Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI. Temat: Podaż

Fot. Unsplash

W dwóch poprzednich odcinkach rozmawialiśmy o popycie. Mówienie o popycie bez wspomnienia o podaży to jakbyśmy mówili o parówkach i nie wspomnieli o musztardzie. To jak jajko bez majonezu, samochód bez kierownicy czy rower bez łańcucha. Jak się już pewnie domyśliliście, te pojęcia są ze sobą nierozerwalnie związane. Nie ma mowy o podaży bez popytu i na odwrót.

 

Dlatego dzisiaj opowiem o podaży, połączę ją z popytem, uzyskamy dzięki temu w miarę pełny obraz a przy okazji nauczymy się ekonomicznej łaciny.

Najkrócej mówiąc podaż to ilość jakiegoś dobra lub usługi, które producent chce wyprodukować po określonej cenie. Wzrost ceny prawie zawsze spowoduje wzrost ilości podaży towaru, bo producenci będą chcieli go zaoferować możliwie jak najwięcej. Spadek ceny spowoduje ruch w przeciwną stronę – ilość podaży spadnie, popyt wzrośnie.

Wyjaśnijmy sobie przy okazji delikatny niuans znaczeniowy, bo wszyscy krzyczą ‘podaż to, podaż tamto’ a mało kto mówi ‘podaż to jedno a ilość podaży to drugie’. Jeżeli chcecie być bardzo dokładni, rozróżniajcie te pojęcia. W języku ekonomistów podaż to związek między cenami a ilościami dóbr dostarczanych przy tych cenach. Będzie to krzywa podaży. Ilość podaży określa ile towaru zaproponują sprzedawcy za konkretną cenę. Będzie to punkt na krzywej podaży. Oczywiście w mediach się upraszcza i wszystko jest podażą – i ta krzywa, i punkty na niej, a czasami nawet obok niej, bo dziennikarze nie muszą się znać na wszystkim.

Wiedząc to wszystko, z łatwością możemy sformułować bardzo ważne prawo ekonomiczne, czyli prawo podaży. Brzmi ono tak: wyższa cena prowadzi do wyższej ilości podaży, niższa zaś do niższej ilości podaży.

Połączmy teraz popyt z podażą. Przy cenie 5 ziko za kajzerkę ilość podaży będzie wysoka a poziom popytu niski, najprawdopodobniej zerowy. Dlatego nikt nie próbuje sprzedawać kajzerki po piątaku. Z kolei przy cenie 5 groszy za sztukę, ilość podaży będzie niska (bo to jednak sprzedaż ze stratą) a poziom popytu bardzo wysoki (kajzerka za pięć groszy to okazja, której nie można przegapić).

Z drugiej strony nikt nie wyprodukuje kajzerki za pięć groszy, bo mu się to nie opłaci. Popyt przebiłby zaś sufit.
Jest jednak taki poziom ceny za kajzerkę, w której kupujący i sprzedający się spotykają i następuje przecięcie krzywych podaży i popytu. To chyba najbardziej znany wykres ekonomiczny świata.

Wszystko działa pięknie przy jednym założeniu. I będzie obiecana łacina. Mówi się, że popyt i podaż zależą od ceny, ceteris paribus.

Ceteris paribus dosłownie oznacza „inne takie samo”. W języku polskim przyjmuje się zwykle określenie „przy pozostałych warunkach równych/niezmiennych”. Jeżeli nie założymy sobie niezmienności czynników innych niż cena, nasze dywagacje dotyczące poziomów popytu i podaży mogą okazać się nieprawdą.

Na poziom podaży poza ceną wpływa na przykład postęp techniczny, koszty pracy, podatki, akcyza, ceny surowców, warunki naturalne sprzyjające produkcji i wiele innych. Jeżeli zechcemy uwzględnić je wszystkie, możemy zapomnieć o prostym modelu.

Powyższe rozważania podsumuję tak: producent chce sprzedać drogo, nabywca kupić tanio, czasami wolny rynek pozwala im na to, żeby się ze sobą spotkali i obaj dokonali transakcji na zadowalających obie strony warunkach.

 
Categories

Złote zęby dla zuchwałych

Fot. Unsplash

Gdy gwiazdy amerykańskiego showbizzu od Beyonce po Miley Cyrus zaczęły nosić na zębach złote grille, myśleliśmy, że to mrugnięcie okiem w stronę hip hopowej sceny. Głos ghetta wydobywał się przecież zza rzędów dwudziestokaratowych siekaczy. Historia złotych zębów sięga jednak znacznie dalej niż moda Brooklynu i niesie ze sobą o wiele głębsze znaczenia niż ostentacyjny symbol statusu. Jest w niej też trochę smutny sowiecki rozdział.

 

Odnalezione na dnie zatopionych jaskiń Meksyku czaszki starożytnych Majów szczerzyły się do odkrywców pozostałościami złotych zębów. Eksperci twierdzą, że żyjący trzy tysiące lat temu ludzie nie byli w kwestii obnoszenia się z hajsem lepsi od nas: uśmiech z drogocennego kruszcu miał mówić innym, że jesteś zwycięzcą.

Jednak oprócz walorów estetycznych i trudnego do przeoczenia błysku przypominającego blask monet, złoto było wykorzystywane ze względów praktycznych: jest po prostu bardzo wytrzymałe i… tanie. Mało kto wie, że jest jednym z najtańszych materiałów do wypełniania ubytków. Zanim więc zostało symbolem statusu, było po prostu pragmatycznym wyborem sprzed ery porcelanowych wypełniaczy. Jak awansowało do rangi symbolu? Sęk w tym, że niegdyś fanaberią bogatych było w ogóle zajmowanie się stanem swojego uzębienia.

W latach 80-tych amerykańscy raperzy uczynili złote grille i zęby symbolem bogactwa i władzy. Lśniące grille trafiły do mainstreamu, gdy w 1996 roku wietnamski imigrant Johnny Dang (znany również jako The King of Bling oraz The Grill Master) otworzył w Stanach swoje jubilerskie imperium, w którym można było dostać wszelkie rodzaje nakładek – od złotych serc po diamentowe chmurki. Zanim jednak drogocenne zęby awansowały do rangi symbolu, były widywane na ulicach Bronxu i Brooklynu wśród tych, których ledwie było stać na dentystę

 

Złoto ludzi Wschodu
Nieco inną drogę przeszły złote zęby (bo Sowieci nie uznawali nakładek w postaci grillów, tylko szli na całość) w krajach Bloku Wschodniego, w którym stan uzębienia wołał zawsze o pomstę do nieba.

Tutaj złote zęby były po prostu alternatywą do ich braku. Jeśli były symbolem luksusu, to jednak dość smutnego, naznaczonego piętnem komunistycznej bylejakości.

