Categories

Tylko dla szybkich i wściekłych. Na te inwestycje lepiej uważać

Na koniec mojej krótkiej serii zostawiłem inwestycje obarczone bardzo wysokim poziomem ryzyka. Niektóre z nich są właściwie gwarancją straty wszystkich pieniędzy, na innych stracisz połowę, w przypadku kolejnych będziesz mówił o szczęściu pod warunkiem, że utrzymasz kapitał. Na rynkach, o których za chwilę, wygrywają nieliczni. Liczyć na to, że będziemy w tej grupie jest oznaką dużego optymizmu i wiary we własne szczęście.

Inwestycje w nieruchomości, do jakich namawiają nas deweloperzy, są jakimś sposobem na zarobek, ale mają za dużo wad. Pomysł jest genialny – wykładamy gotówkę, kupujemy małe mieszkanie i wynajmujemy je. Firm oferujących takie rozwiązanie jest mnóstwo, kuszą potencjalnych klientów zyskami na poziomie 10 proc. rocznie i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, znajdują chętnych. Owszem, w idealnie kulistym świecie byłoby to do zrobienia. Natomiast w rzeczywistości nasz biznesplan inwestycyjny wykłada się w momencie, w którym nie możemy przez pół roku znaleźć chętnego do wynajmu albo musimy po niechlujnym lokatorze przeprowadzić duży remont.

Na dodatek wielu inwestorów zdaje się zapominać, że horyzont czasowy  inwestycji w nieruchomość to jakieś 20-30 lat. To nie lokata w banku, z której pieniądze wyjmiemy od ręki. Mówimy o mieszkaniu, w którym zamrażamy kapitał na bardzo długo. Według badań przeprowadzonych na początku roku 2017 przez brokerów Metrohouse S.A. średni czas oczekiwania na sprzedaż mieszkania to 137 dni. I nie mamy gwarancji, że znajdziemy chętnego na zakup po cenie, która nas satysfakcjonuje.

Na tej inwestycji nie stracimy wkładu, bo nawet jeżeli wynajem nie wypali, zostajemy z mieszkaniem. Natomiast w przypadku skrajnie niekorzystnego splotu okoliczności, możemy być w plecy solidne kilkanaście a nawet kilkadziesiąt procent. Inwestujący w nieruchomości pod wynajem zdają się czasami nie pamiętać, że utrzymanie mieszkania kosztuje a pustostan z jakichś tajemniczych powodów niszczeje szybciej, niż lokal zamieszkały przez lokatorów. Raczej odradzam.

Jest wcale spora grupa drobnych inwestorów, którzy wierzą w to, że to akurat im wyjdzie na giełdzie. Przeczytałem dziesiątki historii polskich graczy, którzy startowali z takim przekonaniem. U każdego jak mantra powtarza się hasło „pierwszy portfel wyzerowałem”. Owszem, możemy wrzucić pieniądze w akcje spółek wchodzących w skład WIG20 i liczyć na to, że nie uderzy kolejny kryzys, ale ponadprzeciętnych zysków raczej się nie spodziewajmy.

Liczenie na to, że akurat nam uda się trafić na giełdzie fuksa, po którym będziemy pławić się w dostatku, jest naiwne. Żeby grać na giełdzie bardziej agresywnie i oczekiwać wyższych zysków, trzeba się znać na rzeczach. Nie do wszystkich to dociera i potem jest płacz, szok i niedowierzanie. Ludzie stosują przeróżne taktyki, niektóre nawet by się nadawały, gdyby tylko dotyczyły szansownych spółek. We wspomnieniach amatorów (tych, którzy zgodzili się opowiedzieć o swoich porażkach) bardzo często przewija się motyw grania na niskie kursy akcji. Ale nie granie na spadek, tylko kupowanie akcji firmy w momencie, w którym ta znajduje się w historycznie najniższym kursie.

Ludzie wierzą, że skoro jest najtaniej i kurs akcji ustabilizował się na tych minimach, teraz musi się odbić. Otóż wcale nie musi, tak samo, jak szesnastokrotne wypadnięcie na rulecie koloru czarnego nie oznacza, że następnym razem już koniecznie musi paść na czerwone. Takie myślenie najlepiej podsumował Dostojewski w „Graczu”: Rozumie się, wszyscy natychmiast porzucają czerwone już po dziesięciu razach, i prawie nikt nie decyduje się na nie stawiać. (…) Doświadczony gracz wie, co znaczy ten „upór przypadku”. Na przykład zdawałoby się, że po szesnastu razach czerwonego, siedemnaste uderzenie wypadnie z pewnością na czarne. Tłumnie rzucają się na to nowicjusze, podwajając i potrajając stawki, i strasznie się zgrywają.”

Przyjmijmy, że jesteśmy nowicjuszami a giełda to taka ruletka, wtedy łatwiej przyjdzie nam zrozumieć, że na fuksa nie ma co liczyć. Zamiast tego trzeba siąść do uczenia się giełdy. Wtedy jest szansa, że po roku zacznie bardziej ona przypominać szachy lub brydża, gdzie liczy się nie tylko przypadek.

Na koniec zostawiłem sobie prawdziwie szatański wynalazek.

Od kilku lat falami uderzają w nas reklamy opcji binarnych, stuprocentowo pewnych i sprawdzonych platform i aplikacji tradingowych albo niebywałych okazji zarobkowych na największej giełdzie świata. Pewnie znacie Krzyśka, kierowcę taksówki, który odkrył cudowny sposób, dzięki któremu zarabia 800 euro dziennie, poświęcając na to godzinę. Pod tymi chwytnymi hasłami kryje się Forex, czyli giełda walutowa. Mógłbym pisać długo i namiętnie o ryzyku związanym zarówno z samą grą na Forexie, jak i z pokusą wykorzystania dźwigni, dzięki której nasze zyski poszybują w kosmos. Zamiast tego zdradzę wam tajemnicę.

Jeżeli nie jesteście doświadczonym zawodnikiem, który Forexowi poświęca cały wolny czas, to jedyną skuteczniejszą metodą stracenia kasy od gry na tej giełdzie, jest wrzucenie pieniędzy do ogniska. Na Forexie wygrywają jedynie rekiny.

O inwestycjach w niepewne biznesy mówiłem i powtórzę to jeszcze raz. Jeżeli ktoś obiecuje wam szybki i wysoki zysk, oznacza to, że albo was oszuka albo oszwabi. Trzeciego wyjścia nie ma. Dlatego ostrzegam po raz kolejny przed napalaniem się na geniuszy rynków, którzy obiecują inwestycje w złoto, platynę, diamenty, odpady (tak, są też tacy) czy dzieła sztuki. Nie liczmy na to, że po pół roku będziemy się wachlować pieniędzmi, zostaną nam co najwyżej bezwartościowe „certyfikaty udziału”.

 
Categories

E-stonia. Jak mały kraj stał się cyfrową potęgą na skalę światową

Założenie firmy w 20 minut, wypełnienie formularza podatkowego w 3 min, darmowe Wi-Fi w całym kraju, recepty tylko w formie cyfrowej, zintegrowane bazy danych obywateli zabezpieczone kryptograficznie… Informatyczna utopia? Nie. Po prostu Estonia.

Jeszcze ćwierć wieku temu Estonia była pogrążoną w kryzysie postsowiecką republiką. Kolejki do sklepów, spadająca produkcja przemysłowa, pędząca inflacja i rosnące bezrobocie – tak mniej więcej wyglądała wtedy sytuacja gospodarcza tego małego, bałtyckiego kraju. W 2018 r. ten sam kraj określany jest przez magazyn “Wired” najbardziej zaawansowanym cyfrowo społeczńestwem na świecie. To tu powstał Skype, to tu po raz pierwszy w administracji wdrożono technologię blockchain, to tu prężnie rozwija się instytucja e-rezdyenta i być może niebawem powstanie narodowa kryptowaluta Estcoin. Jak to się stało, że w stosunkowo krótkim czasie mały kraj z ekonomicznej ruiny zmienił się w informatycznego tygrysa?

Terapia szokowa
Estońska przemiana zaczęła się od razu po rozpadzie ZSRR. Politycy postanowili wykorzystać fatalną sytuację gospodarczą i szybko przeprowadzić fundamentalne reformy, diametralnie zmieniające gospodarcze realia. Uznali, że w czasie kryzyu społeczeństwo relatywnie lepiej zniesie ekonomiczną reorganizację. Trochę według zasady, że gorzki lek lepiej przyjąć w jednej dawce, niż w całej ich serii. – Wizjonerskie rządy nie mają wiele czasu na wykonanie niezbędnych kroków. Wiara jaką ludzie pokładają w politykach jest ograniczona, tak samo jak niewygody, które są gotowi znieść – tłumaczył to podejście Mart Laar, premier Estonii w latach 1992-1994. Zdecydowano się więc na terapię szokową, prawie jak Leszek Balcerowicz w Polsce, z tym, że tutaj “prawie” robi ogromną różnicę.

Po szybkim utworzeniu koalicji rządowej od razu zabrano się za opracowanie szerokiego programu reform, korzystając przy tym z doradztwa zagranicznych think tanków, w tym m. in. szwedzkiego, libertariańskiego Timbro, którego misją jest promocja wolności indywidualnej, nieskrępowanej przedsiębiorczości i otwartego społeczeństwa. Reformy zaczęły się od makroekonomicznej bazy – wprowadzenia i stabilizacji korony estońskiej oraz zrównoważenia budżetu.

Co ciekawe, Estonia odrzuciła propozycję pożyczki ze strony Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a więc nie chciała bezpośrednio uzależniać się od zagranicznego kapitału. Postawiła na wewnętrzne oszczędności i długoterminowe efekty. Po ujarzmieniu inflacji i podstawowych wskaźników koniunktury można było wziąć się za kolejne zmiany, już nie tylko stabilizujące sytuację, ale dające społeczeństwu perspektywy i możliwości rozwoju. Stąd zniesienie międzynarodowych barier handlowych i otwartość na zagraniczne inwestycje (m. in. możliwość zakładania i kupowania spółek na takich samych warunkach, które obowiązywały Estończyków oraz atrakcyjne zwolnienia podatkowe), które miały stanowić koło zamachowe gospodarki.

Trudno się zresztą dziwić takiej strategii. Na popycie wewnętrznym (zaledwie 1,3 mln mieszkańców), dodatkowo niezbyt zamożnym, kraj daleko by nie zajechał. A tak Estonia szybko stała się strefą wolnego handlu i w drugiej połowie lat 90-tych miała więcej inwestycji zagranicznych przypadających na mieszkańca niż jakiekolwiek inne państwo w Europie Środkowo-Wschodniej. Otwartość estońskich władz nie dotyczyła tylko zagranicznych podmiotów. Państwo dbało też o swoich obywateli o czym świadczy chociażby prywatyzacja prowadzona w porozumieniu ze związkami zawodowymi i wprowadzenie dialogu społecznego (trójstronne negocjacje między państwem, pracodowcami i pracownikami), co dało podwaliny społeczeństwa obywatelskiego.

Kluczowe było jednk zbudowanie instytucji, dzięki którym gra rynkowa miała jasne reguły, a ich przestrzeganie dawało więcej korzyści niż omijanie. Mowa tutaj o transparentnej administracji, reformie sądownictwa, całkowitej prywatyzacji sektora bankowego, prawie własności czy chociażby uproszczeniu systemu podatkowego i wprowadzeniu podatku liniowego.

Przykład Estonii dobrze obrazuje to, o czym Daron Acemoglu i James A. Robinson pisali w książce “Dlaczego narody przegrywają”. Według autorów wzrost gospodarczy i dobrobyt towarzyszą włączającym instytucjom gospodarczym i politycznym, podczas gdy instytucje wyzyskujące z reguły prowadzą do stagnacji i ubóstwa. Jeśli państwo nie zadba o instytucjonalny, transparentny system zachęt do oszczędzania, inwestowania i innowacji, to ma nikłe szanse na uzyskanie długoterminowej przewagi ekonomicznej bazującej na ogólnym, społecznym dobrobycie. W tym kontekście nie liczą się historia, położenie geograficzne, czy kultura, a po prostu jakość tworzonych przez państwo instytucji. Estońscy politycy szybko to zrozumieli, a polscy chyba do dziś pojąć tego nie mogą.

