Słyszałeś kiedyś o 36-stronnicowym dokumencie PDF sprzedanym za 257 mln dol.? Albo o polskiej firmie Golem, która w pół godziny pozyskała finansowanie w wysokości 8,6 mln dol? Jeśli nie, to witaj w świecie ICO, czyli w świecie cyfrowego crowdfundingu.

Initial Coin Offering, bo tak rozwija się ten skrót, to mająca dopiero pięć lat metoda na stosunkowo łatwe i szybkie zebranie pieniędzy na rozwój swojego startupu. Wszystko odbywa się w sieci i ma globalny zasięg. ICO to odpowiednik emisji akcji na giełdowym parkiecie, tylko w realiach internetowych, bez żadnej odgórnej standaryzacji i regulacji, z wykorzystaniem technologii stosowanych w kryptowalutach (blockchain). W 2017 r. zebrano tą drogą 3,7 mld dol. na 235 projektów. A w kolejce po kasę ustawiają się kolejne firmy. Jak to możliwe, że ludzie powierzają komuś tak ogromne kwoty, nie mając żadnej gwarancji odzyskania środków?

Zacznijmy od początku. Wyobraź sobie, że pewien startup ma pomysł na innowacyjny biznes łączący nowe technologie i finanse (tzw. fintech), i potrzebuje zastrzyku gotówki, by ów projekt wdrożyć w życie. Do wyboru ma co najmniej kilka dobrze znanych sposobów na sfinansowanie swojego pomysłu: środki unijne, fundusze Private Equity i Venture Capital, platformy equity crowdfundingowe, a także rynki regulowane, jak polski NewConnect, czy amerykański Nasdaq.

Każda z tych metod wiąże się niestety z licznymi niedogodnościami. Po pierwsze – długi czas oczekiwania na dofinansowanie. Po drugie – mnóstwo formalności i papierkowej roboty. Po trzecie – podporządkowanie się ściśle określonym standardom i wymogom regulacyjnym. Po czwarte – wysokie koszty. I po piąte – oddanie części swojego biznesu w ręce inwestorów i nadanie im pewnych przywilejów. Co gorsza – im młodszy startup i im bardziej ryzykowny pomysł, tym mniejsza szansa, że w ogóle uda się pozyskać pieniądze z któregoś z wymienionych źródeł albo, że uda się pozyskać odpowiednio wysoką kwotę. A z badania Startup Poland 2017 wynika, że aż 65 proc. młodych przedsiębiorców w hierarchii potrzeb na pierwszym miejscu stawia finansowanie. I tutaj właśnie tworzy się miejsce dla ICO, bo jest proste, szybkie i tanie. Prawie jak wino z dolnej półki…

Aby wziąć udział w ICO, twój startup potrzebuje tzw. white paper, czyli dokumentu PDF, który zawierać będzie m.in. opis modelu biznesowego, plany rozwoju działalności oraz parametry dotyczące finansowania, czyli ilość potrzebnych środków i to, co inwestor dostanie za nie w zamian. W praktyce jest to po prostu kilkudziesięciostronnicowy dokument, podobny do pracy licencjackiej. To dlatego na początku wspomniałem o PDFie wartym 257 mln dol. W środowisku krąży bowiem żart, że ludzie tak naprawdę wykładają na stół ogromne kwoty tylko na podstawie cyfrowego świstka papieru. Te grube miliony pozyskała w ubiegłym roku firma Filecoin (aktualny rekordzista wielkości ICO), która tworzy zdecentralizowaną sieć „magazynów danych”, która pozwoli użytkownikom wynajmować niewykorzystywaną pamięć komputerową za wirtualny pieniądz o nazwie filecoin.

Tokeny jak akcje firmy
Ten wirtualny pieniądz to tzw. token, który inwestorzy otrzymują w zamian za dofinansowanie startupu. Najprościej jest go porównać do giełdowych akcji. Jest to bowiem również nośnik wartości, który inwestor może zbyć na dedykowanej giełdzie lub trzymać i wymienić np. na usługę oferowaną przez finansowany startup (o ile taki sposób materializacji tokena jest dopuszczalny). Od strony technicznej token to po prostu kryptowaluta, która bazuje na już istniejącym blockchainie (np. tym stosowanym w Bitcoinie lub Ethereum). Po przeprowadzeniu emisji w ramach ICO, token trafia na giełdę kryptowalut i można nim normalnie handlować.

Wracając jednak do white paper: na tradycyjnej giełdzie jego odpowiednikem jest prospekt emisyjny, który musi być zatwierdzony przez Komisję Nadzoru Finansowego i dopiero później biuro maklerskie może zaoferować akcje inwestorom. W świecie ICO white paper umieszcza się na specjalnym forum internetowym, np. Bitcointalk i to użytkownicy owego forum oceniają, czy biznes wart jest finansowania czy nie. Każdy ma wgląd do PDFa i może osobiście dokonać audytu, skontaktować się z przedstawicielami startupu i podjąć finalną decyzję. Wrzucenie white papera do sieci jest więc sposobem na przyciągnięcie inwestorów.

