Categories

Sztuczna inteligencja nas uratuje? Na razie pierze w rzece

Podczas przesłuchania w Kongresie, na większośc pytań o to, w jaki sposób Facebook rozwiąże problemy pojawiających się w serwisie treści nawołujących do nienawiści, Mark Zuckerberg odpowiadał: rozwiąże to sztuczna inteligencja (AI – artificial intelligence). Za każdym razem gdy padało “AI” przewracałam oczami i szłam po herbatę. Patrząc na to, jak wyglądają rynkowe wdrożenia sztucznej inteligencji, naprawdę trzeba być człowiekiem wielkiej wiary (albo głupoty), żeby myśleć, że na dniach będziemy mogli pozwolić algorytmom podejmować takie decyzje.

Po każdej niemal rozmowie z szefem firmy, której rozwiązanie jest oparte o “sztuczną inteligencję”, zbieram szczękę z podłogi. Widzę świat oczami przyszłości, w której boty zastępują call center, wirtualni tłumacze przekładają z chińskiego na nasze w czasie rzeczywistym (nauka języków obcych staje się fanaberią), a procesy w firmie są tak zautomatyzowane, że jako ludzie kontakt z klientem mamy wyłącznie wtedy, gdy zasila nasze firmowe konto.

Im dalej w las, tym z reguły ciemniej. W odsłonie drugiej rozmawiam z klientami lub ludźmi od technologii w tej samej firmie i okazuje się, że tak tak, to będzie działało “tylko jeszcze”, “ale” i “tutaj będzie”. Wszystkie te “tylko” i “ale” składają się na wizję przyszłości, która jest fajna, ale na teraz to zwyczajnie nie działa.

Technologiczna rzeczywistość części firm wygląda tak, że za interfejsem rozwiązania opartego o sztuczną inteligencję stoi szef firmy, który kręci korbką. Tak, w miejsce korbki będą kiedyś zaawansowane algorytmy; tak, tutaj będzie się to rozwijało jak tylko pozyskamy wystarczająco dużo danych. Rozumiem, że uczenie się maszyn, które jest jedną z podstawowych technik analizy danych leżącą u podstaw sztucznej inteligencji, odbywa się na danych. Kłopot w tym, że wiele firm nie ma pomysłu skąd te dane pozyskać lub chce je pozyskiwać od własnych klientów. Czy ci klienci to wytrzymają? Ja wymiękam.

Mieliście okazję prowadzić kiedyś komunikację z chatbotem (automatycznym konsultantem) jakiejś firmy? “Nazywam się Ania. Jestem automatyczną konsultantką banku XY. Chciałabym zadać ci kilka pytań. Nie jestem człowiekiem, więc nie wszystko zrozumiem…” – usłyszałam ostatnio w słuchawce. Chwila, czy nie miało być tak, że sztuczna inteligencja to taka, która potrafi przejść Test Turinga? Test przechodzi taka maszyna, która potrafi komunikować się z człowiekiem w taki sposób, że nie odróżniamy tej rozmowy od pogawędki z człowiekiem. Ania z banku XY spaliła swoją szansę już na starcie, a mnie szkoda czasu na takie pogawędki.

Komunikacja to nie są warcaby
Jęk zawodu ludzkości rozległ się po raz pierwszy, gdy w szachy z maszyną przegrał arcymistrz Kasparov. Długo przed ofensywą maszyn broniła się popularna w Azji gra Go, która wymaga sporej porcji intuicji i kreatywności – bastion padł w 2016 roku, gdy stworzony przez Google’a Alpha Go pokonał mistrza Lee Sedola. Maszyna nie tylko analizowała miliony możliwych pozycji i ruchów, ale też powiązała moc obliczeniową z elementami sztucznej inteligencji, które wprowadziły  elementy procesu decyzyjnego podobnego do ludzkiego.

Nieco dłużej broniły się warcaby, ale i one zostały mistrzowsko rozegrane przez maszyny. Jednak są takie gry, w które “maszyny nie umią”. Chodzi o te, w których nie wszystkie informacje są podane na tacy oraz istnieje w nich element tak mglisty i niezerojedynkowy jak komunikacja międzyludzka. Dlatego maszyna jak dotąd nie wygrała z człowiekiem w brydża?

W brydżu bariery dla sztucznej inteligencji są dwie – po pierwsze karty są zakryte i znane tylko osobie, która trzyma je w ręku. Nie wszystkie dane są więc podane na tacy tak jak w grach planszowych, a podejmowanie decyzji przy niepełnych danych (bardzo ludzkie doświadczenie!) czy blefowanie (w innym ujęciu: działanie na przypał) to dla algorytmów poważny kłopot.. Druga sprawa – w brydżu partnerzy wysyłają sobie przy stole sygnały tak, żeby ich komunikaty nie zostały odczytane przez innych graczy. Taki poziom komunikacyjnej subtelności jest na teraz poza zasięgiem maszyn, nawet tych superinteligentnych.

Z twarzy podobny całkiem do nikogo
Facebook (a także inni technologiczni giganci) intensywnie pracują teraz nad jeszcze innym aspektem, który ma przybliżyć maszyny do ludzi: chodzi o umiejętność rozpoznawania twarzy i obrazów w ogóle. Maszyny umieją już mniej więcej rozpoznawać pismo i mowę (coraz lepsze, choć wciąż niedoskonałe Siri, Alexa czy Google Assistant). Naszedł czas na obrazy. Przyznaję, że zdobycze technologii rozpoznawania obrazów i twarzy są równie imponujące, co przerażające pod względem kalibru popełnianych przez nie błędów.

Imponująco wyglądają przeanalizowane przez oprogramowanie zdjęcia tłumu, na których system sam jest w stanie wskazać, która osoba jest poszukiwanym przestępcą, która znanym VIP-em, co na obrazie jest pozostawionym bagażem, a który obiekt reprezentuje staruszkę wymagającą pomocy.

Problemy pojawiają się wtedy, gdy trzeba zinterpretować obraz w dość nieoczywistym kontekście. Algorytmy działają tak, że dzielą każdy obraz na małe kwadraciki, analizują co na nich jest i wypluwają interpretację. Popełniane przez nie błędy trochę przypominają różne cuda, gdy ludzie w pniu drzewa lub zacieku na oknie widzą twarze świętych. I tak algorytm jest w stanie uznać ludzkie kolano lub goły brzuch za twarz – rzeczywiście czasem fałdki tak jakoś się układają… Miewa też problem z perspektywą i określeniem wielkości obiektów, gdy na zdjęciu nie ma punktu odniesienia:  uznaje, że człowiek na tle góry to są dwa obiekty o tych samych rozmiarach lub że ptak jest samolotem. Trochę słabo.

Okazuje się, że sztuczna inteligencja nie tylko popełnia krytyczne błędy, których my nigdy byśmy nie popełnili. Raz po raz rozwiewa też marzenia o tym, że będzie bardziej  od nas sprawiedliwa, bezstronna, pozbawiona uprzedzeń. Algorytmy dyskryminują: okazuje się, że nie rozpoznają na zdjęciach twarzy innych niż białe. Sprawę nagłośniła absolwentka MIT Joy Buolamwini, gdy okazało się, że jako Afroamerykanka  jest rozpoznawana przez oprogramowanie na zdjęciach tylko wtedy, gdy założy białą maskę. Pominięcie osób o innym niż biały kolorze skóry wynika z tego, że algorytmom dano do tej pory analizować głównie twarze o jasnym kolorze skóry. Decyzję o tym podjął człowiek i trudno przenieść odpowiedzialność za to na maszynę.

Problem jest szerszy, dlatego Joy Buolamwini walczy dziś z dyskryminacją i uprzedzeniami w świecie algorytmów w organizacji Algorythmic Justice League.

Połowa ekspertów od sztucznej inteligencji twierdzi, że technologia zastąpi ludzi do 2040 roku. Druga połowa, że jeszcze wcześniej. Ja natomiast uważam, że wiele jeszcze wody upłynie zanim będziemy w stanie zaufać algorytmom w  podejmowaniu naprawdę ważnych decyzji w najistotniejszych społecznie sprawach. A decyzja o tym, czy ktoś w naszym serwisie jest dyskryminowany, nawołuje do nienawiści na tle rasowym czy religijnym do takich właśnie należy. Czekanie aż AI rozwiąże palące problemy społeczne, które dzieją się tu i teraz,  jest naprawdę nieodpowiedzialne, panie Zuckerberg.

 
Categories

Zuckerberg w Kongresie, programiści w popłochu. Zmiany w API Facebooka i Instagrama

Podczas gdy Mark Zuckerberg przygotowywał się do przesłuchania przed amerykańskim Kongresem ws. Cambridge Analytica, programiści w wielu firmach próbowali wygrać wyścig z czasem, żeby dostosować się do nagłych zmian API Facebooka i Instagrama. Wiele firm nie zdążyło i czasowo musiało wyłączyć swoje usługi. Po raz kolejny okazało się, że o przewadze konkurencyjnej na dzisiejszym rynku decyduje to, kto ma lepsze zasoby programistów.

Ostatnie pół roku było prawdziwą próbą dla firm, które pracują na danych z Facebooka i Instagrama. Oba serwisy znacznie podkręciły tempo zmian dotyczących nowych przepisów o ochronie danych osobowych, które już od maja zaczną obowiązywać w całej Unii Europejskiej.

Nagle w kalendarz zmian wskoczyły również inne modyfikacje w API obu serwisów, które – trudno wysunąć inne wnioski – koncern Zuckerberga prawdopodobnie chciał zakończyć przed dwudniowym przesłuchaniem Marka w amerykańskim Kongresie (10 i 11 kwietnia). To właśnie kwestia ochrony danych osobowych użytkowników Facebooka miała być tematem rozmów kongresmenów z szefem technologicznego giganta.

Kogo dotknęły wprowadzone naprędce zmiany? Odczuły to przede wszystkim dwie kategorie firm: te, które zarządzają treściami w mediach społecznościowych dla zewnętrznych klientów i takie, które monitorują i analizują dane dotyczące tego, co pojawia się w mediach społecznościowych na temat marek, takie jak Brand24 czy Sotrender.

Wiele polskich firm zajmuje się też zarządzaniem komunikacją dla marek w wielu kanałach społecznościowych jednocześnie (w marketingu mówią: komunikacją ominchannelową). Takie firmy z reguły pracują na zbudowanych przez siebie systemach, które pozwalają z jednego miejsca wrzucać posty i prowadzić komunikację z użytkownikami z jednego miejsca, bez konieczności przelogowywania się na przykład pomiędzy Facebookiem i Instagramem.

Takie firmy z FB czy Instagramem łączą się za pomocą interfejsu – API. To wtyczka, przez którą firmy zewnętrzne mogą połączyć się z Facebookiem, żeby w łatwy sposób pobrać te dane, którymi technologiczny gigant zdecyduje podzielić się z innymi graczami na rynku. I to właśnie ten model współpracy z  firmami zewnętrznymi w ramach API uległ zmianie po aferze z firmą Cambridge Analyltica odpowiedzialną za internetową reklamę w ramach kampanii Donalda Trumpa (więcej o sprawie na HiCash). Wątpliwości opinii publicznej wzbudził przede wszystkim fakt, że nie do końca wiadomo, jakie dane i komu udostępnia Facebook (i należący do tego samego koncernu Instagram).

Zmiany w API Facebooka. Co się zmieniło?
Przede wszystkim pula danych, jaką udostępnia Facebook: mniej jest danych dot. facebookowych wydarzeń oraz informacji o grupach i aktywności użytkowników z nimi związanych.

Zmiany w facebookowych grupach
Dla użytkowników oznacza to przede wszystkim to, że po zmianach nie można zarządzać komunikacją w grupach, korzystając z zewnętrznych narzędzi do zarządzania treścią.

Zmiany w wiadomościach na Facebooku
Ci którzy zarządzali wiadomościami prywatny z poziomu zewnętrznej platformy przed 4 kwietnia, będą mogli robić to nadal. Ci, którzy chcieliby się wpiąć po tej dacie, na teraz nie mogą korzystać z tej funkcjonalności.

Zmiany w wyszukiwaniu na Facebooku
Korzystając z zewnętrznego narzędzia do zarządzania treścią na Facebooku, nie można wyszukiwać innych stron i użytkowników – z poziomu zewnętrznej platformy nie będzie więc można np. otagować innych użytkowników Facebooka w poście.

