Categories

Tanie wakacje. Jak zwiedzić świat za skandalicznie małe pieniądze?

Wakacje. Znowu ruszymy w Polskę i w świat, żeby zwiedzać, oglądać, zachwycać się i lenić. My, Polacy nie bronimy się przed wypoczynkiem. Lubimy wyciągnąć się na leżaku na plaży i naładować akumulatory przed powrotem do pracy. To, czego nie lubimy to przepłacać.

 

Według badań co roku na urlop rusza około 60 proc. Polaków. W tej grupie połowa wybiera wypoczynek zagraniczny. W roku 2016 na takie wyjazdy wydaliśmy 33,6 mld złotych, w tym 20,6 mld na wyjazdy długookresowe (powyżej pięciu dni). W trakcie podróży zagranicznych najwięcej zapłaciliśmy za transport (6,7 mld),  zakwaterowanie (5,6 mld) i wyżywienie (4,5 mld). Do talerza nikomu nie będziemy zaglądać, bo każdy na wczasach je co chce i za ile chce. Ale na zakwaterowaniu i lotach możemy łatwo zrobić duże oszczędności, nie jest wymagany wielki wysiłek a jedynie chwila wolnego czasu.

Zacznijmy od tego, że jest drogie podróżowanie, tanie podróżowanie i skandalicznie tanie podróżowanie. Gdy mamy dużo pieniędzy, rezerwujemy lot dokładnie w to miejsce, w które chcemy lecieć i na konkretny termin. I się nie przejmujemy.

Gdy chcemy podróżować tanio, musimy zdobyć się już na pewną elastyczność. Być może trzeba będzie przesunąć o tydzień urlop. Być może trzeba będzie zdecydować się na ekscentryczny termin od wtorku do następnej środy. No i być może zamiast wizyty w Hiszpanii trzeba będzie zdecydować się na południe Francji.

Gdy chcesz podróżować skandalicznie tanio, zapominasz o tym, że znajdziesz lot na dokładnie ten okres, w którym chcesz gdzieś lecieć. Zapominasz też o bardzo tanich lotach w miejsce, do którego chcesz lecieć. Bo skandalicznie tanio lecisz nie tam, gdzie chcesz, tylko tam, gdzie powiedzie cię linia lotnicza.

Pierwszy krok w drodze do elastyczności uczyniliśmy, teraz poszerzamy swoją strefę komfortu. Bardzo tanie latanie wymaga mobilności i żeby polecieć gdzieś dalej, musimy wybrać połączenie z przesiadkami. Albo start nie spod domu, tylko z Lwowa. Lub Amsterdamu. I wtedy Tokio za siedem stówek jest możliwe.

Jak już się pogodzimy z faktem, że nasz urlop nie będzie od linijki tylko na spontanie, przechodzimy do spraw technicznych.

Rzeczą najprostszą i podstawową są wyszukiwarki połączeń. Do wyboru mamy w tej chwili mnóstwo narzędzi: Cheapflights, Flipo, Fly4free, Google flights, Kayak, Momondo, Skyscanner. To żadna wiedza tajemna, wszyscy z nich korzystają. Tylko czasami mam z tymi wszystkimi wyszukiwarkami jeden problem. Coraz częściej oferują mi konkretny lot drożej niż na stronie przewoźnika. Dlatego sugeruję, żeby nie ograniczać się li tylko do wyszukiwarek i czesać również strony linii lotniczych.

Jeżeli nie mamy sprecyzowanych planów a chcielibyśmy polecieć w jakieś fajne miejsce, pozwólmy innym poszukać za nas. Można dodać na Facebooku do obserwowanych takie profile jak Tanie Loty, Fly4Free czy Mleczne Podróże . Nie są to jakieś oszałamiające promocji, ale po pierwsze robotę odwala za nas ktoś inny, po drugie czasami można tam coś jednak trafić.

Wracając do wątku linii lotniczych. Zapiszcie się do ich newsletterów. To prawdziwe bogactwo najświeższych informacji. Żeby podróżować za złotówkę, trzeba być na bieżąco. Wiele linii oferuje regularne promocje, sezonowe wyprzedaże i informuje o nowo uruchomionych trasach. Praktycznie u każdego przewoźnika pierwsze rejsy w nowe miejsca można dostać w cenach tak bardzo okazyjnych, że nie uwierzycie.

Przyglądając się uważnie ofertom linii lotniczych możemy znaleźć tzw. błędy rezerwacyjne. To jest wtedy, gdy w wyniku błędu ludzkiego lub systemu komputerowego do oferty trafiają przeloty za ułamek ceny. Możemy trafić na „przeceny” rzędu nawet 80 proc. Bardzo rzadko zdarza się, żeby przewoźnik takie bilety anulował, straty finansowe na takim locie można odrobić w dobę, straty wizerunkowe mogą być niepowetowane. Ale tutaj potrzebujemy szczęścia i refleksu. No i oczywiście nie ma co liczyć, że będzie to ten kierunek i ten termin, który zaplanowaliśmy z wyprzedzeniem.

Programy lojalnościowe. Niektórzy słysząc pytanie „czy jest karta Biedronki” dostają drgawek, inni zapisują się do wszystkiego, co wpadnie im w ręce. W tym przypadku warto przystępować do tych programów, które pozwalają zbierać mile. Jak ich nazbieramy dużo, możemy je wymienić na darmowe loty, które normalnie wymagałyby od nas zaciągnięcia kredytu.

Często za odbyty lot można dostać nawet do 100 proc. mil. Ale to raczej w klasie biznes. Odpalamy excela i orientujemy się, że dopłata do biznesu na długiej trasie da nam taki bonus, że opłaci nam się teraz zapłacić więcej, żeby za mile uzyskane w ten sposób odebrać sobie później jeszcze więcej. Planujmy w dłuższej perspektywie a nie tylko w ramach jednej podróży.

Fora internetowe to niewyczerpane źródło informacji. Wiem, że wszyscy teraz siedzą na Facebooku i chodzenie po obcych stronach nie bardzo ich kręci, ale warto poszukać miejsc, gdzie ludzie którzy zęby zjedli na tanich podróżach dyskutują i dzielą się wiedzą.

Latanie z bagażem podręcznym obniża koszty i gwarantuje, że nasze rzeczy zawsze dolecą z nami, czego nie możemy być pewni w przypadku bagażu lądującego w luku.

Pamiętajmy, że miesiące wakacyjne to najgorsza pora na tanie podróżowanie. Pamiętajmy również, że trzaskający mróz u nas to miłe 25 stopni w innych strefach klimatycznych. Wszyscy to niby wiedzą, a i tak 40 proc. podróży zagranicznych w 2016 roku wykonaliśmy między czerwcem a sierpniem. Indeks sezonowości zmniejsza się, ale i tak w kwietniu czy w listopadzie nie ruszamy się praktycznie z domu.

Połączenia z przesiadkami to temat rzeka. Tutaj wspomnę tylko o tym, że w USA albo w Azji możemy często spotkać się z sytuacją, że taniej jest dolecieć do dużego portu, na który trafiliśmy promocję, ale nie jest on naszym celem. Do celu bowiem polecimy tanimi liniami lokalnymi. Na niektórych kierunkach nie fiksujmy się na osiągnięciu mety już w pierwszym skoku, bo najczęściej przepłacimy.

