Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Zarabiamy na walutach na Forexie

Bankierzy jej nienawidzą. Jeszcze miesiąc temu była fryzjerką i ledwo wiązała koniec z końcem. Teraz zarabia 1500 euro dziennie, mieszka w luksusowym penthausie i jeździ nowym Ferrari! Chcesz wiedzieć więcej? Ściągnij naszą aplikację do inwestowania, dzięki której szybko dołączysz do grona milionerów.

Chyba każdy z nas zetknął się z podobną reklamą, zmieniają się tylko kwoty dziennych zarobków, poprzednia profesja inwestorki oraz nazwa aplikacji brokera, niezbędnej do zawierania kontraktów na Forexie. Dzisiaj opowiem pokrótce co to jest ten Forex i dlaczego gra na nim to stąpanie po polu minowym.

Forex czyli Foreign Exchange to międzynarodowy rynek walutowy, należący do grupy rynków pozagiełdowych OTC, czyli Over the Counter. Oznacza to, że Forex nie znajduje się w jednym miejscu, nie ma określonej siedziby, jak choćby Warszawska Giełda Papierów Wartościowych i nie jest regulowany przez żadną instytucję powołaną do kontroli rynków finansowych. Pozwala on na globalną wymianę walut i od lat elektryzuje społeczeństwo. Bo cóż to jest za fantastyczne miejsce, gdzie handlujemy walutami i umiejętnie inwestując tysiąc dolarów możemy zarobić w jednej chwili tych tysięcy kilkanaście.

Ułudzie tej chętnie ulegają niedoświadczeni inwestorzy, którym wydaje się, że potrafią ograć rynek i wielkich graczy, i że są w stanie przewidzieć w jakim kierunku pójdzie cena danej waluty. Problem polega na tym, że najczęściej im się to nie udaje. Smutne statystyki przytaczam w ostatniej części tekstu.

Forex kusi bo to największy rynek na świecie. Średnie dzienne obroty w roku 2016 wyniosły 5,1 biliona dolarów. PKB Polski w tym roku wyniósł pół biliona dolarów. PKB średniego, nieźle rozwijającego się państwa stanowił 10 procent średnich dziennych obrotów na Forexie. A ponieważ wiem, że lubicie takie cyferki wspomnę jeszcze, że wartość obrotów z trzech dni, odpowiada całorocznej wymianie handlowej na świecie. Takie porównania i liczby przemawiają do wyobraźni, dlatego ten rynek dynamicznie się rozwija. Od roku 1998 urósł ponad trzykrotnie pod względem obrotów.

Skala obrotów działa na korzyść grających, bo gdy obraca się bilionami dziennie, nikt nie jest w stanie wpływać na kursy walut na Forexie, rzucając na niego duże środki. Nikt bowiem nie dysponuje kwotami zdolnymi wywołać jakiekolwiek wahania. Te są bowiem wywoływane gdzie indziej i wpływają na nie raczej czynniki makroekonomiczne i geopolityczne.

Oprócz gigantycznych pieniędzy, inwestorów kusi dostępność. Forex działa 24 godziny na dobę przez 5 dni w tygodniu. Wystarczy otworzyć rachunek, koniecznie u licencjonowanego brokera, i możemy zacząć grać non stop i prawie bez ograniczeń. A dlaczego bez ograniczeń? Bo możemy skorzystać z dźwigni finansowej.

Dźwignia to w dużym skrócie gra za nieswoje pieniądze. Zamiast zawierać kontrakt za 100 dolarów, posiłkujemy się dźwignią 100:1, czyli korzystamy z pożyczki udzielonej nam przez brokera. Co to oznacza? Kupujemy walutę za stówkę, bo akurat tyle mamy pieniędzy. Zmiana kursu waluty o 1 proc. sprawi, że zarobimy (lub stracimy) złotówkę. A teraz przykładamy do tego dźwignię 100:1, dzięki której gramy już kwotą 10 000 zł. I teraz zmiana kursu o 1 proc. to nasz zysk (lub strata) to już 100 zł. Czyli grając bez dźwigni zyskaliśmy 1 proc. z zainwestowanych pieniędzy. Z dźwignią jest to już wzrost o 100 proc., czyli podwojenie włożonego kapitału.

Dźwignia działa fantastycznie w sytuacji, gdy trafiamy. Gdy notowania ruszą przeciwko naszej pozycji, zerujemy rachunek w czasie krótszym niż mrugnięcie okiem. Oczywiście dobrzy brokerzy oferują różnego rodzaju zabezpieczenia dla klientów, ale wiemy, że jak się człowiek uprze, to będzie brnął, aż się zgra. Będę miał o tym wkrótce artykuł.

Warto wiedzieć, że obecnie około 90 proc. transakcji na Forexie ma charakter spekulacyjny. Miejmy świadomość tego, że pływamy w jednym basenie już nawet nie z rekinami a megalodonami inwestycyjnymi.

Nie mam zamiaru nikogo zniechęcać, jeżeli chcecie grać, to wolna wola. Proszę tylko pamiętać o dwóch rzeczach – wybierzcie licencjonowanego brokera, bo oszustów nie brakuje. I nie nadużywajcie dźwigni. A najlepiej na początku nie używajcie jej w ogóle, a potem bardzo oszczędnie.

Na zakończenie wrócę do szans, jakie na Forexie ma indywidualny inwestor. Commodity Futures Trading Commision zbadała grających i okazało się, że przeciętny inwestor traci na nim średnio 15 tys. dolarów, po czym zbiera zabawki i idzie gdzie indziej.

Według danych polskich biur maklerskich, ponad 80 proc. inwestorów indywidualnych ponosi stratę a początkujący inwestor traci cały zainwestowany kapitał w okresie krótszym niż pół roku. Wynika to zazwyczaj z przyjęcia nieprawidłowej metody zarządzania pieniędzmi, podejmowania dużego ryzyka finansowego i angażowania zbyt dużej części kapitału inwestycyjnego. No i oczywiście z korzystania z dźwigni finansowej.

W zgodnej opinii doświadczonych inwestorów indywidualnych (doświadczeni to ci, którzy na Forexie zarabiają), to nie jest impreza dla ludzi, którzy coś tam kiedyś o tym rynku usłyszeli i postanowili zaryzykować. Nie jest to też coś, co można robić z doskoku, bo czasami reagować musimy błyskawicznie. Dlatego jeżeli chcemy grać na Forexie z sukcesami, musimy się wiele nauczyć, w tym zachowywać zimną krew, prawdopodobnie kilkukrotnie wyzerujemy konto a przede wszystkim jest to praca na pełny etat. Z tymi myślami pozostawiam.

W kolejnym odcinku będzie o dobrach i pewnej piramidzie. Zapraszam.

 
Categories

Człowiek nie powinien spędzać życia w pracy

Bez pracy nie ma kołaczy. Praca ludzi wzbogaca. Żadna praca nie hańbi. Człek do pracy stworzon, ptak do lotu. Gdzie praca, pilność na straży, tam się bieda wejść nie waży. Gdy się z chęcią zejdzie praca, tam się hojnie trud opłaca. Kto się do pracy leni, niewart jeść pieczeni. Oszczędnością i pracą ludy się bogacą.

Jak uczą przysłowia, praca to największa z cnót i bez niej głód, chłód i poniewierka. Czy jednak naprawdę musimy pracować tak dużo? Czy dupogodziny przekładają się na efektywność? Czy dwunasta godzina przy biurku ma jeszcze sens? Nie wydaje mi się.

Czy Polacy to pracusie?

Pracujemy długo, chociaż wbrew temu, co lubimy o sobie myśleć, nie jesteśmy europejskimi rekordzistami. Według danych gromadzonych przez Eurostat, sprawy wyglądają tak. W latach 2006-2017 średni czas spędzany w pracy przez pracowników etatowych krajów UE zmniejszył się z 41,9 do 41,3 godziny.

W Europie najdłużej w pracy siedzą Islandczycy (44,6 godziny tygodniowo), w UE, walczący ciągle z kryzysem Grecy (44,4 godziny). Nasze polskie 41,9 godziny daje nam 5 miejsce w UE i 10 w Europie. Na szarym końcu zestawienia jest Litwa, Norwegia i Dania, gdzie czas pracy nie przekracza 40 godzin tygodniowo. Co ciekawe w żadnym z tych trzech krajów czas pracy w ciągu ostatnich 12 badanych lat prawie się nie zmienił, jak pracowali poniżej 40 godzin, tak dalej to robią.

Baw się pracą

Ktoś powie „godzina czy dwie, nie ma o co kopii kruszyć, to w sumie niewielka różnica”. Richard Branson się z tym nie zgadza. Tego pana nie trzeba nikomu przedstawiać, jego firma, Virgin Group inwestuje w ponad 60 biznesów, obsługuje 53 miliony klientów na całym świecie, zatrudnia prawie 70 tys. osób w 53 krajach i ma prawie 22 mld dochodu rocznie. Sam Branson też odłożył kilka groszy, obecnie jego majątek to ponad 5 mld dolarów, co plasuje go na 388 miejscu tegorocznej listy Forbesa.