Zmiany w API Instagrama. Co się zmieniło?
Na Instagramie zmiany też wiążą się z ograniczeniem aktywności, które będzie możliwych z poziomu zewnętrznej platformy. To m.in.:

  • brak możliwości sprawdzenia czy dany użytkownik obserwuje Twój profil na Instagramie,
  • brak możliwości korzystania z funkcji follow i unfollow,
  • niemożliwe będzie również wyświetlenie pełnych danych profilu i aktywność przy postach wyszukanych przez hashtagi lub oznaczenia lokalizacji.

Więcej informacji o zmianach w API Facebooka i Instagrama 

 
Categories

Na rynku kryptowalut jazda bez trzymanki. Ministerstwo straszy i uspokaja

W ciągu ostatniego tygodnia obracający kryptowalutami Polacy zmieniali się z dnia na dzień z krezusów w bankrutów. Wszystko za sprawą kolejnych komunikatów Ministerstwa Finansów dotyczących sposobu opodatkowania przychodów z kryptowalut. Blady strach padł na tych, którzy mieli na koncie dużo transakcji: nowy podatek w najlepszym wypadku oznaczałby dla nich kres marzeń o lamborghini.

Giełda kryptowalut Bitmarket24 ogłosiła w tym tygodniu, że została kupiona przez spółkę w Londynie. Kryptowalutowy biznes ucieka z kraju. Nic dziwnego, kolejne kroki naszego rządu pokazują, że Polska nie rozumie i boi się rynku kryptowalut. To, co Ministerstwo Finansów zaproponowało ostatnio jako interpretację przepisów podatkowych w kontekście obrotu kryptowalutami sprawiło, że wielu bitcoiniarzom życie stanęło przed oczami.

– Odnoszę wrażenie, że polski rząd porywa się z motyką na słońce, a jedynymi, którzy na tym stracą będziemy my wszyscy, Polacy. Polska to “porodówka” świetnych programistów. Nie ulega wątpliwości, że technologia blockchain [na której opiera się obrót kryptowalutami – przyp.red.] to kolejna z rewolucji, którą ze spokojem można porównywać do tej przemysłowej lub do tej, którą dał nam internet. Postępowanie rządu RP to patrzenie krótkofalowe. Zacznijmy od tego, że Polska mogłaby być, biorąc pod uwagę nasz potencjał intelektualny, zagłębiem blockchaina porównywalnym z szwajcarskim Zug, co mogłoby w efekcie ściągnąć do Polski kapitał międzynarodowych korporacji, takich jak chociażby Microsoft, IBM czy Facebook – mówi Tomasz Limiszewski, który zbiera podpisy pod petycją do polskiego rządu na stopregulacjom.pl.

Nie bez przyczyny technologie rozwijają się tam, gdzie władze jak najmniej ingerują w innowacyjne obszary. Żeby eksperymentować i rozwijać nowoczesne technologie, trzeba mieć pole do eksperymentów. To dlatego Londyn stał się centrum nowoczesnej bankowości ze swoim liberalnym podejściem do technologicznych i biznesowych nowinek. Dalczego to ważne w kontekście kryptowalut? To właśnie ten obszar jest kuźnią talentów technologii, która już wkrótce może stanowić o konkurencyjnej  przewadze wielu branż, na czele z finansową – mowa oczywiście o blockchainie.

O CO CHODZI Z TYM BLOCKCHAINEM?
Zastanawialiście się, dlaczego w świecie, w którym jesteśmy w stanie przesyłać obraz na drugi koniec świata w czasie rzeczywistym, nasze przelewy dochodzą do odbiorcy często dopiero następnego dnia? Ponieważ każdy przelew musi zostać zaakceptowany przez bank. Wszystko dla bezpieczeństwa transakcji i samego pieniądza – każda transakcja internetowa musi być zaksięgowana, żeby nie zdarzyła się sytuacja, że ten sam pieniądz został zaksięgowany w dwóch miejscach. To niestety trwa. Odpowiedzią na to wyzwanie jest blockchain, który – w przeciwieństwie do tradycyjnego rejestru bankowego – jest zdecentralizowanym rejestrem danych. Dzięki blockchainowi Informacje o transakcji nie muszą być przesyłane do banku, tylko trafiają najkrótszą drogą do jednego z wielu komputerów pełniących rolę węzłów w blockchainowej sieci. Dublowaniu wartości zapobiega to, że każdy węzeł błyskawicznie przesyła dane do wszystkich innych węzłów w sieci. Zapis każdej kolejnej transakcji jest możliwy tylko w węźle, w którym historia transakcji pokrywa się z tym, co zapisane jest na wszystkich innych komputerach. Jeśli ktoś próbowałby zmienić zapis transakcji, na którymś z komputerów, sieć natychmiast wykryje modyfikację. Dzięki blockchainowi po raz pierwszy w historii mamy wreszcie szanse na bezpieczne i szybkie transakcje. Tak skonstruowany system może spowodować rewolucyjne zmiany nie tylko w obrocie pieniądzem, ale też na przykład w administracji publiczne, czy służbie zdrowia – wszędzie tam, gdzie mamy bardzo duże ilości danych, które muszą być szybko aktualizowane przez wielu użytkowników, niezmienialne,  łatwo dostępne i jednocześnie bardzo bezpieczne.

Wiele krajów na świecie, chcąc rozwijać tę technologię, tworzy preferencyjne warunki dla rozwoju kryptowalut, rozumiejąc, że świat krypto to zagłębie dobrze wyszkolonych ekspertów od blockchaina. A ci mogą się przydać.

Podatkami w kryptowaluty
Sposób, w jaki Polska zdecyduje się opodatkować kryptowaluty jest ważnym sygnałem tego, czy nasz rynek jest przyjazny rozwojowi krypto. Preferencyjne warunki dot. obrotu krytpowalutami w marcu wprowadziły nawet konserwatywne w kwestiach finansowych Niemcy – transakcje do 600 euro w ogóle nie są objęte podatkiem, a wszystkie ponad tę kwotę mogą być zwolnione z podatku, jeśli użytkownicy będą trzymać kryptowalutę dłużej niż rok.

Tymczasem u nas bałagan. Najpierw Ministerstwo Finansów twierdziło, że kryptowaluty należy rozliczać jak dochody z praw majątkowych. Potem sporządziło definicję “waluty cyfrowej”, do której ta forma rozliczenia nie pasuje. I wreszcie 4 kwietnia poinformowało, że nie tylko trzeba opodatkować transakcje kryptowalutami jak dochody z praw majątkowych, ale jeszcze do budżetu państwa musi trafić 1% z każdej transakcji sprzedaży i wymiany walut na giełdzie (to w ramach PCC – podatku od czynności cywilno-prawnych).  Gdy rozległ się lament, ministerstwo napisało na Twitterze:

Najgorszym sygnałem dla środowiska kryptowalut w pierwszym komunikacie Ministerstwa była informacja o tym, że trzeba będzie odprowadzić podatek od każdej transakcji:

– Dla traderów oznacza nic innego jak zamknięcie rynku. Bo jak inaczej nazwać konieczność zapłacenia 20 tysięcy złotych podatku z tytułu PCC, dla osoby, która wchodziła na rynek z kapitałem 10 tysięcy złotych i w ciągu miesiąca dokonuje 200 transakcji? A co z osobami, które mają podpięte pod API giełd boty, wyszukujące korzystnych par walutowych? Takie boty czasami generują po 1000 transakcji dziennie – mówi Tomasz Limiszewski.

Stawiało to wiele osób zarabiających na mikrotransakcjach w sytuacji, w której obracając na giełdach kwotą 15 tys. złotych mogliby zapłacić pół milion podatku. PCC płaciłoby się również wtedy, gdy transakcje nie przyniosłyby realnych zysków.

Ale opodatkowanie każdej transakcji to nie jedyny karkołomny pomysł, którym Ministerstwo Finansów postraszyło 4 kwietnia kryptowalutowców. Pod górkę mieliby też przedsiębiorcy prowadzący księgowość na podstawie księgi przychodów i rozchodów. “W wydanych obecnie zaleceniach resort finansów postanowił zrobić wszystko, aby wręcz uniemożliwić rozliczanie zysków z obrotami kryptowalutami. I – niestety – zrobił to w taki sposób, że zaszkodzi przede wszystkim sobie”- stwierdził ekspert portalu wGospodarce.pl Marek Siudaj.

W efekcie tej zadymy znów nie do końca wiadomo, jak wygląda kwestia opodatkowania przychodów z obrotu kryptowalutami. W oczekiwaniu na kolejną interpretację przepisów, na pewno można zacząć pisać czynny żal do urzędu skarbowego.

To już wojna?
Bardzo złym sygnałem dla środowiska rozwijającego kryptowaluty było odejście z rządu  w 2017 roku Anny Streżyńskiej, która w lipcu 2016 powołała przy Ministerstwie Cyfryzacji zespół ds. bitcoina i blockchaina. Eksperci i praktycy pracowali nad stworzeniem w Polsce rozsądnych warunków do rozwoju tej technologii, a nawet planowali specjalne kierunków studiów, które miały kształcić blockchainowych specjalistów.

Niedługo po feralnej dymisji gruchnęła wiadomość, że prężnie rozwijający technologię Polski Akcelerator Technologii blockchain pod egidą Instytutu Wiedzy i Innowacji stracił patronat Ministerstwa Cyfryzacji po tym jak ogłosił, że pracuje nad kryptozłotówką (nie oficjalną, ale tyle wystarczyło, żeby wywołać urzędniczą histerię). Ostatecznie oliwy do ognia dolał sam premier Mateusz Morawiecki, który podczas szczytu ekonomicznego w Davos porównał rynek kryptowalut do piramidy finansowej i zapowiedział regulacje. W świecie, w którym kraje takie jak Szwecja czy Estonia z własnej inicjatywy planują  tworzyć kryptowaluty, nerwowe ruchy naszego rządu dziwią.

Środowisko kryptowalutowe na ruchy administracji patrzy z uwagą. Rynek wciąż jest nowy, więc nie do końca wpasowuje się w istniejące przepisy. Można je więc interpretować i na korzyść, i na niekorzyść osób obracających kryptowalutami – ostatnia  interpretacja Ministerstwa Finansów zdecydowanie należała do tych drugich.

Głównym argumentem rządu przeciwko rynkowi kryptowalut jest ryzyko prania brudnych pieniędzy, jakie widzi w świecie krytpowalut. Jednak waluty cyfrowe to tylko 4 proc. wszystkich wypranych na świecie pieniędzy. Warto też dodać, że rejestr blockchainowy zdecydowanej większości krytpowalut umożliwia odtworzenie wszystkich transakcji, więc w wypadku podejrzenia popełnienia przestępstwa dojście do historii transakcji nie powinno stanowić problemu. Gorzej rzecz ma się z anonimowymi walutami typu Monero, w których nie da się przypisać transakcji do jej uczestników. Tym bardziej jednak nie da się nałożyć na taką transakcję podatku. Może jednak nie warto, walcząc z jednym zjawiskiem, ubijać całego rynku?

 
Categories

E-stonia. Jak mały kraj stał się cyfrową potęgą na skalę światową

Założenie firmy w 20 minut, wypełnienie formularza podatkowego w 3 min, darmowe Wi-Fi w całym kraju, recepty tylko w formie cyfrowej, zintegrowane bazy danych obywateli zabezpieczone kryptograficznie… Informatyczna utopia? Nie. Po prostu Estonia.

Jeszcze ćwierć wieku temu Estonia była pogrążoną w kryzysie postsowiecką republiką. Kolejki do sklepów, spadająca produkcja przemysłowa, pędząca inflacja i rosnące bezrobocie – tak mniej więcej wyglądała wtedy sytuacja gospodarcza tego małego, bałtyckiego kraju. W 2018 r. ten sam kraj określany jest przez magazyn “Wired” najbardziej zaawansowanym cyfrowo społeczńestwem na świecie. To tu powstał Skype, to tu po raz pierwszy w administracji wdrożono technologię blockchain, to tu prężnie rozwija się instytucja e-rezdyenta i być może niebawem powstanie narodowa kryptowaluta Estcoin. Jak to się stało, że w stosunkowo krótkim czasie mały kraj z ekonomicznej ruiny zmienił się w informatycznego tygrysa?