Niektóre linie specjalizują się w lotach w określonych, bardzo konkretnych kierunkach. Jeżeli jesteśmy fanami Bliskiego Wschodu, to najszybciej znajdziemy tanie połączenie na stronie przewoźnika Pegasus. W trzy minuty wyklikałem przelot we wrześniu, w obie strony do Tel-Avivu za 400 złotych. Lot jest z Berlina, do którego możemy pojechać autobusem albo poszukać taniego połączenia lotniczego. Autobus w obie strony kosztuje 200 zł, co razem daje sześć stówek. Oczywiście taka drożyzna wzbudzi śmiech u wyjadaczy, ale w porównaniu z ofertami z wyszukiwarek lotów to taniocha.

Wbrew powszechnej opinii, półroczne wyprzedzenie wcale nie gwarantuje najniższej ceny.

Nie latajmy w weekendy, planujmy urlop od środy do następnego czwartku.

Polowanie na promocje to sport. Schodzą w kilka minut, wygrywa najszybszy, nagroda jest warta wysiłku. Włączcie powiadomienia z facebookowych profili wyszukiwarek tanich lotów.

Nie skreślajcie biur podróży. W ich ofercie można znaleźć bardzo tanie przeloty czarterowe, zazwyczaj są to oczywiście lasty, więc ta metoda nie nadaje się do podróży pieczołowicie zaplanowanych i rozrysowanych.

Przelot w tę i z powrotem jest oczywiście komfortowy. Ale jak chcemy fruwać tanio, zapoznajmy się z terminem Open Jaw. To połączenie, w którym lądujemy w jednym miejscu, ale wracamy do domu już z innego. Rozwiązanie idealne w przypadku zwiedzania objazdowego. Jeżeli chcemy obejrzeć kawałek Stanów Zjednoczonych, lądujemy na JFK a potem prujemy w dowolnie wybranym kierunku wynajętym samochodem (przy czym obowiązkowe jest posiadanie międzynarodowego prawa jazdy) i nie przejmujemy się tym, czy wyrobimy się ze wszystkim, żeby na czas wrócić do Nowego Jorku. Bo widzicie, będziemy wracać do kraju z Nowego Orleanu czy dokąd nas poprowadzi droga. Oczywiście takie latanie wymaga dużo więcej planowania, ale też daje dużo więcej swobody w podróży. I jest tańsze.

Jeżeli chodzi o sam pobyt na miejscu, to wiele wam nie podpowiem. Sam korzystam z serwisów Booking i Airbnb, które zna każdy.

Jeżeli na Booking szukamy hotelu, interesujące nas oferty należy bezwzględnie sprawdzić bezpośrednio w hotelu. Bardzo często u źródła jest taniej.

Jeżeli nie szukacie luksusów, rozejrzyjcie się za hostelami. Dla najbardziej oszczędnych podróżników pozostaje couchsurfing, który ma te zalety, że jest praktycznie darmowy i daje okazję poznania fantastycznych ludzi.

Pamiętajmy, że wszędzie możemy negocjować cenę już na miejscu.

Jeżeli wyjeżdżamy w miesiącach wakacyjnych i chcemy wynająć na miejscu samochód, zróbmy to dużo wcześniej. I tak będzie drogo, ale nie aż tak, jak dwa tygodnie przed wylotem. Jeżeli podróż zaplanowaliśmy na listopad, nie ma pośpiechu. W terminach mniej turystycznych, wypożyczalnie niemalże dopłacają, żebyśmy wzięli od nich auto i rezerwować można praktycznie z dnia na dzień. W tym roku byłem na tygodniowym urlopie w kwietniu i z zaledwie kilkudniowym wyprzedzeniem samochód wynajęliśmy za 218 złotych.

Jeżeli chcemy, żeby nasza podróż była naprawdę tania, pamiętajmy o ubezpieczeniu się. To zaskakujące, jak często ludzie zapominają o tej podstawowej rzeczy. Ewentualnie wybiera ubezpieczenie, które jest źle dopasowane. Czytajmy warunki, dopasujmy warunki polisy do ryzyka i charakteru naszej wycieczki. Jeżeli chcemy wypoczywać pod palmą, nie ma sensu przepłacać za polisę uszytą dla turystów planujących sportowy wyjazd.

Podczas wyjazdów do Unii karta EKUZ jest czymś tak oczywistym, jak pieniądze w portfelu.

Szerokości!

PS. Podczas pisania tekstu nieocenionymi radami służyły mi trzy podróżniczki, które znają temat jak mało kto. Dlatego z tej strony chciałem podziękować Katarzynie Maniszewskiej, Małgorzacie Morańskiej i Reginie Skibińskiej za cierpliwe znoszenie mojego nerwowego ględzenia i wyrozumiałość, gdy zadawałem nie do końca przytomne pytania.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Obligacje. Bezpieczne inwestycje, na których możemy dużo stracić

Ponieważ od kilku tygodni głośno o firmie GetBack, dzisiaj napiszę kilka zdań o obligacjach. Niektórzy cały czas myślą, że jeżeli papier nazywa się „obligacja” to jest bezpieczny i można go kupować w ciemno. Jak uczy przykład niefortunnie inwestujących w GetBack, nie zawsze i nie do końca.

Najkrócej mówiąc, obligacje są formą pożyczania pieniędzy z rynku w formie innej niż pożyczka, kredyt czy emisja akcji. Trudno ocenić, czy wyemitowanie obligacji jest łatwiejsze od pozyskania kredytu komercyjnego, na pewno są one tańsze.

Co do definicji, obligacja jest papierem wartościowym, w którym strona emitująca stwierdza, że jest dłużnikiem nabywcy, zwanego elegancko obligatariuszem. Emitent zobowiązuje się do spełnienia określonego świadczenia, najczęściej pieniężnego. Co oznacza, że po określonym terminie wykupi od nas taką obligację, płacąc nam jej cenę i dodatkową premię. Ta premia to zysk kupującego.

Obligacje ze świadczeniem niepieniężnym mogą dotyczyć na przykład przeznaczenia obligacji komunalnej na wykup mieszkania od gminy i uzyskania zniżki w cenie.

Obligacje możemy sobie dzielić w zależności od tego, jaki mają okres wykupu, na ich wartość sprzedaży, dodatkowe opcje, poziom ryzyka inwestycyjnego i emitenta. Skoncentruję się na tych dwóch ostatnich.

W powszechnej świadomości pokutuje przekonanie, że obligacje emituje Skarb Państwa i z tego powodu są to papiery bezpieczne. O tym, jak bezpieczne były kwity wyemitowane przez Grecję czy ostatnio Argentynę i Wenezuelę, możemy się przekonać, patrząc na to co się tam działo lub aktualnie dzieje. Ale zasadniczo to prawda, że obligacje państwowe są bezpieczne, gdyż całe kraje stają się niewypłacalne bardzo rzadko.

Jednak obligacje może emitować również samorząd terytorialny, a o bankructwo gminy już łatwiej. Najciekawszym i potencjalnie najbardziej zyskownym papierem spośród obligacji są obligacje korporacyjne, emitowane przez przedsiębiorstwa. Na nich można zarobić najwięcej, ale też najłatwiej stracić. Nawet duża, stabilna firma może popaść w kłopoty i się wyłożyć, o czym świadczy choćby przykład firmy GetBack.

Jak wspomniałem, obligacje można też podzielić ze względu na poziom ryzyka inwestycyjnego. Tutaj na pomoc przychodzą nam agencje ratingowe, które oceniają firmy i instrumenty finansowe właśnie ze względu na ryzyko. Zaufanie do agencji zostało podkopane podczas kryzysu finansowego w roku 2008, gdy przyznawały najwyższe oceny papierom ryzykownym a nawet śmieciowym. Niestety, na razie nie wymyślono niczego lepszego, więc bazujemy na ich ratingach.

