu subskrybentów takiego kredytu z chęcią udziela. Nie są to zawrotne kwoty, ale nie oszukujmy się – chodzi przecież o dofinansowanie indywidualnej działalności twórczej, a nie wielkiego giełdowego konsorcjum. Wydaje mi się, że do youtuberów personalna tokenizacja, jako alternatywa dla crowdfundingu, pasuje jak ulał. Zwłaszcza, że nie chodzi o sfinansowanie jednego projektu, ale pomoc w rozwoju długoterminowego planu działalności.

Wyobrażam sobie, że personalne tokeny nie będą domeną tylko twórców youtube’a. W czasach, gdy sieć daje możliwość każdej pojedynczej osobie rozwoju swojego bloga, strony, czy muzycznego profilu, tokenizacja może być istnym motorem napędowym indywidualnej twórczości i przedsiębiorczości. Myślę, że niejeden fan byłby w stanie wyłożyć kilka złotych na wsparcie swojego ulubionego esportowca, licząc na jego sukcesy i wzrost popularności. Niejeden czytelnik bloga chciałby wspomóc swojego ulubionego komentatora, licząc na wzrost jego zasięgu. Niejeden meloman chciałby dofinansować ulubionego dj’a, który wrzuca swoje kawałki na soundcloud i chciałby wydać album i puszczać sety w berlińskich klubach. Takich przykładów można mnożyć.

Zawsze jest jakieś, ale…
Tydzień temu pisałem tutaj, że wyemitowano już mnóstwo bezwartościowych monet zwanych shitcoinami. I od razu nasuwa się skojarzenie, że personalne tokeny tylko zasilą szeregi takiego chłamu. Jest to możliwe, zwłaszcza jak prawdziwą intencją emitenta będzie tylko wzbogacenie się. Podkreślam jednak, że tokenizacja pasuje do twórców, którzy już mają pewną pozycję w sieci, mierzoną liczbą stałych odbiorców. Trudno mi sobie wyobrazić, by ryzykowali oni swoją reputację i lojalność owych odbiorców tylko dla kilkudziesięciu złotych. Z drugiej strony nikomu nieznany twórca nie będzie miał szans na tego typu dofinansowanie, a zbudowanie sobie społeczności wymaga czasu i wysiłku. W tym kontekście wydaje mi się, że o wiele łatwiej jest tutaj oddzielić ziarno od plew i trudniej o wpadnięcie w sidła oszustów.

Wątpliwości, jak to zwykle przy pieniądzach bywa, może budzić też kwestia giełdowych notowań i związane z nimi ryzyko spekulacji. Po pierwsze, jak to w przypadku Bentycoina było, może dojść do nadmuchania spekulacyjnej bańki, która pęknie, a ci co kupowali na górce będą pod kreską. Niestety taka jest natura rynków. Chciwość nierzadko pcha wyceny do poziomów zupełnie oderwanych od fundamnetów i trzeba się z tym liczyć. Wydaje mi się, że personalne tokeny to nie inwestycja na krótki termin, ale raczej na ultradługi. Liczymy na długofalowy rozwój jakiegoś twórcy, więc ewentualnych profitów z trzymania tokenów również należy spodziewać się w bardziej odległej perspektywie. Po drugie, istnieje ryzyko braku płynności. Sam Bentyn podkreślał, że rynek jego monet był bardzo płytki, a więc nie było tam na tyle dużo ofert kupna i sprzedaży, by swobodnie obracać tokenami. To normalne, przy tak niszowych emisjach (choć i na GPW codziennie średnio o 10 do 20 proc. akcji nie znajduje żadnego nabywcy, ani zbywcy). Dlatego też fajnie by było, gdyby tokeny miał dodatkową funkcję konwersji na inne dobra. Personalna tokenizacja jest młodą ideą i będzie zapewne ewoluować. Przyszłość pokaże, w którym kierunku to podąży. Nie będę jednak zaskoczony, jeśli wielu znanych w sieci twórców będzie posiadać swoją własną, cyfrową monetę.