Categories

Polscy spece od mózgu walczą o kasę na swój projekt. Każdy nasz klik to dolary płynące na ich konto

Polski NeuroDevice walczy o milion dolarów w międzynarodowym konkursie dla młodych firm, które rozwiązują ważne społeczne problemy. Ich urządzenie pomaga przywrócić możliwość mówienia, czytania i rozumienia mowy osobom, które straciły tę umiejętność w wyniku udarów i różnych uszkodzeń mózgu. To ostatni dzwonek, żeby wspomóc swoim klikiem zespół polskich specjalistów od badań nad mózgiem. Każdy klik to dla nich realna kasa. Głosowanie trwa do 25 kwietnia.

NeuroDevice to zespół polskich naukowców i inżynierów, którzy od 13 lat pracują nad produktami medycznymi. Opracowali m.in. metodę terapii zaburzeń mowy przez stymulację mózgu prądem elektrycznym i ubrali to rozwiązanie w zgrabny produkt. Headset NeuroDevice wygląda niepozornie, niczym designerski gadżet. To lekki, plastikowy headset, który chory po prostu zakłada na głowę. Opaska zapewnia, że prąd będzie stymulował właśnie te obszary mózgu, które są odpowiedzialne za mowę.

Naukowcy i inżynierowie z NeuroDevice wierzą, że ich urządzenie ma nie tylko potencjał rynkowy, ale poprawi jakość wielu ludzi, których brak możliwości komunikowania się ze światem wyklucza ze społeczeństwa. Na afazję, czyli najczęściej pojawiające się zaburzenie umiejętności mówienia zapada rocznie na świecie aż pięć milionów osób. W Polsce co osiem minut ktoś dostaje udaru mózgu, który jest najczęstszą przyczyną zaburzenia.

To, co jest najważniejsze dla pacjentów i lekarzy, którzy pracują z ludźmi chorymi na afazję jest fakt, że stosowanie NeuroDevice znacznie obniża koszty terapii. Producenci urządzenia uważają, że koszty spadają nawet o jedną trzecią.

Projekt można wesprzeć do 25 kwietnia w ramach międzynarodowego konkursu The Venture

Każdy klik to kasa płynąca na konto zespołu.

Polacy w konkursie walczą po raz trzeci. Wcześniej do światowego finału dotarł zespół Migam oferujący wirtualne tłumaczenia języka migowego oraz NexBio – inteligentne rozwiązanie, dzięki któremu rolnik może przy pomocy swojego smartfona sprawdzić, jakimi drobnoustrojami zagrożone są jego uprawy i dzięki temu stosować mniej chemicznych środków ochrony roślin.

 
Categories

Sztuczna inteligencja nas uratuje? Na razie pierze w rzece

Podczas przesłuchania w Kongresie, na większośc pytań o to, w jaki sposób Facebook rozwiąże problemy pojawiających się w serwisie treści nawołujących do nienawiści, Mark Zuckerberg odpowiadał: rozwiąże to sztuczna inteligencja (AI – artificial intelligence). Za każdym razem gdy padało “AI” przewracałam oczami i szłam po herbatę. Patrząc na to, jak wyglądają rynkowe wdrożenia sztucznej inteligencji, naprawdę trzeba być człowiekiem wielkiej wiary (albo głupoty), żeby myśleć, że na dniach będziemy mogli pozwolić algorytmom podejmować takie decyzje.

Po każdej niemal rozmowie z szefem firmy, której rozwiązanie jest oparte o “sztuczną inteligencję”, zbieram szczękę z podłogi. Widzę świat oczami przyszłości, w której boty zastępują call center, wirtualni tłumacze przekładają z chińskiego na nasze w czasie rzeczywistym (nauka języków obcych staje się fanaberią), a procesy w firmie są tak zautomatyzowane, że jako ludzie kontakt z klientem mamy wyłącznie wtedy, gdy zasila nasze firmowe konto.

Im dalej w las, tym z reguły ciemniej. W odsłonie drugiej rozmawiam z klientami lub ludźmi od technologii w tej samej firmie i okazuje się, że tak tak, to będzie działało “tylko jeszcze”, “ale” i “tutaj będzie”. Wszystkie te “tylko” i “ale” składają się na wizję przyszłości, która jest fajna, ale na teraz to zwyczajnie nie działa.

Technologiczna rzeczywistość części firm wygląda tak, że za interfejsem rozwiązania opartego o sztuczną inteligencję stoi szef firmy, który kręci korbką. Tak, w miejsce korbki będą kiedyś zaawansowane algorytmy; tak, tutaj będzie się to rozwijało jak tylko pozyskamy wystarczająco dużo danych. Rozumiem, że uczenie się maszyn, które jest jedną z podstawowych technik analizy danych leżącą u podstaw sztucznej inteligencji, odbywa się na danych. Kłopot w tym, że wiele firm nie ma pomysłu skąd te dane pozyskać lub chce je pozyskiwać od własnych klientów. Czy ci klienci to wytrzymają? Ja wymiękam.

Mieliście okazję prowadzić kiedyś komunikację z chatbotem (automatycznym konsultantem) jakiejś firmy? “Nazywam się Ania. Jestem automatyczną konsultantką banku XY. Chciałabym zadać ci kilka pytań. Nie jestem człowiekiem, więc nie wszystko zrozumiem…” – usłyszałam ostatnio w słuchawce. Chwila, czy nie miało być tak, że sztuczna inteligencja to taka, która potrafi przejść Test Turinga? Test przechodzi taka maszyna, która potrafi komunikować się z człowiekiem w taki sposób, że nie odróżniamy tej rozmowy od pogawędki z człowiekiem. Ania z banku XY spaliła swoją szansę już na starcie, a mnie szkoda czasu na takie pogawędki.

Komunikacja to nie są warcaby
Jęk zawodu ludzkości rozległ się po raz pierwszy, gdy w szachy z maszyną przegrał arcymistrz Kasparov. Długo przed ofensywą maszyn broniła się popularna w Azji gra Go, która wymaga sporej porcji intuicji i kreatywności – bastion padł w 2016 roku, gdy stworzony przez Google’a Alpha Go pokonał mistrza Lee Sedola. Maszyna nie tylko analizowała miliony możliwych pozycji i ruchów, ale też powiązała moc obliczeniową z elementami sztucznej inteligencji, które wprowadziły  elementy procesu decyzyjnego podobnego do ludzkiego.

Nieco dłużej broniły się warcaby, ale i one zostały mistrzowsko rozegrane przez maszyny. Jednak są takie gry, w które “maszyny nie umią”. Chodzi o te, w których nie wszystkie informacje są podane na tacy oraz istnieje w nich element tak mglisty i niezerojedynkowy jak komunikacja międzyludzka. Dlatego maszyna jak dotąd nie wygrała z człowiekiem w brydża?

W brydżu bariery dla sztucznej inteligencji są dwie – po pierwsze karty są zakryte i znane tylko osobie, która trzyma je w ręku. Nie wszystkie dane są więc podane na tacy tak jak w grach planszowych, a podejmowanie decyzji przy niepełnych danych (bardzo ludzkie doświadczenie!) czy blefowanie (w innym ujęciu: działanie na przypał) to dla algorytmów poważny kłopot.. Druga sprawa – w brydżu partnerzy wysyłają sobie przy stole sygnały tak, żeby ich komunikaty nie zostały odczytane przez innych graczy. Taki poziom komunikacyjnej subtelności jest na teraz poza zasięgiem maszyn, nawet tych superinteligentnych.

Z twarzy podobny całkiem do nikogo
Facebook (a także inni technologiczni giganci) intensywnie pracują teraz nad jeszcze innym aspektem, który ma przybliżyć maszyny do ludzi: chodzi o umiejętność rozpoznawania twarzy i obrazów w ogóle. Maszyny umieją już mniej więcej rozpoznawać pismo i mowę (coraz lepsze, choć wciąż niedoskonałe Siri, Alexa czy Google Assistant). Naszedł czas na obrazy. Przyznaję, że zdobycze technologii rozpoznawania obrazów i twarzy są równie imponujące, co przerażające pod względem kalibru popełnianych przez nie błędów.

Imponująco wyglądają przeanalizowane przez oprogramowanie zdjęcia tłumu, na których system sam jest w stanie wskazać, która osoba jest poszukiwanym przestępcą, która znanym VIP-em, co na obrazie jest pozostawionym bagażem, a który obiekt reprezentuje staruszkę wymagającą pomocy.

Problemy pojawiają się wtedy, gdy trzeba zinterpretować obraz w dość nieoczywistym kontekście. Algorytmy działają tak, że dzielą każdy obraz na małe kwadraciki, analizują co na nich jest i wypluwają interpretację. Popełniane przez nie błędy trochę przypominają różne cuda, gdy ludzie w pniu drzewa lub zacieku na oknie widzą twarze świętych. I tak algorytm jest w stanie uznać ludzkie kolano lub goły brzuch za twarz – rzeczywiście czasem fałdki tak jakoś się układają… Miewa też problem z perspektywą i określeniem wielkości obiektów, gdy na zdjęciu nie ma punktu odniesienia:  uznaje, że człowiek na tle góry to są dwa obiekty o tych samych rozmiarach lub że ptak jest samolotem. Trochę słabo.

Okazuje się, że sztuczna inteligencja nie tylko popełnia krytyczne błędy, których my nigdy byśmy nie popełnili. Raz po raz rozwiewa też marzenia o tym, że będzie bardziej  od nas sprawiedliwa, bezstronna, pozbawiona uprzedzeń. Algorytmy dyskryminują: okazuje się, że nie rozpoznają na zdjęciach twarzy innych niż białe. Sprawę nagłośniła absolwentka MIT Joy Buolamwini, gdy okazało się, że jako Afroamerykanka  jest rozpoznawana przez oprogramowanie na zdjęciach tylko wtedy, gdy założy białą maskę. Pominięcie osób o innym niż biały kolorze skóry wynika z tego, że algorytmom dano do tej pory analizować głównie twarze o jasnym kolorze skóry. Decyzję o tym podjął człowiek i trudno przenieść odpowiedzialność za to na maszynę.

