Categories

10 młodych polskich firm z realnymi sukcesami na świecie

Uwielbiamy czytać o tym, że Polakom się udaje. GO GLOBAL to hasło, z którym na ustach startuje niemal każdy program, który ma wspierać startupy. Pada dużo deklaracji, ale gdzie są prawdziwe sukcesy? Wybraliśmy 10 firm internetowych które naprawdę świetnie radzą sobie na międzynarodowym rynku lub właśnie kończą rozgrzewkę przed swoją globalną szansą.

W zestawieniu nie uwzględniłam software house’ów, czyli firm produkujących oprogramowanie dla zewnętrznych klientów. Takich firm, pracujących dla zagranicznych klientów, jest w Polsce dużo – tyle wiemy, ale ciągle brakuje na rynku danych, co do wielkości rynku i sukcesów polskich software house’ów.

Nie uwzględniałam też rozwiązań tworzonych przez korporacje, czy korporacyjne konsorcja. Cała dziesiątka to niezależne firmy budowane od podstaw przez małe zespoły założycieli.

  1. LiveChat Solutions
    Typowana na drugiego polskiego jednorożca (po CD Projekt) wrocławska firma z prawdziwie międzynarodowym gronem klientów i rozbudowaną usługą w 41 językach. Rozwiązania LiveChat są szczególnie popularne w Stanach Zjednoczonych – korzysta z nich i Departament Stanu i jedna z najlepszych uczelni – Standford University. Od kwietnia 2014 roku notowana na warszawskiej giełdzie, na której wartość spółki przekroczyła 1,4 mld $ już trzy lata po debiucie.

Co robią? Główny produkt to narzędzie do automatyzacji obsługi klienta za pomocą online’owych chatbotów, usługa udostępnia również analitykę interakcji z klientami na stronie klienta i zarządzanie zadaniami związanymi z jego obsługą Ostatnio firma wdrożyła dwa nowe produkty, m.in. BotEngine.ai – platforma, dzięki której każdy, niezależnie od umiejętności programistycznych może stworzyć swojego chatbota. Firma próbuje uciec od łatki firmy jednego produktu, z którą do tej pory działała rynku.

Data powstania: 2002 rok
Założyciele: Mariusz Ciepły, Maciej Jarzębowski, Jakub Sitarz
Obecny CEO: Mariusz Ciepły
Wartość spółki: średni miesięczny przychód spółki to 7,3 mln zł (dane za trzy kwartały 2017 roku)
Własność spółki: obecnie Porozumienie Akcjonariuszy (założyciele + Nationale-Nederlanden OFE)
Inwestorzy: GPW
Klienci: 23 691 klientów
Obecność na zagranicznych rynkach: usługa dostępna w 41 językach w 150 krajach, największym rynkiem jest dla spółki Ameryka Północna. Z rozwiązania firmy korzystają m.in.Pizza Hut, Hulu, Sony Mobile.
Model biznesowy: SaaS B2B

2. DocPlanner/Znany Lekarz
W startup zainwestowali jedni z najbardziej rozpoznawalnych na świecie inwestorów. Za cel rozwoju globalnego DocPlanner postawił sobie głównie rynki hiszpańskojęzyczne. Prezesem firmy jest Mariusz Gralewski, który w wieku 21 lat założył (i sprzedał za 20 mln złotych Agorze) GoldenLine; jest też współzałożycielem funduszu Protos VC.

Co robią? Serwis za pośrednictwem którego można przeczytać opinie o lekarzach i umówić wizytę online.

Data powstania: 2007
Założyciel: Marek Wróbel
Obecny CEO: Mariusz Gralewski
Wartość spółki: szacowane przychody spółki na poziomie 10,8-18 mln zł rocznie.
Finansowanie: łącznie 50 mln dolarów zewnętrznego finansowania
Obecność na zagranicznych rynkach: 25 rynków, w tym Hiszpania (lider po przejęciu w 206 roku największej konkurencji na tamtejszym rynku – Doctoralii), Polska (lider), Włochy (lider), Turcja (lider), Słowacja, Czechy, Niemcy, Francja, Bułgaria, Brazylia, Argentyna, Chile, Meksyk, Kolumbia, Argentyna, Peru, Indonezja, RPA.
Liczba pracowników firmy: 300 (wg danych z lipca 2017 r.)

3. Brainly
Platforma social learningowa, na której uczniowie pomagają sobie wzajemnie w rozwiązywaniu zadań na zasadach pytań i odpowiedzi (peer to peer). Biura firmy znajdują się w Krakowie i Nowym Jorku. Na początku 2018 roku firma przejęła amerykańską firmę Bask, która produkuje edukacyjne wideo – nauczyciele odpowiadają na pytania użytkowników w formie 90-sekundowego wideo.