I tak z jednej strony mamy obligacje wolne od ryzyka albo oceniane bardzo wysoko, których emitentami są rządy państw i organizacje ponadnarodowe. Na przeciwnym biegunie są tzw. obligacje śmieciowe. Inwestycje w nie są niebywale ryzykowne, ale jednocześnie mogą przynieść ponadprzeciętny zysk. I od naszej strategii inwestycyjnej zależy na jaki sposób zarabiania się zdecydujemy – bezpiecznie ale z niewielką premią, czy raczej duże ryzyko z nadzieją na duże pieniądze.

Czym się różnią obligacje od akcji?
No dobra, mówimy o tych obligacjach, a czym niby one się różnią od akcji? Jedno i drugie to papier wartościowy, możemy w nie inwestować, gdzie różnice?

Obligacje nie dają posiadaczowi żadnych uprawnień względem emitenta, dotyczących współwłasności firmy, wypłacanej dywidendy czy możliwości uczestniczenia w walnych zgromadzeniach. Kupując obligacje nie zyskujemy ani władzy, ani wpływu, ani prawa do wypłaty dywidend. Jak wspomniałem na wstępie, emisja obligacji jest jednym z wielu sposobów finansowania i stanowi alternatywę dla kredytu albo pożyczki.

Jaki pożytek ma z tego emitent? Pozyskuje pieniądze taniej i łatwiej niż z kredytu. Ma możliwość ustalenia oprocentowania, częstotliwości wypłaty odsetek czy możliwości wcześniejszej częściowej lub całkowitej spłaty obligacji. Dla kupującego z kolei obligacja to możliwość uzyskania odsetek wyższych od tych z lokat bankowych.

Inwestowanie w obligacje jest dość bezpieczną grą, ale miejmy świadomość, że na niej też możemy stracić. Zwłaszcza w sytuacji, gdy namawia nas na nie „doradca” inwestycyjny, który zapomina wspomnieć, że nasze pieniądze pożyczymy nie państwu a firmie. Pamiętajcie – zawsze dopytujcie o szczegóły, drobny druk czytajcie przynajmniej trzy razy a lista ostrzeżeń publicznych KNF waszym najlepszym przyjacielem.

 
Categories

Wesele po polsku. Inwestycja wysokiego ryzyka?

W Polsce średni koszt zorganizowania ślubu i wesela dla siedemdziesięciu osób to 30 – 40 tys. zł. Tyle płacimy za świętowanie w opcji standardowej, ale coraz częściej decydujemy się iść nie na ilość, a na jakość i zamiast przaśnego wesela dla połowy wsi lub ćwierci miasta, organizujemy rodzinne brunche i obiady. Cała reszta się nie zmienia: trzeba kupić setki rzeczy, o których nie mieliśmy pojęcia.

 

Czy ślubna inwestycja się zwraca? Pod kątem emocjonalnym – różnie, a finansowo? W końcu wiadomo, że każdy gość przychodzi z kopertą. Arytmetyka w wypadku tej imprezy jest dziwna. Jeden gość średnio w kopercie zostawia 250 zł, co przy 70 osobach daje kwotę 17500 zł, więc nawet jeśli założymy większy gest kilku bliższych krewnych, to budżet tej imprezy nijak nie powinien się spiąć. A jednak… Wszystkie pary, z którymi rozmawiałam, wyszły co najmniej na zero. – Naszą skarbonkę uratowali krewni zza oceanu i dobry kurs dolara – śmieje się Ania, która ślub wzięła cztery lata temu. Okazuje się, że zawsze znajduje się grupa wyjątkowo szczodrych krewnych, którzy ratują statystyki.

Kwota do wydania w ten jeden dzień wydaje się zawsze astronomiczna. Zadajmy więc tradycyjne pytanie: czemu tak drogo?

Około 50 proc. wszystkich kosztów pożera cena restauracji czy innego lokalu, w którym organizujemy ślub – za tzw. “talerzyk”, czyli podstawowy wikt dla jednego gościa zapłacimy około 200 -250 zł.

  • W drugiej kolejności gotówka weselna płynie do salonów sukien ślubnych – koszt sukni to z reguły 10-15 proc. całego budżetu, choć oczywiście możemy wydać znacznie więcej.

Suknia w opcji low-budget:  niektóre zawodniczki suknie szyją sobie same (za co je naprawdę szanuję)

Panny młode wybierają też inną niskobudżetową opcję: komis, który czasem pozwala upolować świetne markowe sukienki w atrakcyjnej cenie, zwykle 500 – 1300 zł.

Jeszcze inną sprytną opcją jest uszycie sukni na zamówienie w pracowni lub przez krawcową.To koszt ok. 700-1500 zł.

Suknia w miejskiej średniej: średnio za nową suknię z salonu zapłacimy 3000-8000 zł. Tutaj trzeba przygotować się na przedpłatę w wysokości do 50 proc. wartości na kilka miesięcy przed imprezą. Kiecki z salonu to wciąż najbardziej popularna z opcji.
Suknia po bandzie: najdroższe suknie, na przykład kultowy model stworzony dla katarskiej księżniczki przez ekipę Michaela Cinco, osiągają ceny nawet 1.5 mln złotych (podaję na otarcie łez tym, którzy myśleli, że zostawili w salonie sukien ślubnych fortunę).

Coraz częściej panny młode decydują się na dwie dodatkowe sukienki. Drugą ubierają po północy, żeby swobodnie potańczyć, trzecia czeka na poprawiny. Koszt obu może zamknąć się nawet w 3000 zł, ale mogą to być też zwykłe przyzwoite kiecki z sieciówki.

  •  Oprawa muzyczna – 10 proc. wydatków (3000 – 4000 zł)
  •  Fotograf i filmowiec – 9 proc. wydatków  (ok. 3500 zł)
  •  Alkohol –  dla siedemdziesięciu osób powinniśmy założyć wydatek rzędu 2000 zł. Zwyczajowy, sprawdzony w boju przelicznik jest taki: 0,5-0,7 l wódki na każdego gościa, 1 butelka wina na 4 osoby i po dwa piwa na głowę.
  • Obrączki to w ślubnym budżecie już znacznie mniejszy kaliber kosztów, chyba że zainwestujemy w pallad…
    Obrączki low-budget: 150-300 zł (obrączki srebrne).
    Obrączki w miejskiej średniej: 1500-2200 zł (obrączki wykonane z żółtego, białego lub wielobarwnego złota lub palladu.
    Obrączki po bandzie: najmodniejsza i najdroższa jest teraz na rynku ślubnym platyna, z której obrączki kosztują od 7 do 12 tys. złotych.

Dla mnie zaskoczeniem były megadrogie florystki, makijaże i fryzury, ale też pojawiające się koszty dodatkowe na tzw. sali, czyli oprócz liczenia “za talerzyk”, okazało się, że mam zapłacić jeszcze za kieliszek, korkowe i  przystawki na stołach – mówi Ania, która w tym roku organizuje swoje wesele pod Białymstokiem.

Bardzo duża grupa kosztów w tej inwestycji to właśnie ukryte “koszty dodatkowe”. Ich lista jest jednak na tyle długa, że po zsumowaniu składa się na ładną sumkę. Nagle okazuje się, że oprócz alkoholu, muszą być jeszcze zawieszki na alkohol, a do podarunku dla gości trzeba jeszcze dokupić wstążki i pudełeczka.