Nie da się ukryć, że gość coś wie. I o życiu, i o biznesie, i o tej mitycznej, rzadko spotykanej w naturze równowadze między pracą a czasem wolnym. Gorącym orędownikiem i adwokatem uelastycznienia czasu i stylu pracy stał się w 2005 roku, po narodzinach swojego pierwszego dziecka. Do rozwiązań stosowanych w jego firmach, namawia innych przedsiębiorców i liderów biznesu, twierdząc że w dobie takiego rozwoju technologii nie ma powodu, dla którego ludzie mieliby nadal siedzieć w pracy tyle, ile siedzą teraz. I że można być tak samo albo nawet bardziej efektywnym, pracując krócej. Teza dla niektórych nie do przyjęcia i nie do przetrawienia, o czym przekonuje debata z maja b.r. gdy jedna z partii zgłosiła pomysł skrócenia czasu pracy do 35 godzin tygodniowo.

Branson to realista i wie, że kluczowa w tej całej układance jest ciężka praca, ale ciężka praca nie musi oznaczać od razu skoszarowania w zagródkach, doświetlenia ludzi trupim światłem z brzęczących świetlówek i wyłączeniu klimatyzacji w gorący dzień. W swojej książce „The Virgin Way: If It’s Not Fun, It’s Not Worth Doing” pisze, że „zabawa jest jednym z najważniejszych a jednocześnie niedocenianym składnikiem każdego udanego przedsięwzięcia”.

Jak to zorganizować inaczej? 

Branson często podkreśla, że bardzo ważne dla dobrostanu pracownika są takie rzeczy jak relaks, częste ładowanie baterii i spędzanie większej ilości wolnego czasu z bliskimi. Dlatego w swoich firmach pozwala pracownikom na większą elastyczność w podejściu do pracy. Uważa bowiem, że dzięki temu będą szczęśliwsi w życiu, a co za tym idzie, będą szczęśliwsi i bardziej produktywni w pracy.

Virgin oferuje swoim pracownikom nielimitowane dni wolne od pracy. Nikt nie wypisuje wniosków urlopowych, po prostu czujesz, że wolne pozwoli ci się odbudować i robisz sobie urlop. Ile chcesz, bylebyś zrobił swoje. Branson daje też możliwość wykonywania pracy z domu. Ale nie na zasadzie „masz tu laptopa i rób z domu”, bo tak robią wszyscy – według badań aż 43 proc. amerykańskich pracowników wykonuje swoje zadania częściowo zdalnie. Takie podejście to dzisiaj żadna rewolucja. Branson idzie dalej.

Traktuje mianowicie swoich pracowników jako odpowiedzialnych dorosłych, którzy sami najlepiej wiedzą, jak najwygodniej organizować sobie pracę. Stąd szalony pomysł na to, żeby pozwolić ludziom brać wolne wtedy, kiedy chcą. W końcu sami wiemy, ile czasu zajmie nam wykonanie danej pracy. Dlaczego zatem siedzieć od 9 do 17 pięć dni w tygodniu, gdy możemy w poniedziałek zostać do 14 i ogarnąć poweekendową depresję, we wtorek i środę pocisnąć i zakończyć projekt, w czwartek szlifować i robić poprawki z domu, a w piątek mieć ekstra dzień wolny.

Fajne biura otwierają już teraz prawie wszyscy. To oczywiste i samym przyjaznym miejscem pracy nie zachęcimy utalentowanych ludzi. Ale gdy pozwolimy im samodzielnie organizować sobie zajęcie, to jest to zupełnie inna rozmowa. Dostęp do technologii pozwala na dużo lepsze wykorzystanie czasu poświęcanego pracy. Ot, choćby taki drobiazg jak dojazdy do biura. Nie ma sensu męczyć się w porannym szczycie, lepiej pospać dłużej, wyjść z psem, do pracy przyjechać w południe, wyjść o 15 i dokończyć ją w domu. Oszczędzamy na dojazdach, jesteśmy mniej zmięci po ośmiu godzinach w biurze i pracujemy skuteczniej. A pracodawca oszczędza na kosztach prowadzenia biura.

A kiedy u nas te cuda?

Udało mi się kiedyś uskładać 56 dni urlopowych. Na jego wykorzystanie miałem 7 miesięcy. Wziąłem wolne na wszystkie przerwy świąteczne, pojechałem na trzytygodniowy rejs a i tak zostało mi do zużycia 20 dni. Wymyśliłem w porozumieniu z szefową system, w którym od września do grudnia miałem wszystkie piątki wolne. Chyba nigdy nie byłem bardziej wypoczętym, szczęśliwym i produktywnym pracownikiem. Pełne trzy dni weekendu to jedno. Wzrost produktywności to drugie – jestem typem człowieka, który nie lubi zostawiać sobie zadań na następny tydzień. I nie zostawiałem, wszystko było gotowe na czwartek na 18 (pracowałem od 10, żeby ominąć poranne korki i skrócić dojazdy), bieżączkę wpadającą w piątek robiłem w poniedziałek. Najlepsze 4 miesiące w pracy. To oczywiście anecdata, ale od tamtej pory nie wierzę już w stary system pracy. 

Stoimy na progu kolejnej rewolucji. Technologia nie zabierze nam pracy. Pozwoli natomiast wykonywać ją sprawniej, szybciej i skuteczniej. A co najważniejsze będziemy pracować krócej za te same pieniądze, jakie wynegocjowaliśmy sobie na rozmowie kwalifikacyjnej. System ośmiogodzinnego dnia pracy w biurze będzie w niektórych branżach odchodził do lamusa. Fajnie, że pierwsze duże kroki na tej drodze robi jeden z moich ulubionych biznesmenów. Wiedziałem, że Branson to facet ze świetnymi pomysłami.

Chociaż u nas pewnie będziemy musieli na te cuda poczekać trochę dłużej.

 
Categories

Elon Musk zbawia ludzkość, czy po prostu potrzebuje urlopu?

Być może Elon Musk jest fanem chińskiego sci-fi, być może czytał bestsellerowy Ciemny Las Cixin Liu. Tego nie wiemy. Wiemy za to, że jego najnowszy pomysł podłączenia ludzkiego mózgu do komputera i umożliwienia ludzkości telepatii wygląda jak inspiracja kosmitami z tej bestsellerowej powieści. Musk to wizjoner czy bardzo zmęczony szef firmy z bardzo słabymi wynikami? Nad odpowiedzią muszą bardzo intensywnie zastanawiać się inwestorzy, którzy powierzyli mu sporą kasę.

Neuralink ma być nowym produktem Elona Muska. Zapowiedział go co prawda w wywiadzie, podczas którego sztachnął się raz blantem, ale świat technologiczny zbyt dobrze zna Muska, żeby wątpić w to, że prezes Tesli przejdzie od słów do czynów. O tym, że biznes to dla robienie rzeczy ważnych udowodnił m.in. uparcie próbując wysłać w kosmos własnej produkcji rakietę Falcon Heavy. Po nieudanych próbach i szemraniach niedowiarków, udało się ją wysłać poza ziemską orbite i szybuje ona właśnie gdzieś w okolicach Marsa. To otworzyło nowy rozdział w wymyślonym przez fantastyków, a wdrażanym przez Muska szalonym pomyśle przesiedlenia części ludzkości na inną planetę lub przynajmniej umożliwienia nam takiej wycieczki.

Baza na Marsie. Fotografia pochodzi z prezentacji Elona Muska podczas 68. Międzynarodowego Kongresu Astronautycznego

Mało kto wie, że inne eakiety wyprodukowane przez SpaceX, kosmiczną firmę Muska, latają w kosmos niemal co miesiąc, świadcząc komercyjne usługi dla NASA oraz rządowych programów kosmicznych USA i Australii m.in. współtworząc nawigację satelitarną nowej generacji czy  ambitny plan zbierania i przekazywania na Ziemię  danych pogodowych niemal w czasie rzeczywistym. SpaceX ma więc – obok wdrażania  nieco wystrzelonego w kosmos pomysłu międzyplanetarnych podróży – również stronę biznesową. A przemysł kosmiczny to poważny i na pewno przyszłościowy biznes.

Musk wybiera projekty, których horyzont czasowy jest bardzo odległy. Mają szansę zwrócić się po wielu latach prób, badań i nieuniknionych porażek. Czy jego inwestorzy będą mieli wystarczająco dużo cierpliwości? Na pewno zastanawiają się, czy ich  pupil to genialny, dalekowzroczny wizjoner biznesu i czarny koń technologii przyszłości, czy zwykły marzyciel?

Naiwniak, wizjoner, wariat
Podstawowym projektem biznesowym Muska pozostaje Tesla produkująca elektryczne samochody.  I to właśnie ona budzi najwięcej wątpliwości. Gdy Tesla powstawała  w 2003 roku pomysł elektrycznego samochodu ładowanego w gniazdku wydawał się tak odległy, że Musk twierdzi, że dawał firmie tylko 10 proc. szans na sukces. Ale rynek uwierzył w opowiadaną przez niego – już jako CEO firmy historię o nowoczesnej sieci elektrycznej, która zrewolucjonizuje branżę motoryzacyjną. Wartość firmy rosła w oczach, a wielu analityków chętnie wskazywało Teslę jako dobrą opcję  inwestycyjną.

