Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI! Wszystko, czego nie wiesz o obrocie akcjami

W ubiegłym tygodniu pisałem o akcjach. Dobrze poszło, w krótkim tekście dałem radę zmieścić ich definicję, prawa i obowiązki wynikające z ich posiadania. Podałem przyczyny emitowania akcji, wyliczyłem ich rodzaje, dużo wiedzy naraz. Zabrakło jednak informacji, co się właściwie z tymi akcjami robi i czy to bezpieczne.

 

Odpowiedź na pierwsze pytanie jest prosta, handluje się nimi. Zakładamy sobie konto w domu lub biurze maklerskim. Gdy jesteśmy naprawdę początkujący, dopiero się uczymy i nie zamierzamy inwestować dziesiątek tysięcy złotych, warto wybrać konto prowadzone bezpłatnie i z niskimi prowizjami od transakcji i darmowymi przelewami z konta do innych banków. Ponadto warto zdecydować się na takie, które pozwala na śledzenie kursów i wykonywanie transakcji w czasie rzeczywistym oraz oferujące analizy i opinie ekspertów.  

Wybieramy, zakładamy i zaczynamy kupować. A potem sprzedawać. W założeniu dobrze byłoby sprzedać drożej niż się kupiło. Do tego dokładamy dywidendę wypłacaną przez niektóre firmy i po roku możemy być jak Wilk z Wall Street. No tyle, że niekoniecznie.

Zwróćcie uwagę, że inwestowanie na giełdzie niektórzy nazywają graniem na giełdzie. Dobrze, gdy jest to gra w brydża. Gorzej, gdy giełda zaczyna przypominać ruletkę. Popatrzmy na plusy i minusy zabawy akcjami.

Niewątpliwą zaletą inwestowania w akcje jest szansa na ponadprzeciętne zyski, jakich nie da nam lokata czy rachunek oszczędnościowy. Trzeba jednak cały czas pamiętać, że jest to szansa. Czyli nic pewnego. Dlatego hodowanie wewnętrznego przekonania, że na giełdzie tylko zyskamy, może skończyć się sporym zawodem.

Niektóre spółki wypłacają dywidendy swoim akcjonariuszom. Jeżeli mamy akcje takich firm, możemy cieszyć się dodatkowym przychodem.

Duża różnorodność branż, w których działają spółki akcyjne pozwala nam na inwestowanie w rzeczy, na których się znamy. Każdy znajdzie coś pod siebie, coś w czym czuje się mocny. Oczywiście znajomość branży nie musi przełożyć się na nasz sukces inwestycyjny, ale zwiększajmy swoje szanse grając na tym boisku, na którym czujemy się pewnie.

Rzecz, o której wiele osób zapomina – emocje. Mogą być przyjemne, mogą być negatywne, ale grając na giełdzie możemy poczuć to coś, co czujemy, gdy postawiliśmy resztkę kasy na czarną siedemnastkę a krupier kręcąc kołem, puszcza kulę w ruch. Pamiętamy jednocześnie o tym, że emocje nie powinny być naszym doradcą. Do tego wątku wrócę jeszcze na końcu.

Same plusy?
No dobra, a gdzie wady? Bo na razie ta giełda wydaje się całkiem fajną sprawą: są pieniądze, są dodatkowe pieniądze z dywidendy, są emocje, z czasem pojawi się jacht, czerwony dywan i gorące modelki. Co może pójść nie tak?

Według mnie największą trudnością w obrocie akcjami jest konieczność ciągłego uczenia się giełdy. Jasne, spadki kursów potrafią dać w kość a patrzenie, jak kurczy się wartość naszego portfela jest doznaniem bolesnym. Jednak dla niektórych inwestorów przeszkodą nie do przeskoczenia może być wymóg ciągłego poszerzania swojej wiedzy. Bez tego nie ma mowy o sensownym inwestowaniu.

Jak wspomniałem przed chwilą, straty bolą. Z tego powodu gra na giełdzie nie jest wskazana dla ludzi o małej odporności psychicznej. Wpadamy wtedy w panikę, słuchamy podszeptów gadziej części mózgu, która mówi „uciekaj”. W tej zabawie bez zimnej krwi daleko nie zajedziemy.

W przypadku inwestycji giełdowych możemy zapomnieć o gwarancji regularnych zysków. Wiem, że to banał, ale niektórzy zdają się nie pamiętać o tym, że kursy akcji mogą się zmieniać w dwóch kierunkach.

Trend is your friend. NOT
Giełda raczej nie jest wskazana dla ludzi ze skłonnościami do zachowań ryzykownych, nałogów i hazardu. Uzależnienie od giełdy jest tematem trudno poddającym się badaniu, bo opierałoby się na deklaracjach samych zainteresowanych. Można natomiast wskazać zachowania, które sugerują uzależnienie. Są to lęki, niepokoje i problemy ze snem. Ludzie uzależnieni nie potrafią wyobrazić siebie w roli innej niż inwestor. Uporczywie myślą o sprawach finansowych, co przekłada się na nieumiejętność wypoczywania, odprężenia. No i obniża się tolerancja na przeżywanie złości. Gdy inwestor, który do niedawna był stoikiem, zaczyna toczyć pianę z byle powodu, oznacza to, że źle się dzieje.

Jak pokazują badania psychologów behawioralnych, jednym z najsilniejszych nałogów są nieregularne wzmocnienia. Mogą to być kary (strata), jak i nagrody (zyski). Inwestor nie wie kiedy i jakie wzmocnienie dostanie.

No i na koniec najważniejsza wada. Od zysków na giełdzie musimy zapłacić 19 proc. podatku.

Moja sugestia jest więc taka. Dużo czytać i analizować, korzystać ze szkoleń, uczyć się rzeczy bardziej skomplikowanych niż standardowe formułki typu „trend is your friend” czy „kupuj, gdy leje się krew”.

Początkującym inwestorom polecam trening na wirtualnej giełdzie. To chyba najlepszy sposób na sprawdzenie siebie w sytuacjach krytycznych, ocenę własnych możliwości, nabycie doświadczenia i naukę, bez ponoszenia jakiegokolwiek ryzyka. Kilka miesięcy grania wirtualnymi pieniędzmi może nam tylko pomóc w staniu się w miarę przytomnym inwestorem.

Szerokości!

 
Categories

Jak kupować, to tylko w necie i na promocji. Tak to się robi w Polsce

Umarła gotówka, niech żyje plastik! Jak zakupy, to tylko w Internecie! Wygoda i brak nachalnych sprzedawców są najważniejsze! E-sklepy najlepsze! Promocje już na mnie nie działają! Jako Polacy bardzo lubimy myśleć o sobie, jak o bardzo nowoczesnych obywatelach, którym knowania marketingowców i technologia już niestraszne Trochę tak, a trochę nie.

 

Jako konsumenci przebyliśmy długą drogę. Od systemu reglamentacyjnego i pustych półek, przez czasy umiarkowanego dobrobytu, aż po obecny, nieco ostentacyjny nadmiar. Od portfeli grubo wypchanych bezwartościowymi pieniędzmi, przez etap bycia przeddenominacyjnymi milionerami, aż po powszechne płatności kartami i telefonami komórkowymi. Jako społeczeństwo konsumpcyjne, rozwinęliśmy się błyskawicznie. A drapieżny kapitalizm i ekspansywna bankowość przemodelowały nasze nawyki zakupowe do tego stopnia, że Polak z roku 2000 patrzyłby na nas dzisiaj jak na kosmitów.

Pokochaliśmy karty płatnicze, debetowe, bankomatowe i kredytowe. Pod koniec ubiegłego roku mieliśmy ich prawie 38 mln, w tym 30 mln zbliżeniówek. Zmieniają one to, jak zachowujemy się na zakupach. Według badań, gdy przychodzi do płacenia kartą, w naszym koszyku znajduje się zawsze dużo więcej rzeczy od tego, co mieliśmy na liście zakupów. Już w latach 70-tych naukowcy dowiedli, że osoby korzystające z kredytówki lub karty debetowej w ramach jednej transakcji zwykle wydawały więcej od rozliczających się w gotówce. Jest to związane z tym, że szybciej zapominamy o wydanych sumach, gdy nie przypomina nam o nich ubytek kasy z portfela.

