Categories

Student posprząta oceaniczny śmietnik

To z oceanów wyszliśmy na ląd. Tiktaalik, akanto- i ichtiostegi dały początek całemu szeregowi zdarzeń ewolucyjnych, którego ukoronowaniem jest człowiek. I człowiek, poczuwszy się koroną stworzenia i władcą szczytu łańcucha pokarmowego, postanowił się oceanowi, swojej kolebce, odwdzięczyć.

Wrzucając do niego tyle plastikowego śmiecia, że wystarczyło go, między innymi, do uformowania Wielkiej Pacyficznej Plamy Śmieci. Pozwólcie, że poświęcę jej kilka słów.

Mówi się, że dzisiaj nie da się niczego odkryć, bo wszystko już zostało odkryte. Otóż jest to nieprawda, gdyż WPPŚ odkrył w 1997 roku Charles Moore. Wcześniej, bo w roku 1988, jej istnienie postulowali badacze, prowadzący prace na Alasce. Prądy oceaniczne uformowały ją ze śmieci i plastikowych odpadów, i dryfowała sobie przez lata po Pacyfiku, między Kalifornią a Hawajami. Jakiś czas potem okazało się, że ma siostrę, która ma dyżur bardziej na zachód, między Hawajami a Japonią. Potem odkryto jeszcze kilka takich skupisk.

Odnajdywanie takich pływających wysypisk nie jest łatwe, ponieważ to nie jest zwarta konstrukcja powiązana sznurkiem. Koncentracja plastiku w centralnym punkcie Plamy wynosi 100 kg na kilometr kwadratowy, na obwodach jest to zaledwie 10 kg/km2. Dlatego sama nazwa jest nieco myląca. Plama jest w rzeczywistości Zawiesiną.

Nie wiadomo ile tego śmiecia tam jest, ale szacunki mówią, że może to być 50 tys. ton. Są jednak również tacy pesymiści, którzy twierdzą, że pływa 130 tys. ton. Żeby uzmysłowić skalę problemu, posłużę się płetwalem błękitnym, największym znanym stworzeniem na Ziemi. W wersji lżejszej, Plama waży tyle co 263 tys. płetwali. I gdybyśmy je ułożyli, jednego za drugim, to sięgałyby z mojego dużego pokoju na Mokotowie aż do miasta Chattanooga w stanie Tennessee. Jeżeli zaś założymy, że plama jest cięższa, to te płetwale opaszą prawie równo pół równika. A przecież mówimy tu tylko o jednym skupisku plastikowych śmieci, po oceanach pływa tego więcej.

Plama ma powierzchnię 1,6 mln km2. To sześciokrotna powierzchnia Polski albo prawie trzy Francje. Najgorsze w tej pływającej wyspie jest to, że w większości składa się z fotodegradowalnych tworzyw sztucznych. Mają one tę przykrą właściwość, że nie ulegają pełnemu rozkładowi, tylko rozpadają się na pył. I ten pył, tworzący zawiesinę, i większe odpady, trafiają do łańcucha pokarmowego. Negatywne efekty tym spowodowane dotykają ponad 250 gatunków zwierząt.

Świat przyglądał się temu z dużym zainteresowaniem i minimalną aktywnością do 2008 roku. To wtedy ruszyły projekty oczyszczenia oceanu z tego plastiku, które jednak nie przyniosły jakichś zdecydowanych akcji. Dopiero w 2012 roku światu objawił się holenderski student Boyan Slat, który na TEDxDelft opowiedział o swoim projekcie The Ocean Cleanup. Zainteresowały się nim media, zainteresowały się tłumy. Odpalił croundfunding, zebrał 2,2 mln dolarów i zaczął tworzyć urządzenie do likwidacji Wielkiej Zawiesiny.

Projekt jest genialny w swojej prostocie. System 001 to rura o długości sześciuset metrów, do której podwieszone są sieci. Konstrukcja jest pasywna, to znaczy nie ma żadnych silników, które by nią poruszały. Ustawiona w kształt gigantycznej litery U, dryfuje sobie z tym samym prądem, który spowodował nagromadzenie śmieci, i powolutku je zgarnia. Ponieważ wystaje nad powierzchnię, popycha ją wiatr, więc rusza się szybciej od śmieci, dzięki czemu ma szansę je wyłapać. Co jakiś czas do Systemu 001 podpływa statek, który zbiera plastik a odciążona konstrukcja kontynuuje swoją podróż. Na filmie widać, jak to działa.

Twórca ocenia, że w ciągu pięciu lat System 001 będzie w stanie zgarnąć połowę Plamy. Aktualnie zmierza ku wodom testowym, gdzie przez dwa tygodnie będzie bacznie obserwowany. Jeżeli testy pójdą pomyślnie, konstrukcja ruszy w dalszą drogę. 1000 mil, dzielących ją od Wielkiej Pacyficznej Plamy Śmieci ma pokonać w dwa, trzy tygodnie. Myślę, że tej inicjatywie warto nie tylko kibicować, ale i wesprzeć. Zapraszam na stronę projektu, gdzie można wrzucić jednorazową kwotę lub ustawić stałe zlecenie. Nie będą to zmarnowane pieniądze.

 
Categories

Coraz więcej zagranicznych spółek, mało innowacji

Już 16 procent wszystkich nowych spółek w Polsce to firmy zakładane przez obcokrajowców – wynika z danych KRS. Biznes chcą robić u nas głównie przedsiębiorcy z Ukrainy i Białorusi. Niestety, większość zakładanych przez nich  firm to wciąż jednoosobowe działalności lub pośrednictwa pracy. Tymczasem Polsce marzy się napływ zagranicznych innowacyjnych firm technologicznych, które przyciągałyby nad Wisłę inwestorów i tworzyły atrakcyjne miejsca pracy, m.in. dla wciąż odpływających z kraju polskich programistów.

W pierwszej połowie tego roku w Polsce zarejestrowano 3658 spółek z zagranicznym kapitałem. Najwięcej, bo aż 45 procent na Mazowszu. To znaczy, że mamy obecnie około 66 tysięcy takich firm. Czym się zajmują? Głównie handlem, mechaniką samochodową, budownictwem i transportem. Gorzej nam idzie przyciąganie młodych innowacyjnych spółek – tylko 12 procent technologicznych startupów w Polsce ma wśród założycieli obcokrajowców (wynika z raportu Fundacji Startup Poland za 2017 rok).

Tymczasem kraje na całym świecie zabiegają właśnie o nich – młodych, oblatanych w nowych technologiach, gotowych tworzyć globalne firmy, a przy tym płacić miejscowe podatki, przyciągać dobrych specjalistów i rozwijać branżę technologiczną. Wiele państw wabi je specjalnymi warunkami: w Stanach znajdą 30-miesięczną bezwizową rezydenturę z darmowym biurem, w Chile ulgi na start i dofinansowanie, a we Francji nawet pomoc w zorganizowaniu życia osobistego w nowym kraju – program French TechTicket załatwia zdolnym obcokrajowcom m.in. znalezienie przedszkola dla dzieci.

Programy przyciągania zagranicznych przedsiębiorców i talentów technologicznych ma wiele krajów: Kanada, Stany Zjednoczone, Australia, Nowa Zelandia czy Chile. Coraz bardziej aktywne, również w Polsce, są organizacje ściągające technologiczne startupy do Azji – wśród największych graczy trzeba wymienić Singapur, ale też mocne programy dla przedsiębiorców z Chin czy Korei Południowej. W Europie o zagraniczne innowacje specjalnymi ofertami walczą: Dania, Francja, Portugalia, Estonia, Irlandia, Włochy, Szwecja, Hiszpania, Holandia, Wielka Brytania, a od ubiegłego roku również Litwa. Gdzie w tym wszystkim Polska?