Problem jest szerszy, dlatego Joy Buolamwini walczy dziś z dyskryminacją i uprzedzeniami w świecie algorytmów w organizacji Algorythmic Justice League.

Połowa ekspertów od sztucznej inteligencji twierdzi, że technologia zastąpi ludzi do 2040 roku. Druga połowa, że jeszcze wcześniej. Ja natomiast uważam, że wiele jeszcze wody upłynie zanim będziemy w stanie zaufać algorytmom w  podejmowaniu naprawdę ważnych decyzji w najistotniejszych społecznie sprawach. A decyzja o tym, czy ktoś w naszym serwisie jest dyskryminowany, nawołuje do nienawiści na tle rasowym czy religijnym do takich właśnie należy. Czekanie aż AI rozwiąże palące problemy społeczne, które dzieją się tu i teraz,  jest naprawdę nieodpowiedzialne, panie Zuckerberg.

 
Categories

Wielcy mistrzowie vs. sztuka młodych. Czy stać nas na inwestowanie w sztukę?

Rynek sztuki ma się podobno coraz lepiej. Sprzedaż dzieł w Polsce w zeszłym roku wzrosła o 28%, padły też dwa rekordy. Pierwszym był obraz „Zabicie Wapowskiego w czasie koronacji Henryka Walezego” (3,7 mln zł), kolejnym, pastel „Macierzyństwo” (4,3 mln zł). Świetnie mają się obrazy wielkich mistrzów. A co ze sztuką  młodych? Czy warto w nią inwestować?

Według raportu dóbr luksusowych za zeszły rok, 27% bogatych Polaków inwestuje w sztukę. Bogaty Polak jest jednak dość konserwatywny, bo 84% z tych inwestycji to obrazy, 4% rzeźba, grafika i rysunek, a 2% to fotografia i ceramika. Najchętniej kupuje sztukę dawną, polskiego pochodzenia i sprawdzonego nazwiska. Dlaczego? Bo to pewna inwestycja. Malczewskiego ani Matejki już raczej nie przybędzie, chyba, że ktoś odnajdzie go w zapomnianej piwnicy lub odzyska dzieło utracone w czasie wojny. Niezależnie od tego, ich wartość wciąż będzie rosła.

Coraz mocniej stoi też sztuka współczesna. W zeszłym roku w pierwszej dziesiątce transakcji aukcyjnych znalazły się dzieła Magdaleny Abakanowicz i Wojciecha Fangora. Warto przypomnieć, że sztukę współczesną datujemy od końca II Wojny Światowej, a wymienione prace to obrazy i rzeźby pochodzące z lat 50 i 70., więc trudno mówić o odważnych decyzjach inwestycyjnych.  

W zeszłym roku padł jeszcze jeden ważny rekord – aż 105 aukcji młodej sztuki. Używając określenia „młodej sztuki”, mówimy o dziełach studentów lub absolwentów szkół artystycznych bez dużego dorobku i „nazwiska”. Oprócz tradycyjnych technik częstymi środkami wyrazu młodych jest fotografia, grafika, wideo i performance. Dużą wartością ich sztuki jest zdolność do komentowania świata przy pomocy najbardziej aktualnych i naturalnych dla nas nośników. Jest więc duża szansa, że ją zrozumiemy. Jeśli nie należymy do bogaczy, warto wspomnieć o jeszcze jednej ogromnej zalecie – przystępnych cenach. Prace młodych artystów możemy kupić od kilkudziesięciu złotych do kilkudziesięciu tysięcy i to w miejscach innych niż tradycyjne domy aukcyjne.

Na rynku znajdziemy coraz więcej oddolnych akcji, takich jak Targowisko Sztuki, które od dziesięciu lat działa w Arkadach Kubickiego. Jak mówi jego organizatorka i artystka Dorota Godhlewska, „plusem i zarazem minusem miejsc takich jak Targowisko sztuki jest brak galerii. Nikt nie powie nam, czy to co chcemy kupić jest dobre, więc wybrać trzeba samemu. Ale galeria to też minimum stuprocentowy narzut. Omijając ją, więcej zarabia artysta, więcej też zostaje w kieszeni klienta”.

Czym więc kierować się wybierając sztukę młodych? Nawet jeśli o kupnie dzieła myślimy wyłącznie w kategoriach inwestycji, najlepiej kierować się intuicją i wybierać to, co nam się podoba. Dobrze jest też mieć też wiedzę na temat rynku sztuki, śledzić konkursy, galerie i wystawy, które się liczą. Wiedzieć w którą stronę idzie obecnie sztuka i jakie są trendy. Dobrym przykładem może tu być plakat, który w ostatnich latach staje się coraz bardziej modny. Dzięki temu od razu umiemy ocenić czy ktoś ma warsztat, czy ma swój określony styl i świeże spojrzenie” – wyjaśnia Godhlewska.

Jeśli mamy wyczucie, jest duża szansa, że artysta, którego prace kupiliśmy za niewielkie pieniądze, zyska uznanie, a ceny jego prac pójdą w górę. “Mam taki obraz, który kupiłam kiedyś na allegro, a teraz ta artystka stała się rozpoznawalna i jego wartość wzrosła. To duża satysfakcja” – wspomina organizatorka Targowiska Sztuki. Taki sposób inwestowania w sztukę jest coraz bardziej popularny wśród młodych, którzy się bogacą. Zakup dzieła często towarzyszy urządzaniu mieszkania, któremu chcą nadać indywidualny charakter.


Na tym tle sztuka wideo i performance wypada raczej blado. Zdaniem Godhlewskiej, tego typu nośniki to bardziej budowanie historii twórcy niż rynku. Sprzedają się rzeczy namacalne i tradycyjne. W przypadku wideo, bardzo ciężko jest zatrzymać oryginał dzieła. Kiedyś podobnie myślano o grafice, której nie uznawano sztukę, właśnie przez to, że można ją było powielać. W takich dziełach treścią jest wykonana praca. Sam nośnik nie ma żadnej wartości. A skoro go nie widać, trudno jest poczuć, że się go ma”.  

Choć trudno liczyć na zmianę w myśleniu o kolekcjonowaniu, coraz łatwiej jest znaleźć alternatywne miejsca i sposoby sprzedaży sztuki. Dorota Godhlewska przyznaje, że dla niektórych Targowisko jest jedynie miejscem rozdawania wizytówek i początku rozmowy o dziele, którego finalizacja dzieje się już w Internecie. Ludzie nie boją się kupić przedmiotu, który jest dobrze sfotografowany i opisany.  Duży potencjał w przeniesieniu transakcji do sieci to po raz kolejny szansa na ominięcie dużych narzutów galerii.

Ciekawym przykładem inwestycji w sztukę o niskim poziomie ryzyka może być internetowa galeria Maecenas”. Głównym celem nowej platformy jest stworzenie internetowego rynku, na którym miłośnicy sztuki mogą kupić udziały w słynnych obrazach. Wszystko odbywa się za pośrednictwem zdecentralizowanej platformy opartej na systemie blockchain. Taki sposób myślenia o sprzedaży dzieł po raz kolejny otwiera drogę dla małych inwestorów, którzy do tej pory byli wykluczeni z wielkiego rynku sztuki.

Rynek sztuki staje się więc coraz bardziej otwarty. Na młodych artystów, nowe formy sprzedaży i przede wszystkim – na nas.

 

 

 
Categories

Na rynku kryptowalut jazda bez trzymanki. Ministerstwo straszy i uspokaja

W ciągu ostatniego tygodnia obracający kryptowalutami Polacy zmieniali się z dnia na dzień z krezusów w bankrutów. Wszystko za sprawą kolejnych komunikatów Ministerstwa Finansów dotyczących sposobu opodatkowania przychodów z kryptowalut. Blady strach padł na tych, którzy mieli na koncie dużo transakcji: nowy podatek w najlepszym wypadku oznaczałby dla nich kres marzeń o lamborghini.

Giełda kryptowalut Bitmarket24 ogłosiła w tym tygodniu, że została kupiona przez spółkę w Londynie. Kryptowalutowy biznes ucieka z kraju. Nic dziwnego, kolejne kroki naszego rządu pokazują, że Polska nie rozumie i boi się rynku kryptowalut. To, co Ministerstwo Finansów zaproponowało ostatnio jako interpretację przepisów podatkowych w kontekście obrotu kryptowalutami sprawiło, że wielu bitcoiniarzom życie stanęło przed oczami.

– Odnoszę wrażenie, że polski rząd porywa się z motyką na słońce, a jedynymi, którzy na tym stracą będziemy my wszyscy, Polacy. Polska to “porodówka” świetnych programistów. Nie ulega wątpliwości, że technologia blockchain [na której opiera się obrót kryptowalutami – przyp.red.] to kolejna z rewolucji, którą ze spokojem można porównywać do tej przemysłowej lub do tej, którą dał nam internet. Postępowanie rządu RP to patrzenie krótkofalowe. Zacznijmy od tego, że Polska mogłaby być, biorąc pod uwagę nasz potencjał intelektualny, zagłębiem blockchaina porównywalnym z szwajcarskim Zug, co mogłoby w efekcie ściągnąć do Polski kapitał międzynarodowych korporacji, takich jak chociażby Microsoft, IBM czy Facebook – mówi Tomasz Limiszewski, który zbiera podpisy pod petycją do polskiego rządu na stopregulacjom.pl.

Nie bez przyczyny technologie rozwijają się tam, gdzie władze jak najmniej ingerują w innowacyjne obszary. Żeby eksperymentować i rozwijać nowoczesne technologie, trzeba mieć pole do eksperymentów. To dlatego Londyn stał się centrum nowoczesnej bankowości ze swoim liberalnym podejściem do technologicznych i biznesowych nowinek. Dalczego to ważne w kontekście kryptowalut? To właśnie ten obszar jest kuźnią talentów technologii, która już wkrótce może stanowić o konkurencyjnej  przewadze wielu branż, na czele z finansową – mowa oczywiście o blockchainie.