Terapia szokowa
Estońska przemiana zaczęła się od razu po rozpadzie ZSRR. Politycy postanowili wykorzystać fatalną sytuację gospodarczą i szybko przeprowadzić fundamentalne reformy, diametralnie zmieniające gospodarcze realia. Uznali, że w czasie kryzyu społeczeństwo relatywnie lepiej zniesie ekonomiczną reorganizację. Trochę według zasady, że gorzki lek lepiej przyjąć w jednej dawce, niż w całej ich serii. – Wizjonerskie rządy nie mają wiele czasu na wykonanie niezbędnych kroków. Wiara jaką ludzie pokładają w politykach jest ograniczona, tak samo jak niewygody, które są gotowi znieść – tłumaczył to podejście Mart Laar, premier Estonii w latach 1992-1994. Zdecydowano się więc na terapię szokową, prawie jak Leszek Balcerowicz w Polsce, z tym, że tutaj “prawie” robi ogromną różnicę.

Po szybkim utworzeniu koalicji rządowej od razu zabrano się za opracowanie szerokiego programu reform, korzystając przy tym z doradztwa zagranicznych think tanków, w tym m. in. szwedzkiego, libertariańskiego Timbro, którego misją jest promocja wolności indywidualnej, nieskrępowanej przedsiębiorczości i otwartego społeczeństwa. Reformy zaczęły się od makroekonomicznej bazy – wprowadzenia i stabilizacji korony estońskiej oraz zrównoważenia budżetu.

Co ciekawe, Estonia odrzuciła propozycję pożyczki ze strony Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a więc nie chciała bezpośrednio uzależniać się od zagranicznego kapitału. Postawiła na wewnętrzne oszczędności i długoterminowe efekty. Po ujarzmieniu inflacji i podstawowych wskaźników koniunktury można było wziąć się za kolejne zmiany, już nie tylko stabilizujące sytuację, ale dające społeczeństwu perspektywy i możliwości rozwoju. Stąd zniesienie międzynarodowych barier handlowych i otwartość na zagraniczne inwestycje (m. in. możliwość zakładania i kupowania spółek na takich samych warunkach, które obowiązywały Estończyków oraz atrakcyjne zwolnienia podatkowe), które miały stanowić koło zamachowe gospodarki.

Trudno się zresztą dziwić takiej strategii. Na popycie wewnętrznym (zaledwie 1,3 mln mieszkańców), dodatkowo niezbyt zamożnym, kraj daleko by nie zajechał. A tak Estonia szybko stała się strefą wolnego handlu i w drugiej połowie lat 90-tych miała więcej inwestycji zagranicznych przypadających na mieszkańca niż jakiekolwiek inne państwo w Europie Środkowo-Wschodniej. Otwartość estońskich władz nie dotyczyła tylko zagranicznych podmiotów. Państwo dbało też o swoich obywateli o czym świadczy chociażby prywatyzacja prowadzona w porozumieniu ze związkami zawodowymi i wprowadzenie dialogu społecznego (trójstronne negocjacje między państwem, pracodowcami i pracownikami), co dało podwaliny społeczeństwa obywatelskiego.

Kluczowe było jednk zbudowanie instytucji, dzięki którym gra rynkowa miała jasne reguły, a ich przestrzeganie dawało więcej korzyści niż omijanie. Mowa tutaj o transparentnej administracji, reformie sądownictwa, całkowitej prywatyzacji sektora bankowego, prawie własności czy chociażby uproszczeniu systemu podatkowego i wprowadzeniu podatku liniowego.

Przykład Estonii dobrze obrazuje to, o czym Daron Acemoglu i James A. Robinson pisali w książce “Dlaczego narody przegrywają”. Według autorów wzrost gospodarczy i dobrobyt towarzyszą włączającym instytucjom gospodarczym i politycznym, podczas gdy instytucje wyzyskujące z reguły prowadzą do stagnacji i ubóstwa. Jeśli państwo nie zadba o instytucjonalny, transparentny system zachęt do oszczędzania, inwestowania i innowacji, to ma nikłe szanse na uzyskanie długoterminowej przewagi ekonomicznej bazującej na ogólnym, społecznym dobrobycie. W tym kontekście nie liczą się historia, położenie geograficzne, czy kultura, a po prostu jakość tworzonych przez państwo instytucji. Estońscy politycy szybko to zrozumieli, a polscy chyba do dziś pojąć tego nie mogą.

Tygrysi skok
Estoński cud gospodarczy nie bazuje jednak tylko na reformach ekonomicznych przeprowadzonych po upadku ZSRR. Te dały solidny fundament pod tworzenie nowoczesnej, zamożnej gospodarki, ale nadbudowy trzeba było szukać gdzie indziej. Kraj o niewielkiej powierzchni, nie dysponujący Lazurowym Wybrzeżem i ubogi w surowce naturalne swojej niszy postanowił szukać w nowych technologiach. Gdy w Polsce wprowadzano reformę edukacji, której filarem był dodatkowy szczebel w postaci gimnazjum, Estonia wprowadzała reformę “Tiger Leap” (“Tygrysi skok”), czyli długoletni program cyfryzacji szkół, który zakończył się dopiero w 2009 r. Dzięki wdrażaniu programu, już pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, większość estońskich szkół posiadała pełne wyposażenie informatyczne i umożliwiała dostęp do swoich zasobów on-line. Mało tego w ramach “Tygrysiego skoku” już na poziomie szkoły podstawowej wprowadzono naukę języków programowania.

Słusznie zauważono, że skoro dzieci uczą się trudnej gramatyki języków obcych, to dlaczego nie miałyby się uczyć składni jęzków programownia. Te ostatnie rozwijają wyobraźnię, systematyzują myślenie i ukierunkowują na rozwiązywanie problemów. Gdy w Polsce politycy dyskutowali czy Sienkiewicz czy Gombrowicz, 900 km na północny-wschód od Warszawy dzieciaki były przygotowywane na nadejście cyfrowej rewolucji. To dlatego w 2000 r. do estońskiej konstytucji, jako jedno z praw obywatelskich, wpisano darmowy dostęp do internetru.

W kraju działa teraz ponad 2,5 tys. hot spotów, a Wi-Fi można złapać nawet na plaży czy podczas spaceru w lesie. Estończycy słusznie wyszli z założenia, że tak jak w większości krajów dostęp do książek w bibliotekch jest darmowy, tak samo darmowy powienien być dostęp do sieci, która przecież jest potężną bazą danych. To kolejny, istotny element tej układanki – niegoraniczony dostęp do cyfrowych zasobów. Estońscy decydenci znacznie szybciej niż polscy skumali, że internet będzie w przyszłości kopalnią wiedzy. Dali więc ludzim nie tylko dostęp do tej kopalnii za free, ale także narzędzia do fedrowania. Stawiam tezę, że gdyby nie te solidne podstawy edukacyjne i postawienie na rozwiązania IT, współczesna Estonia nie byłaby tak otwarta i odważna w digitalizacji wielu ważnych usług. 20 lat temu skutecznie zasiano ziarno cyfryzacji, które teraz daje owoce podziwiane przez cały świat. A naprawdę jest co podziwiać i jest na kim się wzorować.

Krajowa baza danych
Ponad 90 proc. obywateli Estonii posiada ID-card, czyli cyfrowy dowód osobisty, który jest połączony z ogromną bazą danych zwaną X-Road. Ta ostatnia powstała w 2001 r., a jej celem było zdigitalizowanie i połączenie w całość większości istotnych danych dotyczących obywateli. Są tam więc rejestry dotyczące m. in. historii leczenia, rozliczeń podatkowych, poziomu wykształcenia, prowadzonych działalności gospodarczych, posiadanych biletów komunikacji publicznej, czy bankowości. W ten sposób w jednym miejscu, przy pomocy jednej karty mamy dostęp do wielu istotnych danych, które mogą być na bieżąco aktualizowane.

Podam prosty przykład.

Idziesz do lekarza i wypadałoby, aby dla postawienia dobrej diagnozy znał on twoje wcześniejsze dolegliwości i zażywane leki. Podajesz więc kartę ID i od razu lekarz ma wgląd do twojej medycznej historii, bez względu na to, w jakiej placówce wcześniej się leczyłeś. W naszym NFZ jest to nie do pomyślenia – w większości przychodni i szpitali są papierowe karty pacjenta i żadna inna placówka nie ma do nich wglądu. Żeby twój nowy lekarz widział, co myślał stary, musiałbyś wszystkie te karty kserować i nosić ze sobą.

Ogromna, państwowa baza danych to nie wszystko. W Estońskim systemie działa też funkcja cyfrowego podpisu, dzięki czemu 99 proc. spraw natury administracyjnej można załatwiać on-line, m. in. założenie firmy, płacenie podatków, wydawanie recept, itd. Według statystyky za 2016 r. 95 proc. Estończyków rozlicza się z Urzędem Skarbowym w formie on-line, a wypełnienie pitów zajmuje każdemu mniej niż 5 min. Dla porównania, przeciętny Amerykanin poświęca na takie sprawy 13 godzin i raczej nie jest to efekt różnicy inteligencji. Co warte odnotowania – nawet udział w wyborach parlamentarnych w Estonii jest dostępny w trybie on-line. Jest to bardzo istotne dla demokratycznych państw. Przykładowo szacuje się, że w USA w 2016 r. 39 proc. uprawnionych nie głosowało z przyczyn… logistycznych! Jedyną sprawą urzędową, które w Estonii nie załatwimy on-line jest wniosek o rozwód.

Szacuje się, że na przejściu do świata cyfrowego Estonia oszczędza rocznie 2 proc. PKB. Wielu sceptyków zwróci pewnie uwagę, na wątłe bezpieczeństwo takich rozwiązań. Faktycznie w 2007 r. Estonia doznała cyberataku ze strony Rosji, w efekcie którego zablokowane zostały serwery i rządowe strony internetowe. Po tym incydencie, a było to jeszcze zanim świat “ujrzał” bitcoina, Estonia zaktualizowała X-Road w oparciu o technologię blockchain, wykorzystując infrastrukturę klucza publicznego (Public Key Infrastructure). Dodatkowo zabezpieczyła się umieszczając kopię zapasową swojej bazy danych zagranicą (na wypadek zajęcia całego państwa). Na ten moment kraj ma więc najlepszy dostępny system bezpieczeństwa. Można więc powiedzieć, że kolejny kryzyz związany z Rosją Estonia obróciła na swoją korzyść.

Aktualnie w kraju rozwija się instytucja e-rezydenta, czyli możliwość uzyskania przez każdego statutusu e-obywatela. Nie daje to oczywiście estońskiej tożsamości, ale pozwala zakładać tam firmę i korzystać ze wszystkich dobrodziejstw cyfryzacji. Dla firm, które chciałyby działać na terenie UE to chyba całkiem dobra opcja. Liczby mówią zresztą same za siebie. W trzy lata przybyło w Estonii 30 tys. e-rezydentów ze 152 państw, w tym m. in. najbogatszy człowiek Indii – Mukesz Ambani.

Jak widać, Estonia nie zwalnia tempa od początku lat 90-tych. Gdy u nas instytucje nadzoru wydają 100 tys. zł na youtuberów, by demonizowali bitcoina, Estonia myśli nad wprowadzeniem własnej kryptowaluty Estcoin. Pod koniec marca miałem okazję brać udział w konferencji BlochainTech Congress, na której prelekcję miał Martin Ruubel, szef Guardtime w Estonii, dostawcy technologii blockchain dla X-Road. Mówił on m. in. o wyzwaniach stojących przed jego krajem, a wśród nich wymieniał przygotowanie alternatywy dla aktualnych zabezpieczeń kryptograficznych na wypadek upowszechnienia komputerów kwantowych. W tym samym czasie polscy politycy spierali się o to, czy Jaruzelski, Kiszczak i Hermaszewski generałami byli, czy nie…

Zapytacie teraz, czy w Polsce możliwe jest wprowadzenie podobnych rozwiązań jak w Estonii? Wątpie. I to nie dlatego, że jeseśmi 40 razy większym krajem. Patrzcie, jaki zasięg mają Google czy Facebook! Niech odpowiedzią będzie to, co usłyszałem na początku marca na SGH podczas konferencji “Blockchain – przełomowa innowacja czy medialny gadżet?”. Jedna z panelistek – Katarzyna Zajdel-Kurowska, członek zarządu Narodowego Banku Polskiego, powiedziała, że nie słyszała jeszcze o skutecznym wdrożeniu technologii blockchain. Jej zdaniem wiele się o tym mówi, ale to wciąż są fazy testowe. Takie stwierdzenia padły na najlepszej uczelni biznesowej w tym kraju i z ust przedstawicielki naszego banku banków, a więc instytucji, która w pierwszej kolejności powinna interesować się technologią rozproszonych rejestrów. No cóż, chyba czas najwyższy złożyć wniosek o e-rezydenturę.