Czarne chmury nad Teslą zbierały się od jakiegoś czasu, ale to początek 2018 roku wzbudził najwięcej wątpliwości do przyszłości biznesu Muska. Przede wszystkim – wyniki finansowe. Musk nie dowiózł prognozowanej liczby modeli S Tesli – w tym roku miał zacząć sprzedawać 5 tys.  tygodniowo, a w pierwszych trzech miesiącach roku udało mu się sprzedać  9,8 tys. samochodów. W marcu okazało się, że 123 tys. sedanów modelu S ma wadliwy system wspomagania kierownicy i wracaj na taśmę. Ceny akcji Tesli w marcu po raz pierwszy od roku spadły poniżej 300 dolarów za sztukę. Bilans jest taki, że Tesla nie zarobiła jeszcze ani grosza, a wydaje – jak policzył Bloomberg – ponad 6 tys. dolarów na minutę i poprzedni rok zamknęła z długiem w wysokości 10 miliardów dolarów.

Co na to Musk? Obiecuje, że Tesla zacznie zarabiać już w trzecim kwartale tego roku. I wykonuje coraz bardziej nerwowe i niepokojące ruchy. – Jego zachowanie źle wpływa na wizerunek marki (…) Wierzymy, że Tesla zasługuje na lepsze przywództwo – skomentował w CNN sytuację w firmie Romit Shah, analityk rynku, który do niedawna rekomendował swoim klientom akcje Tesli, a w ten wtorek po raz pierwszy przy nazwie firmy napisał  “No Longer Investable”.

Bo problemy finansowe to niejedyne kłopoty Muska. Jeden z najbardziej znanych CEO na świecie tweetuje 15 razy dziennie. Zdarzają mu się niewybredne uwagi, jak ta, gdy jednego z nurków zaangażowanych w ewakuację drużyny chłopców z zatopionej na północy jaskini nazwał “pedo-guyem” tylko dlatego, że podważył on skutecznosć zaprojektowanej przez Muska łodzi, która miała uratować chłopców. To zaangażowanie Muska w coraz to nowe projekty zaczyna martwić i coraz bardziej wygląda na przykrywanie realnych problemów Tesli.

Człowiek konta maszyna
W gęstniejącej atmosferze pojawia się kolejny genialny (?) pomysł Muska: należąca do niego firma Neuralink ma w ciągu kilku miesięcy ogłosić produkt, który pomoże podłączyć człowieka do supermocy komputerów i sprawić, że jako superczłowiek będzie nie będzie musiał konkurować ze sztuczną inteligencją, a wykorzysta ją do swoich potrzeb. “Już teraz jesteśmy cyborgami” – stwierdził Elon Musk w podcaście “Joe Rogan Experience” i tłumaczył, że już dziś posiłkujemy się technologiami na przykład korzystając z wiedzy, do której dostęp dają nam na przykład nasze telefony. Musk chce po prostu skrócić drogę przesyłania danych z urządzeń do mózgu instalując w nim specjalne implanty. Implanty miałyby być odpowiednikiem wszystkich innych interfejsów (urządzeń, które pomagają połączyć ze sobą dwa inne urządzenia).

Takie bezpośrednie połączenie mogłoby, zgodnie z wizją Muska, odbywać się – niczym u pozaziemskich przybyszów z chińskiego sci-fi – pomiędzy mózgami poszczególnych osób. Nie musielibyśmy już ze sobą rozmawiać. Musk twierdzi, że stosowanie tej technologii stanie się możliwe w ciągu najbliższych 10 lat. Specjaliści od technologii  pod rękę ze specami od mózgu twierdzą jednak, że nie ma szans na tak szybkie wdrożenia. Wsadzenie w ludzki mózg implantu wymaga operacji medycznej, a urządzenia  lat testów i badań klinicznych zapewniających ich bezpieczeństwo (m.in. prób wykonywanych na zwierzętach).

Czy Musk po raz kolejny przestrzelił wyłącznie z terminem dowiezienia swojego superproduktu, czy kompletnie odkleił się od rzeczywistości i szybuje już po jakiejś kosmicznej orbicie? Dowiemy się jesienią 2028 roku. Do zobaczenia!

 
Categories

Grafen czeka na swojego Jobsa. Na razie jest fajna kurtka

Grafen miał być materiałem, który wywoła technologiczną rewolucją na miarę krzemu. Tymczasem ultracienki materiał o niesamowitych właściwościach wciąż czeka na tęgie mózgi, które znajdą dla niego rynkowe zastosowania. Właśnie wyprodukowano pierwszą kurtkę, która sprytnie wykorzystuje jego zalety. Czy przetrze szlaki kolejnym produktom?

Grafenowa kurtka wyprodukowana przez amerykańską firmę Vollebak kosztuje 695 dolarów i działa jak  supertermofor. To dlatego, że wzmocniony grafenem nylon potrafi nie tylko pobierać ciepło, ale również je magazynować. Doskonale je też przewodzi, czyli jest w stanie przesłać ciepło wytworzone w okolicach klatki piersiowej do bardziej wyziębionych części ciała, na przykład – jeśli założymy kaptur – ogrzeje nam głowę.

Kurtka Vollebak

Wystarczy przed wyprawą w góry położyć kurtkę na słońcu lub kaloryferze. Potem zakładamy ją tak, żeby grafenowa strona przylegała do ciała i materiał będzie stopniowo oddawał zgromadzone ciepło. Wystarczy wywrócić ją na drugą stronę, a zamiast grzać, zacznie nas chłodzić. Dodatkowym plusem kurtki jest to, że na grafenowej powierzchni nie mogą rozwinąć się bakterie.  Wiatrówka jest też lekka, wodoodporna i tworzona przy pomocy lasera, więc pozbawiona szwów. Tylko jedna z właściwości niezwykłego grafenu musiała w procesie produkcji zostać poskromiona: przewodzenie energii elektrycznej. Tym samym pomysłowy duet braci Tidball oszczędził swoim klientom  przypadkowych elektrowstrząsów.

Twórcy kurtki chcieliby za to, żeby ich produkt zainspirował innych do wymyślania kolejnych praktycznych zastosowań grafenu. To dlatego, że chociaż ulracienki materiał przewodzący energię ma niesamowity potencjał, wciąż jeszcze nie znalazł dla siebie miejsca wśród produktów codziennego użytku.

Bracia Tidball, twórcy outdoorowej marki Vollebak. Żródło: Vollebak.com

Polska Dolina Grafenowa?
W rozwój grafenu od 2010 roku zaangażowały się ośrodki badawcze z całego świata: również z Polski. Choć w naukowym wyścigu znajdowaliśmy się w peletonie i – dzięki pracy naukowców z Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych i 65 mln dofinansowania – udało się opantentować metodę wytwarzania wysokiej jakości grafenu, to do tej pory nie zbudowaliśmy w Polsce z niego kompletnych produktów. Finansów wystarczyło jedynie na zamknięcie fazy badań. Kolejne 37,6 mln zł mają trafić do Centrum Grafenu i Innowacyjnych Nanotechnologii dopiero w tym roku.

To, co do tej pory udało się nam wprowadzić na rynek, to półprodukty – Instytut Technologii Materiałów Elektronicznych sprzedaje na przykład arkusze grafenu o rozmiarach 50×50 cm. Bardziej zaawansowanych produktów, które przełożyłyby się na duże zyski, na razie brak. Przełomem może być zapowiedziana przez rodzimą firmę FreeVolt na ten rok premiera paneli słonecznych wykorzystujących grafen. Produkt – jak zapowiadają – ma zrewolucjonizować rynek energetyki słonecznej.

Nobel za taśmę klejącą
Historia grafenu zasługuje na znacznie lepsze zakończenie. Zaczęła się przecież fantastycznie: za odkrycie tego materiału w 2010 roku przyznano Nobla dwóm naukowcom z uniwersytetu w Manchesterze, którzy pozyskali grafen przy użyciu… taśmy klejącej.

Ten przyjęty z zachwytem materiał to nic innego jak znany nam z ołówków grafit, tylko w wersji slim: zbudowany tylko z jednej warstwy atomów. Długo naukowcy nie wierzyli w istnienie czegoś tak cienkiego, a jednocześnie zachowującego właściwości fizyko-chemiczne lepsze od królującego w przemyśle krzemu.

Tymczasem wystarczyło przykleić do grafitu taśmę klejącą, a następnie przykleić do niej kolejną taśmę i następną – tak żeby uzyskiwać na niej coraz cieńsze warstwy grafitu. I tak powstała wreszcie ultracienka powłoka, która nadal wykazywała właściwości przydatne do tworzenia maleńkich, ale bardzo wydajnych procesorów (nawet tysiąc razy wydajniejsze od krzemowych), do produkcji ekranów (grafen jest przezroczysty), w medycynie m.in. do produkcji sprężynek udrażniających żyły u pacjentów z miażdżycą oraz w wielu innych dziedzinach.

Teraz przed grafenem najtrudniejsza faza – komercjalizacji. Tak naprawdę to te firmy, które zbudują w oparciu o przełomowy materiał kompletne, gotowe do wejścia na rynek produkty, wygrają grafenową rewolucję. Apple nie wynalazło przecież ani dotykowego ekranu, ani bezprzewodowego internetu, a “jedynie” ubrało dostępne technologie w atrakcyjny produkt. Grafen wciąż czeka na swojego Jobsa.