Tygrysi skok
Estoński cud gospodarczy nie bazuje jednak tylko na reformach ekonomicznych przeprowadzonych po upadku ZSRR. Te dały solidny fundament pod tworzenie nowoczesnej, zamożnej gospodarki, ale nadbudowy trzeba było szukać gdzie indziej. Kraj o niewielkiej powierzchni, nie dysponujący Lazurowym Wybrzeżem i ubogi w surowce naturalne swojej niszy postanowił szukać w nowych technologiach. Gdy w Polsce wprowadzano reformę edukacji, której filarem był dodatkowy szczebel w postaci gimnazjum, Estonia wprowadzała reformę “Tiger Leap” (“Tygrysi skok”), czyli długoletni program cyfryzacji szkół, który zakończył się dopiero w 2009 r. Dzięki wdrażaniu programu, już pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, większość estońskich szkół posiadała pełne wyposażenie informatyczne i umożliwiała dostęp do swoich zasobów on-line. Mało tego w ramach “Tygrysiego skoku” już na poziomie szkoły podstawowej wprowadzono naukę języków programowania.

Słusznie zauważono, że skoro dzieci uczą się trudnej gramatyki języków obcych, to dlaczego nie miałyby się uczyć składni jęzków programownia. Te ostatnie rozwijają wyobraźnię, systematyzują myślenie i ukierunkowują na rozwiązywanie problemów. Gdy w Polsce politycy dyskutowali czy Sienkiewicz czy Gombrowicz, 900 km na północny-wschód od Warszawy dzieciaki były przygotowywane na nadejście cyfrowej rewolucji. To dlatego w 2000 r. do estońskiej konstytucji, jako jedno z praw obywatelskich, wpisano darmowy dostęp do internetru.

W kraju działa teraz ponad 2,5 tys. hot spotów, a Wi-Fi można złapać nawet na plaży czy podczas spaceru w lesie. Estończycy słusznie wyszli z założenia, że tak jak w większości krajów dostęp do książek w bibliotekch jest darmowy, tak samo darmowy powienien być dostęp do sieci, która przecież jest potężną bazą danych. To kolejny, istotny element tej układanki – niegoraniczony dostęp do cyfrowych zasobów. Estońscy decydenci znacznie szybciej niż polscy skumali, że internet będzie w przyszłości kopalnią wiedzy. Dali więc ludzim nie tylko dostęp do tej kopalnii za free, ale także narzędzia do fedrowania. Stawiam tezę, że gdyby nie te solidne podstawy edukacyjne i postawienie na rozwiązania IT, współczesna Estonia nie byłaby tak otwarta i odważna w digitalizacji wielu ważnych usług. 20 lat temu skutecznie zasiano ziarno cyfryzacji, które teraz daje owoce podziwiane przez cały świat. A naprawdę jest co podziwiać i jest na kim się wzorować.

Krajowa baza danych
Ponad 90 proc. obywateli Estonii posiada ID-card, czyli cyfrowy dowód osobisty, który jest połączony z ogromną bazą danych zwaną X-Road. Ta ostatnia powstała w 2001 r., a jej celem było zdigitalizowanie i połączenie w całość większości istotnych danych dotyczących obywateli. Są tam więc rejestry dotyczące m. in. historii leczenia, rozliczeń podatkowych, poziomu wykształcenia, prowadzonych działalności gospodarczych, posiadanych biletów komunikacji publicznej, czy bankowości. W ten sposób w jednym miejscu, przy pomocy jednej karty mamy dostęp do wielu istotnych danych, które mogą być na bieżąco aktualizowane.

Podam prosty przykład.

Idziesz do lekarza i wypadałoby, aby dla postawienia dobrej diagnozy znał on twoje wcześniejsze dolegliwości i zażywane leki. Podajesz więc kartę ID i od razu lekarz ma wgląd do twojej medycznej historii, bez względu na to, w jakiej placówce wcześniej się leczyłeś. W naszym NFZ jest to nie do pomyślenia – w większości przychodni i szpitali są papierowe karty pacjenta i żadna inna placówka nie ma do nich wglądu. Żeby twój nowy lekarz widział, co myślał stary, musiałbyś wszystkie te karty kserować i nosić ze sobą.

Ogromna, państwowa baza danych to nie wszystko. W Estońskim systemie działa też funkcja cyfrowego podpisu, dzięki czemu 99 proc. spraw natury administracyjnej można załatwiać on-line, m. in. założenie firmy, płacenie podatków, wydawanie recept, itd. Według statystyky za 2016 r. 95 proc. Estończyków rozlicza się z Urzędem Skarbowym w formie on-line, a wypełnienie pitów zajmuje każdemu mniej niż 5 min. Dla porównania, przeciętny Amerykanin poświęca na takie sprawy 13 godzin i raczej nie jest to efekt różnicy inteligencji. Co warte odnotowania – nawet udział w wyborach parlamentarnych w Estonii jest dostępny w trybie on-line. Jest to bardzo istotne dla demokratycznych państw. Przykładowo szacuje się, że w USA w 2016 r. 39 proc. uprawnionych nie głosowało z przyczyn… logistycznych! Jedyną sprawą urzędową, które w Estonii nie załatwimy on-line jest wniosek o rozwód.

Szacuje się, że na przejściu do świata cyfrowego Estonia oszczędza rocznie 2 proc. PKB. Wielu sceptyków zwróci pewnie uwagę, na wątłe bezpieczeństwo takich rozwiązań. Faktycznie w 2007 r. Estonia doznała cyberataku ze strony Rosji, w efekcie którego zablokowane zostały serwery i rządowe strony internetowe. Po tym incydencie, a było to jeszcze zanim świat “ujrzał” bitcoina, Estonia zaktualizowała X-Road w oparciu o technologię blockchain, wykorzystując infrastrukturę klucza publicznego (Public Key Infrastructure). Dodatkowo zabezpieczyła się umieszczając kopię zapasową swojej bazy danych zagranicą (na wypadek zajęcia całego państwa). Na ten moment kraj ma więc najlepszy dostępny system bezpieczeństwa. Można więc powiedzieć, że kolejny kryzyz związany z Rosją Estonia obróciła na swoją korzyść.

Aktualnie w kraju rozwija się instytucja e-rezydenta, czyli możliwość uzyskania przez każdego statutusu e-obywatela. Nie daje to oczywiście estońskiej tożsamości, ale pozwala zakładać tam firmę i korzystać ze wszystkich dobrodziejstw cyfryzacji. Dla firm, które chciałyby działać na terenie UE to chyba całkiem dobra opcja. Liczby mówią zresztą same za siebie. W trzy lata przybyło w Estonii 30 tys. e-rezydentów ze 152 państw, w tym m. in. najbogatszy człowiek Indii – Mukesz Ambani.

Jak widać, Estonia nie zwalnia tempa od początku lat 90-tych. Gdy u nas instytucje nadzoru wydają 100 tys. zł na youtuberów, by demonizowali bitcoina, Estonia myśli nad wprowadzeniem własnej kryptowaluty Estcoin. Pod koniec marca miałem okazję brać udział w konferencji BlochainTech Congress, na której prelekcję miał Martin Ruubel, szef Guardtime w Estonii, dostawcy technologii blockchain dla X-Road. Mówił on m. in. o wyzwaniach stojących przed jego krajem, a wśród nich wymieniał przygotowanie alternatywy dla aktualnych zabezpieczeń kryptograficznych na wypadek upowszechnienia komputerów kwantowych. W tym samym czasie polscy politycy spierali się o to, czy Jaruzelski, Kiszczak i Hermaszewski generałami byli, czy nie…

Zapytacie teraz, czy w Polsce możliwe jest wprowadzenie podobnych rozwiązań jak w Estonii? Wątpie. I to nie dlatego, że jeseśmi 40 razy większym krajem. Patrzcie, jaki zasięg mają Google czy Facebook! Niech odpowiedzią będzie to, co usłyszałem na początku marca na SGH podczas konferencji “Blockchain – przełomowa innowacja czy medialny gadżet?”. Jedna z panelistek – Katarzyna Zajdel-Kurowska, członek zarządu Narodowego Banku Polskiego, powiedziała, że nie słyszała jeszcze o skutecznym wdrożeniu technologii blockchain. Jej zdaniem wiele się o tym mówi, ale to wciąż są fazy testowe. Takie stwierdzenia padły na najlepszej uczelni biznesowej w tym kraju i z ust przedstawicielki naszego banku banków, a więc instytucji, która w pierwszej kolejności powinna interesować się technologią rozproszonych rejestrów. No cóż, chyba czas najwyższy złożyć wniosek o e-rezydenturę.

 
Categories

Teraz od internautów dostaniesz nawet 4 mln zł na biznes

Finansowanie społecznościowe, czyli crowdfunding, przestaje być na polskim rynku metodą na zebranie małej sumy na niewielkie projekty. Od 21 lipca od internetowego tłumu będzie można zebrać w Polsce już nie 100 tys. euro (ok. 429 tys. zł), a 1 mln euro. Planowane jest też dalsze zwiększenie limitu – aż do 5 mln euro. To nowa szansa dla startujących biznesów i nowych platform crowdfundingowych, które już szykują się do wejścia na polski rynek.

Dla osób poszukujących pieniędzy na ruszenie z własnym biznesem crowdfunding stał się realną alternatywą dla kredytów bankowych czy wsparcia inwestorów. To, co w 2009 roku wydawało się ciekawym internetowym eksperymentem, dziś ma status jednej z najważniejszych zmian na globalnym rynku kapitałowym. Polska nowym prawem próbuje dogonić czołówkę świata nowych finansów. Tym bardziej, że zachwiana Brexitem pozycja lidera, jakim na rynku alternatywnych finansów była do tej pory Wielka Brytania, tworzy ciekawą szansę dla Warszawy.

Polska prawie no limits
W Polsce rynek zbiórek społecznościowych rozwija się od 2011 roku i do teraz można było w ramach zbiórek społecznościowych pozyskać maksymalnie 100 tys. euro (ok. 420 tys. zł – taki limit ustanowiło polskie Ministerstwo Finansów, przyjmując najmniejszy z możliwych limitów przewidzianych w unijnej dyrektywie z 2003 roku). W 2017 Unia uchwaliła nowe prawo, więc Polska ma teraz kolejną okazję na nowo ustalić limity zbiórek. I planuje wykonać prawdziwy żabi skok – zwiększa limit aż dziesięciokrotnie.

Co oznacza zwiększenie limitu? Więcej pieniędzy będzie można zebrać na realizację swoich pomysłów od internetowej społeczności w ramach tzw. crowdfundingu udziałowego. Udziałowy to ten, w którym osoba wpłacająca pieniądze dostaje nie tylko drobny upominek czy obietnicę pierwszeństwa w zakupie produktu (to tzw. crowdfunding nagrodowy) – w crowdfundingu udziałowym dostaje ona realne udziały w przyszłym sukcesie projektu. Prawie jak na giełdzie: pieniądze za akcje.

Czym różni się taka akcja crowdfundingowa od emisji akcji na giełdzie? Sam mechanizm jest bardzo podobny, ale do tej pory polskie prawo uznawało, że jeśli pozyskujemy kwoty mniejsze niż 420 tys. zł, to nie podlegamy tak szczegółowemu nadzorowi Komisji Nadzoru Finansowego jak spółki notowane na giełdzie.

–  W tej chwili wejście na platformę crowdfundingową to koszt 8 tys. złotych ze wsparciem z przygotowaniem strony, statutu, zgłoszenia do KNF, promocji wśród inwestorów, potem zamknięcie kampanii z sukcesem to kolejne 4 tys. zł. Do tego dochodzi 6,9 proc. success fee dla platformy.  W crowdfundingu też zawsze trzeba coś włożyć, żeby wyjąć – tłumaczy Bartosz Filip Malinowski, strateg i konsultant w WeTheCrowd, autor książki “Crowdfunding udziałowy dla startupów”.  Ale dla wielu nowych biznesów platformy to i tak o niebo tańsze rozwiązanie niż giełda, gdzie samo przygotowanie głównej dokumentacji – prospektu emisyjnego kosztuje od 50 tys. zł w górę.