Dlaczego mieliśmy tak straszne uśmiechy, skoro służba zdrowia – w tym wizyty u dentysty – były darmowe? Problem polegał na tym, że o ile nie brakowało dentystów i złota, to były ostre problemy ze znieczuleniem. Ludzie unikali więc wizyt w gabinetach jak diabła i najczęściej trafiali do nich wtedy, gdy zęby same nie chciały wypadać i już nic poza wyrwaniem nie wchodziło w grę. A gdy zębów nie było, można było wstawić nowe, oczywiście – złote. Zanim więc na Wschodzie złote zęby uzyskały status symbolu bogactwa, świadczyły raczej o odwadze właściciela, który wybrał się do dentysty.

Dziurawe zęby też fajne?
I chociaż złoto od setek lat kojarzy się z wartością, to jednak nie tylko ono zbudowało mit złotych zębów jako manifestacji statusu. Zdaje się, że jako ludzie mamy trochę bzika na punkcie samych zębów.

Weźmy choćby amerykański ideał sukcesu: trudno go sobie wyobrazić bez rzędów równych, śnieżnobiałych zębów. W Stanach na punkcie wyglądu uzębienia mają niemal obsesję, a bielszy od bieli hollywodzki uśmiech stał się obowiązującym standardem. Biedni Brytyjczycy, którym natura zębów nie sprezentowała najlepszych, gdy marzą o karierze za oceanem jak Kate Backinsale czy Simon Cowell, muszą wstawiać idealne implanty.

Ale wygląd zębów to nie tylko fiksacja Amerykanów: Wikingowie uważali, że najokazalej prezentuje się uzębienie z wyżłobionymi poprzecznymi kreskami, zamożni Majowie robili w zębach dziury, które wypełniali (wcale nie ze względów medycznych) zielonym nefrytem, a na Filipinach zakładali na nie takie złote grille, że nie można było w nich mówić.

Dziś najgorętszy trend to diamenty (za jedną dziesięciokaratową nakładkę zapłacimy ponad 100 dolarów). Można też zażyczyć sobie wyrycie w porcelanowym zębie wizerunku psa, dzieci lub znajomych, a pewien mieszkaniec Soczi wydał dwa tysiące dolarów za porcelanowe koronki z wizerunkami Władimira Putina i Donalda Trumpa.

To szaleństwo jakoś nie chce się skończyć.

 
Categories

Randkowe pole minowe. Kolacja dla dwojga wypada z menu milenialsów

To się normalnie żyć odechciewa. Milenialsi idą przez świat, nie oglądają się na nic i na nikogo a przy okazji niszczą wszystko, co kochamy. Po ubiegłotygodniowym zamachu na wszystko, co dla Amerykanów najważniejsze, dzisiaj przyszedł czas na bezwzględny mord na randkowych obiadach! Co za upadek obyczajów.

 

W czasach mchu i paproci, randkowanie odbywało się nieco inaczej niż dzisiaj. Nie było szybkiego internetu i portali kojarzących ludzi, ludzi trzeba było poznawać na żywo, wymieniać się numerami telefonów, nierzadko stacjonarnych po to, by na końcu wylądować w restauracji na posiłku a potem w kinie. Albo na odwrót.

Dzisiaj sprawy mają się zgoła inaczej. Randkowanie internetowe stało się tak popularne, że chyba tylko w dalekich regionach, gdzie nadal mają internet z modemów, randkuje się w starym stylu. Milenialsi klikają w Tindera, OkCupid czy swojską Sympatię i nie potrzebują wzmożonych spotkań przy świecach. Szkoda im czasu i pieniędzy na siedzenie z kimś, kogo ledwo znają, a wspólne jedzenie posiłku z kimś takim wydaje się im wyrafinowaną formą tortury. Nic dziwnego – według badań przeprowadzonych przez NPD Group aż 57 proc. posiłków Amerykanie spożywają samotnie. Zmienia się również postrzeganie osób jedzących w pojedynkę – kiedyś takie postępowanie stygmatyzowało, dzisiaj jest czymś normalnym. Nic dziwnego, że milenialsi nie mają ciśnienia na umawianie się na randkowe kolacje.

Są inne powody odrzucania tej formy pierwszego spotkania. Na przykład taki, że wspólne wieczerzanie jest przestarzałe. Ten element szarmanckości u mężczyzny nie jest aż tak istotny dla młodych kobiet. A już płacenie przez faceta za posiłek jest niemalże zaproszeniem do łóżka.

Albo wyobraźcie sobie sytuację, w której siedzicie przy pełnodaniowym posiłku z kimś, do kogo nie tylko nie czujecie mięty, ale wręcz was odrzuca. Przy przystawkach pada pierwszy żarcik rodem z męskiej szatni. Podczas jedzenia rosołu warzywnego (nigdy nie zamawiajcie zup z kluskami na pierwszej randce) facet tak energicznie wciąga makaron, że ochlapuje sobie pół twarzy, a kluski zostają mu w brodzie. Gdy na stół wjeżdża befsztyk, okazuje się, że typ miał w dupie to, co do niego pisałaś i nie zorientował się, że od dwunastego roku życia jesteś weganką. Wiesz, że nic z tego nie będzie, ale tkwisz w tym koszmarze, twoja złość i niepokój rosną i jest ci głupio, bo facet wygląda na takiego, który zapłaci. A potem będzie oczekiwał rewanżu. Horror.

Oczywiście, zawsze zostaje opcja upicia się na smutno, bo wtedy wszystkie głupoty wygadywane przez drugą stronę łatwiej znieść, ale w końcu nikt nie chce kończyć dramatycznie nieudanej randki śniadaniem.

Dla większości ludzi jedzenie jest czynnością w jakimś stopniu intymną. Oczywiście nie mówimy tu o wspólnych posiłkach w gronie współpracowników w kantynie zakładowej. Ale jak już siadamy z kimś twarzą w twarz nad talerzem, trzeba bardzo dużego wyczucia co zamówić. Kobieta może nie czuć się komfortowo babrając się w żeberkach. Homar, jakkolwiek luksusowy by nie był, to też brudna robota. Jedzenie ostryg jest seksowne wyłącznie w filmach. W skrócie – wspólny posiłek na pierwszej randce to pole minowe, po którym poruszasz się bez wykrywacza.

No i na koniec najważniejsze. Jedzenie w restauracjach jest drogie. Tinder daje nam przecież możliwość umówienia jednej randki dziennie. Jeżeli jesteśmy zręczni logistycznie, w weekend możemy się ustawić nawet na dwa-trzy spotkania. Wyobraźmy sobie, że w poszukiwaniu drugiej połówki, każdego dnia wyskakujemy z 60-100 złotych, bo tyle trzeba liczyć na dwójkę z napojami. Już po tygodniu nasz budżet miesięczny trzeszczy, po miesiącu musimy brać chwilówkę a po kwartale na kwadrat wjeżdża nam komornik. Takie wydatki dla milenialsów są nie do dźwignięcia.

Dlatego lepiej umówić się w barze na drinka albo kawę. Człowiek nie zbankrutuje a jak sytuacja rozwinie się pomyślnie, zawsze można wyskoczyć coś przekąsić.