Schemat „a może jeszcze to mi się przyda” realizuje przy terminalu płatniczym prawie każdy z nas, brak gotówki w portfelu luzuje nam wiele hamulców. W efekcie zaczęliśmy kupować więcej nie dlatego, że potrzebujemy albo nas stać. Z kartą robimy to, bo możemy.

Rozwinięta bankowość internetowa i błyskawiczne darmowe przelewy zmieniły nie tyle nasze zwyczaje zakupowe, co płatnicze. Jeszcze 10 lat temu Poczta Polska była tym miejscem, w którym najchętniej płaciliśmy rachunki. Dzisiaj robi to na niej ledwie 22 proc. Polaków, reszta wybiera płatności przy kasach sklepowych albo przelewy internetowe. Według danych Krajowej Izby Rozliczeniowej, roczna wartość płatności kartą, smartfonem albo przelewem internetowym wynosi 4,5 bln złotych. To bardzo dużo pieniędzy, których nie trzeba już przewozić opancerzonymi furgonetkami, bo zamiast tego mkną sobie po światłowodzie.

Jednak największą zmianą, jaką obserwujemy w ciągu kilku ostatnich lat, jest wzrost popularności zakupów internetowych. Polubiliśmy je do tego stopnia, że brak e-sklepu to obecnie bardzo duże faux pas towarzyskie. Jesteśmy społeczeństwem pragmatycznym, dlatego przez jakiś czas testowaliśmy zakupy w sieci. Sprawdzaliśmy czy to aby bezpieczne, czy sprzedawca na pewno wyśle towar, czy towar nie będzie gorszej jakości niż w sklepie klasycznym i czy cyberprzestępcy nie ukradną nam naszych pieniędzy. Gdy przekonaliśmy się, że oszustwa zdarzają się nie częściej niż w przypadku sklepów stacjonarnych, rzuciliśmy się tłumnie na kupowanie online.

Według badań ponad 12 mln Polaków kupuje w e-sklepach. Kierują się przede wszystkim wygodą, możliwością zaoszczędzenia pieniędzy i większym wyborem, niż w tradycyjnym sklepie. Po krótkim okresie testowania nowego wynalazku, zrozumieliśmy że zakupy w sieci są nie tylko bardziej komfortowe, ale bezpieczniejsze i mniej skomplikowane. Próbowaliście kiedyś znaleźć drożdże piekarskie w supermarkecie?

Polacy mają zwyczaj, że na większe zakupy chodzą przygotowani. Tylko 14 proc. robi je na fristajlu, pozostali tworzą listę, przeglądają strony i gazetki, i porównują ceny w różnych miejscach. Jednak nawet najlepiej przygotowana lista i wybranie najtańszego sklepu stacjonarnego nie uchroni nas przed męką chodzenia miedzy półkami i zastanawiania się, w której alejce jest interesujący nas towar. Dlatego sklepy internetowe wygrywają walkę ze stacjonarnymi, aczkolwiek nie na wszystkich polach.

Podczas przygotowań do zakupów, u klienta bardzo często obserwuje się efekt ROPO. To skrót od Research Online, Purchase Offline i znaczy dokładnie to, co znaczy. Polega on na wyszukiwaniu produktów w Internecie, a następnie kupowaniu ich w normalnych sklepach. Jednak dotyczy to zakupów w określonych branżach. Efekt ROPO najsilniej oddziałuje w przypadku materiałów budowlanych i wykończeniowych, odzieży, dodatków, akcesoriów oraz sprzętu RTV i AGD. Jednak i tutaj Internet przyniósł zmianę, w wyniku której pojawił się efekt odwróconego ROPO. Czyli szukamy w sklepach a kupujemy przez Internet. Dotyczy to przede wszystkim kosmetyków, perfum i obuwia.

Odkąd na rynku pojawiło się Zalando, zakup odzieży czy obuwia przestał być obarczony jakimkolwiek ryzykiem. Firma przyjmuje zwroty bez zadawania zbędnych pytań a na dodatek robimy je za darmo. To jest ten moment, w którym sklep internetowy zaczyna przypominać stacjonarny z tym tylko wyjątkiem, że proces kupowania i przymierzania trwa trochę dłużej niż zwykle. Zalando nauczyło nas, że warto kupować więcej niż jedną sztukę tego samego produktu po to, żeby przymierzyć, porównać a na koniec zrealizować zwrot nadmiarowych zakupów. W roku 2017 robiło tak 15 proc. badanych, rok wcześniej tylko 6 proc.

Jednak nie tylko Internet modeluje nasze nawyki. Zmiany jakie przez ostatnie 15 lat poczyniła w naszych głowach polityka promocyjna, są imponujące. Według raportu przygotowanego przez KPMG, aż 49 proc. Polaków zwleka z decyzją zakupową do czasu startu promocji lub wyprzedaży w sklepach. Uwielbiamy promocje sezonowe, z których najchętniej skorzystałoby 88 proc. badanych. Natomiast analizując najchętniej kupowane towary, można by uznać, że sklepy obuwnicze, odzieżowe i perfumerie sprzedają rzeczy wyłącznie podczas wyprzedaży i promocji.

Płatność kartą albo zakupy przez Internet w połączeniu z promocją to mieszanka wybuchowa. Pod wpływem impulsu zakupowego i emocji kupujemy dużo więcej, niż chcieliśmy. Co drugi badany przyznał, że w trakcie zakupów podczas promocji, kupił inne, nieplanowane wcześniej rzeczy. Łatwość, z jaką dajemy sobą manipulować jest trochę przerażająca. Sprzedawcy nie powiedzieli ostatniego słowa. Najciekawsze wciąż przed nami.

 

 

 
Categories

Polska żegna się z banknotami? Coraz mniej keszu w portfelach

Ponad 185 mld zł w żywej gotówce wciąż krąży w naszej gospodarce. Chociaż jesteśmy liderem płatności zbliżeniowych, to kartami płacimy niemal najrzadziej w Europie. Aż 39 procent wszystkich transakcji to ciągle u nas płatności w keszu. Ale czeka nas duża zmiana: do 2020 roku w Polsce przybędzie pół miliona terminali. Kartą zapłacimy nawet w małym warzywniaku.


Społeczeństwo bezgotówkowe to wizja, którą wcielamy w życie od początku lat 90-tych, gdy na świecie zaczęła rozwijać się bankowość elektroniczna. Niemal trzydzieści lat później jesteśmy o krok od portfela bez banknotów i monet. Prawdopodobnie pierwszym społeczeństwem bez fizycznych pieniędzy stanie się Szwecja, w której coraz więcej sklepów w ogóle nie przyjmuje gotówki. Na płatności bez gotówki szybko przesiada się też Dania, która już od 2016 roku nie drukuje banknotów.

Choć w Polsce bardzo szybko rośnie liczba płatności kartami (wg NBP w ostatnim kwartale 2017 roku wydaliśmy w ten sposób o 10 mld zł więcej niż rok wcześniej), to pod względem liczby płatności bezgotówkowych jesteśmy na szarym końcu Europy. To dziwi, bo nowinki finansowe przyjmujemy chętnie i szybko – w ciągu zaledwie kilku lat staliśmy się europejskim liderem płatności zbliżeniowych.

Wygląda na to, że problemem nie jest niechęć do kart, a fakt. że w wielu miejscach wciąż kartą zapłacić nie można. Tę sytuację chce zmienić Fundacja Polska Bezgotówkowa, która  do końca 2020 roku rozda najmniejszym polskim firmom pół miliona terminali – będą mogli ich używać bez opłat przez pierwszy rok. Program Wsparcia Obrotu Bezgotówkowego Polska Bezgotówkowa to wspólna inicjatywa Związku Banków Polskich, Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, agentów rozliczeniowych oraz organizacji płatniczych Visa i Mastercard, czyli tych graczy rynku, którzy pobierają opłaty od transakcji. Firmy, które zgłaszają się do programu to małe i średnie przedsiębiorstwa, które wcześniej nie przyjmowały płatności kartą. Do 2020 roku krajobraz transakcji powinien się w Polsce zdecydowanie zmienić: liczba terminali wzrośnie dwukrotnie (teraz w Polsce działa ich ok. 600 tys.).