  • galanteria papiernicza, czyli zaproszenia i inne druki (150-300 zł)
  • “co łaska” (przy ślubie kościelnym) (ok.400 zł)
  • wynagrodzenia dla organisty i kościelnego (przy ślubie kościelnym) (400 zł)
  • wynajęcie samochodu (800-2500 zł)
  • kwiaty i dekoracje samochodu (200 -250 zł)
  • garnitur (500 – 700 zł)
  • makijaż ślubny (od 150-400 zł)
  • fryzjer (300 – 500 zł z próbną fryzurą)
  • buty i dodatki dla młodej pary (500 -1200 zł)
  • dekoracja kościoła/sali (300-700 zł)

Uff. Sporo tego, ale tak naprawdę dopiero zamknęliśmy zestaw standardowy.

Dalej zaczyna się zabawa, bo otwiera się kwestia atrakcji dodatkowych, a tu już naprawdę wybór jest taki, że nie mam odwagi sugerować. (Tak, ludzie przyjeżdżają do ślubu w łyżce koparki!).

 
Categories

E-mobilność nadejdzie, czy tego chcemy, czy nie. Kiedy i za ile?

Pojazdy elektryczne przyszłością są i basta. Ropa i benzyna to przeżytek. Tradycyjne paliwa dewastują środowisko. Tylko prąd nas uratuje. Stacje ładowania będą na każdym rogu Polski gminnej i powiatowej. Pędzimy w świetlaną przyszłość bez spalin, benzo(a)pirenu, pyłu zawieszonego, CO2 i innych trucizn. Tyle, że wolniej od reszty.

 

Cała Dolina Krzemowa jeździ Teslami. Nie miałbym nic przeciwko, by w jej ślady poszły Warszawa, Toruń czy nawet Zgierz. Do prac zerwali się parlamentarzyści. Jest projekt ustawy, a jego założenia wydają się bardzo optymistyczne. Jednak na przeszkodzie stoją, jak zwykle pieniądze. Zobaczmy jak to w skrócie wygląda, skoncentruję się na transporcie indywidualnym.

27 kwietnia 2017 roku opublikowany został projekt ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Proponuje się w nim konkretne formy realizacji i kalendarz wprowadzania przepisów, które mają zachęcać nas do przechodzenia na zeroemisyjne formy transportu. Jednocześnie formułuje zasady zapewnienia odpowiedniej infrastruktury, czyli punktów ładowania. Brzmi ładnie, ale na przeszkodzie stoją, jak zwykle pieniądze.

Jeżeli chodzi o infrastrukturę, zapłaci za wszystko sektor energetyczny, samorządy, zarządy dróg samorządowych i krajowych. Czyli kasa wyfrunie z naszych kieszeni w takiej (podatki), czy innej (podwyższone opłaty za prąd) formie. Do pojazdów elektrycznych ma się stopniowo przesiadać administracja państwowa i samorządowa (za nasze pieniądze). Czarno widzę te przetargi. Zwiększyć ma się liczba autobusów elektrycznych w transporcie publicznym, co mnie cieszy. No i oczywiście wsparcie ma być skierowane do ewentualnych kierowców indywidualnych, chętnych na zakup elektryka.

Projekt zakłada możliwość odpisu z tytułu amortyzacji, pojazdy elektryczne mają mieć zerową akcyzę, być może gminy wprowadzą strefy zeroemisyjne, do których elektryki wjadą za darmo. Kolejne zachęty to miejsca parkingowe tylko dla pojazdów elektrycznych i gazowych oraz zwolnienie ich z opłat za parkowanie w strefach płatnych. Rozważa się też wpuszczenie tego typu samochodów na buspasy.

Założenia dotyczące rozwoju światowego segmentu aut elektrycznych są optymistyczne. Bank Morgan Stanley prognozuje, że do 2025 roku ich sprzedaż na świecie sięgnie 7 mln sztuk rocznie, co zwiększy ich udział do 7 proc. pojazdów na drogach. Bardziej optymistyczne szacunki banku Exane BNP Paribas mówią nawet o 11 proc. Byłby to gigantyczny skok, bo w tej chwili globalnie wskaźnik ten wynosi poniżej 1 proc.

Od elektryczności odwrotu nie ma, niektóre z najbardziej brutalnych projektów przewidują wprowadzenie regulacji uniemożliwiających rejestrację pojazdów spalinowych. W awangardzie prze Norwegia, która przymierza się do tego od roku 2025. Niemcy z kolei szykują ten ruch na rok 2030. Dlatego nie ma sensu pytać czy elektromobilność indywidualna się upowszechni, bardziej zasadne jest pytanie „kiedy?”. Oraz „za ile?”.

Ministerstwo Energii zakłada optymistycznie, że upowszechnienie aut elektrycznych nastąpi stosunkowo szybko i już w roku 2025 po polskich drogach ma bezszelestnie sunąć milion bryczek na prąd. W 2016 roku zarejestrowano u nas 556 samochodów elektrycznych.

Pozwólmy tej liczbie wybrzmieć. Pięćset pięćdziesiąt sześć aut, które stanowią 0,4 proc. ogółu samochodów elektrycznych zarejestrowanych w 2016 roku w UE. Jednocześnie auta elektryczne w 2016 stanowiły 0,1 proc. ogółu samochodów zarejestrowanych w Polsce. Tego typu pojazdy to ekstrawagancja i margines marginesów.

Przyczyny są proste – brak zachęt finansowych, premiujących chętnych do zakupu elektryków. Brak infrastruktury do ładowania, mamy tylko 300 punktów w całym kraju. No i niska świadomość ekologiczna rodaków, którzy dla oszczędności potrafią wyciąć zużyty katalizator i filtr cząstek stałych. Nie będzie przecież Polak montował do dwudziestoletniego szrota nowych elementów, kosztujących tyle, co jego bryka.

Czyli oczywiście elektromobilność to przyszłość. Wiele wskazuje na to, że dotrze do nas  trochę później niż u sąsiadów z UE. No bo drogo. Samochody elektryczne są w ramach tej samej klasy pojazdu prawie dwukrotnie droższe od spalinowych. Jeżeli chcemy sobie policzyć koszty eksploatacji elektryka, musimy uwzględnić różnicę w cenie. I nawet jeżeli sprzedawca da nam dobrą promocję a koszt przejechania 100 km na prądzie jest dużo niższy niż na benzynie, to w perspektywie kilkuletniej samochód elektryczny jest droższy od spalinowego.

Zespół Doradców Gospodarczych TOR opracował w maju 2017 roku raport, który podsumowuje sytuację w Polsce. Znalazło się w nim również porównanie kosztów jazdy oboma typami aut. Analiza zakłada ceny katalogowe samochodów, zakup na kredyt, trzyletni okres umowy, wkład klienta w wysokości 10 proc. ceny pojazdu, przebieg roczny 20 tys. km (wynika to z badań IBRIS) i pomija koszty ubezpieczenia. Co oznacza, że koszt przejechania 1 km uwzględnia koszty raty miesięcznej oraz średniego kosztu paliwa i ładowania na 100 km.