Co w Polsce? Ano tym razem nie mamy się czego wstydzić. Nasi milenialsi idą w ślady swoich amerykańskich kolegów i chętniej decydują się na randki nad kawą albo drinkiem, restauracje zostawiając starym ludziom. A i ewentualne odrzucenie mniej boli, gdy zainwestowaliśmy w taki wypad 20 ziko.

 
Categories

Komunia grzechu warta. Podliczyliśmy wydatki na taką uroczystość

Pierwsza Komunia Święta. Doniosłe i ważne wydarzenie w życiu każdej osoby wierzącej. Dziś bardziej przypomina targowisko  próżności i okazję do pokazania się rodzicom i chrzestnym. Również dzieci są bardziej zainteresowane nie przyjęciem opłatka, a tym co dostaną w prezencie. Biznes komunijny kwitnie na całego. Jak odczuje to nasza kieszeń?

 

Najpierw z pieniędzy wyskakują rodzice. Garnitur albo sukienka to minimum 200 złotych, buty, wianek dla dziewczynki, alba, różaniec, książeczka i świeca też kosztują. W sumie na dzień dobry trzeba wyłożyć 500-1000 złotych tylko po to, żeby dziecko jakoś wyglądało. Jedna parafia powie „nie kupujcie dzieciom wymyślnych kreacji”, inna powie „nie wnikamy”. Rodzice oczywiście zrobią po swojemu, bo nie będzie mi mówił wikary jak mam żyć, i jak ubierać swoją pociechę. Dlatego tysiąc łatwo może rozmnożyć się do dwóch, trzech a nawet pięciu. Kreacja szyta na zamówienie kosztuje tyle, ile suknia ślubna.

Potem zapraszamy gości. Jeżeli rodzice mają siłę stać przy kuchni i przez dwa dni tłuc schabowe, i mieszać sałatkę jarzynową, można zamknąć się w tysiącu na jedzenie, i kolejnym tysiącu na prezent dla dziecka. Jeżeli rodzicom nie chce się siekać jarzyn, zapraszają gości do restauracji. Oczywiście rezerwację trzeba zrobić z odpowiednim wyprzedzeniem, bo w weekendy okołokomunijne lokale mają stuprocentowe obłożenie. Koszt jednej osoby to przeciętnie stówka, w przypadku bardziej ekskluzywnych restauracji może sięgać i pół tysiąca, wszystko zależy od zamożności i fantazji rodziców. Oczywiście możliwe jest domówienie fontanny czekoladowej, łabędzia lodowego czy nawet znanego z wesel kącika ze swojskim jedzeniem. To kolejne 500-1000 złotych wydane na frykasy, które zadowolą i dzieci, i podpitych wujków.

Gościom wysyła się czasami zaproszenia, ale to doprawdy grosze w ogólnym rozrachunku. Ładne druczki i wysyłkę możemy sobie załatwić już za stówkę. Oczywiście mówimy tu o kameralnym przyjęciu dla najbliższej rodziny i przyjaciół, powiedzmy 20 osób. Dla hurtowników, którzy zapraszają po stu gości, zaproszenia będą dużo droższe.

Rok temu prasę obiegły fotki dziewczynki, którą rodzice dostarczyli pod kościół z fantazją – białą karetą. Taka przyjemność zaczyna się średnio od 1,5-2 tysięcy złotych. Niektórzy rzutcy przedsiębiorcy oferują nawet karety w kolorze czarnym. Myślę że takie szybkie, sezonowe przebranżowienie z pogrzebów na komunie, jak najlepiej świadczy o przytomności krajowych biznesmenów.

Jeżeli dziecko nie przepada za śmiesznym zapachem końskiej grzywy, można je podrzucić pod bramę kościoła limuzyną. Szczególnie popularne są długie, eleganckie białe bryki typu Hummer Lincoln Navigator, które czasami widujemy w sobotnie wieczory, wiozące pijaną młodzież z imprezy na imprezę. W nocy partybus, w dzień elegancki samochód podstawiający dziecko na komunię. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że firmy wynajmujące mają skuteczne środki czyszczące. Koszt w granicach 400-600 złotych za godzinę. Jeżeli chcemy usługę kompleksową czyli kościół-restauracja-dom, możemy liczyć się z wydatkiem rzędu 2-3 tysięcy. A jak jeszcze zechcemy takimi limuzynami podrzucić i odwieźć gości, to chyba taniej będzie sobie jedną kupić.

No i na koniec najważniejszy element całej tej zabawy, czyli goście przynoszący najlepsze prezenty na świecie.

Serwis ceneo.pl przeprowadził badanie, z którego wynika, że w tym roku Polacy planują wydać na prezent komunijny 500 złotych. Rodzice i chrzestni przeznaczą nawet do 1000 złotych. Prawie co drugi prezent zostanie kupiony w internecie.

Nie do końca zatraciliśmy rozum, 1/3 badanych stwierdziła, że wystarczy prezent do dwustu złotych, czyli w cenie talerza w restauracji (przeciętny koszt jednego gościa). Ankietowani wybrali też najpopularniejsze prezenty. Na prowadzeniu rowery i gotówka, ale z roku na rok coraz mocniej przebija się elektronika. Co ciekawe trudno zabić stare przyzwyczajenia komunijne i aż 30 proc. badanych jako najlepszy prezent wybrało zegarki. Przy czym rodzice chętniej kupują smarwatche.

Jedna czwarta badanych jeszcze mocniej wróciła do korzeni i planuje kupić deskorolkę albo hulajnogę. W tym roku mogą stać się hitem, bo wróciły do łask. Oczywiście w wersji z napędem elektrycznym, bo po co dziecko ma się pocić.

Biznes komunijny, według bardzo ostrożnych wyliczeń, jest wart ok. 3 mld złotych, które wydajemy na dewocjonalia, stroje, dodatki, ozdoby, wynajęcie restauracji, prezenty i pieniądze w kopertach. Bardzo mi się podoba, jak skutecznie zamieniliśmy duchowe przeżycie w festiwal konsumpcji. Tak trzymać!

 
Categories

7 najgorszych inwestycji świata. Bańki, chore wizje i głupota snobów

Kto bogatemu zabroni? Nikt. Jeśli rozliczyliście właśnie PIT i macie lekki niesmak, że jednak trzeba będzie dopłacić, sprawdźcie znacznie gorsze inwestycje.

 

Inwestycje w pierwsze waluty cyfrowe

Timing jest najważniejszy – powtarzają doświadczeni inwestorzy. Zdecydowanie z zegarkiem rozjechali się inwestorzy, którzy w 1999 roku, w którym pękała bańka pierwszych biznesów internetowych, wieszczyli sukces waluty cyfrowej flooz.com. Nie pomógł nawet fakt, że można było nią płacić w Starbucksie. Inwestorzy VC wtopili w projeky ok. 50 milionów dolarów. Część kasy poszła na bardzo złą kampanię banerową z Whoopi Goldberg. A potem nadszedł Bitcoin. 

