Categories

Blockchain otwiera giełdowe portfele kolejnych polskich inwestorów

Na warszawskiej giełdzie przybywa spółek, które deklarują zaangażowanie w tytułową technologię.W kilku przypadkach tego typu komunikat wywołał spektakularny wzrost kursu akcji. “Blokczejn” może być słowem kluczem na miarę “dotcom”, gamingu czy deweloperki, a jednocześnie… pułapką.

Najświeższym przykładem giełdowego “romansu” z technologią łańcucha bloków jest notowana na NewConnect spółka Merlin. Przedstawiciel branży e-commerce podpisał 6 lipca list intencyjny ze znanym inwestorem Rafałem Zaorskim, szefem Krypto Jam.

Strony zadeklarowały rozpoczęcie prac nad rozwojem technologii blockchain zmierzających do stworzenia innowacyjnego programu lojalnościowego dla klientów grupy opartego na tokenizacji lojalności klientów. Intencją stron jest umożliwienie korzystania z technologii innym podmiotom z rynku e-commerce w Polsce i Europie, a w konsekwencji osiągnięcie pozycji lidera tokenizacji lojalności w Europie – napisano w oficjalnym komunikacie. W dniu jego publikacji kurs akcji Merlina wzrósł o 65,5 proc., z 0,9 zł do 1,49 zł, a na kolejnej sesji cena rosła w porywach do 2,15 zł. Z kolei dzienny wolumen obrotu po raz pierwszy w giełdowej historii tej spółki przekraczał liczbę 750 tys. sztuk.

Zarobić ponad 100 proc. w ciągu dwóch dni i to na bardzo słabym ostatnio warszawskim rynku akcji, to bardzo dobry wynik. I to wszystko dzięki jednemu słowu. Tak jak kiedyś inwestorów elektryzowała końcówka “dotcom” albo wejście w deweloperkę czy branżę gier komputerowych, tak teraz nastał czas “blokczejna”. I tak jak zawsze – część firm faktycznie wykorzystuje nową technologię do rozwijania swojego biznesu, a część zdaje się tylko podłączać pod modę, by zrobić wokół siebie trochę szumu i podbić wyceny akcji.

Hype na blockchain
Pierwszą spółką na rodzimym rynku akcji, która zapowiedziała wejście w okołoblokczejnowe tematy była BitEvil, kierowana przez Marię Belkę, córkę byłego premiera. Na NewConnect firma debiutowała dokładnie rok temu i to ze sporą pompą. Ogłosiła bowiem, że zamierza wprowadzić polską kryptowalutę EraCoin. To wystarczyło, by w dniu debiutu cena akcji zyskała 43 proc. rosnąc z 2,49 zł do 3,56 zł. Co więcej – dwa miesiące później notowania ustanowiły do dziś niepobity historyczny szczyt 8,33 zł.

Można dyskutować, czy wpływ na wzrost kurs miała magia nazwiska szefowej, czy jednak zapowiedź nowego coina. Ja stawiam na to drugie. A żeby było śmiesznie – EraCoin wcale kryptowalutą nie jest, przynajmniej w takim znaczeniu jak bitcoin, litecoin czy dash. Nie jest bowiem oparta na łańcuchu bloków, a jej rzekome “kopanie” to nie rozwiązywanie kryptograficznych zagadek, a tylko poświęcony czas na interakcje z innymi użytkownikami aplikacji, która tego coina obsługuje. EraCoin to właściciwe coś w rodzaju punktów lojalnościowych, które znamy chociażby ze stacji benzynowych. Spółka sprytnie wykorzystała więc modę na kryptotematy, by z przytupem wejść na rodzimy parkiet. Aktualnie jej akcje kosztują 1,5 zł, a więc sporo poniżej ceny z debiutu.

Śladami BitEvil, ale nie tylko marketingowo, ale także realnie – poszły inne spółki giełdowe. MakoLab pracuje nad systemem do identyfikatorów cyfrowych o wysokim poziomie niezaprzeczalności i transparentności, dlatego blockchain wydaje się tutaj idealnym rozwiązaniem. – Cechy tej technologii zwróciły naszą uwagę w kontekście wykorzystania do zabezpieczenia przechowywania danych identyfikacyjnych, szczególnie tych, które są wrażliwe pod kątem zaufania i objęcia gwarancją autentyczności. Takich jak np. identyfikatory cyfrowe instytucji finansowych LEI (Legal Entity Identifier). W obrębie naszych prac wzbogacenie LEI o technologię blockchain to dopiero początek – czytamy na stronie spółki.

Projekt MakoLab ma wartość nieco ponad 2 mln zł, z czego 1,2 mln zł pochodzi z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Zakończenie projektu zaplanowano na grudzień 2018 r. Na wykresie kursu akcji spółki nastroje są raczej zmienne. O ile w drugim półroczu 2017 r. akcje podrożały o 70 proc., to w pierwszym półroczu tego roku ich cena spadła o blisko 30 proc. Być może inwestorzy czekają, aż system będzie gotowy i możliwy do zweryfikowania.

Całkiem niedawno eksperymenty z technologią blockchain zapowiedziała też warszawska giełda (GPW jest spółką akcyjną i jest notowana na główynm parkiecie). Otóż 27 czerwca spółka opublikowała zaktualizowaną strategię #GPW2022, w ramach której podjętych zostanie 14 inicjatyw. Jedną z nich jest platforma Private Market, dedykowana finansowaniu firm na wczesnym etapie rozwoju za pośrednictwem tzw. equitycrowdfundingu. Infrastruktura platformy ma bazować na technologii blockchain.

Rozproszony rejestr jest dla nas bardzo atrakcyjny. Szczególnie dużo sobie obiecujemy po tzw. smart contracts, dzięki którym do obrotu mogą trafić warunki udziału w zyskach danej firmy. Forma private blockchain jest w tym momencie optymalna. Chcemy w ten sposób przetestować jej działanie w środowisku giełdowym – mówił w wywiadzie dla Parkiet TV Marek Dietl, prezes GPW. Nasza giełda zaczęła więc robić to, co giełdy zagraniczne robią już od dawna. Rynek przyjął nowe pomysły całkiem entuzjastycznie. W dniu ogłoszenia #GPW2022 akcje podrożały o 3,6 proc. do 37,55 zł, a na początku lipca cena dochodziła do 38,95 zł.

Nie najlepsze intencje
Technologiczne trendy mają to do siebie, że przyciągają też firmy, które niekoniecznie chcą dać akcjonariuszom udział w innowacyjnym przedsięwzięciu, a raczej zrobić wokół siebie trochę pozytywnego PRu i przy okazji podbić kurs akcji. Być może pamiętacie scenę z “Wilka z Wall Street”, w której główny bohater – Jordan Belfort – wciska przez telefon klientowi akcje firmy z sektora IT, która ma być drugim gigantem na miarę Apple’a, a okazuje się za chwilę, że to zwykła szopa na środku podwórka, którą z IT łączy tylko napis na szyldzie nad wrotami. To są sceny z życia wzięte. To samo grozi nam teraz przy okazji boomu na blokczejn i różne coiny, dlatego warto mieć się na baczności za każdym razem, gdy jakiś giełdowy podmiot informuje, że angażuje się w tego typu projekty.

Lampki ostrzegawcze zapaliły się rynkowym obserwatorom na początku tego roku, gdy takie komunikaty wypuściły trzy spółki z NewConnect – Erne Ventures, Devoran i Novina ASI. Kontrolki nie zaświeciły się dlatego, że spółki te miały bardzo niską wycenę akcji (ok. 1 zł lub mniej), która zawsze sygnalizuje podwyższone ryzyko inwestycji, ale z nieco innych powodów. – Spółki te wiele dzieli, ale łączy m.in. osiąganie niewielkich przychodów, notowanie strat i skłonność do zmieniania nazw i emitowania akcji – pisał wówczas na łamach Pulsu Biznesu Marcel Zatoński. Oczywiście nie przekreślam szans tych firm na to, że wejście w nowe technologie będzie kołem zamachowym ich biznesów, ale niektóre z ich dotychczasowych dokonań, skakanie z jednego branżowego kwiatka na drugi i zachowanie kursu akcji sugerują przynajmniej zachowanie ostrożności.

Otóż Erne Ventures, fundusz inwestujący jak dotąd w przedsięwzięcia z branży gier komputerowych i motoryzacji, ogłosił w styczniu aktualizację swojej strategii, podając w niej plany większego zaangażowania w projekty zapowiadające wdrożenie własnych rozwiązań opartych o blockchain. Na stronie internetowej, w nazwie funduszu, obok dopiski „games“ pojawiło się „blockchains“. W pierwszym momencie cena akcji skoczyła o 22 proc., ale jeszcze na tej samej sesji kurs ustabilizował się zyskując ostatecznie zaledwie 2,7 proc. względem poprzedniej ceny zamknięcia. W tym przypadku magiczne słowo nie wywołało większego entuzjazmu wśród inwestorów. Być może dlatego, że ci ostatni zrazili się wcześniejszym zaangażowaniem funduszu w spółkę Arrinera, która od kilku lat obiecuje nam pierwszy polski samochód wyścigowy i jak dotąd taśmy produkcyjne nie ruszyły. Być może też dlatego, że po pierwszym kwartale w skonsolidowanych wynikach na poziomie zysku netto była strata sięgająca prawie 900 tys. zł. A być może dlatego, że w lutym spółka ogłosiła, że w ramach nowej strategii przejęła spółkę Revitum, czyli sieć placówek diagnostyki medycznej, i zamierza przekształcić ją w… giełdę kryptowalut. To intrygujący pomysł, nie tylko z uwagi na technologiczną transformację, ale także dlatego, że większość, o ile nie wszystkie giełdy kryptowalut wyprowadzają się z naszego kraju z powodu nieprzyjaznych regulacji.

Devoran również ma sporo dokonań na swoim koncie.  Gdy wchodził na NewConnect w 2007 r. nazywał się Viaguara i jego produktem była wódka z guaraną. Później zmienił się w Polsko-Amerykański Dom Inwestycyjny, aby w końcu wejść w deweloperkę i nazwać się Devoran. Na początku tego roku ogłosił z kolei, że angażuje się w nową technologię, m. in. tworzenie rozwiązań i planów marketingowych dla społeczności blockchain oraz budowę zaplecza koparek wykorzystywanych do pozyskiwania kryptowalut. Pojawił się też plan zmiany nazwy na Future Blockchain.