 

 
Categories

Coraz więcej zagranicznych spółek, mało innowacji

Już 16 procent wszystkich nowych spółek w Polsce to firmy zakładane przez obcokrajowców – wynika z danych KRS. Biznes chcą robić u nas głównie przedsiębiorcy z Ukrainy i Białorusi. Niestety, większość zakładanych przez nich  firm to wciąż jednoosobowe działalności lub pośrednictwa pracy. Tymczasem Polsce marzy się napływ zagranicznych innowacyjnych firm technologicznych, które przyciągałyby nad Wisłę inwestorów i tworzyły atrakcyjne miejsca pracy, m.in. dla wciąż odpływających z kraju polskich programistów.

W pierwszej połowie tego roku w Polsce zarejestrowano 3658 spółek z zagranicznym kapitałem. Najwięcej, bo aż 45 procent na Mazowszu. To znaczy, że mamy obecnie około 66 tysięcy takich firm. Czym się zajmują? Głównie handlem, mechaniką samochodową, budownictwem i transportem. Gorzej nam idzie przyciąganie młodych innowacyjnych spółek – tylko 12 procent technologicznych startupów w Polsce ma wśród założycieli obcokrajowców (wynika z raportu Fundacji Startup Poland za 2017 rok).

Tymczasem kraje na całym świecie zabiegają właśnie o nich – młodych, oblatanych w nowych technologiach, gotowych tworzyć globalne firmy, a przy tym płacić miejscowe podatki, przyciągać dobrych specjalistów i rozwijać branżę technologiczną. Wiele państw wabi je specjalnymi warunkami: w Stanach znajdą 30-miesięczną bezwizową rezydenturę z darmowym biurem, w Chile ulgi na start i dofinansowanie, a we Francji nawet pomoc w zorganizowaniu życia osobistego w nowym kraju – program French TechTicket załatwia zdolnym obcokrajowcom m.in. znalezienie przedszkola dla dzieci.

Programy przyciągania zagranicznych przedsiębiorców i talentów technologicznych ma wiele krajów: Kanada, Stany Zjednoczone, Australia, Nowa Zelandia czy Chile. Coraz bardziej aktywne, również w Polsce, są organizacje ściągające technologiczne startupy do Azji – wśród największych graczy trzeba wymienić Singapur, ale też mocne programy dla przedsiębiorców z Chin czy Korei Południowej. W Europie o zagraniczne innowacje specjalnymi ofertami walczą: Dania, Francja, Portugalia, Estonia, Irlandia, Włochy, Szwecja, Hiszpania, Holandia, Wielka Brytania, a od ubiegłego roku również Litwa. Gdzie w tym wszystkim Polska?

Długo trwało stworzenie w Polsce pierwszego programu zachęcającego młodych obcokrajowców do zakładania nowoczesnych firm nad Wisłą. Dopiero w tym roku, po kilku latach prac, powstaje program Poland Prize, w ramach którego technologiczne startupy z całego świata będą mogły powalczyć o atrakcyjne warunki dla rozwoju swojego biznesu i wsparcie, również to finansowe – każdy z ośmiu zespołów wybranych w pierwszej edycji programu dostanie 200 tys. złotych na dobry początek. “Ten program to spełnienie mojego marzenia” –   mówi w rozmowie z HiCash Maciek Sadowski, szef fundacji Startup Hub Poland, która od ponad sześciu lat pracuje nad przyciąganiem do Polski innowacyjnych biznesów ze wschodu.

O tym, jakimi argumentami chcemy przyciągać nad Wisłę młody biznes z zagranicy rozmawialiśmy z Maciejem Sadowskim ze Startup Hub Poland i Igorem Sawczukiem, przedsiębiorcą o ukraińskich korzeniach, który zdecydował się rozwijać w Polsce swoją firmę technologiczną firmę Wandlee.

 

 

 

 

 
Categories

W służbie ZŁA – polskie wątki w serii o Jamesie Bondzie

Spór o udział Tomasza Kota w nowym filmie o przygodach agenta 007 miał być powodem rozstania reżysera Danny’ego Boyla z ekipą realizującą serię. Ewentualny udział naszego aktora nie byłby jedynym polskim wątkiem opowieści o Bondzie. Polakiem był bowiem odwieczny antagonista brytyjskiego szpiega.

Każdy uważny widz omawianej serii pamięta najgroźniejszego przeciwnika agenta 007. Ernst Stavro Blofeld przyszedł na świat 28 maja 1908 r. w Gdyni, ale informacji tej próżno szukać w filmach. Znajdziemy ją w pierwowzorze, serii powieściowej Iana Fleminga, a dokładnie w tomie zatytułowanym „Operacja Piorun”. Blofeld był synem Polaka i Greczynki, urodził się w jednym z niewielu rozpoznawalnych przez Anglików polskich miast, czyli Gdyni. Fleming nie wiedział jednak, że jeden z największych bałtyckich portów był na początku XX wieku zaledwie lichą rybacką wioską, w której na próżno byłoby szukać polsko-greckich rodzin.

Fot. Donald Pleasence, jeden z odtwórców roli Ernsta Stavro Blofelda

Również młodość Blofelda upłynęła w Polsce. Ukończył Uniwersytet Warszawski i Politechnikę, pracował w Ministerstwie Łączności i grał na Giełdzie Papierów Wartościowych, gdzie wykorzystywał nielegalnie swą wiedzę wyniesioną z państwowej administracji. Przed wybuchem wojny zdradził ojczyznę i podjął współpracę z III Rzeszą, a po ucieczce do Turcji współpracował już z obiema stronami konfliktu. Na tym kończą się polskie wątki w książkowej postaci geniusza zła, wróćmy jednak do filmu.

W filmie „Pozdrowienia z Rosji” (1963 r.), drugim z serii przygód o Bondzie, w rolę Kronsteena szachowego mistrza, postaci nr 5 złowrogiej organizacji WIDMO, wcielił się Władysław Sheybal. Możemy go również pamiętać z wielkiego dzieła „Kanał” Andrzeja Wajdy. Polska aktorka Izabella Scorupco zagrała zaś rosyjską programistkę „dziewczynę Bonda” w wyprodukowanym w 1995 r. „Goldeneye”.

Fot. Władysław Sheybal (kadr z filmu „Pozdrowienia z Rosji”

Mocny polski akcent możemy zobaczyć w zaprezentowanym w 1981 r. obrazie zatytułowanym „Tylko dla twoich oczu”. Radziecki generał Gogol przybywa do skalnej kryjówki w greckich górach na pokładzie śmigłowca Mi-2 (pilotowanego zresztą przez inżyniera Czesława Dyzmę). Widoczne w kadrze logo zakładów PZL Świdnik jest lokowaniem produktu pozostającym dzisiaj tylko w świecie marzeń.

I wreszcie, jednym z najistotniejszych polskich wątków może być postać Krystyny Skarbek, nazwanej przez Churchilla „ulubionym szpiegiem”. Polska hrabianka, jedna z najważniejszych postaci brytyjskiego wywiadu czasów wojny, związana była z Ianem Flemingiem przez kilkanaście miesięcy po 1945 roku. To ona była pierwowzorem Vesper Lynd, pierwszej i największej miłości agenta 007.

Fot. Krystyna Skarbek – pierwowzór dziewczyny Bonda (fot. christinegranville.com)
 
Categories

Dostarczymy to panu hurtowo

Dzień dobry, to co poprzednim razem u was zamawiałem było bardzo smaczne. Chciałbym do was zabrać dziewczynę na kolację, gdzie jesteście, bo na stronie nie ma takiej informacji? Jak to nigdzie? To skąd to jedzenie? Dark kitchen? Jak dark, to ja jednak podziękuję. Do widzenia.

Rewolucja w dostawie jedzenia dzieje się na naszych oczach. Foodtech kipi od nowych pomysłów. Nowe sposoby zamawiania i dowozu zmieniają rynek, i kształtują nasze zachowania związane z kuchnią. Wszystko zaczęło się 8 lat temu. Zamieszany był w to między innymi faks.

Gdzie kucharek sześć
Pierwszy portal agregujący oferty wielu lokali, Szama.pl powstał w 2004 roku w Trójmieście. Dwa lata później w Warszawie startuje NetKelner.pl. Obie platformy z mozołem budują bazę lokali, ale dla niektórych na tak rewolucyjny krok jest jeszcze za wcześnie, dlatego liczy ona kilkaset sztuk. W 2010 roku na rynku debiutują Pyszne.pl i Pizzaportal.pl. A potem zaczyna się karnawał fuzji, przejęć, konsolidacji i wykupów. Pizzaportal wchłania Szamę, NetKelnera, Foodpandę i Delivero, czyli cztery z pięciu największych platform. A dwa lata po starcie, sam zostaje przejęty przez Delivery Hero. Trzy miesiące później Pyszne sprzedaje wszystkie udziały grupie yd. yourdelivery. Sytuacja na rynku ustala się na jakiś czas.

Wspominałem wcześniej o faksie. W początkowym okresie działalności Pyszne i Pizzaportal działały na zasadzie call center. Ludzie składali zamówienie na stronie a pracownicy portali przekazywali je do odpowiednich restauracji telefonicznie, mailowo, sms-em, a bywało że nawet faksem. Co, jak się możemy domyślać, w miarę zwiększania skali działania, potęgowało chaos. Zdarzały się zamówienia pomylone, czasami ktoś je odebrał i nie puścił do realizacji, klienci się frustrowali, portale zbierały kiepskie recenzje. Nie tworzyło to dobrego klimatu do rozwijania działalności. Dlatego trzeba było zmienić paradygmat.