Kto zarobi na zmianach?
Na pewno zwiększenie do 4 mln zł limitu kwot, które można pozyskać w sieci sprawi, że oprócz młodych firemek i niszowych projektów gier czy książek, po pieniądze do platform crowdfundingowych zwrócą się firmy, dla których zbiórka stanie się alternatywą na przykład dla kredytu bankowego To, co kilka lat temu wydawało się zabawą internautów, właśnie staje się bardzo ważnym źródłem kapitału dla firm.Taki kapitał ma jeszcze jedną zaletę: buduje wokół firmy od razu zaangażowaną społeczność, która może stać się zarówno gronem klientów, jak i dobrym kanałem promocji produktu.

Na zmianach zarobią oczywiście platformy organizujące zbiórki: dla nich, podniesienie limitów zbiórek z 420 tys. zł do 4 mln zł to obietnica większych zysków z prowizji. Na razie na polskim rynku działa jedna prawdziwa platforma crowdfudingu udziałowego. – Beesfund, która do tej pory zebrała w ramach zbiórek społecznościowych ponad 6 mln zł..  – W ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy platformy crowdfundingowe będą wyrastały jak grzyby po deszczu – prognozuje wzrost konkurencji na rodzimym rynku Bartosz Filip Malinowski.Swoją platformę udziałową szykuje m.in. polskie Wspieram.to, a drogę na polski rynek toruje sobie szwedzki gigant crowdu – FundedByMe.

Życie inwestycyjne Polaków
Na platformie crowdfundingowej inwestorem może zostać każdy. Wystarczy wpłacić kilkadziesiąt złotych. Mimo to, finansowanie społecznościowe w zamian za udziały rozwija się znacznie wolniej niż crowdfunding nieudziałowy. Polacy chętniej wpłacą 50 zł na projekt filmu w zamian za kubek niż za udziały. Rozwija się teraz wiele serwisów tematycznych: na zagramw.to można wesprzeć powstanie gry planszowej; na fans4club.pl kibice zbierają na transfer zawodnika do swojej ulubionej drużyny, a artystom możemy sypnąć groszem na wspieram-kulture.pl.

Rozwój crowdfundingu udziałowego to szansa dla Kowalskiego na ulokowanie pieniędzy w coś, co ma potencjał zysku. Dla wielu z nas to może być początek przygody z rynkiem inwestycyjnym.- Na ile rynek inwestorów prywatnych w Polsce drgnie? Nie ma w Polsce jakiejś specjalnie rozwiniętej kultury inwestycyjnej. Do tej pory firmy były wspierane przez profesjonalnych inwestorów zrzeszonych w sieci crowdfundingowej albo oddaną społeczność spółki, która już istnieje np. browar Inne Beczki czy jakaś cydrownia. Na pewno na polskim rynku crowdfundingu udziałowego przydałaby się dobra historia zwrotu z inwestycji mówi Malinowski.

 

 
Categories

Inwestuj w to, co znasz

Tydzień temu rozmawialiśmy o nieszczęściu, jakie spotkało znane i nieznane osoby, które skuszone obietnicą wysokich zysków, zainwestowały w dzieła sztuki i się na tej inwestycji bardzo przejechały. Uwierzyli, że osiągną bezpieczne zyski, które da się wypracować praktycznie wyłącznie ryzykując kapitałem. Prawie wyłącznie, bo jest bezpieczna metoda na zysk, którą wam sprzedam na końcu.

Zanim uzbrojeni w bon moty i porady Warrena Buffeta, ruszymy na podbój giełd, proponuję coś lżejszego. Fundusze inwestycyjne nie wymagają od nas specjalistycznej wiedzy, a pozwalają wyciągnąć z inwestycji trochę więcej pieniędzy niż z lokat czy oszczędzania na ROR-ze.

Wpiszcie w przeglądarce „tfi”, wyszukajcie jakiś agregat, który grupuje towarzystwa funduszy inwestycyjnych i sobie poklikajcie. Fundusze to instytucje, którym płacimy za to, że wyręczają nas w lokowaniu naszych pieniędzy. TFI muszą posiadać licencję na prowadzenie działalności i są kontrolowane przez KNF. Nie ma więc ryzyka, że zawiną się w nocy z naszym hajsem.

Do nas należy wybór strategii inwestycyjnej. Możemy włożyć nasze pieniądze w fundusze stabilnego wzrostu, które raczej nie dadzą rady pomnożyć bardzo naszych pieniędzy, ale stracimy na nich tylko wtedy, gdy świat dopadnie kolejny kryzys. Możemy wybrać fundusze akcyjne i zdecydować się, jaki poziom agresywności zarządzających funduszem preferujemy. Czy gramy na WIG 20, czy na akcje małych i średnich przedsiębiorstw. Musimy przeanalizować historyczne wyniki funduszu i założyć sobie, jaki poziom straty ewentualnie akceptujemy. Bo, jak pisałem na wstępie, w przypadku takich inwestycji stracić można. Ponadto za przywilej obracania naszymi pieniędzmi, fundusze pobierają opłaty.

Dlatego jeżeli zdecydujemy się na ten sposób inwestowania, nie planujmy szybkiego skoku na kasę. Potraktujmy te pieniądze jako inwestycję długoterminową i myślmy o niej w perspektywie 5-10 lat a nie roku. Owszem, może się zdarzyć, że fundusz wypracuje roczną stopę zwrotu na poziomie 40 proc. i postanowimy szybko skonsumować zyski, ale równie dobrze nasz fundusz może sobie rok po roku śmigać na poziomie 10 proc. Odliczając opłaty, będziemy sobie budować zysk powyżej inflacji i podatku Belki (pisałem o tym w poprzedniej części). Założenie sobie z góry, że wrzucamy pieniądze na 10 lat niesie ze sobą jeszcze jeden plus. Nie drzemy szat za każdym razem, gdy fundusz się nam obsunie i wykaże po kwartale ujemną stopę zwrotu (czyli dla nas stratę). W dłuższej perspektywie nawet -20 proc. może okazać się tylko małym ruchem na wykresie, który nie podnosi nam ciśnienia.

Na koniec mam dla was obiecaną metodę na dość bezpieczne inwestowanie, które może przynieść ponadprzeciętne zyski. Polega na tym, że inwestujecie w to, na czym się znacie. Ale nie mam na myśli wiedzy wyczytanej w kilku notkach w internecie. Mówię tu o rzeczach, które stanowią wasze hobby, którymi się jaracie, macie przeorane we wszystkie strony i wiecie o co w tym chodzi. Najlepiej będzie się nam rozmawiało na przykładzie.

Jeżeli siedzimy w literaturze, jesteśmy w stanie podać przykłady rzeczy wydanych w małych nakładach. Mamy wiedzę dotyczącą różnic między wydaniami, które dyskwalifikują jedno a premiują drugie. Wiemy, że są na świecie ludzie, którzy chcą mieć tylko pierwsze wydanie, bo w następnych autor naniósł po latach poprawki i to już nie to samo.  

25 lat temu Władysław Pasikowski wydał książkę „Ja, Gelerth”. Stała się ona przedmiotem kultu wśród fanów fantastyki. Problem polega na tym, że Pasikowski wstydzi się napisania takiej historii i powieści nie pozwala wznowić. W obrocie jest tylko wydanie pierwsze, przez co książka jest białym krukiem. Na allegro są teraz dwie aukcje, na obu kosztuje 150 zł. Z doświadczenia wiem, że trafiają się ludzie, którzy wezmą ją za takie pieniądze, częściej cena transakcyjna oscyluje w granicach 100 zł. Jak możemy tu zarobić?

Musimy kupić tę książkę taniej. Jest to trudne ale możliwe. Można polować na wyprzedaże całych biblioteczek albo czyszczenie zbiorów bibliotecznych. Łatwo trafić dużo dobrych rzeczy za niewielkie pieniądze. Szukać można w antykwariatach, ale tam raczej wiedzą ile co jest warte.

O okazję łatwiej będzie na targu staroci czy u sprzedawcy naręcznego. Kupiłem kiedyś za piątaka wydany w niewielkim nakładzie debiut znanego autora. Niemalże od ręki mogłem dostać za nią 30 złotych. Jestem raczej kolekcjonerem niż handlarzem, więc to wydanie leży do tej pory u mnie na półce. Aktualnie na allegro licytacja dobija do 50 złotych, mam potencjalnie dziesięciokrotne przebicie.

Oczywiście na pojedynczym egzemplarzu nie zrobimy majątku. Ale pomyślmy, że inwestujemy dwie godziny tygodniowo i co miesiąc trafiamy na 5 pozycji, które możemy sprzedać z kilkusetprocentowym zyskiem. Opłaca się? Wystarczy tylko dobra znajomość tematu i odrobina szczęścia.

 
Categories

Szychta w kosmosie

Wizje przyszłości z kultowych filmów Ridley’a Scott’a przestają być tylko naukową fikcją. W obliczu kurczących się zasobów na Ziemi, coraz więcej państw i prywtanych firm wdraża projekty eksploracji asteroid. Wartość znajdujacych się na nich surowców liczy się w miliardach dolarów. Firmy, które pierwsze zaczną fedrować w kosmosie, będą w przyszłości finansowymi potęgami.

Pamiętacie statek Nostromo z pierwszej części “Obcego”? Był to transportowiec, który na swoim pokładzie miał 20 mln ton rzadkiej rudy, wydobytej z obiektu kosmicznego o nazwie Thedus. Surowiec ten miał być przetransportowany i wykorzystany na Ziemi. W 1979 r. wizja ta wyglądała bardziej komiksowo niż realnie, ale w 2018 r. wydaje się być całkiem swojska. Po pierwsze dlatego, że ziemskie zasoby większości surowców kurczą się coraz szybciej w obliczu rosnącej populacji ludzkiej, a co za tym idzie rosnącego popytu na urządzenia z owych surowców budowane. 4

Po drugie dlatego, że kilka tygodni temu Elon Musk wysłał w kosmos swoją najcięższą rakietę, umieszczając na jej pokładzie samochód marki Tesla. Mamy więc problem ograniczonych zasobów i technologię, która te zasoby może sprowadzić z kosmosu. Na razie żadna firma nie otworzyła jeszcze kopalni na Księżycu lub asteroidzie, ale mamy na koncie kilka misji z udanym lądowaniem sondy badawczej i zaawansowane badania firm prywatnych. Okazuje się, że asteroid wartych milardy dolarów jest wokół Ziemi niemało. USA i Luksemburg już wdrożyły rozwiązania prawne, które zezwalają ich rodzimym firmom na kosmiczne fedrowanie. Polska także chce dołączyć się do tego wyścigu, o czym świadczą niektóre prywatne inicjatywy. Wygląda na to, że wizja kolonizacji kosmosu powoli zaczyna się realizować.

Wielkie pieniędze, wielkie wyzwania
W kosmicznej przestrzeni krąży cała tablica Mendelejewa. Na asteroidach znajdziemy m. in. złoto, iryd, srebro, osm, pallad, platynę, ren, ruten, wolfram, a także żelazo, kobalt, mangan, molibden, nikiel, aluminium, czy tytan. Cała gama tych metali używana jest w elektronice i przemyśle, stanowiąc surowiec niezbędny do produkcji kluczowych podzespołów m.in. w laptopach i smartfonach. Na Księżycu są duże zasoby helu 3, który może być używany do ekologicznej syntezy termojądrowej, co oznacza możliwość budowania wydajnych elektrowni atomowych bez ryzyka skażeń radioaktywnych.