Co robią? Serwis, za pośrednictwem którego można przeczytać opinie o lekarzach i umówić wizytę online.
Data powstania: 2007 rok
Obecny CEO: Michał Borkowski
Finansowanie zewnętrzne: 38,5 mln $
Inwestorzy: Naspers, General Catalyst, Point Nine Capital, and Runa Capital, Kulczyk Investments (ostatnia runda – 14 mln $)
Obecność na zagranicznych rynkach: ponad 35 rynków, w tym Stany Zjednoczone, Polska, Brazylia, Turcja,
Model biznesowy: firma wciąż skupia się na budowaniu bazy użytkowników i nie wypracowała jeszcze ostatecznego modelu biznesowego. Wiadomo, że część usług będzie działała w modelu freemium, za resztę trzeba będzie zapłacić.

4. Base (dawniej Base CRM)
Startup z krakowskimi korzeniami i dwoma biurami w Dolinie Krzemowej działa w popularnej działce automatyzacji sprzedaży przy pomocy dobrodzejstw AI (artificial intelligence, sztuczna inteligencja). Szczególnie znany jest z wdrożenia usługi Apollo, który umożliwia dodanie nakładki AI do standardowych CRM-ów.

Co robią? Aplikacja sprzedażowa i CRM pomagający zarządzać projektami w firmie, a także bazą kontaktów, telefonami, raportami i innymi stałymi elementami codziennej pracy działu sprzedaży i nie tylko.

Data powstania: 2009 rok
Założyciele:  Uzi Shmilovici, Bart Kiszala, Pawel Nżnik, Ela Madej i Agata Mazur
Obecny CEO: Uzi Shmilovici
Finansowanie: 53 mln $ zebrane w trzech rundach
Inwestorzy: Index Ventures, Tenaya Capital, RRE Ventures, The Social+Capital Partnership, OCA Ventures i I2A
Klienci: ponad 7 tys. klientów
Obecność na rynkach: biura w Mountain View, San Francisco i Krakowie
Model biznesowy: SaaS B2B

5. UserEngage
Firma dynamicznie rozwija skrzydła na nowych, zagranicznych rynkach, choć niezbyt chętnie się tym chwali. Na czele firmy stoi Grzegorz Warzecha – wcześniej rozwijał m.in. platformę i firmę szkoleniową w zakresie IT.

Co robią? Narzędzie do automatyzacji marketingu i sprzedaży w firmie na podstawie Big Data, machine learning i sztucznej inteligencji – AI. Umożliwia zbieranie danych na temat użytkowników odwiedzających stronę w celu dopasowania komunikatów, wysyłanych w formie kampanii mailowych, wiadomości na czacie, SMS, formularzy oraz okienek pop-up.

Założyciel: Grzegorz Warzecha
Obecny CEO: Grzegorz Warzecha
Wartość firmy: MRR (miesięczny powtarzalny przychód) – 60 tys. $ (dane z grudnia 2017 r.
Obecność na zagranicznych rynkach: produkt sprzedawany na 19 rynkach, głównie anglojęzycznych, ale również w Niemczech, Rosji, Turcji, Chinach czy Japonii.
Model biznesowy: SaaS B2B

6. Growbots
Pierwsza polska firma, która przeszła jeden z dwóch najbardziej prestiżowych na świecie akceleratorów dla startupów – 500Startups.

Co robią? Rozwiązanie do automatyzacji procesów sprzedaży – pozyskiwanie leadów i optymalizacja procesu sprzedaży (od pozyskania kontaktów do potencjalnych klientów do zrealizowania sprzedaży i utrzymania kontaktów  z klientem) oparta o możliwości sztucznej inteligencji. “Pozwala w kilka minut dotrzeć do kilku setek potencjalnych klientów”. Platforma umożliwa m.in. pełną personalizację zautomatyzowanych maili i follow-upu.

Rok powstania: 2014 rok
Założyciele: Grzegorz Pietruszyński, Łukasz Deka
Obecny CEO: Grzegorz Pietruszyński
Finansowanie: 4,2 mln dolarów od inwestorów
Inwestorzy: Schu Duan, Lighter Capital, Buran Venture Capital, 500 Startups, Innovation Nest, Flight VC
Klienci: ponad 500 klientów biznesowych (dane z maja 2017 r.)
Obecność na rynkach:  biura firmy w Warszawie, San Francisco i Cleveland
Model biznesowy: SaaS B2B
Liczba pracowników: 80

7. Silvair
Jedna z niewielu firm na świecie, która kompleksowo podeszła do rozwiązania problemu nieefektywnego oświetlania obiektów przemysłowych i biurowych. Inżynierowie Silvair współpracowali z prestiżową organizacją Bluetooth SIG nad rozwojem nowego standardu rozwoju technologii komunikacji bezprzewodowej Bluetooth Mesh.

