Categories

Uff, jak gorąco! Wyparowuje również kasa, i to sporo

Żar leje się z nieba. Taka spiekota w mieście to piekło. W niedzielę trzeba będzie wybrać się nad zalew. Upał daje w kość, wyciąga z nas siły, dramatycznie obniża produktywność i wzbudza w nas nagłą chęć do wyjechania gdziekolwiek, gdzie będzie woda, cień i zimne drinki pod palmą.

Robimy wszystko, żeby nie przedawkować gorąca, bo to boli, zarówno na ciele, jak i na portfelu. Tak, tak, upał to realne koszty, które można przeliczyć na brzęczącą monetę. Ile właściwie kosztuje nas wszystkich ta absurdalna temperatura?

Zimne drinki w pracy

Czy wiecie o tym, że gdy pracujemy w gorące dni, ze strony pracodawcy przysługują nam dodatkowe prawa? Dla nas zysk, dla szefa koszt. Na przykład musi zapewnić pracownikom napoje. W przypadku pracy na otwartej przestrzeni, picie na koszt pracodawcy zaczyna się od plus 25 stopni, w biurze od plus 28. Na dodatek zimne napoje muszą być dostępne cały dzień, a nie tylko od 13 do 14:12. Zrobiłem kilka wyliczeń, których nie należy traktować zbyt poważnie.

W pierwszym kwartale tego roku GUS donosił, że w Polsce jest 13 112 000 pracowników najemnych. Założyłem optymistycznie, że aż połowa szefów zabezpiecza swoim pracownikom wodę. I z tej połowy, aż połowa kupuje wodę a nie sugeruje kranówkę. Policzyłem też, że w taki upał trzeba wypić przynajmniej jedną półtoralitrową butelkę na osobę. I wyszło mi, że przy tych karkołomnych założeniach, pracodawcy w skali kraju dziennie wydają na wodę butelkową 3 mln zł.

Klima, wiatrak, żaluzja i bumelka

To nie koniec naszych upałowych praw. Pracodawca musi chronić nas nie tylko przed odwodnieniem, ale i nadmiernym nasłonecznieniem. Żaluzje, rolety, malowanie szyb specjalną farbą to minimum. Szef może, chociaż nie musi, zainstalować nam klimatyzację albo postawić wiatraczek. Wyliczenia kosztów tych zabezpieczeń się nie podejmuję, ale sprawdzimy ile może kosztować egzekwowanie innego prawa – szybsze odesłanie pracowników do pracy albo ustanowienie przerw na czas najwyższych temperatur. I znowu, to nie obowiązek ale prawo, dlatego poczynimy karkołomne założenia.

Przyjmijmy, że czas największego terroru słonecznego nie przekracza u nas trzech godzin. Nieważne czy będzie to przerwa, czy wcześniejsze wyjście z pracy. Nikt nie wie, ile firm faktycznie decyduje się na takie rozwiązania, dlatego możemy przyjąć co chcemy. Uznam, że podczas największych upałów taka możliwość oferowana jest 20 proc. pracowników. Jeszcze tylko średnia pensja. Tym razem wezmę dane dotyczące zarobków w firmach do 10 osób, które dominują w naszej gospodarce. W roku 2017 średnia stawka godzinowa wyniosła w nich 11,60 zł netto. Z prostego mnożenia wynika, że przerwa albo wcześniejsze wyjście z pracy kosztuje nas dziennie 91,26 mln zł.

Koszty demograficzno-zdrowotne

Fale upałów powodują również koszty, których przeliczyć się nie da. Oprę się na badaniu przeprowadzonym w latach 1960-1990, według którego liczba zgonów wynikających z niewydolności układu krążenia związanych z wysoką temperaturą, wzrosła ze 100 do 550 na 100 tys. mieszkańców. Aktualnie udało się nam „zbić” tę wartość do 450 osób. Oznacza to, że rocznie z powodu upałów tracimy ponad 170 tys. osób. Kwoty nie do wyliczenia, bo jak wycenić koszt bólu po utracie bliskiego?

Możemy za to spróbować policzyć koszt wyjazdów karetek z powodu zasłabnięć i udarów. W Polsce jest obecnie 228 Szpitalnych Oddziałów Ratunkowych. Nie mam oczywiście dostępu do szczegółowych danych, ale z kawałków informacji odnalezionych w sieci wynika, że w upalne dni dzienna liczba wezwań z powodu temperatur rośnie o 150-200 zgłoszeń. Przyjmując odważne założenie, że karetka wyjeżdża tylko do co drugiego zgłoszenia, i że średni koszt wysłania karetki wzięty z oferty komercyjnej wynosi 300 złotych, dziennie kosztuje to nas 6,8 mln złotych.

Polskie sumienie – węgiel

3 maja 2018 roku padł kolejny rekord dziennego zużycia prądu. Zapotrzebowanie na energię w szczytowym momencie wyniosło 23 680 megawatów. Rekord odnotowano o godzinie 13:15. I oczywiście spodziewane są kolejne, bo pogoda nie odpuszcza. Gdzie tu koszty? Ano tak się składa, że wiele elektrowni jest chłodzonych wodą. Polska energetyka węglowa to największy wodożerca w Polsce, aż 70 proc. poboru wody przypada na nią. Pozostałe 30 proc. obsługuje pozostałe gałęzie przemysłu i nasze zużycie indywidualne. Średnia globalna dla energii pochodzącej z węgla to tylko 6,8 proc., pod tym względem jesteśmy absolutnym rekordzistą świata.

No i w upały robi się problem, bo z jednej strony obniża się poziom wody w rzekach i zbiornikach wodnych, z których czerpią ją elektrownie, a z drugiej bijemy rekordy zapotrzebowania na prąd. Jakby tego było mało, podczas upałów woda jest na tyle ciepła, że nie pozwala na chłodzenie bloków energetycznych. Spada więc ich wydajność i operator sieci może albo ograniczyć dostawy energii, albo dokupić prąd za granicą. To nie koniec nieszczęść, wysokie temperatury to wyższe straty energii na liniach przesyłowych, przy temperaturach powyżej 30 stopni, sięgają one nawet 30 proc.

Dwudziesty stopień zasilania

20 stopień zasilania, który mieliśmy ostatnio w 1989 roku, powtórzył się w 2015. Oznacza on, że duże zakłady produkcyjne dostają tylko tyle energii, żeby bezpiecznie wygasić produkcję i odesłać ludzi do domu. Nikt nie jest w stanie policzyć faktycznych strat dla gospodarki, ale operujemy tutaj na poziomie miliardów złotych. My, jako odbiorcy indywidualni mamy szczęście, że jest rok wyborczy i rząd nie pozwoli na podwyżki cen prądu. Ale poczekajmy jeszcze ze dwa lata i po tym czasie przeanalizujmy bacznie swoje rachunki.

Miejska ściana wody

Na koniec policzę coś mniej poważnego, czyli koszt kurtyn wodnych w Warszawie. Nie wiem, z jakich rozwiązań korzysta miasto, więc przyjąłem, że są to tradycyjne kurtyny strażackie. Jedna zużywa średnio 3 metry sześcienne wody na godzinę. Działają przez 8 godzin, jest ich w sumie 9. Dziennie kosztują nas tylko 2,5 tys. złotych.