W lokalach, które miały podpisane umowy z platformami, zaczęły pojawiać się sprytne maszynki. Klient składa zamówienie przez portal. W restauracji, którą wybrał, terminal drukuje paragon z informacją kto zamówił, co zamówił, należnością i adresem dostawy. Pracownik lokalu wciska enter, klient dostaje powiadomienie ile czasu zajmie realizacja jego zamówienia. Czysto, schludnie, bez pomyłek. Osoba obsługująca terminal przyjmuje zamówienie w ciągu kilkunastu sekund, zwiększa się przepustowość i można realizować więcej dostaw. Wszyscy wygraliśmy.

Ale jak to? Mam zapłacić przed dostawą?
Samo uruchomienie terminali usprawniło proces przyjmowania zamówień, teraz trzeba było zachęcić ludzi do sprawnych płatności. Lech Kaniuk, pomysłodawca i twórca Pizzaportal wspomina, że na początku ludzie nie chcieli płacić kartą przed otrzymaniem posiłku. Wyraźnie było widać trend – za pierwsze 2-3 dostawy klient płacił gotówką. Ludzie chcieli mieć pewność, że jedzenie w ogóle dojedzie i czy będzie jadalne. Dopiero gdy orientowali się, czy wszystko jest w porządku, podpinali kartę. I w tym momencie zazwyczaj zostawali regularnymi użytkownikami portalu. Można uznać, że zamawianie jedzenia przez telefon pchnęło mocno do przodu rynek płatności internetowych.

Przed pośrednikami stoi jeszcze jedno zadanie. Muszą przekonać do siebie ludzi zamawiających jedzenie klasycznie, przez telefon. Nie ma jednoznacznych badań, ale ocenia się, że w Polsce jedzenie przez telefon w dalszym ciągu zamawia od 60 do 80 proc. klientów. Do podziału między Pyszne i Pizzaportal jest więc bardzo duży rynek.

Patrząc na agregatory z punktu widzenia konsumenta, widać że próbują go przyciągnąć szybkością i łatwością złożenia zamówienia. Gdy mamy tam konto z podpiętą kartą, jedyna trudność to decyzja co chcemy dzisiaj zjeść. Reszta działań właściwie nie wymaga niczego poza kilkoma kliknięciami, system załatwia za nas większość roboty. Platforma działa niczym lep na muchy – gdy nas skusi i zaczniemy z niej korzystać, nie opłaca nam się zamawiać bezpośrednio w lokalu, bo to trwa za długo i na dodatek musimy rozmawiać przez telefon z obcym człowiekiem, co dla niektórych bywa przeszkodą nie do pokonania.

Logistyka, głupcze!
No dobra, przyciągnęliśmy ludzi, zmotywowaliśmy ich do regularnego korzystania z naszego serwisu. Klienci podpięli kartę, klikają, zamawiają a potem wkurzają się, że mieli czekać na jedzenie maksymalnie godzinę, a dojechało po dwóch i nadawało się tylko do wyrzucenia. Możemy mieć idealną platformę, najlepsze lokale w ofercie, niskie ceny i dobre jedzenie, ale jeżeli nie dowieziemy go na czas, cały nasz wysiłek bierze w łeb. Gniew zamawiającego ściąga na siebie zarówno platforma, jak i lokal. Bo klienta nie interesuje, kto mu to właściwie dowiózł. Przecież nie zastanawiamy się, czy Pyszne ma własną flotę dostawców, czy za dowóz odpowiada restauracja. Przyjechało za późno i zimne, jedna gwiazdka, wypad z sekcji ulubione, pizzę od dzisiaj będę zamawiał u innego Włocha.

O tym, jak ważna dla ludzi jest punktualność nie trzeba nikogo przekonywać. W przypadku jedzenia jest ona czynnikiem krytycznym, bo nie po to zamawiamy do domu, żeby jeść zimne i niesmaczne. A jak zamawiam, bo mam gości, to przecież nie będę odgrzewał pięciu czy sześciu porcji, bo zwyczajnie nie mam ku temu możliwości kuchennych. Nie mam też ochoty testować jakości dowozu kolejnej restauracji, bo kosztuje mnie to za dużo nerwów (mój rekord to dwie godziny czekania, trzy telefony i finalnie skasowanie zamówienia przez restaurację). Pojawiła się więc nisza i kwestią czasu było jej zapełnienie.

Uber Eats Uber Alles
Pomyślmy tylko, kto ma prawie gotową aplikację, gotową flotę samochodową i zmysł biznesowy otwarty na nowe możliwości? W 2014 roku powstaje Uber Fresh, przemianowany potem na Uber Eats. Do Polski wchodzi w 2017 roku i klienci mają jeszcze wygodniej. Podczas gdy działające klasycznie Pyszne i Pizzaportal muszą opierać się na dostawcach restauracji zgromadzonych na platformach, Uber ma swoją ekipę kurierów ii może zaoferować dużo szybszy czas dostawy.

Nic więc dziwnego, że Polacy coraz chętniej korzystają z tego rozwiązania. W tej chwili w miastach, w których Uber Eats działa, ma w ofercie ponad tysiąc lokali, oferującej praktycznie wszystkie kuchnie i smaki świata. Czas dostawy z reguły nie przekracza 30 minut. Na dodatek w aplikacji na bieżąco widzimy, którędy aktualnie zasuwa dostawca. No i najważniejsze – Uber Eats dowiezie nam jedzenie z restauracji, która nie ma dowozu własnego. To niesamowite ułatwienie dla klienta, który nabrał akurat ochoty na Big Maka z frytkami i duża wygoda dla lokalu, który nie musi się przejmować transportem a wyłącznie jakością potrawy.

Dostarczaj albo giń
Dla dobrze zorganizowanej i sprawnie działającej restauracji, realizacja zamówień na wynos nie będzie kwestią „być albo nie być”, ale może stanowić bardzo przyjemny bonus. Dostawa rozszerza ofertę, tworzy nową grupę klientów i może generować dodatkowe zyski. Co jednak robić, gdy lokal nie ma opcji dostawy? Może zacząć tworzyć własną logistykę. Zatrudnić dostawcę z samochodem, płacić mu, wymyślić własny system dowozu. Tylko co czynić w sytuacji, gdy w ciągu kwadransa spłynie pięć zamówień na wynos? Jeden dowoziciel się nie wyrobi, choćby potrafił latać. I właśnie wtedy klient czeka na dostawę ponad dwie godziny. No to jak myślicie, zamówi tam jeszcze kiedykolwiek jedzenie? Nie wspomnę nawet o sytuacji, w której kierowca ma awarię samochodu albo zdrowia, bo wtedy system wali się kompletnie.

Dlatego wygodniej zlecić dowóz na zewnątrz. Ot, choćby firmie Stava, która obstawia wyłącznie ostatni element składający się na zamówienie jedzenia na wynos. Stava ma wiedzę, jak dobrze dowozić, więc restaurator nie musi się martwić o rzeczy, na których się przecież nie musi znać. Za określoną stawkę przekazuje dowóz firmie zewnętrznej i ma święty spokój. W trójkącie klient-restauracja-dostawa wygrywają wszyscy, chociaż oczywiście niektórych kosztuje to trochę więcej pieniędzy.

Quo vadis branżo?
W tej chwili sytuacja wygląda następująco: duże agregatory lokali nie mają własnej logistyki i opierają się na dostawach realizowanych przez restauracje. Firmy logistyczne wożą jedzenie tym lokalom, które nie mają swoich dostawców. Pośrodku tego wszystkiego działają hybrydy typu Uber Eats, który z jednej strony jest agregatorem, a z drugiej firmą logistyczną. Zatem na logikę system powinien zatem migrować w stronę dużych agregatorów z rozbudowanym transportem własnym. Czyli model Uber Eats na dopalaczach.

No dobra, a gdzie w tym wszystkim restauratorzy? Nie czarujmy się, to wszystko jest biznes i trudno oczekiwać sentymentów. Platformy i firmy logistyczne będą grały pod siebie, bo dla mocnego zawodnika, obsługującego kilka tysięcy lokali, zerwanie współpracy z kimś, komu się układ nie podoba, nie będzie stanowiło problemu. Na razie na szczęście nie ma sygnałów, że współpraca z Pyszne, Pizzaportalem, Stavą czy Uber Eats zrujnowała komuś biznes. I dopóki w obrotach lokalu najważniejszą pozycją budżetową są goście przy stolikach, nie powinno dziać się źle.

Na co komu stolik?
We wstępie rzuciłem kryptyczne zdanie o dark kitchen. To stosunkowo nowy pomysł, który z powodzeniem przyjął się na kilku rynkach światowych i powoli wchodzi do Polski. Po co otwierać lokal, zatrudniać kelnerów, kucharzy, pomocników kucharzy i płacić za wynajem powierzchni, gdy można otworzyć wirtualną restaurację? Czy to nie fantastyczny pomysł biznesowy? Sama kuchnia, która przygotowuje posiłki dostępne wyłącznie w dostawie? Klientowi nie robi różnicy, czy obsłuży go restauracja rzeczywista, czy nieistniejąca, ma być smacznie, niedrogo i dowiezione na czas. W Warszawie w sierpniu b.r. wystartował taki projekt. Nazywa się Aroha Bowl i oferuje nowozelandzkie poké bowl wypełnione ryżem aroha, warzywami i owocami morza. Jest też opcja wegańska.