Długo trwało stworzenie w Polsce pierwszego programu zachęcającego młodych obcokrajowców do zakładania nowoczesnych firm nad Wisłą. Dopiero w tym roku, po kilku latach prac, powstaje program Poland Prize, w ramach którego technologiczne startupy z całego świata będą mogły powalczyć o atrakcyjne warunki dla rozwoju swojego biznesu i wsparcie, również to finansowe – każdy z ośmiu zespołów wybranych w pierwszej edycji programu dostanie 200 tys. złotych na dobry początek. “Ten program to spełnienie mojego marzenia” –   mówi w rozmowie z HiCash Maciek Sadowski, szef fundacji Startup Hub Poland, która od ponad sześciu lat pracuje nad przyciąganiem do Polski innowacyjnych biznesów ze wschodu.

O tym, jakimi argumentami chcemy przyciągać nad Wisłę młody biznes z zagranicy rozmawialiśmy z Maciejem Sadowskim ze Startup Hub Poland i Igorem Sawczukiem, przedsiębiorcą o ukraińskich korzeniach, który zdecydował się rozwijać w Polsce swoją firmę technologiczną firmę Wandlee.

 

 

 

 

 
Categories

Dostarczymy to panu hurtowo

Dzień dobry, to co poprzednim razem u was zamawiałem było bardzo smaczne. Chciałbym do was zabrać dziewczynę na kolację, gdzie jesteście, bo na stronie nie ma takiej informacji? Jak to nigdzie? To skąd to jedzenie? Dark kitchen? Jak dark, to ja jednak podziękuję. Do widzenia.

Rewolucja w dostawie jedzenia dzieje się na naszych oczach. Foodtech kipi od nowych pomysłów. Nowe sposoby zamawiania i dowozu zmieniają rynek, i kształtują nasze zachowania związane z kuchnią. Wszystko zaczęło się 8 lat temu. Zamieszany był w to między innymi faks.

Gdzie kucharek sześć
Pierwszy portal agregujący oferty wielu lokali, Szama.pl powstał w 2004 roku w Trójmieście. Dwa lata później w Warszawie startuje NetKelner.pl. Obie platformy z mozołem budują bazę lokali, ale dla niektórych na tak rewolucyjny krok jest jeszcze za wcześnie, dlatego liczy ona kilkaset sztuk. W 2010 roku na rynku debiutują Pyszne.pl i Pizzaportal.pl. A potem zaczyna się karnawał fuzji, przejęć, konsolidacji i wykupów. Pizzaportal wchłania Szamę, NetKelnera, Foodpandę i Delivero, czyli cztery z pięciu największych platform. A dwa lata po starcie, sam zostaje przejęty przez Delivery Hero. Trzy miesiące później Pyszne sprzedaje wszystkie udziały grupie yd. yourdelivery. Sytuacja na rynku ustala się na jakiś czas.

Wspominałem wcześniej o faksie. W początkowym okresie działalności Pyszne i Pizzaportal działały na zasadzie call center. Ludzie składali zamówienie na stronie a pracownicy portali przekazywali je do odpowiednich restauracji telefonicznie, mailowo, sms-em, a bywało że nawet faksem. Co, jak się możemy domyślać, w miarę zwiększania skali działania, potęgowało chaos. Zdarzały się zamówienia pomylone, czasami ktoś je odebrał i nie puścił do realizacji, klienci się frustrowali, portale zbierały kiepskie recenzje. Nie tworzyło to dobrego klimatu do rozwijania działalności. Dlatego trzeba było zmienić paradygmat.

W lokalach, które miały podpisane umowy z platformami, zaczęły pojawiać się sprytne maszynki. Klient składa zamówienie przez portal. W restauracji, którą wybrał, terminal drukuje paragon z informacją kto zamówił, co zamówił, należnością i adresem dostawy. Pracownik lokalu wciska enter, klient dostaje powiadomienie ile czasu zajmie realizacja jego zamówienia. Czysto, schludnie, bez pomyłek. Osoba obsługująca terminal przyjmuje zamówienie w ciągu kilkunastu sekund, zwiększa się przepustowość i można realizować więcej dostaw. Wszyscy wygraliśmy.

Ale jak to? Mam zapłacić przed dostawą?
Samo uruchomienie terminali usprawniło proces przyjmowania zamówień, teraz trzeba było zachęcić ludzi do sprawnych płatności. Lech Kaniuk, pomysłodawca i twórca Pizzaportal wspomina, że na początku ludzie nie chcieli płacić kartą przed otrzymaniem posiłku. Wyraźnie było widać trend – za pierwsze 2-3 dostawy klient płacił gotówką. Ludzie chcieli mieć pewność, że jedzenie w ogóle dojedzie i czy będzie jadalne. Dopiero gdy orientowali się, czy wszystko jest w porządku, podpinali kartę. I w tym momencie zazwyczaj zostawali regularnymi użytkownikami portalu. Można uznać, że zamawianie jedzenia przez telefon pchnęło mocno do przodu rynek płatności internetowych.

Przed pośrednikami stoi jeszcze jedno zadanie. Muszą przekonać do siebie ludzi zamawiających jedzenie klasycznie, przez telefon. Nie ma jednoznacznych badań, ale ocenia się, że w Polsce jedzenie przez telefon w dalszym ciągu zamawia od 60 do 80 proc. klientów. Do podziału między Pyszne i Pizzaportal jest więc bardzo duży rynek.

Patrząc na agregatory z punktu widzenia konsumenta, widać że próbują go przyciągnąć szybkością i łatwością złożenia zamówienia. Gdy mamy tam konto z podpiętą kartą, jedyna trudność to decyzja co chcemy dzisiaj zjeść. Reszta działań właściwie nie wymaga niczego poza kilkoma kliknięciami, system załatwia za nas większość roboty. Platforma działa niczym lep na muchy – gdy nas skusi i zaczniemy z niej korzystać, nie opłaca nam się zamawiać bezpośrednio w lokalu, bo to trwa za długo i na dodatek musimy rozmawiać przez telefon z obcym człowiekiem, co dla niektórych bywa przeszkodą nie do pokonania.

Logistyka, głupcze!
No dobra, przyciągnęliśmy ludzi, zmotywowaliśmy ich do regularnego korzystania z naszego serwisu. Klienci podpięli kartę, klikają, zamawiają a potem wkurzają się, że mieli czekać na jedzenie maksymalnie godzinę, a dojechało po dwóch i nadawało się tylko do wyrzucenia. Możemy mieć idealną platformę, najlepsze lokale w ofercie, niskie ceny i dobre jedzenie, ale jeżeli nie dowieziemy go na czas, cały nasz wysiłek bierze w łeb. Gniew zamawiającego ściąga na siebie zarówno platforma, jak i lokal. Bo klienta nie interesuje, kto mu to właściwie dowiózł. Przecież nie zastanawiamy się, czy Pyszne ma własną flotę dostawców, czy za dowóz odpowiada restauracja. Przyjechało za późno i zimne, jedna gwiazdka, wypad z sekcji ulubione, pizzę od dzisiaj będę zamawiał u innego Włocha.