Omówiłem tutaj tylko kilka przykładów wpływu pogody na nas i na gospodarkę. Ale już choćby z tych kilku pobieżnych i mocno zaokrąglonych wyliczeń widać, że upały to realny koszt liczony w brzęczącej monecie. Z przykrością stwierdzam, że koszty te ponosimy wyłącznie przeciwdziałając skutkom. Jeżeli nie zaczniemy łożyć na walkę z przyczynami, do końca tego wieku znajdziemy się w takiej sytuacji, że koszt wody dla pracowników będzie naszym najmniejszym zmartwieniem. No ale o społecznych i finansowych kosztach zmiany klimatu opowiem może przy innej okazji.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Antonim oksymoronu – konkurencja monopolistyczna

Dzisiaj opowiem o ostatniej formie organizacji rynku. Dzisiaj mniej o modelach a więcej o rzeczywistości. Dzisiaj o czymś, co możecie zobaczyć w salonie samochodowym i sklepie wielkopowierzchniowym z artykułami rtv-agd. Dzisiaj opowiem o prawdziwej konkurencji. Konkurencji monopolistycznej.

Konkurencja monopolistyczna nazewniczo może się nam wydać konfundująca. No bo jak to ma działać, że z jednej strony monopol a z drugiej konkurencja? Nazwa oddaje idealnie miejsce, w jakim znajduje się ta forma rynku. Jest w niej kilka elementów z konkurencji doskonałej, trochę z monopolu, a wszystko tworzy nową jakość.

Konkurencja monopolistyczna to przede wszystkim wielu producentów i duża swoboda wejścia i wyjścia na rynek. To zbliża tę strukturę do konkurencji doskonałej. O ile jednak tam towary były identyczne, tak w tym przypadku przedsiębiorstwa wytwarzają produkty mniej lub bardziej zróżnicowane. Oznacza to, że o ile firmy oferują towar mniej więcej tego samego typu, to jednak każdy posiada pewne unikalne cechy, które go wyróżniają i odróżniają od konkurencji. Ot, spójrzmy choćby na rynek samochodów.

Konkurencja ma więc charakter pozacenowy a producenci kładą większy nacisk na reklamę, promocję, zróżnicowane opakowanie, lepszą jakość czy inny kolor. Dzięki tej strategii jeden producent farby lateksowej do kuchni może maszerować pod hasłem „biel bielsza od innych bieli” i oferować towar trochę drożej od konkurencji, która idzie pod sztandarem „biel biała jak śnieg”. Można też podkreślić lepszą wydajność krycia metra kwadratowego albo łatwość mycia ścian zabrudzonych przez pryskający olej.

Wszystko to powoduje, że firmy tworzą produkty zaspokajające bardzo podobne potrzeby, ale przez takie różnicowanie, mogą ustalać odrębne ceny na swój towar. Nie jest to już cena jednakowa dla wszystkich, tylko zbiór cen różnych producentów. Pamiętajmy jednak, że nie da się sprzedawać farby w cenie 100 zł, gdy pozostali producenci oferują taką samą ilość za nie więcej niż 50 zł. Handel nie może odbywać się w oderwaniu od innych cen rynkowych, bo to nie zadziała. Producent kontroluje podaż produktu, ale jego wpływ na cenę jest bardzo ograniczony.

I jeszcze słowo o barierach wejścia na rynek. Wspomniałem, że w przypadku konkurencji monopolistycznej ich nie ma i każdy może wejść na rynek. Jest to tylko częściowo prawda. Bo oczywiście w każdej chwili możemy zacząć mieszać farbę i ją sprzedawać. Jednak bez znacznych nakładów na reklamę, która pozwoli nam się przebić do szerszej świadomości, nie mamy tu raczej czego szukać. Pewnie będziemy w stanie działać lokalnie i zabezpieczać farbiarskie potrzeby najbliższych sąsiadów, ale przy tak wąskim rynku, każde jego wahnięcie wykopie nas z niego błyskawicznie.

Na koniec szybko podsumujmy najważniejsze cechy charakterystyczne konkurencji monopolistycznej:

duża liczba firm na rynku
– zróżnicowanie produktu
niewielki wpływ producentów na cenę
niewielkie bariery wejścia na rynek
– na rynku istnieje doskonała informacja

W tym odcinku to wszystko, zamykamy temat form organizacji rynku. Za tydzień omówimy kolejne fascynujące zagadnienie ekonomii.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Cywilizowany monopol

W poprzednim odcinku opowiedziałem o tym, gdzie się skarżyć na monopol i dlaczego konkurencję doskonałą możemy oglądać wyłącznie w bajkach Disneya. Na dzisiaj obiecałem kolejną formę organizacji rynku, tym razem bliższą temu, co widzimy za oknem. No to wyjrzyjmy.

Taką formą możliwą do zaobserwowania na co dzień jest oligopol. Jest on formą pośrednią między monopolem a konkurencją monopolistyczną, o której opowiem w następnej części. Najważniejsze cechy charakterystyczne oligopolu to:

– liczba producentów działających na rynku nie przekracza kilkunastu

producenci mogą kształtować podaż całej gałęzi, w której operują, co oznacza, że mają znaczny wpływ na cenę rynkową

– pomiędzy uczestnikami rynku zazwyczaj nie występuje konkurencja cenowa

– rywalizacja na rynku odbywa się przez obniżanie kosztów produkcji, reklamę i promocję, dodatkowe usługi, poprawę jakości, różnicowanie wyglądu produktu czy doskonalenie wyrobów

W przypadku oligopolu przedsiębiorcy mogą podjąć szereg działań dotyczących kształtowania ceny. Mogą na przykład prowadzić walkę o zajęcie dominującej pozycji na rynku na własną rękę.  Firmy mogą również zdecydować się na zawarcie porozumienia w formie jawnej i legalnej, jak fuzja, trust lub koncern, oraz tajnej i nielegalnej, jak kartel czy zmowa cenowa.  Szybko je sobie omówimy.

Syndykat prowadzi scentralizowaną politykę cen i zbytu, wyznacza uczestnikom limity produkcyjne.
Trust
to porozumienie, w którym uczestnicy tracą niezależność gospodarczą i prawną, wnoszą do trustu kapitał i w zależności od wkładu, otrzymują udział w zyskach.
Koncern
to forma organizacji skupiająca przedsiębiorstwa o odrębnej osobowości prawnej należące do jednego właściciela.
Fuzja
z kolei stanowi dobrowolne połączenie majątku kilku firm w jeden organizm. Przedsiębiorcy zakładają, że w wyniku połączenia ich sytuacja się polepszy.
Konglomerat
polega na połączeniu kilku firm o odrębnych profilach działalności, z różnych branż i świadczących różnego rodzaju usługi, mające na celu osiągnięcie wyższej rentowności, zdywersyfikowanie źródeł dochodu właścicieli i ograniczenie ryzyka strat finansowych związanych ze zmianami koniunktury w poszczególnych branżach.

Nielegalną w wielu państwach formą działalności jest kartel. Jest to umowa przedsiębiorstw posiadających decydujący wpływ w tej samej lub podobnej gałęzi gospodarki. Cel istnienia kartelu jest jeden – całkowita kontrola nad rynkiem oraz regulacją cen, podaży i popytu.