W styczniu kurs akcji spółki wzrósł o 145 proc. do 1,08 zł. Tymczasem od strony finansowej trudno o optymizm. W zeszłym roku skonsolidowany wynik netto wyniósł zaledwie 202 tys. zł. Ponadto spółka znalazła się w ubiegłym roku pod okiem nadzorcy. – W listopadzie rynkowy nadzorca poinformował, że podejrzewa manipulację kursem Devoranu. KNF szczegółowo opisywała podejrzane transakcje z września ubiegłego roku, gdy grupa powiązanych akcjonariuszy miała stosować m.in. takie techniki manipulacyjne, jak ukrywanie własności, sztuczny obrót i „pump & dump” (napompuj i opchnij), podbijając kapitalizację spółki – napisno w Pulsie Biznesu. Aktualnie papiery spółki wycenianie są na parkiecie na 0,11 zł. Czyżby inwestorzy nie wierzyli w kolejną przemianę?

Małą wiarę, przynajmniej patrząc przez pryzmat wykresu kursu akcji (ich cena to ok. 0,33 zł), widać też wśród akcjonariuszy funduszu pożyczkowego Novina. Podobnie jak poprzednik, ta spółka też ma na koncie kilka przeistoczeń. Na New Connect weszła w 2012 r. jako firma „Baby“ planująca budowę sieci kawiarni. Potem zajęła się działalnością inwestycyjną pod nazwą Goldwyn Capital, by w końcu stać się funduszem pożyczkowym, a w styczniu tego roku ogłosić, że zawiązuje nową spółkę „Blockchain Technology“. Przedmiotem działalności tej ostatniej mają być inwestycje wykorzystujące technologię blockchain, w pierwszej kolejności kopanie kryptowalut. To wystarczyło, by w styczniu podbić wyceną walorów o 62 proc. Mało tego, spółka opublikowała na początku roku prognozę, że po 12 miesiącach zarobi na czysto 2,2 mln zł. Ambitnie. Zwłaszcza, że rok ubiegły zamknęła  stratą rzędu 2,86 mln zł. Wygląda na to, że spółka naprawdę zamierza wykopać sporo bitcoinów…

Myślę, że w niedalekiej przyszłości kolejne spółki z NewConnect i GPW będą ogłaszać zaangażowanie w tytułową technologię. Zwłaszcza, że znajduje ona coraz więcej możliwości zastosowania, już nie tylko w systemach płatniczych, ale chociażby w energetyce, logistyce, zarządzaniu siecią sprzedaży itp. Jak pokazują powyższe przykłady, temat jest bardzo nośny i potrafi mocno podbić kurs przynajmniej w krótkim terminie. Nie ma się co dziwić.

Na naszym parkiecie panuje bessa, więc inwestorzy szukają innowacyjnych rozwiązań, które mogą dać wysoką stopę zwrotu. Giełdowa historia pokazuje, że każda hossa miała swojego przewodnika, np. spółki informatyczne lub spółki deweloperskie. Blockchain ma potencjał, by znów dać silny impuls wzrostowy, zwłaszcza, że niektórzy wieszczą tej technologii wywołanie rewolucji większej niż ta związana z powstaniem sieci internetowej. W tym kontekście należy pozytywnie oceniać eksperymenty rodzimych spółek z nową technologią. Liczę na to, że owe eksperymenty nie otworzą przysłowiowych sezamów tylko zarządom owych spółek, ale wszystkim akcjonariuszom i to w dłuższym niż miesięczny terminie.

 

 
Categories

Finansowi guru jadą po bitcoinie. „Trutka na szczury do kwadratu”

O cyfrowych pieniądzach bardzo chętnie wypowiadają się znane osobistości świata biznesu i ekonomii. Ich opinie są bardzo skrajne, w większości negatywne. Przewijają się porównania do baniek spekulacyjnych, czy wręcz globalnych oszustw. Tylko niektórzy widzą w bitcoinie początek monetarnej rewolucji, która uwolni nas od bankowych monopoli.

Tak to już jest, że jak nie mamy własnej opinii na dany temat, to lubimy wspierać się naszymi autorytetami. Słuchamy ich wypowiedzi i przyjmujemy lub nie ich punkt widzenia. W kwestii kryptowalut ten głos autorytetów cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem z kilku powodów.

Po pierwsze, mamy do czynienia z technologiczną nowością, która stanowi realną konkurencję dla pieniądza fiducjarnego. Po drugie, mało kto dobrze zna się na bazach danych i kryptografii, więc nie jest w stanie sam zweryfikować realnej użyteczności technologii blockchain, która za większością kryptowalut stoi. I w końcu po trzecie, kryptowaluty stały się aktywem spekulacyjnym, na którym wiele osób bardzo dużo zyskało i zastanawia się, czy zyska więcej, a jak wiadomo nic tak nie rozbudza emocji, jak możliwość szybkiego dorobienia się.

Znani ekonomiści, inwestorzy i menedżerowie wysokiego szczebla zaczęli więc coraz częściej dzielić się publicznie swoimi opiniami na temat cyfrowych pieniędzy. Z ich wypowiedzi nie wyłania się optymistyczna wizja przyszłości.

Sceptyczni bogacze
Od kilku lat swojej negatywnej opinii na temat bitcoina nie zmienia najbardziej znany inwestor giełdowy i jednocześnie trzeci najbogatszy człowiek na tej planecie – Warren Buffet. Jego zdaniem kryptowalutom bliżej do hazardu niż do inwestowania, a to dlatego, że nie mają one żadnej wewnętrznej wartości.

 – Jeśli kupujesz coś takiego jak bitcoin czy inna kryptowaluta, to tak naprawdę nie posiadasz czegokolwiek, co cokolwiek produkuje. Masz tylko nadzieję, że inny gość zapłaci za to więcej – tłumaczy Buffett.

Na tegorocznym spotkaniu akcjonariuszy jego wehikułu inwestycyjnego – Berkshire Hathaway – dolał oliwy do ognia mówiąc, że bitcoin jest jak „trutka na szczury do kwadratu”.  Jego zdaniem najbardziej popularna kryptowaluta źle skończy i zadeklarował, że jego fundusz nigdy nie zainwestował w tego typu aktywa i nie zamierza tego robić. Tych co znają styl inwestycyjny Buffetta nie dziwią te mocne opinie. Słynie on bowiem z tego, że inwestuje w wartość, a rynek giełdowy zawsze był dla niego miejscem, gdzie może kupić tanio coś wartościowego.

To coś zawsze miało być dla Buffetta weryfikowalne, dlatego znany jest z tego, że często sam posiada produkty spółek, których jest akcjonariuszem i chodzi na spotkania z zarządami, by osobiście sprawdzać kompetencje menedżerów. Jego zdaniem w przypadku bitcoina takich możliwości weryfikacji nie ma, co z automatu wyklucza kryptowalutę z kręgu jego inwestycyjnych zainteresowań.

O ile sceptycyzm Buffetta można poniekąd tłumaczyć jego wiekiem i deklarowaną niechęcią do nowych technologii, to większe zdziwienie budzą opinie jego przyjaciela Billa Gates’a, szefa Microsoftu. Choć kilka lat temu opisywał bitcoina przymiotnikiem „ekscytujący”, to w jednym z ostatnich wywiadów dla CNBC stwierdził, że chętnie zagrałby na bitcoinie na krótko, co oznacza, że spodziewa się spadku notowań.

Mało tego, w marcu tego roku w wywiadzie dla portalu Reddit.com Gates krytykował kryptowalutę za jej rzekomą anonimowość, dzięki której staje się ona świetnym narzędziem dla terrorystów i handlarzy narkotyków. Choć wielu zarzucało mu niedoinformowanie i brak wiedzy, to Gates swojego stanowiska nie zmienił i pozostaje sceptycznie nastawiony do bitcoina.

Inni panowie o zasobnych portfelach także w mocnych słowach wypowiadają się na temat cyfrowych pieniędzy. – Kryptowaluta jest oszustwem – powiedział wprost Jamie Dimon, prezes JP Morgan Chase,  na konferencji Delivering Alpha. Jego zdaniem bitcoin nie ma żadnej realnej wartości, jest gorszy od cebulki tulipana i skończy podobnie jak ona w XVII w.

Dla kontrastu warto dodać, że CEO Goldman Sachs Lloyd Blankfein przyznał niedawno, że bitcoin jest po prostu nie dla niego i nie posiada, żadnej kryptowaluty, ale dodał, że byłoby zbytnią arogancją mówienie, że bitcoin nie ma przyszłości. CEO Goldmana uważa, że skoro pieniądz fiducjarny istnieje na podstawie pewnej umowy społecznej na linii rząd – społeczeństwo, to dlaczego i kryptowaluty nie miałyby mieć swojego własnego konsensusu.

Takim „optymistą” nie jest Mark Cuban, miliarder, właściciel zespołu NBA Dallas Mavericks, który w wywiadzie dla Vanity Fair powiedział, że „jeżeli inwestujesz w bitcoina, to przygotuj się, że wszystko stracisz”. Co ciekawe – tych ostatnich słów nie do końca podziela chyba George Soros. Choć na tegorocznej konferencji w Davos mówił, że bitcoin to bańska spekulacyjna, która pęknie najszybciej ze wszystkich w historii, to w kwietniu dowiedzieliśmy się z Bloomberga, że jego rodzinna firma Soros Fund Management zamierza handlować kryptowalutami. Jak widać w finansach niekoniecznie liczy się to co myślisz, tylko to czy możesz na czymś zarobić…

Warto przywołać dość stonowane na tle powyższych stanowiska Marka Zuckerberga, szefa Facebooka i Jacka Dorsey’, szefa Twittera. Ten pierwszy widzi w technologiach szyfrowania i kryptografii narzędzia do transferu władzy od systemów scentralizowanych do zdecentralizowanych, czyli bezpośrednio do ludzi. Można więc się domyślać, że atrakcyjna wydaje mu się idea twórcy bitcoina – Satoshi Nakamoto – który stworzył swoją kryptowalutę, by uwolnić ludzi od finansowych pośredników.

Zuckerberg w swoich postanowieniach na 2018 r. umieścił m.in. obserwowanie nowych technologii związanych z cyfrowymi pieniędzmi, pod kątem wykorzystania ich w jego serwisach. Z kolei wspomniany Dorsey uważa wprost, że bitcoin to pieniądz internetu, a ten ostatni zasługuje na to, by mieć własną, odrębną walutę. Na tegorocznej konferencji Consensus w Nowym Yorku szef Twitter powiedział, że „ kryptowaluty to przyszłość legalnych środków płatniczych”. Nie jest tylko pewien, czy ta przyszłość należy właśnie do bitcoina, czy jednak do któregoś z jego konkurentów.