Co robią? Rozwiązanie to platforma do inteligentnego zarządzania oświetleniem, która do odbierania sygnałów od urządzeń (np. oświetlenia w halach produkcyjnych, biurowcach etc.) i komunikowania się sprzętów różnych producentów między sobą  wykorzystuje najnowszy standard Bluetooth – Bluetooth Mesh. Firma planuje zadebiutować na GPW.

Rok powstania: 2012 rok
Założyciel: Rafał Han
Obecny CEO: Rafał Han
Finansowanie: 12 mln $ w rundzie A, planowany debiut na GPW
Inwestorzy: Trigon TFI, CyberAgent Ventures, Digital Garage i New Europe Ventures
Obecność na rynkach: Polska, Stany Zjednoczone

 8. UxPin
Firma założona przez doświadczonych projektantów i programistów, a teraz prowadzona przez UX-owca i psychologa kognitywnego z Krakowa. Rozwija się głównie na rynku amerykańskim.

Co robią? Kompleksowe narzędzie do tworzenia produktów internetowych i mobilnych: od prototypowania, przez automatyzowanie tworzenia specyfikacji dla programistów, po tworzenie dokumentacji projektu.

Założyciele: Kamil Zięba, Marcin Treder, Piotr Duszyński, Wiktor Mazur, Marcin Kowalski
Obecny CEO: Marcin Treder
Finansowanie zewnętrzne: 11,83 mln $
Inwestorzy: True Ventures, Flight.VC Syndicate, Freestyle Capital, Andreessen Horowitz, Innovation Nest, IDG Ventures USA
Klienci: głównie na rynku amerykańskim, m.in. PayPal i HBO
Obecność na rynkach: biura firmy w Warszawie i Mountain View (Dolina Krzemowa).
Model biznesowy: SaaS B2B

9. GetResponse
Jedno z najpopularniejszych na świecie narzędzi do e-mai marketingu. Prezes GetResponse Szymon Grabowski założył firmę mając 17 lat. a pierwszą firmę – Travel Poland,  już w 1996 roku.

Co robią? Szereg rozwiązań dla zautomatyzowania marketingu online: narzędzie do e-mail markeitngu, kreator landing page’y, system punktacji klientów, analityka pomagająca śledzić każdy ruch klienta na stronie sprzedażowej i sprawdzać, dlaczego klienci rezygnują z zakupów na poszczególnych etapach.

Data powstania: 1999 rok
Założyciel: Szymon Grabowski
Obecny CEO: Szymon Grabowski
Wartość firmy95 proc. udziałów należących do Grabowskiego jest wyceniane na ok. 300 mln zł
Obecność na rynkach: biura firmy w Polsce, Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i Rosji.
Model biznesowy: SaaS B2B
Liczba pracowników: ponad 300

10. Tidio
Szczecińska firma z bardzo dobrymi prognozami i wynikami sprzedaży. Startup jest jednym z pięciu wybranych przez Sebastiana Kulczyka do pierwszej edycji jego akceleratora InCredibles.

Co robią? Dostarczają rozwiązania typu live chat dla marketingu i sprzedaży.

Założyciel: Tytus Gołas
Obecny CEO: Tytus Gołas
Wartość firmy: MRR 70 tys. $
Obecność na rynkach: klienci z ponad 200 krajów
Liczba klientów: 6 tys. płacących klientów (dane z InCredibles)
Model biznesowy: SaaS, model subskrypcyjny

Wśród obiecujących spółek warto wymienić też aplikację do rezerwacji wizyt w branży beauty: Booksy rozwijane na rynku amerykańskim przez Stefana Batorego i Brand24 z Michałem Sadowskim u sterów, którego tegoroczny debiut giełdowy miał na celu pozyskanie kapitału na rozwój usługi na zagranicznych rynkach.

 

 

 
Categories

Personalne tokeny, czyli jak zmonetyzować… samego siebie

Bentyncoin, Wapniakcoin oraz BKcoin to cyfrowe monety wyemitowane w 2017 r. przez znanych polskich youtuberów: Szczepana Bentyna, Maćka Wapińskiego oraz Patryka Suligę. Brzmi trochę, jak żart, ale wcale nim nie jest. Za zebrane w ICO pieniądze panowie rozwijają swoje produkcje wideo, dostarczając nabywcom tokenów lepszej jakości usługi i jednocześnie scalając swoją społeczność. Czy to początek kolejnej rewolucji w kryptowalutowym środowisku?