W Wielkiej Brytanii pomysł realizuje Deliveroo, w Stanach nowojorska Green Summit Group. Możliwości są nieograniczone. Przecież jedna kuchnia, która nie ma na głowie zamówień ze stolików, może na kilku stanowiskach przygotowywać sushi, dania kuchni polskiej, włoską pizzę, jedzenie wegańskie, kurczaka tikka masala i gulasz wołowy.

I co jeszcze wymyślicie?
Z dietą pudełkową zetknął się chyba każdy, kto próbuje się odchudzać albo nie ma czasu na gotowanie, a nie chciałby żywić się wyłącznie produktami od Pana Kanapki. W tej chwili firm oferujących catering dietetyczny jest na naszym rynku około 400. Nie jest to najtańsza zabawa, któregoś dnia usiadłem i policzyłem, że w sensownej ofercie wydawałbym miesięcznie o 500 złotych więcej na osobę niż kosztuje mnie to obecnie. I mówię wyłącznie o jedzeniu od poniedziałku do piątku. Weekendy mam zbyt nieprzewidywalne, żebym ryzykował zamawianie jedzenia, które miałoby się marnować. Jednak po liczebności firm oferujących takie rozwiązania widać, że chętnych nie brakuje.

Niektórzy idą jeszcze dalej i zamiast gotowego posiłku możemy sobie zamówić składniki niezbędne do jego wykonania. Firma Just Chopped oferuje odmierzone i odważone produkty, dzięki którym możemy samodzielnie ugotować proste acz efektowne potrawy. W zestawie o nazwie grillowane żeberka z miodem i warzywami znajdziemy żeberka, odpowiednią przyprawę do mięsa, miód, sos sojowy, kolby kukurydzy, ziemniaki i ketchup. Sól, oliwę, patelnię i miskę musimy zorganizować we własnym zakresie. Jedno kliknięcie przerzuca nas do strony z przepisem, w którym krok po kroku, w prosty sposób mamy wyjaśnione co i w jakiej kolejności robić. Porcja jest obliczona na dwie osoby.

Zalety takiego pomysłu? Koszt porównywalny z ceną posiłku na mieście, świeże składniki, odmierzone ilości, dzięki którym niczego nie wyrzucamy, dostawa pod drzwi, wygoda. Wady? Jest pewnie drożej niż gdy sami robimy zakupy. No i nie jest to opcja dla kogoś, kto wszystko kupuje u zaprzyjaźnionego rolnika i dba o wysoką jakość tego, co wkłada do garnka.

Właśnie, à propos zaprzyjaźnionego rolnika. Na platformie Rano Zebrano, możemy zamówić świeże produkty z lokalnych gospodarstw rolnych. Z dostawą do domu. Dzięki wycięciu całego łańcucha pośredników, oferowane ceny są całkiem sensowne i możemy mieć na stole zerwane poprzedniego dnia pomidory taniej, niż gdybyśmy je kupili na jednym z modnych bazarów. Nawet uwzględniając koszty dostawy.

O projektach typu Frisco czy Szopi nawet nie wspominam, bo znają i lubią je wszyscy. Zresztą zakupy przemysłowo-spożywcze z dostawą do domu są obecnie tak popularne, że czasami na parkingu pod moim blokiem stoi więcej dostawczaków niż samochodów lokatorskich.

Klient oszołomiony
Jak widać, rynek dostaw jest wszechstronny i bogaty. Nam, jako konsumentom, pozostaje jedynie wyciągnąć portfel i wybrać coś dla siebie. Na naszych oczach dzieje się kolejna (r)ewolucja. Komórki zlikwidowały problem „nie ma mnie pod telefonem, dzwoń wieczorem”. Internet rozpuszczony w powietrzu pozwolił nam na ciągłe przebywanie w sieci. Amazon zmienił fundamentalnie to, jak kupujemy w sieci. Uber przeorał rynek taksówek, Facebook i Instagram pozwolił transmitować swoje życie na żywo, a Netflix dał natychmiastowy dostęp do całych sezonów serialowych i wykreował zjawisko binge-watchingu. Wybaczcie, że piszę takie truizmy, ale te wszystkie rzeczy w sposób mniej lub bardziej zauważalny zmieniły nasze życiowe nawyki. Rewolucyjne pomysły spowodowały ewolucyjne zmiany. Dzisiaj opowieści o tym, jak to z siecią łączyliśmy się przy pomocy modemu a na premierę serialu w Polsce czekaliśmy dwa lata, brzmią jak rasowe science fiction. A mówimy tu o rzeczach, które działy się ledwie 20 lat temu. W sumie jedno pokolenie.

To, co dzieje się na szeroko rozumianym rynku dostaw jedzenia kreuje nowe trendy i powoli, ale skutecznie modyfikuje nasze postawy i przyzwyczajenia. I być może za 10 lat, odbierając klucze od nowego mieszkania, zadysponujemy tylko stanowisko pod ekspres do kawy. Bo jedzenie ktoś nam dostarczy pod drzwi.

 
Categories

Haki na growth hacking. Czy to jeszcze działa?

W sieci mamy prawdziwy wysyp ofert dla osób, które mają zajmować się w firmach growth hackingiem. Chociaż idea szukania myków na błyskawiczny wzrost dotarła do nas późno, to całkiem nieźle się zadomowiła.  Bo dlaczego nie spróbować, jeśli taki internetowy magik może wskazać nam drogę na skróty do milionów klientów?

Growth hackingiem branża internetowa po raz pierwszy zachłysnęła się w 2010 roku zachęcona sukcesami takich firm jak Facebook, Uber, Airbnb czy Dropbox. Wszystkie one osiągnęły błyskawiczne sukcesy liczone w milionach użytkowników bez gigantycznych budżetów marketingowych Jak to zrobiły? Przeanalizowały sposób, w jaki korzystamy z sieci, rozłożyły na czynniki pierwsze to, co decyduje o popularności treści w serwisach społecznościowych oraz wyszukiwarkach i skupiły się na danych, które można o nas w internecie zebrać. Miks tej wiedzy pozwolił im nie tyle “wynieść biznesy na nowy poziom”, co wystrzelić je w kosmos.

No właśnie, dane. Dzisiaj już większość decyzji biznesowych jest opartych o internetowe dane, analitykę, strategie “data driven”. Trudno to sobie wyobrazić, ale nie tak dawno nie mieliśmy dostępu do takiej ilości informacji, ani pomysłu jak z nich korzystać. To właśnie growth hacking postawił dane zbierane w internecie w centrum działań produktowych, marketingowych i sprzedażowych. Okazało się, że pozwalają one na bieżąco obserwować, które działania przynoszą duże wzrosty w krótkim terminie.

Jeden z najlepszych growth hackerów w Dolinie Krzemowej i założyciel Growth.ly Justin Wu studiował architekturę informacji, a przygodę z biznesem w sieci zaczynał w wieku 14 lat od sprzedawania kart z Pokemonami na eBayu. Bawił się w tradycyjny arbitraż: kupował tanio, sprzedawał drożej. Potem robił własne strony internetowe, też z kartami.

Pierwszym jego  growth hackingowym odkryciem był Google AdSense, dzięki któremu zaczął zarabiać w internecie konkretne pieniądze. Budując własne startupy, zrozumiałem jedno: to jak dobry jest mój produkt czy usługa nic nie znaczy, jeśli nie uda mi się z nią dotrzeć do klientów. Skupiłem się więc przede wszystkim na dystrybucji – wspomina początki. Zaczynał w Seattle, gdzie bardzo trudno było znaleźć inwestora. Growth hacking w jego wypadku wynikał z potrzeby zbudowania dystrybucji bez kasy.

Biznes na skróty
Growth hacking to szukanie drogi na skróty po to, żeby firma w rok odnotowała taki wzrost, na który  w normalnych warunkach pracowałaby dziesięć lat. Tutaj wszystko ma być szybciej, sprytniej i taniej. Do kanonu growth hackingu weszły m.in. sposoby taniego i szybkiego rozwoju produktów przy pomocy internetowych narzędzi takich jak testy A/B, landing pages, virale, automatyzacja komunikacji czy wykorzystanie kodu do celów marketingowych.