W takim układzie koszt przejechania 1 km zwykłym samochodem wynosi 1,37 zł a elektrykiem 1,77 zł. Czyli jest o 29 proc. droższy. Gdyby rząd wprowadził ulgi za zakup aut elektrycznych i na przykład odpuścił akcyzę, koszt 1 km wyniósłby 1,72 zł. Niewiele lepiej. A gdyby fiskus darował nam i akcyzę i VAT? Wtedy 1 km kosztowałby 1,41 zł. I dopiero wtedy wszystko zaczęłoby mieć sens.

Projekt ustawy zakłada subwencjonowanie zakupu elektryków. Jeżeli rząd faktycznie zdecyduje się na wdrożenie projektu elektromobilności, uruchomi system bezpośrednich zachęt, obejmujący zwolnienie z akcyzy i podatku VAT, i zacznie rozbudowywać sieć punktów ładowania, kierowcy kupujący nowy samochód mogą zacząć rozważać wybór pojazdu elektrycznego. W przeciwnym wypadku wszystkich nas zabije smog.

Na zdjęciu Tesla Roadster ze stajni Elona Muska, źródło: Tesla.com

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI. Temat: Inflacja, czyli potwór który zjada nasze oszczędności

Dzisiaj postanowiłem napisać kilka słów o inflacji. Oczywiście zanim siadłem do tekstu, poszedłem
poczytać, jakich mądrych słów tym razem używali autorzy haseł i opracowań. I muszę powiedzieć,
że jestem pełen podziwu. Takiego stężenia nieprzyjaznych dla czytelnika sformułowań dawno nie
widziałem. Postaram się więc przetłumaczyć wam podstawowe kwestie na polski.

Gdy zapytamy tzw. przeciętnego Polaka o inflację, odpowie bez wahania „no, to jest wtedy, jak
wszystko drożeje”, a potem może doda „tylko te procenty się nie zgadzają, bo mówią, że jest 1,6
proc. inflacji a u mnie na osiedlu bułki zdrożały o 10 proc.”. Pierwszy człon wypowiedzi, to bardzo
dobra definicja inflacji, drugi wynika z niewiedzy, błędów poznawczych, rozpatrywania inflacji w
długim okresie, dostrzegania wyłącznie wzrostu cen i kilku innych czynników, o których później.

Na razie skoncentruję się na drugiej części wypowiedzi pana Kowalskiego, czyli na tym, jak GUS liczy
inflację. Zżymamy się często, gdy telewizja chwaląc dobre wyniki rządu, mówi że w tym roku inflacja
wynosi 1,2 proc. A przecież robiąc codziennie zakupy widzimy, że masło skoczyło o złotówkę, jajka o
10 groszy na sztuce, chleb lepszej jakości przekroczył pięć ziko a mięso to już w ogóle. I cała ta gadka
o inflacji na poziomie 1,2 proc. to zwykłe kłamstwo i zaklinanie rzeczywistości.

Trochę tak, ale trochę nie. GUS nie może liczyć inflacji tylko na podstawie artykułów spożywczych, bo
one najłatwiej poddają się wahaniom cen. I mogłoby się okazać, że oficjalnie inflacja wyniosła 8 proc.,
bo podrożały truskawki, nabiał i mięso. Dlatego statystycy z GUS-u stworzyli tzw. koszyk inflacyjny, do
którego wrzucili dużo więcej grup produktów. Od razu mówię – dokładnej listy towarów i usług
wchodzących do koszyka nie znamy, bo GUS nie podaje jej do publicznej wiadomości. Znamy
natomiast skład procentowy dużych kategorii.

Na pierwszym miejscu jest żywność i napoje bezalkoholowe, które stanowią 24,36 proc. zawartości
koszyka. Udział tej kategorii od sześciu lat praktycznie się nie zmienił. Następnie idą wydatki związane
z użytkowaniem mieszkania i nośnikami energii, które stanowią 20,35 proc. koszyka. 8,74 proc. to
nasz transport, 6,92 proc. to rekreacja i kultura, 6,19 proc. to koszt alkoholu i papierosów. Ogółem
dużych kategorii jest 12.

Koszyk inflacyjny zmienia się co roku, GUS bada budżety gospodarstw domowych i na tej podstawie
dostosowuje jego zawartość. Zmienia też samochody Daewoo na Skody, pralki Frania na Indesity i
Timexy na Ipady, czyli dostosowuje koszyk do tego, co za oknem mamy my, a nie nasi rodzice.
Gdy znamy wagi poszczególnych kategorii, urząd zaczyna mierzyć ceny 1400 produktów i usług. Bada
je w 35 tys. punktów w całej Polsce, począwszy od hipermarketów, na osiedlowych sklepikach i
kioskach skończywszy. Co miesiąc tworzy notowanie 260 tys. cen z 209-ciu rejonów. To jest
naprawdę tytaniczna praca. Po zebraniu danych, pozostaje już tylko ich odpowiednie zagregowanie,
ważenie i liczenie.

Wspomniałem wcześniej o tym, że w powszechnej opinii wskaźnik inflacji jest nieprawdziwy, bo może
i luksusowe jachty potaniały, ale żywność szybuje w górę. Teraz gdy wiemy, jak wygląda skład koszyka
inflacyjnego, możemy przestać powtarzać ten chwytliwy, ale zupełnie nieprawdziwy bon mot. Spadek
cen jachtów będzie miał znikomy wpływ na wskaźnik cen i poziom inflacji. Żywność z kolei będzie na
nie mocno wpływała, ale pamiętamy o tym, że stanowi ćwiartkę koszyka.

Zapamiętamy, że inflacja to wskaźnik o charakterze przeciętnym a pomiary dotyczą całego kraju, a
nie tylko naszego domu. Jesteśmy również bardziej wrażliwi na zmiany cen artykułów podstawowych
niż kupowanych okazjonalnie. Dlatego mniej nas ucieszy informacja, że potaniały używane Paski w
tedeiku niż to, że chleb nie kosztuje trójki tylko dwójkę.

No i pamiętajmy, jak działają nasze mózgi – jeżeli podrożeje chleb, nabiał, napoje gazowane, jajka, warzywa i wędliny, to nie zauważymy obniżki cen, nawet gdyby objęła większość dóbr w gospodarce, ciągnąc tym samym inflację w dół.

Inflacja to temat szeroki, dlatego wrócimy do niego w przyszłym tygodniu. Opowiem o przyczynach,
skutkach i rodzajach tego zjawiska.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI. Temat: Podaż

Fot. Unsplash

W dwóch poprzednich odcinkach rozmawialiśmy o popycie. Mówienie o popycie bez wspomnienia o podaży to jakbyśmy mówili o parówkach i nie wspomnieli o musztardzie. To jak jajko bez majonezu, samochód bez kierownicy czy rower bez łańcucha. Jak się już pewnie domyśliliście, te pojęcia są ze sobą nierozerwalnie związane. Nie ma mowy o podaży bez popytu i na odwrót.

 

Dlatego dzisiaj opowiem o podaży, połączę ją z popytem, uzyskamy dzięki temu w miarę pełny obraz a przy okazji nauczymy się ekonomicznej łaciny.

Najkrócej mówiąc podaż to ilość jakiegoś dobra lub usługi, które producent chce wyprodukować po określonej cenie. Wzrost ceny prawie zawsze spowoduje wzrost ilości podaży towaru, bo producenci będą chcieli go zaoferować możliwie jak najwięcej. Spadek ceny spowoduje ruch w przeciwną stronę – ilość podaży spadnie, popyt wzrośnie.