Żeby nie wikłać się w nielegalne biznesy, nie tracić własnej tożsamości czy wdawać się w wycieńczającą walkę konkurencyjną, uczestniczy oligopolu mogą zdecydować się na przywództwo cenowe, polegające na tym, że najsilniejszy przedsiębiorca określa cenę. 

Jest kilka modeli przywództwa cenowego.
Pierwszy to model dominującej firmy, który odnosi się do tych przemysłów, w których jest jedna duża firma i kilka małych. Małe przejmują cenę określoną przez przywódcę i po niej prowadzą sprzedaż.
Przywództwo efektywnej firmy występuje w sytuacji, w której rolę przywódcy pełni firma mająca najniższe koszty. Wielkość firmy nie ma tutaj żadnego znaczenia.
Przywództwo barometryczne to sytuacja, gdy przywództwo przejmuje firma mająca najlepsze wyczucie sytuacji rynkowej i życzeń pozostałych firm z branży.

W następnej części omówię ostatnią formę organizacji rynku, jaką jest konkurencja monopolistyczna.

 
Categories

Przejrzyste płace działają na pracowników jak sok z gumi jagód

Zdarzyło Wam się pracować w firmie, w której mieliście w umowie zapisany zakaz rozmów o tym kto ile zarabia? Jeszcze kilka lat temu była to często spotykana praktyka. W 2010 roku 23 proc. pracowników amerykańskiego sektora prywatnego przyznawało, że mają taki zapis w kontraktach. Dziś trend jest odwrotny: coraz więcej firm nie tylko ujawnia zarobki pracowników, ale też udostępnia tę informację na zewnątrz. Po co?

 

Firmy, które zdecydowały się na przejrzysty, ogólnodostępny system płac twierdzą, że poprawia on wyniki pracowników i firmy (szczegółowo opisały ten proces m.in. firmy Buffer  i SumAll zajmujące się analizą treści w social mediach). Trzeba jednak uważać, bo to co może być dla pracowników sokiem z gumijagód, po którym będą pracować chętniej, szybciej i bardziej wydajnie, może też pogrążyć firmę w chaosie.

Żeby ujawnienie płac nie okazało się horrorem, trzeba najpierw szczegółowo zaplanować politykę płacową. Kto za co i ile dostaje pieniędzy – pracownicy muszą wiedzieć jak to dokładnie działa.

W stowarzyszeniu Akcja Demokracja, która zajmuje się inicjatywami obywatelskimi, upubliczniony system płac jest prosty: podstawowa pensja pracownika wynosi tu 2900 zł, a wzrasta wraz z doświadczeniem zawodowym pracownika (1 proc. za każdy rok) oraz stażem pracy w stowarzyszeniu – każde 12 miesięcy w Akcji Demokracji daje dodatkowe 2 proc. do wypłaty. Informacja ta jest powszechna i wprost komunikowana podczas rekrutacji.

Precyzja najważniejsza
Buffer, jedna z pierwszych firm, która w 2013 roku całkowicie ujawniła swój system płacowy i wysokość zarobków poszczególnych osób w firmie, stosuje własny mnożnik. Płace od 2018 wylicza na podstawie własnej formuły dostosowanej do ponad siedemdziesięcioosobowego zespołu, z którego część pracuje poza granicami USA

FORMUŁA OKREŚLANIA WYSOKOŚCI ZAROBKÓW W BUFFERZE

PENSJA = mediana zarobków w San Francisco x koszty utrzymania x rola pracownika w firmie (według firmowego frameworka) x doświadczenie zawodowe

Każdy z tych elementów jest niezwykle precyzyjnie opisany. Buffer za każdym razem podkreśla, że jeśli przejrzysty system płacowy ma działać, musi być dookreślony co do najmniejszego szczegółu:

MEDIANA ZAROBKÓW NA DANYM STANOWISKU w SF – to tak naprawdę pięćdziesiąty percentyl zarobków  w San Francisco.

KOSZTY UTRZYMANIA – Buffer podzielił miejsca, w których mieszkają pracownicy na trzy grupy: rejony o wysokich kosztach utrzymania, średnich i niskich. Do podziału używa danych z portalu Numbeo. Następnie mnoży się medianę kosztów życia w San Francisco odpowiednio razy 100, 85  lub 75 procent. Chodzi o to, żeby pracowników firmy było stać na określony standard życia, niezależnie od miejsca zamieszkania. Druga strona medalu jest taka, że na kosztach życia w Bufferze nie da się oszczędzić.

ROLA W FIRMIE – ten mnożnik odnosi się do zadań powierzonych danej osobie w firmie. Mnożnik został dodany po to, żeby zróżnicować zakresy obowiązków osób pracujących na takich samych stanowiskach, a posiadających nierówne zakresy odpowiedzialności.

DOŚWIADCZENIE ten parametr odwołuje się do ścieżek kariery dla każdego działu. Buffer zrezygnował ze stosowanego wcześniej uogólnionego mnożnika, dochodząc do wniosku, że dla każdego obszaru kolejne poziomy doświadczenia wyglądają inaczej. Firma wylicza ten wskaźnik na podstawie własnych schematów zawodowych ścieżek dla poszczególnych osób w firmie.

Od 2016 roku firma nie stosuje w tym przeliczniku dodatków za każdą osobę, która znajduje się na utrzymaniu pracownika, czyli głównie dzieci. Wcześniej każdy z pracowników dostawał rocznie dodatkowe 3 tys. dolarów na każde z nich. “Dotarły do nas jednak głosy, że przekazywanie tych pieniędzy w ramach ogólnego wynagrodzenia wygląda tak, jakbyśmy wyżej cenili ludzi posiadających rodzinę niż innych członków zespołu” – tłumaczył wycofanie się z tego pomysłu Leo Widrich, współzałożyciel Buffera.

Zarobki innych nas motywują
To, że lepiej wykonujemy swoje zadania nie tylko wtedy, kiedy wiemy jak jesteśmy za nie wynagradzani, ale również wtedy, gdy zdajemy sobie sprawę, jak punktowani są inni, udowodnili naukowcy z Uniwersytetu w Tel Awiwie. Do badania zaprosili grupę studentów, którzy mieli zagrać w prostą grę komputerową w stylu memo (odnajdywanie na ekranie podobnych obrazów).

Połowa uczestników wiedziała tylko o tym, za co i jakie bonusy będą dostawać w grze. Druga dostała informację, na jakich zasadach grają oni sami i trzy inne osoby w jej zespole. Dodatkowo niektórzy z badanych otrzymywali ekstra bonusy za swoje osiągnięcia, a inni za wyniki grupy. Okazało się, że ci, którzy mieli dostęp tylko do swoich wyników wypadli gorzej. Najgorzej wypadła zaś ta grupa studentów, która nie miała informacji o tym, jak za osiągnięcia płacono innym i była rozliczana z efektów grupowo. Podobny mechanizm działa w firmach, które w odpowiedni sposób wdrożyły system przejrzystych płac.

Zaufanie i kominy
Firmy, w których skutecznie ujawniono zarobki mówią też o wzroście bardzo ważnego czynnika sukcesu firmy – zaufania pomiędzy członkami zespołu. Jawna lista płac ucina plotki i spekulacje, które tym częściej rozbrzmiewają na firmowych korytarzach, im większe tabu stanowią w firmie.