Tulipanowa ściema
Skoro już jesteśmy przy bańkach – nie gorsza od dot-comów była nadmuchana wartość tulipanów. “Tulipo mania” osiągnęła apogeum (dzięki intensywnej pracy spekulantów)  w 1630 roku, gdy Holendrzy snobowali się na zakup bulw za ponad tysiąc dolarów.

Prostokąty w oleju
Niemal 44 mln dolarów wydał kolekcjoner na obraz nowojorskiego artysty Barnetta Newmana. Nie mnie oceniać, ale jedno wiem na pewno: są to dwa niebieskie prostokąty.


FIFA 2022 w Katarze: najsmutniejsze święto piłki
200 miliardów dolarów wyda Katar na święto piłki nożnej w 2022- dyscypliny, z którą niewiele ma wspólnego. Kasy mają jak lodu, więc nie ma może co żałować. Czeka nas niesamowite widowisko. Przerażające są jednak jego kulisy: media alarmują, że warunki pracy robotników budujących infrastrukturę przypominają obozy pracy, w których umierają tysiące emigrantów pracujących przy budowie stadionów i obiektów hotelowych. Skalę inwestycji oddaje też fakt, że gdyby kasę wydaną na imprezę dostali mieszkańcy Kataru, każdy z nich miałby w kieszeni 720 tys. dolarów więcej.

Maszt w Duszanbe
W stolicy Tadżykistanu władze postawiły wart ponad 10 mln dolarów maszt flagowy. Sęk w tym, że w Duszanbe prawie nie wieje. Flaga na drogocennym maszcie przypomina zwiędłą kotarę. Nastrojów patriotycznych nie wzbudza, ale frustrację mieszkańców – niezmiennie.

Turkmeńskie Las Vegas
Zazwyczaj inwestycje od czapy są ideą fix ekstrawaganckich polityków. W głowie jednego z nich zrodził się pomysł na świątynię kiczu w Awaza, która ma się stać superatrakcją Turkmenistanu. Realizuje go konsekwentnie od 2012 roku, ku oburzeniu krajan i zdziwieniu świata. Nad Morzem Kaspijskim wyrósł prawdziwy marmurowo-neonowy gargamel resortów: trochę Dubaj, trochę Las Vegas, w porywach aspirujący do Monte Carlo. Już dziś jest największym centrum konferencyjnym świata. Może pomysł na kolejną firmową imprezkę, hm?

Yaba, daba, doo!
Zachcianki to podobno potrzeby szlachty. Jedną z nich postanowili spełnić przyjaciele malezyjskiego sułtana, którzy ufundowali mu replikę pojazdu Freda Flinestone’a z “Jaskiniowców”, jego ulubionej bajki. Trochę szkoda, że pojazd ma silnk i nie będzie napędzany siłą sułtańskich nóg.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI Fuck logic, czyli dlaczego kupujemy coś co jest drogie i niepotrzebne

W ubiegłym tygodniu powiedziałem kilka słów o popycie i czynnikach, które wpływają na jego poziom. Okazuje się jednak, że czasami popyt zachowuje się w sposób nieobliczalny, zdający się przeczyć zasadom logiki. Ekonomiści na wszystko znaleźli wytłumaczenie.

Zaczniemy od elastyczności popytu i żeby za bardzo nie mieszać pozostaniemy przy elastyczności cenowej. Wyobraźmy sobie, że odłożyliśmy pieniądze na nową komórkę. Niestety, w dniu premiery producent ogłosił, że w związku z wielkim zainteresowaniem ich nowym sprzętem, robi skok na kasę i podnosi cenę o 42 proc. Są możliwe dwa scenariusze.

Tak drastyczna podwyżka ceny powoduje, że dużo osób rezygnuje z zakupu telefonu i idzie do konkurencji. Wzrost ceny spowodował spadek popytu. O takim zachowaniu mówimy „popyt elastyczny”.  Czyli taki, w którym zmiana ceny powoduje zmianę poziomu popytu.

Może się również zdarzyć tak, że bardzo chcemy mieć nową komórkę. Podobnie jak miliony podobnych nam fanów produktu. Nie zważając na zwiększoną cenę, kupujemy telefon. Pomimo wzrostu ceny, popyt utrzymał się na takim samym poziomie, albo nawet wzrósł. O takim popycie mówimy, że jest nieelastyczny albo sztywny. Zmiana ceny nie wpłynęła na jego poziom.

Gdy znamy już podstawowe zachowania popytu, możemy przyjrzeć się pewnym paradoksom, zdającym się przeczyć logice. Wszystko w nich tłumaczy natura ludzka.

Bardzo lubię paradoks Veblena. Dotyczy dóbr luksusowych i klasy próżniaczej. Czasami bowiem okazuje się, że zwiększenie ceny na dany towar powoduje nie spadek a wzrost popytu na niego. Ale wyłącznie wśród najzamożniejszych grup społecznych. Taka konsumpcja na pokaz, w myśl zasady „stać mnie”. Jedyną przyczyną takiego zachowania jest chęć pokazania swojego statusu społecznego. Jak się nietrudno domyślić paradoks Veblena dotyczy dóbr bardzo drogich i może obejmować dzieła sztuki, biżuterię czy rzadkie samochody.

Na przeciwnym biegunie leży efekt Giffena. Ekonomiści do tej pory dyskutują, czy występuje on faktycznie w przypadku całych grup społecznych, my przyjmiemy sobie wygodne założenie, że na pewno dotyczy naszych indywidualnych wyborów. Dotyczy on dóbr podstawowych i konsumentów o niskich dochodach. Wzrost cen takich dóbr powoduje wzrost popytu. Giffen wniosek sformułował obserwując rynek po podwyżce cen chleba. Najbiedniejsi ludzie zwiększyli liczbę kupowanych bochenków, najprawdopodobniej bojąc się kolejnych podwyżek. No i trudno znaleźć podobny cenowo substytut chleba, który nieprzypadkowo jest naszym podstawowym pożywieniem.

Harvey Leibenstein opisał kolejne dwa dziwne zachowania, nazywając je odpowiednio efektem snoba i owczego pędu.

Efekt snoba obserwujemy gdy część grupy nabywców nie kupuje towaru, nawet jeżeli jego cena znacznie spada. Robią to nie dlatego, że znaleźli jeszcze tańszy substytut. Główną przesłanką jest tutaj chęć odcięcia się od plebsu. Tacy (nie)kupujący dążą do uzyskania statusu lepszego klienta i dlatego podejmują decyzje wbrew większości. Jak się nietrudno domyślić efekt snoba dotyczy produktów powszechnych, szeroko dostępnych i stosunkowo tanich.

Z kolei efekt owczego pędu mamy wtedy, gdy część konsumentów jest gotowa kupować produkt nawet po znacznie zawyżonych (z ich punktu widzenia) cenach tylko dlatego, że kupują go inni. Efekt dotyczy przede wszystkim szerokiej grupy towarów związanych z obowiązującą modą. Najlepszym przykładem jest tutaj Iphone. Dla części kupujących jest on zdecydowanie poza ich zdolnościami majątkowymi. Ale kupują go, chcąc uzyskać określony prestiż w grupie rówieśniczej.