Podzieleni ekonomiści
Czy nam się to podoba, czy nie – kryptowaluty zdołały już całkiem nieźle zadomowić się w świecie finansów. Mają swoje odrębne platformy transakcyjne, bankomaty, fundusze w nie inwestujące, a także kontrakty terminowe notowane na tradycyjnych rynkach (CME, CBOE). Mało tego – wiele gigantów finansowych, jak Goldman Sachs, Fidelity czy Deustche Boerse, zamierza wprowadzić do swoich ofert produkty na kryptowalutach oparte.

Skoro więc cyfrowe pieniądze powoli wchodzą do mainstreamu, to tym bardziej ciekawe wydaje się zdanie ekonomistów na ich temat. Okazuje się, że i w tym środowisku cyfrowe pieniądze budzą sporo emocji.

Nouriel Roubini, który zasłynął tym, że po kilku nieudanych próbach w końcu przewidział kryzys (akurat ten duży, który zaczął się w 2007 r.), bardzo mocno skrytykował bitcoina podczas tegorocznej konferencji Milken Institute Global w Los Angeles. – Nie ma tutaj żadnej decentralizacji, to zwykły „bullshit”. A blockchain to tylko ulepszony arkusz kalkulacyjny – mówił podczas panelu pt. „Kryptowaluty: irracjonalny entuzjazm czy nowy wspaniały świat?”.

Ludzi, którzy bitcoina kupowali w szczycie notowań pod koniec 2017 r. , Roubini nazwał frajerami. Jego ostre słowa wywołały falę krytyki ze strony oponentów. – Przypomina mi to sprzedawcę koni, który twierdzi, że nie potrzebujemy silników spalinowych – odpowiadał Bill Barhydt, szef startupu ABRA, który stworzył jeden z portfeli kryptowalutowych.

Zdecydowanie bardziej wyważony, ale również krytyczny w temacie jest Robert Shiller, noblista, autor książki „Zwierzęce instynkty”. Jego zdaniem bitcoin będzie kolejnym nieudanym eksperymentem w dziedzinie finansów. – Praktycznie nikt poza działami informatyki nie potrafi wyjaśnić, jak dokładnie funkcjonują kryptowaluty. Ta tajemnica tworzy aurę ekskluzywności, nadaje zalet nowemu rodzajowi pieniądza i napełnia wielbicieli rewolucyjnym zapałem. Nie ma w tym nic nowego i podobnie jak w przypadku poprzednich innowacji monetarnych pozornie fascynująca historia może nie wystarczyć – powiedział w maju w wywiadzie dla CNBC. Kilka dni temu w rozmowie z dziennikarzami Bloomberga opisywał bitcoina w kategoriach bardziej behawioralnych, nazywając go społecznym ruchem, w którym panuje „epidemia entuzjazmu”. Swoją wypowiedź spuentował tym, że bitcoin to dla niego bańka spekulacyjna, jednak asekuracyjnie dodał, że nie oznacza to, że wartość tej kryptowaluty spadnie do zera.

Zdecydowanie bardziej wyważone i jednocześnie mniej emocjonalne, a bardziej merytoryczne jest stanowisko Christine Lagarde, szefowej Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW). Na łamach bloga WTF umieściła ona wpisy pokazujące zarówno pozytywne, jak i negatywne jej zdaniem strony kryptowalut (m. in. „An Even-handed Approach to Crypto-Assets”). W wywiadach podkreśla, że nierozsądnym byłoby odrzucenie kryptowalut. Ich popularność i rozwój technologii za nimi stojących skłaniają do głębszej analizy, zarówno pod kątem potencjalnych zalet i ryzyk.

Lagerde zwraca chociażby uwagę na szybkość i niskie koszty transakcji, z drugiej strony ostrzegając przed niestabilnością i wysoką zmiennością notowań. Co ciekawe, nie uważa ona, by rozwiązania z zakresu technologii blockchain wyeliminowały instytucję pośrednika z globalnego obiegu pieniądza. Raczej spodziewa się korzystnej dla wszystkich dywersyfikacji usług dzięki rozwojowi fintechów, a także adaptacji rozwiązań stosowanych w kryptowalutach do tradycyjnych systemów (co zresztą już się dzieje).

Stanowisko szefowej MFO to niewątpliwie ważny głos w całej globalnej dyskusji. Niektórzy komentatorzy uważają, że to jej pozytywny wpis na blogu wywołał kwietniowy skok notowań bitcoina do 8 tys. dol.  Niewykluczone. W końcu, jak widać powyżej, większość z największych „gadających głów” jest sceptycznie nastawiona do bitcoina, więc każdy liczący się, pozytywny głos w temacie stanowi jakiś promyk nadziei dla entuzjastów cyfrowych pieniędzy. Profilaktycznie ostrzegam tylko, by nie traktować każdej pozytywnej opinii jakiegoś guru, jako sygnał do kupna bitcoina.

 
Categories

Sprawdziliśmy: aplikacje naprawdę nas podsłuchują! Non stop

Pisałem już o aplikacji La Liga, która była tak sprytna, że bez wiedzy użytkownika nasłuchiwała, czy w tle nie leci nielicencjonowana transmisja sportowa. A że przy okazji włączała sobie geolokalizację, jej użytkownicy stawali się nieświadomymi szpiegami. Gdy zacząłem zagłębiać się w temat, otchłań wejrzała we mnie.

 

Jeżeli nie znasz angielskiego i klikasz OK na wszystko, masz prawdopodobnie na telefonie albo tablecie przynajmniej jedną aplikację, która korzysta z twojego mikrofonu w celach innych, niż ci się wydaje.

Aplikacja ta nasłuchuje przez cały czas odgłosów otoczenia, nagrywa je i na koniec serwuje ci reklamy dostosowane do tego, co akurat oglądasz w telewizji. Być może również w kinie albo w restauracji, bo aplikacja przestaje słuchać wyłącznie wtedy, gdy wyłączysz telefon. Wszystko to oczywiście dla twojego dobra, bo przecież dostajesz lepiej dopasowane reklamy i nie wiemy na co właściwie narzekasz człowieku.

Co ciekawe, udzielając zgody na wykorzystanie mikrofonu, w niektórych przypadkach nie wiesz, na co właściwie się zgadzasz. Zakładasz optymistycznie, że mikrofon jest do czegoś potrzebny, być może będziesz mógł sterować głosem albo coś nagrać. Nie podejrzewasz, że aplikacja od razu odpali nasłuch i będzie zbierać próbki głosów.

Jedną z firm, która oferuje tego typu oprogramowanie jest startup Alphonso. Zasada działania jest prosta. Jak już damy dostęp do naszego mikrofonu, aplikacja rejestruje dźwięki z otoczenia. Na szczęście nie wszystkie, ale marną pociechą znajduję fakt, że słucha tylko głosów z reklam, programów telewizyjnych i filmów. Czasami również lokalizuje miejsce dzięki czemu wie, że to czego słucha jest filmem, który oglądamy w kinie.

Wszystko to oczywiście dla hajsu, bo informacje te służą lepszemu dopasowywaniu reklam wyświetlających się nam w aplikacji, którą mieliśmy nieszczęście zainstalować. Nasłuch odbywa się na przykład przez gry, które nie potrzebują dostępu do mikrofonu. Producent prosi o niego tylko i wyłącznie po to, żeby nas słuchać i często nas o tym wyraźnie nie informuje. Najmniej sympatyczną rzeczą w tym wszystkim jest celowanie w dzieci. Z oprogramowania Alphonso korzystają bowiem producenci z pozoru niewinnych gier kierowanych do najmłodszych.

Wpuścilibyście do domu dziwnego typa, który podsłuchiwałby wasze dzieci w ich pokoju? Z przykrością stwierdzam, że to zrobiliście, instalując grę dla waszego milusińskiego.

Firma Alphonso odmawia podania liczby osób, których słucha. Odmawia również ujawnienia nazw około tysiąca gier, mesendżerów, aplikacji socialmediowych i wszystkich innych, w których wykorzystuje się jej oprogramowanie. Przedstawiciele firmy tłumaczą to oczywiście tajemnicą handlową i knowaniami konkurencji. Można jednak znaleźć niektóre z tych aplikacji, wpisując w sklepie Google Play frazę „Alphonso automated” albo „Alphonso software”. Przetestowałem trzy gry, każda poprosiła mnie o dostęp do mikrofonu, żeby mogła nasłuchiwać otoczenia. Przynajmniej tyle się developerom chwali, że się nie kryją tylko pytają. Przynajmniej niektórzy.

Bo oczywiście były przypadki, gdy byliśmy szpiegowani bez naszej wiedzy. No dobra, nie my a Amerykanie, ale nie mamy gwarancji, że tej zarazy w innym wydaniu nie ma też u nas.

W lutym 2017 roku firma Vizio podpisała ugodę, na mocy której zapłaciła 2,2 mln dolarów. Vizio sprzedaje telewizory, które możemy podłączyć do internetu. Ich urządzenia zbierały bez wiedzy użytkowników dane dotyczące oglądanych programów i sposobu oraz czasu ich oglądania. Jeszcze gorszą rzeczą była analiza zachowań gospodarstwa domowego przy pomocy wszystkich urządzeń podłączonych do internetu w ramach konkretnego adresu IP. Mogło to być coś bardzo niewinnego, ale równie dobrze dane mogły dotyczyć tego, czy ktoś wszedł na stronę Nike po obejrzeniu w telewizji spotu reklamującego obuwie. I w drugą stronę, to znaczy czy reklama w internecie zachęciła użytkowników do włączenia serialu lub filmu. No i rzecz najważniejsza z biznesowego punktu widzenia, czyli wrzucanie ludziom na urządzenia reklam bazujących na tym, co oglądali w telewizji.

Oprogramowanie w telewizorach Vizio odpalało się domyślnie i nie informowało użytkownika o tym, że zbiera sekundę po sekundzie dane dotyczące jego nawyków związanych z oglądaniem telewizji. Jeżeli klient miał starszy model, w którym oprogramowania nie było, doinstalowywało się zdalnie i informowało o tym użytkownika krótkim komunikatem, wyświetlającym się na ekranie przez całe 50 sekund.

Prezes Vizio zarzekał się, że te informacje nigdy nie były skojarzone z informacjami umożliwiającymi zidentyfikowanie użytkownika po nazwisku albo po danych kontaktowych. Tylko co z tego, jeżeli Vizio udostępniało adresy IP firmom agregującym dane, a te umożliwiały dopasowanie płci, wieku, dochodu, statusu małżeńskiego, wielkości gospodarstwa domowego, wykształcenia czy wartości domu. Po co komu nazwiska, gdy ma takie informacje?