Jest też rządowy projekt terminalizacji Polski. Co prawda trafił właśnie na półkę, ale można spodziewać się jego powrotu, bo płatności bezgotówkowe są dla państwa na rękę, szczególnie w sytuacji, gdy chce walczyć z szarą strefą i uszczelnić system podatkowy. Elektroniczny obrót pieniądzem pozwala bardzo precyzyjnie śledzić przepływ gotówki.

Projekt terminalizacji zakłada, że każdą opłatę w urzędach administracji publicznej będzie można zrealizować bezgotówkowo. Terminal muszą mieć też – zgodnie z projektem ustawy –  wszystkie firmy. Na pierwszy ogień miały pójść te z branży remontowej, gastronomicznej, hotelarskiej i stacje benzynowe.

Bez keszu, bez stresu?
Do rzadkości należy dziś scenariusz, w którym ktoś przychodzi kupić mieszkanie z walizką pieniędzy. Kieszenie wypchane banknotami nie podnoszą już wiarygodności kontrahenta. Wręcz przeciwnie: transakcja taka wzbudza uzasadnione podejrzenia – przede wszystkim co do pochodzenia pieniędzy i ryzyka ich sfałszowania. Dzisiaj bezpiecznym standardem są płatności przelewem, bez kontaktu z tzw. żywą gotówką w żadnym momencie transakcji. Bezpieczeństwo obrotu pieniądzem to najważniejsza zaleta rynku bez gotówki. Dla firm to też zmniejszenie kosztów obsługi gotówki, którą w sklepach każdego dnia trzeba odebrać z kasy i wpłacić do banku.

A ryzyko? Sytuacja, w której operatorzy transakcji bezgotówkowych podnoszą opłaty tak, że stają się one istotną częścią ceny produktów i usług, które kupujemy.

Dlatego bardzo ważne dla rynku finansowego będzie zróżnicowanie dostępnych form płatności bezgotówkowych i podmiotów, które je oferują – konkurencja powinna uchronić nas przed niezdrowymi podwyżkami. Dlatego jako konsumenci powinniśmy trzymać kciuki za rewolucję na rynku finansowym, którą niesie nowe prawo Unii Europejskiej (dyrektywa PSD2), dzięki której nie tylko banki będą mogły obsługiwać nasze płatności.

Zatem zanim całkiem opróżnimy nasze portfele z keszu, zastanówmy się, komu, za co i ile płacimy zbliżając kartę do terminala i czy na pewno jest to najlepsza oferta. Na tym rynku będziemy mieć coraz więcej opcji, więc warto wybierać.

 

O zmianach na rynku usług finansowych przeczytasz też w tekście: Banki tracą monopol na zarządzanie naszymi kontami

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Akcje spółki. A na co to komu?

W poprzednim odcinku opisałem pokrótce obligacje, dzisiaj zajmiemy się bardzo podobnymi (ale jednak różnymi) papierami wartościowymi. Akcje, bo o nich mowa, rozpalają wyobraźnię początkujących inwestorów, którzy wierzą, że to właśnie im uda się strzał życia, zainwestują w dołku, wyjdą na szczycie i będą mogli wachlować się plikami Sobieskich.


Definicja akcji jest porywająca niczym instrukcja obsługi pralki po węgiersku, więc przetłumaczę wam ją na polski. Akcja to papier wartościowy, dzięki któremu zyskujemy jako akcjonariusz uczestnictwo w spółce. Nabywamy też prawa i obowiązki akcjonariusza. Pojedziemy po kolei, najpierw prawa majątkowe, jakie daje nam posiadanie akcji.

Dzięki nim mamy prawo do dywidendy. Jest to udział w tej części zysku spółki, który został przeznaczony do podziału między akcjonariuszy. Oczywiście może się zdarzyć, że spółka zysk reinwestuje i dywidendy nie będzie. Mamy też prawo do udziału w podziale majątku spółki w przypadku jej likwidacji. Te dwa prawa nie mogą nam zostać odebrane ani przez statut, ani uchwałę akcjonariuszy.

Kupując akcję zyskujemy też prawo do poboru akcji w przypadku nowej emisji. To prawo może już zostać ograniczone lub wyłączone, jeżeli leży to w interesie spółki. To były prawa majątkowe, teraz szybko przelecimy przez prawa niemajątkowe, dzięki którym dostajemy bierne prawo głosu. Oznacza to, że możemy zostać wybrani do zarządu albo rady nadzorczej.

Mamy również prawo uczestniczyć w walnym zgromadzeniu. Jednocześnie dostajemy prawo do zaskarżania uchwał zgromadzenia. Skarżyć możemy uchwały niezgodne z prawem, sprzeczne ze statutem, godzące w interes spółki, służące pokrzywdzeniu akcjonariuszy czy sprzeczne z dobrymi obyczajami.

Możemy żądać udzielenia informacji na walnym zgromadzeniu lub poza nim. I najciekawsze według mnie prawo niemajątkowe, czyli możliwość wystąpienia z powództwem o naprawieniem szkody wyrządzonej spółce, w sytuacji gdy spółka takiego powództwa nie wytoczy.

Jak widać posiadanie akcji daje nam mnóstwo praw. A jakie mamy obowiązki? Musimy za akcje zapłacić, a w przypadku gdy akcja nakłada na nas obowiązek świadczenia niepieniężnego, musimy je zrealizować.

Może nam się wydawać, że akcja jest akcja. Otóż niekoniecznie, prawo polskie wyróżnia aż osiem ich rodzajów, z których omówię najciekawsze. Akcje imienne i na okaziciela. Te pierwsze dają uprawnienia tylko tej osobie, która jest wskazana na akcji z imienia, nazwiska bądź nazwy firmy. Akcje na okaziciela to te, które wszyscy kojarzymy jako akcje. Czyli wszelkie prawa wynikające z ich posiadania przysługują temu, kto trzyma je w portfelu. A właściwie w systemie komputerowym, bo aktualnie akcje mają zazwyczaj postać zdematerializowaną.

Mamy też akcje uprzywilejowane, które są przy okazji akcjami imiennymi. Jak sama nazwa wskazuje, dają nam przywileje dotyczące wybranych albo wszystkich praw wynikających z akcji. Może to być na przykład wyższy udział w dywidendzie albo więcej głosów na walnym.

I na koniec akcje nieme, które nie dają nam prawa głosu na walnym, ale w zamian za to dostajemy przywilej wyższej dywidendy i pierwszeństwo w jej wypłacie. Czyli mamy ograniczone prawa niemajątkowe a uprzywilejowane majątkowe.

Akcje gotówkowe, aportowe, założycielskie i takie, do których przypisany jest obowiązek powtarzających się świadczeń niepieniężnych wymieniam dla porządku, bo one nas interesować nie będą.

Po co spółki emitują akcje? Ano po to, żeby pozyskać środki na inwestycje i dalszy rozwój. To samo ma miejsce w przypadku obligacji, ale jak pamiętamy z poprzedniej części, obligacje nie dają nam tak szerokich praw majątkowych, jak akcje.

Historycznie rzecz biorąc, akcje to leciwy papier. Prekursorem była pierwsza międzynarodowa korporacja, czyli Holenderska Kompania Wschodnioindyjska, która wyemitowała akcje ponad 400 lat temu. Zebrane pieniądze dyrektorzy zainwestowali mądrze, czyniąc ze swojej korporacji prawdziwą potęgę, konkurującą bez kompleksów z Wielką Brytanią i ich Brytyjską Kompanią Wschodnioindyjską. O skali ich działania niech świadczą liczby: mieli 150 statków handlowych, 40 okrętów, 50 tys. pracowników i dziesięciotysięczną armię.