Wyjaśnijmy sobie przy okazji delikatny niuans znaczeniowy, bo wszyscy krzyczą ‘podaż to, podaż tamto’ a mało kto mówi ‘podaż to jedno a ilość podaży to drugie’. Jeżeli chcecie być bardzo dokładni, rozróżniajcie te pojęcia. W języku ekonomistów podaż to związek między cenami a ilościami dóbr dostarczanych przy tych cenach. Będzie to krzywa podaży. Ilość podaży określa ile towaru zaproponują sprzedawcy za konkretną cenę. Będzie to punkt na krzywej podaży. Oczywiście w mediach się upraszcza i wszystko jest podażą – i ta krzywa, i punkty na niej, a czasami nawet obok niej, bo dziennikarze nie muszą się znać na wszystkim.

Wiedząc to wszystko, z łatwością możemy sformułować bardzo ważne prawo ekonomiczne, czyli prawo podaży. Brzmi ono tak: wyższa cena prowadzi do wyższej ilości podaży, niższa zaś do niższej ilości podaży.

Połączmy teraz popyt z podażą. Przy cenie 5 ziko za kajzerkę ilość podaży będzie wysoka a poziom popytu niski, najprawdopodobniej zerowy. Dlatego nikt nie próbuje sprzedawać kajzerki po piątaku. Z kolei przy cenie 5 groszy za sztukę, ilość podaży będzie niska (bo to jednak sprzedaż ze stratą) a poziom popytu bardzo wysoki (kajzerka za pięć groszy to okazja, której nie można przegapić).

Z drugiej strony nikt nie wyprodukuje kajzerki za pięć groszy, bo mu się to nie opłaci. Popyt przebiłby zaś sufit.
Jest jednak taki poziom ceny za kajzerkę, w której kupujący i sprzedający się spotykają i następuje przecięcie krzywych podaży i popytu. To chyba najbardziej znany wykres ekonomiczny świata.

Wszystko działa pięknie przy jednym założeniu. I będzie obiecana łacina. Mówi się, że popyt i podaż zależą od ceny, ceteris paribus.

Ceteris paribus dosłownie oznacza „inne takie samo”. W języku polskim przyjmuje się zwykle określenie „przy pozostałych warunkach równych/niezmiennych”. Jeżeli nie założymy sobie niezmienności czynników innych niż cena, nasze dywagacje dotyczące poziomów popytu i podaży mogą okazać się nieprawdą.

Na poziom podaży poza ceną wpływa na przykład postęp techniczny, koszty pracy, podatki, akcyza, ceny surowców, warunki naturalne sprzyjające produkcji i wiele innych. Jeżeli zechcemy uwzględnić je wszystkie, możemy zapomnieć o prostym modelu.

Powyższe rozważania podsumuję tak: producent chce sprzedać drogo, nabywca kupić tanio, czasami wolny rynek pozwala im na to, żeby się ze sobą spotkali i obaj dokonali transakcji na zadowalających obie strony warunkach.

 
Categories

Złote zęby dla zuchwałych

Fot. Unsplash

Gdy gwiazdy amerykańskiego showbizzu od Beyonce po Miley Cyrus zaczęły nosić na zębach złote grille, myśleliśmy, że to mrugnięcie okiem w stronę hip hopowej sceny. Głos ghetta wydobywał się przecież zza rzędów dwudziestokaratowych siekaczy. Historia złotych zębów sięga jednak znacznie dalej niż moda Brooklynu i niesie ze sobą o wiele głębsze znaczenia niż ostentacyjny symbol statusu. Jest w niej też trochę smutny sowiecki rozdział.

 

Odnalezione na dnie zatopionych jaskiń Meksyku czaszki starożytnych Majów szczerzyły się do odkrywców pozostałościami złotych zębów. Eksperci twierdzą, że żyjący trzy tysiące lat temu ludzie nie byli w kwestii obnoszenia się z hajsem lepsi od nas: uśmiech z drogocennego kruszcu miał mówić innym, że jesteś zwycięzcą.

Jednak oprócz walorów estetycznych i trudnego do przeoczenia błysku przypominającego blask monet, złoto było wykorzystywane ze względów praktycznych: jest po prostu bardzo wytrzymałe i… tanie. Mało kto wie, że jest jednym z najtańszych materiałów do wypełniania ubytków. Zanim więc zostało symbolem statusu, było po prostu pragmatycznym wyborem sprzed ery porcelanowych wypełniaczy. Jak awansowało do rangi symbolu? Sęk w tym, że niegdyś fanaberią bogatych było w ogóle zajmowanie się stanem swojego uzębienia.

W latach 80-tych amerykańscy raperzy uczynili złote grille i zęby symbolem bogactwa i władzy. Lśniące grille trafiły do mainstreamu, gdy w 1996 roku wietnamski imigrant Johnny Dang (znany również jako The King of Bling oraz The Grill Master) otworzył w Stanach swoje jubilerskie imperium, w którym można było dostać wszelkie rodzaje nakładek – od złotych serc po diamentowe chmurki. Zanim jednak drogocenne zęby awansowały do rangi symbolu, były widywane na ulicach Bronxu i Brooklynu wśród tych, których ledwie było stać na dentystę

 

Złoto ludzi Wschodu
Nieco inną drogę przeszły złote zęby (bo Sowieci nie uznawali nakładek w postaci grillów, tylko szli na całość) w krajach Bloku Wschodniego, w którym stan uzębienia wołał zawsze o pomstę do nieba.

Tutaj złote zęby były po prostu alternatywą do ich braku. Jeśli były symbolem luksusu, to jednak dość smutnego, naznaczonego piętnem komunistycznej bylejakości.

Dlaczego mieliśmy tak straszne uśmiechy, skoro służba zdrowia – w tym wizyty u dentysty – były darmowe? Problem polegał na tym, że o ile nie brakowało dentystów i złota, to były ostre problemy ze znieczuleniem. Ludzie unikali więc wizyt w gabinetach jak diabła i najczęściej trafiali do nich wtedy, gdy zęby same nie chciały wypadać i już nic poza wyrwaniem nie wchodziło w grę. A gdy zębów nie było, można było wstawić nowe, oczywiście – złote. Zanim więc na Wschodzie złote zęby uzyskały status symbolu bogactwa, świadczyły raczej o odwadze właściciela, który wybrał się do dentysty.

Dziurawe zęby też fajne?
I chociaż złoto od setek lat kojarzy się z wartością, to jednak nie tylko ono zbudowało mit złotych zębów jako manifestacji statusu. Zdaje się, że jako ludzie mamy trochę bzika na punkcie samych zębów.

Weźmy choćby amerykański ideał sukcesu: trudno go sobie wyobrazić bez rzędów równych, śnieżnobiałych zębów. W Stanach na punkcie wyglądu uzębienia mają niemal obsesję, a bielszy od bieli hollywodzki uśmiech stał się obowiązującym standardem. Biedni Brytyjczycy, którym natura zębów nie sprezentowała najlepszych, gdy marzą o karierze za oceanem jak Kate Backinsale czy Simon Cowell, muszą wstawiać idealne implanty.

Ale wygląd zębów to nie tylko fiksacja Amerykanów: Wikingowie uważali, że najokazalej prezentuje się uzębienie z wyżłobionymi poprzecznymi kreskami, zamożni Majowie robili w zębach dziury, które wypełniali (wcale nie ze względów medycznych) zielonym nefrytem, a na Filipinach zakładali na nie takie złote grille, że nie można było w nich mówić.