  • TESTY A/B
    Eksperymentowanie to nieodłączny element growth hackingu. Testy A/B mogą być na przykład inteligentnym sposobem  sprawdzenia skuteczności komunikatów marketingowych. Niektóre treści skłaniają użytkowników do wejścia na nasze strony, inne działają słabiej. Wypuszczając obie wersje przekazu w ocean internetu, możemy niemal natychmiast wyłowić te, które najlepiej przekładają się na konwersję internautów w klientów. To prawdziwy przełom, biorąc pod uwagę fakt, że kiedyś skuteczność ocenialiśmy po miesiącach od wypuszczenia kampanii. Dzięki testom A/B możemy też sprawdzać, czy nasze produkty internetowe są dobrze zaprojektowane – wedle zasady, że najlepsze rozwiązania podpowiadają sami użytkownicy. Kiedyś słono płaciliśmy za takie badania rynku.
  • LANDING PAGES
    Dziś wydaje się to oczywiste, że użytkownik w sieci powinien trafić na stronę konkretnej usługi. Landing page to odpowiednik sklepowej witryny. Jeśli uda nam się zachęcić nią klienta do wejścia do sklepu, to jesteśmy bardzo blisko sukcesu. Stąd tylko kilka kliknięć dzieli go od zakupu. Trochę nam zajęło ogarnięcie tego w sieci.
  • VIRALE
    Dobry viral jest w sieci jak plotka. Potrafi dotrzeć do zaskakująco dużej liczby internautów. Umiejętne wykorzystanie mechanizmów rozprzestrzeniania się treści w sieci pozwala zaoszczędzić spore kwoty, które musielibyśmy zainwestować w internetową reklamę.
  • AUTOMATYZACJA
    Automatyzacja e-maili i komunikacji na platformach społecznościowych to był krok milowy dla wielu firm (np. Airbnb). Growth hacking idzie często na ilość, nie za bardzo martwiąc się o jakość (szczególnie materiałów marketingowych). Automatyzacja mailingów i postów na Facebooku, Twitterze, LinkedIn czy też zawiadywanie komunikatami z jednego miejsca,  pozwoliło docierać z ofertą do ogromnej liczby potencjalnych klientów w krótkim czasie. I nawet jeśli procent osób, które zainteresowały się produktem był niewielki, to przy tak ogromnym zasięgu, zapewnił szybki wzrost wielu internetowym firmom.
  • POZYCJONOWANIE, OPEN GRAPH
    Growth hacker to ktoś, kto łączy kompetencje marketingowca z programistą. Dzięki umiejętnemu zastosowaniu na przykład Facebookowego protokołu mikrodanych (OpenGraph) już na poziomie kodu można znacznie poprawić widoczność swoich produktów w sieci.  Każdy serwis społecznościowy czy platforma ma swoją logikę prezentowania treści przełożoną na język algorytmów. Kto je zna, ten może zhackować system i – umiejętnie dostosowując kod i treści – zainteresować swoimi produktami i usługami wielu nowych klientów.

To co wczoraj było w growth hackingu kurą znoszącą złote jaja, jutro będzie zgniłym jajem. Obowiązuje zasada “kto pierwszy, ten lepszy”. Haki są skuteczne dopóki zbyt wiele osób nie zacznie ich stosować. Cała zabawa w growth hacking polega na tym, żeby próbować nowych sposobów i kanałów, bo w sieci ciągle pojawiają się nowe możliwości. Powstają tam, gdzie są internauci. I tak na przykład świetnym źródłem leadów stał się niedoceniany przez lata Instagram. Growth hackerzy na całym świecie próbują znaleźć sprytny sposób, który pozwoli zbudować  tam jak największy zasięg bez wydawania kasy na reklamę.

Jedno trzeba przyznać: to właśnie idea growth hackingu spowodowała wysyp produktów i usług, które istnieją wyłącznie w głowach pomysłodawców. Minimalizowanie kosztów jako naczelna zasada sprytnego hakowania wzrostu doprowadziła twórców do konkluzji, że nie opłaca się budować produktów, dopóki nie ma na nich klientów. “Fake it before you make it” stało się częścią tej zabawy. “Jeśli produkt nie jest gotowy, po prostu narysuj go w Photoshopie i wstaw na landing page” – radzi spryciarz z Growth.ly. Czy to etyczne? Średnio. Opłacalne? Bardzo.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Cywilizowany monopol

W poprzednim odcinku opowiedziałem o tym, gdzie się skarżyć na monopol i dlaczego konkurencję doskonałą możemy oglądać wyłącznie w bajkach Disneya. Na dzisiaj obiecałem kolejną formę organizacji rynku, tym razem bliższą temu, co widzimy za oknem. No to wyjrzyjmy.

Taką formą możliwą do zaobserwowania na co dzień jest oligopol. Jest on formą pośrednią między monopolem a konkurencją monopolistyczną, o której opowiem w następnej części. Najważniejsze cechy charakterystyczne oligopolu to:

– liczba producentów działających na rynku nie przekracza kilkunastu

producenci mogą kształtować podaż całej gałęzi, w której operują, co oznacza, że mają znaczny wpływ na cenę rynkową

– pomiędzy uczestnikami rynku zazwyczaj nie występuje konkurencja cenowa

– rywalizacja na rynku odbywa się przez obniżanie kosztów produkcji, reklamę i promocję, dodatkowe usługi, poprawę jakości, różnicowanie wyglądu produktu czy doskonalenie wyrobów

W przypadku oligopolu przedsiębiorcy mogą podjąć szereg działań dotyczących kształtowania ceny. Mogą na przykład prowadzić walkę o zajęcie dominującej pozycji na rynku na własną rękę.  Firmy mogą również zdecydować się na zawarcie porozumienia w formie jawnej i legalnej, jak fuzja, trust lub koncern, oraz tajnej i nielegalnej, jak kartel czy zmowa cenowa.  Szybko je sobie omówimy.

Syndykat prowadzi scentralizowaną politykę cen i zbytu, wyznacza uczestnikom limity produkcyjne.
Trust
to porozumienie, w którym uczestnicy tracą niezależność gospodarczą i prawną, wnoszą do trustu kapitał i w zależności od wkładu, otrzymują udział w zyskach.
Koncern
to forma organizacji skupiająca przedsiębiorstwa o odrębnej osobowości prawnej należące do jednego właściciela.
Fuzja
z kolei stanowi dobrowolne połączenie majątku kilku firm w jeden organizm. Przedsiębiorcy zakładają, że w wyniku połączenia ich sytuacja się polepszy.
Konglomerat
polega na połączeniu kilku firm o odrębnych profilach działalności, z różnych branż i świadczących różnego rodzaju usługi, mające na celu osiągnięcie wyższej rentowności, zdywersyfikowanie źródeł dochodu właścicieli i ograniczenie ryzyka strat finansowych związanych ze zmianami koniunktury w poszczególnych branżach.

Nielegalną w wielu państwach formą działalności jest kartel. Jest to umowa przedsiębiorstw posiadających decydujący wpływ w tej samej lub podobnej gałęzi gospodarki. Cel istnienia kartelu jest jeden – całkowita kontrola nad rynkiem oraz regulacją cen, podaży i popytu.

Żeby nie wikłać się w nielegalne biznesy, nie tracić własnej tożsamości czy wdawać się w wycieńczającą walkę konkurencyjną, uczestniczy oligopolu mogą zdecydować się na przywództwo cenowe, polegające na tym, że najsilniejszy przedsiębiorca określa cenę. 

Jest kilka modeli przywództwa cenowego.
Pierwszy to model dominującej firmy, który odnosi się do tych przemysłów, w których jest jedna duża firma i kilka małych. Małe przejmują cenę określoną przez przywódcę i po niej prowadzą sprzedaż.
Przywództwo efektywnej firmy występuje w sytuacji, w której rolę przywódcy pełni firma mająca najniższe koszty. Wielkość firmy nie ma tutaj żadnego znaczenia.
Przywództwo barometryczne to sytuacja, gdy przywództwo przejmuje firma mająca najlepsze wyczucie sytuacji rynkowej i życzeń pozostałych firm z branży.

W następnej części omówię ostatnią formę organizacji rynku, jaką jest konkurencja monopolistyczna.

 
Categories

Z call center do własnej firmy? Sprzedaż, głupcze!

Lekarz, prawnik, niech już choćby dziennikarz! Ale sprzedawca? W Polsce na handlowców czeka sporo dobrze płatnej pracy, ale zawód ciągle nie wzbudza entuzjazmu i nie cieszy się prestiżem. Z Bartoszem Majewskim, doświadczonym handlowcem i szefem firmy Casbeg, próbujemy zdjąć zły urok z branży, rozmawiamy o zwiększaniu sprzedaży w firmie i radzimy, jak stawiać pierwsze kroki w zawodzie handlowca.

 

Agata Kowalczyk, HiCash: – Policzyłeś ile warte były wszystkie transakcje, które dopiąłeś jako handlowiec?Bartosz Majewski, szef Casbeg i doświadczony handlowiec: Ojej. Przestałem liczyć kilka lat temu po przekroczeniu 20 mln złotych.

– Na rynku jest teraz masa ofert pracy dla speców od sprzedaży, ale nie ma speców od sprzedaży. Rzeczywiście firmy nie mają kogo zatrudniać?
– 
Tak, pracujemy z firmami, które rzeczywiście spotykają się z tym problemem i my sami go mamy. Brakuje na rynku wielu handlowców i wydaje mi się, że ta dziura może być porównywalna z brakiem programistów. Firmy mają teraz gigantyczne ssanie na programistów i tak samo jest z handlowcami.

– Gdzie się podziali wszyscy sprzedawcy?
– Po pierwsze, mamy niż demograficzny. Jeżeli mieliśmy dzietność na poziomie 1,3 od połowy lat dziewięćdziesiątych, to młodych ludzi rozpoczynających kariery jest siłą rzeczy mniej niż piętnaście lat temu. Drugi czynnik jest taki, że nikt jak był mały nie chciał zostać handlowcem – ja i moi kumple na pewno nie.