Dzięki akcjom prywatna firma mogła w końcu pozwolić sobie na wydatki, na które do tej pory było stać jedynie państwo.

W kolejnym odcinku opowiem o tym, gdzie kupować akcje i że ich posiadanie daje nam tyle samo szans co ryzyk.

 
Categories

Tanie wakacje. Jak zwiedzić świat za skandalicznie małe pieniądze?

Wakacje. Znowu ruszymy w Polskę i w świat, żeby zwiedzać, oglądać, zachwycać się i lenić. My, Polacy nie bronimy się przed wypoczynkiem. Lubimy wyciągnąć się na leżaku na plaży i naładować akumulatory przed powrotem do pracy. To, czego nie lubimy to przepłacać.

 

Według badań co roku na urlop rusza około 60 proc. Polaków. W tej grupie połowa wybiera wypoczynek zagraniczny. W roku 2016 na takie wyjazdy wydaliśmy 33,6 mld złotych, w tym 20,6 mld na wyjazdy długookresowe (powyżej pięciu dni). W trakcie podróży zagranicznych najwięcej zapłaciliśmy za transport (6,7 mld),  zakwaterowanie (5,6 mld) i wyżywienie (4,5 mld). Do talerza nikomu nie będziemy zaglądać, bo każdy na wczasach je co chce i za ile chce. Ale na zakwaterowaniu i lotach możemy łatwo zrobić duże oszczędności, nie jest wymagany wielki wysiłek a jedynie chwila wolnego czasu.

Zacznijmy od tego, że jest drogie podróżowanie, tanie podróżowanie i skandalicznie tanie podróżowanie. Gdy mamy dużo pieniędzy, rezerwujemy lot dokładnie w to miejsce, w które chcemy lecieć i na konkretny termin. I się nie przejmujemy.

Gdy chcemy podróżować tanio, musimy zdobyć się już na pewną elastyczność. Być może trzeba będzie przesunąć o tydzień urlop. Być może trzeba będzie zdecydować się na ekscentryczny termin od wtorku do następnej środy. No i być może zamiast wizyty w Hiszpanii trzeba będzie zdecydować się na południe Francji.

Gdy chcesz podróżować skandalicznie tanio, zapominasz o tym, że znajdziesz lot na dokładnie ten okres, w którym chcesz gdzieś lecieć. Zapominasz też o bardzo tanich lotach w miejsce, do którego chcesz lecieć. Bo skandalicznie tanio lecisz nie tam, gdzie chcesz, tylko tam, gdzie powiedzie cię linia lotnicza.

Pierwszy krok w drodze do elastyczności uczyniliśmy, teraz poszerzamy swoją strefę komfortu. Bardzo tanie latanie wymaga mobilności i żeby polecieć gdzieś dalej, musimy wybrać połączenie z przesiadkami. Albo start nie spod domu, tylko z Lwowa. Lub Amsterdamu. I wtedy Tokio za siedem stówek jest możliwe.

Jak już się pogodzimy z faktem, że nasz urlop nie będzie od linijki tylko na spontanie, przechodzimy do spraw technicznych.

Rzeczą najprostszą i podstawową są wyszukiwarki połączeń. Do wyboru mamy w tej chwili mnóstwo narzędzi: Cheapflights, Flipo, Fly4free, Google flights, Kayak, Momondo, Skyscanner. To żadna wiedza tajemna, wszyscy z nich korzystają. Tylko czasami mam z tymi wszystkimi wyszukiwarkami jeden problem. Coraz częściej oferują mi konkretny lot drożej niż na stronie przewoźnika. Dlatego sugeruję, żeby nie ograniczać się li tylko do wyszukiwarek i czesać również strony linii lotniczych.

Jeżeli nie mamy sprecyzowanych planów a chcielibyśmy polecieć w jakieś fajne miejsce, pozwólmy innym poszukać za nas. Można dodać na Facebooku do obserwowanych takie profile jak Tanie Loty, Fly4Free czy Mleczne Podróże . Nie są to jakieś oszałamiające promocji, ale po pierwsze robotę odwala za nas ktoś inny, po drugie czasami można tam coś jednak trafić.

Wracając do wątku linii lotniczych. Zapiszcie się do ich newsletterów. To prawdziwe bogactwo najświeższych informacji. Żeby podróżować za złotówkę, trzeba być na bieżąco. Wiele linii oferuje regularne promocje, sezonowe wyprzedaże i informuje o nowo uruchomionych trasach. Praktycznie u każdego przewoźnika pierwsze rejsy w nowe miejsca można dostać w cenach tak bardzo okazyjnych, że nie uwierzycie.

Przyglądając się uważnie ofertom linii lotniczych możemy znaleźć tzw. błędy rezerwacyjne. To jest wtedy, gdy w wyniku błędu ludzkiego lub systemu komputerowego do oferty trafiają przeloty za ułamek ceny. Możemy trafić na „przeceny” rzędu nawet 80 proc. Bardzo rzadko zdarza się, żeby przewoźnik takie bilety anulował, straty finansowe na takim locie można odrobić w dobę, straty wizerunkowe mogą być niepowetowane. Ale tutaj potrzebujemy szczęścia i refleksu. No i oczywiście nie ma co liczyć, że będzie to ten kierunek i ten termin, który zaplanowaliśmy z wyprzedzeniem.

Programy lojalnościowe. Niektórzy słysząc pytanie „czy jest karta Biedronki” dostają drgawek, inni zapisują się do wszystkiego, co wpadnie im w ręce. W tym przypadku warto przystępować do tych programów, które pozwalają zbierać mile. Jak ich nazbieramy dużo, możemy je wymienić na darmowe loty, które normalnie wymagałyby od nas zaciągnięcia kredytu.

Często za odbyty lot można dostać nawet do 100 proc. mil. Ale to raczej w klasie biznes. Odpalamy excela i orientujemy się, że dopłata do biznesu na długiej trasie da nam taki bonus, że opłaci nam się teraz zapłacić więcej, żeby za mile uzyskane w ten sposób odebrać sobie później jeszcze więcej. Planujmy w dłuższej perspektywie a nie tylko w ramach jednej podróży.

Fora internetowe to niewyczerpane źródło informacji. Wiem, że wszyscy teraz siedzą na Facebooku i chodzenie po obcych stronach nie bardzo ich kręci, ale warto poszukać miejsc, gdzie ludzie którzy zęby zjedli na tanich podróżach dyskutują i dzielą się wiedzą.

Latanie z bagażem podręcznym obniża koszty i gwarantuje, że nasze rzeczy zawsze dolecą z nami, czego nie możemy być pewni w przypadku bagażu lądującego w luku.

Pamiętajmy, że miesiące wakacyjne to najgorsza pora na tanie podróżowanie. Pamiętajmy również, że trzaskający mróz u nas to miłe 25 stopni w innych strefach klimatycznych. Wszyscy to niby wiedzą, a i tak 40 proc. podróży zagranicznych w 2016 roku wykonaliśmy między czerwcem a sierpniem. Indeks sezonowości zmniejsza się, ale i tak w kwietniu czy w listopadzie nie ruszamy się praktycznie z domu.

Połączenia z przesiadkami to temat rzeka. Tutaj wspomnę tylko o tym, że w USA albo w Azji możemy często spotkać się z sytuacją, że taniej jest dolecieć do dużego portu, na który trafiliśmy promocję, ale nie jest on naszym celem. Do celu bowiem polecimy tanimi liniami lokalnymi. Na niektórych kierunkach nie fiksujmy się na osiągnięciu mety już w pierwszym skoku, bo najczęściej przepłacimy.

Niektóre linie specjalizują się w lotach w określonych, bardzo konkretnych kierunkach. Jeżeli jesteśmy fanami Bliskiego Wschodu, to najszybciej znajdziemy tanie połączenie na stronie przewoźnika Pegasus. W trzy minuty wyklikałem przelot we wrześniu, w obie strony do Tel-Avivu za 400 złotych. Lot jest z Berlina, do którego możemy pojechać autobusem albo poszukać taniego połączenia lotniczego. Autobus w obie strony kosztuje 200 zł, co razem daje sześć stówek. Oczywiście taka drożyzna wzbudzi śmiech u wyjadaczy, ale w porównaniu z ofertami z wyszukiwarek lotów to taniocha.