O CO CHODZI Z TYM BLOCKCHAINEM?
Zastanawialiście się, dlaczego w świecie, w którym jesteśmy w stanie przesyłać obraz na drugi koniec świata w czasie rzeczywistym, nasze przelewy dochodzą do odbiorcy często dopiero następnego dnia? Ponieważ każdy przelew musi zostać zaakceptowany przez bank. Wszystko dla bezpieczeństwa transakcji i samego pieniądza – każda transakcja internetowa musi być zaksięgowana, żeby nie zdarzyła się sytuacja, że ten sam pieniądz został zaksięgowany w dwóch miejscach. To niestety trwa. Odpowiedzią na to wyzwanie jest blockchain, który – w przeciwieństwie do tradycyjnego rejestru bankowego – jest zdecentralizowanym rejestrem danych. Dzięki blockchainowi Informacje o transakcji nie muszą być przesyłane do banku, tylko trafiają najkrótszą drogą do jednego z wielu komputerów pełniących rolę węzłów w blockchainowej sieci. Dublowaniu wartości zapobiega to, że każdy węzeł błyskawicznie przesyła dane do wszystkich innych węzłów w sieci. Zapis każdej kolejnej transakcji jest możliwy tylko w węźle, w którym historia transakcji pokrywa się z tym, co zapisane jest na wszystkich innych komputerach. Jeśli ktoś próbowałby zmienić zapis transakcji, na którymś z komputerów, sieć natychmiast wykryje modyfikację. Dzięki blockchainowi po raz pierwszy w historii mamy wreszcie szanse na bezpieczne i szybkie transakcje. Tak skonstruowany system może spowodować rewolucyjne zmiany nie tylko w obrocie pieniądzem, ale też na przykład w administracji publiczne, czy służbie zdrowia – wszędzie tam, gdzie mamy bardzo duże ilości danych, które muszą być szybko aktualizowane przez wielu użytkowników, niezmienialne,  łatwo dostępne i jednocześnie bardzo bezpieczne.

Wiele krajów na świecie, chcąc rozwijać tę technologię, tworzy preferencyjne warunki dla rozwoju kryptowalut, rozumiejąc, że świat krypto to zagłębie dobrze wyszkolonych ekspertów od blockchaina. A ci mogą się przydać.

Podatkami w kryptowaluty
Sposób, w jaki Polska zdecyduje się opodatkować kryptowaluty jest ważnym sygnałem tego, czy nasz rynek jest przyjazny rozwojowi krypto. Preferencyjne warunki dot. obrotu krytpowalutami w marcu wprowadziły nawet konserwatywne w kwestiach finansowych Niemcy – transakcje do 600 euro w ogóle nie są objęte podatkiem, a wszystkie ponad tę kwotę mogą być zwolnione z podatku, jeśli użytkownicy będą trzymać kryptowalutę dłużej niż rok.

Tymczasem u nas bałagan. Najpierw Ministerstwo Finansów twierdziło, że kryptowaluty należy rozliczać jak dochody z praw majątkowych. Potem sporządziło definicję “waluty cyfrowej”, do której ta forma rozliczenia nie pasuje. I wreszcie 4 kwietnia poinformowało, że nie tylko trzeba opodatkować transakcje kryptowalutami jak dochody z praw majątkowych, ale jeszcze do budżetu państwa musi trafić 1% z każdej transakcji sprzedaży i wymiany walut na giełdzie (to w ramach PCC – podatku od czynności cywilno-prawnych).  Gdy rozległ się lament, ministerstwo napisało na Twitterze:

Najgorszym sygnałem dla środowiska kryptowalut w pierwszym komunikacie Ministerstwa była informacja o tym, że trzeba będzie odprowadzić podatek od każdej transakcji:

– Dla traderów oznacza nic innego jak zamknięcie rynku. Bo jak inaczej nazwać konieczność zapłacenia 20 tysięcy złotych podatku z tytułu PCC, dla osoby, która wchodziła na rynek z kapitałem 10 tysięcy złotych i w ciągu miesiąca dokonuje 200 transakcji? A co z osobami, które mają podpięte pod API giełd boty, wyszukujące korzystnych par walutowych? Takie boty czasami generują po 1000 transakcji dziennie – mówi Tomasz Limiszewski.

Stawiało to wiele osób zarabiających na mikrotransakcjach w sytuacji, w której obracając na giełdach kwotą 15 tys. złotych mogliby zapłacić pół milion podatku. PCC płaciłoby się również wtedy, gdy transakcje nie przyniosłyby realnych zysków.

Ale opodatkowanie każdej transakcji to nie jedyny karkołomny pomysł, którym Ministerstwo Finansów postraszyło 4 kwietnia kryptowalutowców. Pod górkę mieliby też przedsiębiorcy prowadzący księgowość na podstawie księgi przychodów i rozchodów. “W wydanych obecnie zaleceniach resort finansów postanowił zrobić wszystko, aby wręcz uniemożliwić rozliczanie zysków z obrotami kryptowalutami. I – niestety – zrobił to w taki sposób, że zaszkodzi przede wszystkim sobie”- stwierdził ekspert portalu wGospodarce.pl Marek Siudaj.

W efekcie tej zadymy znów nie do końca wiadomo, jak wygląda kwestia opodatkowania przychodów z obrotu kryptowalutami. W oczekiwaniu na kolejną interpretację przepisów, na pewno można zacząć pisać czynny żal do urzędu skarbowego.

To już wojna?
Bardzo złym sygnałem dla środowiska rozwijającego kryptowaluty było odejście z rządu  w 2017 roku Anny Streżyńskiej, która w lipcu 2016 powołała przy Ministerstwie Cyfryzacji zespół ds. bitcoina i blockchaina. Eksperci i praktycy pracowali nad stworzeniem w Polsce rozsądnych warunków do rozwoju tej technologii, a nawet planowali specjalne kierunków studiów, które miały kształcić blockchainowych specjalistów.

Niedługo po feralnej dymisji gruchnęła wiadomość, że prężnie rozwijający technologię Polski Akcelerator Technologii blockchain pod egidą Instytutu Wiedzy i Innowacji stracił patronat Ministerstwa Cyfryzacji po tym jak ogłosił, że pracuje nad kryptozłotówką (nie oficjalną, ale tyle wystarczyło, żeby wywołać urzędniczą histerię). Ostatecznie oliwy do ognia dolał sam premier Mateusz Morawiecki, który podczas szczytu ekonomicznego w Davos porównał rynek kryptowalut do piramidy finansowej i zapowiedział regulacje. W świecie, w którym kraje takie jak Szwecja czy Estonia z własnej inicjatywy planują  tworzyć kryptowaluty, nerwowe ruchy naszego rządu dziwią.

Środowisko kryptowalutowe na ruchy administracji patrzy z uwagą. Rynek wciąż jest nowy, więc nie do końca wpasowuje się w istniejące przepisy. Można je więc interpretować i na korzyść, i na niekorzyść osób obracających kryptowalutami – ostatnia  interpretacja Ministerstwa Finansów zdecydowanie należała do tych drugich.

Głównym argumentem rządu przeciwko rynkowi kryptowalut jest ryzyko prania brudnych pieniędzy, jakie widzi w świecie krytpowalut. Jednak waluty cyfrowe to tylko 4 proc. wszystkich wypranych na świecie pieniędzy. Warto też dodać, że rejestr blockchainowy zdecydowanej większości krytpowalut umożliwia odtworzenie wszystkich transakcji, więc w wypadku podejrzenia popełnienia przestępstwa dojście do historii transakcji nie powinno stanowić problemu. Gorzej rzecz ma się z anonimowymi walutami typu Monero, w których nie da się przypisać transakcji do jej uczestników. Tym bardziej jednak nie da się nałożyć na taką transakcję podatku. Może jednak nie warto, walcząc z jednym zjawiskiem, ubijać całego rynku?

 
Categories

Milenialsi znów nabroili: nie chcą jeść obiadów. Gastronomia w kropce

Dorośli chcieliby winić milenialsów absolutnie o wszystko. O zmarnowane życie, które poświęcili na wychowanie niewdzięcznych gówniarzy, o siedzenie rodzicom na głowie do trzydziestki, brak zaradności życiowej, lenistwo, roszczeniowość, nosy wetknięte w komórki i wykańczanie kolejnych gałęzi gospodarki.

Nie da się obwinić młodych o wszystko, ale to nie znaczy, że nie możemy próbować. Na przykład niedawno okazało się, że to przez milenialsów podupadają niektóre restauracje, a McDonald musi zastanowić się nad swoim McWrapem. Źle się dzieje w państwie duńskim, w Stanach Zjednoczonych i na świecie.

W ogólnym ujęciu, młodzi przestali wychodzić do restauracji na obiady. Wolą siedzieć w domu i zjadać frymuśne przekąski. Co prawda powody takiego podejścia są zupełnie sensowne, ale branża restauracyjna cierpi przez to głód i niedostatek. Milenialsi wolą przekąski, bo są wygodniejsze, szybsze w przygotowaniu, zazwyczaj zdrowsze, tańsze od posiłków na mieście no i łatwiej je przynieść do pracy.

Firma NPD Group zajmująca się badaniami rynku i preferencji konsumenckich sprawdziła, czym ludzie zastępują obiady i okazało się, że najpopularniejsze są świeże owoce, czipsy, mrożony jogurt i gotowe sałatki. Mam wątpliwości, czy czipsy są faktycznie zdrowsze od steka, ale na pewno kosztują mniej. Ci sami badacze przewidują, że do 2024 roku zastępowanie obiadu zdrowymi przekąskami zwiększy się o 12 proc. Tymczasem branża restauracyjna skarży się, że w 2016 roku liczba osób wpadających na szybki lancz spadła o 2 proc. Faktycznie – śmierć.