Dziś najgorętszy trend to diamenty (za jedną dziesięciokaratową nakładkę zapłacimy ponad 100 dolarów). Można też zażyczyć sobie wyrycie w porcelanowym zębie wizerunku psa, dzieci lub znajomych, a pewien mieszkaniec Soczi wydał dwa tysiące dolarów za porcelanowe koronki z wizerunkami Władimira Putina i Donalda Trumpa.

To szaleństwo jakoś nie chce się skończyć.

 
Categories

Randkowe pole minowe. Kolacja dla dwojga wypada z menu milenialsów

To się normalnie żyć odechciewa. Milenialsi idą przez świat, nie oglądają się na nic i na nikogo a przy okazji niszczą wszystko, co kochamy. Po ubiegłotygodniowym zamachu na wszystko, co dla Amerykanów najważniejsze, dzisiaj przyszedł czas na bezwzględny mord na randkowych obiadach! Co za upadek obyczajów.

 

W czasach mchu i paproci, randkowanie odbywało się nieco inaczej niż dzisiaj. Nie było szybkiego internetu i portali kojarzących ludzi, ludzi trzeba było poznawać na żywo, wymieniać się numerami telefonów, nierzadko stacjonarnych po to, by na końcu wylądować w restauracji na posiłku a potem w kinie. Albo na odwrót.

Dzisiaj sprawy mają się zgoła inaczej. Randkowanie internetowe stało się tak popularne, że chyba tylko w dalekich regionach, gdzie nadal mają internet z modemów, randkuje się w starym stylu. Milenialsi klikają w Tindera, OkCupid czy swojską Sympatię i nie potrzebują wzmożonych spotkań przy świecach. Szkoda im czasu i pieniędzy na siedzenie z kimś, kogo ledwo znają, a wspólne jedzenie posiłku z kimś takim wydaje się im wyrafinowaną formą tortury. Nic dziwnego – według badań przeprowadzonych przez NPD Group aż 57 proc. posiłków Amerykanie spożywają samotnie. Zmienia się również postrzeganie osób jedzących w pojedynkę – kiedyś takie postępowanie stygmatyzowało, dzisiaj jest czymś normalnym. Nic dziwnego, że milenialsi nie mają ciśnienia na umawianie się na randkowe kolacje.

Są inne powody odrzucania tej formy pierwszego spotkania. Na przykład taki, że wspólne wieczerzanie jest przestarzałe. Ten element szarmanckości u mężczyzny nie jest aż tak istotny dla młodych kobiet. A już płacenie przez faceta za posiłek jest niemalże zaproszeniem do łóżka.

Albo wyobraźcie sobie sytuację, w której siedzicie przy pełnodaniowym posiłku z kimś, do kogo nie tylko nie czujecie mięty, ale wręcz was odrzuca. Przy przystawkach pada pierwszy żarcik rodem z męskiej szatni. Podczas jedzenia rosołu warzywnego (nigdy nie zamawiajcie zup z kluskami na pierwszej randce) facet tak energicznie wciąga makaron, że ochlapuje sobie pół twarzy, a kluski zostają mu w brodzie. Gdy na stół wjeżdża befsztyk, okazuje się, że typ miał w dupie to, co do niego pisałaś i nie zorientował się, że od dwunastego roku życia jesteś weganką. Wiesz, że nic z tego nie będzie, ale tkwisz w tym koszmarze, twoja złość i niepokój rosną i jest ci głupio, bo facet wygląda na takiego, który zapłaci. A potem będzie oczekiwał rewanżu. Horror.

Oczywiście, zawsze zostaje opcja upicia się na smutno, bo wtedy wszystkie głupoty wygadywane przez drugą stronę łatwiej znieść, ale w końcu nikt nie chce kończyć dramatycznie nieudanej randki śniadaniem.

Dla większości ludzi jedzenie jest czynnością w jakimś stopniu intymną. Oczywiście nie mówimy tu o wspólnych posiłkach w gronie współpracowników w kantynie zakładowej. Ale jak już siadamy z kimś twarzą w twarz nad talerzem, trzeba bardzo dużego wyczucia co zamówić. Kobieta może nie czuć się komfortowo babrając się w żeberkach. Homar, jakkolwiek luksusowy by nie był, to też brudna robota. Jedzenie ostryg jest seksowne wyłącznie w filmach. W skrócie – wspólny posiłek na pierwszej randce to pole minowe, po którym poruszasz się bez wykrywacza.

No i na koniec najważniejsze. Jedzenie w restauracjach jest drogie. Tinder daje nam przecież możliwość umówienia jednej randki dziennie. Jeżeli jesteśmy zręczni logistycznie, w weekend możemy się ustawić nawet na dwa-trzy spotkania. Wyobraźmy sobie, że w poszukiwaniu drugiej połówki, każdego dnia wyskakujemy z 60-100 złotych, bo tyle trzeba liczyć na dwójkę z napojami. Już po tygodniu nasz budżet miesięczny trzeszczy, po miesiącu musimy brać chwilówkę a po kwartale na kwadrat wjeżdża nam komornik. Takie wydatki dla milenialsów są nie do dźwignięcia.

Dlatego lepiej umówić się w barze na drinka albo kawę. Człowiek nie zbankrutuje a jak sytuacja rozwinie się pomyślnie, zawsze można wyskoczyć coś przekąsić.

Co w Polsce? Ano tym razem nie mamy się czego wstydzić. Nasi milenialsi idą w ślady swoich amerykańskich kolegów i chętniej decydują się na randki nad kawą albo drinkiem, restauracje zostawiając starym ludziom. A i ewentualne odrzucenie mniej boli, gdy zainwestowaliśmy w taki wypad 20 ziko.

 
Categories

Komunia grzechu warta. Podliczyliśmy wydatki na taką uroczystość

Pierwsza Komunia Święta. Doniosłe i ważne wydarzenie w życiu każdej osoby wierzącej. Dziś bardziej przypomina targowisko  próżności i okazję do pokazania się rodzicom i chrzestnym. Również dzieci są bardziej zainteresowane nie przyjęciem opłatka, a tym co dostaną w prezencie. Biznes komunijny kwitnie na całego. Jak odczuje to nasza kieszeń?

 

Najpierw z pieniędzy wyskakują rodzice. Garnitur albo sukienka to minimum 200 złotych, buty, wianek dla dziewczynki, alba, różaniec, książeczka i świeca też kosztują. W sumie na dzień dobry trzeba wyłożyć 500-1000 złotych tylko po to, żeby dziecko jakoś wyglądało. Jedna parafia powie „nie kupujcie dzieciom wymyślnych kreacji”, inna powie „nie wnikamy”. Rodzice oczywiście zrobią po swojemu, bo nie będzie mi mówił wikary jak mam żyć, i jak ubierać swoją pociechę. Dlatego tysiąc łatwo może rozmnożyć się do dwóch, trzech a nawet pięciu. Kreacja szyta na zamówienie kosztuje tyle, ile suknia ślubna.

Potem zapraszamy gości. Jeżeli rodzice mają siłę stać przy kuchni i przez dwa dni tłuc schabowe, i mieszać sałatkę jarzynową, można zamknąć się w tysiącu na jedzenie, i kolejnym tysiącu na prezent dla dziecka. Jeżeli rodzicom nie chce się siekać jarzyn, zapraszają gości do restauracji. Oczywiście rezerwację trzeba zrobić z odpowiednim wyprzedzeniem, bo w weekendy okołokomunijne lokale mają stuprocentowe obłożenie. Koszt jednej osoby to przeciętnie stówka, w przypadku bardziej ekskluzywnych restauracji może sięgać i pół tysiąca, wszystko zależy od zamożności i fantazji rodziców. Oczywiście możliwe jest domówienie fontanny czekoladowej, łabędzia lodowego czy nawet znanego z wesel kącika ze swojskim jedzeniem. To kolejne 500-1000 złotych wydane na frykasy, które zadowolą i dzieci, i podpitych wujków.