System rzetelnego informowania pracowników o wynagrodzeniach jest też samoregulującym się mechanizmem antykominowym. Zapobiega on tworzeniu się w firmach tzw. kominów płacowych, czyli sytaucji, gdy kilka osób w firmie (zwykle zarząd) zarabia znacznie więcej od innych pracowników, przy czym wysokość tych zarobków często jest oderwana od rzeczywistości i realnego zakresu odpowiedzialności.

Nie tylko plusy
“Po tym jak księgowa puściła mailem przypadkiem listę z zarobkami wszystkich pracowników, atmosfera zrobiła się tak nieznośna, że jedynym dobrym rozwiązaniem było odejść” – opowiada Joanna, były pracownik jednej z polskich firm.  Profesor marketingu na Uniwersytecie Michigan, który bada m.in. politykę płacową firm przestrzega, że pensje to bardzo emocjonalna sprawa i należy być bardzo ostrożnym w ich ujawnianiu. “To dla ludzi bardzo osobista sprawa: ludzie postrzegają zarobki jako wycenę własnej wartości” – dodaje.

Celem nadrzędnym dobrego procesu tworzenia polityki przejrzystych płac powinno być określenie, kto w jaki sposób może zwiększyć swoje zarobki, a nie samo ujawnienie płac. Źle prowadzona komunikacja w tym zakresie może zakończyć się fatalnie, szczególnie jeśli przeliczniki płac ustawimy tak, że w rezultacie nasi pracownicy zaczną zarabiać mniej niż przed zmianami. W takiej sytuacji trzeba pomyśleć dziesięć razy – czy stać nas na to, żeby odeszli?

 

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Przyjdzie monopol i nas zje

Ale oni wykorzystują pozycję monopolisty i robią co chcą! To skandal, przecież tak nie może być i się nie godzi! Ile razy słyszeliście lub czytaliście taki tekst? Ludzie narzekają na praktyki monopolistyczne, ale co to właściwie jest ten monopol i czy rzeczywiście można się na niego gdzieś poskarżyć?

Poskarżyć można się wolnemu rynkowi i to chyba jedyna instancja. Czasami, zwłaszcza w gospodarkach silnie regulowanych, wkracza państwo i próbuje z monopolem walczyć, ale dopóki ten płaci podatki, nie ma co liczyć na zmianę przepisów. I płacimy jak za zboże. Czas najwyższy, żebyśmy sobie opowiedzieli o formach funkcjonowania rynku. Dzięki temu zrozumiemy dlaczego produkty Apple’a tyle kosztują.

W gospodarce wolnorynkowej wyróżniamy kilka struktur, pierwszą z nich jest konkurencja doskonała. Ma kilka cech wyróżniających.

Duża ilość kupujących i sprzedających. Jednak, żeby mówić o konkurencji doskonałej, na rynku nie może funkcjonować żaden podmiot dominujący. Gdyby taki był, mógłby oddziaływać na cenę. A założeniem konkurencji doskonałej jest to, że siła oddziaływania na rynek pojedynczego uczestnika jest na tyle niewielka, że nie może on samodzielnie wpłynąć na poziom ceny.

Zakłada się identyczność produktu. Wszystko jest takie samo, dlatego nabywcom wszystko jedno od kogo kupią produkt.

Nie ma barier wejścia i wyjścia. Każdy może więc na rynek wejść kiedy chce, i kiedy zechce może go opuścić. Brak barier instytucjonalnych, technicznych, patentowych etc., które uniemożliwiałyby rozpoczęcie działalności.

Wszyscy uczestnicy rynku dysponują doskonałą i pełną informacją dotyczącą produktu, jak i jego ceny obecnej i w przyszłości.

Uznaje się, że konkurencja doskonała jest taką formą funkcjonowania rynku, w której wszystkie siły rynkowe działają w pełni efektywnie. I jak się być może domyślacie, jest to model stosowany zazwyczaj do celów analitycznych.

Czyste rynki doskonale konkurencyjne w rzeczywistości nie istnieją, chociaż niektóre z nich są bliskie spełnienia założeń konkurencji doskonałej. Ekonomiści często podają przykład rynki produktów rolnych. Byłaby to prawda, gdyby nie rozwinięty system kontraktacji, dopłat, interwencji oraz ceny minimalne na produkty. W praktyce znalezienie przykładu rynku doskonale konkurencyjnego jest szalenie trudne.

Drugą formą organizacji rynku jest monopol. To sytuacja przeciwna do konkurencji doskonałej i charakteryzuje się następującymi, niesympatycznymi dla nas, cechami.

Jest jeden sprzedający albo jeden kupujący. Tak, ta druga sytuacja też się zdarza i takie zjawisko nazywamy monopsonem, lub monopolem popytowym.

Monopolista sam tworzy cenę na swój produkt. A ponieważ w sytuacji czystego monopolu nie występują substytuty, może swoją cenę narzucić kupującym. A ci decydują się ją płacić.

Monopolista dysponuje siłą monopolową. Jest to proces, w którym producent może podnosić ceny rynkowe przez zmniejszenie podaży.

Istnieje doskonała informacja o rynku. Monopolista zna popyt na swój towar, dzięki czemu może przy jego pomocy manipulować ceną.

Nie ma swobody wejścia i wyjścia na rynek. Blokowanie może odbywać się przy pomocy różnych narzędzi. Monopolista może być na przykład jedynym właścicielem danego zasobu. Państwo może mu przyznać prawo wyłączności na sprzedaż produktu lub usługi. Jest właścicielem patentu. Do uruchomienia produkcji potrzebne są bardzo duże pieniądze. Ewentualnie monopolista może operować w takiej skali, że inni zwyczajnie nie zmieszczą się już na rynku.

Przykłady prawie czystych monopoli to wydobycie diamentów, produkcja Coca-Coli albo koleje w Polsce. Prawie czyste, bo we wszystkich przypadkach występują substytuty. Chińczycy produkują masowo diamenty syntetyczne, możemy napić się Pepsi-Coli a na Openera pojechać własnym samochodem. No i umówmy się, w dobie globalizacji zostanie prawdziwym monopolistą jest praktycznie niemożliwe, a na pewno szalenie trudne.

Na dzisiaj to wszystko, w kolejnym odcinku opowiem o pozostałych dwóch, bliższych rzeczywistości formach organizacji rynku.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Czego państwo szuka w gospodarce?

Statystyczny Kowalski zapytany o funkcje państwa w gospodarce, ma zazwyczaj do powiedzenia dużo ciepłych słów na temat tego, jakie to są funkcje (przeszkadzanie uczciwemu obywatelowi żyć) i jak są przez państwo realizowane (oględnie mówiąc, realizowane są słabo). No dobra, to jakie właściwie, oprócz przeszkadzania uczciwemu człowiekowi, funkcje sprawuje państwo w gospodarce?

W idealnie kulistym wszechświecie, podstawowym celem polityki gospodarczej państwa jest zwiększenie efektywności ekonomicznej rynku. Państwo musi to robić, bo efektywność podlega wahaniom. Czasami spowodowane są przez recesję, innymi razy przez praktyki monopolistyczne, jeszcze kiedy indziej przez cokolwiek, co ma wpływ na ład i porządek gospodarczy.

Alokacja

Zaczniemy od funkcji alokacyjnej. W tym przypadku rolą państwa jest optymalne rozdysponowanie zasobów w sytuacji, w której mechanizmy rynku doprowadziłyby do ich gorszej alokacji. Odbywa się to przez rozbudowę infrastruktury, tak ekonomicznej, jak i społecznej, odpowiednio prowadzoną politykę strukturalną, politykę prewencyjną (ochrona środowiska).