Okazuje się, że w bezpośrednim sąsiedztwie naszej planety znajduje się wiele bogatych w różne złoża obiektów – asteroid, komet i meteoroid (czyli NEO, od ang. Near Earth Objects). Dzięki misjom oraz zaawansowanym przyrządom pomiarowym wiemy coraz więcej o ich składzie, a serwisy typu http://www.asterank.com/ katalogują obiekty według szacunkowej wartości ich złóż i opłacalności wydobycia. Gdy na wspomnianej stronie posortujemy listę według najbardziej efektywnych kosztowo asteroid, to na trzech pierwszych miejscach wyskakują nam: Ryugu, 1989 ML oraz Nereus. Ich wartość szacowana jest na odpowiednio: 82,8 mld dol., 13,9 mld dol. oraz 4,7 mld dol. Jeśli to was nie przekonuje, to wyobraźcie sobie, że  jedna asteroida o wielkości boiska piłkarskiego może zawierać złoża platyny warte 25-50 mld dol. Do wyobraźni może przemawiać odkrycie, zgodnie z którym wokół gwiazdy 55 Cancri A orbituje planeta Janssen2 mająca osiem razy większą masę niż Ziemia i – według analizy spektralnej – zbudowana jest w jednej trzeciej z… diamentów. Tak na dobrą sprawę nie wiadomo co jeszcze może kryć się na tych obiektach. W styczniu 2018 roku znanych było w ogóle ponad 750 tys. asteroid (w tym ponad 510 tys. ponumerowanych, z czego ponad 21 tys. ma także nazwy własne). Kosmiczni górnicy, o ile taki zawód faktycznie powstanie, raczej nie będą narzekać na brak pracy.

Warto dodać, że potencjał sprowadzania zasobów z kosmosu dostrzegają już wielkie banki. Według ubiegłorocznego raportu Goldman Sachs wydobycie surowców poza naszą planetą staje się coraz łatwiejsze i przede wszystkim tańsze. Przyczyniają się do tego m.in.  SpaceX Elona Muska czy Blue Origin Jeffa Bezosa. – Górnictwo kosmiczne może być bardziej realistyczne, niż nam się wydaje. Woda i metale z grupy platyny występują obficie na asteroidach i mogą wywrócić do góry nogami, od strony technologicznej i ekonomicznej, rynek i przemysł wydobywczy. Wodę łatwo można przemienić w paliwo rakietowe, a gdyby udało się magazynować paliwo na niskiej orbicie Ziemi byłoby to kamieniem milowym w naszym dostępie do kosmosu – czytamy w raporcie. Jego twórcy szacują, że perspektywiczne sondy mogą zostać zbudowane za dziesiątki milionów dolarów, a Caltech (jedna z najlepszych prywatnych technicznych w USA) zasugerowała, że statek kosmiczny “łapiący” asteroidy mógłby kosztować 2,6 miliarda dolarów. Wystarczy, że taki statek „złapałby” jedną z wyżej wymienionych asteroid i inwestycja stałaby się rentowna.

Ambitne firmy
Jak widać, kosmiczne górnictwo to gra warta świeczki. W przyszłości może to być jeden z kluczowych dla naszej planety segmentów przemysłu. W Stanach Zjednoczonych już działa kilka firm, które chcą być na tym rynku tym, czym Google jest teraz na rynku internetowym. Przykładowo firma Deep Space Industries, chce zająć się umieszczaniem na orbicie fabryk, zajmujących się przetwarzaniem i pozyskiwaniem kosmicznych surowców. Podobne ambicje ma także Planetary Resources. Jej strategią jest budowa orbitalnych teleskopów, które z dużym wyprzedzeniem wykrywałyby asteroidy i pozwalały na analizę ich składu. W przypadku potwierdzenia występowania odpowiednich złóż w stronę asteroidy wyruszałyby statki kosmiczne, których zadaniem byłoby jej przechwycenie. Co ciekawe, do 2025 r. NASA, przy współpracy w z obiema firmami, chce wysłać na asteroidę ludzi. Będzie to więc misja rodem z filmu „Armageddon”, z tym, że cel podróży będzie zupełnie inny.

Nie śpią też agencje rządowe, czego najlepszym dowodem są wysyłane w kosmos sondy. W 2010 r. japońska agencja kosmiczna Jaxa wysłała na asteroidę 25143 sondę Hayabusa, która pobrała odpowiednie próbki. Z kolei cztery lata temu misję Rosetta zakończyła Europejska Agencja Kosmiczna (ESA). Po raz pierwszy w historii sonda weszła na orbitę komety i umieściła na niej lądownik o nazwie Philae. ESA pokazała, że lądowanie na odległej komecie o średnicy 1,5 km jest możliwe. W misji tej był wątek polski. Otóż nasze placówki badawczo-rozwojowe pod kierownictwem Centrum Badań Kosmicznych PAN uczestniczyły w budowie penetratora MUPUS, jednego z instrumentów badawczych lądownika.

Oczywiście górnictwo kosmiczne jest na razie w fazie testowej. Skład surowcowy asteroid badany jest w większości przypadków z Ziemi przy pomocy tzw. metody widmowej – analizuje się , w jaki sposób od powierzchni asteroidy odbija się światło. Nie jest to metoda bezbłędna, a w obliczu ogromnych kosztów transportu kosmicznego nie można sobie pozwolić na wybór niewłaściwej asteroidy. Dlatego istotnym elementem tego przemysłu jest budowa próbników, które można wysłać na potencjalnie zasobną asteroidę, by pobrać próbki i wysłać z powrotem na Ziemię. Nad zaawansowanymi metodami detekcji i identyfikacji pracuje powołane w marcu 2017 r. polskie konsorcjum górnictwa kosmicznego EX-PL. W jego skład weszły: ABM Space, Cilium Engineering, Creotech Instruments, Sybilla Technologies i PIAP Space. – Jesteśmy coraz bliżej chwili, w której pozyskiwanie surowców z planetoid przestanie być jedynie obiektem rozważań, a stanie się rzeczywistością – mówił kilka miesięcy temu na łamach Business Insider, Mateusz Józefowicz, współzałożyciel ABM Space. Nie byłbym sobą, gdyby nie zasugerował, że warto od czasu do czasu zerkać na profile polskich i amerykańskich firm z branży kosmicznego górnictwa, szukając informacji, czy aby nie planują na przykład – emisji akcji. Myślę, że w perspektywie długoterminowej inwestycje w takie udziały mogą być całkiem opłacalne.

Kto pierwszy, ten lepszy
Przy okazji eksploracji kosmosu nie można zapominać o wątkach etycznych i prawnych. Nauczeni ziemskimi doświadczeniami, wiemy jak kończy się kolonizacja dziewiczych rejonów zasobnych w surowce i siłę roboczą. Człowiek zdolny jest do wszystkiego, więc niewykluczone, że tak jak wyeksploatował Ziemię, tak samo wyeksploatuje to co lata sobie wokół niej. Mało tego istnieje zagrożenie, że kolonizując kosmos sprowadzimy sobie na planetę dodatkowe problemy. Przykładowo – próby przechwycenia asteroid mogą kończyć się zmianą ich trajektorii lotu, a stąd już bliżej do katastroficznej wizji ze wspomnianego filmu „Armageddon”. W tym kontekście bardzo istotne są regulacje prawne. Od 1967 r. istnieje tzw. Traktat o Przestrzeni Kosmicznej, który m.in. zakazuje zawłaszczania ciał niebieskich, a także budowy baz wojskowych i rozmieszczania broni jądrowej w kosmosie. Traktat ten jest uznawany za kosmiczną konstytucję i został podpisany przez 104 państwa. Obiekty kosmiczne są więc niezawłaszczalne i, jak dodaje konstytucja, ich eksploracja ma służyć dobru wszystkich państw.

Jeśli Polacy wylądują na Ryugu, to nie będzie to oznaczać, że nasze granice są teraz od Bałtyku do Ryugu. Będziemy mogli natomiast wydobywać stamtąd surowce i sprowadzać je na Ziemię. Chociaż kwestie komercjalizacji wydobycia, jak to w konstytucjach bywa, nie są szczegółowo wyjaśnione. Dlatego powstają traktaty, które precyzują te zasady. Jednym z budzących sporo emocji jest tzw. Traktat Księżycowy, który mówi m.in. że nie wolno ingerować w obiekty kosmiczne tak, by doszło do zmiany ich krajobrazu, a ponadto wydobywane z nich surowce mają być dobrem wspólnym, a więc bez względu na pochodzenie wydobywającego, surowce mają być dzielone po równo między innymi narodami. Wiadomo teraz skąd te emocje…  

Niewiele państw ratyfikowało ten traktat, a odpowiedzią na brak jasności w kwestiach wydobycia są krajowe regulacje. Jako pierwsze, w 2015 r., własną ustawę asteroidalną opracowały Stany Zjednoczone. Jej główne przesłanie, z punktu widzenia kosmicznych górników, w sposób uproszczony, ale obrazowy wytłumaczył Kamil Muzyka, doktorant w Instytucie Nauk Prawnych PAN, członek National Space Society, na łamach kanału Astrofaza. – Asteroidy są niczyje, tak jak kiedyś było z wielorybami. Nie mogłeś sobie zastrzec prawa do wieloryba, tylko dlatego, że go zobaczyłeś lub wbiłeś w niego harpun. Jeśli go jednak złapałeś, mogłeś wydobywać z niego olej i sprzedawać go na wolnym rynku – mówił. W podobną stronę poszedł także Luksemburg, który w 2017 r. przyjął prawo legalizujące wydobywanie surowców z obiektów kosmicznych. Kraj ten ma ambicje bycia pionierem na tym rynku, co dostrzegają polskie firmy. Wspomniane konsorcjum EX-PL, nie mogąc na razie liczyć na lokalne wsparcie, nawiązało w ubiegłym roku kontakt z Ministerstwem Gospodarki Luksemburga. Nie da się ukryć, że zaczyna się globalny wyścig po kosmiczne złoto. Niebawem nad naszymi głowami będzie odbywać się to, co dotychczas oglądaliśmy na kinowych ekranach. Oby tylko bez niespodzianek w stylu „ósmego pasażera”.

 

 
Categories

Dlaczego sportowcy są świetni w biznesie?

Systematyczna ciężka praca, odłożony w czasie cel, sportowa zawziętość w dążeniu do niego i ciągłe doskonalenie się – trenujący przedsiębiorcy nie mają wątpliwości, że taka postawa to klucz do sukcesu zarówno sportowego, jak i biznesowego. Ale to nie wszystko.

Kim byś była, kim byś był, gdybyście nie zajmowali się biznesem? – to pytanie często zadawałam przedsiębiorcom. Sportowcem – odpowiadało wielu z nich, wielu też sport trenowało zawodowo. Postanowiłam sprawdzić, co takiego jest w treningu sportowym, co sprawia, że sportowcom tak blisko do biznesu.

Proces treningowy jest bardzo spójny z procesem budowania firmy. Mamy długoterminowy cel, a po drodze dużo wysiłku, ciągłe wytrącanie siebie ze strefy komfortu. Godzisz się z tym, że czeka cię wiele upadków, ale wierzysz, że każdy trening czyni cię lepszym – wymienia zalety treningu sportowego prezes rosnącej firmy  XTRF i triathlonista Andrzej Nedoma.

Same techniki to nie wszystko, w procesie treningowym kluczową rolę odgrywają relacje.

– To właśnie w sporcie nauczyłam się, że relacje z ludźmi są najważniejsze, mimo że triathlon jest sportem indywidualnym. Bez innych nie dałoby się rady – mówi Aleksandra Pogorzelska, psycholog sportu, sportowiec i założycielka Champion Consulting, która pracuje z ludźmi biznesu.

Relacje okazują się ważnym kluczem dla sportowej i przedsiębiorczej drogi. I tak naprawdę są trzy najważniejsze: z trenerem, sparing partnerami i samym sobą.

Ja i trener
Każdy program wsparcia biznesu: czy to dla startupów, czy zarządów większych firm, oferuje mentoring. Zapraszanie mentorów stało się bardzo modne, ale ich znaczenie przy okazji się rozmyło. Mentor to nie jest gość specjalny, który wygłosi pięciominutową prezentację. Dobremu biznesowemu mentorowi najbliżej do sportowego trenera. Podstawą takiej relacji jest autorytet i zaufanie.

– Przede wszystkim wybierasz trenera, którego uważasz za autorytet. Trener nie jest po to, żeby mówić ci rzeczy miłe, ale musisz mieć do niego wystarczające zaufanie, żeby wiedzieć, że to co mówi ma doprowadzić cię do lepszych efektów – tłumaczy relację z mentorem Paweł Sieczkiewicz, dwukrotny Mistrz Polski w kickboxingu i prezes firmy Telemedi.co, uznany przez Forbesa za jednego z 30 najzdolniejszych Polaków przed trzydziestką.