W obliczu tych faktów nie powinno dziwić, że duże sieci mają problem z milenialsami. Przypomnę, że to największa i najbardziej pożądana grupa konsumencka w Stanach. Wszyscy, którym nie udało się ich przyciągnąć do siebie patrzą z zazdrością na kolegów, którzy dzięki młodym konsumentom pławią się w dostatku. Srogie cięgi zbierają zwłaszcza te sieciówki, które nastawiły się na okazjonalnych, młodych gości. Applebee’s, Ruby Tuesday, TGI Fridays czy Buffalo Wild Wings muszą zamykać restauracje. Cała branża dużych sieciówek poniosła w 2016 roku straty największe od czasów kryzysu. Spadek sprzedaży wyniósł 2,4 proc. a pamiętajmy, że mówimy tutaj o miliardowym biznesie i firmach notowanych na giełdzie. Spadek sprzedaży dał impuls do spadku notowań akcji. I nagle okazało się, że z pozoru niewielka strata wpędziła branżę w spore kłopoty.

Wszystko to wiąże się oczywiście z milenialsami i ich nieznośnym nawykiem do robienia wszystkiego szybciej niż poprzednie pokolenia. Młodzi wybierają restauracje „fast casual”, jak na przykład Chipotle czy Shake Shack. Washington Post przedstawił raport, z którego wynika, że między rokiem 1999 a 2014 sprzedaż w lokalach „fast casual” wzrosła o 550 proc. a Amerykanie wydali tam 21 miliardów dolarów. Sieć Chipotle urosła czterokrotnie a Shake Shack wszedł na giełdę pomimo tego, że w 2015 roku miał tylko 36 placówek.

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że nikt nie wie o co naprawdę chodzi z tym „fast casual”. Jest kilka kategorii klasyfikacyjnych, ale tak naprawdę do niektórych trafia i Chipotle, i Buffalo Wild Wings, a do innych Shake Shack i McDonald. Różnice między „fast food”, „fast casual” i „casual lunch diner” są niewyraźne i chyba nikt oprócz konsumentów nie wie, do której przegródki co wrzucić.

Tak czy inaczej, segment „casual lunch” traci a sieci zamykają restauracje, „fast casual” rośnie pionowo, za wszystko odpowiadają milenialsi, świat wrócił na właściwe tory, dalej można obwiniać zwyczajowych podejrzanych.

A co z McWrapem? Zacznę od ciekawostki, został wymyślony w jednym z polskich McDonaldów. Nasza młodzież sięgała po niego bardzo chętnie, dlatego po kilku latach Amerykanie wprowadzili go u siebie. Liczyli na to, że pociągnie im sprzedaż, bo prezentował się bardzo zdrowo – klientów zmylały sterczące z niego na wszystkie strony liście sałaty. Niestety, okazało się, że młodzi Amerykanie stołujący się w McDonaldzie niekoniecznie liczą kalorie i nie idą tam, by jeść zdrowo. Ich cele znowu nie zostały rozpoznane prawidłowo. Otóż okazało się, że milenialsi woleliby móc zamówić menu śniadaniowe o dowolnej porze dnia i nocy. Na dodatek wydają na nie tyle, że po raz pierwszy od wielu lat sprzedaż w amerykańskim McDonaldzie poszła w górę. Czyli stało się zupełnie inaczej niż u nas, gdzie menu śniadaniowe nigdy nie było hitem.

U nas McWrapy sprzedają się dobrze a w Stanach milenialsi pokazali, że jak już idą zjeść coś niekoniecznie zdrowego za pięć dolców, to wolą McMuffina i McGriddlesa. Dlatego wszystko wskazuje na to, że śniadania owszem, ale McWrapowi śmierć!

A co u nas? Ano nic. Z dużych sieciówek mamy tylko fast foody i Subwaya, a młodzi i tak wolą hamburgery z Bobby Burgera. Czyli jak zwykle branży nic nie grozi. Mamy strasznie leniwych i bardzo mało krwiożerczych milenialsów. Trochę wstyd.

 

 
Categories

Tylko dla szybkich i wściekłych. Na te inwestycje lepiej uważać

Na koniec mojej krótkiej serii zostawiłem inwestycje obarczone bardzo wysokim poziomem ryzyka. Niektóre z nich są właściwie gwarancją straty wszystkich pieniędzy, na innych stracisz połowę, w przypadku kolejnych będziesz mówił o szczęściu pod warunkiem, że utrzymasz kapitał. Na rynkach, o których za chwilę, wygrywają nieliczni. Liczyć na to, że będziemy w tej grupie jest oznaką dużego optymizmu i wiary we własne szczęście.

Inwestycje w nieruchomości, do jakich namawiają nas deweloperzy, są jakimś sposobem na zarobek, ale mają za dużo wad. Pomysł jest genialny – wykładamy gotówkę, kupujemy małe mieszkanie i wynajmujemy je. Firm oferujących takie rozwiązanie jest mnóstwo, kuszą potencjalnych klientów zyskami na poziomie 10 proc. rocznie i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, znajdują chętnych. Owszem, w idealnie kulistym świecie byłoby to do zrobienia. Natomiast w rzeczywistości nasz biznesplan inwestycyjny wykłada się w momencie, w którym nie możemy przez pół roku znaleźć chętnego do wynajmu albo musimy po niechlujnym lokatorze przeprowadzić duży remont.

Na dodatek wielu inwestorów zdaje się zapominać, że horyzont czasowy  inwestycji w nieruchomość to jakieś 20-30 lat. To nie lokata w banku, z której pieniądze wyjmiemy od ręki. Mówimy o mieszkaniu, w którym zamrażamy kapitał na bardzo długo. Według badań przeprowadzonych na początku roku 2017 przez brokerów Metrohouse S.A. średni czas oczekiwania na sprzedaż mieszkania to 137 dni. I nie mamy gwarancji, że znajdziemy chętnego na zakup po cenie, która nas satysfakcjonuje.

Na tej inwestycji nie stracimy wkładu, bo nawet jeżeli wynajem nie wypali, zostajemy z mieszkaniem. Natomiast w przypadku skrajnie niekorzystnego splotu okoliczności, możemy być w plecy solidne kilkanaście a nawet kilkadziesiąt procent. Inwestujący w nieruchomości pod wynajem zdają się czasami nie pamiętać, że utrzymanie mieszkania kosztuje a pustostan z jakichś tajemniczych powodów niszczeje szybciej, niż lokal zamieszkały przez lokatorów. Raczej odradzam.

Jest wcale spora grupa drobnych inwestorów, którzy wierzą w to, że to akurat im wyjdzie na giełdzie. Przeczytałem dziesiątki historii polskich graczy, którzy startowali z takim przekonaniem. U każdego jak mantra powtarza się hasło „pierwszy portfel wyzerowałem”. Owszem, możemy wrzucić pieniądze w akcje spółek wchodzących w skład WIG20 i liczyć na to, że nie uderzy kolejny kryzys, ale ponadprzeciętnych zysków raczej się nie spodziewajmy.

Liczenie na to, że akurat nam uda się trafić na giełdzie fuksa, po którym będziemy pławić się w dostatku, jest naiwne. Żeby grać na giełdzie bardziej agresywnie i oczekiwać wyższych zysków, trzeba się znać na rzeczach. Nie do wszystkich to dociera i potem jest płacz, szok i niedowierzanie. Ludzie stosują przeróżne taktyki, niektóre nawet by się nadawały, gdyby tylko dotyczyły szansownych spółek. We wspomnieniach amatorów (tych, którzy zgodzili się opowiedzieć o swoich porażkach) bardzo często przewija się motyw grania na niskie kursy akcji. Ale nie granie na spadek, tylko kupowanie akcji firmy w momencie, w którym ta znajduje się w historycznie najniższym kursie.

Ludzie wierzą, że skoro jest najtaniej i kurs akcji ustabilizował się na tych minimach, teraz musi się odbić. Otóż wcale nie musi, tak samo, jak szesnastokrotne wypadnięcie na rulecie koloru czarnego nie oznacza, że następnym razem już koniecznie musi paść na czerwone. Takie myślenie najlepiej podsumował Dostojewski w „Graczu”: Rozumie się, wszyscy natychmiast porzucają czerwone już po dziesięciu razach, i prawie nikt nie decyduje się na nie stawiać. (…) Doświadczony gracz wie, co znaczy ten „upór przypadku”. Na przykład zdawałoby się, że po szesnastu razach czerwonego, siedemnaste uderzenie wypadnie z pewnością na czarne. Tłumnie rzucają się na to nowicjusze, podwajając i potrajając stawki, i strasznie się zgrywają.”

Przyjmijmy, że jesteśmy nowicjuszami a giełda to taka ruletka, wtedy łatwiej przyjdzie nam zrozumieć, że na fuksa nie ma co liczyć. Zamiast tego trzeba siąść do uczenia się giełdy. Wtedy jest szansa, że po roku zacznie bardziej ona przypominać szachy lub brydża, gdzie liczy się nie tylko przypadek.

Na koniec zostawiłem sobie prawdziwie szatański wynalazek.

Od kilku lat falami uderzają w nas reklamy opcji binarnych, stuprocentowo pewnych i sprawdzonych platform i aplikacji tradingowych albo niebywałych okazji zarobkowych na największej giełdzie świata. Pewnie znacie Krzyśka, kierowcę taksówki, który odkrył cudowny sposób, dzięki któremu zarabia 800 euro dziennie, poświęcając na to godzinę. Pod tymi chwytnymi hasłami kryje się Forex, czyli giełda walutowa. Mógłbym pisać długo i namiętnie o ryzyku związanym zarówno z samą grą na Forexie, jak i z pokusą wykorzystania dźwigni, dzięki której nasze zyski poszybują w kosmos. Zamiast tego zdradzę wam tajemnicę.

Jeżeli nie jesteście doświadczonym zawodnikiem, który Forexowi poświęca cały wolny czas, to jedyną skuteczniejszą metodą stracenia kasy od gry na tej giełdzie, jest wrzucenie pieniędzy do ogniska. Na Forexie wygrywają jedynie rekiny.