Po upublicznieniu white paper, przychodzi czas na emisję wspomnianych tokenów. Odbywa się ona najczęściej przy pomocy smart contractów, czyli cyfrowych umów zabezpieczonych kryptograficznie. W takich umowach zaprogramowany jest algorytm, który – mówiąc w uproszczeniu – z automatu przydziela tokeny w zamian za przesłane środki. Tworzeniem takich kontraktów zajmują się specjalne firmy, które należy wynająć i opłacić. Ponieważ kontrakty te bazują na technologii rozproszonych rejestrów (blockchain), to mają globalny zasięg. To oznacza, że dzięki ICO możemy dotrzeć do najdrobniejszego inwestora w najbardziej odległym zakątku świata, o ile posiada dostęp do sieci. Na finansowanie może więc składać się mnóstwo ludzi, wykładających niewielkie kwoty, ale w sumie dające potężny zastrzyk gotówki. To właśnie dzięki temu wspomniany na początku polski Golem tak szybko pozyskał kilka milionów dolarów. Na tradycyjnej giełdzie byłoby to niemożliwe w tak krótkim czasie, bowiem bazują one na
scentralizowanych technologiach, a przez regulacje ograniczają grono potencjalnych inwestorów.

Model działania ICO można porównać do torrentów. Każdy zapewne ściągał kiedyś film z ich wykorzystaniem. Mówiąc w skrócie – torrenty działają w sieci peer to peer, a więc nie ściągamy pliku z jednego centralnego serwera, ale od każdego użytkownika, który taki plik udostępnia. Dzięki temu w “sieciach sklepów torrent” mieliśmy potężną bazę danych, które można było pobrać. W ICO mamy dostęp do potężnej bazy mniej lub bardziej drobych inwestorów rozsianych po całym globie (oferty aktualnych emisji można znaleźć na stronach, np. ico-list.com, icocountdown.com, czy coinschedule.com).

Po zakończeniu emisji tokeny trafiają do inwestorów i zaczynają być notowane na kryptowalutowych giełdach. Podobnie więc jak na giełdowym parkiecie, możemy zacząć nimi spekulować. Jedni zbywają je od razu, inni trzymają dłużej w nadziei na rozwój biznesu i wzrost wyceny. Przykładem jest chociażby ethereum, a więc druga po bitcoinie najbardziej popularna kryptowaluta. W jej ICO tokeny sprzedawane były po ok. 10 centów, a po trzech latach od emisji jeden ether kosztuje 1000 dol. Różnica robi wrażenie. Za tokeny Golema płacono na początku 0,015 dol., a w szczytowym momencie w grudniu nawet 1,16 dol.

Wszystko wygląda pięknie. Wystarczy napisać kilka stron A4, wrzucić to na forum, wynająć firmę od smart contractów i zgarniać miliony. Brzmi jak cudowny lek na największą bolączkę startupów. I faktycznie takim lekiem może być. Zawiera bowiem w sobie ideę swobodnego dostępu do zasobów, w tym przypadku kapitałowych, za pomocą sieci. Można powiedzieć, że ICO jest kolejnym po bitcoinie elementem technologicznej rewolucji XXI wieku. Niestety, jak to zawsze z pięknymi ideami bywa, wielu wykorzystuje je w nieuczciwy sposób. Choć ICO jest młode to już słyszeliśmy o wielu przypadkach defraudacji środków, piramidach finansowych czy też zwykłej kradzieży.

ICO – idealne narzędzie do robienia wałów?

W 2017 r. głośno było m.in. o sprawie CoinDash, gdy tuż przed rozpoczęciem sprzedaży tokenów, haker podmienił adres, na który dokonywane miały być wpłaty i pieniądze „popłynęły” nie tam, gdzie powinny. Normalnością są też szwindle, w których złodzieje tworzą fikcyjny white paper, nakręcają akcję marketingową, emitują tokeny, a potem znikają z kapitałem. W ostatnich dniach głośno było o przypadku Benebit, który oskarża się o kradzież tym sposobem aż 4 mln dol. Niestety dla nieuczciwych osób ICO to świetny instrument do robienia wałów. A że rynek ten nie jest jeszcze opisany przez tradycyjny system prawny, to z trudem można dochodzić swoich praw tradycyjną drogą sądową i trudniej ścigać winnych. Środowisko próbuje się bronić przed oszustami.

Powstają kodeksy dobrych praktyk, opracowywane są standardy emisji, a niektórzy tworzą portale nadające ratingi poszczególnym ICO. Niestety skala dotychczasowych przekrętów była tak duża, że niektóre państwa, jak Chiny i Korea Południowa, zakazały emisji tokenów. W Polsce, na razie, mamy tylko ostrzeżenie KNF. Trudno powiedzieć, czy interwencje organów nadzoru to przejaw troski o obywateli, czy strach, że ICO odbierze dużym firmom i instytucjom sporą część ważnego tortu, jakim jest finansowanie młodych firm. Tak czy owak , w pięć lat emisja tokenów stała się tak popularna, że rządy ważnych państw zaczęły się nią interesować. Zakaz emisji to na razie wyjątek, nie reguła, więc można się spodziewać nowych rekordów na tym rynku. Mówi się, że twórcy komunikatora Telegram zamierzają przeprowadzić ICO, a za swój PDF mogą zgarnąć nawet 500 mln dol.