Znajomi śmieją się ze mnie, że mam zaklejoną kamerę w moim laptopie a do komputera stacjonarnego nie podłączyłem jej w ogóle. Być może już czas na to, żeby przestać się śmiać, wyhodować w sobie małą paranoję i założyć, że ktoś albo coś przez cały czas na nas patrzy. Albo słucha.

 
Categories

Kotlety z in vitro jeszcze w tym roku

Do końca tego roku na sklepowe półki trafi mięso wyhodowane w laboratoriach. Naukowcy potrafią już na masową skalę tworzyć kotlety bez konieczności powoływania do życia całego zwierzęcia. Rolnictwo komórkowe przyspiesza i przewiduje się, że przewróci do góry nogami przemysł spożywczy tak jak robotyzacja przewraca fabryki.

 

Kilka mikroskopijnych komórek – tyle wystarczy, żeby stworzyć w laboratorium udko z kurczaka, antrykot czy rybie dzwonka. Warunek jest jeden: komórki muszą się błyskawicznie dzielić – tak, żeby w krótkim czasie móc stworzyć masę mięśniową, która trafi na talerze. I okazuje się, że przy obecnym stanie nauki wyizolowanie odpowiednich komórek z żywego zwierzęcia i stworzenie z nich gotowych fragmentów mięsa nie stanowi już problemu. Po raz pierwszy w historii jesteśmy naprawdę blisko zakończenia hodowania zwierząt na mięso.

W 1931 roku Winston Churchill wypowiedział prorocze zdanie: “Powinniśmy odejść od absurdalnego hodowania całego kurczaka na rzecz tworzenia w odpowiednich warunkach samej piersi czy skrzydła”. Poważnie prace nad wyprodukowaniem mięsa bez zwierząt ruszyły na początku tego stulecia. Prym wiedli holenderscy naukowcy ochoczo dotowani przez holenderski rząd. Inicjatywę wspierały od początku organizacje walczące o prawa zwierząt z PETA na czele, która w 2008 roku wyznaczyła nagrodę w wysokości miliona dolarów dla pierwszej firmy, która do 2012 roku wyprodukuje sztuczne mięso.

Cała nadzieja w startupach
Pierwszego burgera ze sztucznie wyhodowanego mięsa zjedzono w 2013 roku w Londynie. Mięso powstało w laboratoriach Uniwersytetu w Maastricht. Trzy pierwsze osoby, które go spróbowały uznały, że jest za suchy i brakuje mu smaku. Szef projektu dr Mark Post twierdził wówczas, że naukowcy potrzebują jeszcze około dekady, żeby sztuczne mięso udoskonalić i wprowadzić je do sklepów. Niedługo po tej deklaracji opuścił mury uczelni i założył startup Mosa Meat, w którym kontynuuje badania nad sztucznym mięsem. To dzięki udoskonalonym przez jego zespół metodom produkcji, laboratoryjne mięso będzie można sprzedawać w miarę przystępnych cenach – ma być jedynie dziesięciokrotnie droższe od tradycyjnego.

Szanse na nowopowstającym rynku wywęszyły też inne startupy – izraelski SuperMeat, który zebrał finansowanie na platformie crowdfundingowej oraz trzech graczy w Dolinie Krzemowej: Memphis Meats, które dotąd skupiało się głównie na pracach nad sztucznym drobiem, Finless Foods majstrujące przy rybach i JUST, Inc. najbardziej wszechstronne, najlepiej dokapitalizowane i prawdopodobnie pierwsze, które wprowadzi sztuczne mięso do sprzedaży komercyjnej – chce to zrobić do końca tego roku.

Również w tym roku spodziewamy się, zgodnie z zapowiedzią  firmy Perfect Day. wprowadzenia na rynek pierwszego mleka, które nigdy nie spotkało się z krową.

Pożegnanie z krowami
Idea komórkowego rolnictwa zdaje się łączyć wszystkich: od wegetarian przez wielbicieli zwierząt po zagorzałych mięsożernych. Nosem kręcą tylko przedstawiciele tradycyjnego przemysłu i… niektórzy kucharze. “Sztuczne mięso jest przeciwnością wszystkiego w co wierzę. Traktuję je jak wroga za każdym razem, gdy sprawia, że rozmawiamy o jedzeniu jak substancji odżywczej  bez uwzględnienia szczęścia, radości i magii jaką daje” – mówił Anthony Bourdain i dodawał, że zanim sięgniemy po sztuczne mięso powinniśmy zacząć mniej marnować tego, które hodujemy i wykorzystywać nie tylko wybrane kawałki zwierząt. Ale tej rewolucji nie da się już zatrzymać.

Rolnictwo komórkowe to przyszłość przemysłu spożywczego, za którym ostatecznym argumentem jest stale rosnąca konsumpcja mięsa, co przy nieefektywności jego wytwarzania (choćby pod względem przestrzeni potrzebnej do produkcji paszy zwierzęcej) i dramatycznych skutkach dla środowiska (produkcja zwierzęca odpowiada za emisję aż kilkunastu procent szkodliwych gazów cieplarnianych) wydaje się być jedynym rozsądnym rozwiązaniem.

“Kochanie, nie zapomnij wstawić komórki”
Najtęższe biznesowe głowy ze Scottem Gallowayem (szef L2 i wykładowca-wizjoner biznesu na nowojorskim Stern)  na czele prognozują, że to właśnie “spożywka” będzie areną kolejnych rewolucyjnych zmian gospodarczych. Wystarczy spojrzeć, jak płyną ostatnio pieniądze w wielkim biznesie: Tyson Foods, jedna z największych na świecie firm przetwarzających mięso, uruchomiła w 2016 roku fundusz VC, który z zapałem inwestuje w mniejszych graczy zajmujących się laboratoryjną hodowlą mięsa. Od dwóch lat intensywnie na tym rynku inwestuje jedzeniowy gigant – fundusz New Crop Capital, którego portfolio wygląda dziś jak spis treści do tego, co będzie się działo z naszym jedzeniem w najbliższej przyszłości.

Nowe technologie niezwykle przyspieszyły prace nad pozyskiwaniem mięsa i białka zwierzęcego alternatywnymi metodami. Innowacje doczekały się nawet  własnej nazwy – FoodTech. Jaki będzie następny krok w tym szaleńczym wyścigu? Najpewniej jedzenie z komórek będziemy hodować sobie sami w domu. I choć brzmi to dziś  jak sci-fi, to jeszcze kilkanaście lat temu kosmosem wydawało się to, że będziemy badać swoje DNA przy pomocy szybkich testów z internetu.

Te zmiany oznaczają ogromne wyzwania dla polskiej gospodarki, w której tradycyjny przemysł spożywczy wytwarza dziś ok. 3 proc. PKB i tworzy miejsca pracy dla 15 proc. wszystkich pracujących Polaków (dane GUS).

 
Categories

Rahim Blak: człowiek, którego kupisz w sieci

Jego pomysły kupują nawet ci, których wkurza. Na polskiej scenie młodych przedsiębiorców pojawił się niczym metoryt – pewny siebie showman, południowiec z duszą artysty, odważny innowator i pragmatyk robiący biznes na chłodno. A ostatnio też człowiek, który sprzedaje na internetowej giełdzie samego siebie. Kim jest Rahim Blak, który w tym roku zawojował polski marketing?

 

Agata Kowalczyk, HiCash: Chcesz być polskim Garym Vaynerchukiem?
Rahim Blak, edrone: Powiem szczerze: wierzę, że osiągnę więcej niż Gary. Chciałbym oczywiście mieć tak dużą firmę i taką rozpoznawalność na świecie jak on, ale – w książce “Ask Gary Vee” Gary mówi, że żałuje, iż prowadząc agencję, nie stworzył własnych technologii. To własna technologia pozwala zbudować skalowalny biznes. Ja taką technolgię stworzyłem. Jedna z moim firm – edrone, to jest od początku zbudowany CRM dla sklepów internetowych. Już dzisiaj jest firmą globalną z oddziałami w Brazylii, Indiach czy Berlinie. Ja w samym edronie widzę potencjał stworzenia większej firmy niż agencja Garego. Nie chcę, żeby to zabrzmiało arogancko, ale prędzej chciałbym być polskim Elonem Muskiem, z ktorym łączy mnie ambicja i chęć podbicia świata.

Poza tym nie chcę być jak ktoś, bo to by oznaczało, że kogoś naśladuję, a ja mam jednak duszę artysty i dla mnie najważniejsze w życiu jest bycie oryginalnym. Kiedy jestem oryginalny, to jestem sobą, wprowadzam coś nowego do świata.

Jednak to skojarzenie z Garym nie daje mi spokoju. Coś Cię łączy z Garym oprócz charyzmy i aktywości w mediach społecznościowych?
Na pewno wiele nas łączy: on jest z Białorusi, ja jestem z Macedonii. Tak jak ja otworzył agencję, która zaczynała od social mediów. Jesteśmy też przedsiębiorcami, którzy przemawiają i mamy podobny rodzaj ekspresji. Nie powiedziałbym jednak, że ktoś kogoś naśladuje. To zbieżność przypadkowa.

Ostatnio wszędzie Cię pełno. Co się nagle stało?
Wcześniej mnie nie było, bo prowadziłem firmy: agencję social media, potem współtworzyłem edron i wiele innych przedsięwzięć, które były mniej lub bardziej udane. Doszedłem do prawie stu pracowników, za chwilę będę ich miał prawie stu pięćdziesięciu. To jest jednak praca w cieniu. Długo sądziłem też, że budowanie marki osobistej to jest strata czasu, jakiś objaw narcyzmu. Dopóki nie okazało się, że to wzmacnia markę pracodawcy, przyciąga klientów i ma potencjał biznesowy.

Robisz dużo szkoleń, a na scenie czujesz się jak ryba w wodzie. Uczyłeś się tego?
Nigdy nie uczyłem się technik, bo one z jednej strony mogą pozwolić ci robić coś lepiej, ale
z drugiej zabijają oryginalność. Czasami niedoskonałości są lepsze. Dla mnie najważniejsze jest bycie twórcą, bycie artystą. Uważam, że człowiek uczy się tylko w jeden sposób: przez doświadczenie. Mam za sobą po prostu bardzo dużo wystąpień, bo w swojej firmie byłem sprzedawcą i zawsze jeździłem do klientów, przemawiałem na spotkaniach networkingowych, dziś zdarza mi się mieć dwie konferencje dziennie.

Porozmawiajmy o Twojej najświeższej inicjatywie – RahimCoinie. Wypuściłeś tokeny personalne, dzięki którym ludzie mogą kupić udziały w Tobie.
To nie są typowe tokeny personalne. Nie są powiązane ze mną jako osobą, a z moim majątkiem, czyli zamiast firmy sprzedaję siebie jako przedsiębiorcę prowadzącego firmy.