O inwestycjach w niepewne biznesy mówiłem i powtórzę to jeszcze raz. Jeżeli ktoś obiecuje wam szybki i wysoki zysk, oznacza to, że albo was oszuka albo oszwabi. Trzeciego wyjścia nie ma. Dlatego ostrzegam po raz kolejny przed napalaniem się na geniuszy rynków, którzy obiecują inwestycje w złoto, platynę, diamenty, odpady (tak, są też tacy) czy dzieła sztuki. Nie liczmy na to, że po pół roku będziemy się wachlować pieniędzmi, zostaną nam co najwyżej bezwartościowe „certyfikaty udziału”.

 
Categories

E-stonia. Jak mały kraj stał się cyfrową potęgą na skalę światową

Założenie firmy w 20 minut, wypełnienie formularza podatkowego w 3 min, darmowe Wi-Fi w całym kraju, recepty tylko w formie cyfrowej, zintegrowane bazy danych obywateli zabezpieczone kryptograficznie… Informatyczna utopia? Nie. Po prostu Estonia.

Jeszcze ćwierć wieku temu Estonia była pogrążoną w kryzysie postsowiecką republiką. Kolejki do sklepów, spadająca produkcja przemysłowa, pędząca inflacja i rosnące bezrobocie – tak mniej więcej wyglądała wtedy sytuacja gospodarcza tego małego, bałtyckiego kraju. W 2018 r. ten sam kraj określany jest przez magazyn “Wired” najbardziej zaawansowanym cyfrowo społeczńestwem na świecie. To tu powstał Skype, to tu po raz pierwszy w administracji wdrożono technologię blockchain, to tu prężnie rozwija się instytucja e-rezdyenta i być może niebawem powstanie narodowa kryptowaluta Estcoin. Jak to się stało, że w stosunkowo krótkim czasie mały kraj z ekonomicznej ruiny zmienił się w informatycznego tygrysa?

Terapia szokowa
Estońska przemiana zaczęła się od razu po rozpadzie ZSRR. Politycy postanowili wykorzystać fatalną sytuację gospodarczą i szybko przeprowadzić fundamentalne reformy, diametralnie zmieniające gospodarcze realia. Uznali, że w czasie kryzyu społeczeństwo relatywnie lepiej zniesie ekonomiczną reorganizację. Trochę według zasady, że gorzki lek lepiej przyjąć w jednej dawce, niż w całej ich serii. – Wizjonerskie rządy nie mają wiele czasu na wykonanie niezbędnych kroków. Wiara jaką ludzie pokładają w politykach jest ograniczona, tak samo jak niewygody, które są gotowi znieść – tłumaczył to podejście Mart Laar, premier Estonii w latach 1992-1994. Zdecydowano się więc na terapię szokową, prawie jak Leszek Balcerowicz w Polsce, z tym, że tutaj “prawie” robi ogromną różnicę.

Po szybkim utworzeniu koalicji rządowej od razu zabrano się za opracowanie szerokiego programu reform, korzystając przy tym z doradztwa zagranicznych think tanków, w tym m. in. szwedzkiego, libertariańskiego Timbro, którego misją jest promocja wolności indywidualnej, nieskrępowanej przedsiębiorczości i otwartego społeczeństwa. Reformy zaczęły się od makroekonomicznej bazy – wprowadzenia i stabilizacji korony estońskiej oraz zrównoważenia budżetu.

Co ciekawe, Estonia odrzuciła propozycję pożyczki ze strony Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a więc nie chciała bezpośrednio uzależniać się od zagranicznego kapitału. Postawiła na wewnętrzne oszczędności i długoterminowe efekty. Po ujarzmieniu inflacji i podstawowych wskaźników koniunktury można było wziąć się za kolejne zmiany, już nie tylko stabilizujące sytuację, ale dające społeczeństwu perspektywy i możliwości rozwoju. Stąd zniesienie międzynarodowych barier handlowych i otwartość na zagraniczne inwestycje (m. in. możliwość zakładania i kupowania spółek na takich samych warunkach, które obowiązywały Estończyków oraz atrakcyjne zwolnienia podatkowe), które miały stanowić koło zamachowe gospodarki.

Trudno się zresztą dziwić takiej strategii. Na popycie wewnętrznym (zaledwie 1,3 mln mieszkańców), dodatkowo niezbyt zamożnym, kraj daleko by nie zajechał. A tak Estonia szybko stała się strefą wolnego handlu i w drugiej połowie lat 90-tych miała więcej inwestycji zagranicznych przypadających na mieszkańca niż jakiekolwiek inne państwo w Europie Środkowo-Wschodniej. Otwartość estońskich władz nie dotyczyła tylko zagranicznych podmiotów. Państwo dbało też o swoich obywateli o czym świadczy chociażby prywatyzacja prowadzona w porozumieniu ze związkami zawodowymi i wprowadzenie dialogu społecznego (trójstronne negocjacje między państwem, pracodowcami i pracownikami), co dało podwaliny społeczeństwa obywatelskiego.

Kluczowe było jednk zbudowanie instytucji, dzięki którym gra rynkowa miała jasne reguły, a ich przestrzeganie dawało więcej korzyści niż omijanie. Mowa tutaj o transparentnej administracji, reformie sądownictwa, całkowitej prywatyzacji sektora bankowego, prawie własności czy chociażby uproszczeniu systemu podatkowego i wprowadzeniu podatku liniowego.

Przykład Estonii dobrze obrazuje to, o czym Daron Acemoglu i James A. Robinson pisali w książce “Dlaczego narody przegrywają”. Według autorów wzrost gospodarczy i dobrobyt towarzyszą włączającym instytucjom gospodarczym i politycznym, podczas gdy instytucje wyzyskujące z reguły prowadzą do stagnacji i ubóstwa. Jeśli państwo nie zadba o instytucjonalny, transparentny system zachęt do oszczędzania, inwestowania i innowacji, to ma nikłe szanse na uzyskanie długoterminowej przewagi ekonomicznej bazującej na ogólnym, społecznym dobrobycie. W tym kontekście nie liczą się historia, położenie geograficzne, czy kultura, a po prostu jakość tworzonych przez państwo instytucji. Estońscy politycy szybko to zrozumieli, a polscy chyba do dziś pojąć tego nie mogą.

Tygrysi skok
Estoński cud gospodarczy nie bazuje jednak tylko na reformach ekonomicznych przeprowadzonych po upadku ZSRR. Te dały solidny fundament pod tworzenie nowoczesnej, zamożnej gospodarki, ale nadbudowy trzeba było szukać gdzie indziej. Kraj o niewielkiej powierzchni, nie dysponujący Lazurowym Wybrzeżem i ubogi w surowce naturalne swojej niszy postanowił szukać w nowych technologiach. Gdy w Polsce wprowadzano reformę edukacji, której filarem był dodatkowy szczebel w postaci gimnazjum, Estonia wprowadzała reformę “Tiger Leap” (“Tygrysi skok”), czyli długoletni program cyfryzacji szkół, który zakończył się dopiero w 2009 r. Dzięki wdrażaniu programu, już pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, większość estońskich szkół posiadała pełne wyposażenie informatyczne i umożliwiała dostęp do swoich zasobów on-line. Mało tego w ramach “Tygrysiego skoku” już na poziomie szkoły podstawowej wprowadzono naukę języków programowania.

Słusznie zauważono, że skoro dzieci uczą się trudnej gramatyki języków obcych, to dlaczego nie miałyby się uczyć składni jęzków programownia. Te ostatnie rozwijają wyobraźnię, systematyzują myślenie i ukierunkowują na rozwiązywanie problemów. Gdy w Polsce politycy dyskutowali czy Sienkiewicz czy Gombrowicz, 900 km na północny-wschód od Warszawy dzieciaki były przygotowywane na nadejście cyfrowej rewolucji. To dlatego w 2000 r. do estońskiej konstytucji, jako jedno z praw obywatelskich, wpisano darmowy dostęp do internetru.

W kraju działa teraz ponad 2,5 tys. hot spotów, a Wi-Fi można złapać nawet na plaży czy podczas spaceru w lesie. Estończycy słusznie wyszli z założenia, że tak jak w większości krajów dostęp do książek w bibliotekch jest darmowy, tak samo darmowy powienien być dostęp do sieci, która przecież jest potężną bazą danych. To kolejny, istotny element tej układanki – niegoraniczony dostęp do cyfrowych zasobów. Estońscy decydenci znacznie szybciej niż polscy skumali, że internet będzie w przyszłości kopalnią wiedzy. Dali więc ludzim nie tylko dostęp do tej kopalnii za free, ale także narzędzia do fedrowania. Stawiam tezę, że gdyby nie te solidne podstawy edukacyjne i postawienie na rozwiązania IT, współczesna Estonia nie byłaby tak otwarta i odważna w digitalizacji wielu ważnych usług. 20 lat temu skutecznie zasiano ziarno cyfryzacji, które teraz daje owoce podziwiane przez cały świat. A naprawdę jest co podziwiać i jest na kim się wzorować.

Krajowa baza danych
Ponad 90 proc. obywateli Estonii posiada ID-card, czyli cyfrowy dowód osobisty, który jest połączony z ogromną bazą danych zwaną X-Road. Ta ostatnia powstała w 2001 r., a jej celem było zdigitalizowanie i połączenie w całość większości istotnych danych dotyczących obywateli. Są tam więc rejestry dotyczące m. in. historii leczenia, rozliczeń podatkowych, poziomu wykształcenia, prowadzonych działalności gospodarczych, posiadanych biletów komunikacji publicznej, czy bankowości. W ten sposób w jednym miejscu, przy pomocy jednej karty mamy dostęp do wielu istotnych danych, które mogą być na bieżąco aktualizowane.

Podam prosty przykład.

Idziesz do lekarza i wypadałoby, aby dla postawienia dobrej diagnozy znał on twoje wcześniejsze dolegliwości i zażywane leki. Podajesz więc kartę ID i od razu lekarz ma wgląd do twojej medycznej historii, bez względu na to, w jakiej placówce wcześniej się leczyłeś. W naszym NFZ jest to nie do pomyślenia – w większości przychodni i szpitali są papierowe karty pacjenta i żadna inna placówka nie ma do nich wglądu. Żeby twój nowy lekarz widział, co myślał stary, musiałbyś wszystkie te karty kserować i nosić ze sobą.