W tym tygodniu to wszystko, kończymy z popytem i będziemy oglądać inne zjawiska.

 
Categories

Amerykański koszmar. Milenialsi nie chcą własnego „m” (ani mieszkania, ani małżonka)

Jeżeli miałbym zdefiniować elementy składające się na „american dream”, byłoby to małżeństwo, dwójka dzieci, dobra praca, samochód i dom z ogrodem na przedmieściach. Plus oczywiście powrót do wieku niewinności, który Amerykanie utracili w wyniku wojny wietnamskiej, ale to się nie uda. Milenialsi dokonują brutalnego zamachu na wszystkie filary i godzą w podstawy amerykańskiego stylu życia. Wstyd!

W czwartym kwartale roku 2017 własne mieszkanie/dom posiadało 64,2 proc. Amerykanów. Jednocześnie wśród ludzi poniżej 35 r.ż. ten odsetek wyniósł zaledwie 36 proc. Dla odmiany wśród seniorów mających powyżej 65 lat jest to aż 79 proc.

Podaję te wszystkie nudne liczby, żeby łatwiej było zrozumieć co się dzieje. Starzy Amerykanie mają domy. Młodzi Amerykanie nie. Co robią młodzi? Kolejną rewolucję. Część z nich oczywiście wynajmuje własny kąt i odsetek wolnych lokali pod wynajem jest bardzo silnie skorelowany z odsetkiem ludzi posiadających domy. Ale jednocześnie dzieje się rzecz dziwna i wcześniej w takiej skali niespotykana – młodzi zaczęli wracać do gniazda. Niektórzy nawet go nie opuszczają.

Obecnie aż 32 proc. ludzi w wieku 18-34 żyje w domu rodzinnym. Ostatni raz podobna rzecz zdarzyła się w 1940 roku, gdy USA było w przededniu wojny. Jednocześnie odsetek osób żyjących ze współmałżonkiem lub partnerem jest najniższy w historii i wynosi 32 proc. Sytuacja jak we Włoszech lub Hiszpanii.

Milenialsi nie są przeciwni ani kupowaniu domów, ani instytucji małżeństwa. Na drodze do tych celów staje im jednak codzienność i brak pieniędzy. Miejsca pracy obsadzili ludzie z pokolenia 35+ wśród których bezrobocie wynosi około 3 proc., podczas gdy w grupie 25-34 lata jest to 4,2 proc.

Prawdziwa bomba kryje się w niepozornym wskaźniku, nazwanym underemployment. W USA oznacza on pracę, która nie wymaga ukończonych studiów, czyli taką w której ponad połowa osób nie ma przynajmniej licencjatu. Otóż taką pracę wykonuje w Stanach Zjednoczonych 43 proc. świeżo upieczonych absolwentów wyższych uczelni.

Wisienką na tym torcie jest rekordowy poziom zobowiązań wynikających z kredytów studenckich, o czym kilkukrotnie w innych tekstach wspominałem. Młodzi ludzie wchodzą w życie zadłużeni, idą do niskopłatnej pracy, z której nie utrzymaliby się, gdyby nie wrócili do rodzinnego domu. Ameryka to rzeczywiście kraj wielkich możliwości.

Milenialsi mają oczywiście ambicje kupienia własnego domu, bo kto chciałby mieszkać w wieku 30 lat z rodzicami? Niestety, banki nie mają ofert dostosowanych do ich McPracy. Nawet gdyby miały, młodzi ludzie nie mają oszczędności wymaganych jako wkład własny przy zakupie mieszkania. Ostatnim gwoździem do trumny są rosnące ceny nieruchomości. Na przykład w 20 największych metropoliach Ameryki osiągnęły poziom niewiele niższy od tego sprzed kryzysu.

Ach, byłbym zapomniał. Jednocześnie w kosmos wystrzeliły ceny najmu, bo tak działa wolny rynek.

Nie ma pracy, nie ma pieniędzy. Nie ma pieniędzy, nie ma kredytu. Nie ma kredytu, nie ma mieszkania. Nie ma mieszkania, nie ma małżonka. Z amerykańskiego snu nie zostało nic, wszystkiemu winni milenialsi.

A co u nas?

Badania zlecają różne instytucje, wyniki nieco się różnią, ale nie aż tak, żeby nie dało stworzyć się syntetycznego portretu milenialsów. Ponad połowa mieszka nadal z rodzicami. Ponad 40 proc. rodziców przyznaje się do udzielania dorosłym dzieciom pomocy finansowej. Robota słaba, własny kąt drogi, bank nie da kredytu a wynajem to wyrzucanie pieniędzy w błoto. A zatem wprowadźmy się do rodziców!

I efekt jest taki, że w samodzielnym mieszkaniu żyje 35 proc. ludzi do 35 roku życia. Związki małżeńskie zawieramy w okolicach trzydziestki, o pięć lat później niż w latach 90-tych. Tym razem udało nam się Amerykę nie tylko dogonić, ale nawet trochę przegonić. Brawo my!

 

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI. Temat: Popyt

Mam wrażenie, że głównym powodem leżącej u nas edukacji ekonomicznej i finansowej jest to, że specjaliści używają do jej objaśniania skomplikowanych definicji, a populiści sięgają po chwytne hasełka typu „podatki to kradzież” albo „krzywa Laffera tłumaczy wszystko”. Brakuje natomiast narracji środka i języka, który w prosty, ale nie prostacki sposób tłumaczyłby pojęcia i procesy. Dam przykład.

Nominalna definicja popytu brzmi porywająco. Jest to bowiem funkcyjna zależność między ceną produktu a jego ilością, którą skłonni są zakupić nabywcy. Na tę skłonność składa się chęć, którą determinują nasze preferencje, oraz ekonomiczna możliwość, będąca pochodną naszej siły nabywczej. Zwróćmy uwagę na to, że popyt to funkcja. Natomiast wielkość popytu to konkretna ilość dobra, jaką konsumenci chcą kupić przy danej cenie. Na razie wszystko jest jasne, zrozumiałe i ogólnie tip top, prawda?

Popyt na dany produkt w ujęciu mikroekonomicznym jest funkcją ceny tego produktu i jest wyznaczany przy założeniu danych determinant…

Oszczędzę wam reszty tych wspaniałości. Jak pewnie zauważyliście, nawet w podejściu do tak prostego klocka ekonomii jakim jest popyt, króluje podejście akademickie. Pojęcie należy objaśnić w sposób maksymalnie uczony, żeby ktoś nie pomyślał, że trywializujemy. Efektem takiego działania jest to, że wszyscy zainteresowani poszerzeniem swojej wiedzy, odbijają się od ściany mądrych słów, składających się w dość bełkotliwą całość. Umówmy się – normalni ludzie tak nie mówią. Dlatego postanowiłem zostać głosem normalnych ludzi i przetłumaczyć to wszystko z mądrego na polski.