Teoria głosi, że wolny rynek reguluje się sam a własność prywatna jest najlepsza i prowadzi do optymalnego alokowania zasobów. Nie podejmę się tutaj dyskusji z tym poglądem, bo jako model może i się sprawdza, natomiast w życiu nie chce być tak prosto. Dlatego czasami państwo zauważa, że interes jednostki stoi w jawnej sprzeczności z interesem społeczności lub społeczeństwa i wchodzi z regulacjami. Do zadań państwa należy zatem wybór adekwatnych form własności. Sprywatyzowanie wodociągów i sieci CO grozi drastycznymi podwyżkami cen.

Najważniejszym zadaniem jest wspieranie konkurencji. W sytuacji modelowej państwo powinno dążyć do osiągnięcia stanu konkurencji doskonałej. Może się to odbywać przez zwalczanie praktyk monopolistycznych czy eliminowanie barier wejścia na rynek.

Stabilizacja

Kolejną funkcją jest stabilizacja. Obejmuje ona najważniejsze cele makroekonomiczne, jakie stawia przed sobą państwo. Czyli obniżenie lub wyeliminowanie inflacji i bezrobocia, osiągnięcie i utrzymanie wysokiego tempa wzrostu gospodarczego oraz zachowanie równowagi rynkowej.

Gdy mechanizmy rynkowe nie są w stanie doprowadzić do stanu równowagi, wkracza państwo ze swoją polityką. Do najważniejszych zadań każdego sensownego rządu zalicza się walka z inflacją i bezrobociem oraz ograniczanie recesji. Narzędzia, jakie ma do dyspozycji państwo to polityka fiskalna i monetarna.

Ta pierwsza, zwana również polityką budżetową, służy zaspokojenie popytu państwa na pieniądz i realizację wydatków budżetowych. Do realizacji tych zadań państwo ma bardzo szerokie instrumentarium, do którego zaliczają się podatki, cła, subwencje, obligacje czy poręczenia i gwarancje rządowe.

Polityka monetarna, zwana pieniężną jest najczęściej realizowana przez Bank Centralny i polega na oddziaływaniu na poziom podaży pieniądza oraz kursy walutowe. W tym przypadku państwo korzysta z regulacji oficjalnej stopy procentowej (redyskontowej), sprzedaż lub skup papierów wartościowych i kontrola poziomu rezerw obowiązkowych, czyli rezerw obowiązkowo gromadzonych przez banki.

Do instrumentów pośrednich możemy zaliczyć związane z faktem, że bank centralny kontroluje system bankowy w danym kraju. Oraz perswazję. Tak, bank centralny i rząd mogą formułować nieformalne zalecenia w stronę banków komercyjnych w celu wymuszenia określonych działań.

Redystrybucja

Ostatnią funkcją państwa w gospodarce jest redystrybucja. Obejmuje ona działania mające na celu zmniejszenie nierówności majątkowych i dochodowych, przyczyniające się do wyrównania poziomu życia w społeczeństwie.
Redystrybucji państwo dokonuje przy pomocy następujących narzędzi:

– system podatkowy
– wydatki budżetowe
– składki na ubezpieczenia społeczne

Wydatki najczęściej dotyczą grup społecznych o najniższych dochodach. Poprzez odpowiednie sterowanie strumieniami pieniędzy, państwo może niwelować nierówności, modelować strukturę konsumpcji i oddziaływać na dostęp do takich rzeczy jak oświata, kultura, służba zdrowia, szkolnictwo wyższe czy mieszkania. Redystrybucję realizuje się również przez interwencję w poziom cen kształtujących się na rynku. Może to być kontrola poziomu czynszów czy gwarantowane ceny dla rolników.

Oczywiście głównymi formami pomocy ze strony państwa są różne świadczenia pieniężne. Zaliczymy do nich emerytury, renty, zasiłki chorobowe, inwalidzkie, dla bezrobotnych, dla osób o niskich dochodach, dla niepełnosprawnych i wszelkiego rodzaju dodatki rodzinne i mieszkaniowe.

Spotkałem się z opinią, ze redystrybucyjna funkcja państwa wzbudza mniejsze kontrowersje niż pozostałe dwie. Wydaje mi się, że od momentu wprowadzenia programu 500+ nie jest to prawda.

Niektórzy wymieniają jeszcze czwartą funkcję państwa, ale według mnie kreowanie porządku prawnego jest dużo szersze i stosuje się nie tylko do funkcji gospodarczych. Tym niemniej pamiętajmy, że bez sprawnej legislacji państwo działać nie będzie a prawo reguluje wszystkie aspekty naszego życia.

A za tydzień chyba już czas na bardzo bolesny temat podatków.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI! Wszystko, czego nie wiesz o obrocie akcjami

W ubiegłym tygodniu pisałem o akcjach. Dobrze poszło, w krótkim tekście dałem radę zmieścić ich definicję, prawa i obowiązki wynikające z ich posiadania. Podałem przyczyny emitowania akcji, wyliczyłem ich rodzaje, dużo wiedzy naraz. Zabrakło jednak informacji, co się właściwie z tymi akcjami robi i czy to bezpieczne.

 

Odpowiedź na pierwsze pytanie jest prosta, handluje się nimi. Zakładamy sobie konto w domu lub biurze maklerskim. Gdy jesteśmy naprawdę początkujący, dopiero się uczymy i nie zamierzamy inwestować dziesiątek tysięcy złotych, warto wybrać konto prowadzone bezpłatnie i z niskimi prowizjami od transakcji i darmowymi przelewami z konta do innych banków. Ponadto warto zdecydować się na takie, które pozwala na śledzenie kursów i wykonywanie transakcji w czasie rzeczywistym oraz oferujące analizy i opinie ekspertów.  

Wybieramy, zakładamy i zaczynamy kupować. A potem sprzedawać. W założeniu dobrze byłoby sprzedać drożej niż się kupiło. Do tego dokładamy dywidendę wypłacaną przez niektóre firmy i po roku możemy być jak Wilk z Wall Street. No tyle, że niekoniecznie.

Zwróćcie uwagę, że inwestowanie na giełdzie niektórzy nazywają graniem na giełdzie. Dobrze, gdy jest to gra w brydża. Gorzej, gdy giełda zaczyna przypominać ruletkę. Popatrzmy na plusy i minusy zabawy akcjami.

Niewątpliwą zaletą inwestowania w akcje jest szansa na ponadprzeciętne zyski, jakich nie da nam lokata czy rachunek oszczędnościowy. Trzeba jednak cały czas pamiętać, że jest to szansa. Czyli nic pewnego. Dlatego hodowanie wewnętrznego przekonania, że na giełdzie tylko zyskamy, może skończyć się sporym zawodem.

Niektóre spółki wypłacają dywidendy swoim akcjonariuszom. Jeżeli mamy akcje takich firm, możemy cieszyć się dodatkowym przychodem.

Duża różnorodność branż, w których działają spółki akcyjne pozwala nam na inwestowanie w rzeczy, na których się znamy. Każdy znajdzie coś pod siebie, coś w czym czuje się mocny. Oczywiście znajomość branży nie musi przełożyć się na nasz sukces inwestycyjny, ale zwiększajmy swoje szanse grając na tym boisku, na którym czujemy się pewnie.