Ogromna, państwowa baza danych to nie wszystko. W Estońskim systemie działa też funkcja cyfrowego podpisu, dzięki czemu 99 proc. spraw natury administracyjnej można załatwiać on-line, m. in. założenie firmy, płacenie podatków, wydawanie recept, itd. Według statystyky za 2016 r. 95 proc. Estończyków rozlicza się z Urzędem Skarbowym w formie on-line, a wypełnienie pitów zajmuje każdemu mniej niż 5 min. Dla porównania, przeciętny Amerykanin poświęca na takie sprawy 13 godzin i raczej nie jest to efekt różnicy inteligencji. Co warte odnotowania – nawet udział w wyborach parlamentarnych w Estonii jest dostępny w trybie on-line. Jest to bardzo istotne dla demokratycznych państw. Przykładowo szacuje się, że w USA w 2016 r. 39 proc. uprawnionych nie głosowało z przyczyn… logistycznych! Jedyną sprawą urzędową, które w Estonii nie załatwimy on-line jest wniosek o rozwód.

Szacuje się, że na przejściu do świata cyfrowego Estonia oszczędza rocznie 2 proc. PKB. Wielu sceptyków zwróci pewnie uwagę, na wątłe bezpieczeństwo takich rozwiązań. Faktycznie w 2007 r. Estonia doznała cyberataku ze strony Rosji, w efekcie którego zablokowane zostały serwery i rządowe strony internetowe. Po tym incydencie, a było to jeszcze zanim świat “ujrzał” bitcoina, Estonia zaktualizowała X-Road w oparciu o technologię blockchain, wykorzystując infrastrukturę klucza publicznego (Public Key Infrastructure). Dodatkowo zabezpieczyła się umieszczając kopię zapasową swojej bazy danych zagranicą (na wypadek zajęcia całego państwa). Na ten moment kraj ma więc najlepszy dostępny system bezpieczeństwa. Można więc powiedzieć, że kolejny kryzyz związany z Rosją Estonia obróciła na swoją korzyść.

Aktualnie w kraju rozwija się instytucja e-rezydenta, czyli możliwość uzyskania przez każdego statutusu e-obywatela. Nie daje to oczywiście estońskiej tożsamości, ale pozwala zakładać tam firmę i korzystać ze wszystkich dobrodziejstw cyfryzacji. Dla firm, które chciałyby działać na terenie UE to chyba całkiem dobra opcja. Liczby mówią zresztą same za siebie. W trzy lata przybyło w Estonii 30 tys. e-rezydentów ze 152 państw, w tym m. in. najbogatszy człowiek Indii – Mukesz Ambani.

Jak widać, Estonia nie zwalnia tempa od początku lat 90-tych. Gdy u nas instytucje nadzoru wydają 100 tys. zł na youtuberów, by demonizowali bitcoina, Estonia myśli nad wprowadzeniem własnej kryptowaluty Estcoin. Pod koniec marca miałem okazję brać udział w konferencji BlochainTech Congress, na której prelekcję miał Martin Ruubel, szef Guardtime w Estonii, dostawcy technologii blockchain dla X-Road. Mówił on m. in. o wyzwaniach stojących przed jego krajem, a wśród nich wymieniał przygotowanie alternatywy dla aktualnych zabezpieczeń kryptograficznych na wypadek upowszechnienia komputerów kwantowych. W tym samym czasie polscy politycy spierali się o to, czy Jaruzelski, Kiszczak i Hermaszewski generałami byli, czy nie…

Zapytacie teraz, czy w Polsce możliwe jest wprowadzenie podobnych rozwiązań jak w Estonii? Wątpie. I to nie dlatego, że jeseśmi 40 razy większym krajem. Patrzcie, jaki zasięg mają Google czy Facebook! Niech odpowiedzią będzie to, co usłyszałem na początku marca na SGH podczas konferencji “Blockchain – przełomowa innowacja czy medialny gadżet?”. Jedna z panelistek – Katarzyna Zajdel-Kurowska, członek zarządu Narodowego Banku Polskiego, powiedziała, że nie słyszała jeszcze o skutecznym wdrożeniu technologii blockchain. Jej zdaniem wiele się o tym mówi, ale to wciąż są fazy testowe. Takie stwierdzenia padły na najlepszej uczelni biznesowej w tym kraju i z ust przedstawicielki naszego banku banków, a więc instytucji, która w pierwszej kolejności powinna interesować się technologią rozproszonych rejestrów. No cóż, chyba czas najwyższy złożyć wniosek o e-rezydenturę.

 
Categories

Teraz od internautów dostaniesz nawet 4 mln zł na biznes

Finansowanie społecznościowe, czyli crowdfunding, przestaje być na polskim rynku metodą na zebranie małej sumy na niewielkie projekty. Od 21 lipca od internetowego tłumu będzie można zebrać w Polsce już nie 100 tys. euro (ok. 429 tys. zł), a 1 mln euro. Planowane jest też dalsze zwiększenie limitu – aż do 5 mln euro. To nowa szansa dla startujących biznesów i nowych platform crowdfundingowych, które już szykują się do wejścia na polski rynek.

Dla osób poszukujących pieniędzy na ruszenie z własnym biznesem crowdfunding stał się realną alternatywą dla kredytów bankowych czy wsparcia inwestorów. To, co w 2009 roku wydawało się ciekawym internetowym eksperymentem, dziś ma status jednej z najważniejszych zmian na globalnym rynku kapitałowym. Polska nowym prawem próbuje dogonić czołówkę świata nowych finansów. Tym bardziej, że zachwiana Brexitem pozycja lidera, jakim na rynku alternatywnych finansów była do tej pory Wielka Brytania, tworzy ciekawą szansę dla Warszawy.

Polska prawie no limits
W Polsce rynek zbiórek społecznościowych rozwija się od 2011 roku i do teraz można było w ramach zbiórek społecznościowych pozyskać maksymalnie 100 tys. euro (ok. 420 tys. zł – taki limit ustanowiło polskie Ministerstwo Finansów, przyjmując najmniejszy z możliwych limitów przewidzianych w unijnej dyrektywie z 2003 roku). W 2017 Unia uchwaliła nowe prawo, więc Polska ma teraz kolejną okazję na nowo ustalić limity zbiórek. I planuje wykonać prawdziwy żabi skok – zwiększa limit aż dziesięciokrotnie.

Co oznacza zwiększenie limitu? Więcej pieniędzy będzie można zebrać na realizację swoich pomysłów od internetowej społeczności w ramach tzw. crowdfundingu udziałowego. Udziałowy to ten, w którym osoba wpłacająca pieniądze dostaje nie tylko drobny upominek czy obietnicę pierwszeństwa w zakupie produktu (to tzw. crowdfunding nagrodowy) – w crowdfundingu udziałowym dostaje ona realne udziały w przyszłym sukcesie projektu. Prawie jak na giełdzie: pieniądze za akcje.

Czym różni się taka akcja crowdfundingowa od emisji akcji na giełdzie? Sam mechanizm jest bardzo podobny, ale do tej pory polskie prawo uznawało, że jeśli pozyskujemy kwoty mniejsze niż 420 tys. zł, to nie podlegamy tak szczegółowemu nadzorowi Komisji Nadzoru Finansowego jak spółki notowane na giełdzie.

–  W tej chwili wejście na platformę crowdfundingową to koszt 8 tys. złotych ze wsparciem z przygotowaniem strony, statutu, zgłoszenia do KNF, promocji wśród inwestorów, potem zamknięcie kampanii z sukcesem to kolejne 4 tys. zł. Do tego dochodzi 6,9 proc. success fee dla platformy.  W crowdfundingu też zawsze trzeba coś włożyć, żeby wyjąć – tłumaczy Bartosz Filip Malinowski, strateg i konsultant w WeTheCrowd, autor książki “Crowdfunding udziałowy dla startupów”.  Ale dla wielu nowych biznesów platformy to i tak o niebo tańsze rozwiązanie niż giełda, gdzie samo przygotowanie głównej dokumentacji – prospektu emisyjnego kosztuje od 50 tys. zł w górę.

Kto zarobi na zmianach?
Na pewno zwiększenie do 4 mln zł limitu kwot, które można pozyskać w sieci sprawi, że oprócz młodych firemek i niszowych projektów gier czy książek, po pieniądze do platform crowdfundingowych zwrócą się firmy, dla których zbiórka stanie się alternatywą na przykład dla kredytu bankowego To, co kilka lat temu wydawało się zabawą internautów, właśnie staje się bardzo ważnym źródłem kapitału dla firm.Taki kapitał ma jeszcze jedną zaletę: buduje wokół firmy od razu zaangażowaną społeczność, która może stać się zarówno gronem klientów, jak i dobrym kanałem promocji produktu.

Na zmianach zarobią oczywiście platformy organizujące zbiórki: dla nich, podniesienie limitów zbiórek z 420 tys. zł do 4 mln zł to obietnica większych zysków z prowizji. Na razie na polskim rynku działa jedna prawdziwa platforma crowdfudingu udziałowego. – Beesfund, która do tej pory zebrała w ramach zbiórek społecznościowych ponad 6 mln zł..  – W ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy platformy crowdfundingowe będą wyrastały jak grzyby po deszczu – prognozuje wzrost konkurencji na rodzimym rynku Bartosz Filip Malinowski.Swoją platformę udziałową szykuje m.in. polskie Wspieram.to, a drogę na polski rynek toruje sobie szwedzki gigant crowdu – FundedByMe.