– Dlaczego w liceum nie marzymy o zostaniu handlowcem?
– Bardzo ciągnie się za tym zawodem u nas stereotyp prywaciarza z PRL lub początku lat dziewięćdziesiątych, akwizytora czy gościa, który nie wiadomo skąd ma twój numer, dzwoni do ciebie i próbuje ci wcisnąć jakiś abonament. Ciągle jest więc tak, że jak u cioci na imieninach powiesz, że jesteś handlowcem, to ciocie raczej nie klaszczą. Druga sprawa jest taka, że my w Polsce zupełnie nie mamy tradycji handlowych – często pytam ludzi, czy ktoś w ich rodzinie się tym zajmował i praktycznie nikt nie ma takich tradycji, więc kultura handlowa czy etos kupiecki nie ma u nas historii.

– Jak trafiłeś do sprzedaży?
– Z przypadku. Trafiałem do tej branży dwa razy. Pierwszą pracę w sprzedaży miałem jako dwunastolatek. Mój tato pracował w gazecie i ja sprzedawałem tę gazetę za złotówkę od sztuki na meczach koszykarskiego Śląska Wrocław. Druga robota handlowa trafiła mi się w 2007, gdzie po prostu wziąłem pierwszą lepszą pracę  jaka mi się trafiła – w call center Lucas Banku [dziś Credit Agricole – przyp.redakcji], gdzie pracowałem przez rok.

Praca w call center to chyba nie jest wymarzone miejsce pracy?
To jest rzeczywiście najbardziej niewdzięczne zajęcie w obsłudze klienta, ale też praca, która bardzo dużo uczy. Fundamenty pracy z klientem przez telefon ma się po tym wpojone i stają się drugą naturą. Nie ma sensu siedzieć w call center przez dziesięć lat, ale na pewno takie doświadczenie się przydaje. Nauczysz się tam rozmawiać z ludźmi.

– Wiszenie na słuchawce nie frustruje?
Frustruje, i to bardzo. Przede wszystkim dlatego, że czujesz się trochę jak w Dniu Świstaka, bo istnieje istotna asymetria ilości rozmów, które ty prowadzisz w stosunku do ilości rozmów, które prowadzi klient. Każda rozmowa z tobą dla klienta jest pierwsza, a każda rozmowa z klientem dla ciebie jest tysięczną. Znasz ją na pamięć.

–  Dziś prowadzisz firmę, która doradza przedsiębiorcom jak sprzedawać. Powiedz, od czego zacząć zmiany, jeśli chcemy, żeby firma zarabiała więcej? Mamy jako tako ułożony ten proces sprzedaży i co powinniśmy zrobić?
– 
Po pierwsze musisz przyjrzeć się temu, ile tematów w tym procesie dochodzi z punktu A do punktu B,  potem z B do C , i dalej do D. Powiedzmy, że w punkcie A zgłasza się do nas 100 osób,a udaje nam się z tego w punkcie B umawiać 50 spotkań. Tu zastanówmy się, czy uda nam się zwiększyć tę liczbę do 80 spotkań. Optymalizujesz każdy kolejny etap, żeby liczby były większe. Pilnujesz tego, żeby to, co jest na końcu, ostateczna wartość transakcji, opiewała na jak największą kwotę przy jak największej marży. Ważny jest też czas. Jeśli umówienie spotkania do tej pory zajmowało nam 6 dni, to jak skrócimy ten czas do 1 dnia, to zamkniemy temat o 5 dni szybciej. Kolejna ważna rzecz: musimy zacząć  przegrywać jak najwięcej i jak najszybciej.

– Mam przegrywać, żeby zarabiać?
– To jest bardzo nieintuicyjne, ale chodzi o to, żebyś jak najmniej czasu spalała na tematy, które i tak nie wyjdą. Dobrze jest ucinać nierokujące tematy w pierwszej rozmowie, żebyś nie musiała wysyłać oferty, umawiać spotkań i inwestować niepotrzebnie dziesięciu godzin pracy. Żeby rozpoznać, które nie rokują, trzeba zadać wiele istotnych pytań przy pierwszym kontakcie. Może na przykład okazać się, że rozmawiamy z klientem, który decyzję o kupnie produktu za 5 tys. podejmuje w siedemnastu krokach w ciągu dziesięciu miesięcy. Wtedy wstajemy od stołu, bo nie mamy tyle czasu.

– Czyli tak: zwiększyliśmy liczbę klientów, która dociera do kolejnych etapów procesu sprzedażowego, skróciliśmy czas dojścia do kolejnych etapów, szybciej odrzucamy klientów, którzy nie rokują i dbamy o to, żeby na końcu wychodziła nam jak największa kwota przy maksymalnej marży. Mamy sukces?
– Jeśli uda nam się zwiększyć te cztery parametry o 30 proc., to mamy poprawę nie o 30 proc, a o cztery razy 30 proc. Zoptymalizujmy to na kilku handlowcach, potem zatrudnimy dodatkowych dziesięciu, a potem stu..

– Na ile praca handlowca się zmieni wraz z rozwojem technologii?  
– Tak naprawdę ta praca stoi na progu gigantycznej zmiany. Wyobraź sobie, że jak wybrali papieża w 2005 roku to na Placu Świętego Piotra była jedna osoba, która robiła zdjęcie telefonem. Po konklawe w 2013 roku zdjęcia robili wszyscy zebrani na Placu św. Piotra. Na następnym wszyscy będą robić to zdjęcie sobie – na tle historycznego wydarzenia. Technologia zmieniła konsumentów. Otworzyła zupełnie nowe pola sprzedaży: Facebook, LinkedIn, Instagram – tam  dzieje się ogromna cześć sprzedaży, a przy tym powoli zamykają się stare kanały, wygasać będzie moim zdaniem m.in. cold calling w wykonaniu call center. Druga duża zmiana to będzie specjalizacja. Kiedyś handlowiec przeprowadzał klienta przez cały proces zakupowy, klient przychodził jak biała kartka. Teraz klient przychodzi do nas wyedukowany: on już sobie produkt wyguglał, sprawdził w porównywarce, na serwisach z opiniami. Teraz handlowiec ma częściej za zadanie sfinalizować proces zakupowy niż go rozpocząć.

Musi wiedzieć więcej niż wyedukowany klient? To znaczy, że na rynku będą potrzebni sprzedawcy-eksperci?
W ubiegłym roku przeczytałem 61 książek. Nie jestem bibliofilem, ja po prostu odpowiadam na potrzeby rynku, a rynek mi mówi, że im bardziej jestem wykształcony w obszarze biznesowym – czytam pozycje głównie z zakresu zarządzania, sprzedaży i marketingu – tym więcej będę zarabiał i tym bardziej będą zadowoleni moi klienci. Ciągłego doszkalania wymagam też od swojego zespołu, bo klient oczekuje kompetencji i porady.

– A co się stanie, gdy na dobre nadejdzie czas automatycznych asystentów, chat botów obsługujących klientów, a rozwój technologii machine learning sprawi, że maszyny będą mogły rozmawiać z klientami?
– To się dzieje od dłuższego czasu. Systematycznie eliminujemy poszczególne elementy procesu sprzedaży i zastępujemy je technologią. Kiedyś w call center musieliśmy wykręcić sobie numer telefonu klienta, a później wprowadzili automatyczne “wykręcacze”, żeby było szybciej. Teraz podobny proces zachodzi w digitalu.

  Wspomniałeś o książkach: co powinien przeczytać ktoś, kto zaczyna swoją karierę w sprzedaży?
 – Jeśli dopiero zaczyna, to polecę podstawy: “Jak zyskać przyjaciół i zjednać sobie ludzi” Dale’a Carnegie – książka o komunikacji międzyludzkiej; Daniel H. Pink i jego “To Sell Is Human” – przyda się szczególnie Polakom, którzy uważają, że sprzedaż to nie jest zajęcie dla ludzi na poziomie i jako trzecia podstawa – stary dobry Cialdini “Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka”, fenomenalna książka z 1984 roku, która nie przestaje być aktualna.

  • To jeszcze, żeby zachęcić niezdecydowanych: czy w sprzedaży można nauczyć się czegoś, co przyda się w codziennym życiu?
    – Takich rzeczy jest mnóstwo. Jest na przykład tak, że nieważne jak dobra jesteś w sprzedaży, większość Twoich kontaktów z klientami kończy się niepowodzeniem, wyrabiasz więc w sobie fenomenalną odporność życiową na porażki. Można się tego nauczyć, choć czasem płacze się w poduszkę. Druga rzecz bardzo ważna, to jest większa odporność na odrzucenie. Wszyscy się boimy odrzucenia, bo pochodzimy od ludzi, dla których odrzucenie przez stado oznaczało śmierć. Handlowcy są ciągle odrzucani, więc się na tę sytuację uodparniają. Efekt jest taki, że nie znam handlowca, który bałby się podejść i zagadać do nieznajomej kobiety przy barze.

  • – Nieźle. Coś czuję, że tym argumentem wywołamy nową falę kadr w sprzedaży [śmiech]. Bardzo dziękuję za rozmowę.
    – Dzięki!

Interesuje Cię sprzedaż, chcesz wiedzieć więcej i poprawić wyniki finansowe swojej firmy? Zobacz nasz program HiCashWeek Podcast, w którym rozmawiamy z Bartoszem Majewskim z Casbeg.