O tym, jak ważna dla ludzi jest punktualność nie trzeba nikogo przekonywać. W przypadku jedzenia jest ona czynnikiem krytycznym, bo nie po to zamawiamy do domu, żeby jeść zimne i niesmaczne. A jak zamawiam, bo mam gości, to przecież nie będę odgrzewał pięciu czy sześciu porcji, bo zwyczajnie nie mam ku temu możliwości kuchennych. Nie mam też ochoty testować jakości dowozu kolejnej restauracji, bo kosztuje mnie to za dużo nerwów (mój rekord to dwie godziny czekania, trzy telefony i finalnie skasowanie zamówienia przez restaurację). Pojawiła się więc nisza i kwestią czasu było jej zapełnienie.

Uber Eats Uber Alles
Pomyślmy tylko, kto ma prawie gotową aplikację, gotową flotę samochodową i zmysł biznesowy otwarty na nowe możliwości? W 2014 roku powstaje Uber Fresh, przemianowany potem na Uber Eats. Do Polski wchodzi w 2017 roku i klienci mają jeszcze wygodniej. Podczas gdy działające klasycznie Pyszne i Pizzaportal muszą opierać się na dostawcach restauracji zgromadzonych na platformach, Uber ma swoją ekipę kurierów ii może zaoferować dużo szybszy czas dostawy.

Nic więc dziwnego, że Polacy coraz chętniej korzystają z tego rozwiązania. W tej chwili w miastach, w których Uber Eats działa, ma w ofercie ponad tysiąc lokali, oferującej praktycznie wszystkie kuchnie i smaki świata. Czas dostawy z reguły nie przekracza 30 minut. Na dodatek w aplikacji na bieżąco widzimy, którędy aktualnie zasuwa dostawca. No i najważniejsze – Uber Eats dowiezie nam jedzenie z restauracji, która nie ma dowozu własnego. To niesamowite ułatwienie dla klienta, który nabrał akurat ochoty na Big Maka z frytkami i duża wygoda dla lokalu, który nie musi się przejmować transportem a wyłącznie jakością potrawy.

Dostarczaj albo giń
Dla dobrze zorganizowanej i sprawnie działającej restauracji, realizacja zamówień na wynos nie będzie kwestią „być albo nie być”, ale może stanowić bardzo przyjemny bonus. Dostawa rozszerza ofertę, tworzy nową grupę klientów i może generować dodatkowe zyski. Co jednak robić, gdy lokal nie ma opcji dostawy? Może zacząć tworzyć własną logistykę. Zatrudnić dostawcę z samochodem, płacić mu, wymyślić własny system dowozu. Tylko co czynić w sytuacji, gdy w ciągu kwadransa spłynie pięć zamówień na wynos? Jeden dowoziciel się nie wyrobi, choćby potrafił latać. I właśnie wtedy klient czeka na dostawę ponad dwie godziny. No to jak myślicie, zamówi tam jeszcze kiedykolwiek jedzenie? Nie wspomnę nawet o sytuacji, w której kierowca ma awarię samochodu albo zdrowia, bo wtedy system wali się kompletnie.

Dlatego wygodniej zlecić dowóz na zewnątrz. Ot, choćby firmie Stava, która obstawia wyłącznie ostatni element składający się na zamówienie jedzenia na wynos. Stava ma wiedzę, jak dobrze dowozić, więc restaurator nie musi się martwić o rzeczy, na których się przecież nie musi znać. Za określoną stawkę przekazuje dowóz firmie zewnętrznej i ma święty spokój. W trójkącie klient-restauracja-dostawa wygrywają wszyscy, chociaż oczywiście niektórych kosztuje to trochę więcej pieniędzy.

Quo vadis branżo?
W tej chwili sytuacja wygląda następująco: duże agregatory lokali nie mają własnej logistyki i opierają się na dostawach realizowanych przez restauracje. Firmy logistyczne wożą jedzenie tym lokalom, które nie mają swoich dostawców. Pośrodku tego wszystkiego działają hybrydy typu Uber Eats, który z jednej strony jest agregatorem, a z drugiej firmą logistyczną. Zatem na logikę system powinien zatem migrować w stronę dużych agregatorów z rozbudowanym transportem własnym. Czyli model Uber Eats na dopalaczach.

No dobra, a gdzie w tym wszystkim restauratorzy? Nie czarujmy się, to wszystko jest biznes i trudno oczekiwać sentymentów. Platformy i firmy logistyczne będą grały pod siebie, bo dla mocnego zawodnika, obsługującego kilka tysięcy lokali, zerwanie współpracy z kimś, komu się układ nie podoba, nie będzie stanowiło problemu. Na razie na szczęście nie ma sygnałów, że współpraca z Pyszne, Pizzaportalem, Stavą czy Uber Eats zrujnowała komuś biznes. I dopóki w obrotach lokalu najważniejszą pozycją budżetową są goście przy stolikach, nie powinno dziać się źle.

Na co komu stolik?
We wstępie rzuciłem kryptyczne zdanie o dark kitchen. To stosunkowo nowy pomysł, który z powodzeniem przyjął się na kilku rynkach światowych i powoli wchodzi do Polski. Po co otwierać lokal, zatrudniać kelnerów, kucharzy, pomocników kucharzy i płacić za wynajem powierzchni, gdy można otworzyć wirtualną restaurację? Czy to nie fantastyczny pomysł biznesowy? Sama kuchnia, która przygotowuje posiłki dostępne wyłącznie w dostawie? Klientowi nie robi różnicy, czy obsłuży go restauracja rzeczywista, czy nieistniejąca, ma być smacznie, niedrogo i dowiezione na czas. W Warszawie w sierpniu b.r. wystartował taki projekt. Nazywa się Aroha Bowl i oferuje nowozelandzkie poké bowl wypełnione ryżem aroha, warzywami i owocami morza. Jest też opcja wegańska.

W Wielkiej Brytanii pomysł realizuje Deliveroo, w Stanach nowojorska Green Summit Group. Możliwości są nieograniczone. Przecież jedna kuchnia, która nie ma na głowie zamówień ze stolików, może na kilku stanowiskach przygotowywać sushi, dania kuchni polskiej, włoską pizzę, jedzenie wegańskie, kurczaka tikka masala i gulasz wołowy.

I co jeszcze wymyślicie?
Z dietą pudełkową zetknął się chyba każdy, kto próbuje się odchudzać albo nie ma czasu na gotowanie, a nie chciałby żywić się wyłącznie produktami od Pana Kanapki. W tej chwili firm oferujących catering dietetyczny jest na naszym rynku około 400. Nie jest to najtańsza zabawa, któregoś dnia usiadłem i policzyłem, że w sensownej ofercie wydawałbym miesięcznie o 500 złotych więcej na osobę niż kosztuje mnie to obecnie. I mówię wyłącznie o jedzeniu od poniedziałku do piątku. Weekendy mam zbyt nieprzewidywalne, żebym ryzykował zamawianie jedzenia, które miałoby się marnować. Jednak po liczebności firm oferujących takie rozwiązania widać, że chętnych nie brakuje.

Niektórzy idą jeszcze dalej i zamiast gotowego posiłku możemy sobie zamówić składniki niezbędne do jego wykonania. Firma Just Chopped oferuje odmierzone i odważone produkty, dzięki którym możemy samodzielnie ugotować proste acz efektowne potrawy. W zestawie o nazwie grillowane żeberka z miodem i warzywami znajdziemy żeberka, odpowiednią przyprawę do mięsa, miód, sos sojowy, kolby kukurydzy, ziemniaki i ketchup. Sól, oliwę, patelnię i miskę musimy zorganizować we własnym zakresie. Jedno kliknięcie przerzuca nas do strony z przepisem, w którym krok po kroku, w prosty sposób mamy wyjaśnione co i w jakiej kolejności robić. Porcja jest obliczona na dwie osoby.