Skąd pomysł, że coś takiego może się przyjąć?
Wywodzę się ze środowisk startupowych i jako startupowiec miałem do czynienia z różnymi funduszami inwestycyjnymi. Zauważyłem, że inwestują one w startupy, za którymi stoją konkretni ludzie. Wysnułem wniosek, że gdyby te fundusze inwestowały w ludzi, którzy na przestrzeni swojego życia mogą podjąć 20 prób zbudowania startupów, to mieliby większe szanse na sukces. Zawsze myślałem o tym, że jeśli w wieku pięćdziesięciu lat się skeszuję, to zostanę inwestorem, ale będę inwestował w ludzi, nie w firmy. To się bardziej opłaca, to jest prosta matematyka.

Ma to sens, szczególnie, że jak przychodzi po pieniądze do inwestora startup na bardzo wczesnym etapie, to bardzo często to ten właśnie zespół, ludzie w projekcie, są jego największą wartością.
Tak. Po pierwsze: ważny jest zespół, a po drugie: ci ludzie często podejmą kilkanaście prób. Ja mam cztery firmy, a inwestor cztery lub pięć lat temu zainwestował w jedną z moich spółek, i to akurat tą najsłabszą. Mówiłem mu: zainwestuj we mnie, nie w spółkę, ale mnie nie posłuchał. Gdyby to zrobił, byłby teraz bogaty. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że tak jak to się dzieje w świecie sztuki, będę inwestował w ludzi. Artyści, gdy podpisują z kuratorem umowę, to tylko jedną rzecz mają obiecać – że przez resztę życia będą malować. Wtedy to, co namalują później, wpłynie na cenę obrazu, który stworzą teraz.

Jak wpadłeś na to, że właśnie emisja personalnych tokenów jest dobrą formą do wprowadzenia w życie takiego inwestowania?
Pewnego dnia spotykałem ludzi, którzy zaczęli mi mówić o personalnych tokenach, o tym, że ludzie emitują swoje tokeny w sieci. I że te tokeny potem są na blockchainowych giełdach, czyli w rejestrze rozproszonych danych. Powiedzieli, że token oznacza wartość emitenta. Popatrzyłem na te tokeny personalne celebrytów i influencerów i się pytam: gdzie jest ta wartość? Celebryta na przykład emituje token, żeby ten, kto go kupi mógł pójść na jego koncert. No super. Ktoś kupuje mój token, żeby zostać moim fanem? Ja tego nie rozumiem.

 No to jaką wartość Ty oferujesz tym, którzy kupią Twój token?
Kupującym RahimCoiny daję udział w swoich zyskach. Czym się różni mój token personalny? Ja się nie czuję ani influencerem, ani celebrytą. Ja przede wszystkim jestem przedsiębiorcą. Inwestując we mnie, dajesz mi pieniądze, a ja za to założę 20 biznesów, z których być może dwa będą jednorożcami. Mało tego, ja wprowadzam już swój majątek, który przez różne fundusze jest wyceniany na prawie sto milionów złotych, bo jest to agencja i jest to edrone. Co łączy te biznesy? Ja. Więc kupując token, inwestujesz we mnie.

Jak się emituje taki token?
Wejście na giełdę blockchainową zajęło mi 25 minut. Wejście na tradycyjną giełdę zajęłoby mi rok. W nocy wprowadziłem siebie na giełdę, a następnego dnia – 22 maja, ogłosiłem przedstawiłem pomysł na InfoShare. Połowa sali mnie wyśmiała, bo nie zrozumiała, a ja wychodzę po prelekcji i patrzę: osiem osób kupiło moje tokeny. Stwierdziłem, że nigdy nie miałem tak dynamicznie rozwijającego się biznesu. Powstała szybka wycena na 60 mln zł i codziennie od kilku tygodni sprzedaję te moje akcje. Wow.

Nie obawiasz się, że założysz jeszcze wiele dochodowych biznesów i w pewnym momencie nie będziesz chciał się zyskami dzielić w ramach RahimCoinów?
Ja to rozumiem tak: jeśli wystawiasz coś na sprzedaż, czego nie chcesz sprzedawać, to nabiera to jeszcze większej wartości. Już dzisiaj mogę gwarantować odkup moich tokenów przeze mnie, pojawił się również pomysł, aby zagwarantować ich odkup przez moich spadkobierców po mojej śmierci, co chciałbym zapisać w testamencie. Ja bardzo nie chcę RahimCoinów sprzedawać i dlatego one mają swoją cenę. Jeśli ktoś teraz chce, żebym za zrobienie strony zapłacił tymi coinami, to ja wolę zapłacić normalnymi złotówkami, bo mi jest RahimCoin’ów szkoda.

 

A myślałeś o sytuacji, w której z jakichś powodów nie będziesz mógł tych tokenów odkupić i już nigdy nie staniesz się właścicielem siebie?
Na giełdzie mamy te same problemy, tylko bardziej zbiurokratyzowane.

Ale jednak sprzedając projekt, a nie siebie, masz nad tym nieco większą kontrolę.
Umówmy się, że ja nie sprzedaję swojego życia prywatnego, moich dzieci, ani prywatnego majątku. Ja sprzedaję moje biznesy, które łączy moja osoba. W takim ujęciu zawsze sprzedajesz siebie. Jakbym wystawił firmę na giełdę, to też akcjonariusze by się spodziewali tego, że ja będę jej prezesem. Na giełdzie mamy te same problemy, tylko bardziej zbiurokratyzowane.

Udostępniasz właścicielom tokenów swoje dane medyczne. To są bardzo wrażliwe i osobiste dane. Nie czułeś, że przekraczasz jakąś granicę?
Uważam, że jeśli ktoś inwestuje we mnie, to ja staję się głównym aktywem mojej organizacji. Ja jako to główne aktywo jestem podatny na różne problemy zdrowotne i informacja o mojej kondycji jest bardzo ważna. Ja dbam o swoje zdrowie, współpracuję z dietetyczką, muszę być w formie, żeby na przykład po nieprzespanej nocy z dziećmi przejechać 500 km do Poznania, zrobić 10 godzin szkoleń i po powrocie wykąpać jeszcze dzieci.

Jednak są sytuacje, w których informacja o Twoim zdrowiu może negatywnie wpłynąć na wycenę twoich udziałów…
Ja przy tworzeniu personalnego tokena mówię wyłącznie językiem korzyści. Niektórzy mnie pytają, po co ja dzielę się majątkiem, skoro token sprzedałby się bez tego. No ok, tylko ja się pytam, po co ktoś ma to kupić? Ja muszę robić to, co jest dobre dla inwestorów. Przyznam, że też trochę prowokuję: po tym jak wrzuciłem post o tym, że będę publikował swoje badania lekarskie, wiele osób go hejtowało, ale prawda jest taka, że zaraz po tym sporo kupiło udziały.

 A więc to prawda: nieważne jak mówią, byle mówili?
 Wszystko chyba tak działa. Jak powiedział Steve Jobs: “jeśli chcesz, żeby cię wszyscy lubili, to sprzedawaj lody, a nie bądź liderem”. Ja nie mogę się podobać wszystkim, po prostu robię swoje, zawsze będzie się komuś nie podobać. To jak z wystąpieniami. Dopóki połowa ludzi mówi, że są fajne, a połowa, że nie, to jest dobrze, a ja skupiam się na tych, którym się to podoba. Jestem południowcem, mam taki rodzaj ekspresji, która nie każdemu leży. Robię swoje. Liderzy nie mogą być konformistami.

Kolejny projekt to…
Pierwsza na świecie giełda blockchain dedykowana markom osobistym i przedsiębiorcom.

Kiedy?
W 2019.

Powodzenia i dzięki za rozmowę!
To był dooobry wywiad. Dzięki, do zobaczenia!

 
Categories

Wielki Brat patrzy, mały braciszek słucha

Niby się człowiek przyzwyczaił, że korporacje wchodzą mu w życie z brudnymi buciorami, ale okazuje się, że panowie w garniturach nie pokazali jeszcze wszystkiego, na co ich stać i nie powiedzieli swojego ostatniego słowa. Gwałt na naszej prywatności przybiera coraz bardziej niepokojące formy.

Jesteś kibicem. Instalujesz sobie oficjalną aplikację hiszpańskiej Primera Division. La Liga jest bardzo wygodna. Pozwala śledzić wyniki spotkań, prezentuje statystyki, składy, wiadomości i bardzo smakowite fotogalerie. Obejmuje nie tylko ligę hiszpańską, ale również 12 innych. Teraz, gdy skończyły się rozgrywki krajowe, możemy oglądać Mundial. Wszystko jest eleganckie, przejrzyste, czytelne, szybkie i w sumie nie byłoby się do czego przyczepić, gdyby nie jeden drobiazg.

Otóż twórcy aplikacji postanowili wykorzystać jej użytkowników jako nieświadomych swojej roli szpiegów. I zrobili to bardzo perfidnie.

Mam zwyczaj przeglądania, jakich dostępów potrzebuje aplikacja. I jeżeli mały programik, który ma mi mierzyć interwały, prosi o dostęp do mojego mikrofonu, kontaktów, aparatu fotograficznego i sms-ów, wiem że to prawdopodobnie jakaś szemrana opcja. Przyznam się jednak ze wstydem, że gdy instaluję aplikacje oficjalne, albo należące do szanowanych firm, moja czujność siada. W ten właśnie sposób pozwoliłem zaciągnąć Facebookowi moje kontakty telefoniczne.

Ludzie instalujący La Liga uwierzyli, że wszystko jest w porządku. I na tej wierze okrutnie się przejechali. Aplikacja wymagała dostępu do mikrofonu i geolokalizacji. Wbrew temu, co piszą jej twórcy, po drodze wcale nie pytała się, czy pozwalam jej to włączyć. Na obu urządzeniach, na których ją przetestowałem, zrobiła to domyślnie. I żeby te opcje wyłączyć, trzeba było poklikać w ustawieniach telefonu. Być może Hiszpanie mają jakieś inne wersje, w moim przypadku przyznała sobie domyślnie wszystkie uprawnienia.

A potem już leci z górki, bo sposób szpiegowania jest bardzo prosty. Idziesz do swojego ulubionego lokalu, bierzesz piwko, siadasz przy barze i oglądasz mecz swojej drużyny. A w tym czasie aplikacja słucha. I geolokalizuje. Następnie zaś do baru wpadają inspektorzy i walą domiary za nielegalną emisję meczu. Nieświadomie wsypałeś swoich kumpli tylko dlatego, że uwierzyłeś hiszpańskiemu PZPN-owi.