Życie inwestycyjne Polaków
Na platformie crowdfundingowej inwestorem może zostać każdy. Wystarczy wpłacić kilkadziesiąt złotych. Mimo to, finansowanie społecznościowe w zamian za udziały rozwija się znacznie wolniej niż crowdfunding nieudziałowy. Polacy chętniej wpłacą 50 zł na projekt filmu w zamian za kubek niż za udziały. Rozwija się teraz wiele serwisów tematycznych: na zagramw.to można wesprzeć powstanie gry planszowej; na fans4club.pl kibice zbierają na transfer zawodnika do swojej ulubionej drużyny, a artystom możemy sypnąć groszem na wspieram-kulture.pl.

Rozwój crowdfundingu udziałowego to szansa dla Kowalskiego na ulokowanie pieniędzy w coś, co ma potencjał zysku. Dla wielu z nas to może być początek przygody z rynkiem inwestycyjnym.- Na ile rynek inwestorów prywatnych w Polsce drgnie? Nie ma w Polsce jakiejś specjalnie rozwiniętej kultury inwestycyjnej. Do tej pory firmy były wspierane przez profesjonalnych inwestorów zrzeszonych w sieci crowdfundingowej albo oddaną społeczność spółki, która już istnieje np. browar Inne Beczki czy jakaś cydrownia. Na pewno na polskim rynku crowdfundingu udziałowego przydałaby się dobra historia zwrotu z inwestycji mówi Malinowski.

 

 
Categories

Inwestuj w to, co znasz

Tydzień temu rozmawialiśmy o nieszczęściu, jakie spotkało znane i nieznane osoby, które skuszone obietnicą wysokich zysków, zainwestowały w dzieła sztuki i się na tej inwestycji bardzo przejechały. Uwierzyli, że osiągną bezpieczne zyski, które da się wypracować praktycznie wyłącznie ryzykując kapitałem. Prawie wyłącznie, bo jest bezpieczna metoda na zysk, którą wam sprzedam na końcu.

Zanim uzbrojeni w bon moty i porady Warrena Buffeta, ruszymy na podbój giełd, proponuję coś lżejszego. Fundusze inwestycyjne nie wymagają od nas specjalistycznej wiedzy, a pozwalają wyciągnąć z inwestycji trochę więcej pieniędzy niż z lokat czy oszczędzania na ROR-ze.

Wpiszcie w przeglądarce „tfi”, wyszukajcie jakiś agregat, który grupuje towarzystwa funduszy inwestycyjnych i sobie poklikajcie. Fundusze to instytucje, którym płacimy za to, że wyręczają nas w lokowaniu naszych pieniędzy. TFI muszą posiadać licencję na prowadzenie działalności i są kontrolowane przez KNF. Nie ma więc ryzyka, że zawiną się w nocy z naszym hajsem.

Do nas należy wybór strategii inwestycyjnej. Możemy włożyć nasze pieniądze w fundusze stabilnego wzrostu, które raczej nie dadzą rady pomnożyć bardzo naszych pieniędzy, ale stracimy na nich tylko wtedy, gdy świat dopadnie kolejny kryzys. Możemy wybrać fundusze akcyjne i zdecydować się, jaki poziom agresywności zarządzających funduszem preferujemy. Czy gramy na WIG 20, czy na akcje małych i średnich przedsiębiorstw. Musimy przeanalizować historyczne wyniki funduszu i założyć sobie, jaki poziom straty ewentualnie akceptujemy. Bo, jak pisałem na wstępie, w przypadku takich inwestycji stracić można. Ponadto za przywilej obracania naszymi pieniędzmi, fundusze pobierają opłaty.

Dlatego jeżeli zdecydujemy się na ten sposób inwestowania, nie planujmy szybkiego skoku na kasę. Potraktujmy te pieniądze jako inwestycję długoterminową i myślmy o niej w perspektywie 5-10 lat a nie roku. Owszem, może się zdarzyć, że fundusz wypracuje roczną stopę zwrotu na poziomie 40 proc. i postanowimy szybko skonsumować zyski, ale równie dobrze nasz fundusz może sobie rok po roku śmigać na poziomie 10 proc. Odliczając opłaty, będziemy sobie budować zysk powyżej inflacji i podatku Belki (pisałem o tym w poprzedniej części). Założenie sobie z góry, że wrzucamy pieniądze na 10 lat niesie ze sobą jeszcze jeden plus. Nie drzemy szat za każdym razem, gdy fundusz się nam obsunie i wykaże po kwartale ujemną stopę zwrotu (czyli dla nas stratę). W dłuższej perspektywie nawet -20 proc. może okazać się tylko małym ruchem na wykresie, który nie podnosi nam ciśnienia.

Na koniec mam dla was obiecaną metodę na dość bezpieczne inwestowanie, które może przynieść ponadprzeciętne zyski. Polega na tym, że inwestujecie w to, na czym się znacie. Ale nie mam na myśli wiedzy wyczytanej w kilku notkach w internecie. Mówię tu o rzeczach, które stanowią wasze hobby, którymi się jaracie, macie przeorane we wszystkie strony i wiecie o co w tym chodzi. Najlepiej będzie się nam rozmawiało na przykładzie.

Jeżeli siedzimy w literaturze, jesteśmy w stanie podać przykłady rzeczy wydanych w małych nakładach. Mamy wiedzę dotyczącą różnic między wydaniami, które dyskwalifikują jedno a premiują drugie. Wiemy, że są na świecie ludzie, którzy chcą mieć tylko pierwsze wydanie, bo w następnych autor naniósł po latach poprawki i to już nie to samo.  

25 lat temu Władysław Pasikowski wydał książkę „Ja, Gelerth”. Stała się ona przedmiotem kultu wśród fanów fantastyki. Problem polega na tym, że Pasikowski wstydzi się napisania takiej historii i powieści nie pozwala wznowić. W obrocie jest tylko wydanie pierwsze, przez co książka jest białym krukiem. Na allegro są teraz dwie aukcje, na obu kosztuje 150 zł. Z doświadczenia wiem, że trafiają się ludzie, którzy wezmą ją za takie pieniądze, częściej cena transakcyjna oscyluje w granicach 100 zł. Jak możemy tu zarobić?

Musimy kupić tę książkę taniej. Jest to trudne ale możliwe. Można polować na wyprzedaże całych biblioteczek albo czyszczenie zbiorów bibliotecznych. Łatwo trafić dużo dobrych rzeczy za niewielkie pieniądze. Szukać można w antykwariatach, ale tam raczej wiedzą ile co jest warte.

O okazję łatwiej będzie na targu staroci czy u sprzedawcy naręcznego. Kupiłem kiedyś za piątaka wydany w niewielkim nakładzie debiut znanego autora. Niemalże od ręki mogłem dostać za nią 30 złotych. Jestem raczej kolekcjonerem niż handlarzem, więc to wydanie leży do tej pory u mnie na półce. Aktualnie na allegro licytacja dobija do 50 złotych, mam potencjalnie dziesięciokrotne przebicie.

Oczywiście na pojedynczym egzemplarzu nie zrobimy majątku. Ale pomyślmy, że inwestujemy dwie godziny tygodniowo i co miesiąc trafiamy na 5 pozycji, które możemy sprzedać z kilkusetprocentowym zyskiem. Opłaca się? Wystarczy tylko dobra znajomość tematu i odrobina szczęścia.

 
Categories

Szychta w kosmosie

Wizje przyszłości z kultowych filmów Ridley’a Scott’a przestają być tylko naukową fikcją. W obliczu kurczących się zasobów na Ziemi, coraz więcej państw i prywtanych firm wdraża projekty eksploracji asteroid. Wartość znajdujacych się na nich surowców liczy się w miliardach dolarów. Firmy, które pierwsze zaczną fedrować w kosmosie, będą w przyszłości finansowymi potęgami.

Pamiętacie statek Nostromo z pierwszej części “Obcego”? Był to transportowiec, który na swoim pokładzie miał 20 mln ton rzadkiej rudy, wydobytej z obiektu kosmicznego o nazwie Thedus. Surowiec ten miał być przetransportowany i wykorzystany na Ziemi. W 1979 r. wizja ta wyglądała bardziej komiksowo niż realnie, ale w 2018 r. wydaje się być całkiem swojska. Po pierwsze dlatego, że ziemskie zasoby większości surowców kurczą się coraz szybciej w obliczu rosnącej populacji ludzkiej, a co za tym idzie rosnącego popytu na urządzenia z owych surowców budowane. 4

Po drugie dlatego, że kilka tygodni temu Elon Musk wysłał w kosmos swoją najcięższą rakietę, umieszczając na jej pokładzie samochód marki Tesla. Mamy więc problem ograniczonych zasobów i technologię, która te zasoby może sprowadzić z kosmosu. Na razie żadna firma nie otworzyła jeszcze kopalni na Księżycu lub asteroidzie, ale mamy na koncie kilka misji z udanym lądowaniem sondy badawczej i zaawansowane badania firm prywatnych. Okazuje się, że asteroid wartych milardy dolarów jest wokół Ziemi niemało. USA i Luksemburg już wdrożyły rozwiązania prawne, które zezwalają ich rodzimym firmom na kosmiczne fedrowanie. Polska także chce dołączyć się do tego wyścigu, o czym świadczą niektóre prywatne inicjatywy. Wygląda na to, że wizja kolonizacji kosmosu powoli zaczyna się realizować.

Wielkie pieniędze, wielkie wyzwania
W kosmicznej przestrzeni krąży cała tablica Mendelejewa. Na asteroidach znajdziemy m. in. złoto, iryd, srebro, osm, pallad, platynę, ren, ruten, wolfram, a także żelazo, kobalt, mangan, molibden, nikiel, aluminium, czy tytan. Cała gama tych metali używana jest w elektronice i przemyśle, stanowiąc surowiec niezbędny do produkcji kluczowych podzespołów m.in. w laptopach i smartfonach. Na Księżycu są duże zasoby helu 3, który może być używany do ekologicznej syntezy termojądrowej, co oznacza możliwość budowania wydajnych elektrowni atomowych bez ryzyka skażeń radioaktywnych.