 
Categories

Gaming w medycynie ratuje życie

Gry komputerowe. Dla jednych widomy znak obecności Szatana na Ziemi, dla innych miły sposób spędzania czasu wolnego. Z tymi drugimi zbijamy piątkę, pierwszym współczujemy skomplikowanego systemu wierzeń. I jesteśmy ciekawi, czy dalej mówiliby o Złym, gdyby wiedzieli, że gry komputerowe mogą ratować życie w bardzo dosłownym sensie. Poznajcie grających lekarzy.

Pixel Technology to łódzka firma tworząca rozwiązania dla pracowni radiologicznych, ma za sobą ponad sto udanych wdrożeń w całej Polsce. Teraz rozwija nowy projekt gry szkoleniowej dla studentów medycyny, opartej o sieci deep learningowe. Dzięki podłączeniu do ponad 200 systemów szpitalnych, będzie można stworzyć rozbudowaną platformę na podstawie prawdziwych danych. Przy jej pomocy, w formie gry, studenci i lekarze będą rozwiązywali realne problemy związane z diagnozowaniem i leczeniem. Projekt uzyskał dofinansowanie unijne, w lutym zaczęło się rekrutowanie do niego ludzi. Czekamy na efekty.

Pomysł, żeby lekarzy uczyć dzięki grom nie jest nowy. W Stanach co roku umiera 30 tys. pacjentów, których śmierci można byłoby uniknąć, gdyby tylko ich urazy zostały prawidłowo zidentyfikowane i zostaliby skierowani do odpowiednich placówek. Dlatego doktor Deepika Mohan stworzył grę „Night Shift”, która poprawia umiejętności diagnostyczne lekarzy. Zwiększa ich zdolność do prawidłowego rozpoznania urazu, dzięki czemu pacjent może otrzymać niezbędną pomoc.

Według słów twórcy, gra została stworzona po to, żeby wykorzystywać część mózgu, która odpowiada za rozpoznawanie wzorców i wcześniejszych doświadczeń, do podejmowania błyskawicznych decyzji przy użyciu podświadomych skrótów myślowych. Skomplikowane ale zamysł w sumie jest prosty – lekarze mają działać odruchowo a nie gubić się w domysłach w sytuacji, gdy na ER-kę trafiło 30 osób z wypadku autobusu.

Przy pomocy gry przetestowano 368 lekarzy z izb przyjęć. Żaden z nich nie pracował w szpitalu specjalizującym się w leczeniu urazów, więc ich przeszkolenie w tej materii nie było zbyt głębokie. Połowa grupy grała w grę, druga spędzała co najmniej godzinę dziennie, czytając materiały szkoleniowe. Okazało się, że wciągająca gra tekstowa jest lepszą metodą nauczania od czytania książek.

Grupa graczy nie rozpoznała pacjentów z rozległymi urazami i nie wysłała ich do odpowiednich szpitali w 53 proc. przypadków. Grupa czytająca w 64 proc. Na dodatek efekty grania pozostały w głowach dłużej i utkwiły mocniej niż w grupie czytających. Gracze po pół roku byli prawie tak samo skuteczni, zawiedli w 57 proc. przypadków, druga grupa aż w 74 proc. Przyczyn takiego stanu rzeczy doktor Mohan upatruje w tym, że gra opowiada historie, z którymi lekarzom łatwiej się identyfikować i łatwiej zapamiętać. Ponadto w grze „na żywo” widać wszystkie konsekwencje podjętych decyzji i ewentualnych błędów w ocenie stanu pacjenta. Dodatkowo podczas rozgrywki pojawiają się postacie na bieżąco oceniające i dające graczowi opinie zwrotne na temat jego osiągnięć.

Inny rodzaj gry zaproponował lekarzom doktor Price Kerfoot. Wszyscy wiedzą, że postępy medycyny są błyskawiczne, dlatego lekarze powinni trzymać rękę na pulsie. Tylko co z tego, że trzymają, jeżeli nauka nie przekłada się na polepszenie opieki nad pacjentami. Doktor Kerfoot postanowił temu zaradzić i wymyślił grę mailową.

Na razie uczestniczą w niej pracownicy ośmiu bostońskich szpitali. Każdy dostaje maile, w których znajdują się zdjęcia i opis aktualnego stanu pacjenta oraz test wyboru odpowiedniej terapii. Ponieważ ludzie lepiej uczą się w czasie zabawy, w mailach są stockowe zdjęcia wątpliwej jakości i urody a opisy pacjentów są troszeczkę odjechane. Gracze konkurują ze sobą. A im lepsze wyniki lekarzy, tym lepiej leczą pacjentów. To takie proste. Pierwsza odsłona gry dotyczy kardiologii, w planach cukrzyca.

Na koniec najmniejsze zaskoczenie świata. Lekarze grający w zręcznościówki są dużo skuteczniejsi w operacjach laparoskopowych. Przypomnijmy – laparoskopia to operowanie silnika samochodu przez rurę wydechową albo, według słów niektórych lekarzy, wiązanie sznurowadła za pomocą metrowych pałeczek do chińszczyzny. W sytuacji, w której do organizmu przez małe nacięcie wprowadza się minikamerę i narzędzia chirurgiczne, którymi zdalnie operuje lekarz, bardzo przydaje się dobra pamięć mięśniowa oraz lepsza koordynacja oko-ręka. O co zdecydowanie łatwiej u lekarzy, którym nieobcy jest konsolowy kontroler. Badacze z Beth Israel Medical Center sprawdzili, czy taka korelacja faktycznie istnieje i okazało się, że gracze robią o 37 proc. mniej błędów podczas laparoskopii i wykonują zadanie o 27 proc. szybciej niż ich niegrający koledzy.

To tylko trzy odsłony zjawiska, które rozgrywa się na naszych oczach i zmienia sposób uczenia studentów na uczelniach medycznych. Praktyka medyczna i gamifikacja mają punkty wspólne. W obu przypadkach musimy wymaksować określone umiejętności zanim wskoczymy na wyższy poziom doświadczenia i będziemy mogli używać bardziej zaawansowanych narzędzi/broni. Gry medyczne wspomagają naukę opartą na prawdziwych przypadkach. Atrakcyjna oprawa graficzna, interaktywność i odpowiednio wysoki poziom ich rozrywkowości nie stanowią już dzisiaj problemu. Ani technologicznego, ani finansowego. A prawdziwą rewolucją mogą stać się dwie nowe warstwy rzeczywistości: wirtualna i poszerzona. Dzięki nim możliwe stanie się prowadzenie operacji na odległość i uczenie się na poziomie nieosiągalnym do tej pory. O tym jednak przy następnej okazji.

 
Categories

Proste sposoby na to, jak chronić swoje dane na Facebooku

Gigant z Menlo Park już dawno nikogo tak nie wkurzył. Z platformy wyciekły dane 50 mln użytkowników, które następnie trafiły do firmy badawczej Cambridge Analytica (tak, tej od Trumpa). Afera odbija się serwisowiczkawką. Ktoś próbuje niemrawo rozruszać akcję #deletefacebook, ale bądźmy realistami, kto dobrowolnie skaże się na FOMO? Sprawdźmy jak możemy zabezpieczyć się sami przed twórcami aplikacji, którzy wyłudzają od nas dane.

 

Najpierw jednak kilka słów wyjaśnienia. Afera Cambridge Analytica mogłaby zostać zamieciona pod dywan, jak wiele innych akcji związanych z wykorzystaniem danych na nasz temat, gdyby nie splot okoliczności. Facebook nie widział niczego złego w tym, że aplikacja wyciąga dane dotyczące zarówno biorącego udział w idiotycznym quizie, jak i jego wszystkich znajomych. W efekcie CA zgarnęło olbrzymi worek danych, w większości bez zgody ich właścicieli. Co gorsza, Facebook miał o tym wiedzieć, ale postanowił nie informować o tym ani użytkowników, ani władz. Ostatnią kroplą, która przelała czarę był sposób wykorzystania tych danych.

Badacze z Cambridge Analytica wprzęgli do pracy algorytm opracowany przez dr Michała Kosińskiego (nie współpracował on jednak z CA) i na podstawie analizy danych, dokładnie rozpoznali preferencje polityczne użytkowników. A następnie dostosowali komunikację w taki sposób, żeby je zmieniać. Jeżeli wiemy, jakie tematy poruszać z wyborcą, łatwiej możemy nim sterować. Ta wiedza została wykorzystana przez sztab Trumpa i koła optujące za Brexitem.

Pewnie nie dowiedzielibyśmy się o niczym, gdyby nie sygnalista Christoper Wylie, analityk z CA, który całą sprawę ujawnił. I zrobiło się niefajnie. Już wiadomo, że rząd brytyjski i Komisja Europejska zapowiadają wszczęcie postępowań wyjaśniających. Zgłaszają się również przedstawiciele kolejnych krajów, prosząc o wyjaśnienia. Facebook próbował umyć ręce, twierdząc że użytkownicy zgodzili się dobrowolnie na przekazanie danych, ale tym razem taki farmazon nie przejdzie. Jak zatem możemy korzystać z Facebooka, zachowując przy tym względne poczucie bezpieczeństwa?

Wykasuj aplikacje innych firm
Z wygody, lenistwa, niechęci do zakładania konta na nowym serwisie (wpiszcie inną wymówkę) logujemy się Facebookiem do aplikacji zewnętrznych. Zerknąłem w swoje konto i mam na nim 60 aplikacji. Każdej z nich udostępniam swoje imię, nazwisko, profilówkę, zdjęcie w tle, płeć, nazwę i mój identyfikator na Fejsie. Do tego niektóre wyszarpały listę moich znajomych, mój adres e-mail. Praktycznie każda może wysyłać do mnie powiadomienia, niektóre chciały publikować posty w moim imieniu na moim wallu, ale tego pilnuję i zawsze odklikuję. Wejdźcie w Ustawienia -> Aplikacje. Zadumajcie się nad liczbą firm zewnętrznych, którym daliście dostęp do swoich danych. Następnie zjedźcie na dół i polecimy po kolei.

Aplikacje, witryny internetowe i wtyczki -> Edytuj -> Wyłącz platformę. Jasne, po wyłączeniu platformy nie będziemy mogli robić mnóstwa interesujących rzeczy, jak na przykład integracja Facebooka z aplikacjami i witrynami innych firm. Myślę jednak, że jakoś to zniesiemy.

Powiadomienia z gier i aplikacji -> Edytuj -> Wyłącz. I już nie dostajemy bezsensownych powiadomień.

Aplikacje, z których inni korzystają -> Edytuj -> odznaczcie wszystkie opcje -> Zapisz. Dzięki temu użytkownicy Facebooka, którzy widzą informacje o nas, nie będą mieli czego nieświadomie udostępniać aplikacjom, z których korzystają, i które są zainteresowane wyrwaniem ekstra danych.

Ustaw widoczność swoich postów
Tutaj wszystko zależy od tego, jak traktujemy Facebooka. Dla mnie jest on przedłużeniem mojej strony, więc prawie wszystko, co wrzucam pcham na „Public”. Jeżeli jednak nie chcecie się dzielić ze światem swoimi wpisami i nie prowadzicie działalności publicystycznej, proponuję przełączyć się w inny tryb.

Ustawienia -> Prywatność -> Twoja aktywność -> Kto zobaczy Twoje przyszłe posty -> zmieniamy ustawienia na Znajomi. Będzie się to stosować do wszystkich nowych postów, które stworzycie. Ustawienia można modyfikować indywidualnie, choćby podczas tworzenia wpisu.