Absolutne zaufanie do trenera wspominał w swojej książce “Życie na podium” Robert Korzeniowski, polski lekkoatleta i czterokrotny mistrz olimpijski w chodzie sportowym: – Nie wiem, czy trener był tak rozczarowany moim bieganiem, że postanowił mnie zapisać na chód, czy też był na tyle zadowolony z tego biegania, że stwierdził, że nadaję się do czegoś więcej. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Jakby mnie trener wystawił wtedy do skoku w dal, to bym skakał w dal – mówił.

W sporcie jak w biznesie – musisz otaczać się ludźmi, którzy razem z tobą pracują na sukces. Masz szczęście, jeśli prowadzi cię świetny trener. – Ale jedno trzeba pamiętać: i w sporcie, i w biznesie odpowiedzialność za sukces spoczywa wyłącznie na tobie – dodaje Sieczkiewicz.

Ja i sparing partnerzy
Drugim rodzajem relacji, która rozwija przedsiębiorcę, są sparing partnerzy – to głównie inni przedsiębiorcy i klienci. To oni dają nam cenne informacje zwrotne, z których również możemy się uczyć. – Jeśli przegrasz przetarg, to następną szansę na obsługę tego klienta możesz mieć za dwa lata. Trzeba w tym czasie na innych klientach udowadniać, uczyć się, poprawiać – mówi Sieczkiewicz.

Ja
Samodyscyplina, upór i motywacja – bez tego nic nie ma prawa się udać. I za taką postawę jesteśmy odpowiedzialni już tylko my. I sami ze sobą musimy ustalić kilka spraw.

  • Po co to robimy?
    Dowiedziałam się, że nie ma złej motywacji. Jest tylko taka, która działa i taka która nie działa. Nieważne więc, czy chcemy zdobyć mistrzostwo świata, bo właśnie rzucił nas chłopak i musimy coś sobie udowodnić, czy mamy gen rywalizacji i kochamy wygrywać. Jeśli to sprawia, że jesteśmy w stanie ciężko, mądrze i regularnie pracować, to nie ma takiej mocy, żebyśmy w końcu czegoś nie osiągnęli.

Nie byłam w niczym wybitna, ale byłam dobra w wytrwałości, w pracy i umiejętności odraczania gratyfikacji. Medale uczyły mnie własnej skuteczności. Mimo że nie miałam talentu do triathlonu, to okazało się, że ciężką pracą byłam w stanie je zdobyć. Nauczyłam się, że nie ma rzeczy niemożliwych – mówi Aleksandra Pogorzelska, triathlonistka i trener biznesu.

  • Ile chcemy z siebie dać?
    Tu też warto pogadać z samym sobą. Ile jest dla mnie warte osiągnięcie celu? Co jestem w stanie poświęcić?

Nie ma złych odpowiedzi, jeśli są szczere. Możemy nie chcieć poświęcać życia osobistego dla bycia Mistrzem Świata, ale jeśli nie będziemy rozgoryczeni tytułem Mistrza Dzielnicy, a jednocześnie uda nam się rozwijać inne pasje, z których nie chcemy rezygnować, to to też jest sukces. Sportowcy przyznają, że paliwem w drodze do celu jest nasze zaangażowanie i tylko my decydujemy, gdzie i jak je ulokujemy. Warto to przemyśleć.

Nie bez przyczyny czasem sportowcy odpuszczają niektóre zawody, żeby docisnąć gdzie indziej: powalczyć o większe trofeum, czy lepiej przygotować się do startu w innej kategorii. To się nazywa taktyka i również dobrze sprawdza się na Igrzyskach Olimpijskich, co w życiu.

  • Czy jesteś gotowy na naprawdę małe kroki?
    Jak już będziemy wiedzieli dlaczego i po co idziemy, i zgodziliśmy się zapłacić za to ciężką pracą, to nie pozostaje nic innego jak wziąć się do roboty. I okazuje się, że nie będzie to nic, czym będziemy chcieli się chwalić w mediach społecznościowych.

To praca z samym sobą, mało fotogeniczna, z porankami, gdy nie chce się wstać, z brakiem zapału, kryzysem poczucia sensu, wątpliwościami i małymi sukcesami. Chwilami tak małymi, że będzie nam się wydawać, że stoimy w miejscu.

Największy problem z sukcesem jest taki, że wiele osób zna go wyłącznie z mediów: widzimy sportowców na mecie, biznesmenów na okładkach tygodników i aktorów odbierających Oscary. Nie widzimy drogi, która ich zaprowadziła do tego miejsca. A była długa i wymagała wielu maleńkich kroków w dobrą stronę.

Robert Korzeniowski  w swojej książce “Moja droga do mistrzostwa” pisze, że właśnie wykonując te kolejne kroki, kolejne treningi, zbieramy ważny kapitał: poczucie własnej wartości, skuteczności i samoocenę. Może nie brzmi to jak błyskawiczna kariera, ale na pewno budowana na solidnych fundamentach.

Sport nauczył mnie tego, że nic mi nie przychodzi łatwo: nad wszystkim muszę popracować. Na treningu zawsze mówiłem sobie tak: ok, teraz nie potrafię tego zrobić, ale wyłączę myślenie na rok, będę trenował, będzie bolało, ale nie będę o tym myślał. Po roku otwieram oczy i okazuje się, że już umiem. Jeśli przychodzisz na każdy trening, nie ma takiej możliwości, żebyś się czegoś nie nauczył – mówi Paweł Sieczkiewicz.

Im więcej historii sportowców i przedsiębiorców poznałam, tym bardziej wszystkie zaczynały się układać w dość spójną historię pracy i determinacji. Miałam jednak poczucie, że najlepsi przedsiębiorcy i sportowcy mają coś jeszcze: szczęście. Czy nie jest tak, że  w biznesie i w sporcie najlepszym sprzyja też fart? Sportowcy uważają, że szczęście pomaga tylko tym, którzy są przygotowani.

– Okazje w biznesie nadarzają się ciągle, pytanie brzmi, czy jesteś na na nie gotowy pod względem umiejętności, czasu i finansów. Jeżeli zaczniesz trenować dziś, to będziesz gotowy na okazje, które przyjdą za pięć lat. Jeśli zaczniesz trenować za pięć lat, to będziesz gotowy na kolejną okazję za 10 lat – podsumowuje jeden z najbardziej obiecujących młodych polskich przedsiębiorców.

 
Categories

Proste sposoby na to, jak chronić swoje dane na Facebooku

Gigant z Menlo Park już dawno nikogo tak nie wkurzył. Z platformy wyciekły dane 50 mln użytkowników, które następnie trafiły do firmy badawczej Cambridge Analytica (tak, tej od Trumpa). Afera odbija się serwisowiczkawką. Ktoś próbuje niemrawo rozruszać akcję #deletefacebook, ale bądźmy realistami, kto dobrowolnie skaże się na FOMO? Sprawdźmy jak możemy zabezpieczyć się sami przed twórcami aplikacji, którzy wyłudzają od nas dane.

 

Najpierw jednak kilka słów wyjaśnienia. Afera Cambridge Analytica mogłaby zostać zamieciona pod dywan, jak wiele innych akcji związanych z wykorzystaniem danych na nasz temat, gdyby nie splot okoliczności. Facebook nie widział niczego złego w tym, że aplikacja wyciąga dane dotyczące zarówno biorącego udział w idiotycznym quizie, jak i jego wszystkich znajomych. W efekcie CA zgarnęło olbrzymi worek danych, w większości bez zgody ich właścicieli. Co gorsza, Facebook miał o tym wiedzieć, ale postanowił nie informować o tym ani użytkowników, ani władz. Ostatnią kroplą, która przelała czarę był sposób wykorzystania tych danych.

Badacze z Cambridge Analytica wprzęgli do pracy algorytm opracowany przez dr Michała Kosińskiego (nie współpracował on jednak z CA) i na podstawie analizy danych, dokładnie rozpoznali preferencje polityczne użytkowników. A następnie dostosowali komunikację w taki sposób, żeby je zmieniać. Jeżeli wiemy, jakie tematy poruszać z wyborcą, łatwiej możemy nim sterować. Ta wiedza została wykorzystana przez sztab Trumpa i koła optujące za Brexitem.

Pewnie nie dowiedzielibyśmy się o niczym, gdyby nie sygnalista Christoper Wylie, analityk z CA, który całą sprawę ujawnił. I zrobiło się niefajnie. Już wiadomo, że rząd brytyjski i Komisja Europejska zapowiadają wszczęcie postępowań wyjaśniających. Zgłaszają się również przedstawiciele kolejnych krajów, prosząc o wyjaśnienia. Facebook próbował umyć ręce, twierdząc że użytkownicy zgodzili się dobrowolnie na przekazanie danych, ale tym razem taki farmazon nie przejdzie. Jak zatem możemy korzystać z Facebooka, zachowując przy tym względne poczucie bezpieczeństwa?

Wykasuj aplikacje innych firm
Z wygody, lenistwa, niechęci do zakładania konta na nowym serwisie (wpiszcie inną wymówkę) logujemy się Facebookiem do aplikacji zewnętrznych. Zerknąłem w swoje konto i mam na nim 60 aplikacji. Każdej z nich udostępniam swoje imię, nazwisko, profilówkę, zdjęcie w tle, płeć, nazwę i mój identyfikator na Fejsie. Do tego niektóre wyszarpały listę moich znajomych, mój adres e-mail. Praktycznie każda może wysyłać do mnie powiadomienia, niektóre chciały publikować posty w moim imieniu na moim wallu, ale tego pilnuję i zawsze odklikuję. Wejdźcie w Ustawienia -> Aplikacje. Zadumajcie się nad liczbą firm zewnętrznych, którym daliście dostęp do swoich danych. Następnie zjedźcie na dół i polecimy po kolei.

Aplikacje, witryny internetowe i wtyczki -> Edytuj -> Wyłącz platformę. Jasne, po wyłączeniu platformy nie będziemy mogli robić mnóstwa interesujących rzeczy, jak na przykład integracja Facebooka z aplikacjami i witrynami innych firm. Myślę jednak, że jakoś to zniesiemy.

Powiadomienia z gier i aplikacji -> Edytuj -> Wyłącz. I już nie dostajemy bezsensownych powiadomień.

Aplikacje, z których inni korzystają -> Edytuj -> odznaczcie wszystkie opcje -> Zapisz. Dzięki temu użytkownicy Facebooka, którzy widzą informacje o nas, nie będą mieli czego nieświadomie udostępniać aplikacjom, z których korzystają, i które są zainteresowane wyrwaniem ekstra danych.

Ustaw widoczność swoich postów
Tutaj wszystko zależy od tego, jak traktujemy Facebooka. Dla mnie jest on przedłużeniem mojej strony, więc prawie wszystko, co wrzucam pcham na „Public”. Jeżeli jednak nie chcecie się dzielić ze światem swoimi wpisami i nie prowadzicie działalności publicystycznej, proponuję przełączyć się w inny tryb.

Ustawienia -> Prywatność -> Twoja aktywność -> Kto zobaczy Twoje przyszłe posty -> zmieniamy ustawienia na Znajomi. Będzie się to stosować do wszystkich nowych postów, które stworzycie. Ustawienia można modyfikować indywidualnie, choćby podczas tworzenia wpisu.

Ogranicz widoczność starych postów

Dobrym pomysłem może być ograniczenie widoczności starszych rzeczy. Ponownie wchodzimy do sekcji Twoja aktywność -> Ogranicz widoczność starych postów i po rozwinięciu się tej opcji, potwierdzamy nasz wybór. Od tej pory starsze posty, nawet jeżeli były ustawione jako Publiczne, będą widoczne wyłącznie dla twoich znajomych, osób w nich oznaczonych i ich znajomych. Dalekie to od doskonałości, ale lepsze niż nic.

Ogranicz możliwość wyszukiwania Cię
W sekcji Twoja aktywność znajdziemy również pole o nazwie „Jak można Cię znaleźć i nawiązać z tobą kontakt”. Ja występuję jako osoba półpubliczna, więc niczego nie zmieniałem. Ale jeżeli chcecie ograniczać dane, które mogą wyciągnąć inni, możecie poklikać i wyłączyć wyszukiwanie za pomocą e-maila, numeru telefonu oraz nie pozwolić, żeby wyszukiwarki spoza Facebooka linkowały do Twojego profilu.