Wbrew powszechnej opinii, półroczne wyprzedzenie wcale nie gwarantuje najniższej ceny.

Nie latajmy w weekendy, planujmy urlop od środy do następnego czwartku.

Polowanie na promocje to sport. Schodzą w kilka minut, wygrywa najszybszy, nagroda jest warta wysiłku. Włączcie powiadomienia z facebookowych profili wyszukiwarek tanich lotów.

Nie skreślajcie biur podróży. W ich ofercie można znaleźć bardzo tanie przeloty czarterowe, zazwyczaj są to oczywiście lasty, więc ta metoda nie nadaje się do podróży pieczołowicie zaplanowanych i rozrysowanych.

Przelot w tę i z powrotem jest oczywiście komfortowy. Ale jak chcemy fruwać tanio, zapoznajmy się z terminem Open Jaw. To połączenie, w którym lądujemy w jednym miejscu, ale wracamy do domu już z innego. Rozwiązanie idealne w przypadku zwiedzania objazdowego. Jeżeli chcemy obejrzeć kawałek Stanów Zjednoczonych, lądujemy na JFK a potem prujemy w dowolnie wybranym kierunku wynajętym samochodem (przy czym obowiązkowe jest posiadanie międzynarodowego prawa jazdy) i nie przejmujemy się tym, czy wyrobimy się ze wszystkim, żeby na czas wrócić do Nowego Jorku. Bo widzicie, będziemy wracać do kraju z Nowego Orleanu czy dokąd nas poprowadzi droga. Oczywiście takie latanie wymaga dużo więcej planowania, ale też daje dużo więcej swobody w podróży. I jest tańsze.

Jeżeli chodzi o sam pobyt na miejscu, to wiele wam nie podpowiem. Sam korzystam z serwisów Booking i Airbnb, które zna każdy.

Jeżeli na Booking szukamy hotelu, interesujące nas oferty należy bezwzględnie sprawdzić bezpośrednio w hotelu. Bardzo często u źródła jest taniej.

Jeżeli nie szukacie luksusów, rozejrzyjcie się za hostelami. Dla najbardziej oszczędnych podróżników pozostaje couchsurfing, który ma te zalety, że jest praktycznie darmowy i daje okazję poznania fantastycznych ludzi.

Pamiętajmy, że wszędzie możemy negocjować cenę już na miejscu.

Jeżeli wyjeżdżamy w miesiącach wakacyjnych i chcemy wynająć na miejscu samochód, zróbmy to dużo wcześniej. I tak będzie drogo, ale nie aż tak, jak dwa tygodnie przed wylotem. Jeżeli podróż zaplanowaliśmy na listopad, nie ma pośpiechu. W terminach mniej turystycznych, wypożyczalnie niemalże dopłacają, żebyśmy wzięli od nich auto i rezerwować można praktycznie z dnia na dzień. W tym roku byłem na tygodniowym urlopie w kwietniu i z zaledwie kilkudniowym wyprzedzeniem samochód wynajęliśmy za 218 złotych.

Jeżeli chcemy, żeby nasza podróż była naprawdę tania, pamiętajmy o ubezpieczeniu się. To zaskakujące, jak często ludzie zapominają o tej podstawowej rzeczy. Ewentualnie wybiera ubezpieczenie, które jest źle dopasowane. Czytajmy warunki, dopasujmy warunki polisy do ryzyka i charakteru naszej wycieczki. Jeżeli chcemy wypoczywać pod palmą, nie ma sensu przepłacać za polisę uszytą dla turystów planujących sportowy wyjazd.

Podczas wyjazdów do Unii karta EKUZ jest czymś tak oczywistym, jak pieniądze w portfelu.

Szerokości!

PS. Podczas pisania tekstu nieocenionymi radami służyły mi trzy podróżniczki, które znają temat jak mało kto. Dlatego z tej strony chciałem podziękować Katarzynie Maniszewskiej, Małgorzacie Morańskiej i Reginie Skibińskiej za cierpliwe znoszenie mojego nerwowego ględzenia i wyrozumiałość, gdy zadawałem nie do końca przytomne pytania.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Obligacje. Bezpieczne inwestycje, na których możemy dużo stracić

Ponieważ od kilku tygodni głośno o firmie GetBack, dzisiaj napiszę kilka zdań o obligacjach. Niektórzy cały czas myślą, że jeżeli papier nazywa się „obligacja” to jest bezpieczny i można go kupować w ciemno. Jak uczy przykład niefortunnie inwestujących w GetBack, nie zawsze i nie do końca.

Najkrócej mówiąc, obligacje są formą pożyczania pieniędzy z rynku w formie innej niż pożyczka, kredyt czy emisja akcji. Trudno ocenić, czy wyemitowanie obligacji jest łatwiejsze od pozyskania kredytu komercyjnego, na pewno są one tańsze.

Co do definicji, obligacja jest papierem wartościowym, w którym strona emitująca stwierdza, że jest dłużnikiem nabywcy, zwanego elegancko obligatariuszem. Emitent zobowiązuje się do spełnienia określonego świadczenia, najczęściej pieniężnego. Co oznacza, że po określonym terminie wykupi od nas taką obligację, płacąc nam jej cenę i dodatkową premię. Ta premia to zysk kupującego.

Obligacje ze świadczeniem niepieniężnym mogą dotyczyć na przykład przeznaczenia obligacji komunalnej na wykup mieszkania od gminy i uzyskania zniżki w cenie.

Obligacje możemy sobie dzielić w zależności od tego, jaki mają okres wykupu, na ich wartość sprzedaży, dodatkowe opcje, poziom ryzyka inwestycyjnego i emitenta. Skoncentruję się na tych dwóch ostatnich.

W powszechnej świadomości pokutuje przekonanie, że obligacje emituje Skarb Państwa i z tego powodu są to papiery bezpieczne. O tym, jak bezpieczne były kwity wyemitowane przez Grecję czy ostatnio Argentynę i Wenezuelę, możemy się przekonać, patrząc na to co się tam działo lub aktualnie dzieje. Ale zasadniczo to prawda, że obligacje państwowe są bezpieczne, gdyż całe kraje stają się niewypłacalne bardzo rzadko.

Jednak obligacje może emitować również samorząd terytorialny, a o bankructwo gminy już łatwiej. Najciekawszym i potencjalnie najbardziej zyskownym papierem spośród obligacji są obligacje korporacyjne, emitowane przez przedsiębiorstwa. Na nich można zarobić najwięcej, ale też najłatwiej stracić. Nawet duża, stabilna firma może popaść w kłopoty i się wyłożyć, o czym świadczy choćby przykład firmy GetBack.

Jak wspomniałem, obligacje można też podzielić ze względu na poziom ryzyka inwestycyjnego. Tutaj na pomoc przychodzą nam agencje ratingowe, które oceniają firmy i instrumenty finansowe właśnie ze względu na ryzyko. Zaufanie do agencji zostało podkopane podczas kryzysu finansowego w roku 2008, gdy przyznawały najwyższe oceny papierom ryzykownym a nawet śmieciowym. Niestety, na razie nie wymyślono niczego lepszego, więc bazujemy na ich ratingach.

I tak z jednej strony mamy obligacje wolne od ryzyka albo oceniane bardzo wysoko, których emitentami są rządy państw i organizacje ponadnarodowe. Na przeciwnym biegunie są tzw. obligacje śmieciowe. Inwestycje w nie są niebywale ryzykowne, ale jednocześnie mogą przynieść ponadprzeciętny zysk. I od naszej strategii inwestycyjnej zależy na jaki sposób zarabiania się zdecydujemy – bezpiecznie ale z niewielką premią, czy raczej duże ryzyko z nadzieją na duże pieniądze.

Czym się różnią obligacje od akcji?
No dobra, mówimy o tych obligacjach, a czym niby one się różnią od akcji? Jedno i drugie to papier wartościowy, możemy w nie inwestować, gdzie różnice?