Rzecz, o której wiele osób zapomina – emocje. Mogą być przyjemne, mogą być negatywne, ale grając na giełdzie możemy poczuć to coś, co czujemy, gdy postawiliśmy resztkę kasy na czarną siedemnastkę a krupier kręcąc kołem, puszcza kulę w ruch. Pamiętamy jednocześnie o tym, że emocje nie powinny być naszym doradcą. Do tego wątku wrócę jeszcze na końcu.

Same plusy?
No dobra, a gdzie wady? Bo na razie ta giełda wydaje się całkiem fajną sprawą: są pieniądze, są dodatkowe pieniądze z dywidendy, są emocje, z czasem pojawi się jacht, czerwony dywan i gorące modelki. Co może pójść nie tak?

Według mnie największą trudnością w obrocie akcjami jest konieczność ciągłego uczenia się giełdy. Jasne, spadki kursów potrafią dać w kość a patrzenie, jak kurczy się wartość naszego portfela jest doznaniem bolesnym. Jednak dla niektórych inwestorów przeszkodą nie do przeskoczenia może być wymóg ciągłego poszerzania swojej wiedzy. Bez tego nie ma mowy o sensownym inwestowaniu.

Jak wspomniałem przed chwilą, straty bolą. Z tego powodu gra na giełdzie nie jest wskazana dla ludzi o małej odporności psychicznej. Wpadamy wtedy w panikę, słuchamy podszeptów gadziej części mózgu, która mówi „uciekaj”. W tej zabawie bez zimnej krwi daleko nie zajedziemy.

W przypadku inwestycji giełdowych możemy zapomnieć o gwarancji regularnych zysków. Wiem, że to banał, ale niektórzy zdają się nie pamiętać o tym, że kursy akcji mogą się zmieniać w dwóch kierunkach.

Trend is your friend. NOT
Giełda raczej nie jest wskazana dla ludzi ze skłonnościami do zachowań ryzykownych, nałogów i hazardu. Uzależnienie od giełdy jest tematem trudno poddającym się badaniu, bo opierałoby się na deklaracjach samych zainteresowanych. Można natomiast wskazać zachowania, które sugerują uzależnienie. Są to lęki, niepokoje i problemy ze snem. Ludzie uzależnieni nie potrafią wyobrazić siebie w roli innej niż inwestor. Uporczywie myślą o sprawach finansowych, co przekłada się na nieumiejętność wypoczywania, odprężenia. No i obniża się tolerancja na przeżywanie złości. Gdy inwestor, który do niedawna był stoikiem, zaczyna toczyć pianę z byle powodu, oznacza to, że źle się dzieje.

Jak pokazują badania psychologów behawioralnych, jednym z najsilniejszych nałogów są nieregularne wzmocnienia. Mogą to być kary (strata), jak i nagrody (zyski). Inwestor nie wie kiedy i jakie wzmocnienie dostanie.

No i na koniec najważniejsza wada. Od zysków na giełdzie musimy zapłacić 19 proc. podatku.

Moja sugestia jest więc taka. Dużo czytać i analizować, korzystać ze szkoleń, uczyć się rzeczy bardziej skomplikowanych niż standardowe formułki typu „trend is your friend” czy „kupuj, gdy leje się krew”.

Początkującym inwestorom polecam trening na wirtualnej giełdzie. To chyba najlepszy sposób na sprawdzenie siebie w sytuacjach krytycznych, ocenę własnych możliwości, nabycie doświadczenia i naukę, bez ponoszenia jakiegokolwiek ryzyka. Kilka miesięcy grania wirtualnymi pieniędzmi może nam tylko pomóc w staniu się w miarę przytomnym inwestorem.

Szerokości!

 
Categories

Jak kupować, to tylko w necie i na promocji. Tak to się robi w Polsce

Umarła gotówka, niech żyje plastik! Jak zakupy, to tylko w Internecie! Wygoda i brak nachalnych sprzedawców są najważniejsze! E-sklepy najlepsze! Promocje już na mnie nie działają! Jako Polacy bardzo lubimy myśleć o sobie, jak o bardzo nowoczesnych obywatelach, którym knowania marketingowców i technologia już niestraszne Trochę tak, a trochę nie.

 

Jako konsumenci przebyliśmy długą drogę. Od systemu reglamentacyjnego i pustych półek, przez czasy umiarkowanego dobrobytu, aż po obecny, nieco ostentacyjny nadmiar. Od portfeli grubo wypchanych bezwartościowymi pieniędzmi, przez etap bycia przeddenominacyjnymi milionerami, aż po powszechne płatności kartami i telefonami komórkowymi. Jako społeczeństwo konsumpcyjne, rozwinęliśmy się błyskawicznie. A drapieżny kapitalizm i ekspansywna bankowość przemodelowały nasze nawyki zakupowe do tego stopnia, że Polak z roku 2000 patrzyłby na nas dzisiaj jak na kosmitów.

Pokochaliśmy karty płatnicze, debetowe, bankomatowe i kredytowe. Pod koniec ubiegłego roku mieliśmy ich prawie 38 mln, w tym 30 mln zbliżeniówek. Zmieniają one to, jak zachowujemy się na zakupach. Według badań, gdy przychodzi do płacenia kartą, w naszym koszyku znajduje się zawsze dużo więcej rzeczy od tego, co mieliśmy na liście zakupów. Już w latach 70-tych naukowcy dowiedli, że osoby korzystające z kredytówki lub karty debetowej w ramach jednej transakcji zwykle wydawały więcej od rozliczających się w gotówce. Jest to związane z tym, że szybciej zapominamy o wydanych sumach, gdy nie przypomina nam o nich ubytek kasy z portfela.

Schemat „a może jeszcze to mi się przyda” realizuje przy terminalu płatniczym prawie każdy z nas, brak gotówki w portfelu luzuje nam wiele hamulców. W efekcie zaczęliśmy kupować więcej nie dlatego, że potrzebujemy albo nas stać. Z kartą robimy to, bo możemy.

Rozwinięta bankowość internetowa i błyskawiczne darmowe przelewy zmieniły nie tyle nasze zwyczaje zakupowe, co płatnicze. Jeszcze 10 lat temu Poczta Polska była tym miejscem, w którym najchętniej płaciliśmy rachunki. Dzisiaj robi to na niej ledwie 22 proc. Polaków, reszta wybiera płatności przy kasach sklepowych albo przelewy internetowe. Według danych Krajowej Izby Rozliczeniowej, roczna wartość płatności kartą, smartfonem albo przelewem internetowym wynosi 4,5 bln złotych. To bardzo dużo pieniędzy, których nie trzeba już przewozić opancerzonymi furgonetkami, bo zamiast tego mkną sobie po światłowodzie.

Jednak największą zmianą, jaką obserwujemy w ciągu kilku ostatnich lat, jest wzrost popularności zakupów internetowych. Polubiliśmy je do tego stopnia, że brak e-sklepu to obecnie bardzo duże faux pas towarzyskie. Jesteśmy społeczeństwem pragmatycznym, dlatego przez jakiś czas testowaliśmy zakupy w sieci. Sprawdzaliśmy czy to aby bezpieczne, czy sprzedawca na pewno wyśle towar, czy towar nie będzie gorszej jakości niż w sklepie klasycznym i czy cyberprzestępcy nie ukradną nam naszych pieniędzy. Gdy przekonaliśmy się, że oszustwa zdarzają się nie częściej niż w przypadku sklepów stacjonarnych, rzuciliśmy się tłumnie na kupowanie online.