Zacznijmy od tego, że mówiąc o popycie, zazwyczaj używamy skrótu myślowego. O co chodzi? Zazwyczaj przez popyt rozumiemy ilość towaru, jaką chcemy kupić przy określonej cenie. Ta definicja nie określa popytu tylko wielkość popytu. Jeżeli ktoś zechce błysnąć w towarzystwie, może zapamiętać, że popyt to funkcja a wielkość popytu to ilość towaru. I wystarczy.

Zazwyczaj słyszymy, że popyt zależy od ceny. Co jest oczywiście prawdą, bo nie damy w sklepie 15 ziko za butelkę piwa koncernowego. Pamiętajmy jednak o innych czynnikach, które omówię poniżej.

Świetna okazja, uncja złota po 3000 złotych! Jest to oczywiście kapitalna okazja, ale wyłącznie dla ludzi, którzy dużo zarabiają. Popyt na złoto w grupie o niskich dochodach nie zmieni się, bogaci rzucą się na taką okazję jak wilki i popyt wzrośnie. Czyli pierwszą determinantą popytu poza ceną, są dochody nabywcy.

Świetna okazja, pióro Parkera za 200 złotych! No fajnie, ale za piątkę mogę kupić długopis BIC, który będzie mi służył dopóty, dopóki ktoś mi go nie podprowadzi. Popyt na pióra Parkera wzrośnie wyłącznie wśród ludzi, którzy chcą wydać 200 ziko na pióro Parkera, zamiast piątaka na BICa. Cena subsytutu to kolejny czynnik wpływający na popyt.

Świetna okazja, samochód osobowy za 5000 złotych! Biere za gotówkę, szykuj pan umowę. Problem jest jednak taki, że paliwo, które pozwoli przejechać nim 100 km, kosztuje 200 złotych. Kupujecie taki samochód? Paliwo to dobro komplementarne dla samochodu. Inaczej – uzupełniające. Jak nie zalejemy baku, to samochód będziemy pchać albo trzymać przed domem i się nim chwalić. Cena towarów uzupełniających jest następnym czynnikiem kształtującym popyt.

Świetna okazja, dobra kurtka zimowa za 200 złotych! Bo ja wiem? Na logikę, kurtki zimowe mogą jeszcze potanieć i nie ma się co napinać, kupię sobie w lipcu. Tutaj już zaczyna się lekkie wróżenie z fusów, bo nasze przewidywania dotyczące poziomu cen w przyszłości mogą być nietrafne, ale i tak są kolejnym ważnym czynnikiem wpływającym na popyt.

Świetna okazja, płaszcze przeciwdeszczowe dobrej jakości za 50 złotych! W Polsce odbyłaby się o nie walka, na pustyni Atacama moglibyśmy je przecenić do złotówki, a i tak pewnie nie byłoby chętnych. Czynniki geograficzne są bardzo ważne.

Świetna okazja, nowy Mitsubishi Pajero za 30 tys. złotych! W Polsce odbyłaby się o nie walka. Świetna okazja, nowy Mitsubishi Pajero za 100 tys. peso! W Meksyku nikt nie kupi samochodu o takiej nazwie, bo Pajero znaczy po hiszpańsku onanista. Czynniki społeczne i preferencje konsumentów to następny czynnik wpływający na popyt.

Świetna okazja, metr kwadratowy nowego mieszkania za 4000 złotych! W Warszawie odbyłaby się o nie pewnie walka, w strefie objętej wojną albo w Somalii taka oferta zostałaby odebrana jako kiepski żart. Dlatego w analizach dotyczących popytu musimy zawsze uwzględniać sytuację polityczną i gospodarczą.

Zostały mi jeszcze czynniki demograficzne, ale wymyśliłem wyłącznie tani depilator dla mężczyzn. Dlatego raczej obejdzie się bez przykładu.

Mam nadzieję, że dzięki brawurowym przykładom, zagadnienia dotyczące popytu stały się odrobinę bardziej zrozumiałe. W następnym odcinku opowiem o elastyczności i o sytuacjach, w których popyt zachowuje się, jak pijany nastolatek na domówce.

 
Categories

Wielcy mistrzowie vs. sztuka młodych. Czy stać nas na inwestowanie w sztukę?

Rynek sztuki ma się podobno coraz lepiej. Sprzedaż dzieł w Polsce w zeszłym roku wzrosła o 28%, padły też dwa rekordy. Pierwszym był obraz „Zabicie Wapowskiego w czasie koronacji Henryka Walezego” (3,7 mln zł), kolejnym, pastel „Macierzyństwo” (4,3 mln zł). Świetnie mają się obrazy wielkich mistrzów. A co ze sztuką  młodych? Czy warto w nią inwestować?

Według raportu dóbr luksusowych za zeszły rok, 27% bogatych Polaków inwestuje w sztukę. Bogaty Polak jest jednak dość konserwatywny, bo 84% z tych inwestycji to obrazy, 4% rzeźba, grafika i rysunek, a 2% to fotografia i ceramika. Najchętniej kupuje sztukę dawną, polskiego pochodzenia i sprawdzonego nazwiska. Dlaczego? Bo to pewna inwestycja. Malczewskiego ani Matejki już raczej nie przybędzie, chyba, że ktoś odnajdzie go w zapomnianej piwnicy lub odzyska dzieło utracone w czasie wojny. Niezależnie od tego, ich wartość wciąż będzie rosła.

Coraz mocniej stoi też sztuka współczesna. W zeszłym roku w pierwszej dziesiątce transakcji aukcyjnych znalazły się dzieła Magdaleny Abakanowicz i Wojciecha Fangora. Warto przypomnieć, że sztukę współczesną datujemy od końca II Wojny Światowej, a wymienione prace to obrazy i rzeźby pochodzące z lat 50 i 70., więc trudno mówić o odważnych decyzjach inwestycyjnych.  

W zeszłym roku padł jeszcze jeden ważny rekord – aż 105 aukcji młodej sztuki. Używając określenia „młodej sztuki”, mówimy o dziełach studentów lub absolwentów szkół artystycznych bez dużego dorobku i „nazwiska”. Oprócz tradycyjnych technik częstymi środkami wyrazu młodych jest fotografia, grafika, wideo i performance. Dużą wartością ich sztuki jest zdolność do komentowania świata przy pomocy najbardziej aktualnych i naturalnych dla nas nośników. Jest więc duża szansa, że ją zrozumiemy. Jeśli nie należymy do bogaczy, warto wspomnieć o jeszcze jednej ogromnej zalecie – przystępnych cenach. Prace młodych artystów możemy kupić od kilkudziesięciu złotych do kilkudziesięciu tysięcy i to w miejscach innych niż tradycyjne domy aukcyjne.

Na rynku znajdziemy coraz więcej oddolnych akcji, takich jak Targowisko Sztuki, które od dziesięciu lat działa w Arkadach Kubickiego. Jak mówi jego organizatorka i artystka Dorota Godhlewska, „plusem i zarazem minusem miejsc takich jak Targowisko sztuki jest brak galerii. Nikt nie powie nam, czy to co chcemy kupić jest dobre, więc wybrać trzeba samemu. Ale galeria to też minimum stuprocentowy narzut. Omijając ją, więcej zarabia artysta, więcej też zostaje w kieszeni klienta”.