Obligacje nie dają posiadaczowi żadnych uprawnień względem emitenta, dotyczących współwłasności firmy, wypłacanej dywidendy czy możliwości uczestniczenia w walnych zgromadzeniach. Kupując obligacje nie zyskujemy ani władzy, ani wpływu, ani prawa do wypłaty dywidend. Jak wspomniałem na wstępie, emisja obligacji jest jednym z wielu sposobów finansowania i stanowi alternatywę dla kredytu albo pożyczki.

Jaki pożytek ma z tego emitent? Pozyskuje pieniądze taniej i łatwiej niż z kredytu. Ma możliwość ustalenia oprocentowania, częstotliwości wypłaty odsetek czy możliwości wcześniejszej częściowej lub całkowitej spłaty obligacji. Dla kupującego z kolei obligacja to możliwość uzyskania odsetek wyższych od tych z lokat bankowych.

Inwestowanie w obligacje jest dość bezpieczną grą, ale miejmy świadomość, że na niej też możemy stracić. Zwłaszcza w sytuacji, gdy namawia nas na nie „doradca” inwestycyjny, który zapomina wspomnieć, że nasze pieniądze pożyczymy nie państwu a firmie. Pamiętajcie – zawsze dopytujcie o szczegóły, drobny druk czytajcie przynajmniej trzy razy a lista ostrzeżeń publicznych KNF waszym najlepszym przyjacielem.

 
Categories

Wesele po polsku. Inwestycja wysokiego ryzyka?

W Polsce średni koszt zorganizowania ślubu i wesela dla siedemdziesięciu osób to 30 – 40 tys. zł. Tyle płacimy za świętowanie w opcji standardowej, ale coraz częściej decydujemy się iść nie na ilość, a na jakość i zamiast przaśnego wesela dla połowy wsi lub ćwierci miasta, organizujemy rodzinne brunche i obiady. Cała reszta się nie zmienia: trzeba kupić setki rzeczy, o których nie mieliśmy pojęcia.

 

Czy ślubna inwestycja się zwraca? Pod kątem emocjonalnym – różnie, a finansowo? W końcu wiadomo, że każdy gość przychodzi z kopertą. Arytmetyka w wypadku tej imprezy jest dziwna. Jeden gość średnio w kopercie zostawia 250 zł, co przy 70 osobach daje kwotę 17500 zł, więc nawet jeśli założymy większy gest kilku bliższych krewnych, to budżet tej imprezy nijak nie powinien się spiąć. A jednak… Wszystkie pary, z którymi rozmawiałam, wyszły co najmniej na zero. – Naszą skarbonkę uratowali krewni zza oceanu i dobry kurs dolara – śmieje się Ania, która ślub wzięła cztery lata temu. Okazuje się, że zawsze znajduje się grupa wyjątkowo szczodrych krewnych, którzy ratują statystyki.

Kwota do wydania w ten jeden dzień wydaje się zawsze astronomiczna. Zadajmy więc tradycyjne pytanie: czemu tak drogo?

Około 50 proc. wszystkich kosztów pożera cena restauracji czy innego lokalu, w którym organizujemy ślub – za tzw. “talerzyk”, czyli podstawowy wikt dla jednego gościa zapłacimy około 200 -250 zł.

  • W drugiej kolejności gotówka weselna płynie do salonów sukien ślubnych – koszt sukni to z reguły 10-15 proc. całego budżetu, choć oczywiście możemy wydać znacznie więcej.

Suknia w opcji low-budget:  niektóre zawodniczki suknie szyją sobie same (za co je naprawdę szanuję)

Panny młode wybierają też inną niskobudżetową opcję: komis, który czasem pozwala upolować świetne markowe sukienki w atrakcyjnej cenie, zwykle 500 – 1300 zł.

Jeszcze inną sprytną opcją jest uszycie sukni na zamówienie w pracowni lub przez krawcową.To koszt ok. 700-1500 zł.

Suknia w miejskiej średniej: średnio za nową suknię z salonu zapłacimy 3000-8000 zł. Tutaj trzeba przygotować się na przedpłatę w wysokości do 50 proc. wartości na kilka miesięcy przed imprezą. Kiecki z salonu to wciąż najbardziej popularna z opcji.
Suknia po bandzie: najdroższe suknie, na przykład kultowy model stworzony dla katarskiej księżniczki przez ekipę Michaela Cinco, osiągają ceny nawet 1.5 mln złotych (podaję na otarcie łez tym, którzy myśleli, że zostawili w salonie sukien ślubnych fortunę).

Coraz częściej panny młode decydują się na dwie dodatkowe sukienki. Drugą ubierają po północy, żeby swobodnie potańczyć, trzecia czeka na poprawiny. Koszt obu może zamknąć się nawet w 3000 zł, ale mogą to być też zwykłe przyzwoite kiecki z sieciówki.

  •  Oprawa muzyczna – 10 proc. wydatków (3000 – 4000 zł)
  •  Fotograf i filmowiec – 9 proc. wydatków  (ok. 3500 zł)
  •  Alkohol –  dla siedemdziesięciu osób powinniśmy założyć wydatek rzędu 2000 zł. Zwyczajowy, sprawdzony w boju przelicznik jest taki: 0,5-0,7 l wódki na każdego gościa, 1 butelka wina na 4 osoby i po dwa piwa na głowę.
  • Obrączki to w ślubnym budżecie już znacznie mniejszy kaliber kosztów, chyba że zainwestujemy w pallad…
    Obrączki low-budget: 150-300 zł (obrączki srebrne).
    Obrączki w miejskiej średniej: 1500-2200 zł (obrączki wykonane z żółtego, białego lub wielobarwnego złota lub palladu.
    Obrączki po bandzie: najmodniejsza i najdroższa jest teraz na rynku ślubnym platyna, z której obrączki kosztują od 7 do 12 tys. złotych.

Dla mnie zaskoczeniem były megadrogie florystki, makijaże i fryzury, ale też pojawiające się koszty dodatkowe na tzw. sali, czyli oprócz liczenia “za talerzyk”, okazało się, że mam zapłacić jeszcze za kieliszek, korkowe i  przystawki na stołach – mówi Ania, która w tym roku organizuje swoje wesele pod Białymstokiem.

Bardzo duża grupa kosztów w tej inwestycji to właśnie ukryte “koszty dodatkowe”. Ich lista jest jednak na tyle długa, że po zsumowaniu składa się na ładną sumkę. Nagle okazuje się, że oprócz alkoholu, muszą być jeszcze zawieszki na alkohol, a do podarunku dla gości trzeba jeszcze dokupić wstążki i pudełeczka.

  • galanteria papiernicza, czyli zaproszenia i inne druki (150-300 zł)
  • “co łaska” (przy ślubie kościelnym) (ok.400 zł)
  • wynagrodzenia dla organisty i kościelnego (przy ślubie kościelnym) (400 zł)
  • wynajęcie samochodu (800-2500 zł)
  • kwiaty i dekoracje samochodu (200 -250 zł)
  • garnitur (500 – 700 zł)
  • makijaż ślubny (od 150-400 zł)
  • fryzjer (300 – 500 zł z próbną fryzurą)
  • buty i dodatki dla młodej pary (500 -1200 zł)
  • dekoracja kościoła/sali (300-700 zł)

Uff. Sporo tego, ale tak naprawdę dopiero zamknęliśmy zestaw standardowy.

Dalej zaczyna się zabawa, bo otwiera się kwestia atrakcji dodatkowych, a tu już naprawdę wybór jest taki, że nie mam odwagi sugerować. (Tak, ludzie przyjeżdżają do ślubu w łyżce koparki!).

 
Categories

E-mobilność nadejdzie, czy tego chcemy, czy nie. Kiedy i za ile?

Pojazdy elektryczne przyszłością są i basta. Ropa i benzyna to przeżytek. Tradycyjne paliwa dewastują środowisko. Tylko prąd nas uratuje. Stacje ładowania będą na każdym rogu Polski gminnej i powiatowej. Pędzimy w świetlaną przyszłość bez spalin, benzo(a)pirenu, pyłu zawieszonego, CO2 i innych trucizn. Tyle, że wolniej od reszty.