Gościom wysyła się czasami zaproszenia, ale to doprawdy grosze w ogólnym rozrachunku. Ładne druczki i wysyłkę możemy sobie załatwić już za stówkę. Oczywiście mówimy tu o kameralnym przyjęciu dla najbliższej rodziny i przyjaciół, powiedzmy 20 osób. Dla hurtowników, którzy zapraszają po stu gości, zaproszenia będą dużo droższe.

Rok temu prasę obiegły fotki dziewczynki, którą rodzice dostarczyli pod kościół z fantazją – białą karetą. Taka przyjemność zaczyna się średnio od 1,5-2 tysięcy złotych. Niektórzy rzutcy przedsiębiorcy oferują nawet karety w kolorze czarnym. Myślę że takie szybkie, sezonowe przebranżowienie z pogrzebów na komunie, jak najlepiej świadczy o przytomności krajowych biznesmenów.

Jeżeli dziecko nie przepada za śmiesznym zapachem końskiej grzywy, można je podrzucić pod bramę kościoła limuzyną. Szczególnie popularne są długie, eleganckie białe bryki typu Hummer Lincoln Navigator, które czasami widujemy w sobotnie wieczory, wiozące pijaną młodzież z imprezy na imprezę. W nocy partybus, w dzień elegancki samochód podstawiający dziecko na komunię. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że firmy wynajmujące mają skuteczne środki czyszczące. Koszt w granicach 400-600 złotych za godzinę. Jeżeli chcemy usługę kompleksową czyli kościół-restauracja-dom, możemy liczyć się z wydatkiem rzędu 2-3 tysięcy. A jak jeszcze zechcemy takimi limuzynami podrzucić i odwieźć gości, to chyba taniej będzie sobie jedną kupić.

No i na koniec najważniejszy element całej tej zabawy, czyli goście przynoszący najlepsze prezenty na świecie.

Serwis ceneo.pl przeprowadził badanie, z którego wynika, że w tym roku Polacy planują wydać na prezent komunijny 500 złotych. Rodzice i chrzestni przeznaczą nawet do 1000 złotych. Prawie co drugi prezent zostanie kupiony w internecie.

Nie do końca zatraciliśmy rozum, 1/3 badanych stwierdziła, że wystarczy prezent do dwustu złotych, czyli w cenie talerza w restauracji (przeciętny koszt jednego gościa). Ankietowani wybrali też najpopularniejsze prezenty. Na prowadzeniu rowery i gotówka, ale z roku na rok coraz mocniej przebija się elektronika. Co ciekawe trudno zabić stare przyzwyczajenia komunijne i aż 30 proc. badanych jako najlepszy prezent wybrało zegarki. Przy czym rodzice chętniej kupują smarwatche.

Jedna czwarta badanych jeszcze mocniej wróciła do korzeni i planuje kupić deskorolkę albo hulajnogę. W tym roku mogą stać się hitem, bo wróciły do łask. Oczywiście w wersji z napędem elektrycznym, bo po co dziecko ma się pocić.

Biznes komunijny, według bardzo ostrożnych wyliczeń, jest wart ok. 3 mld złotych, które wydajemy na dewocjonalia, stroje, dodatki, ozdoby, wynajęcie restauracji, prezenty i pieniądze w kopertach. Bardzo mi się podoba, jak skutecznie zamieniliśmy duchowe przeżycie w festiwal konsumpcji. Tak trzymać!

 
Categories

7 najgorszych inwestycji świata. Bańki, chore wizje i głupota snobów

Kto bogatemu zabroni? Nikt. Jeśli rozliczyliście właśnie PIT i macie lekki niesmak, że jednak trzeba będzie dopłacić, sprawdźcie znacznie gorsze inwestycje.

 

Inwestycje w pierwsze waluty cyfrowe

Timing jest najważniejszy – powtarzają doświadczeni inwestorzy. Zdecydowanie z zegarkiem rozjechali się inwestorzy, którzy w 1999 roku, w którym pękała bańka pierwszych biznesów internetowych, wieszczyli sukces waluty cyfrowej flooz.com. Nie pomógł nawet fakt, że można było nią płacić w Starbucksie. Inwestorzy VC wtopili w projeky ok. 50 milionów dolarów. Część kasy poszła na bardzo złą kampanię banerową z Whoopi Goldberg. A potem nadszedł Bitcoin. 

Tulipanowa ściema
Skoro już jesteśmy przy bańkach – nie gorsza od dot-comów była nadmuchana wartość tulipanów. “Tulipo mania” osiągnęła apogeum (dzięki intensywnej pracy spekulantów)  w 1630 roku, gdy Holendrzy snobowali się na zakup bulw za ponad tysiąc dolarów.

Prostokąty w oleju
Niemal 44 mln dolarów wydał kolekcjoner na obraz nowojorskiego artysty Barnetta Newmana. Nie mnie oceniać, ale jedno wiem na pewno: są to dwa niebieskie prostokąty.


FIFA 2022 w Katarze: najsmutniejsze święto piłki
200 miliardów dolarów wyda Katar na święto piłki nożnej w 2022- dyscypliny, z którą niewiele ma wspólnego. Kasy mają jak lodu, więc nie ma może co żałować. Czeka nas niesamowite widowisko. Przerażające są jednak jego kulisy: media alarmują, że warunki pracy robotników budujących infrastrukturę przypominają obozy pracy, w których umierają tysiące emigrantów pracujących przy budowie stadionów i obiektów hotelowych. Skalę inwestycji oddaje też fakt, że gdyby kasę wydaną na imprezę dostali mieszkańcy Kataru, każdy z nich miałby w kieszeni 720 tys. dolarów więcej.

Maszt w Duszanbe
W stolicy Tadżykistanu władze postawiły wart ponad 10 mln dolarów maszt flagowy. Sęk w tym, że w Duszanbe prawie nie wieje. Flaga na drogocennym maszcie przypomina zwiędłą kotarę. Nastrojów patriotycznych nie wzbudza, ale frustrację mieszkańców – niezmiennie.

Turkmeńskie Las Vegas
Zazwyczaj inwestycje od czapy są ideą fix ekstrawaganckich polityków. W głowie jednego z nich zrodził się pomysł na świątynię kiczu w Awaza, która ma się stać superatrakcją Turkmenistanu. Realizuje go konsekwentnie od 2012 roku, ku oburzeniu krajan i zdziwieniu świata. Nad Morzem Kaspijskim wyrósł prawdziwy marmurowo-neonowy gargamel resortów: trochę Dubaj, trochę Las Vegas, w porywach aspirujący do Monte Carlo. Już dziś jest największym centrum konferencyjnym świata. Może pomysł na kolejną firmową imprezkę, hm?

Yaba, daba, doo!
Zachcianki to podobno potrzeby szlachty. Jedną z nich postanowili spełnić przyjaciele malezyjskiego sułtana, którzy ufundowali mu replikę pojazdu Freda Flinestone’a z “Jaskiniowców”, jego ulubionej bajki. Trochę szkoda, że pojazd ma silnk i nie będzie napędzany siłą sułtańskich nóg.