Federacja piłkarska tłumaczy się, że na nielegalnych transmisjach traci 150 milionów euro rocznie. I to właśnie z powodu hajsu La Liga włączyła funkcję szpiegowania. Oczywiście nie obyło się bez tradycyjnych w takich sytuacjach zapewnień, że wszystko odbyło się za wiedzą i zgodą użytkowników. Gdyż jak powszechnie wiadomo, wszyscy czytają warunki użytkowania aplikacji, zakładając że ktoś może zechcieć szpiegować przez nasze urządzenie.

Cała ta sprawa jest wyjątkowo obrzydliwa. Instalujemy w dobrej wierze aplikację od zaufanego dostawcy. I dostajemy takie kukułcze jajo. Sprawą ma zająć się hiszpański urząd ochrony danych. Jeżeli udowodni twórcom aplikacji poważne naruszenie prawa, może nałożyć karę w wysokości do 20 mln euro. Nie znam hiszpańskich uwarunkowań, ale mam nadzieję, że federacja zapłaci maksymalną kwotę.

Przy okazji warto wspomnieć o cudach, które dzieją się w App Store i Google Play. Gdy rano instalowałem aplikację na Androida i iOS, obejrzałem oceny z ostatniego tygodnia. Nie przesadzę, jeżeli powiem, że w obu przypadkach dominowały „jedynki”. Sprawdziłem je ponownie przed chwilą. W App Store nie ma praktycznie żadnej negatywnej recenzji, na Googlu zostały dwie. To się nazywa sprawne zarządzanie kryzysowe.

Aha, zapomniałem dodać. Federacja zapewnia, że szpieguje wyłącznie Hiszpanów i reszta świata może spać spokojnie. Ja tam nie wiem, ale i tak wyłączyłem aplikacji dostęp do mikrofonu i geolokalizacji. Tak na wszelki wypadek.

 
Categories

Boty nasze wyborcze

Zaczęło się. Kampania do wyborów samorządowych nabiera tempa. I po raz kolejny w historii polskich elekcji do walki o głosy wyborców stają fałszywe konta, które w serwisach społecznościowych z zaskakującym zaangażowaniem rozsiewają polityczne treści. O prowokację łatwo jak nigdy, o sens coraz trudniej.

Specjalistka od wizerunku w sieci Anna Mierzyńska przeprowadziła analizę ilościową kont, które rozpowszechniały na Twitterze treści związane z najważniejszymi kandydatami na włodarzy stolicy w zbliżających się wyborach samorządowych (o stanowisko obok Jakiego z PiS walczy Trzaskowski reprezentujący PO). Następnie sprawdziła najaktywniejszych internautów opowiadających się po każdej ze stron. Okazało się, że sześć spośród dziesięciu najbardziej zaangażowanych po stronie Jakiego użytkowników to zautomatyzowane boty. Najbardziej aktywny z nich produkował 45 tweetów dziennie.

Po “akcji warszawskiej” temat botów w polityce (tzw. polibotów) nie czekał długo na odgrzanie, bo nie minęło kilka dni, a “Gazeta Polska” doniosła, że zautomatyzowane, zarządzane z jednego miejsca przekazy pochodzące z fałszywych kont wspierają na Twitterze przemysł futrzarski. Część z nich została założona w listopadzie ub. roku czyli właśnie wtedy, gdy do Sejmu trafił projekt zakazu hodowli zwierząt na futra.

To nie jest początek przygody polskiej polityki ze światem sztucznych kont w mediach społecznościowych – to na kampanii z 2015 roku uczyliśmy się, że algorytm w internecie może podszywać się pod osoby. Od tamtego czasu sporo wody upłynęło w Wiśle i w Potomaku, a spece od marketingu politycznego dostali kilka ważnych lekcji tego, jak się robi  współczesną kampanię przy wsparciu botów, trolli i fake newsów – z ostatnią kampanią prezydencką w Stanach na czele. Szykujmy się na najgorsze,

Prowokacja? Bardzo proszę
Jest jedna bardzo ważna cecha botów. O ile łatwo wyśledzić sieć sztucznych, głoszących jedną ideę i wspierających się wzajemnie kont, to bardzo trudno wskazać ich źródło. Do tej pory politycy wykorzystywali tę słabość w kampaniach w mało wysublimowany sposób: rozprzestrzeniali pochwały na swój temat i szykany na temat politycznych przeciwników. Ale  w miarę jak społeczeństwo staje się bardziej wyedukowane w temacie, schemat działania również będzie się zmieniał, i aż kusi użycie botów jako narzędzia prowokacji.

Wystarczy kupić skromną, wartą kilka tysięcy złotych kampanię przeprowadzoną przez boty na korzyść swojego oponenta. Najlepiej, żeby była kwadratowa w przekazie i na kilometr zalatywała podpuchą. Potem temat sztucznych kont wystarczy umiejętnie podsunąć i wykorzystać fakt, że o źródle kampanii realizowanych przez boty wnioskujemy tylko po treści przekazu. Jeśli będzie wychwalała naszego przeciwnika, wykrycie podstępu stanie się praktycznie niemożliwe – tak przynajmniej twierdzą spece z Oksfordu, którzy nad propagandą w sieci pracują w specjalnie powołanym do tego zespole.

Facebook chce zapobiegać takim praktykom m.in. przez konieczność wskazywania zlecającego kampanie reklamowe o treściach politycznych. Wprowadzenie zmian technologiczny gigant zapowiadał już w styczniu, ale sprawdziliśmy to – w polskiej wersji serwisu jeszcze nie działa. No i zmiana dotyczy tylko treści płatnych, więc nie dotyczy sztucznych kont, z których nadają boty.

To tylko automatyzacja?
Nie wszystkie próby wykorzystania technologii do komunikacji w kampanii wyborczej muszą polegać na manipulacji – zaznaczają spece z Oksfordu. Pojawiają się też głosy, że wykorzystanie botów do komunikacji politycznej to po prostu automatyzacja działań, które w polityce wykorzystywane są od lat.

Czym różnią się wykrzykujące zaprogramowane hasła boty od ludzi spędzanych na wiece, polityków recytujących mantry partyjnych “przekazów dnia” czy internetowych słupów wykorzystywanych dotąd w kampanijnych szeptankach? Na pewno spece od kampanii wyborczych nie wymyślili niczego nowego. Po prostu wykorzystali nowe narzędzia do zwiększenia zasięgu starych sztuczek.

W czym więc problem? Internetu żal. Jaki sens ma dla przeciętnego użytkownika branie udziału w dyskusjach w sieci zaspamowanych przez roboty? Może użytkownicy też powinni zautomatyzować swoje aktywności w mediach społecznościowych i zaprogramować sobie boty tak, żeby wypowiadały się na kilka interesujących ich tematów, na przykład “globalne ocieplenie”, “weganizm”, “legalizacja marihuany”, i pójść sobie na spacer.

Świetny pomysł, prawda? Moglibyśmy zabierać głos, jednocześnie nie biorąc udziału w debacie. Jaka oszczędność czasu! Tylko, czy gdy już to wszystko zoptymalizujemy i zautomatyzujemy to będzie to miało jakikolwiek sens? W zrobotyzowanym świecie komunikacji już nikt nikogo do swoich racji nie przekona, bo nikt nikogo nie będzie miał szansy wysłuchać. Tak będzie wyglądał koniec publicznej debaty w internecie i koniec roli sieci jako współczesnej Agory.

Kłopot polega na tym, że nie umiemy teraz skutecznie wykrywać botów – nasz oręż jest skromny w starciu z armią sztuczniaków. Zanim więc nie wymyślimy jakiegoś zautmatyzowanego sposobu na wycinanie ich z publicznej debaty, jesteśmy skazani na ręczne zgłaszanie wszystkich podjerzanych kont. Co Wam podczas najbliższej kampanii wyborczej serdecznie polecam.

 
Categories

Klient idealny? Zombie na dopaminowym haju

Technologia przeszła długą drogę od zwykłych narzędzi, które miały wesprzeć człowieka mocą obliczeniową i szybkim transferem do mechanizmów, które realnie wpłynęły na życie, przekonania i zachowania każdego z nas. Pytanie dziś nie brzmi już czy tak jest, tylko czy jesteśmy skazani na rolę bezwolnych pacynek.

 

Zarówno planując serwisy internetowe, jak i ulice, twórcy chcą wpływać na nasze zachowania. W serwisie chodzi o to, żeby po dodaniu produktu do wirtualnego koszyka klient przeszedł do strony płatności, czy – jak w wypadku serwisów społecznościowych – sprawdzał powiadomienia częściej niż kilka razy dziennie. Architektom projektującym jezdnię chodzi o to, żeby piesi przechodzili przez nią wyłącznie na pasach, a kierowcy zwalniali w wyznaczonych miejscach. Sprzedawcy w sklepach wykorzystują techniki perswazyjne, żeby sprzedać nam produkt.

Dlaczego więc oburzamy się, gdy okazuje się, że twórcy internetowych serwisów takich jak Facebook stosują perswazję? Okazuje się, że technologia z właściwą sobie precyzją optymalizuje procesy doprowadzania nas do podjęcia jedynie słusznej decyzji czy wywołania konkretnego zachowania. Wykorzystując do tego najnowszą wiedzę z zakresu budowy i działania mózgu jest w stanie kierować naszym życiem, pozostawiając nas w błogim przekonaniu, że decyzje podejmujemy sami.

Superużytkownik
Wraz z aferą Cambridge Analytica i przesłuchaniami Marka Zuckerberga w Kongresie pod strzechy trafiła wiedza o tym, jak wiele serwisy takie jak Facebook o nas wiedzą i jak bardzo ta wiedza jest wykorzystywana, żeby wpływać na nasze zachowania i decyzje. “Czy serwisy społecznościowe zatrudniają firmy konsultingowe, które pomagają im w wytworzeniu u użytkowników pętli odpowiedzi dopaminowej po to, żeby nie opuszczali platformy?”- pytał Zuckerberga podczas przesłuchania senator Ben Sesse.

“Nie, nie mówimy o tym w ten sposób i nie w ten sposób budujemy nasze zespoły produktowe” – odpowiadał Zuckerberg. Ale praktyka projektowania najnowocześniejszych aplikacji i usług internetowych każe wątpić, że Facebook nic o związkach zaangażowania użytkowników z poziomem wydzielanej przez ich organizm dopaminy nie wie.