Oś czasu i oznaczanie
Tutaj możemy ograniczyć bądź wyłączyć możliwość publikowania cudzych wiadomości na naszej osi czasu i ich widoczność, oznaczanie na zdjęciach i w postach. Sami skomponujcie najbardziej odpowiadającą wam paczkę. Mocno rekomenduję wyklikanie sekcji Weryfikacja, włączenie przeglądania postów, w których nas oznaczono, zanim pojawią się na naszej osi czasu oraz weryfikację znaczników.

Przyjrzyjcie się też sekcji Oznaczanie, w której jest rozpoznawanie twarzy. U mnie na razie ta opcja jest niedostępna, ale nasze Facebooki mogą się różnić i możecie mieć ją aktywną. Proponuję wyłączenie.

Wyłączenie usług lokalizacyjnych
Lokalizacja przydaje się w mapach Googla i tylko im zezwalamy na śledzenie naszych poczynań. Dla Facebooka i jego reklamodawców informacje o tym, w jakiej restauracji aktualnie jesteśmy albo gdzie pracujemy, są bezcenne. Nie widzę powodu, dla którego miałbym im je oddawać.

Usługi lokalizacyjne wyłączamy z poziomu telefonu a nie aplikacji. W Androidzie należy wejść w Ustawienia -> Osobiste -> Lokalizacja. I tutaj sprawdźcie, czy na liście aplikacji, którym udostępniacie swoje położenie jest Facebook. Jeżeli jest, klikacie w ikonkę apki, przechodzicie do Uprawnień i wyłączacie lokalizację. Można też pociągnąć hurtem wszystko i wyłączyć to dla wszystkich aplikacji, ale jak wspomniałem wcześniej, te usługi bywają przydatne w przypadku map Googla, aplikacji badających poziom zanieczyszczenia powietrza, nawigacji samochodowych. Dlatego lepiej powyłączać to ręcznie tym programom, którym taka wiedza na nasz temat nie jest potrzebna.

W przypadku urządzeń Apple sposób postępowania jest podobny.

Zmień ustawienia reklam
Należy pamiętać o jednym: nie da się wyłączyć reklam na Facebooku, będziecie je tak czy inaczej dostawać. Wszystko co robimy w tej sekcji ma na celu ich lepsze dopasowanie i uczynienie naszego życia na Facebooku znośniejszym. Być może dzięki nim uda nam się nie przegapić premiery książki naszego ulubionego autora.

Ustawienia -> Reklamy i rozwijamy sobie kolejne sekcje. Warto przejrzeć Twoje zainteresowania i zastanowić się, czy na pewno chcemy dostawać informacje na temat filmów romantycznych tylko dlatego, że zalajkowaliśmy kiedyś oficjalny profil filmu „Love Actually”.

W następnej kolejności wchodzimy do zakładki Twoje informacje i odznaczamy rzeczy, których nie chcemy pokazywać reklamodawcom. Macie tam dwa pola: Informacje o Tobie, gdzie są podstawowe dane (odklikałem wszystko) oraz znacznie ciekawsze Twoje kategorie. Tworzy je sobie sam Facebook na podstawie tego, co mu pokażemy. Warto je przeanalizować i wywalić te, które są bez sensu. U mnie były to na przykład tak dziwaczne kategorie, jak „Bliscy znajomi ekspatów” czy „US soccer fans”.

I tak na szybko to by było na tyle. Miłego facebookowania.

 
Categories

Twój czas – zasób nieodnawialny

To ostatnia część mojego małego cyklu o oszczędzaniu i budżecie. Tak dużo rzeczy do omówienia, tak mało miejsca. Ostatecznie postanowiłem rozwinąć wątek z poprzedniego tekstu i dzisiaj napiszę wam trochę o najcenniejszym z posiadanych przez nas zasobów – o czasie.

Czas trwoni się nam najłatwiej ze wszystkiego, bo zazwyczaj nie myślimy ile on tak naprawdę jest wart. Rzadko kto liczy sobie ile kosztuje jego czas, problem ten zazwyczaj pojawia się przy negocjowaniu stawki godzinowej albo zarobków miesięcznych w nowej pracy. A warto znać te cyfry wcześniej. Dzięki nim jesteśmy w stanie szybko ocenić, czy coś nam się opłaci, czy może niekoniecznie.

Dobrej metody wyliczenia wartości naszego czasu nie ma, trzeba sobie to jakoś uśredniać. Nie ma sensu tego liczyć z wzoru: pensja/czas pracy, bo to nieprawda. Tak policzymy sobie wyłącznie stawkę godzinową w pracy.

Przeliczanie wartości każdej godziny w dobie też nie jest idealne, bo przecież śpimy. Jakąś formą najlepszego przybliżenia mogłoby być obliczenie wartości godziny aktywności. Liczymy ile średnio śpimy, odejmujemy ten czas od naszej doby i przeliczamy. Sugeruję w ramach jednego miesiąca zrobić takie ćwiczenie i policzyć jak długo średnio w ciągu doby jesteśmy aktywni. Sam korzystam z takiej metody, bo według mnie najmniej przekłamuje.  

Miejmy też świadomość, że czas ludzi, którzy nie pracują nie jest przecież wart 0 zł. Wszyscy mamy znajomych, którzy wybrali taki a nie inny zawód. Robiąc rzeczy pożyteczne zarabiają relatywnie niewielkie kwoty, jak choćby nauczyciele. Dlatego każdy powinien sam zastanowić się jak wycenić swój czas. Być może dojdziecie do wniosku, że jakiekolwiek wyliczenia są na nic i postanowicie uznaniowo stwierdzić, że wasza godzina kosztuje minimum trzy dyszki. Też dobrze, byleby nie przegiąć. Bo przy uznaniu, że godzina naszego czasu warta jest tysiąc złotych, całe nasze dalsze kalkulacje biorą w łeb.

No dobra, załóżmy że wyliczyliśmy sobie koszt naszej godziny i wynosi on dwie dychy. Do czego możemy tę stawkę wykorzystać?

Przede wszystkim do policzenia tego, czy opłaca nam się robić określone rzeczy. Poniżej przykłady z mojego życia. Walnął mi w lodówce termostat, lodówka mroziła, postanowiłem być prawdziwym mężczyzną. Zamówiłem model pasujący do mojej lodówki i sam go wymieniłem. Lodówka zaczęła mrozić jeszcze bardziej. Stwierdziłem, że pewnie coś uszkodziłem podczas montażu i zamówiłem kolejny. Sam wymieniłem. Sytuacja bez zmian. Wezwałem specjalistę, który uświadomił mi, że czujki z moich termostatów były za krótkie i nie sięgały tam, gdzie powinny. Wymienił na jeden z takich, które przyniósł ze sobą, zainkasował 150 ziko, od tamtej pory lodówka działa.

Oczywistym jest, że mój pęd do wiedzy na temat budowy lodówek i chęć zostania bohaterem domu były bez sensu. Straciłem kilkanaście godzin życia na dwukrotny zakup termostatu, wymianę i poszukiwania odpowiedzi dlaczego lodówka dalej działa wadliwie. Doliczamy też koszt zamrożonego jedzenia. Moja chęć zaoszczędzenia na specjaliście kosztowała lekko licząc czterokrotnie więcej od jego wizyty. Oczekiwana wartość oszczędności nie została osiągnięta, zanotowałem za to dużą stratę. Gdybym od razu wezwał magika od lodówek, zapłaciłbym tylko 150 złotych i nauczył się z pierwszej ręki tego, czego nie znalazłem w internecie. A w czasie, który straciłem na wszystkie czynności związane z reperacją własnoręczną, mogłem napisać trzy teksty, które sprzedałbym za stawkę wystarczającą na pokrycie kosztów wizyty złotej rączki. I jeszcze by mi zostało na dodatkowe atrakcje.

Miałem do pomalowania jedno pomieszczenie. Niestety, pełne załomów, wykuszów i trudno dostępnych miejsc. Gdybym własnoręcznie przygotował pokój do malowania (folia, mycie ścian) i zlecił samo pacykowanie, kosztowałoby mnie to 160 złotych plus farba. Normalnie zapłaciłbym ekipie a sam siedział i pisał. Jednak w perspektywie najbliższych 3 miesięcy czeka mnie malowanie dwóch mieszkań. Opłaciło mi się więc kupić narzędzia i pomalować pokój samodzielnie, nawet jeżeli trwało to kilka godzin. Przyda mi się praktyka, wałki i pędzle posłużą jeszcze dwukrotnie (ich koszt rozłoży się na trzy malowania). Gdybym jednak miał w perspektywie wyłącznie malowanie jednego pokoju, praca samodzielna byłaby kosztowo nieopłacalna.

Ale już na przykład własnoręczna wymiana żarówki w samochodzie jednoznacznie mi się opłaciła. W mojej Corolli trudno się dobrać do reflektora z powodu niefortunnego ułożenia akumulatora. Mimo tego po kwadransie prób udało mi się wygrzebać kostkę, zmienić żarówkę i upchnąć wszystko z powrotem w reflektorze. Zaoszczędziłem czas potrzebny na wizytę w warsztacie i pieniądze, które zapłaciłbym za usługę. Przy okazji nauczyłem się, jak to robić, co będzie procentować za każdym następnym razem. Kwadrans mojego czasu kosztował mniej niż wizyta u speców a wiedza na temat pozostanie.

Napisałem to wszystko po to, żebyście w swoich kalkulacjach uwzględniali coś więcej niż tylko to, ile będzie kosztować was zamówienie specjalisty. Znając koszt waszego czasu i wiedząc ile go poświęcicie na określone czynności, będziecie w stanie sprawnie przeliczyć czy nie opłaci się wam zapłacić za czas kogoś innego.

Ten temat jest absolutnie fascynujący i mógłbym o nim godzinami z przykładami, ale objętość mnie blokuje. Dlatego zachęcam do samodzielnych badań nad rzeczywistymi kosztami naszych codziennych aktywności. Gwarantuję wam, że się zdziwicie.

 
Categories

10 młodych polskich firm z realnymi sukcesami na świecie

Uwielbiamy czytać o tym, że Polakom się udaje. GO GLOBAL to hasło, z którym na ustach startuje niemal każdy program, który ma wspierać startupy. Pada dużo deklaracji, ale gdzie są prawdziwe sukcesy? Wybraliśmy 10 firm internetowych które naprawdę świetnie radzą sobie na międzynarodowym rynku lub właśnie kończą rozgrzewkę przed swoją globalną szansą.

W zestawieniu nie uwzględniłam software house’ów, czyli firm produkujących oprogramowanie dla zewnętrznych klientów. Takich firm, pracujących dla zagranicznych klientów, jest w Polsce dużo – tyle wiemy, ale ciągle brakuje na rynku danych, co do wielkości rynku i sukcesów polskich software house’ów.

Nie uwzględniałam też rozwiązań tworzonych przez korporacje, czy korporacyjne konsorcja. Cała dziesiątka to niezależne firmy budowane od podstaw przez małe zespoły założycieli.

  1. LiveChat Solutions
    Typowana na drugiego polskiego jednorożca (po CD Projekt) wrocławska firma z prawdziwie międzynarodowym gronem klientów i rozbudowaną usługą w 41 językach. Rozwiązania LiveChat są szczególnie popularne w Stanach Zjednoczonych – korzysta z nich i Departament Stanu i jedna z najlepszych uczelni – Standford University. Od kwietnia 2014 roku notowana na warszawskiej giełdzie, na której wartość spółki przekroczyła 1,4 mld $ już trzy lata po debiucie.

Co robią? Główny produkt to narzędzie do automatyzacji obsługi klienta za pomocą online’owych chatbotów, usługa udostępnia również analitykę interakcji z klientami na stronie klienta i zarządzanie zadaniami związanymi z jego obsługą Ostatnio firma wdrożyła dwa nowe produkty, m.in. BotEngine.ai – platforma, dzięki której każdy, niezależnie od umiejętności programistycznych może stworzyć swojego chatbota. Firma próbuje uciec od łatki firmy jednego produktu, z którą do tej pory działała rynku.