Ogranicz widoczność starych postów

Dobrym pomysłem może być ograniczenie widoczności starszych rzeczy. Ponownie wchodzimy do sekcji Twoja aktywność -> Ogranicz widoczność starych postów i po rozwinięciu się tej opcji, potwierdzamy nasz wybór. Od tej pory starsze posty, nawet jeżeli były ustawione jako Publiczne, będą widoczne wyłącznie dla twoich znajomych, osób w nich oznaczonych i ich znajomych. Dalekie to od doskonałości, ale lepsze niż nic.

Ogranicz możliwość wyszukiwania Cię
W sekcji Twoja aktywność znajdziemy również pole o nazwie „Jak można Cię znaleźć i nawiązać z tobą kontakt”. Ja występuję jako osoba półpubliczna, więc niczego nie zmieniałem. Ale jeżeli chcecie ograniczać dane, które mogą wyciągnąć inni, możecie poklikać i wyłączyć wyszukiwanie za pomocą e-maila, numeru telefonu oraz nie pozwolić, żeby wyszukiwarki spoza Facebooka linkowały do Twojego profilu.

Oś czasu i oznaczanie
Tutaj możemy ograniczyć bądź wyłączyć możliwość publikowania cudzych wiadomości na naszej osi czasu i ich widoczność, oznaczanie na zdjęciach i w postach. Sami skomponujcie najbardziej odpowiadającą wam paczkę. Mocno rekomenduję wyklikanie sekcji Weryfikacja, włączenie przeglądania postów, w których nas oznaczono, zanim pojawią się na naszej osi czasu oraz weryfikację znaczników.

Przyjrzyjcie się też sekcji Oznaczanie, w której jest rozpoznawanie twarzy. U mnie na razie ta opcja jest niedostępna, ale nasze Facebooki mogą się różnić i możecie mieć ją aktywną. Proponuję wyłączenie.

Wyłączenie usług lokalizacyjnych
Lokalizacja przydaje się w mapach Googla i tylko im zezwalamy na śledzenie naszych poczynań. Dla Facebooka i jego reklamodawców informacje o tym, w jakiej restauracji aktualnie jesteśmy albo gdzie pracujemy, są bezcenne. Nie widzę powodu, dla którego miałbym im je oddawać.

Usługi lokalizacyjne wyłączamy z poziomu telefonu a nie aplikacji. W Androidzie należy wejść w Ustawienia -> Osobiste -> Lokalizacja. I tutaj sprawdźcie, czy na liście aplikacji, którym udostępniacie swoje położenie jest Facebook. Jeżeli jest, klikacie w ikonkę apki, przechodzicie do Uprawnień i wyłączacie lokalizację. Można też pociągnąć hurtem wszystko i wyłączyć to dla wszystkich aplikacji, ale jak wspomniałem wcześniej, te usługi bywają przydatne w przypadku map Googla, aplikacji badających poziom zanieczyszczenia powietrza, nawigacji samochodowych. Dlatego lepiej powyłączać to ręcznie tym programom, którym taka wiedza na nasz temat nie jest potrzebna.

W przypadku urządzeń Apple sposób postępowania jest podobny.

Zmień ustawienia reklam
Należy pamiętać o jednym: nie da się wyłączyć reklam na Facebooku, będziecie je tak czy inaczej dostawać. Wszystko co robimy w tej sekcji ma na celu ich lepsze dopasowanie i uczynienie naszego życia na Facebooku znośniejszym. Być może dzięki nim uda nam się nie przegapić premiery książki naszego ulubionego autora.

Ustawienia -> Reklamy i rozwijamy sobie kolejne sekcje. Warto przejrzeć Twoje zainteresowania i zastanowić się, czy na pewno chcemy dostawać informacje na temat filmów romantycznych tylko dlatego, że zalajkowaliśmy kiedyś oficjalny profil filmu „Love Actually”.

W następnej kolejności wchodzimy do zakładki Twoje informacje i odznaczamy rzeczy, których nie chcemy pokazywać reklamodawcom. Macie tam dwa pola: Informacje o Tobie, gdzie są podstawowe dane (odklikałem wszystko) oraz znacznie ciekawsze Twoje kategorie. Tworzy je sobie sam Facebook na podstawie tego, co mu pokażemy. Warto je przeanalizować i wywalić te, które są bez sensu. U mnie były to na przykład tak dziwaczne kategorie, jak „Bliscy znajomi ekspatów” czy „US soccer fans”.

I tak na szybko to by było na tyle. Miłego facebookowania.

 
Categories

RODO – piekło przedsiębiorców i dobre chęci urzędników

Kilkustronicowe regulaminy do zaakceptowania po wejściu na strony, telefony od banków, w których od lat mamy konto – to czeka klientów w najbliższym czasie. Firmy w popłochu próbują sprawić, żeby nasze dane były przechowywane zgodnie z nowym unijnym prawem i żebyśmy się na to zgodzili. Ale całe to zamieszanie z RODO to tylko wierzchołek biznesowej gry tron, w której złotem jest każdy nasz klik w internecie. Również ten, który sprawił, że czytasz ten tekst.

Monopol na rynku danych?
O co ścigają się największe firmy świata? O to, kto uzyska najszerszy dostęp do informacji o każdym kilku, jaki wykonujemy na naszych telefonach i komputerach. Na razie najwięcej wiedzą o nas firmy z pierwszej czwórki światowych gigantów: Facebook (wart 430 mld dolarów) i firma Alphabet należąca do Google’a (o wartości  640 mld dolarów).

Zwierzamy się tym firmom za każdym razem, gdy szukamy w internecie tego co lubimy, tego czego potrzebujemy lub czytamy treści, którymi nie zawsze chcielibyśmy się chwalić. To właśnie te informacje są paliwem dla Ekonomii Danych, nowego modelu gospodarki, w której eksploracja danych stanowi lwią część wartości największych spółek technologicznych.

Wizja nowej gospodarki to taka, w której najpotężniejsze podmioty wiedzą o nas niemal wszystko. Przerażające? Tak, ale jest też dobra strona: dzięki tej wiedzy sklepy proponują nam wyłącznie to co lubimy, portale podpowiadają tylko te artykuły, które chcemy przeczytać, a banki kredyty, na spłatę których nas stać. Jaki jest czarny scenariusz? Taki, w którym wszystkie dane o nas lądują w jednym miejscu, w jednej firmie. Monopol na tym rynku może być niebezpieczny. I są na to przykłady.

Dane za jeden uśmiech
Rozprzestrzeniane w internecie zmyślone historie wychwalające Donalda Trumpa i równie nieprawdziwe paszkwile na przeciwników politycznych prawdopodobnie znacznie przechyliły szalę amerykańskich wyborów w 2016 roku. Dlaczego Amerykanie łykali te brednie? Bo były skrojone pod ich upodobania, chwytały ich za serce, przypominały coś, co lubią lub obiecywały coś za czym tęsknią. Taką wiedzę dawały sztabowi Trumpa odpowiednio zebrane w sieci dane.

Skąd się wzięły? Wszystko wskazuje na to, że pracująca przy kampanii Trumpa firma Cambridge Analityca kupiła je od osoby, która wypuściła w 2014 roku na Facebooku quizz “Sprawdź, jakim typem osobowości jesteś” (tak twierdzi jej twórca i współpracownik Cambridge Analytica). Aplikacja z quizem nie tylko zebrała dane od 250 tys. osób, które wzięły udział w zabawie (i zgodziły się tym samym na pobranie danych), ale też od ich znajomych (łącznie 50 mln użytkowników Facebooka). Wszystko odbywało się na infrastrukturze serwisu, który pozwala na budowanie zewnętrznych aplikacji zintegrowanych z jej kodem (i do niedawna regulamin pozwalał na wykorzystywanie tych danych).

Tym samym do wielkiego worka danych, którymi obracała firma Cambridge Analytica prawdopodobnie trafiły te, których nikt nigdy nie zgodził się udostępnić (znajomi osób, które wzięły udział w quizzie), a wszystkie zebrane informacje zostały odsprzedane dalej, na co żadna z osób nie wyraziła zgody. Właśnie takim sytuacjom mają zapobiegać unijne regulacje dotyczące danych: GIODO i najnowsza – RODO (ang. GDPR), która zacznie obowiązywać we wszystkich 28 krajach Unii już 25 maja. Unia chce, żeby użytkownicy sieci dokładnie wiedzieli komu i jakie dane udostępniają, komu i w jakim celu będą przekazane i jak mogą mieć wpływ na to, kto gdzie i dlaczego są wykorzystywame.

Co to oznacza w praktyce? – Klienci mogą spodziewać się maili lub innych komunikatów od firm, w których będą informowani o uprawnieniach, które przysługują im w związku z przetwarzaniem danych osobowych. RODO nadaje osobom, których dotyczą dane wiele praw, np. prawo dostępu do danych lub uzyskania ich kopii. Administrator ma obowiązek poinformować o takich uprawnieniach swoich klientów – tłumaczy Alicja Cessak, prawnik Kancelarii Snażyk Granicki.

RODO: Unia Europejska chce wiedzieć kto i jak wykorzystuje dane
Unijne Rozporządzenie Ogólne o Ochronie Danych Osobowych (RODO), jak można się domyślić, jest nie w smak nie tylko technologicznym gigantom, ale wszystkim biznesom, które  gromadzą i wykorzystują dane.Trudno dziś wyobrazić sobie firmę, która tego nie robi: może sklep spożywczy, ale jeśli już przyjmuje zapisy na wielkanocne baby, wpisując w zeszyt imię i nazwisko, a może i telefon zamawiającego, to zbiera i gromadzi dane. Każdy przedsiębiorca, którego relacje z klientami polegają na czymś więcej niż wystawianiu paragonów i faktur, powinien zapoznać się z nowym prawem.

Na celowniku nowej dyrektywy są oczywiście głównie większe firmy zajmujące się zaawansowaną analityką wielkich zbiorów danych (Big Data). Do naszego nazwiska są w nich doczepiane setki informacji o naszych zachowaniach w sieci – to się nazywa profilowanie użytkownika.

Już rozbudowane profile klientów niedługo zostaną uzupełnione o informacje o stanie kont bankowych (umożliwi to wchodzące w tym roku inne unijne prawo PSD2, które sprawi, że banki będą mogły przekazywać informacje o naszych kontach bankowych innym firmom). I to właśnie tak gromadzonym danym Unia Europejska przygląda się najbaczniej. Kombo naszych danych to nie tylko skarbnica wiedzy dla ludzi od marketingu i działów sprzedaży,a  – jak pokazuje historia – polityków. To one są paliwem nowej gospodarki i nimi będziemy karmić maszyny, żeby rozwijać sztuczną inteligencję.

Troska Unii, ból przedsiębiorców
Przedsiębiorcy  we wszystkich 28 krajach Unii Europejskiej uwijają się teraz jak w ukropie, żeby zadowolić Unię, a akronim RODO powtarzają drżącym głosem niczym klątwę rzuconą przez Parlament Europejski nie tylko na największych, ale także małe i średnie biznesy (prawo wobec nich nieco mniej wymagające, ale nowe przepisy ich nie ominą).

– Wciąż zgłaszają się do nas firmy, które dopiero myślą o wdrożeniu RODO, choć czasu pozostało niewiele. Z naszej strony proces jest dwustopniowy. Najpierw analizujemy zasady działania danej firmy, sprawdzamy w jaki sposób jej działalność opiera się na przetwarzaniu danych osobowych, mapujemy przepływy tych danych. To pozwala na identyfikację obszarów, w których dostosowanie jest konieczne. Drugi etap to wdrożenie: przygotowanie odpowiedniej dokumentacji wewnętrznej i zewnętrznej, aneksowanie już istniejących dokumentów, ew. przeszkolenie pracowników i przedstawicieli firmy. Przystosowanie do RODO jest bardziej czasochłonne w przypadku firm, które już na gruncie obecnie obowiązujących przepisów (przed RODO), kwestię ochrony danych osobowych traktowały po macoszemu. Tam świadomość potrzeby ochrony danych trzeba budować od podstaw – tłumaczy Cessak, która wdrożeniem RODO w firmach zajmuje się w kancelarii Snażyk Granicki.