Czym więc kierować się wybierając sztukę młodych? Nawet jeśli o kupnie dzieła myślimy wyłącznie w kategoriach inwestycji, najlepiej kierować się intuicją i wybierać to, co nam się podoba. Dobrze jest też mieć też wiedzę na temat rynku sztuki, śledzić konkursy, galerie i wystawy, które się liczą. Wiedzieć w którą stronę idzie obecnie sztuka i jakie są trendy. Dobrym przykładem może tu być plakat, który w ostatnich latach staje się coraz bardziej modny. Dzięki temu od razu umiemy ocenić czy ktoś ma warsztat, czy ma swój określony styl i świeże spojrzenie” – wyjaśnia Godhlewska.

Jeśli mamy wyczucie, jest duża szansa, że artysta, którego prace kupiliśmy za niewielkie pieniądze, zyska uznanie, a ceny jego prac pójdą w górę. “Mam taki obraz, który kupiłam kiedyś na allegro, a teraz ta artystka stała się rozpoznawalna i jego wartość wzrosła. To duża satysfakcja” – wspomina organizatorka Targowiska Sztuki. Taki sposób inwestowania w sztukę jest coraz bardziej popularny wśród młodych, którzy się bogacą. Zakup dzieła często towarzyszy urządzaniu mieszkania, któremu chcą nadać indywidualny charakter.


Na tym tle sztuka wideo i performance wypada raczej blado. Zdaniem Godhlewskiej, tego typu nośniki to bardziej budowanie historii twórcy niż rynku. Sprzedają się rzeczy namacalne i tradycyjne. W przypadku wideo, bardzo ciężko jest zatrzymać oryginał dzieła. Kiedyś podobnie myślano o grafice, której nie uznawano sztukę, właśnie przez to, że można ją było powielać. W takich dziełach treścią jest wykonana praca. Sam nośnik nie ma żadnej wartości. A skoro go nie widać, trudno jest poczuć, że się go ma”.  

Choć trudno liczyć na zmianę w myśleniu o kolekcjonowaniu, coraz łatwiej jest znaleźć alternatywne miejsca i sposoby sprzedaży sztuki. Dorota Godhlewska przyznaje, że dla niektórych Targowisko jest jedynie miejscem rozdawania wizytówek i początku rozmowy o dziele, którego finalizacja dzieje się już w Internecie. Ludzie nie boją się kupić przedmiotu, który jest dobrze sfotografowany i opisany.  Duży potencjał w przeniesieniu transakcji do sieci to po raz kolejny szansa na ominięcie dużych narzutów galerii.

Ciekawym przykładem inwestycji w sztukę o niskim poziomie ryzyka może być internetowa galeria Maecenas”. Głównym celem nowej platformy jest stworzenie internetowego rynku, na którym miłośnicy sztuki mogą kupić udziały w słynnych obrazach. Wszystko odbywa się za pośrednictwem zdecentralizowanej platformy opartej na systemie blockchain. Taki sposób myślenia o sprzedaży dzieł po raz kolejny otwiera drogę dla małych inwestorów, którzy do tej pory byli wykluczeni z wielkiego rynku sztuki.

Rynek sztuki staje się więc coraz bardziej otwarty. Na młodych artystów, nowe formy sprzedaży i przede wszystkim – na nas.

 

 

 
Categories

Na rynku kryptowalut jazda bez trzymanki. Ministerstwo straszy i uspokaja

W ciągu ostatniego tygodnia obracający kryptowalutami Polacy zmieniali się z dnia na dzień z krezusów w bankrutów. Wszystko za sprawą kolejnych komunikatów Ministerstwa Finansów dotyczących sposobu opodatkowania przychodów z kryptowalut. Blady strach padł na tych, którzy mieli na koncie dużo transakcji: nowy podatek w najlepszym wypadku oznaczałby dla nich kres marzeń o lamborghini.

Giełda kryptowalut Bitmarket24 ogłosiła w tym tygodniu, że została kupiona przez spółkę w Londynie. Kryptowalutowy biznes ucieka z kraju. Nic dziwnego, kolejne kroki naszego rządu pokazują, że Polska nie rozumie i boi się rynku kryptowalut. To, co Ministerstwo Finansów zaproponowało ostatnio jako interpretację przepisów podatkowych w kontekście obrotu kryptowalutami sprawiło, że wielu bitcoiniarzom życie stanęło przed oczami.

– Odnoszę wrażenie, że polski rząd porywa się z motyką na słońce, a jedynymi, którzy na tym stracą będziemy my wszyscy, Polacy. Polska to “porodówka” świetnych programistów. Nie ulega wątpliwości, że technologia blockchain [na której opiera się obrót kryptowalutami – przyp.red.] to kolejna z rewolucji, którą ze spokojem można porównywać do tej przemysłowej lub do tej, którą dał nam internet. Postępowanie rządu RP to patrzenie krótkofalowe. Zacznijmy od tego, że Polska mogłaby być, biorąc pod uwagę nasz potencjał intelektualny, zagłębiem blockchaina porównywalnym z szwajcarskim Zug, co mogłoby w efekcie ściągnąć do Polski kapitał międzynarodowych korporacji, takich jak chociażby Microsoft, IBM czy Facebook – mówi Tomasz Limiszewski, który zbiera podpisy pod petycją do polskiego rządu na stopregulacjom.pl.

Nie bez przyczyny technologie rozwijają się tam, gdzie władze jak najmniej ingerują w innowacyjne obszary. Żeby eksperymentować i rozwijać nowoczesne technologie, trzeba mieć pole do eksperymentów. To dlatego Londyn stał się centrum nowoczesnej bankowości ze swoim liberalnym podejściem do technologicznych i biznesowych nowinek. Dalczego to ważne w kontekście kryptowalut? To właśnie ten obszar jest kuźnią talentów technologii, która już wkrótce może stanowić o konkurencyjnej  przewadze wielu branż, na czele z finansową – mowa oczywiście o blockchainie.