Satoshi Nakamoto, twórca bitcoina, chyba nie zdawał sobie sprawy, jakiego technologicznego przełomu dokona jego wynalazek i jak wiele nowych możliwości udostępni usieciowionemu społeczeństwu. Rozwój kryptowalut, adaptacja technologii blockchain do wielu tradycyjnych segmentów gospodarki, emisja cyfrowych nośników wartości (ICO), czy chociażby ewolucja smart kontraktów. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze możliwość stokenizowania własnej osoby. Jest to dosyć młoda idea, która zakłada, że tak jak dziś „wartość” ludzi na rynku ocenia się przez pryzmat uwagi odbiorców, jaką są w stanie na siebie skierować (liczba polubień, udostępnień postów, wyświetleń, subskrypcji, komentarzy), tak w niedalekiej przyszłości będzie to oceniane przez pryzmat wartości ich własnych tokenów. Dzięki coraz łatwiejszemu dostępowi do ICO, każdy z nas może wyemitować swoją personalną monetę, wprowadzić ją na giełdę i codziennie sprawdzać, jak wyceniany jest przez rynek. Na pierwszy rzut oka wygląda to, jak smutna, kapitalistyczna wizja, w której każdy człowiek może być dosłownie zmonetyzowany. Jak się jednak głębiej wgryźć w temat, to idea wydaje się całkiem atrakcyjna i sensowna.

Tokenizacja w praktyce
Wyobraź sobie, że prowadzisz kanał na YouTubie, na przykład prezentujący podcasty dotyczące nauki programowania w kilku bazowych językach (C++, HTML). Używasz do tego budżetowej kamerki, mikrofonu i programu do tworzenia animacji. Okazuje się jednak, że masz dydaktyczny dryg, z miesiąca na miesiąc przybywa ci subów, a twoja skrzyka mailowa pęka w szwach od maili typu: “Kiedy pojawi się odcinek o Linuxie?”. Twój kanał skupił wokół się siebie całkiem pokaźną społeczność, a twoi odbiorcy domagają się nowych, lepszych materiałów. Chcesz im tego dostarczyć, ale najzwyczajniej nie masz czasu. Kanał nie jest twoim źródłem utrzymania, tylko dodatkowym hobby, sposobem, by podzielić się z innymi swoją wiedzą. Pieniądze z reklam są marne, a nie chcesz szukać prywatnych sponsorów, gdyż istnieje ryzyko, że zechcą oni ingerować w treść podcastów, a ty przestaniesz być wiarygodnym, niezależnym twórcą. Wątpię byś finansownie uzyskał z funduszy unijnych, od anioła biznesu, albo jakiegoś banku. Zwłaszcza, że istnieje tu spore ryzyko, że inwestycja prędko się nie zwróci, a być może nawet nigdy. Ponadto nie jest w twoim interesie dołączenie do grona zadłużonych. Kanał prowadzisz przecież z pasji i chęci realizowania idei powszechnego dostępu do wiedzy.

W takiej sytuacji emisja personalnych tokenów wydaje się idealnym rozwiązaniem. Z pomocą platformy do przeprowadzania ICO postanawiasz wyemitować 21 mln własnych coinów, z ceną emisyjną 1 gr za token. O emisji informujesz oczywiście swoich odbiorców na kanale, sugerując, że mogą oni bezpośrednio wziąć udział w rozbudowie twojego projektu i dostarczeniu im tego, czego oczekują. Wystarczy, że założą aplikację z portfelem dla różnych kryptowalut (takich multiwalletów jest coraz więcej) i zakupią twoje tokeny podczas emisji. Nikt nie musi tu wykładać dużych kwot. Załóżmy, że masz 200 tys. subskrybentów i połowa z nich wyda na twoje tokeny symboliczną złotówkę (każdy kupi po 100 tokenów). To daje 100 tys. zł dofinansowania, które z pewnością wystarczy, by zatrudnić specjalistę od animacji i nabyć szybszy komputer, i zadbać o udźwiękowienie. Aby uatrakcyjnić emisję, tokeny mogą mieć też opcje konwertowania na inne wartościowe rzeczy związane z twoim projektem (np. wymiana na produkty, które kiedyś wprowadzisz, jak książka, film pełnometrażowy, pierwszeństwo w dostępie do nowych treści, spotkanie face to face, udział w zyskach z reklam, etc.). Ponadto pamiętajmy, że token stanowi, jakkolwiek to brzmi, swego rodzaju udział w twojej osobie. Jest to o tyle istotne, że między twórcami (w tym przypadku youtubowymi), a odbiorcami istnieje specyficzna, sieciowa więź i owym odbiorcom może zależeć na zacieśnianiu tej relacji, czy chociażby odwzajemnianiu się za dostarczanie wartościowej wiedzy.