Niechęć przedsiębiorców budzą nie tylko dodatkowe obowiązki i koszty związane z doradztwem przy RODO. Wielu powątpiewa w to, czy nowe prawo nie będzie równie chybione co obowiązek zawieszania informacji o ciasteczkach (plikach cookies), z którego UE wycofała się rakiem krótko po jego wprowadzeniu. Użytkownicy internetu od klikania kolejnych regulaminów jakoś nie zmądrzeli, a chyba i nie czują się w kwestii zbierania danych przez firmy jakoś szczególnie poszkodowani, skoro sami udostępniają je masowo na swoich profilach społecznościowych.

Druga poważna obawa dotyczy tego, że dobrymi chęciami Unii może zostać wybrukowane piekło innowacyjnych przedsiębiorców: przeregulowany rynek przestanie być konkurencyjny na przykład wobec rynku amerykańskiego i część najbardziej innowacyjnych przedsiębiorców technologicznych ucieknie poza Unię.

Podjęto próbę uregulowania technologii na dużą skalę. Gatunek ma 80 tys lat. Prawo może z 8 tysięcy. Ta technologia ma najwyżej 20 lat, więc łatwo być nie może – napisał o RODO na swoim blogu Tomasz Bienias, szef technologii Gazeta.pl.

Unia próbuje wprowadzić regulacje, które przewidzą rozwój technologii. Tymczasem innowacyjność polega na byciu o krok przed regulatorem – tak przynajmniej twierdzi Jack Ma, człowiek, który stworzył swojego e-commercowego giganta w Chinach, jednym z najbardziej obwarowanych regulacjami rynków świata.

 
Categories

10 młodych polskich firm z realnymi sukcesami na świecie

Uwielbiamy czytać o tym, że Polakom się udaje. GO GLOBAL to hasło, z którym na ustach startuje niemal każdy program, który ma wspierać startupy. Pada dużo deklaracji, ale gdzie są prawdziwe sukcesy? Wybraliśmy 10 firm internetowych które naprawdę świetnie radzą sobie na międzynarodowym rynku lub właśnie kończą rozgrzewkę przed swoją globalną szansą.

W zestawieniu nie uwzględniłam software house’ów, czyli firm produkujących oprogramowanie dla zewnętrznych klientów. Takich firm, pracujących dla zagranicznych klientów, jest w Polsce dużo – tyle wiemy, ale ciągle brakuje na rynku danych, co do wielkości rynku i sukcesów polskich software house’ów.

Nie uwzględniałam też rozwiązań tworzonych przez korporacje, czy korporacyjne konsorcja. Cała dziesiątka to niezależne firmy budowane od podstaw przez małe zespoły założycieli.

  1. LiveChat Solutions
    Typowana na drugiego polskiego jednorożca (po CD Projekt) wrocławska firma z prawdziwie międzynarodowym gronem klientów i rozbudowaną usługą w 41 językach. Rozwiązania LiveChat są szczególnie popularne w Stanach Zjednoczonych – korzysta z nich i Departament Stanu i jedna z najlepszych uczelni – Standford University. Od kwietnia 2014 roku notowana na warszawskiej giełdzie, na której wartość spółki przekroczyła 1,4 mld $ już trzy lata po debiucie.

Co robią? Główny produkt to narzędzie do automatyzacji obsługi klienta za pomocą online’owych chatbotów, usługa udostępnia również analitykę interakcji z klientami na stronie klienta i zarządzanie zadaniami związanymi z jego obsługą Ostatnio firma wdrożyła dwa nowe produkty, m.in. BotEngine.ai – platforma, dzięki której każdy, niezależnie od umiejętności programistycznych może stworzyć swojego chatbota. Firma próbuje uciec od łatki firmy jednego produktu, z którą do tej pory działała rynku.

Data powstania: 2002 rok
Założyciele: Mariusz Ciepły, Maciej Jarzębowski, Jakub Sitarz
Obecny CEO: Mariusz Ciepły
Wartość spółki: średni miesięczny przychód spółki to 7,3 mln zł (dane za trzy kwartały 2017 roku)
Własność spółki: obecnie Porozumienie Akcjonariuszy (założyciele + Nationale-Nederlanden OFE)
Inwestorzy: GPW
Klienci: 23 691 klientów
Obecność na zagranicznych rynkach: usługa dostępna w 41 językach w 150 krajach, największym rynkiem jest dla spółki Ameryka Północna. Z rozwiązania firmy korzystają m.in.Pizza Hut, Hulu, Sony Mobile.
Model biznesowy: SaaS B2B

2. DocPlanner/Znany Lekarz
W startup zainwestowali jedni z najbardziej rozpoznawalnych na świecie inwestorów. Za cel rozwoju globalnego DocPlanner postawił sobie głównie rynki hiszpańskojęzyczne. Prezesem firmy jest Mariusz Gralewski, który w wieku 21 lat założył (i sprzedał za 20 mln złotych Agorze) GoldenLine; jest też współzałożycielem funduszu Protos VC.

Co robią? Serwis za pośrednictwem którego można przeczytać opinie o lekarzach i umówić wizytę online.

Data powstania: 2007
Założyciel: Marek Wróbel
Obecny CEO: Mariusz Gralewski
Wartość spółki: szacowane przychody spółki na poziomie 10,8-18 mln zł rocznie.
Finansowanie: łącznie 50 mln dolarów zewnętrznego finansowania
Obecność na zagranicznych rynkach: 25 rynków, w tym Hiszpania (lider po przejęciu w 206 roku największej konkurencji na tamtejszym rynku – Doctoralii), Polska (lider), Włochy (lider), Turcja (lider), Słowacja, Czechy, Niemcy, Francja, Bułgaria, Brazylia, Argentyna, Chile, Meksyk, Kolumbia, Argentyna, Peru, Indonezja, RPA.
Liczba pracowników firmy: 300 (wg danych z lipca 2017 r.)

3. Brainly
Platforma social learningowa, na której uczniowie pomagają sobie wzajemnie w rozwiązywaniu zadań na zasadach pytań i odpowiedzi (peer to peer). Biura firmy znajdują się w Krakowie i Nowym Jorku. Na początku 2018 roku firma przejęła amerykańską firmę Bask, która produkuje edukacyjne wideo – nauczyciele odpowiadają na pytania użytkowników w formie 90-sekundowego wideo.

Co robią? Serwis, za pośrednictwem którego można przeczytać opinie o lekarzach i umówić wizytę online.
Data powstania: 2007 rok
Obecny CEO: Michał Borkowski
Finansowanie zewnętrzne: 38,5 mln $
Inwestorzy: Naspers, General Catalyst, Point Nine Capital, and Runa Capital, Kulczyk Investments (ostatnia runda – 14 mln $)
Obecność na zagranicznych rynkach: ponad 35 rynków, w tym Stany Zjednoczone, Polska, Brazylia, Turcja,
Model biznesowy: firma wciąż skupia się na budowaniu bazy użytkowników i nie wypracowała jeszcze ostatecznego modelu biznesowego. Wiadomo, że część usług będzie działała w modelu freemium, za resztę trzeba będzie zapłacić.

4. Base (dawniej Base CRM)
Startup z krakowskimi korzeniami i dwoma biurami w Dolinie Krzemowej działa w popularnej działce automatyzacji sprzedaży przy pomocy dobrodzejstw AI (artificial intelligence, sztuczna inteligencja). Szczególnie znany jest z wdrożenia usługi Apollo, który umożliwia dodanie nakładki AI do standardowych CRM-ów.

Co robią? Aplikacja sprzedażowa i CRM pomagający zarządzać projektami w firmie, a także bazą kontaktów, telefonami, raportami i innymi stałymi elementami codziennej pracy działu sprzedaży i nie tylko.

Data powstania: 2009 rok
Założyciele:  Uzi Shmilovici, Bart Kiszala, Pawel Nżnik, Ela Madej i Agata Mazur
Obecny CEO: Uzi Shmilovici
Finansowanie: 53 mln $ zebrane w trzech rundach
Inwestorzy: Index Ventures, Tenaya Capital, RRE Ventures, The Social+Capital Partnership, OCA Ventures i I2A
Klienci: ponad 7 tys. klientów
Obecność na rynkach: biura w Mountain View, San Francisco i Krakowie
Model biznesowy: SaaS B2B

5. UserEngage
Firma dynamicznie rozwija skrzydła na nowych, zagranicznych rynkach, choć niezbyt chętnie się tym chwali. Na czele firmy stoi Grzegorz Warzecha – wcześniej rozwijał m.in. platformę i firmę szkoleniową w zakresie IT.

Co robią? Narzędzie do automatyzacji marketingu i sprzedaży w firmie na podstawie Big Data, machine learning i sztucznej inteligencji – AI. Umożliwia zbieranie danych na temat użytkowników odwiedzających stronę w celu dopasowania komunikatów, wysyłanych w formie kampanii mailowych, wiadomości na czacie, SMS, formularzy oraz okienek pop-up.

Założyciel: Grzegorz Warzecha
Obecny CEO: Grzegorz Warzecha
Wartość firmy: MRR (miesięczny powtarzalny przychód) – 60 tys. $ (dane z grudnia 2017 r.
Obecność na zagranicznych rynkach: produkt sprzedawany na 19 rynkach, głównie anglojęzycznych, ale również w Niemczech, Rosji, Turcji, Chinach czy Japonii.
Model biznesowy: SaaS B2B

6. Growbots
Pierwsza polska firma, która przeszła jeden z dwóch najbardziej prestiżowych na świecie akceleratorów dla startupów – 500Startups.

Co robią? Rozwiązanie do automatyzacji procesów sprzedaży – pozyskiwanie leadów i optymalizacja procesu sprzedaży (od pozyskania kontaktów do potencjalnych klientów do zrealizowania sprzedaży i utrzymania kontaktów  z klientem) oparta o możliwości sztucznej inteligencji. “Pozwala w kilka minut dotrzeć do kilku setek potencjalnych klientów”. Platforma umożliwa m.in. pełną personalizację zautomatyzowanych maili i follow-upu.

Rok powstania: 2014 rok
Założyciele: Grzegorz Pietruszyński, Łukasz Deka
Obecny CEO: Grzegorz Pietruszyński
Finansowanie: 4,2 mln dolarów od inwestorów
Inwestorzy: Schu Duan, Lighter Capital, Buran Venture Capital, 500 Startups, Innovation Nest, Flight VC
Klienci: ponad 500 klientów biznesowych (dane z maja 2017 r.)
Obecność na rynkach:  biura firmy w Warszawie, San Francisco i Cleveland
Model biznesowy: SaaS B2B
Liczba pracowników: 80

7. Silvair
Jedna z niewielu firm na świecie, która kompleksowo podeszła do rozwiązania problemu nieefektywnego oświetlania obiektów przemysłowych i biurowych. Inżynierowie Silvair współpracowali z prestiżową organizacją Bluetooth SIG nad rozwojem nowego standardu rozwoju technologii komunikacji bezprzewodowej Bluetooth Mesh.

Co robią? Rozwiązanie to platforma do inteligentnego zarządzania oświetleniem, która do odbierania sygnałów od urządzeń (np. oświetlenia w halach produkcyjnych, biurowcach etc.) i komunikowania się sprzętów różnych producentów między sobą  wykorzystuje najnowszy standard Bluetooth – Bluetooth Mesh. Firma planuje zadebiutować na GPW.

Rok powstania: 2012 rok
Założyciel: Rafał Han
Obecny CEO: Rafał Han
Finansowanie: 12 mln $ w rundzie A, planowany debiut na GPW
Inwestorzy: Trigon TFI, CyberAgent Ventures, Digital Garage i New Europe Ventures
Obecność na rynkach: Polska, Stany Zjednoczone

 8. UxPin
Firma założona przez doświadczonych projektantów i programistów, a teraz prowadzona przez UX-owca i psychologa kognitywnego z Krakowa. Rozwija się głównie na rynku amerykańskim.

Co robią? Kompleksowe narzędzie do tworzenia produktów internetowych i mobilnych: od prototypowania, przez automatyzowanie tworzenia specyfikacji dla programistów, po tworzenie dokumentacji projektu.