Data powstania: 2002 rok
Założyciele: Mariusz Ciepły, Maciej Jarzębowski, Jakub Sitarz
Obecny CEO: Mariusz Ciepły
Wartość spółki: średni miesięczny przychód spółki to 7,3 mln zł (dane za trzy kwartały 2017 roku)
Własność spółki: obecnie Porozumienie Akcjonariuszy (założyciele + Nationale-Nederlanden OFE)
Inwestorzy: GPW
Klienci: 23 691 klientów
Obecność na zagranicznych rynkach: usługa dostępna w 41 językach w 150 krajach, największym rynkiem jest dla spółki Ameryka Północna. Z rozwiązania firmy korzystają m.in.Pizza Hut, Hulu, Sony Mobile.
Model biznesowy: SaaS B2B

2. DocPlanner/Znany Lekarz
W startup zainwestowali jedni z najbardziej rozpoznawalnych na świecie inwestorów. Za cel rozwoju globalnego DocPlanner postawił sobie głównie rynki hiszpańskojęzyczne. Prezesem firmy jest Mariusz Gralewski, który w wieku 21 lat założył (i sprzedał za 20 mln złotych Agorze) GoldenLine; jest też współzałożycielem funduszu Protos VC.

Co robią? Serwis za pośrednictwem którego można przeczytać opinie o lekarzach i umówić wizytę online.

Data powstania: 2007
Założyciel: Marek Wróbel
Obecny CEO: Mariusz Gralewski
Wartość spółki: szacowane przychody spółki na poziomie 10,8-18 mln zł rocznie.
Finansowanie: łącznie 50 mln dolarów zewnętrznego finansowania
Obecność na zagranicznych rynkach: 25 rynków, w tym Hiszpania (lider po przejęciu w 206 roku największej konkurencji na tamtejszym rynku – Doctoralii), Polska (lider), Włochy (lider), Turcja (lider), Słowacja, Czechy, Niemcy, Francja, Bułgaria, Brazylia, Argentyna, Chile, Meksyk, Kolumbia, Argentyna, Peru, Indonezja, RPA.
Liczba pracowników firmy: 300 (wg danych z lipca 2017 r.)

3. Brainly
Platforma social learningowa, na której uczniowie pomagają sobie wzajemnie w rozwiązywaniu zadań na zasadach pytań i odpowiedzi (peer to peer). Biura firmy znajdują się w Krakowie i Nowym Jorku. Na początku 2018 roku firma przejęła amerykańską firmę Bask, która produkuje edukacyjne wideo – nauczyciele odpowiadają na pytania użytkowników w formie 90-sekundowego wideo.

Co robią? Serwis, za pośrednictwem którego można przeczytać opinie o lekarzach i umówić wizytę online.
Data powstania: 2007 rok
Obecny CEO: Michał Borkowski
Finansowanie zewnętrzne: 38,5 mln $
Inwestorzy: Naspers, General Catalyst, Point Nine Capital, and Runa Capital, Kulczyk Investments (ostatnia runda – 14 mln $)
Obecność na zagranicznych rynkach: ponad 35 rynków, w tym Stany Zjednoczone, Polska, Brazylia, Turcja,
Model biznesowy: firma wciąż skupia się na budowaniu bazy użytkowników i nie wypracowała jeszcze ostatecznego modelu biznesowego. Wiadomo, że część usług będzie działała w modelu freemium, za resztę trzeba będzie zapłacić.

4. Base (dawniej Base CRM)
Startup z krakowskimi korzeniami i dwoma biurami w Dolinie Krzemowej działa w popularnej działce automatyzacji sprzedaży przy pomocy dobrodzejstw AI (artificial intelligence, sztuczna inteligencja). Szczególnie znany jest z wdrożenia usługi Apollo, który umożliwia dodanie nakładki AI do standardowych CRM-ów.

Co robią? Aplikacja sprzedażowa i CRM pomagający zarządzać projektami w firmie, a także bazą kontaktów, telefonami, raportami i innymi stałymi elementami codziennej pracy działu sprzedaży i nie tylko.

Data powstania: 2009 rok
Założyciele:  Uzi Shmilovici, Bart Kiszala, Pawel Nżnik, Ela Madej i Agata Mazur
Obecny CEO: Uzi Shmilovici
Finansowanie: 53 mln $ zebrane w trzech rundach
Inwestorzy: Index Ventures, Tenaya Capital, RRE Ventures, The Social+Capital Partnership, OCA Ventures i I2A
Klienci: ponad 7 tys. klientów
Obecność na rynkach: biura w Mountain View, San Francisco i Krakowie
Model biznesowy: SaaS B2B

5. UserEngage
Firma dynamicznie rozwija skrzydła na nowych, zagranicznych rynkach, choć niezbyt chętnie się tym chwali. Na czele firmy stoi Grzegorz Warzecha – wcześniej rozwijał m.in. platformę i firmę szkoleniową w zakresie IT.

Co robią? Narzędzie do automatyzacji marketingu i sprzedaży w firmie na podstawie Big Data, machine learning i sztucznej inteligencji – AI. Umożliwia zbieranie danych na temat użytkowników odwiedzających stronę w celu dopasowania komunikatów, wysyłanych w formie kampanii mailowych, wiadomości na czacie, SMS, formularzy oraz okienek pop-up.

Założyciel: Grzegorz Warzecha
Obecny CEO: Grzegorz Warzecha
Wartość firmy: MRR (miesięczny powtarzalny przychód) – 60 tys. $ (dane z grudnia 2017 r.
Obecność na zagranicznych rynkach: produkt sprzedawany na 19 rynkach, głównie anglojęzycznych, ale również w Niemczech, Rosji, Turcji, Chinach czy Japonii.
Model biznesowy: SaaS B2B

6. Growbots
Pierwsza polska firma, która przeszła jeden z dwóch najbardziej prestiżowych na świecie akceleratorów dla startupów – 500Startups.

Co robią? Rozwiązanie do automatyzacji procesów sprzedaży – pozyskiwanie leadów i optymalizacja procesu sprzedaży (od pozyskania kontaktów do potencjalnych klientów do zrealizowania sprzedaży i utrzymania kontaktów  z klientem) oparta o możliwości sztucznej inteligencji. “Pozwala w kilka minut dotrzeć do kilku setek potencjalnych klientów”. Platforma umożliwa m.in. pełną personalizację zautomatyzowanych maili i follow-upu.

Rok powstania: 2014 rok
Założyciele: Grzegorz Pietruszyński, Łukasz Deka
Obecny CEO: Grzegorz Pietruszyński
Finansowanie: 4,2 mln dolarów od inwestorów
Inwestorzy: Schu Duan, Lighter Capital, Buran Venture Capital, 500 Startups, Innovation Nest, Flight VC
Klienci: ponad 500 klientów biznesowych (dane z maja 2017 r.)
Obecność na rynkach:  biura firmy w Warszawie, San Francisco i Cleveland
Model biznesowy: SaaS B2B
Liczba pracowników: 80

7. Silvair
Jedna z niewielu firm na świecie, która kompleksowo podeszła do rozwiązania problemu nieefektywnego oświetlania obiektów przemysłowych i biurowych. Inżynierowie Silvair współpracowali z prestiżową organizacją Bluetooth SIG nad rozwojem nowego standardu rozwoju technologii komunikacji bezprzewodowej Bluetooth Mesh.

Co robią? Rozwiązanie to platforma do inteligentnego zarządzania oświetleniem, która do odbierania sygnałów od urządzeń (np. oświetlenia w halach produkcyjnych, biurowcach etc.) i komunikowania się sprzętów różnych producentów między sobą  wykorzystuje najnowszy standard Bluetooth – Bluetooth Mesh. Firma planuje zadebiutować na GPW.

Rok powstania: 2012 rok
Założyciel: Rafał Han
Obecny CEO: Rafał Han
Finansowanie: 12 mln $ w rundzie A, planowany debiut na GPW
Inwestorzy: Trigon TFI, CyberAgent Ventures, Digital Garage i New Europe Ventures
Obecność na rynkach: Polska, Stany Zjednoczone

 8. UxPin
Firma założona przez doświadczonych projektantów i programistów, a teraz prowadzona przez UX-owca i psychologa kognitywnego z Krakowa. Rozwija się głównie na rynku amerykańskim.

Co robią? Kompleksowe narzędzie do tworzenia produktów internetowych i mobilnych: od prototypowania, przez automatyzowanie tworzenia specyfikacji dla programistów, po tworzenie dokumentacji projektu.

Założyciele: Kamil Zięba, Marcin Treder, Piotr Duszyński, Wiktor Mazur, Marcin Kowalski
Obecny CEO: Marcin Treder
Finansowanie zewnętrzne: 11,83 mln $
Inwestorzy: True Ventures, Flight.VC Syndicate, Freestyle Capital, Andreessen Horowitz, Innovation Nest, IDG Ventures USA
Klienci: głównie na rynku amerykańskim, m.in. PayPal i HBO
Obecność na rynkach: biura firmy w Warszawie i Mountain View (Dolina Krzemowa).
Model biznesowy: SaaS B2B

9. GetResponse
Jedno z najpopularniejszych na świecie narzędzi do e-mai marketingu. Prezes GetResponse Szymon Grabowski założył firmę mając 17 lat. a pierwszą firmę – Travel Poland,  już w 1996 roku.

Co robią? Szereg rozwiązań dla zautomatyzowania marketingu online: narzędzie do e-mail markeitngu, kreator landing page’y, system punktacji klientów, analityka pomagająca śledzić każdy ruch klienta na stronie sprzedażowej i sprawdzać, dlaczego klienci rezygnują z zakupów na poszczególnych etapach.

Data powstania: 1999 rok
Założyciel: Szymon Grabowski
Obecny CEO: Szymon Grabowski
Wartość firmy95 proc. udziałów należących do Grabowskiego jest wyceniane na ok. 300 mln zł
Obecność na rynkach: biura firmy w Polsce, Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i Rosji.
Model biznesowy: SaaS B2B
Liczba pracowników: ponad 300

10. Tidio
Szczecińska firma z bardzo dobrymi prognozami i wynikami sprzedaży. Startup jest jednym z pięciu wybranych przez Sebastiana Kulczyka do pierwszej edycji jego akceleratora InCredibles.

Co robią? Dostarczają rozwiązania typu live chat dla marketingu i sprzedaży.

Założyciel: Tytus Gołas
Obecny CEO: Tytus Gołas
Wartość firmy: MRR 70 tys. $
Obecność na rynkach: klienci z ponad 200 krajów
Liczba klientów: 6 tys. płacących klientów (dane z InCredibles)
Model biznesowy: SaaS, model subskrypcyjny

Wśród obiecujących spółek warto wymienić też aplikację do rezerwacji wizyt w branży beauty: Booksy rozwijane na rynku amerykańskim przez Stefana Batorego i Brand24 z Michałem Sadowskim u sterów, którego tegoroczny debiut giełdowy miał na celu pozyskanie kapitału na rozwój usługi na zagranicznych rynkach.

 

 

 
Categories

Personalne tokeny, czyli jak zmonetyzować… samego siebie

Bentyncoin, Wapniakcoin oraz BKcoin to cyfrowe monety wyemitowane w 2017 r. przez znanych polskich youtuberów: Szczepana Bentyna, Maćka Wapińskiego oraz Patryka Suligę. Brzmi trochę, jak żart, ale wcale nim nie jest. Za zebrane w ICO pieniądze panowie rozwijają swoje produkcje wideo, dostarczając nabywcom tokenów lepszej jakości usługi i jednocześnie scalając swoją społeczność. Czy to początek kolejnej rewolucji w kryptowalutowym środowisku?