Po zakończeniu ICO i sprzedaniu 10 mln tokenów, część pozostałych możesz wprowadzić na giełdę, na której twoimi coinami, będzie można obracać jak akcjami na tradycyjnej giełdzie papierów wartościowych. Nie ma takich platform wiele (jeszcze). Przykładowo – tokeny wspomnianych na początku youtuberów notowane sa na coinbe.net. Lwią część pozostałych tokenów zachowujesz dla siebie w kilku celach. Po pierwsze –  możesz je trzymać, licząc na to, że ich giełdowa wycena będzie rosnąć wraz z rozwojem twoich projektów, a ty będziesz mógł je upłynniać czerpiąc gotówkę na dalszy rozwój. Po drugie – tokeny mogą działać jak program lojalnościowy – możesz co jakiś czas rozdawać je w ramach różnych akcji, np. token za suba, token za udostępnienie filmu, etc. Możliwości jest wiele. Wszystko będzie miało jednak sens tylko wtedy, gdy twoja społeczność będzie ci ufać i wierzyć w rozwój twojej działalności. Wówczas w ich interesie jest posiadanie takich tokenów, szerowanie twoich treści i w dłuższej perspektywie zarabianie na ich giełdowej wycenie lub korzystanie z opcji konwersji na inne produkty. Ty zatem musisz dbać o jakość materiałów i regularną aktywnosć na kanale. Można więc powiedzieć, że dzięki personalnej tokenizacji zwiększasz lojalność swoich odbiorców, jednocześnie zobowiązując się wobec nich, że będziesz rozwijał swoją twórczość. Wypadkową tych dwóch czynników może być zwiększanie zasięgu twojego kanału.

Coiny youtuberów
Trudno powiedzieć, czy personalne tokeny mają przed sobą świetlaną przyszłość. Jest to młoda idea, ściśle związana ze środowiskiem kryptowalut, z którym to regulatorzy cały czas mają nie lada zagwozdkę. Dotychczasowe, presonalne ICO pokazały jednak, że potencjał tego rozwiązania jest niemały. Szczepan Bentyn, youtuber nazywający siebie kryptowalutowym ewangelistą, wyemitował 21 mln Bentyncoinów. 3,5 mln rozdał znajomym, a 0,5 mln wprowadził do giełdowego obrotu (na giełdzie Ether Delta). O wejściu na giełdę poinformował na swoim kanale i w 2,5 godziny nabywców znalazło 300 tys. jego coinów. – Po sprzedaży tokenów otrzymałem od ludzi kilkadziesiąt tysięcy złotych i w pierwszym momencie się przeraziłem. Było to dla mnie niespodziewane i nie wiedziałem czego ludzie w zamian oczekują. Czułem, że zaciągnąłem dług, który chcę jak najszybciej spłacić. I tak stałem się uczestnikiem własnego rynku, gdzie kupuję i sprzedaję własne tokeny – tak opisywał swoje pierwsze wrażenia Bentyn. Za pozyskane pieniądze zakupił sprzęt i wynajął operatora i montażystę. Co ciekawe, jego tokeny sprzedawane były na początku za kilka groszy, a w szczytowym momencie osiągnęły wycenę 1,9 zł za sztukę. Bańka w końcu pękła, ale nie zraziło to ponoć jego społeczności. Bentyn uważa, że spoglądając na giełdową wycenę swoich tokenów dostaje realny wyznacznik swojej rynkowej wartości i jest to dla niego o wiele lepszy wskaźnik i motywator, niż lajki na Facebooku.

Okazuje się jednak, że nie trzeba siedzieć w kryptowalutowym środowisku, by znaleźć nabywców swoich tokenów. Świadczą o tym przykłady Maćka Wapińskiego, prowadzącego kanał “Wapniak”  oraz Patryka Suligi prowadzącego kanał “Bez kanału”. Pierwszy zebrał w ICO 110 tys. zł, a drugi w dwa dni sprzedał tokeny za ponad 50 tys. zł. – Jeśli wierzysz we mnie (Patryka), że rozwinę projekt o nazwie “Bez kanału” to masz szansę dać mi kredyt zaufania w ramach którego będę chciał zwiększyć wartość Bez kanału i BKcoina – deklaruje pod swoim filmem Suliga. Jak widać wielu subskrybentów takiego kredytu z chęcią udziela. Nie są to zawrotne kwoty, ale nie oszukujmy się – chodzi przecież o dofinansowanie indywidualnej działalności twórczej, a nie wielkiego giełdowego konsorcjum. Wydaje mi się, że do youtuberów personalna tokenizacja, jako alternatywa dla crowdfundingu, pasuje jak ulał. Zwłaszcza, że nie chodzi o sfinansowanie jednego projektu, ale pomoc w rozwoju długoterminowego planu działalności.