Zalety takiego pomysłu? Koszt porównywalny z ceną posiłku na mieście, świeże składniki, odmierzone ilości, dzięki którym niczego nie wyrzucamy, dostawa pod drzwi, wygoda. Wady? Jest pewnie drożej niż gdy sami robimy zakupy. No i nie jest to opcja dla kogoś, kto wszystko kupuje u zaprzyjaźnionego rolnika i dba o wysoką jakość tego, co wkłada do garnka.

Właśnie, à propos zaprzyjaźnionego rolnika. Na platformie Rano Zebrano, możemy zamówić świeże produkty z lokalnych gospodarstw rolnych. Z dostawą do domu. Dzięki wycięciu całego łańcucha pośredników, oferowane ceny są całkiem sensowne i możemy mieć na stole zerwane poprzedniego dnia pomidory taniej, niż gdybyśmy je kupili na jednym z modnych bazarów. Nawet uwzględniając koszty dostawy.

O projektach typu Frisco czy Szopi nawet nie wspominam, bo znają i lubią je wszyscy. Zresztą zakupy przemysłowo-spożywcze z dostawą do domu są obecnie tak popularne, że czasami na parkingu pod moim blokiem stoi więcej dostawczaków niż samochodów lokatorskich.

Klient oszołomiony
Jak widać, rynek dostaw jest wszechstronny i bogaty. Nam, jako konsumentom, pozostaje jedynie wyciągnąć portfel i wybrać coś dla siebie. Na naszych oczach dzieje się kolejna (r)ewolucja. Komórki zlikwidowały problem „nie ma mnie pod telefonem, dzwoń wieczorem”. Internet rozpuszczony w powietrzu pozwolił nam na ciągłe przebywanie w sieci. Amazon zmienił fundamentalnie to, jak kupujemy w sieci. Uber przeorał rynek taksówek, Facebook i Instagram pozwolił transmitować swoje życie na żywo, a Netflix dał natychmiastowy dostęp do całych sezonów serialowych i wykreował zjawisko binge-watchingu. Wybaczcie, że piszę takie truizmy, ale te wszystkie rzeczy w sposób mniej lub bardziej zauważalny zmieniły nasze życiowe nawyki. Rewolucyjne pomysły spowodowały ewolucyjne zmiany. Dzisiaj opowieści o tym, jak to z siecią łączyliśmy się przy pomocy modemu a na premierę serialu w Polsce czekaliśmy dwa lata, brzmią jak rasowe science fiction. A mówimy tu o rzeczach, które działy się ledwie 20 lat temu. W sumie jedno pokolenie.

To, co dzieje się na szeroko rozumianym rynku dostaw jedzenia kreuje nowe trendy i powoli, ale skutecznie modyfikuje nasze postawy i przyzwyczajenia. I być może za 10 lat, odbierając klucze od nowego mieszkania, zadysponujemy tylko stanowisko pod ekspres do kawy. Bo jedzenie ktoś nam dostarczy pod drzwi.

 
Categories

Trzynastolatka wprowadziła swoją lemoniadę do sieci sklepów w USA

Mikaila przedsiębiorczość wyssała z mlekiem matki – oboje rodzice mają dyplom uczelni biznesowych. Trzeba jednak oddać trzynastolatce, że swój produkt i markę budowała konsekwentnie od czwartego roku życia, kiedy to zaczęła sprzedawać własnej roboty lemoniadę. Wystawiła przed domem stolik i ruszyło. Ale to przygodzie z pszczołami zawdzięcza niezwykłe story, które wyniosło markę Me & the Bees Lemonade™ nie tylko na salony (dziewczynka spotkała się m.in. z Barackiem Obamą), ale przede wszystkim na sklepowe półki.

Zgrabnie opowiadana przez trzynastolatkę historia firmy chwyciła  za serca Amerykanów. Skąd pszczoły w nazwie firmy? Kiedy dziewczynka miała cztery lata w ciągu kilu dni użądliły ją dwie pszczoły. Rodzice doradzili jej, że – aby pokonać strach przed owadami – powinna dowiedzieć się o nich więcej. Tak powstała filozofia marki Me&Bees Lemonade.

Do rodzinnego przepisu na lemoniadę Mikaila postanowiła dodać miód produkowany przez pszczoły z sąsiedztwa – dzieło teksańskich owadów stało się kluczowym smakiem napoju i znakiem rozpoznawczym marki. 10 procent zysków ze sprzedaży świeżo wyciskanej lemoniady fundacja Mikaili przekazuje organizacjom zajmującym się ochroną  pszczół.

Największymi sukcesami firmy Me&Bees Lemonade jest sprzedaż 360 tys. butelek napoju rocznie i podpisany w tym roku kontrakt z największą w Stanach siecią sprzedającą produkty organiczne – Whole Foods Market,. Od maja lemoniady Mikaili są dostępne w pięciuset sklepach sieci w sześciu amerykańskich Stanach.

Chociaż wsparcie rodziców widać na każdym etapie budowania firmy, to trzynastolatka pozostaje oficjalną założycielką i CEO firmy. Teraz do najważniejszych wyzwań stojących przed Mikailą jest niezawalenie szkoły, którą próbuje pogodzić z obowiązkami prezeski, mentorki programów uczących dzieci przedsiębiorczości i działalnością edukacyjną dotyczącą ochrony pszczół. Przyznaje też, że prowadzenie jednej firmy zaczyna ją nudzić i ma już pomysły na kolejne biznesy.

Mikaila odbiera Medal Honoru Eleonory Roosevelt/ facebook.com/MikailasBees

 

 

 
Categories

Prototyp vs. Stereotyp. Technologia pomaga przezwyciężać bariery

Fot. Omkaar Kotedia

Każdy z nas pamięta scenę, w której Terminator naprawia sobie dłoń. Rozcina przegub i usprawnia mechanizm poruszający palcami. Wizja ludzkiego ciała wspomaganego i modyfikowanego przez technologię jest wciąż żywą fantazją kultury popularnej obecną w literaturze fantastyczno-naukowej, filmach, komiksach czy grach komputerowych. Wiara, że to właśnie technika da nam nadludzkie możliwości i pozwoli pokonać fizyczne ograniczenia, jak na razie jest pieśnią przyszłości. Jednak już teraz pomaga przezwyciężać barierę jaką jest niepełnosprawność. Bioniczne protezy nie tylko pozwalają normalnie funkcjonować osobom z niepełnosprawnościami, ale i zmieniają ich wizerunek w ogóle, tworząc z nich superbohaterów, jakimi zawsze chcieliśmy być.

Bioniczna proteza jest połączeniem technologii i żywego organizmu człowieka. Porusza się dzięki sygnałowi, jaki mózg wysyła mięśniom. Obecnie na rynku są dwie wiodące firmy: Ossur i Ottobock, którym udało się wypracować określony zestaw gestów i chwytów, pozwalający poradzić sobie z większością codziennych czynności. Mocno robotyczna konstrukcja składa się z kół zębatych, przekładni i śrub, które działają jak maszyna. Większość z nich pokrywa sylikonowa rękawica imitująca ciało, przez co protetyczną kończynę coraz trudniej odróżnić jest od żywego ciała. Takie rozwiązanie wybierają najczęściej te osoby, które swoją niepełnosprawność chcą jak najbardziej ukryć.