Satoshi Nakamoto, twórca bitcoina, chyba nie zdawał sobie sprawy, jakiego technologicznego przełomu dokona jego wynalazek i jak wiele nowych możliwości udostępni usieciowionemu społeczeństwu. Rozwój kryptowalut, adaptacja technologii blockchain do wielu tradycyjnych segmentów gospodarki, emisja cyfrowych nośników wartości (ICO), czy chociażby ewolucja smart kontraktów. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze możliwość stokenizowania własnej osoby. Jest to dosyć młoda idea, która zakłada, że tak jak dziś „wartość” ludzi na rynku ocenia się przez pryzmat uwagi odbiorców, jaką są w stanie na siebie skierować (liczba polubień, udostępnień postów, wyświetleń, subskrypcji, komentarzy), tak w niedalekiej przyszłości będzie to oceniane przez pryzmat wartości ich własnych tokenów. Dzięki coraz łatwiejszemu dostępowi do ICO, każdy z nas może wyemitować swoją personalną monetę, wprowadzić ją na giełdę i codziennie sprawdzać, jak wyceniany jest przez rynek. Na pierwszy rzut oka wygląda to, jak smutna, kapitalistyczna wizja, w której każdy człowiek może być dosłownie zmonetyzowany. Jak się jednak głębiej wgryźć w temat, to idea wydaje się całkiem atrakcyjna i sensowna.

Tokenizacja w praktyce
Wyobraź sobie, że prowadzisz kanał na YouTubie, na przykład prezentujący podcasty dotyczące nauki programowania w kilku bazowych językach (C++, HTML). Używasz do tego budżetowej kamerki, mikrofonu i programu do tworzenia animacji. Okazuje się jednak, że masz dydaktyczny dryg, z miesiąca na miesiąc przybywa ci subów, a twoja skrzyka mailowa pęka w szwach od maili typu: “Kiedy pojawi się odcinek o Linuxie?”. Twój kanał skupił wokół się siebie całkiem pokaźną społeczność, a twoi odbiorcy domagają się nowych, lepszych materiałów. Chcesz im tego dostarczyć, ale najzwyczajniej nie masz czasu. Kanał nie jest twoim źródłem utrzymania, tylko dodatkowym hobby, sposobem, by podzielić się z innymi swoją wiedzą. Pieniądze z reklam są marne, a nie chcesz szukać prywatnych sponsorów, gdyż istnieje ryzyko, że zechcą oni ingerować w treść podcastów, a ty przestaniesz być wiarygodnym, niezależnym twórcą. Wątpię byś finansownie uzyskał z funduszy unijnych, od anioła biznesu, albo jakiegoś banku. Zwłaszcza, że istnieje tu spore ryzyko, że inwestycja prędko się nie zwróci, a być może nawet nigdy. Ponadto nie jest w twoim interesie dołączenie do grona zadłużonych. Kanał prowadzisz przecież z pasji i chęci realizowania idei powszechnego dostępu do wiedzy.

W takiej sytuacji emisja personalnych tokenów wydaje się idealnym rozwiązaniem. Z pomocą platformy do przeprowadzania ICO postanawiasz wyemitować 21 mln własnych coinów, z ceną emisyjną 1 gr za token. O emisji informujesz oczywiście swoich odbiorców na kanale, sugerując, że mogą oni bezpośrednio wziąć udział w rozbudowie twojego projektu i dostarczeniu im tego, czego oczekują. Wystarczy, że założą aplikację z portfelem dla różnych kryptowalut (takich multiwalletów jest coraz więcej) i zakupią twoje tokeny podczas emisji. Nikt nie musi tu wykładać dużych kwot. Załóżmy, że masz 200 tys. subskrybentów i połowa z nich wyda na twoje tokeny symboliczną złotówkę (każdy kupi po 100 tokenów). To daje 100 tys. zł dofinansowania, które z pewnością wystarczy, by zatrudnić specjalistę od animacji i nabyć szybszy komputer, i zadbać o udźwiękowienie. Aby uatrakcyjnić emisję, tokeny mogą mieć też opcje konwertowania na inne wartościowe rzeczy związane z twoim projektem (np. wymiana na produkty, które kiedyś wprowadzisz, jak książka, film pełnometrażowy, pierwszeństwo w dostępie do nowych treści, spotkanie face to face, udział w zyskach z reklam, etc.). Ponadto pamiętajmy, że token stanowi, jakkolwiek to brzmi, swego rodzaju udział w twojej osobie. Jest to o tyle istotne, że między twórcami (w tym przypadku youtubowymi), a odbiorcami istnieje specyficzna, sieciowa więź i owym odbiorcom może zależeć na zacieśnianiu tej relacji, czy chociażby odwzajemnianiu się za dostarczanie wartościowej wiedzy.

Po zakończeniu ICO i sprzedaniu 10 mln tokenów, część pozostałych możesz wprowadzić na giełdę, na której twoimi coinami, będzie można obracać jak akcjami na tradycyjnej giełdzie papierów wartościowych. Nie ma takich platform wiele (jeszcze). Przykładowo – tokeny wspomnianych na początku youtuberów notowane sa na coinbe.net. Lwią część pozostałych tokenów zachowujesz dla siebie w kilku celach. Po pierwsze –  możesz je trzymać, licząc na to, że ich giełdowa wycena będzie rosnąć wraz z rozwojem twoich projektów, a ty będziesz mógł je upłynniać czerpiąc gotówkę na dalszy rozwój. Po drugie – tokeny mogą działać jak program lojalnościowy – możesz co jakiś czas rozdawać je w ramach różnych akcji, np. token za suba, token za udostępnienie filmu, etc. Możliwości jest wiele. Wszystko będzie miało jednak sens tylko wtedy, gdy twoja społeczność będzie ci ufać i wierzyć w rozwój twojej działalności. Wówczas w ich interesie jest posiadanie takich tokenów, szerowanie twoich treści i w dłuższej perspektywie zarabianie na ich giełdowej wycenie lub korzystanie z opcji konwersji na inne produkty. Ty zatem musisz dbać o jakość materiałów i regularną aktywnosć na kanale. Można więc powiedzieć, że dzięki personalnej tokenizacji zwiększasz lojalność swoich odbiorców, jednocześnie zobowiązując się wobec nich, że będziesz rozwijał swoją twórczość. Wypadkową tych dwóch czynników może być zwiększanie zasięgu twojego kanału.

Coiny youtuberów
Trudno powiedzieć, czy personalne tokeny mają przed sobą świetlaną przyszłość. Jest to młoda idea, ściśle związana ze środowiskiem kryptowalut, z którym to regulatorzy cały czas mają nie lada zagwozdkę. Dotychczasowe, presonalne ICO pokazały jednak, że potencjał tego rozwiązania jest niemały. Szczepan Bentyn, youtuber nazywający siebie kryptowalutowym ewangelistą, wyemitował 21 mln Bentyncoinów. 3,5 mln rozdał znajomym, a 0,5 mln wprowadził do giełdowego obrotu (na giełdzie Ether Delta). O wejściu na giełdę poinformował na swoim kanale i w 2,5 godziny nabywców znalazło 300 tys. jego coinów. – Po sprzedaży tokenów otrzymałem od ludzi kilkadziesiąt tysięcy złotych i w pierwszym momencie się przeraziłem. Było to dla mnie niespodziewane i nie wiedziałem czego ludzie w zamian oczekują. Czułem, że zaciągnąłem dług, który chcę jak najszybciej spłacić. I tak stałem się uczestnikiem własnego rynku, gdzie kupuję i sprzedaję własne tokeny – tak opisywał swoje pierwsze wrażenia Bentyn. Za pozyskane pieniądze zakupił sprzęt i wynajął operatora i montażystę. Co ciekawe, jego tokeny sprzedawane były na początku za kilka groszy, a w szczytowym momencie osiągnęły wycenę 1,9 zł za sztukę. Bańka w końcu pękła, ale nie zraziło to ponoć jego społeczności. Bentyn uważa, że spoglądając na giełdową wycenę swoich tokenów dostaje realny wyznacznik swojej rynkowej wartości i jest to dla niego o wiele lepszy wskaźnik i motywator, niż lajki na Facebooku.

Okazuje się jednak, że nie trzeba siedzieć w kryptowalutowym środowisku, by znaleźć nabywców swoich tokenów. Świadczą o tym przykłady Maćka Wapińskiego, prowadzącego kanał “Wapniak”  oraz Patryka Suligi prowadzącego kanał “Bez kanału”. Pierwszy zebrał w ICO 110 tys. zł, a drugi w dwa dni sprzedał tokeny za ponad 50 tys. zł. – Jeśli wierzysz we mnie (Patryka), że rozwinę projekt o nazwie “Bez kanału” to masz szansę dać mi kredyt zaufania w ramach którego będę chciał zwiększyć wartość Bez kanału i BKcoina – deklaruje pod swoim filmem Suliga. Jak widać wielu subskrybentów takiego kredytu z chęcią udziela. Nie są to zawrotne kwoty, ale nie oszukujmy się – chodzi przecież o dofinansowanie indywidualnej działalności twórczej, a nie wielkiego giełdowego konsorcjum. Wydaje mi się, że do youtuberów personalna tokenizacja, jako alternatywa dla crowdfundingu, pasuje jak ulał. Zwłaszcza, że nie chodzi o sfinansowanie jednego projektu, ale pomoc w rozwoju długoterminowego planu działalności.

Wyobrażam sobie, że personalne tokeny nie będą domeną tylko twórców youtube’a. W czasach, gdy sieć daje możliwość każdej pojedynczej osobie rozwoju swojego bloga, strony, czy muzycznego profilu, tokenizacja może być istnym motorem napędowym indywidualnej twórczości i przedsiębiorczości. Myślę, że niejeden fan byłby w stanie wyłożyć kilka złotych na wsparcie swojego ulubionego esportowca, licząc na jego sukcesy i wzrost popularności. Niejeden czytelnik bloga chciałby wspomóc swojego ulubionego komentatora, licząc na wzrost jego zasięgu. Niejeden meloman chciałby dofinansować ulubionego dj’a, który wrzuca swoje kawałki na soundcloud i chciałby wydać album i puszczać sety w berlińskich klubach. Takich przykładów można mnożyć.

Zawsze jest jakieś, ale…
Tydzień temu pisałem tutaj, że wyemitowano już mnóstwo bezwartościowych monet zwanych shitcoinami. I od razu nasuwa się skojarzenie, że personalne tokeny tylko zasilą szeregi takiego chłamu. Jest to możliwe, zwłaszcza jak prawdziwą intencją emitenta będzie tylko wzbogacenie się. Podkreślam jednak, że tokenizacja pasuje do twórców, którzy już mają pewną pozycję w sieci, mierzoną liczbą stałych odbiorców. Trudno mi sobie wyobrazić, by ryzykowali oni swoją reputację i lojalność owych odbiorców tylko dla kilkudziesięciu złotych. Z drugiej strony nikomu nieznany twórca nie będzie miał szans na tego typu dofinansowanie, a zbudowanie sobie społeczności wymaga czasu i wysiłku. W tym kontekście wydaje mi się, że o wiele łatwiej jest tutaj oddzielić ziarno od plew i trudniej o wpadnięcie w sidła oszustów.

Wątpliwości, jak to zwykle przy pieniądzach bywa, może budzić też kwestia giełdowych notowań i związane z nimi ryzyko spekulacji. Po pierwsze, jak to w przypadku Bentycoina było, może dojść do nadmuchania spekulacyjnej bańki, która pęknie, a ci co kupowali na górce będą pod kreską. Niestety taka jest natura rynków. Chciwość nierzadko pcha wyceny do poziomów zupełnie oderwanych od fundamnetów i trzeba się z tym liczyć. Wydaje mi się, że personalne tokeny to nie inwestycja na krótki termin, ale raczej na ultradługi. Liczymy na długofalowy rozwój jakiegoś twórcy, więc ewentualnych profitów z trzymania tokenów również należy spodziewać się w bardziej odległej perspektywie. Po drugie, istnieje ryzyko braku płynności. Sam Bentyn podkreślał, że rynek jego monet był bardzo płytki, a więc nie było tam na tyle dużo ofert kupna i sprzedaży, by swobodnie obracać tokenami. To normalne, przy tak niszowych emisjach (choć i na GPW codziennie średnio o 10 do 20 proc. akcji nie znajduje żadnego nabywcy, ani zbywcy). Dlatego też fajnie by było, gdyby tokeny miał dodatkową funkcję konwersji na inne dobra. Personalna tokenizacja jest młodą ideą i będzie zapewne ewoluować. Przyszłość pokaże, w którym kierunku to podąży. Nie będę jednak zaskoczony, jeśli wielu znanych w sieci twórców będzie posiadać swoją własną, cyfrową monetę.