Wyobrażam sobie, że personalne tokeny nie będą domeną tylko twórców youtube’a. W czasach, gdy sieć daje możliwość każdej pojedynczej osobie rozwoju swojego bloga, strony, czy muzycznego profilu, tokenizacja może być istnym motorem napędowym indywidualnej twórczości i przedsiębiorczości. Myślę, że niejeden fan byłby w stanie wyłożyć kilka złotych na wsparcie swojego ulubionego esportowca, licząc na jego sukcesy i wzrost popularności. Niejeden czytelnik bloga chciałby wspomóc swojego ulubionego komentatora, licząc na wzrost jego zasięgu. Niejeden meloman chciałby dofinansować ulubionego dj’a, który wrzuca swoje kawałki na soundcloud i chciałby wydać album i puszczać sety w berlińskich klubach. Takich przykładów można mnożyć.

Zawsze jest jakieś, ale…
Tydzień temu pisałem tutaj, że wyemitowano już mnóstwo bezwartościowych monet zwanych shitcoinami. I od razu nasuwa się skojarzenie, że personalne tokeny tylko zasilą szeregi takiego chłamu. Jest to możliwe, zwłaszcza jak prawdziwą intencją emitenta będzie tylko wzbogacenie się. Podkreślam jednak, że tokenizacja pasuje do twórców, którzy już mają pewną pozycję w sieci, mierzoną liczbą stałych odbiorców. Trudno mi sobie wyobrazić, by ryzykowali oni swoją reputację i lojalność owych odbiorców tylko dla kilkudziesięciu złotych. Z drugiej strony nikomu nieznany twórca nie będzie miał szans na tego typu dofinansowanie, a zbudowanie sobie społeczności wymaga czasu i wysiłku. W tym kontekście wydaje mi się, że o wiele łatwiej jest tutaj oddzielić ziarno od plew i trudniej o wpadnięcie w sidła oszustów.

Wątpliwości, jak to zwykle przy pieniądzach bywa, może budzić też kwestia giełdowych notowań i związane z nimi ryzyko spekulacji. Po pierwsze, jak to w przypadku Bentycoina było, może dojść do nadmuchania spekulacyjnej bańki, która pęknie, a ci co kupowali na górce będą pod kreską. Niestety taka jest natura rynków. Chciwość nierzadko pcha wyceny do poziomów zupełnie oderwanych od fundamnetów i trzeba się z tym liczyć. Wydaje mi się, że personalne tokeny to nie inwestycja na krótki termin, ale raczej na ultradługi. Liczymy na długofalowy rozwój jakiegoś twórcy, więc ewentualnych profitów z trzymania tokenów również należy spodziewać się w bardziej odległej perspektywie. Po drugie, istnieje ryzyko braku płynności. Sam Bentyn podkreślał, że rynek jego monet był bardzo płytki, a więc nie było tam na tyle dużo ofert kupna i sprzedaży, by swobodnie obracać tokenami. To normalne, przy tak niszowych emisjach (choć i na GPW codziennie średnio o 10 do 20 proc. akcji nie znajduje żadnego nabywcy, ani zbywcy). Dlatego też fajnie by było, gdyby tokeny miał dodatkową funkcję konwersji na inne dobra. Personalna tokenizacja jest młodą ideą i będzie zapewne ewoluować. Przyszłość pokaże, w którym kierunku to podąży. Nie będę jednak zaskoczony, jeśli wielu znanych w sieci twórców będzie posiadać swoją własną, cyfrową monetę.

 
Categories

ICO: Grube miliony za świstek cyfrowego dokumentu

Słyszałeś kiedyś o 36-stronnicowym dokumencie PDF sprzedanym za 257 mln dol.? Albo o polskiej firmie Golem, która w pół godziny pozyskała finansowanie w wysokości 8,6 mln dol? Jeśli nie, to witaj w świecie ICO, czyli w świecie cyfrowego crowdfundingu.

Initial Coin Offering, bo tak rozwija się ten skrót, to mająca dopiero pięć lat metoda na stosunkowo łatwe i szybkie zebranie pieniędzy na rozwój swojego startupu. Wszystko odbywa się w sieci i ma globalny zasięg. ICO to odpowiednik emisji akcji na giełdowym parkiecie, tylko w realiach internetowych, bez żadnej odgórnej standaryzacji i regulacji, z wykorzystaniem technologii stosowanych w kryptowalutach (blockchain). W 2017 r. zebrano tą drogą 3,7 mld dol. na 235 projektów. A w kolejce po kasę ustawiają się kolejne firmy. Jak to możliwe, że ludzie powierzają komuś tak ogromne kwoty, nie mając żadnej gwarancji odzyskania środków?