Słowom Zuckerberga przeczą słowa byłego pracownika Facebooka Chamatha Palihapitiya, który w grudniu ubiegłego roku przyznał, że zmaga się z poczuciem winy w związku ze swoją pracą w serwisie i tworzeniem narzędzia, które “niszczy fundamenty, na których zbudowane jest społeczeństwo”. O zburzenie podstaw publicznej dyskusji i współpracy, dezinformację i rozprzestrzenianie nieprawdziwych treści oskarżył wywoływane przez to narzędzie krótkotrwałe cykle zachodzące w mózgu powiązane z wydzielaniem dopaminy. “Nie zdajecie sobie z tego sprawy, ale jesteście programowani” – ostrzegał widzów podczas wywiadu dla telewizji CBS.

O co chodzi z tą dopaminą?
Dlaczego w świecie technologii i w ogóle w biznesie unika się dopaminowego tematu? Bo temat jest grząski. I to bardzo. Dopamina to co prawda bardzo lubiana przez nasz mózg substancja, wydzielamy ją sobie na przykład podczas jedzenia i seksu, ale regulujący jej wydzielanie tzw. układ nagrody może się wymknąć spod kontroli.  Wtedy zamieniamy się w poszukujące dopaminowych strzałów zombie.

Cała zabawa z układem nagrody polega na tym, że działa on w dwóch fazach: przygotowania i konsumpcji. Przy czym, co najciekawsze, najwięcej dopaminy (czyli przyjemności) dostarcza nam mózg, gdy czekamy na nagrodę. Ten mechanizm nieustannie pobudzają w nas czerwone cyferki przy powiadomieniach na Facebooku.

Widzimy czerwoną ikonkę powiadomienia i już wiemy, że ktoś zareagował na nasz wpis, ale jeszcze nie wiemy, czy to like, czy może ikonka “wrrr”. Nie wiemy, czy dostaliśmy nagrodę czy karę. Mamy 50 proc. szans i jesteśmy na tyle dziwnym gatunkiem, że najprzyjemniej czujemy się właśnie wtedy. Nie wtedy, gdy prawdopodobieństwo uzyskania nagrody wynosi 80 proc. – nasz mózg kocha rosyjską ruletkę: ma być pół na pół.  Wtedy poziom dopaminy jest najwyższy.

Serwowanie w krótkich cyklach naszemu mózgowi następujących po sobie faz oczekiwania na nagrodę i nagrody sprawia, że oddajemy swoje życie w szpony dopaminowego cugu. Stajemy się superuzależnionymi superużytkownikami.

Tak działa na nas Facebook, Instagram, Tinder, LinkedIn czy Snapchat. Tak wciągają nas gry komputerowe i hazard. Im więcej wiedzy o mózgu i jego działaniach na poziomie neurobiologii mają firmy, tym łatwiej jest im kierować naszymi zachowaniami bez potrzeby przekonywania nas do czegokolwiek.

Czy nasza sytuacja jako użytkowników i konsumentów jest dziś beznadziejna? Nie do końca. Naszą bronią jest wiedza – tak łatwo dostępna dziś w internecie. Tylko jeśli  na poziomie naukowym zrozumiemy sami siebie, jak działamy i co nami kieruje, będziemy w stanie sami siebie chronić przed niechcianą perswazją. I znów poczujemy się jak homo sapiens, człowiek myślący, a nie człowiek- pacynka

Więcej o działaniu dopaminy 

Więcej o kaptologii czyli technikach perswazyjnych w technologii

 

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Bańka spekulacyjna czyli kiedy pęknie?

W prasie Bitcoin, w radio Bitcoin, w telewizji Bitcoin. Jeżeli stare media zainteresowały się Bitcoinem, sprawa jest poważna. Niektórzy nawet twierdzą, że sprawa jest poważna na tyle, że czas na korektę kursu. Określają to mniej grzecznie, jako „golenie baranów” a nie korektę, co oznacza, że akcję na Bitcoinie uznali za bańkę spekulacyjną. Wyjaśnimy ten fenomen.

 

Od razu mówię, że nie zadeklaruję się po żadnej ze stron, chociaż coraz bardziej przychylam się do opcji „Bitcoin jako bańka”. Pochylmy się nad zagadnieniem.

Bańka spekulacyjna nie powstaje w jeden dzień, to trwający jakiś czas proces wzrostu lub spadku cen określonego towaru albo akcji. Proces charakteryzuje się tym, że jest niezrównoważony. Nic nie uzasadnia gwałtownego drożenia Bitcoina, a jednak drożeje. Proces jest również samonapędzający się. To bardzo ważne i działa następująco.

Inwestor dowiaduje się o Bitcoinie. Kursy przebijają dach, ale wszyscy mówią, że będzie drożeć i jak ktoś nie wsiądzie teraz do tego wagonika, będzie żałował. Rynek oczekuje dalszego wzrostu wartości kryptowaluty, co przyciąga kolejnych inwestorów, którzy są bardzo zainteresowani zyskami. Które niewątpliwie uzyskają inwestując wwłaśnie Bitcoiny. Przecież one już kosztowały kiedyś ponad 18 tys. dolarów za sztukę, na pewno jeszcze zdrożeją! O rany, dzisiaj kosztują niecałe 7 tys. dolarów, warto wejść, gdyby miały ponownie osiągnąć historyczne maksima.

W przypadku bańki spekulacyjnej, wzrostu cen nie uzasadniają czynniki ekonomiczne czy finansowe. Stoi za nimi wyłącznie aspekt psychologiczny. Wzrost cen jest generowany w naszych głowach. Zakładamy, że będzie drożej, wkładamy w to pieniądze i voila – jest drożej! I dopóki będą pojawiać się nowi inwestorzy, będzie drożało. A potem duży zawodnik zaczyna realizować zyski, rzuca towar na rynek i zaczyna się panika oraz duże korekty cen.

To odróżnia bańkę od hossy. W przypadku tej pierwszej po dużych wzrostach następuje pęknięcie bańki, obydwie te rzeczy następują jedna po drugiej. Stan bańki jest tymczasowy, w kategoriach procesów gospodarczych nie trwa długo i kończy się płaczem i bankructwami. Gdy bańka pęka, sytuacja wraca do normalnego stanu wartości danego aktywu czy towaru. W przypadku hossy i prawidłowego wzrostu, wartość danego towaru czy aktywu zmienia się fundamentalnie i odzwierciedla jego faktyczną wartość a nie wyobrażenia inwestorów.

Retrobańki
Przejdźmy do ciekawszej części, w której pokażę kilka klasycznych i znanych baniek spekulacyjnych. Za najstarszą uznaje się tulipomanię. Tulipany trafiły do Europy w XVI wieku. Szczególną popularność osiągnęły w Zjednoczonych Prowincjach Niderlandzkich, zresztą Holandia kojarzona jest z tymi kwiatami do dziś. Elity zaczęły konkurować między sobą, chwałę i sławę zdobywali posiadacze najrzadszych odmian tulipanów. Tulipany rozwijają się dość wolno, więc ceny ruszyły w górę. Cebulki najrzadszych odmian trafiały na licytacje, ludzi ogarnęło szaleństwo.

Na dodatek holenderskie tulipany zaatakowała choroba, która powodowała, że płatki przybierały fantastyczne kształty i kolory, odcienie, pofałdowania, wystrzępienia na krawędziach płatków. Hodowcy i kolekcjonerzy podejrzewali, że choroba rozprzestrzenia się nie przez nasiona a przez cebulki, co wywindowało dodatkowo ich cenę, upodabniając zakupy do loterii. Mogłeś dostać cebulkę, z której wyrósł w miarę normalny kwiat, mogłeś również trafić taką, która dała ci unikalnego tulipana. Ludzie oszaleli jeszcze bardziej.

Kwiaty stały się tak modne i pożądane przez kupujących, że cena cebulek potrafiła wzrosnąć nawet o 2000 proc. w miesiąc. Ludzie inwestowali oszczędności, zaciągali kredyty, w skrajnych przypadkach wyprzedawali majątek tylko po to, żeby móc kupić tulipany i odkuć się z przyszłych zysków. Niektórzy twierdzą, że to gorączce tulipanowej zawdzięczamy pojawienie się kontraktów terminowych i opcji.

Bańka „wystartowała” pod koniec roku 1634, zakończyła się efektownym załamaniem na początku roku 1637. Szczyt przypadł na rok 1636, w którym ktoś kupił cebulkę gatunku Semper Augustus za 6 tys. guldenów. Żeby to osadzić w kontekście, stanowiło to równowartość ok. 40 średnich rocznych zarobków, które wtedy wynosiły 150 guldenów. Pęknięcie pogrążyło gospodarkę Niderlandów w kryzysie na długie lata. Wszystko z powodu kwiatków.

Bańki, które dotknęły Kompanię Mórz Południowych i Kompanię Missisipi miały podobne podłoże – obie spółki emitowały akcje i kusiły inwestorów wizją niebywałych zysków w przyszłości. Zyski miały pochodzić z zamorskiego handlu, w pierwszym przypadku z Ameryką Południową, w drugim głównie z Luizjaną. W obu przypadkach inwestorzy sztucznie napompowali popyt, po czym nastąpiło urealnienie – żadna z Kampanii nie zrealizowała zakładanych zysków i kurs akcji załamał się prawie z dnia na dzień. Efektem były bankructwa tych, którzy nie zdążyli pozbyć się akcji w odpowiednim momencie.

Bańka lat 20-tych zakończyła się Czarnym Czwartkiem 24 października 1929 roku. Wepchnęła gospodarkę Stanów Zjednoczonych w Wielki Kryzys i zniszczyła ją niemalże z dnia na dzień. Kupowanie wszystkiego, łącznie z akcjami na kredyt, zemściło się na Amerykanach wyjątkowo brutalnie.

Klęska dot-comów
Bańkę internetową aka dot-comową starsi z nas oglądali na żywo. Napędził ją rozwój technologii wykorzystujących internet. Spółki inwestujące w rozwiązania oparte o sieć, stały się bardzo szybko przedmiotem zainteresowania inwestorów. Swoją cegiełkę dołożyły fundusze venture capital, które rozrzucały pieniądze na lewo i prawo i oferowały je firmom, które nie miały doświadczenia w branży. Niektórzy śmiali się, że wystarczy w nazwie mieć człon com albo net, żeby dostać kasę. Zdarzały się inwestycje w sam pomysł, bez żadnej wspierającej go infrastruktury.