Według badań ponad 12 mln Polaków kupuje w e-sklepach. Kierują się przede wszystkim wygodą, możliwością zaoszczędzenia pieniędzy i większym wyborem, niż w tradycyjnym sklepie. Po krótkim okresie testowania nowego wynalazku, zrozumieliśmy że zakupy w sieci są nie tylko bardziej komfortowe, ale bezpieczniejsze i mniej skomplikowane. Próbowaliście kiedyś znaleźć drożdże piekarskie w supermarkecie?

Polacy mają zwyczaj, że na większe zakupy chodzą przygotowani. Tylko 14 proc. robi je na fristajlu, pozostali tworzą listę, przeglądają strony i gazetki, i porównują ceny w różnych miejscach. Jednak nawet najlepiej przygotowana lista i wybranie najtańszego sklepu stacjonarnego nie uchroni nas przed męką chodzenia miedzy półkami i zastanawiania się, w której alejce jest interesujący nas towar. Dlatego sklepy internetowe wygrywają walkę ze stacjonarnymi, aczkolwiek nie na wszystkich polach.

Podczas przygotowań do zakupów, u klienta bardzo często obserwuje się efekt ROPO. To skrót od Research Online, Purchase Offline i znaczy dokładnie to, co znaczy. Polega on na wyszukiwaniu produktów w Internecie, a następnie kupowaniu ich w normalnych sklepach. Jednak dotyczy to zakupów w określonych branżach. Efekt ROPO najsilniej oddziałuje w przypadku materiałów budowlanych i wykończeniowych, odzieży, dodatków, akcesoriów oraz sprzętu RTV i AGD. Jednak i tutaj Internet przyniósł zmianę, w wyniku której pojawił się efekt odwróconego ROPO. Czyli szukamy w sklepach a kupujemy przez Internet. Dotyczy to przede wszystkim kosmetyków, perfum i obuwia.

Odkąd na rynku pojawiło się Zalando, zakup odzieży czy obuwia przestał być obarczony jakimkolwiek ryzykiem. Firma przyjmuje zwroty bez zadawania zbędnych pytań a na dodatek robimy je za darmo. To jest ten moment, w którym sklep internetowy zaczyna przypominać stacjonarny z tym tylko wyjątkiem, że proces kupowania i przymierzania trwa trochę dłużej niż zwykle. Zalando nauczyło nas, że warto kupować więcej niż jedną sztukę tego samego produktu po to, żeby przymierzyć, porównać a na koniec zrealizować zwrot nadmiarowych zakupów. W roku 2017 robiło tak 15 proc. badanych, rok wcześniej tylko 6 proc.

Jednak nie tylko Internet modeluje nasze nawyki. Zmiany jakie przez ostatnie 15 lat poczyniła w naszych głowach polityka promocyjna, są imponujące. Według raportu przygotowanego przez KPMG, aż 49 proc. Polaków zwleka z decyzją zakupową do czasu startu promocji lub wyprzedaży w sklepach. Uwielbiamy promocje sezonowe, z których najchętniej skorzystałoby 88 proc. badanych. Natomiast analizując najchętniej kupowane towary, można by uznać, że sklepy obuwnicze, odzieżowe i perfumerie sprzedają rzeczy wyłącznie podczas wyprzedaży i promocji.

Płatność kartą albo zakupy przez Internet w połączeniu z promocją to mieszanka wybuchowa. Pod wpływem impulsu zakupowego i emocji kupujemy dużo więcej, niż chcieliśmy. Co drugi badany przyznał, że w trakcie zakupów podczas promocji, kupił inne, nieplanowane wcześniej rzeczy. Łatwość, z jaką dajemy sobą manipulować jest trochę przerażająca. Sprzedawcy nie powiedzieli ostatniego słowa. Najciekawsze wciąż przed nami.

 

 

 
Categories

Polska żegna się z banknotami? Coraz mniej keszu w portfelach

Ponad 185 mld zł w żywej gotówce wciąż krąży w naszej gospodarce. Chociaż jesteśmy liderem płatności zbliżeniowych, to kartami płacimy niemal najrzadziej w Europie. Aż 39 procent wszystkich transakcji to ciągle u nas płatności w keszu. Ale czeka nas duża zmiana: do 2020 roku w Polsce przybędzie pół miliona terminali. Kartą zapłacimy nawet w małym warzywniaku.


Społeczeństwo bezgotówkowe to wizja, którą wcielamy w życie od początku lat 90-tych, gdy na świecie zaczęła rozwijać się bankowość elektroniczna. Niemal trzydzieści lat później jesteśmy o krok od portfela bez banknotów i monet. Prawdopodobnie pierwszym społeczeństwem bez fizycznych pieniędzy stanie się Szwecja, w której coraz więcej sklepów w ogóle nie przyjmuje gotówki. Na płatności bez gotówki szybko przesiada się też Dania, która już od 2016 roku nie drukuje banknotów.

Choć w Polsce bardzo szybko rośnie liczba płatności kartami (wg NBP w ostatnim kwartale 2017 roku wydaliśmy w ten sposób o 10 mld zł więcej niż rok wcześniej), to pod względem liczby płatności bezgotówkowych jesteśmy na szarym końcu Europy. To dziwi, bo nowinki finansowe przyjmujemy chętnie i szybko – w ciągu zaledwie kilku lat staliśmy się europejskim liderem płatności zbliżeniowych.

Wygląda na to, że problemem nie jest niechęć do kart, a fakt. że w wielu miejscach wciąż kartą zapłacić nie można. Tę sytuację chce zmienić Fundacja Polska Bezgotówkowa, która  do końca 2020 roku rozda najmniejszym polskim firmom pół miliona terminali – będą mogli ich używać bez opłat przez pierwszy rok. Program Wsparcia Obrotu Bezgotówkowego Polska Bezgotówkowa to wspólna inicjatywa Związku Banków Polskich, Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, agentów rozliczeniowych oraz organizacji płatniczych Visa i Mastercard, czyli tych graczy rynku, którzy pobierają opłaty od transakcji. Firmy, które zgłaszają się do programu to małe i średnie przedsiębiorstwa, które wcześniej nie przyjmowały płatności kartą. Do 2020 roku krajobraz transakcji powinien się w Polsce zdecydowanie zmienić: liczba terminali wzrośnie dwukrotnie (teraz w Polsce działa ich ok. 600 tys.).

Jest też rządowy projekt terminalizacji Polski. Co prawda trafił właśnie na półkę, ale można spodziewać się jego powrotu, bo płatności bezgotówkowe są dla państwa na rękę, szczególnie w sytuacji, gdy chce walczyć z szarą strefą i uszczelnić system podatkowy. Elektroniczny obrót pieniądzem pozwala bardzo precyzyjnie śledzić przepływ gotówki.

Projekt terminalizacji zakłada, że każdą opłatę w urzędach administracji publicznej będzie można zrealizować bezgotówkowo. Terminal muszą mieć też – zgodnie z projektem ustawy –  wszystkie firmy. Na pierwszy ogień miały pójść te z branży remontowej, gastronomicznej, hotelarskiej i stacje benzynowe.