Moda na cyborga

Ciekawym zjawiskiem ostatnich lat jest moda na protezy bioniczne, które bawią się konwencją cyborgicznego ciała. Ich producenci celowo odsłaniają mechaniczną konstrukcję urządzenia lub tworzą zupełnie nowe, niezwykłe projekty. Sztandarowym przykładem jest tu firma Alternative Limb Project, która na zamówienie tworzy indywidualne projekty kończyn. Wśród jej realizacji są porcelanowa noga zdobiona kwiatami, ręka owinięta wężem czy “ręka gadżet”, której każdy z palców kryje w sobie inną funkcję – laser, latarkę lub schowek na zapałki. Najbardziej znanym przedsięwzięciem firmy są protezy projektowane dla popowej artystki Victorii Modesty. Futurystyczny, seksowny wizerunek kobiecego ciała uzupełniają niezwykłe, bioniczne protezy nogi artystki, które ostentacyjnie odbiegają od realistycznych przedstawień kończyn. Ostry szpikulec, świecąca lub wysadzana diamentami noga – to tylko nieliczne z niezwykłych projektów, tworzonych specjalnie na zamówienie piosenkarki.

Fot. Ewelina Stechnij

“Forget about your disability” – to hasło, od którego rozpoczyna się teledysk “Prototype” Viktorii Modesty, głoszący narodziny nowej generacji gwiazd muzyki pop, stworzony na potrzeby kampanii “Born to be risky”. Teledysk jest futurystyczną opowieścią o seksownej, silnej kobiecie-cyborgu, która staje się niebezpiecznym symbolem wolności w totalitarnym państwie. Nie przystaje ani do obowiązujących norm, ani systemu, a także wyróżnia się zarówno cielesnością, jak i siłą charakteru. Protetyczna noga – czarny szpikulec – oraz lateksowy kostium i styl pin-up girl stają się jej znakiem rozpoznawczym. Zwykli ludzie widzą w niej superbohaterkę. Chcą ją naśladować i wielbić, organizując wiece na jej cześć, wypisując i tatuując jej inicjały czy podobizny. W jednej ze scen mała dziewczynka, widząc w telewizji rysunkową wersję idolki, odrywa nogę swojej lalce tak, jak gdyby była to zapowiedź buntu i symbol wyzwolenia.

Kult zdrowego ciała, szczupłej sylwetki i młodości w sposób oczywisty marginalizuje te wizerunki, które nie dają się w prosty sposób – za pomocą operacji plastycznych czy komputerowych obróbek – dopasować do obowiązującego reżimu piękna. Takimi obrazami są najczęściej ciała ludzi z niepełnosprawnościami, chorych i starych. Na tym tle wizerunek, który tworzy Modesta przy pomocy bionicznych protez pozwala zbudować całkiem nowy obraz osób niepełnosprawnych i przywrócić je społeczeństwu. Futurystyczne wzory protez nie starają się niczego ukryć, a podkreślają i wydobywają indywidualizm jej użytkownika. Wzrost ich popularności to szansa na wydobycie osób niepełnosprawnych z cienia, możliwość przywrócenia im pewności siebie i wiary, w to że ich inność to wartość. Wizjonerskie protezy szczególnie ważną rolę do odegrania mają wśród dzieci. Po co naśladować ludzkie ciało, skoro można stać się postacią z przyszłości? Ulubionym superbohaterem o wyglądzie Terminatora, Robocopa czy postaci Major z Ghost in the Shell.

Fot. Omkaar Kotedia

Firm robiących niezwykłe protezy, takich jak Alternative Limb Project czy Open Bionics jest więcej. Skoro więc wybór protez bionicznych jest tak duży – czemu ich użytkowników jest wciąż tak mało? Jak zwykle w takich przypadkach odpowiedź jest jedna – cena. Przeciętna bioniczna proteza to aż 40 tysięcy dolarów. Co więcej, nawet jeśli technologiczna kończyna jest trwalsza od „żywego ciała”, to trzeba pamiętać, że bez niego nie funkcjonuje i jest wciąż od niego całkowicie zależna. Protetyczny element ciągle jeszcze nie tworzy jedności z ciałem i nie pozwala na tak swobodne poruszanie się co ten, który jest żywy. Ma też wiele ograniczeń takich jak nienaturalny chwyt, trudność w podnoszeniu ciężarów czy podstawowa ilość gestów.

Co na to startupy?

Tu z pomocą może przyjść polski startup vBionic. Dwa lata temu firma zasłynęła na rynku dziecięcą wersję bionicznej protezy udostępnionej opensourcowy przez japońską firmę Exiii. Jej dodatkową zaletą jest fakt, że pozwalała poruszać wszystkimi palcami, każdym z osobna. Jak mówi założyciel vBionic, Bartosz Rajewski:

Jako startup chcemy rozwiązywać problemy, chcemy działać prospołecznie. To, że istnieje produkt za 40 tys dolarów, nie znaczy, że problem zniknął. Na Ziemi nadal są ludzie, którzy nie mają rąk, podczas gdy samochody latają na Marsa.

Obecne vBioninc pracuje nad innowacyjnym rozwiązaniem, które ma szansę otworzyć nowe możliwości osobom niepełnosprawnym.

Jak mówi Rajewski:

To co obecnie jest na rynku to takie robotyczne chwytaki. My postanowiliśmy zejść do podziemia i wymyślić wszystko od nowa. Robimy rękę, która ma zachowywać się jak prawdziwa – mamy kości, więzadła, ścięgna, mięśnie. Chcemy zrobić ją może trochę bardziej nieprzewidywalną, ale i naturalną, bo takie właśnie są ręce. Naszym zadaniem nie jest więc nauczenie jej chwytu kubka, bo wierzymy że jeśli nasz proteza będzie najbliższa ręce ludzkiej, sama sobie z tym poradzi. Dodatkowo mamy nadzieję, że nasz produkt będzie znacznie tańszy.

Polski startup vBionic

Jak wygląda przyszłość?

Marzeniem protetyki jest móc dogonić żywe ciało. Wielu badaczy uniwersyteckich pracuje nad stworzeniem protez kontrolowanych przez centralny układ nerwowy. Dzięki sygnałom, odbieranym i dekodowanym przez elektrody, możliwe byłoby sterowanie protezą. Jak twierdzi jednak Bartosz Rajewski brain-machine interface dopiero przed nami, bo sygnały z mózgu są bardzo skomplikowane, zaszumione i niejednoznaczne, a w tej chwili nie ma urządzenia, które mogłoby je prawidłowo odbierać. Chyba, że za pomocą wszczepiania.

Czy kiedyś sztuczna ręka będzie tak sprawna, jak ta, która jest prawdziwa? Według Rajewskiego tak, choć zadanie jakim jest dorównanie naturze jest bardzo trudne

Potężny procent mózgu zużywany jest na nasze zdolności manualne – czucie, odruchy itd. Odtworzenie tak złożonego mechanizmu biologicznego to ogromny problem z punktu widzenia technicznego. Sama ręka dobrze zmotoryzowana niewiele nam da. Musimy umieć oceniać odległość od przedmiotu, wiedzieć co i kiedy złapać, a gdy jest za gorące, puścić. Czy stworzymy urządzenie, które będzie to wszystko rozwiązywało? Na pewno. Pytanie tylko kiedy. Wszystko się miniaturyzuje, przyspiesza i usprawnia, ale, by dojść do 100% ręki mogą nam pomóc jedynie sieci neuronowe, dzięki którym jedna ręka , będzie mogła nauczyć drugą. Zakładając czujniki na zdrową rękę, po tygodniu wgramy jej zachowania do ręki protetycznej. Ale to już futuryzm.