Okazuje się, że w bezpośrednim sąsiedztwie naszej planety znajduje się wiele bogatych w różne złoża obiektów – asteroid, komet i meteoroid (czyli NEO, od ang. Near Earth Objects). Dzięki misjom oraz zaawansowanym przyrządom pomiarowym wiemy coraz więcej o ich składzie, a serwisy typu http://www.asterank.com/ katalogują obiekty według szacunkowej wartości ich złóż i opłacalności wydobycia. Gdy na wspomnianej stronie posortujemy listę według najbardziej efektywnych kosztowo asteroid, to na trzech pierwszych miejscach wyskakują nam: Ryugu, 1989 ML oraz Nereus. Ich wartość szacowana jest na odpowiednio: 82,8 mld dol., 13,9 mld dol. oraz 4,7 mld dol. Jeśli to was nie przekonuje, to wyobraźcie sobie, że  jedna asteroida o wielkości boiska piłkarskiego może zawierać złoża platyny warte 25-50 mld dol. Do wyobraźni może przemawiać odkrycie, zgodnie z którym wokół gwiazdy 55 Cancri A orbituje planeta Janssen2 mająca osiem razy większą masę niż Ziemia i – według analizy spektralnej – zbudowana jest w jednej trzeciej z… diamentów. Tak na dobrą sprawę nie wiadomo co jeszcze może kryć się na tych obiektach. W styczniu 2018 roku znanych było w ogóle ponad 750 tys. asteroid (w tym ponad 510 tys. ponumerowanych, z czego ponad 21 tys. ma także nazwy własne). Kosmiczni górnicy, o ile taki zawód faktycznie powstanie, raczej nie będą narzekać na brak pracy.

Warto dodać, że potencjał sprowadzania zasobów z kosmosu dostrzegają już wielkie banki. Według ubiegłorocznego raportu Goldman Sachs wydobycie surowców poza naszą planetą staje się coraz łatwiejsze i przede wszystkim tańsze. Przyczyniają się do tego m.in.  SpaceX Elona Muska czy Blue Origin Jeffa Bezosa. – Górnictwo kosmiczne może być bardziej realistyczne, niż nam się wydaje. Woda i metale z grupy platyny występują obficie na asteroidach i mogą wywrócić do góry nogami, od strony technologicznej i ekonomicznej, rynek i przemysł wydobywczy. Wodę łatwo można przemienić w paliwo rakietowe, a gdyby udało się magazynować paliwo na niskiej orbicie Ziemi byłoby to kamieniem milowym w naszym dostępie do kosmosu – czytamy w raporcie. Jego twórcy szacują, że perspektywiczne sondy mogą zostać zbudowane za dziesiątki milionów dolarów, a Caltech (jedna z najlepszych prywatnych technicznych w USA) zasugerowała, że statek kosmiczny “łapiący” asteroidy mógłby kosztować 2,6 miliarda dolarów. Wystarczy, że taki statek „złapałby” jedną z wyżej wymienionych asteroid i inwestycja stałaby się rentowna.

Ambitne firmy
Jak widać, kosmiczne górnictwo to gra warta świeczki. W przyszłości może to być jeden z kluczowych dla naszej planety segmentów przemysłu. W Stanach Zjednoczonych już działa kilka firm, które chcą być na tym rynku tym, czym Google jest teraz na rynku internetowym. Przykładowo firma Deep Space Industries, chce zająć się umieszczaniem na orbicie fabryk, zajmujących się przetwarzaniem i pozyskiwaniem kosmicznych surowców. Podobne ambicje ma także Planetary Resources. Jej strategią jest budowa orbitalnych teleskopów, które z dużym wyprzedzeniem wykrywałyby asteroidy i pozwalały na analizę ich składu. W przypadku potwierdzenia występowania odpowiednich złóż w stronę asteroidy wyruszałyby statki kosmiczne, których zadaniem byłoby jej przechwycenie. Co ciekawe, do 2025 r. NASA, przy współpracy w z obiema firmami, chce wysłać na asteroidę ludzi. Będzie to więc misja rodem z filmu „Armageddon”, z tym, że cel podróży będzie zupełnie inny.

Nie śpią też agencje rządowe, czego najlepszym dowodem są wysyłane w kosmos sondy. W 2010 r. japońska agencja kosmiczna Jaxa wysłała na asteroidę 25143 sondę Hayabusa, która pobrała odpowiednie próbki. Z kolei cztery lata temu misję Rosetta zakończyła Europejska Agencja Kosmiczna (ESA). Po raz pierwszy w historii sonda weszła na orbitę komety i umieściła na niej lądownik o nazwie Philae. ESA pokazała, że lądowanie na odległej komecie o średnicy 1,5 km jest możliwe. W misji tej był wątek polski. Otóż nasze placówki badawczo-rozwojowe pod kierownictwem Centrum Badań Kosmicznych PAN uczestniczyły w budowie penetratora MUPUS, jednego z instrumentów badawczych lądownika.

Oczywiście górnictwo kosmiczne jest na razie w fazie testowej. Skład surowcowy asteroid badany jest w większości przypadków z Ziemi przy pomocy tzw. metody widmowej – analizuje się , w jaki sposób od powierzchni asteroidy odbija się światło. Nie jest to metoda bezbłędna, a w obliczu ogromnych kosztów transportu kosmicznego nie można sobie pozwolić na wybór niewłaściwej asteroidy. Dlatego istotnym elementem tego przemysłu jest budowa próbników, które można wysłać na potencjalnie zasobną asteroidę, by pobrać próbki i wysłać z powrotem na Ziemię. Nad zaawansowanymi metodami detekcji i identyfikacji pracuje powołane w marcu 2017 r. polskie konsorcjum górnictwa kosmicznego EX-PL. W jego skład weszły: ABM Space, Cilium Engineering, Creotech Instruments, Sybilla Technologies i PIAP Space. – Jesteśmy coraz bliżej chwili, w której pozyskiwanie surowców z planetoid przestanie być jedynie obiektem rozważań, a stanie się rzeczywistością – mówił kilka miesięcy temu na łamach Business Insider, Mateusz Józefowicz, współzałożyciel ABM Space. Nie byłbym sobą, gdyby nie zasugerował, że warto od czasu do czasu zerkać na profile polskich i amerykańskich firm z branży kosmicznego górnictwa, szukając informacji, czy aby nie planują na przykład – emisji akcji. Myślę, że w perspektywie długoterminowej inwestycje w takie udziały mogą być całkiem opłacalne.

Kto pierwszy, ten lepszy
Przy okazji eksploracji kosmosu nie można zapominać o wątkach etycznych i prawnych. Nauczeni ziemskimi doświadczeniami, wiemy jak kończy się kolonizacja dziewiczych rejonów zasobnych w surowce i siłę roboczą. Człowiek zdolny jest do wszystkiego, więc niewykluczone, że tak jak wyeksploatował Ziemię, tak samo wyeksploatuje to co lata sobie wokół niej. Mało tego istnieje zagrożenie, że kolonizując kosmos sprowadzimy sobie na planetę dodatkowe problemy. Przykładowo – próby przechwycenia asteroid mogą kończyć się zmianą ich trajektorii lotu, a stąd już bliżej do katastroficznej wizji ze wspomnianego filmu „Armageddon”. W tym kontekście bardzo istotne są regulacje prawne. Od 1967 r. istnieje tzw. Traktat o Przestrzeni Kosmicznej, który m.in. zakazuje zawłaszczania ciał niebieskich, a także budowy baz wojskowych i rozmieszczania broni jądrowej w kosmosie. Traktat ten jest uznawany za kosmiczną konstytucję i został podpisany przez 104 państwa. Obiekty kosmiczne są więc niezawłaszczalne i, jak dodaje konstytucja, ich eksploracja ma służyć dobru wszystkich państw.

Jeśli Polacy wylądują na Ryugu, to nie będzie to oznaczać, że nasze granice są teraz od Bałtyku do Ryugu. Będziemy mogli natomiast wydobywać stamtąd surowce i sprowadzać je na Ziemię. Chociaż kwestie komercjalizacji wydobycia, jak to w konstytucjach bywa, nie są szczegółowo wyjaśnione. Dlatego powstają traktaty, które precyzują te zasady. Jednym z budzących sporo emocji jest tzw. Traktat Księżycowy, który mówi m.in. że nie wolno ingerować w obiekty kosmiczne tak, by doszło do zmiany ich krajobrazu, a ponadto wydobywane z nich surowce mają być dobrem wspólnym, a więc bez względu na pochodzenie wydobywającego, surowce mają być dzielone po równo między innymi narodami. Wiadomo teraz skąd te emocje…  

Niewiele państw ratyfikowało ten traktat, a odpowiedzią na brak jasności w kwestiach wydobycia są krajowe regulacje. Jako pierwsze, w 2015 r., własną ustawę asteroidalną opracowały Stany Zjednoczone. Jej główne przesłanie, z punktu widzenia kosmicznych górników, w sposób uproszczony, ale obrazowy wytłumaczył Kamil Muzyka, doktorant w Instytucie Nauk Prawnych PAN, członek National Space Society, na łamach kanału Astrofaza. – Asteroidy są niczyje, tak jak kiedyś było z wielorybami. Nie mogłeś sobie zastrzec prawa do wieloryba, tylko dlatego, że go zobaczyłeś lub wbiłeś w niego harpun. Jeśli go jednak złapałeś, mogłeś wydobywać z niego olej i sprzedawać go na wolnym rynku – mówił. W podobną stronę poszedł także Luksemburg, który w 2017 r. przyjął prawo legalizujące wydobywanie surowców z obiektów kosmicznych. Kraj ten ma ambicje bycia pionierem na tym rynku, co dostrzegają polskie firmy. Wspomniane konsorcjum EX-PL, nie mogąc na razie liczyć na lokalne wsparcie, nawiązało w ubiegłym roku kontakt z Ministerstwem Gospodarki Luksemburga. Nie da się ukryć, że zaczyna się globalny wyścig po kosmiczne złoto. Niebawem nad naszymi głowami będzie odbywać się to, co dotychczas oglądaliśmy na kinowych ekranach. Oby tylko bez niespodzianek w stylu „ósmego pasażera”.