O CO CHODZI Z TYM BLOCKCHAINEM?
Zastanawialiście się, dlaczego w świecie, w którym jesteśmy w stanie przesyłać obraz na drugi koniec świata w czasie rzeczywistym, nasze przelewy dochodzą do odbiorcy często dopiero następnego dnia? Ponieważ każdy przelew musi zostać zaakceptowany przez bank. Wszystko dla bezpieczeństwa transakcji i samego pieniądza – każda transakcja internetowa musi być zaksięgowana, żeby nie zdarzyła się sytuacja, że ten sam pieniądz został zaksięgowany w dwóch miejscach. To niestety trwa. Odpowiedzią na to wyzwanie jest blockchain, który – w przeciwieństwie do tradycyjnego rejestru bankowego – jest zdecentralizowanym rejestrem danych. Dzięki blockchainowi Informacje o transakcji nie muszą być przesyłane do banku, tylko trafiają najkrótszą drogą do jednego z wielu komputerów pełniących rolę węzłów w blockchainowej sieci. Dublowaniu wartości zapobiega to, że każdy węzeł błyskawicznie przesyła dane do wszystkich innych węzłów w sieci. Zapis każdej kolejnej transakcji jest możliwy tylko w węźle, w którym historia transakcji pokrywa się z tym, co zapisane jest na wszystkich innych komputerach. Jeśli ktoś próbowałby zmienić zapis transakcji, na którymś z komputerów, sieć natychmiast wykryje modyfikację. Dzięki blockchainowi po raz pierwszy w historii mamy wreszcie szanse na bezpieczne i szybkie transakcje. Tak skonstruowany system może spowodować rewolucyjne zmiany nie tylko w obrocie pieniądzem, ale też na przykład w administracji publiczne, czy służbie zdrowia – wszędzie tam, gdzie mamy bardzo duże ilości danych, które muszą być szybko aktualizowane przez wielu użytkowników, niezmienialne,  łatwo dostępne i jednocześnie bardzo bezpieczne.

Wiele krajów na świecie, chcąc rozwijać tę technologię, tworzy preferencyjne warunki dla rozwoju kryptowalut, rozumiejąc, że świat krypto to zagłębie dobrze wyszkolonych ekspertów od blockchaina. A ci mogą się przydać.

Podatkami w kryptowaluty
Sposób, w jaki Polska zdecyduje się opodatkować kryptowaluty jest ważnym sygnałem tego, czy nasz rynek jest przyjazny rozwojowi krypto. Preferencyjne warunki dot. obrotu krytpowalutami w marcu wprowadziły nawet konserwatywne w kwestiach finansowych Niemcy – transakcje do 600 euro w ogóle nie są objęte podatkiem, a wszystkie ponad tę kwotę mogą być zwolnione z podatku, jeśli użytkownicy będą trzymać kryptowalutę dłużej niż rok.

Tymczasem u nas bałagan. Najpierw Ministerstwo Finansów twierdziło, że kryptowaluty należy rozliczać jak dochody z praw majątkowych. Potem sporządziło definicję “waluty cyfrowej”, do której ta forma rozliczenia nie pasuje. I wreszcie 4 kwietnia poinformowało, że nie tylko trzeba opodatkować transakcje kryptowalutami jak dochody z praw majątkowych, ale jeszcze do budżetu państwa musi trafić 1% z każdej transakcji sprzedaży i wymiany walut na giełdzie (to w ramach PCC – podatku od czynności cywilno-prawnych).  Gdy rozległ się lament, ministerstwo napisało na Twitterze:

Najgorszym sygnałem dla środowiska kryptowalut w pierwszym komunikacie Ministerstwa była informacja o tym, że trzeba będzie odprowadzić podatek od każdej transakcji:

– Dla traderów oznacza nic innego jak zamknięcie rynku. Bo jak inaczej nazwać konieczność zapłacenia 20 tysięcy złotych podatku z tytułu PCC, dla osoby, która wchodziła na rynek z kapitałem 10 tysięcy złotych i w ciągu miesiąca dokonuje 200 transakcji? A co z osobami, które mają podpięte pod API giełd boty, wyszukujące korzystnych par walutowych? Takie boty czasami generują po 1000 transakcji dziennie – mówi Tomasz Limiszewski.

Stawiało to wiele osób zarabiających na mikrotransakcjach w sytuacji, w której obracając na giełdach kwotą 15 tys. złotych mogliby zapłacić pół milion podatku. PCC płaciłoby się również wtedy, gdy transakcje nie przyniosłyby realnych zysków.

Ale opodatkowanie każdej transakcji to nie jedyny karkołomny pomysł, którym Ministerstwo Finansów postraszyło 4 kwietnia kryptowalutowców. Pod górkę mieliby też przedsiębiorcy prowadzący księgowość na podstawie księgi przychodów i rozchodów. “W wydanych obecnie zaleceniach resort finansów postanowił zrobić wszystko, aby wręcz uniemożliwić rozliczanie zysków z obrotami kryptowalutami. I – niestety – zrobił to w taki sposób, że zaszkodzi przede wszystkim sobie”- stwierdził ekspert portalu wGospodarce.pl Marek Siudaj.

W efekcie tej zadymy znów nie do końca wiadomo, jak wygląda kwestia opodatkowania przychodów z obrotu kryptowalutami. W oczekiwaniu na kolejną interpretację przepisów, na pewno można zacząć pisać czynny żal do urzędu skarbowego.

To już wojna?
Bardzo złym sygnałem dla środowiska rozwijającego kryptowaluty było odejście z rządu  w 2017 roku Anny Streżyńskiej, która w lipcu 2016 powołała przy Ministerstwie Cyfryzacji zespół ds. bitcoina i blockchaina. Eksperci i praktycy pracowali nad stworzeniem w Polsce rozsądnych warunków do rozwoju tej technologii, a nawet planowali specjalne kierunków studiów, które miały kształcić blockchainowych specjalistów.

Niedługo po feralnej dymisji gruchnęła wiadomość, że prężnie rozwijający technologię Polski Akcelerator Technologii blockchain pod egidą Instytutu Wiedzy i Innowacji stracił patronat Ministerstwa Cyfryzacji po tym jak ogłosił, że pracuje nad kryptozłotówką (nie oficjalną, ale tyle wystarczyło, żeby wywołać urzędniczą histerię). Ostatecznie oliwy do ognia dolał sam premier Mateusz Morawiecki, który podczas szczytu ekonomicznego w Davos porównał rynek kryptowalut do piramidy finansowej i zapowiedział regulacje. W świecie, w którym kraje takie jak Szwecja czy Estonia z własnej inicjatywy planują  tworzyć kryptowaluty, nerwowe ruchy naszego rządu dziwią.

Środowisko kryptowalutowe na ruchy administracji patrzy z uwagą. Rynek wciąż jest nowy, więc nie do końca wpasowuje się w istniejące przepisy. Można je więc interpretować i na korzyść, i na niekorzyść osób obracających kryptowalutami – ostatnia  interpretacja Ministerstwa Finansów zdecydowanie należała do tych drugich.

Głównym argumentem rządu przeciwko rynkowi kryptowalut jest ryzyko prania brudnych pieniędzy, jakie widzi w świecie krytpowalut. Jednak waluty cyfrowe to tylko 4 proc. wszystkich wypranych na świecie pieniędzy. Warto też dodać, że rejestr blockchainowy zdecydowanej większości krytpowalut umożliwia odtworzenie wszystkich transakcji, więc w wypadku podejrzenia popełnienia przestępstwa dojście do historii transakcji nie powinno stanowić problemu. Gorzej rzecz ma się z anonimowymi walutami typu Monero, w których nie da się przypisać transakcji do jej uczestników. Tym bardziej jednak nie da się nałożyć na taką transakcję podatku. Może jednak nie warto, walcząc z jednym zjawiskiem, ubijać całego rynku?