Zacznijmy od początku. Wyobraź sobie, że pewien startup ma pomysł na innowacyjny biznes łączący nowe technologie i finanse (tzw. fintech), i potrzebuje zastrzyku gotówki, by ów projekt wdrożyć w życie. Do wyboru ma co najmniej kilka dobrze znanych sposobów na sfinansowanie swojego pomysłu: środki unijne, fundusze Private Equity i Venture Capital, platformy equity crowdfundingowe, a także rynki regulowane, jak polski NewConnect, czy amerykański Nasdaq.

Każda z tych metod wiąże się niestety z licznymi niedogodnościami. Po pierwsze – długi czas oczekiwania na dofinansowanie. Po drugie – mnóstwo formalności i papierkowej roboty. Po trzecie – podporządkowanie się ściśle określonym standardom i wymogom regulacyjnym. Po czwarte – wysokie koszty. I po piąte – oddanie części swojego biznesu w ręce inwestorów i nadanie im pewnych przywilejów. Co gorsza – im młodszy startup i im bardziej ryzykowny pomysł, tym mniejsza szansa, że w ogóle uda się pozyskać pieniądze z któregoś z wymienionych źródeł albo, że uda się pozyskać odpowiednio wysoką kwotę. A z badania Startup Poland 2017 wynika, że aż 65 proc. młodych przedsiębiorców w hierarchii potrzeb na pierwszym miejscu stawia finansowanie. I tutaj właśnie tworzy się miejsce dla ICO, bo jest proste, szybkie i tanie. Prawie jak wino z dolnej półki…

Aby wziąć udział w ICO, twój startup potrzebuje tzw. white paper, czyli dokumentu PDF, który zawierać będzie m.in. opis modelu biznesowego, plany rozwoju działalności oraz parametry dotyczące finansowania, czyli ilość potrzebnych środków i to, co inwestor dostanie za nie w zamian. W praktyce jest to po prostu kilkudziesięciostronnicowy dokument, podobny do pracy licencjackiej. To dlatego na początku wspomniałem o PDFie wartym 257 mln dol. W środowisku krąży bowiem żart, że ludzie tak naprawdę wykładają na stół ogromne kwoty tylko na podstawie cyfrowego świstka papieru. Te grube miliony pozyskała w ubiegłym roku firma Filecoin (aktualny rekordzista wielkości ICO), która tworzy zdecentralizowaną sieć „magazynów danych”, która pozwoli użytkownikom wynajmować niewykorzystywaną pamięć komputerową za wirtualny pieniądz o nazwie filecoin.

Tokeny jak akcje firmy
Ten wirtualny pieniądz to tzw. token, który inwestorzy otrzymują w zamian za dofinansowanie startupu. Najprościej jest go porównać do giełdowych akcji. Jest to bowiem również nośnik wartości, który inwestor może zbyć na dedykowanej giełdzie lub trzymać i wymienić np. na usługę oferowaną przez finansowany startup (o ile taki sposób materializacji tokena jest dopuszczalny). Od strony technicznej token to po prostu kryptowaluta, która bazuje na już istniejącym blockchainie (np. tym stosowanym w Bitcoinie lub Ethereum). Po przeprowadzeniu emisji w ramach ICO, token trafia na giełdę kryptowalut i można nim normalnie handlować.

Wracając jednak do white paper: na tradycyjnej giełdzie jego odpowiednikem jest prospekt emisyjny, który musi być zatwierdzony przez Komisję Nadzoru Finansowego i dopiero później biuro maklerskie może zaoferować akcje inwestorom. W świecie ICO white paper umieszcza się na specjalnym forum internetowym, np. Bitcointalk i to użytkownicy owego forum oceniają, czy biznes wart jest finansowania czy nie. Każdy ma wgląd do PDFa i może osobiście dokonać audytu, skontaktować się z przedstawicielami startupu i podjąć finalną decyzję. Wrzucenie white papera do sieci jest więc sposobem na przyciągnięcie inwestorów.

Po upublicznieniu white paper, przychodzi czas na emisję wspomnianych tokenów. Odbywa się ona najczęściej przy pomocy smart contractów, czyli cyfrowych umów zabezpieczonych kryptograficznie. W takich umowach zaprogramowany jest algorytm, który – mówiąc w uproszczeniu – z automatu przydziela tokeny w zamian za przesłane środki. Tworzeniem takich kontraktów zajmują się specjalne firmy, które należy wynająć i opłacić. Ponieważ kontrakty te bazują na technologii rozproszonych rejestrów (blockchain), to mają globalny zasięg. To oznacza, że dzięki ICO możemy dotrzeć do najdrobniejszego inwestora w najbardziej odległym zakątku świata, o ile posiada dostęp do sieci. Na finansowanie może więc składać się mnóstwo ludzi, wykładających niewielkie kwoty, ale w sumie dające potężny zastrzyk gotówki. To właśnie dzięki temu wspomniany na początku polski Golem tak szybko pozyskał kilka milionów dolarów. Na tradycyjnej giełdzie byłoby to niemożliwe w tak krótkim czasie, bowiem bazują one na
scentralizowanych technologiach, a przez regulacje ograniczają grono potencjalnych inwestorów.