Wyjątkowe projekty protez przypominają, że każdy z nas ma oczywiste prawo do decydowania i kształtowania swojego wizerunku w taki sposób, w jaki czujemy się ze sobą dobrze. Bioniczne protezy, nawet jeśli jeszcze niedoskonałe, pozwalają normalnie funkcjonować osobom z niepełnosprawnościami. Co więcej, przełamują stereotypy, przywracając ludziom to, co najważniejsze, czyli godność.

Our biomedical engineer Iga is on the way to OTWorld Trade Show and Congress in Leipzig/Germany. We can't wait to see what are the latest orthopaedic trends and solutions.Meanwhile her 3d scanned hand stays home as it has to do it's everyday excercises 😉

Opublikowany przez vBionic 14 maja 2018

 
Categories

Polscy spece od mózgu walczą o kasę na swój projekt. Każdy nasz klik to dolary płynące na ich konto

Polski NeuroDevice walczy o milion dolarów w międzynarodowym konkursie dla młodych firm, które rozwiązują ważne społeczne problemy. Ich urządzenie pomaga przywrócić możliwość mówienia, czytania i rozumienia mowy osobom, które straciły tę umiejętność w wyniku udarów i różnych uszkodzeń mózgu. To ostatni dzwonek, żeby wspomóc swoim klikiem zespół polskich specjalistów od badań nad mózgiem. Każdy klik to dla nich realna kasa. Głosowanie trwa do 25 kwietnia.

NeuroDevice to zespół polskich naukowców i inżynierów, którzy od 13 lat pracują nad produktami medycznymi. Opracowali m.in. metodę terapii zaburzeń mowy przez stymulację mózgu prądem elektrycznym i ubrali to rozwiązanie w zgrabny produkt. Headset NeuroDevice wygląda niepozornie, niczym designerski gadżet. To lekki, plastikowy headset, który chory po prostu zakłada na głowę. Opaska zapewnia, że prąd będzie stymulował właśnie te obszary mózgu, które są odpowiedzialne za mowę.

Naukowcy i inżynierowie z NeuroDevice wierzą, że ich urządzenie ma nie tylko potencjał rynkowy, ale poprawi jakość wielu ludzi, których brak możliwości komunikowania się ze światem wyklucza ze społeczeństwa. Na afazję, czyli najczęściej pojawiające się zaburzenie umiejętności mówienia zapada rocznie na świecie aż pięć milionów osób. W Polsce co osiem minut ktoś dostaje udaru mózgu, który jest najczęstszą przyczyną zaburzenia.

To, co jest najważniejsze dla pacjentów i lekarzy, którzy pracują z ludźmi chorymi na afazję jest fakt, że stosowanie NeuroDevice znacznie obniża koszty terapii. Producenci urządzenia uważają, że koszty spadają nawet o jedną trzecią.

Projekt można wesprzeć do 25 kwietnia w ramach międzynarodowego konkursu The Venture

Każdy klik to kasa płynąca na konto zespołu.

Polacy w konkursie walczą po raz trzeci. Wcześniej do światowego finału dotarł zespół Migam oferujący wirtualne tłumaczenia języka migowego oraz NexBio – inteligentne rozwiązanie, dzięki któremu rolnik może przy pomocy swojego smartfona sprawdzić, jakimi drobnoustrojami zagrożone są jego uprawy i dzięki temu stosować mniej chemicznych środków ochrony roślin.

 
Categories

7 polskich firm biotechnologicznych, które naprawdę zmieniają świat

Firma biotechnologiczna to nie jest łatwy biznes. Projekty potrafią latami toczyć się za zamkniętymi drzwiami laboratoriów. Zanim zobaczy się pierwsze zyski, trzeba naprawdę sporo zainwestować.  I – co często jest najtrudniejsze – trzeba  sprawić, żeby naukowcy dogadali się z ludźmi od biznesu. Jak już się dogadają, powstają niesamowite rzeczy. Poznajcie siedem naprawdę innowacyjnych polskich projektów biotechnologicznych.

  1. Płyn, który zastępuje ludzką krew> NanoSanguis
    Ta firma ma szansę zmienić świat, ale nie tak jak przeciętny startup zmieniający świat, tylko na serio. NanoSanguis opracowało płyn, który z powodzeniem może zastąpić ludzką krew i być sposobem na dłuższe niż dotychczas przechowywanie ludzkich organów. Firma jest związana z Laboratorium Inżynierii Biomedycznej Politechniki Warszawskiej.

Jakie problemy rozwiązuje NanoSanguis?
Na świecie jest zbyt mało krwi potrzebnej przede wszystkim do transfuzji i zabiegów chirurgicznych. Liczba dawców na świecie maleje i nie jest w stanie pokryć światowego zapotrzebowania na krew. Szacuje się, że przed 2030 rokiem będziemy mieć na świecie deficyt krwi w wysokości 30 mln jednostek.

Drugi problem, nad którego rozwiązaniem pracuje NanoSanguis, to krótki termin przechowywania organów. Teraz można je magazynować przez kilka godzin, NanoSanguis chce wydłużyć ten czas do kilku dni.

Agata Stefanek., IChIP laboratoria

Jak NanoSanguis rozwiązuje problem braku krwi na świecie?
Wytwarza płyn, który może zastąpić krew. Sztuczna krew, nad którą w fazie badań klinicznych pracuje NanoSanguis potrafi przede wszystkim transportować tlen – co jest główną funkcją krwi. Ma jeszcze kilka ważnych zalet: płyn się nie starzeje (można go długo przechowywać, podczas gdy krwinki czerwone pobrane od człowieka mają termin ważności 42 dni) i jest uniwersalny (pasuje do każdej grupy krwi). Sztuczna krew może też wydłużyć czas przechowywania organów do transplantacji – krew może zaopatrywać je w składniki odżywcze i tym samym przedłużać ich życie.

Projektem trzęsie Agata Stefanek

————————————————————————————————————————

2. Polski hit zmienia rynek energii słonecznej> FreeVolt
Polacy ponad siedem lat temu opracowali najlepszą na świecie technologię wytwarzania grafenu – supercienkiego materiału, który świetnie przewodzi prąd. Istniała obawa, że polski biznes nie zobaczy w tym odkryciu szansy na nowe produkty – komercjalizacja wynalazków nie jest naszą najmocniejszą stroną. Impas przełamała m.in. bydgoska firma FreeVolt, która wykorzystała potencjał tego materiału do wzmocnienia wydajności paneli fotowoltaicznych (tzw. paneli słonecznych). W tym roku bydgoska firma Freevolt planuje stworzyć linię produkcyjną dla swojego rozwiązania, która ma produkować 55 tys. paneli rocznie.

Jaki problem rozwiązuje FreeVolt?
FreeVolt chce zmniejszyć koszty pozyskiwania energii słonecznej o połowę  i sprawić, żeby była bardziej konkurencyjna.

Jak rozwiązuje problem?
Do produkcji paneli słonecznych (fotowoltaicznych) wykorzystuje krzem i. grafen – materiał, który sprawia, że panele są bardziej wydajne i odporne.