Założyciele: Kamil Zięba, Marcin Treder, Piotr Duszyński, Wiktor Mazur, Marcin Kowalski
Obecny CEO: Marcin Treder
Finansowanie zewnętrzne: 11,83 mln $
Inwestorzy: True Ventures, Flight.VC Syndicate, Freestyle Capital, Andreessen Horowitz, Innovation Nest, IDG Ventures USA
Klienci: głównie na rynku amerykańskim, m.in. PayPal i HBO
Obecność na rynkach: biura firmy w Warszawie i Mountain View (Dolina Krzemowa).
Model biznesowy: SaaS B2B

9. GetResponse
Jedno z najpopularniejszych na świecie narzędzi do e-mai marketingu. Prezes GetResponse Szymon Grabowski założył firmę mając 17 lat. a pierwszą firmę – Travel Poland,  już w 1996 roku.

Co robią? Szereg rozwiązań dla zautomatyzowania marketingu online: narzędzie do e-mail markeitngu, kreator landing page’y, system punktacji klientów, analityka pomagająca śledzić każdy ruch klienta na stronie sprzedażowej i sprawdzać, dlaczego klienci rezygnują z zakupów na poszczególnych etapach.

Data powstania: 1999 rok
Założyciel: Szymon Grabowski
Obecny CEO: Szymon Grabowski
Wartość firmy95 proc. udziałów należących do Grabowskiego jest wyceniane na ok. 300 mln zł
Obecność na rynkach: biura firmy w Polsce, Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i Rosji.
Model biznesowy: SaaS B2B
Liczba pracowników: ponad 300

10. Tidio
Szczecińska firma z bardzo dobrymi prognozami i wynikami sprzedaży. Startup jest jednym z pięciu wybranych przez Sebastiana Kulczyka do pierwszej edycji jego akceleratora InCredibles.

Co robią? Dostarczają rozwiązania typu live chat dla marketingu i sprzedaży.

Założyciel: Tytus Gołas
Obecny CEO: Tytus Gołas
Wartość firmy: MRR 70 tys. $
Obecność na rynkach: klienci z ponad 200 krajów
Liczba klientów: 6 tys. płacących klientów (dane z InCredibles)
Model biznesowy: SaaS, model subskrypcyjny

Wśród obiecujących spółek warto wymienić też aplikację do rezerwacji wizyt w branży beauty: Booksy rozwijane na rynku amerykańskim przez Stefana Batorego i Brand24 z Michałem Sadowskim u sterów, którego tegoroczny debiut giełdowy miał na celu pozyskanie kapitału na rozwój usługi na zagranicznych rynkach.

 

 

 
Categories

Personalne tokeny, czyli jak zmonetyzować… samego siebie

Bentyncoin, Wapniakcoin oraz BKcoin to cyfrowe monety wyemitowane w 2017 r. przez znanych polskich youtuberów: Szczepana Bentyna, Maćka Wapińskiego oraz Patryka Suligę. Brzmi trochę, jak żart, ale wcale nim nie jest. Za zebrane w ICO pieniądze panowie rozwijają swoje produkcje wideo, dostarczając nabywcom tokenów lepszej jakości usługi i jednocześnie scalając swoją społeczność. Czy to początek kolejnej rewolucji w kryptowalutowym środowisku?

Satoshi Nakamoto, twórca bitcoina, chyba nie zdawał sobie sprawy, jakiego technologicznego przełomu dokona jego wynalazek i jak wiele nowych możliwości udostępni usieciowionemu społeczeństwu. Rozwój kryptowalut, adaptacja technologii blockchain do wielu tradycyjnych segmentów gospodarki, emisja cyfrowych nośników wartości (ICO), czy chociażby ewolucja smart kontraktów. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze możliwość stokenizowania własnej osoby. Jest to dosyć młoda idea, która zakłada, że tak jak dziś „wartość” ludzi na rynku ocenia się przez pryzmat uwagi odbiorców, jaką są w stanie na siebie skierować (liczba polubień, udostępnień postów, wyświetleń, subskrypcji, komentarzy), tak w niedalekiej przyszłości będzie to oceniane przez pryzmat wartości ich własnych tokenów. Dzięki coraz łatwiejszemu dostępowi do ICO, każdy z nas może wyemitować swoją personalną monetę, wprowadzić ją na giełdę i codziennie sprawdzać, jak wyceniany jest przez rynek. Na pierwszy rzut oka wygląda to, jak smutna, kapitalistyczna wizja, w której każdy człowiek może być dosłownie zmonetyzowany. Jak się jednak głębiej wgryźć w temat, to idea wydaje się całkiem atrakcyjna i sensowna.

Tokenizacja w praktyce
Wyobraź sobie, że prowadzisz kanał na YouTubie, na przykład prezentujący podcasty dotyczące nauki programowania w kilku bazowych językach (C++, HTML). Używasz do tego budżetowej kamerki, mikrofonu i programu do tworzenia animacji. Okazuje się jednak, że masz dydaktyczny dryg, z miesiąca na miesiąc przybywa ci subów, a twoja skrzyka mailowa pęka w szwach od maili typu: “Kiedy pojawi się odcinek o Linuxie?”. Twój kanał skupił wokół się siebie całkiem pokaźną społeczność, a twoi odbiorcy domagają się nowych, lepszych materiałów. Chcesz im tego dostarczyć, ale najzwyczajniej nie masz czasu. Kanał nie jest twoim źródłem utrzymania, tylko dodatkowym hobby, sposobem, by podzielić się z innymi swoją wiedzą. Pieniądze z reklam są marne, a nie chcesz szukać prywatnych sponsorów, gdyż istnieje ryzyko, że zechcą oni ingerować w treść podcastów, a ty przestaniesz być wiarygodnym, niezależnym twórcą. Wątpię byś finansownie uzyskał z funduszy unijnych, od anioła biznesu, albo jakiegoś banku. Zwłaszcza, że istnieje tu spore ryzyko, że inwestycja prędko się nie zwróci, a być może nawet nigdy. Ponadto nie jest w twoim interesie dołączenie do grona zadłużonych. Kanał prowadzisz przecież z pasji i chęci realizowania idei powszechnego dostępu do wiedzy.

W takiej sytuacji emisja personalnych tokenów wydaje się idealnym rozwiązaniem. Z pomocą platformy do przeprowadzania ICO postanawiasz wyemitować 21 mln własnych coinów, z ceną emisyjną 1 gr za token. O emisji informujesz oczywiście swoich odbiorców na kanale, sugerując, że mogą oni bezpośrednio wziąć udział w rozbudowie twojego projektu i dostarczeniu im tego, czego oczekują. Wystarczy, że założą aplikację z portfelem dla różnych kryptowalut (takich multiwalletów jest coraz więcej) i zakupią twoje tokeny podczas emisji. Nikt nie musi tu wykładać dużych kwot. Załóżmy, że masz 200 tys. subskrybentów i połowa z nich wyda na twoje tokeny symboliczną złotówkę (każdy kupi po 100 tokenów). To daje 100 tys. zł dofinansowania, które z pewnością wystarczy, by zatrudnić specjalistę od animacji i nabyć szybszy komputer, i zadbać o udźwiękowienie. Aby uatrakcyjnić emisję, tokeny mogą mieć też opcje konwertowania na inne wartościowe rzeczy związane z twoim projektem (np. wymiana na produkty, które kiedyś wprowadzisz, jak książka, film pełnometrażowy, pierwszeństwo w dostępie do nowych treści, spotkanie face to face, udział w zyskach z reklam, etc.). Ponadto pamiętajmy, że token stanowi, jakkolwiek to brzmi, swego rodzaju udział w twojej osobie. Jest to o tyle istotne, że między twórcami (w tym przypadku youtubowymi), a odbiorcami istnieje specyficzna, sieciowa więź i owym odbiorcom może zależeć na zacieśnianiu tej relacji, czy chociażby odwzajemnianiu się za dostarczanie wartościowej wiedzy.

Po zakończeniu ICO i sprzedaniu 10 mln tokenów, część pozostałych możesz wprowadzić na giełdę, na której twoimi coinami, będzie można obracać jak akcjami na tradycyjnej giełdzie papierów wartościowych. Nie ma takich platform wiele (jeszcze). Przykładowo – tokeny wspomnianych na początku youtuberów notowane sa na coinbe.net. Lwią część pozostałych tokenów zachowujesz dla siebie w kilku celach. Po pierwsze –  możesz je trzymać, licząc na to, że ich giełdowa wycena będzie rosnąć wraz z rozwojem twoich projektów, a ty będziesz mógł je upłynniać czerpiąc gotówkę na dalszy rozwój. Po drugie – tokeny mogą działać jak program lojalnościowy – możesz co jakiś czas rozdawać je w ramach różnych akcji, np. token za suba, token za udostępnienie filmu, etc. Możliwości jest wiele. Wszystko będzie miało jednak sens tylko wtedy, gdy twoja społeczność będzie ci ufać i wierzyć w rozwój twojej działalności. Wówczas w ich interesie jest posiadanie takich tokenów, szerowanie twoich treści i w dłuższej perspektywie zarabianie na ich giełdowej wycenie lub korzystanie z opcji konwersji na inne produkty. Ty zatem musisz dbać o jakość materiałów i regularną aktywnosć na kanale. Można więc powiedzieć, że dzięki personalnej tokenizacji zwiększasz lojalność swoich odbiorców, jednocześnie zobowiązując się wobec nich, że będziesz rozwijał swoją twórczość. Wypadkową tych dwóch czynników może być zwiększanie zasięgu twojego kanału.

Coiny youtuberów
Trudno powiedzieć, czy personalne tokeny mają przed sobą świetlaną przyszłość. Jest to młoda idea, ściśle związana ze środowiskiem kryptowalut, z którym to regulatorzy cały czas mają nie lada zagwozdkę. Dotychczasowe, presonalne ICO pokazały jednak, że potencjał tego rozwiązania jest niemały. Szczepan Bentyn, youtuber nazywający siebie kryptowalutowym ewangelistą, wyemitował 21 mln Bentyncoinów. 3,5 mln rozdał znajomym, a 0,5 mln wprowadził do giełdowego obrotu (na giełdzie Ether Delta). O wejściu na giełdę poinformował na swoim kanale i w 2,5 godziny nabywców znalazło 300 tys. jego coinów. – Po sprzedaży tokenów otrzymałem od ludzi kilkadziesiąt tysięcy złotych i w pierwszym momencie się przeraziłem. Było to dla mnie niespodziewane i nie wiedziałem czego ludzie w zamian oczekują. Czułem, że zaciągnąłem dług, który chcę jak najszybciej spłacić. I tak stałem się uczestnikiem własnego rynku, gdzie kupuję i sprzedaję własne tokeny – tak opisywał swoje pierwsze wrażenia Bentyn. Za pozyskane pieniądze zakupił sprzęt i wynajął operatora i montażystę. Co ciekawe, jego tokeny sprzedawane były na początku za kilka groszy, a w szczytowym momencie osiągnęły wycenę 1,9 zł za sztukę. Bańka w końcu pękła, ale nie zraziło to ponoć jego społeczności. Bentyn uważa, że spoglądając na giełdową wycenę swoich tokenów dostaje realny wyznacznik swojej rynkowej wartości i jest to dla niego o wiele lepszy wskaźnik i motywator, niż lajki na Facebooku.

Okazuje się jednak, że nie trzeba siedzieć w kryptowalutowym środowisku, by znaleźć nabywców swoich tokenów. Świadczą o tym przykłady Maćka Wapińskiego, prowadzącego kanał “Wapniak”  oraz Patryka Suligi prowadzącego kanał “Bez kanału”. Pierwszy zebrał w ICO 110 tys. zł, a drugi w dwa dni sprzedał tokeny za ponad 50 tys. zł. – Jeśli wierzysz we mnie (Patryka), że rozwinę projekt o nazwie “Bez kanału” to masz szansę dać mi kredyt zaufania w ramach którego będę chciał zwiększyć wartość Bez kanału i BKcoina – deklaruje pod swoim filmem Suliga. Jak widać wielu subskrybentów takiego kredytu z chęcią udziela. Nie są to zawrotne kwoty, ale nie oszukujmy się – chodzi przecież o dofinansowanie indywidualnej działalności twórczej, a nie wielkiego giełdowego konsorcjum. Wydaje mi się, że do youtuberów personalna tokenizacja, jako alternatywa dla crowdfundingu, pasuje jak ulał. Zwłaszcza, że nie chodzi o sfinansowanie jednego projektu, ale pomoc w rozwoju długoterminowego planu działalności.