Model działania ICO można porównać do torrentów. Każdy zapewne ściągał kiedyś film z ich wykorzystaniem. Mówiąc w skrócie – torrenty działają w sieci peer to peer, a więc nie ściągamy pliku z jednego centralnego serwera, ale od każdego użytkownika, który taki plik udostępnia. Dzięki temu w “sieciach sklepów torrent” mieliśmy potężną bazę danych, które można było pobrać. W ICO mamy dostęp do potężnej bazy mniej lub bardziej drobych inwestorów rozsianych po całym globie (oferty aktualnych emisji można znaleźć na stronach, np. ico-list.com, icocountdown.com, czy coinschedule.com).

Po zakończeniu emisji tokeny trafiają do inwestorów i zaczynają być notowane na kryptowalutowych giełdach. Podobnie więc jak na giełdowym parkiecie, możemy zacząć nimi spekulować. Jedni zbywają je od razu, inni trzymają dłużej w nadziei na rozwój biznesu i wzrost wyceny. Przykładem jest chociażby ethereum, a więc druga po bitcoinie najbardziej popularna kryptowaluta. W jej ICO tokeny sprzedawane były po ok. 10 centów, a po trzech latach od emisji jeden ether kosztuje 1000 dol. Różnica robi wrażenie. Za tokeny Golema płacono na początku 0,015 dol., a w szczytowym momencie w grudniu nawet 1,16 dol.

Wszystko wygląda pięknie. Wystarczy napisać kilka stron A4, wrzucić to na forum, wynająć firmę od smart contractów i zgarniać miliony. Brzmi jak cudowny lek na największą bolączkę startupów. I faktycznie takim lekiem może być. Zawiera bowiem w sobie ideę swobodnego dostępu do zasobów, w tym przypadku kapitałowych, za pomocą sieci. Można powiedzieć, że ICO jest kolejnym po bitcoinie elementem technologicznej rewolucji XXI wieku. Niestety, jak to zawsze z pięknymi ideami bywa, wielu wykorzystuje je w nieuczciwy sposób. Choć ICO jest młode to już słyszeliśmy o wielu przypadkach defraudacji środków, piramidach finansowych czy też zwykłej kradzieży.

ICO – idealne narzędzie do robienia wałów?

W 2017 r. głośno było m.in. o sprawie CoinDash, gdy tuż przed rozpoczęciem sprzedaży tokenów, haker podmienił adres, na który dokonywane miały być wpłaty i pieniądze „popłynęły” nie tam, gdzie powinny. Normalnością są też szwindle, w których złodzieje tworzą fikcyjny white paper, nakręcają akcję marketingową, emitują tokeny, a potem znikają z kapitałem. W ostatnich dniach głośno było o przypadku Benebit, który oskarża się o kradzież tym sposobem aż 4 mln dol. Niestety dla nieuczciwych osób ICO to świetny instrument do robienia wałów. A że rynek ten nie jest jeszcze opisany przez tradycyjny system prawny, to z trudem można dochodzić swoich praw tradycyjną drogą sądową i trudniej ścigać winnych. Środowisko próbuje się bronić przed oszustami.

Powstają kodeksy dobrych praktyk, opracowywane są standardy emisji, a niektórzy tworzą portale nadające ratingi poszczególnym ICO. Niestety skala dotychczasowych przekrętów była tak duża, że niektóre państwa, jak Chiny i Korea Południowa, zakazały emisji tokenów. W Polsce, na razie, mamy tylko ostrzeżenie KNF. Trudno powiedzieć, czy interwencje organów nadzoru to przejaw troski o obywateli, czy strach, że ICO odbierze dużym firmom i instytucjom sporą część ważnego tortu, jakim jest finansowanie młodych firm. Tak czy owak , w pięć lat emisja tokenów stała się tak popularna, że rządy ważnych państw zaczęły się nią interesować. Zakaz emisji to na razie wyjątek, nie reguła, więc można się spodziewać nowych rekordów na tym rynku. Mówi się, że twórcy komunikatora Telegram zamierzają przeprowadzić ICO, a za swój PDF mogą zgarnąć nawet 500 mln dol.