 

Cała Dolina Krzemowa jeździ Teslami. Nie miałbym nic przeciwko, by w jej ślady poszły Warszawa, Toruń czy nawet Zgierz. Do prac zerwali się parlamentarzyści. Jest projekt ustawy, a jego założenia wydają się bardzo optymistyczne. Jednak na przeszkodzie stoją, jak zwykle pieniądze. Zobaczmy jak to w skrócie wygląda, skoncentruję się na transporcie indywidualnym.

27 kwietnia 2017 roku opublikowany został projekt ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Proponuje się w nim konkretne formy realizacji i kalendarz wprowadzania przepisów, które mają zachęcać nas do przechodzenia na zeroemisyjne formy transportu. Jednocześnie formułuje zasady zapewnienia odpowiedniej infrastruktury, czyli punktów ładowania. Brzmi ładnie, ale na przeszkodzie stoją, jak zwykle pieniądze.

Jeżeli chodzi o infrastrukturę, zapłaci za wszystko sektor energetyczny, samorządy, zarządy dróg samorządowych i krajowych. Czyli kasa wyfrunie z naszych kieszeni w takiej (podatki), czy innej (podwyższone opłaty za prąd) formie. Do pojazdów elektrycznych ma się stopniowo przesiadać administracja państwowa i samorządowa (za nasze pieniądze). Czarno widzę te przetargi. Zwiększyć ma się liczba autobusów elektrycznych w transporcie publicznym, co mnie cieszy. No i oczywiście wsparcie ma być skierowane do ewentualnych kierowców indywidualnych, chętnych na zakup elektryka.

Projekt zakłada możliwość odpisu z tytułu amortyzacji, pojazdy elektryczne mają mieć zerową akcyzę, być może gminy wprowadzą strefy zeroemisyjne, do których elektryki wjadą za darmo. Kolejne zachęty to miejsca parkingowe tylko dla pojazdów elektrycznych i gazowych oraz zwolnienie ich z opłat za parkowanie w strefach płatnych. Rozważa się też wpuszczenie tego typu samochodów na buspasy.

Założenia dotyczące rozwoju światowego segmentu aut elektrycznych są optymistyczne. Bank Morgan Stanley prognozuje, że do 2025 roku ich sprzedaż na świecie sięgnie 7 mln sztuk rocznie, co zwiększy ich udział do 7 proc. pojazdów na drogach. Bardziej optymistyczne szacunki banku Exane BNP Paribas mówią nawet o 11 proc. Byłby to gigantyczny skok, bo w tej chwili globalnie wskaźnik ten wynosi poniżej 1 proc.

Od elektryczności odwrotu nie ma, niektóre z najbardziej brutalnych projektów przewidują wprowadzenie regulacji uniemożliwiających rejestrację pojazdów spalinowych. W awangardzie prze Norwegia, która przymierza się do tego od roku 2025. Niemcy z kolei szykują ten ruch na rok 2030. Dlatego nie ma sensu pytać czy elektromobilność indywidualna się upowszechni, bardziej zasadne jest pytanie „kiedy?”. Oraz „za ile?”.

Ministerstwo Energii zakłada optymistycznie, że upowszechnienie aut elektrycznych nastąpi stosunkowo szybko i już w roku 2025 po polskich drogach ma bezszelestnie sunąć milion bryczek na prąd. W 2016 roku zarejestrowano u nas 556 samochodów elektrycznych.

Pozwólmy tej liczbie wybrzmieć. Pięćset pięćdziesiąt sześć aut, które stanowią 0,4 proc. ogółu samochodów elektrycznych zarejestrowanych w 2016 roku w UE. Jednocześnie auta elektryczne w 2016 stanowiły 0,1 proc. ogółu samochodów zarejestrowanych w Polsce. Tego typu pojazdy to ekstrawagancja i margines marginesów.

Przyczyny są proste – brak zachęt finansowych, premiujących chętnych do zakupu elektryków. Brak infrastruktury do ładowania, mamy tylko 300 punktów w całym kraju. No i niska świadomość ekologiczna rodaków, którzy dla oszczędności potrafią wyciąć zużyty katalizator i filtr cząstek stałych. Nie będzie przecież Polak montował do dwudziestoletniego szrota nowych elementów, kosztujących tyle, co jego bryka.

Czyli oczywiście elektromobilność to przyszłość. Wiele wskazuje na to, że dotrze do nas  trochę później niż u sąsiadów z UE. No bo drogo. Samochody elektryczne są w ramach tej samej klasy pojazdu prawie dwukrotnie droższe od spalinowych. Jeżeli chcemy sobie policzyć koszty eksploatacji elektryka, musimy uwzględnić różnicę w cenie. I nawet jeżeli sprzedawca da nam dobrą promocję a koszt przejechania 100 km na prądzie jest dużo niższy niż na benzynie, to w perspektywie kilkuletniej samochód elektryczny jest droższy od spalinowego.

Zespół Doradców Gospodarczych TOR opracował w maju 2017 roku raport, który podsumowuje sytuację w Polsce. Znalazło się w nim również porównanie kosztów jazdy oboma typami aut. Analiza zakłada ceny katalogowe samochodów, zakup na kredyt, trzyletni okres umowy, wkład klienta w wysokości 10 proc. ceny pojazdu, przebieg roczny 20 tys. km (wynika to z badań IBRIS) i pomija koszty ubezpieczenia. Co oznacza, że koszt przejechania 1 km uwzględnia koszty raty miesięcznej oraz średniego kosztu paliwa i ładowania na 100 km.

W takim układzie koszt przejechania 1 km zwykłym samochodem wynosi 1,37 zł a elektrykiem 1,77 zł. Czyli jest o 29 proc. droższy. Gdyby rząd wprowadził ulgi za zakup aut elektrycznych i na przykład odpuścił akcyzę, koszt 1 km wyniósłby 1,72 zł. Niewiele lepiej. A gdyby fiskus darował nam i akcyzę i VAT? Wtedy 1 km kosztowałby 1,41 zł. I dopiero wtedy wszystko zaczęłoby mieć sens.

Projekt ustawy zakłada subwencjonowanie zakupu elektryków. Jeżeli rząd faktycznie zdecyduje się na wdrożenie projektu elektromobilności, uruchomi system bezpośrednich zachęt, obejmujący zwolnienie z akcyzy i podatku VAT, i zacznie rozbudowywać sieć punktów ładowania, kierowcy kupujący nowy samochód mogą zacząć rozważać wybór pojazdu elektrycznego. W przeciwnym wypadku wszystkich nas zabije smog.

Na zdjęciu Tesla Roadster ze stajni Elona Muska, źródło: Tesla.com

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI. Temat: Inflacja, czyli potwór który zjada nasze oszczędności

Dzisiaj postanowiłem napisać kilka słów o inflacji. Oczywiście zanim siadłem do tekstu, poszedłem
poczytać, jakich mądrych słów tym razem używali autorzy haseł i opracowań. I muszę powiedzieć,
że jestem pełen podziwu. Takiego stężenia nieprzyjaznych dla czytelnika sformułowań dawno nie
widziałem. Postaram się więc przetłumaczyć wam podstawowe kwestie na polski.

Gdy zapytamy tzw. przeciętnego Polaka o inflację, odpowie bez wahania „no, to jest wtedy, jak
wszystko drożeje”, a potem może doda „tylko te procenty się nie zgadzają, bo mówią, że jest 1,6
proc. inflacji a u mnie na osiedlu bułki zdrożały o 10 proc.”. Pierwszy człon wypowiedzi, to bardzo
dobra definicja inflacji, drugi wynika z niewiedzy, błędów poznawczych, rozpatrywania inflacji w
długim okresie, dostrzegania wyłącznie wzrostu cen i kilku innych czynników, o których później.