Wyobrażam sobie, że personalne tokeny nie będą domeną tylko twórców youtube’a. W czasach, gdy sieć daje możliwość każdej pojedynczej osobie rozwoju swojego bloga, strony, czy muzycznego profilu, tokenizacja może być istnym motorem napędowym indywidualnej twórczości i przedsiębiorczości. Myślę, że niejeden fan byłby w stanie wyłożyć kilka złotych na wsparcie swojego ulubionego esportowca, licząc na jego sukcesy i wzrost popularności. Niejeden czytelnik bloga chciałby wspomóc swojego ulubionego komentatora, licząc na wzrost jego zasięgu. Niejeden meloman chciałby dofinansować ulubionego dj’a, który wrzuca swoje kawałki na soundcloud i chciałby wydać album i puszczać sety w berlińskich klubach. Takich przykładów można mnożyć.

Zawsze jest jakieś, ale…
Tydzień temu pisałem tutaj, że wyemitowano już mnóstwo bezwartościowych monet zwanych shitcoinami. I od razu nasuwa się skojarzenie, że personalne tokeny tylko zasilą szeregi takiego chłamu. Jest to możliwe, zwłaszcza jak prawdziwą intencją emitenta będzie tylko wzbogacenie się. Podkreślam jednak, że tokenizacja pasuje do twórców, którzy już mają pewną pozycję w sieci, mierzoną liczbą stałych odbiorców. Trudno mi sobie wyobrazić, by ryzykowali oni swoją reputację i lojalność owych odbiorców tylko dla kilkudziesięciu złotych. Z drugiej strony nikomu nieznany twórca nie będzie miał szans na tego typu dofinansowanie, a zbudowanie sobie społeczności wymaga czasu i wysiłku. W tym kontekście wydaje mi się, że o wiele łatwiej jest tutaj oddzielić ziarno od plew i trudniej o wpadnięcie w sidła oszustów.

Wątpliwości, jak to zwykle przy pieniądzach bywa, może budzić też kwestia giełdowych notowań i związane z nimi ryzyko spekulacji. Po pierwsze, jak to w przypadku Bentycoina było, może dojść do nadmuchania spekulacyjnej bańki, która pęknie, a ci co kupowali na górce będą pod kreską. Niestety taka jest natura rynków. Chciwość nierzadko pcha wyceny do poziomów zupełnie oderwanych od fundamnetów i trzeba się z tym liczyć. Wydaje mi się, że personalne tokeny to nie inwestycja na krótki termin, ale raczej na ultradługi. Liczymy na długofalowy rozwój jakiegoś twórcy, więc ewentualnych profitów z trzymania tokenów również należy spodziewać się w bardziej odległej perspektywie. Po drugie, istnieje ryzyko braku płynności. Sam Bentyn podkreślał, że rynek jego monet był bardzo płytki, a więc nie było tam na tyle dużo ofert kupna i sprzedaży, by swobodnie obracać tokenami. To normalne, przy tak niszowych emisjach (choć i na GPW codziennie średnio o 10 do 20 proc. akcji nie znajduje żadnego nabywcy, ani zbywcy). Dlatego też fajnie by było, gdyby tokeny miał dodatkową funkcję konwersji na inne dobra. Personalna tokenizacja jest młodą ideą i będzie zapewne ewoluować. Przyszłość pokaże, w którym kierunku to podąży. Nie będę jednak zaskoczony, jeśli wielu znanych w sieci twórców będzie posiadać swoją własną, cyfrową monetę.

 
Categories

To już 10 lat polskiej sceny startupowej!

W Dolinie Krzemowej szefowie najważniejszych firm technologicznych poznali się w PayPalu, u nas najpewniej na spotkaniu organizowanym przez Aulę Polską.  W tym roku związane z nią nagrody dla biznesów technologicznych zostaną rozdane po raz dziesiąty. To tak jakby scena startupowa świętowała właśnie swoje 10. urodziny. Dojrzewa szybko, choć całkiem niedawno ledwo raczkowała.

Na początku była Aula
Był rok 2007, dzwoniliśmy do siebie z telefonów z guzikami, internet płynął niespiesznie z prędkością 4 Mb/s, pisaliśmy pierwsze blogi i dyskutowaliśmy na czatach. Wtedy właśnie w Polsce zaczęły pojawiać się pierwsze spotkania dla tych, których interesowała nowa technologia i możliwości sieci, tzw. BarCampy. Pierwszy był bodajże Wrocław z GrillIT, później wystartowała Aula w Warszawie, trzeci byliśmy my w Szczecinie z NetCampem, niedługo później Poznań wspomina jeden z pionierów polskiej sceny startupowej Maciej Jankowski, który za swój wkład w organizowanie internetowej społeczności w Polsce otrzymał nagrodę Aulera.

– W 2007 roku pracowałam w korporacji i w ogóle nie myślałam, że będę zakładała startup.To wszystko zaczęło się tak naprawdę od mojej fascynacji internetem, a przygoda z biznesem i startupami rozpoczęła się dla mnie właśnie na Auli. Po prostu przyszłam na jedno ze spotkań i spotkałam osoby, które już działały w branży mówi Agnieszka Maciejowska, współzałożycielka Evenei, firmy z dziesięcioletnim dziś stażem, która zajmuje się sprzedażą biletów online.

Na pierwsze spotkania Auli przychodziło po kilka, kilkanaście osób. Jadło się pizzę i gadało. To były spotkania w stylu “pogadajmy o tym, jak robić kasę w internecie” mówi Artur Kurasiński, który do dziś organizuje Aulę i co roku rozdaje Aulery, nagrody dla najlepszych startupów.

W 2009 roku sypnęło kasą i nagrodami
Można wiele mówić o zaletach polskiej sceny startupowej (świetna społeczność, dużo specjalistów IT, których brakuje na całym świecie), ale na pewno nie można powiedzieć, że w Polsce łatwo było znaleźć pieniądze na biznes. Na pewno nie takie, które pozyskują startupy w osławionej Dolinie Krzemowej czy raju startupów Izraelu. Aniołowie biznesu na polskim niebie pojawiali się raczej rzadko i ze zdecydowanie mniejszym workiem pieniędzy. Dlatego rodzimy rynek startupowy rozwijał się inaczej  zamiast kasy prywatnych inwestorów, mieliśmy unijne dotacje. To one wywołały pospolite internetowe ruszenie – Gdzieś w okolicy 2009 roku słowo “innowacyjne” stało się prawdziwym buzzwordem – potwierdza Agnieszka.

Nasterydowani dotacyjnymi pieniędzmi, ale całkiem zieloni przedsiębiorcy,  pod rękę z jeszcze bardziej zielonymi urzędnikami, którzy podejmowali decyzję o przyznawaniu unijnej kasy… To nie mogło się udać. Na rynku powstało wiele firm-krzaków. Jednak pieniądze wpompowane w branżę interentową w ramach dotacji 8.1. czy 3.2. unijnego programu Innowacyjna Gospodarka nie do końca przeleciały Polakom przez palce. Nawet jeśli pierwsze internetowe biznesy położyli, to wielu z nich, zgodnie ze startupowym duchem, zabrało się za kolejne. Tym sposobem udało się stworzyć pierwszych doświadczonych przedsiębiorców. Wyrosła też masa polskich software house’ów, które dziś obsługują głównie zagranicznych klientów z UK lub Stanów. Te firmy rosły właśnie na unijnych projektach – mówi Jankowski.

Pierwsze gwiazdy, pierwsze miliony
Pierwsze nagrody dla startupów i osób zaangażowanych w budowanie społeczności biznesów technologicznych zostały przyznane 10 lat temu i od tamtego czasu wyróżniono nimi 35 projektów. – To była dla nas bardzo ważna nagroda, bo po Aulerach inwestorzy sami zaczęli do nas przychodzić.  Bycie laureatem automatycznie nas audytowało i uwierzytelniało w środowisku   wspomina Aga Maciejowska, której Eveneę wyróżniono w 2011 roku.

Na aulerowej liście jest zresztą plejada startupowych gwiazd. Tylko dwa z wyróżnionych biznesów nie przetrwały mówi Kurasiński. Co akurat w świecie startupowym, w którym mniej więcej jeden na dziesięć biznesów wypala, jest świetną statystyką.

Wśród laureatów i założycieli wyróżnionych firm znajdziemy najbardziej doświadczonych w Polsce internetowych przedsiębiorców jak Rafał Agnieszczak pierwszy w kraju startupowiec, który w wieku 25 lat zarobił swój pierwszy milion (na serwisie fotka.pl, a w 2009 roku założył Startup School), Jakuba Krzycha (sprzedane Agorze AdTaily i twórca docenionego na światowych rynkach Estimote) czy twórcę Goldenline i rozpychającego się globalnie DocPlannera – Mariusza Gralewskiego.

Mieliśmy już pierwszych doświadczonych przedsiębiorców, ale trzeba było zapewnić dopływ świeżej krwi i zainteresować startupami środowiska studentów. Jak na zawołanie 15 maja 2011 roku Konrad Latkowski zorganizował w Warszawie pierwszy Startup Weekend. Podczas niego trzyosobowe zespoły w ciągu 54 godzin tworzyły technologiczny biznes: od pomysłu, do zakodowania pierwszej wersji. Dziś Startup Weekendy, wciąż koordynowane w Polsce przez Latkowskiego, odbywają się w całej Polsce – od Olsztyna przez Płock po Lublin.

Korporacje i państwo chcą grać w grę
To co do tej pory można było jeszcze nazywać kulturą zapaleńców, w ostatnich dwóch latach osiągnęło rozmiary prawdziwego szaleństwa. Od kiedy wiedzą powszechną stał się fakt, że w gospodarce nowej generacji główną przewagę konkurencyjną gospodarek będzie stanowić innowacyjność, polscy politycy zaczęli dostrzegać w startupowcach nie tylko oszołomów w klapkach, ale też partnerów do rozmów. O startupach mówią teraz u nas premierzy i ministrowie, a raz na jakiś czas  zaprasza je do pałacu prezydent. Od nowego rozdania w rządzie mamy też Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, a rząd planuje wesprzeć w najbliższych latach startupowy rynek kwotą 2,8 mld złotych. Od 2015 roku branża startupowa ma też swoją organizację rozmawiającą w ich imieniu z politykami – Fundację Startup Poland. Robi się poważne.

Wiatr zmian poczuły też korporacje, które od trzech lat prześcigają się w nowych pomysłach na współpracę z młodymi firmami. W centrum stolicy na 38. piętrze jednego z najabrdziej nowoczesnch drapaczy chmur znajduje się nowoczesne centrum współpracy startupów z korporacjami – The Heart Warsaw, a od 2015 roku działa w stolicy jeden z sześciu na świecie campusów Google’a.

Jakby tego było mało, niemal 60 mln złotych z unijnych środków wyda w tym roku Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości na 20 programów, które mają rozpocząć współpracę dużych firm ze startupami. I chociaż na razie nie widać świetlanych efektów, to jedno jest pewnie: duże firmy czują, że to właśnie te startupowe dzieciaki mają coś, czego korporacja nigdy mieć nie będzie – szybkość, świeżość, kreatywność i świetne wyczucie technologii.

Future is bright
Jak będzie wyglądała scena startupowa w Polsce za 10 lat? Na pewno będzie więcej prywatnego kapitału inwestującego w startupy (powoli budzą się nasi biznesmeni), rozwinie się rynek funduszy inwestycyjnych (od tego roku unijne pieniądze płyną nie prosto do przedsiębiorców jak przy feralnych programach dotacjach, tylko do wyspecjalizowanych funduszy).

To, za co wszyscy kibice polskiego rynku startupowego trzymają kciuki, to zagraniczne sukcesu rodzimych biznesów technologicznych.  – Skala polskich biznesów już bardzo się zmieniła. Kiedyś sukces to było Gadu Gadu, lokalny rynek nam wystarczał. Dziś startupy myślą coraz bardziej globalnie – mówi Jankowski.

Jakie biznesy będziemy rozwijali w branży technologicznej za 10 lat? Tego nawet nie próbuję przewidywać, skoro dziesięć lat temu uważaliśmy, że nic lepszego niż muzyka na mp3 nie może nam się przydarzyć. Obyśmy statuetki odbierali podczas dwudziestej gali Aulerów.