Bez keszu, bez stresu?
Do rzadkości należy dziś scenariusz, w którym ktoś przychodzi kupić mieszkanie z walizką pieniędzy. Kieszenie wypchane banknotami nie podnoszą już wiarygodności kontrahenta. Wręcz przeciwnie: transakcja taka wzbudza uzasadnione podejrzenia – przede wszystkim co do pochodzenia pieniędzy i ryzyka ich sfałszowania. Dzisiaj bezpiecznym standardem są płatności przelewem, bez kontaktu z tzw. żywą gotówką w żadnym momencie transakcji. Bezpieczeństwo obrotu pieniądzem to najważniejsza zaleta rynku bez gotówki. Dla firm to też zmniejszenie kosztów obsługi gotówki, którą w sklepach każdego dnia trzeba odebrać z kasy i wpłacić do banku.

A ryzyko? Sytuacja, w której operatorzy transakcji bezgotówkowych podnoszą opłaty tak, że stają się one istotną częścią ceny produktów i usług, które kupujemy.

Dlatego bardzo ważne dla rynku finansowego będzie zróżnicowanie dostępnych form płatności bezgotówkowych i podmiotów, które je oferują – konkurencja powinna uchronić nas przed niezdrowymi podwyżkami. Dlatego jako konsumenci powinniśmy trzymać kciuki za rewolucję na rynku finansowym, którą niesie nowe prawo Unii Europejskiej (dyrektywa PSD2), dzięki której nie tylko banki będą mogły obsługiwać nasze płatności.

Zatem zanim całkiem opróżnimy nasze portfele z keszu, zastanówmy się, komu, za co i ile płacimy zbliżając kartę do terminala i czy na pewno jest to najlepsza oferta. Na tym rynku będziemy mieć coraz więcej opcji, więc warto wybierać.

 

O zmianach na rynku usług finansowych przeczytasz też w tekście: Banki tracą monopol na zarządzanie naszymi kontami

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Akcje spółki. A na co to komu?

W poprzednim odcinku opisałem pokrótce obligacje, dzisiaj zajmiemy się bardzo podobnymi (ale jednak różnymi) papierami wartościowymi. Akcje, bo o nich mowa, rozpalają wyobraźnię początkujących inwestorów, którzy wierzą, że to właśnie im uda się strzał życia, zainwestują w dołku, wyjdą na szczycie i będą mogli wachlować się plikami Sobieskich.


Definicja akcji jest porywająca niczym instrukcja obsługi pralki po węgiersku, więc przetłumaczę wam ją na polski. Akcja to papier wartościowy, dzięki któremu zyskujemy jako akcjonariusz uczestnictwo w spółce. Nabywamy też prawa i obowiązki akcjonariusza. Pojedziemy po kolei, najpierw prawa majątkowe, jakie daje nam posiadanie akcji.

Dzięki nim mamy prawo do dywidendy. Jest to udział w tej części zysku spółki, który został przeznaczony do podziału między akcjonariuszy. Oczywiście może się zdarzyć, że spółka zysk reinwestuje i dywidendy nie będzie. Mamy też prawo do udziału w podziale majątku spółki w przypadku jej likwidacji. Te dwa prawa nie mogą nam zostać odebrane ani przez statut, ani uchwałę akcjonariuszy.

Kupując akcję zyskujemy też prawo do poboru akcji w przypadku nowej emisji. To prawo może już zostać ograniczone lub wyłączone, jeżeli leży to w interesie spółki. To były prawa majątkowe, teraz szybko przelecimy przez prawa niemajątkowe, dzięki którym dostajemy bierne prawo głosu. Oznacza to, że możemy zostać wybrani do zarządu albo rady nadzorczej.

Mamy również prawo uczestniczyć w walnym zgromadzeniu. Jednocześnie dostajemy prawo do zaskarżania uchwał zgromadzenia. Skarżyć możemy uchwały niezgodne z prawem, sprzeczne ze statutem, godzące w interes spółki, służące pokrzywdzeniu akcjonariuszy czy sprzeczne z dobrymi obyczajami.

Możemy żądać udzielenia informacji na walnym zgromadzeniu lub poza nim. I najciekawsze według mnie prawo niemajątkowe, czyli możliwość wystąpienia z powództwem o naprawieniem szkody wyrządzonej spółce, w sytuacji gdy spółka takiego powództwa nie wytoczy.

Jak widać posiadanie akcji daje nam mnóstwo praw. A jakie mamy obowiązki? Musimy za akcje zapłacić, a w przypadku gdy akcja nakłada na nas obowiązek świadczenia niepieniężnego, musimy je zrealizować.

Może nam się wydawać, że akcja jest akcja. Otóż niekoniecznie, prawo polskie wyróżnia aż osiem ich rodzajów, z których omówię najciekawsze. Akcje imienne i na okaziciela. Te pierwsze dają uprawnienia tylko tej osobie, która jest wskazana na akcji z imienia, nazwiska bądź nazwy firmy. Akcje na okaziciela to te, które wszyscy kojarzymy jako akcje. Czyli wszelkie prawa wynikające z ich posiadania przysługują temu, kto trzyma je w portfelu. A właściwie w systemie komputerowym, bo aktualnie akcje mają zazwyczaj postać zdematerializowaną.

Mamy też akcje uprzywilejowane, które są przy okazji akcjami imiennymi. Jak sama nazwa wskazuje, dają nam przywileje dotyczące wybranych albo wszystkich praw wynikających z akcji. Może to być na przykład wyższy udział w dywidendzie albo więcej głosów na walnym.

I na koniec akcje nieme, które nie dają nam prawa głosu na walnym, ale w zamian za to dostajemy przywilej wyższej dywidendy i pierwszeństwo w jej wypłacie. Czyli mamy ograniczone prawa niemajątkowe a uprzywilejowane majątkowe.

Akcje gotówkowe, aportowe, założycielskie i takie, do których przypisany jest obowiązek powtarzających się świadczeń niepieniężnych wymieniam dla porządku, bo one nas interesować nie będą.

Po co spółki emitują akcje? Ano po to, żeby pozyskać środki na inwestycje i dalszy rozwój. To samo ma miejsce w przypadku obligacji, ale jak pamiętamy z poprzedniej części, obligacje nie dają nam tak szerokich praw majątkowych, jak akcje.

Historycznie rzecz biorąc, akcje to leciwy papier. Prekursorem była pierwsza międzynarodowa korporacja, czyli Holenderska Kompania Wschodnioindyjska, która wyemitowała akcje ponad 400 lat temu. Zebrane pieniądze dyrektorzy zainwestowali mądrze, czyniąc ze swojej korporacji prawdziwą potęgę, konkurującą bez kompleksów z Wielką Brytanią i ich Brytyjską Kompanią Wschodnioindyjską. O skali ich działania niech świadczą liczby: mieli 150 statków handlowych, 40 okrętów, 50 tys. pracowników i dziesięciotysięczną armię.

Dzięki akcjom prywatna firma mogła w końcu pozwolić sobie na wydatki, na które do tej pory było stać jedynie państwo.

W kolejnym odcinku opowiem o tym, gdzie kupować akcje i że ich posiadanie daje nam tyle samo szans co ryzyka.