Za początek bańki uznaje się rok 1995, gdy pojawiła się pierwsza wersja przeglądarki Netscape. W tym roku liczbę użytkowników Internetu oceniało się na 18 mln. Wraz z pojawieniem się Netscape zaczęła lawinowo rosnąć, czyniąc sieć miejscem bardzo perspektywicznym i potencjalnie bardzo intratnym. Na zainteresowanie się kapitału nową technologią wpłynęły również niskie stopy procentowe. Lęk przed „pluskwą milenijną” zmusił użytkowników do wymiany sprzętu i oprogramowania, dodatkowo pompując kurs akcji takich firm jak IBM, Cisco czy Microsoft.

Co więcej, nowopowstające dot-comy oferowały swoim pracownikom absurdalnie wysokie pensje i akcje. Programiści z dnia na dzień zostawali milionerami, bo przecież kurs akcji szybował. Pieniądze reinwestowali w kolejne akcje, pomnażając swój majątek. Przynajmniej na papierze. Gdy w 2000 roku inwestorzy w końcu stracili cierpliwość i powiedzieli „sprawdzamy”, cały ten domek z kart runął z hukiem. Dot-comy bankrutowały w takim tempie, że nie nadążaliśmy sprawdzać, kogo już nie ma na rynku. Niektóre serwisy, działające jeszcze rano, wieczorem się zamykały.

Najlepszym chyba przykładem tego szaleństwa jest firma Think Tools, która osiągnęła wycenę rynkową na poziomie 2,5 mld dolarów, pomimo braku perspektyw na stworzenie jakiegokolwiek działającego produktu.

Natomiast bańkę hipoteczną zakończoną światowym kryzysem pamiętamy wszyscy, zwłaszcza posiadacze kredytów mieszkaniowych we frankach.

Kapitał spekulacyjny gigantycznej wartości krąży po świecie, szukając okazji do zarobku. Kolejna gigantyczna bańka jest kwestią czasu. Niczego się nie uczymy, przez co skazani jesteśmy na powtarzanie ciągle tych samych błędów. Dlatego trzymam się zasady „jeżeli okazja jest zbyt dobra, ktoś prawdopodobnie chce mnie oszukać”. Nie namawiam do zarzucenia inwestowania i wyjazdu w Bieszczady. Sugeruję tylko podążanie za rozsądkiem, a nie za tłumem.

 
Categories

10 krajów otwartych na blockchain i kryptowaluty. Dlaczego nie ma tam Polski?

W tytułowych technologiach coraz więcej mniejszych i biedniejszych państw dostrzega szanse na zrobienie cywilizacyjnego skoku. Świadczą o tym przyjazne regulacje i podatkowe zachęty dla branżowych biznesów. U nas trend jest zdecydowanie odwrotny…

 

Przy okazji konferencji BlockShow Europe 2018 organizator opublikował swój ranking europejskich krajów najbardziej przyjaznych tytułowym innowacjom. W badaniu przeanalizowano otoczenie polityczne, regulacyjne i biznesowe w 48 krajach Starego Kontynentu. Państwa oceniane były według kilku kryteriów: regulacje procesu ICO, klasyfikacja kryptowalut, jako środka płatniczego, opodatkowanie cyfrowych nośników wartości. W zestawieniu znalazły się m.in. małe państewka jak Malta i Gibraltar, a także nasz sąsiad… Białoruś. Niestety, Polski w zestawieniu nie ma, co chyba śmiało możemy zawdzięczać Ministerstwu Finansów, KNF i NBP.

Czołówka rankingu
Kilka słów o wynikach badania. Na pierwszym miejscu uplasowała się Szwajcaria. W podsumowaniu rankingu zwracano uwagę na pozytywne trendy regulacyjne w kantonie Zug, który często nazywany jest „Doliną Crypto”, bo to właśnie tam znajduje się siedziba takich projektów, jak Ethereum Foundation, Tezos, Dfinity, Bancor, czy ShapeShift. Twórcy badania podkreślają, że Szwajcaria posiada stabilny, przewidywalny i zdecentralizowany system polityczny, niskie podatki, przyjazne warunki prowadzenia działalności gospodarczej oraz przychylność nadzoru wobec startupów przeprowadzających ICO.

Na pudle znalazły się też Giblartar i Malta. Okazuje się, że te dwa małe państewka zauważyły szanse jakie stwarza technologia łańcucha bloków i kryptowaluty, i prężnie działają nad regulacjami. Przykładowo Komisja Usług Finansowych Gibraltaru już na początku tego roku zaproponowała ramy regulacyjne dla firm korzystających z blockchaina i pracujących z cyfrowymi walutami. Gibraltar chce się pozycjonować, jako bezpieczne miejsce dla tego typu biznesów, z klarownym ustawodawstwem.

Podobnie robi Malta, która właśnie opracowuje regulacje, dotyczące w szczególności handlu kryptowalutami. Będą one obejmować działalność brokerów, giełd i funduszy zaangażowanych w tego typu aktywa. Ponadto rząd pozwala zagranicznym firmom płacić podatek w wysokości tylko 5 proc. Nic więc dziwnego, że jedne z największych giełd na świecie przenoszą tu swoje siedziby, w tym polski BitBay. W najlepszej dziesiątce, na kolejnych miejscach znalazły się odpowiednio: Wielka Brytania, Dania, Niemcy, Portugalia, Holandia, Finlandia, a listę zamyka wspomniana Białoruś.

Skazani na podwykonawstwo
Obecność w zestawieniu naszego wschodniego sąsiada może dziwić najbardziej, bowiem w powszechnej świadomości nie jawi się on, jako innowacyjny kraj, a jego prezydenta prędzej widzielibyśmy w starej Wołdze niż w autonomicznej Tesli. Pozory, jak to często bywa, lubią mylić. Białoruś znalazła się w TOP 10 m. in. dzięki dekretowi “O rozwoju gospodarki cyfrowej” oraz licznym korzyściom dla firm kryptowalutowych zarejestrowanych w krajowym parku High-Tech.

Nie będę zaskoczony, gdy w kolejnej odsłonie rankingu znajdzie się Ukraina, która działa m. in. na polu wykorzystania blockchaina w służbie zdrowia i zapowiada wprowadzenie własnej kryptowaluty. Nie zdziwię się również, jeśli w tej czołowej dziesiątce wciąż nie będzie Polski. I proszę nie zrozumieć mnie źle. Nie chodzi o to, że Białoruś czy Ukraina uchodzą w moim mniemaniu za gorsze kraje od naszego. Chodzi mi to, że ich rządy zauważają szanse na to, by z gospodarek podwykonawcy stać się gospodarkami dostawcy innowacyjnych rozwiązań. Takiego transferu można dokonać relatywnie szybko wtedy, gdy pojawia się rewolucyjna technologia związana bezpośrednio ze światem cyfrowym (patrz przykład Estoniil).

Tymczasem, czy nam się to podoba czy nie, Polska wciąż zamiast projektować i eksportować własne auta, składa auta zagranicznych koncernów lub tylko niektóre ich elementy. Jeśli ktoś nie wierzy, to odsyłam do raportu Fundacji Kaleckiego: “Kapitał zagraniczny w Polsce: czy jesteśmy gospodarką poddostawcy?”.

Oczywiście nie ma gwarancji, że blockchain czy bitcoin to pewniaki do zrobienia cywilizacyjnego skoku. Szkopuł w tym, że my nawet nie dajemy sobie szansy, by sprawdzić, czy taki skok jest możliwy. Działania naszych regulatorów i nadzorców doprowadziły bowiem do tego, że firmy uciekają do bardziej przyjaznych krajów. Świetnie widać to na przykładzie wspomnianej już przez mnie giełdy BitBay.

Jak żyć, premierze?
Wyobraź sobie, że od sześciu lat prowadzisz w Polsce giełdę kryptowalut, czyli udostępniasz ludziom z całego świata platformę do wymiany jednych kryptowalut na inne kryptowaluty, a także walut fiducjarnych na kryptowaluty. Do tego niezbędne są rachunki bankowe, zarówno w walutach obcych (jak euro czy dolar), jak również w złotym, bowiem musisz gdzieś deponować pieniądze wpłacane na giełdowe konta. Tymczasem na początku roku banki zaczynają wypowiadać ci umowy, powołując się na argument, że działalność w zakresie obrotu walutami wirtualnymi uniemożliwia skuteczne monitorowanie aktywności klienta i ustalenie źródła pochodzenia środków na rachunkach (jakby gotówka zawsze na to pozwalała…). W ten sposób tracisz możliwość przyjmowania wpłat od klientów.

Okazuje się, że to nie do końca zła wola banków, bowiem w zasadzie w ich interesie jest utrzymywanie stale zasilanych niemałymi kwotami rachunków (zwłaszcza, że od kilku lat mają stałego klienta). To bardziej efekt ostrzeżeń KNF oraz podciągnięcia kryptowalut pod ustawę o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu, w której po raz pierwszy wprowadzono definicję waluty wirtualnej, nazywając ją “cyfrowym odwzorowaniem wartości”.

Przypomnijmy też, że nadzorca razem z NBP zaaranżował akcje “Uważajnakryptowaluty” w ramach, której opłacono kilku znanych youtuberów, by zniechęcali do rynku krypto (teraz planowana jest kolejna tego typu kampania). Mało tego, patrząc już od strony klientów giełdy, kryptowaluty w sensie podatkowym zakwalifikowane zostały jako prawa majątkowe i podlegają opodatkowaniu PCC. Dla aktywnych spekulantów oznacza to konieczność odprowadzenia do fiskusa ogromnych kwot, często przekraczających te zainwestowane, oraz wypełnienie góry druczków. I w takich właśnie warunkach przyszło działać m. in. giełdzie BitBay.

Podczas Polskiego Kongresu Bitcoin, który odbył się dwa tygodnie temu w Warszawie, jej prezes – Sylwester Suszek, oficjalnie zapowiedział przenosiny na Maltę, deklarując, że jako jedyny z polskich przedstawicieli branży wstrzymywał się z przeprowadzką tak długo. Inni już dawno się przenieśli albo, jak np. Abucoins, nie zdążyli i ogłosili zakończenie działalności. Szkoda. Zwłaszcza, że żadna z tych firm nie domagała się specjalnego, preferencyjnego traktowania, a tylko klarownych i uczciwych reguł gry. A trudno grać, jeśli zasady są niejasne, asymetryczne i co chwile zmieniane.

Jeśli w przyszłości okaże się, że faktycznie bitcoin to piramida finansowa lub jedna wielka pralnia brudnych pieniędzy, to polski nadzór i regulatorzy będą światowymi autorytetami w dziedzinie wykrywania finansowych przekrętów związanych z branżą krypto. Jeśli jednak tak się nie okaże, to cóż – zmienią się tylko czasy, a ludzie w urzędach będą ci sami. A Polska, jak podwykonawcą jest, tak będzie nadal.