Na razie skoncentruję się na drugiej części wypowiedzi pana Kowalskiego, czyli na tym, jak GUS liczy
inflację. Zżymamy się często, gdy telewizja chwaląc dobre wyniki rządu, mówi że w tym roku inflacja
wynosi 1,2 proc. A przecież robiąc codziennie zakupy widzimy, że masło skoczyło o złotówkę, jajka o
10 groszy na sztuce, chleb lepszej jakości przekroczył pięć ziko a mięso to już w ogóle. I cała ta gadka
o inflacji na poziomie 1,2 proc. to zwykłe kłamstwo i zaklinanie rzeczywistości.

Trochę tak, ale trochę nie. GUS nie może liczyć inflacji tylko na podstawie artykułów spożywczych, bo
one najłatwiej poddają się wahaniom cen. I mogłoby się okazać, że oficjalnie inflacja wyniosła 8 proc.,
bo podrożały truskawki, nabiał i mięso. Dlatego statystycy z GUS-u stworzyli tzw. koszyk inflacyjny, do
którego wrzucili dużo więcej grup produktów. Od razu mówię – dokładnej listy towarów i usług
wchodzących do koszyka nie znamy, bo GUS nie podaje jej do publicznej wiadomości. Znamy
natomiast skład procentowy dużych kategorii.

Na pierwszym miejscu jest żywność i napoje bezalkoholowe, które stanowią 24,36 proc. zawartości
koszyka. Udział tej kategorii od sześciu lat praktycznie się nie zmienił. Następnie idą wydatki związane
z użytkowaniem mieszkania i nośnikami energii, które stanowią 20,35 proc. koszyka. 8,74 proc. to
nasz transport, 6,92 proc. to rekreacja i kultura, 6,19 proc. to koszt alkoholu i papierosów. Ogółem
dużych kategorii jest 12.

Koszyk inflacyjny zmienia się co roku, GUS bada budżety gospodarstw domowych i na tej podstawie
dostosowuje jego zawartość. Zmienia też samochody Daewoo na Skody, pralki Frania na Indesity i
Timexy na Ipady, czyli dostosowuje koszyk do tego, co za oknem mamy my, a nie nasi rodzice.
Gdy znamy wagi poszczególnych kategorii, urząd zaczyna mierzyć ceny 1400 produktów i usług. Bada
je w 35 tys. punktów w całej Polsce, począwszy od hipermarketów, na osiedlowych sklepikach i
kioskach skończywszy. Co miesiąc tworzy notowanie 260 tys. cen z 209-ciu rejonów. To jest
naprawdę tytaniczna praca. Po zebraniu danych, pozostaje już tylko ich odpowiednie zagregowanie,
ważenie i liczenie.

Wspomniałem wcześniej o tym, że w powszechnej opinii wskaźnik inflacji jest nieprawdziwy, bo może
i luksusowe jachty potaniały, ale żywność szybuje w górę. Teraz gdy wiemy, jak wygląda skład koszyka
inflacyjnego, możemy przestać powtarzać ten chwytliwy, ale zupełnie nieprawdziwy bon mot. Spadek
cen jachtów będzie miał znikomy wpływ na wskaźnik cen i poziom inflacji. Żywność z kolei będzie na
nie mocno wpływała, ale pamiętamy o tym, że stanowi ćwiartkę koszyka.

Zapamiętamy, że inflacja to wskaźnik o charakterze przeciętnym a pomiary dotyczą całego kraju, a
nie tylko naszego domu. Jesteśmy również bardziej wrażliwi na zmiany cen artykułów podstawowych
niż kupowanych okazjonalnie. Dlatego mniej nas ucieszy informacja, że potaniały używane Paski w
tedeiku niż to, że chleb nie kosztuje trójki tylko dwójkę.

No i pamiętajmy, jak działają nasze mózgi – jeżeli podrożeje chleb, nabiał, napoje gazowane, jajka, warzywa i wędliny, to nie zauważymy obniżki cen, nawet gdyby objęła większość dóbr w gospodarce, ciągnąc tym samym inflację w dół.

Inflacja to temat szeroki, dlatego wrócimy do niego w przyszłym tygodniu. Opowiem o przyczynach,
skutkach i rodzajach tego zjawiska.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI. Temat: Podaż

Fot. Unsplash

W dwóch poprzednich odcinkach rozmawialiśmy o popycie. Mówienie o popycie bez wspomnienia o podaży to jakbyśmy mówili o parówkach i nie wspomnieli o musztardzie. To jak jajko bez majonezu, samochód bez kierownicy czy rower bez łańcucha. Jak się już pewnie domyśliliście, te pojęcia są ze sobą nierozerwalnie związane. Nie ma mowy o podaży bez popytu i na odwrót.

 

Dlatego dzisiaj opowiem o podaży, połączę ją z popytem, uzyskamy dzięki temu w miarę pełny obraz a przy okazji nauczymy się ekonomicznej łaciny.

Najkrócej mówiąc podaż to ilość jakiegoś dobra lub usługi, które producent chce wyprodukować po określonej cenie. Wzrost ceny prawie zawsze spowoduje wzrost ilości podaży towaru, bo producenci będą chcieli go zaoferować możliwie jak najwięcej. Spadek ceny spowoduje ruch w przeciwną stronę – ilość podaży spadnie, popyt wzrośnie.

Wyjaśnijmy sobie przy okazji delikatny niuans znaczeniowy, bo wszyscy krzyczą ‘podaż to, podaż tamto’ a mało kto mówi ‘podaż to jedno a ilość podaży to drugie’. Jeżeli chcecie być bardzo dokładni, rozróżniajcie te pojęcia. W języku ekonomistów podaż to związek między cenami a ilościami dóbr dostarczanych przy tych cenach. Będzie to krzywa podaży. Ilość podaży określa ile towaru zaproponują sprzedawcy za konkretną cenę. Będzie to punkt na krzywej podaży. Oczywiście w mediach się upraszcza i wszystko jest podażą – i ta krzywa, i punkty na niej, a czasami nawet obok niej, bo dziennikarze nie muszą się znać na wszystkim.

Wiedząc to wszystko, z łatwością możemy sformułować bardzo ważne prawo ekonomiczne, czyli prawo podaży. Brzmi ono tak: wyższa cena prowadzi do wyższej ilości podaży, niższa zaś do niższej ilości podaży.

Połączmy teraz popyt z podażą. Przy cenie 5 ziko za kajzerkę ilość podaży będzie wysoka a poziom popytu niski, najprawdopodobniej zerowy. Dlatego nikt nie próbuje sprzedawać kajzerki po piątaku. Z kolei przy cenie 5 groszy za sztukę, ilość podaży będzie niska (bo to jednak sprzedaż ze stratą) a poziom popytu bardzo wysoki (kajzerka za pięć groszy to okazja, której nie można przegapić).

Z drugiej strony nikt nie wyprodukuje kajzerki za pięć groszy, bo mu się to nie opłaci. Popyt przebiłby zaś sufit.
Jest jednak taki poziom ceny za kajzerkę, w której kupujący i sprzedający się spotykają i następuje przecięcie krzywych podaży i popytu. To chyba najbardziej znany wykres ekonomiczny świata.

Wszystko działa pięknie przy jednym założeniu. I będzie obiecana łacina. Mówi się, że popyt i podaż zależą od ceny, ceteris paribus.

Ceteris paribus dosłownie oznacza „inne takie samo”. W języku polskim przyjmuje się zwykle określenie „przy pozostałych warunkach równych/niezmiennych”. Jeżeli nie założymy sobie niezmienności czynników innych niż cena, nasze dywagacje dotyczące poziomów popytu i podaży mogą okazać się nieprawdą.

Na poziom podaży poza ceną wpływa na przykład postęp techniczny, koszty pracy, podatki, akcyza, ceny surowców, warunki naturalne sprzyjające produkcji i wiele innych. Jeżeli zechcemy uwzględnić je wszystkie, możemy zapomnieć o prostym modelu.

Powyższe rozważania podsumuję tak: producent chce sprzedać drogo, nabywca kupić tanio, czasami wolny rynek pozwala im na to, żeby się ze sobą spotkali i obaj dokonali transakcji na zadowalających obie strony warunkach.