Projektem trzęsie Łukasz Nowiński

————————————————————————————————————————

3. Każdy rolnik zbada DNA swojej rośliny>NexBio
Grupa naukowców z Lubelskiego Uniwersytetu w Lublinie zasłynęła swoim rozwiązaniem, które ma sprawić, że rolnicy będą bardziej rozważnie stosować środki chemiczne, którymi “chronią” uprawy przed szkodnikami. Wymyślili rozwiązanie, dzięki któremu rolnicy sami będą mogli sprawdzać, jakie bakterie atakują ich rośliny.

Jaki problem rozwiązuje NexBio?
Duża zawartość pestycydów w produkowanej metodami tradycyjnymi żywności. Dziś najczęściej pestycydy, które mają chronić rośliny przed drobnoustrojami, stosowane są “na wszelki wypadek” w najwyższych dawkach. To odbija się na jakości żywności.

Jak problem rozwiązuje?
NexBio stworzyło test DNA, który pomaga wykryć choroby roślin spowodowane przez drobnoustroje na długo zanim będą widoczne. Rolnicy szybko dowiadują się, jakie mikroorganizmy zagrażają roślinom i stosować tylko te środki ochrony roślin, które działają konkretnie na te rośliny. Urządzeniem do badania roślin ma wielkość zwykłego telefonu, a badanie można wykonać bezpośrednio na polu.

Projektem trzęsie Adam Kuzdraliński

Adam Kuzdraliński, fot. Vitagenum/ materiały prasowe

————————————————————————————————————————

  1. Sok z żuka >HiProMine
    Ta polska firma biotechnologiczna zachwyciła samego Travisa Kalanica (byłego szefa Ubera). Firma wierzy, że owady są odpowiedzią na wiele żywieniowych problemów współczesnego świata. Na razie stworzyli w Robakowie pod Poznaniem w pełni zautomatyzowaną fabrykę owadów, z których pozyskują pełnowartościowe białko. Takie białko może być wykorzystane do produkcji żywności nie tylko dla zwierząt gospodarskich, ale również dla ludzi. HiProMine współpracuje z Europejską Agencją Kosmiczną nad programem żywienia w kosmosie.

Jaki problem rozwiązuje HiProMine?
Niewystarczająca ilość żywności – na razie głównie dla zwierząt, ale z potencjałem na zmniejszenie problemu głodu na świecie.Pozyskiwanie związków organicznych z owadów to kompromis pomiędzy produkcją zwierzęcą, dostarczającą wielu ważnych dla człowieka związków (ale niewydajną, emitującą dużo CO2 i odpadów), a wydajną produkcją roślin, która jednak nie dostarcza wszystkich niezbędnych białek .

Jak problem rozwiązuje?
Wykorzystują zdolność owadów do przetwarzania materii organicznej na substancje odżywcze, w tym pełnowartościowe białko. Owady produkują przy tym niewiele odpadów, wymagają małej przestrzeni do hodowli – ścisk lubią i jest on dla nich naturalnym środowiskiem życia). W ogóle nie są wybredne: żywią się odpadkami z produkcji spożywczej i rolnictwa.

Projektem trzęsą Jakub Urbański, Damian Józefiak i Jan Mazurkiewicz

————————————————————————————————————————

5. Siedzenia w tramwajach pokryte srebrem>Insignes Labs
Krakowska firma sprzedaje sprytną substancję, która można dodać do niemal każdego materiału – od plastiku w tramwajowych siedzeniach po lateks w rękawiczkach chirurgicznych. Dzięki temu przedmioty codziennego użytku są bardziej przyjazne dla człowieka, za to mniej dla zarazków, grzybów i bakterii.

Jaki problem rozwiązuje Insignes Labs?
70 proc. zakażeń powstaje przez kontakt rąk człowieka z przedmiotami. Zazwyczaj do stworzenia ochrony przed bakteriami, wirusami czy pleśnią producenci wykorzystują toksyczne biocydy.

Jak problem rozwiązuje?
Insignes Labs proponuje producentom sprzętów użytkowych dodatek ze związkami srebra, które są mniej toksyczne niż powszechnie stosowane preparaty, które mają zabijać bakterie na powierzchni przedmiotów.  Powodują też, że przedmioty są trwalsze.

Projektem trzęsie Anna Ogar

————————————————————————————————————————

  1. Antybiotyki z głową>Biolumo
    Firma pracuje nad szybkim testem, dzięki któremu lekarze w kilka godzin dowiedzą się, jaka bakteria wywołała chorobę u pacjenta.

Jaki problem rozwiązuje Biolumo?
Antybiotyki stają się coraz mniej skuteczne w walce z chorobami. To dlatego, że stosujemy je zbyt często, a lekarze nie chcąc czekać na wyniki badań (trwa to zwykle aż 48 godzin), przepisują najczęściej antybiotyki działające na dużą grupę drobnoustrojów. Takie leczenie jest skuteczne – zazwyczaj w dużej grupie bakterii, na które działa antybiotyk jest i ta, która rzeczywiście wywołała chorobę. Przy okazji dajemy całej reszcie okazję na przystosowanie się do działania antybiotyku, który z czasem przestaje na nie działać.

Jak problem rozwiązuje?
Biolumio sprawia, że testy wykrywające konkretne bakterie wywołujące chorobę są bardzo szybkie, więc lekarze powinni je częściej stosować.

Projektem trzęsie Olga Grudniak

————————————————————————————————————————

7. Świnki pod kontrolą>ThermoEye
Sprytni inżynierowie ze Smart Soft Solutions wymyślili system monitorujący zdrowie trzody w oparciu o kamery termowizyjne rejestrujące ciepło ciała.

Jaki problem rozwiązuje ThermoEye?
Podawanie zwierzętom hodowlanym dużej ilości antybiotyków “na wszelki wypadek”. Wątpliwa jakość mięsa, które trafia do klientów.

Jak ten problem rozwiązuje?
ThermoEye za pomocą kamer termowizyjnych śledzi zmiany temperatury każdego zwierzęcia w stadzie. Podwyższenie się temperatury jest pierwszym ważnym sygnałem rozwijającej się choroby. ThermoEye szybko wykrywa te zmiany, pozwala na bieżąco kontrolować zdrowie zwierząt, dzięki czemu zapobieganie chorobom w stadzie przez podawanie dużej ilości antybiotyków przestaje być jedyną skuteczną metodą dbania o zdrowie zwierząt i jakość mięsa.

Projektem trzęsie Łukasz Adamek

 
Categories

Dlaczego sportowcy są świetni w biznesie?

Systematyczna ciężka praca, odłożony w czasie cel, sportowa zawziętość w dążeniu do niego i ciągłe doskonalenie się – trenujący przedsiębiorcy nie mają wątpliwości, że taka postawa to klucz do sukcesu zarówno sportowego, jak i biznesowego. Ale to nie wszystko.

Kim byś była, kim byś był, gdybyście nie zajmowali się biznesem? – to pytanie często zadawałam przedsiębiorcom. Sportowcem – odpowiadało wielu z nich, wielu też sport trenowało zawodowo. Postanowiłam sprawdzić, co takiego jest w treningu sportowym, co sprawia, że sportowcom tak blisko do biznesu.

Proces treningowy jest bardzo spójny z procesem budowania firmy. Mamy długoterminowy cel, a po drodze dużo wysiłku, ciągłe wytrącanie siebie ze strefy komfortu. Godzisz się z tym, że czeka cię wiele upadków, ale wierzysz, że każdy trening czyni cię lepszym – wymienia zalety treningu sportowego prezes rosnącej firmy  XTRF i triathlonista Andrzej Nedoma.

Same techniki to nie wszystko, w procesie treningowym kluczową rolę odgrywają relacje.

– To właśnie w sporcie nauczyłam się, że relacje z ludźmi są najważniejsze, mimo że triathlon jest sportem indywidualnym. Bez innych nie dałoby się rady – mówi Aleksandra Pogorzelska, psycholog sportu, sportowiec i założycielka Champion Consulting, która pracuje z ludźmi biznesu.

Relacje okazują się ważnym kluczem dla sportowej i przedsiębiorczej drogi. I tak naprawdę są trzy najważniejsze: z trenerem, sparing partnerami i samym sobą.

Ja i trener
Każdy program wsparcia biznesu: czy to dla startupów, czy zarządów większych firm, oferuje mentoring. Zapraszanie mentorów stało się bardzo modne, ale ich znaczenie przy okazji się rozmyło. Mentor to nie jest gość specjalny, który wygłosi pięciominutową prezentację. Dobremu biznesowemu mentorowi najbliżej do sportowego trenera. Podstawą takiej relacji jest autorytet i zaufanie.

– Przede wszystkim wybierasz trenera, którego uważasz za autorytet. Trener nie jest po to, żeby mówić ci rzeczy miłe, ale musisz mieć do niego wystarczające zaufanie, żeby wiedzieć, że to co mówi ma doprowadzić cię do lepszych efektów – tłumaczy relację z mentorem Paweł Sieczkiewicz, dwukrotny Mistrz Polski w kickboxingu i prezes firmy Telemedi.co, uznany przez Forbesa za jednego z 30 najzdolniejszych Polaków przed trzydziestką.

Absolutne zaufanie do trenera wspominał w swojej książce “Życie na podium” Robert Korzeniowski, polski lekkoatleta i czterokrotny mistrz olimpijski w chodzie sportowym: – Nie wiem, czy trener był tak rozczarowany moim bieganiem, że postanowił mnie zapisać na chód, czy też był na tyle zadowolony z tego biegania, że stwierdził, że nadaję się do czegoś więcej. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Jakby mnie trener wystawił wtedy do skoku w dal, to bym skakał w dal – mówił.

W sporcie jak w biznesie – musisz otaczać się ludźmi, którzy razem z tobą pracują na sukces. Masz szczęście, jeśli prowadzi cię świetny trener. – Ale jedno trzeba pamiętać: i w sporcie, i w biznesie odpowiedzialność za sukces spoczywa wyłącznie na tobie – dodaje Sieczkiewicz.

Ja i sparing partnerzy
Drugim rodzajem relacji, która rozwija przedsiębiorcę, są sparing partnerzy – to głównie inni przedsiębiorcy i klienci. To oni dają nam cenne informacje zwrotne, z których również możemy się uczyć. – Jeśli przegrasz przetarg, to następną szansę na obsługę tego klienta możesz mieć za dwa lata. Trzeba w tym czasie na innych klientach udowadniać, uczyć się, poprawiać – mówi Sieczkiewicz.

Ja
Samodyscyplina, upór i motywacja – bez tego nic nie ma prawa się udać. I za taką postawę jesteśmy odpowiedzialni już tylko my. I sami ze sobą musimy ustalić kilka spraw.

  • Po co to robimy?
    Dowiedziałam się, że nie ma złej motywacji. Jest tylko taka, która działa i taka która nie działa. Nieważne więc, czy chcemy zdobyć mistrzostwo świata, bo właśnie rzucił nas chłopak i musimy coś sobie udowodnić, czy mamy gen rywalizacji i kochamy wygrywać. Jeśli to sprawia, że jesteśmy w stanie ciężko, mądrze i regularnie pracować, to nie ma takiej mocy, żebyśmy w końcu czegoś nie osiągnęli.

Nie byłam w niczym wybitna, ale byłam dobra w wytrwałości, w pracy i umiejętności odraczania gratyfikacji. Medale uczyły mnie własnej skuteczności. Mimo że nie miałam talentu do triathlonu, to okazało się, że ciężką pracą byłam w stanie je zdobyć. Nauczyłam się, że nie ma rzeczy niemożliwych – mówi Aleksandra Pogorzelska, triathlonistka i trener biznesu.

  • Ile chcemy z siebie dać?
    Tu też warto pogadać z samym sobą. Ile jest dla mnie warte osiągnięcie celu? Co jestem w stanie poświęcić?

Nie ma złych odpowiedzi, jeśli są szczere. Możemy nie chcieć poświęcać życia osobistego dla bycia Mistrzem Świata, ale jeśli nie będziemy rozgoryczeni tytułem Mistrza Dzielnicy, a jednocześnie uda nam się rozwijać inne pasje, z których nie chcemy rezygnować, to to też jest sukces. Sportowcy przyznają, że paliwem w drodze do celu jest nasze zaangażowanie i tylko my decydujemy, gdzie i jak je ulokujemy. Warto to przemyśleć.

Nie bez przyczyny czasem sportowcy odpuszczają niektóre zawody, żeby docisnąć gdzie indziej: powalczyć o większe trofeum, czy lepiej przygotować się do startu w innej kategorii. To się nazywa taktyka i również dobrze sprawdza się na Igrzyskach Olimpijskich, co w życiu.

  • Czy jesteś gotowy na naprawdę małe kroki?
    Jak już będziemy wiedzieli dlaczego i po co idziemy, i zgodziliśmy się zapłacić za to ciężką pracą, to nie pozostaje nic innego jak wziąć się do roboty. I okazuje się, że nie będzie to nic, czym będziemy chcieli się chwalić w mediach społecznościowych.

To praca z samym sobą, mało fotogeniczna, z porankami, gdy nie chce się wstać, z brakiem zapału, kryzysem poczucia sensu, wątpliwościami i małymi sukcesami. Chwilami tak małymi, że będzie nam się wydawać, że stoimy w miejscu.

Największy problem z sukcesem jest taki, że wiele osób zna go wyłącznie z mediów: widzimy sportowców na mecie, biznesmenów na okładkach tygodników i aktorów odbierających Oscary. Nie widzimy drogi, która ich zaprowadziła do tego miejsca. A była długa i wymagała wielu maleńkich kroków w dobrą stronę.

Robert Korzeniowski  w swojej książce “Moja droga do mistrzostwa” pisze, że właśnie wykonując te kolejne kroki, kolejne treningi, zbieramy ważny kapitał: poczucie własnej wartości, skuteczności i samoocenę. Może nie brzmi to jak błyskawiczna kariera, ale na pewno budowana na solidnych fundamentach.

Sport nauczył mnie tego, że nic mi nie przychodzi łatwo: nad wszystkim muszę popracować. Na treningu zawsze mówiłem sobie tak: ok, teraz nie potrafię tego zrobić, ale wyłączę myślenie na rok, będę trenował, będzie bolało, ale nie będę o tym myślał. Po roku otwieram oczy i okazuje się, że już umiem. Jeśli przychodzisz na każdy trening, nie ma takiej możliwości, żebyś się czegoś nie nauczył – mówi Paweł Sieczkiewicz.

Im więcej historii sportowców i przedsiębiorców poznałam, tym bardziej wszystkie zaczynały się układać w dość spójną historię pracy i determinacji. Miałam jednak poczucie, że najlepsi przedsiębiorcy i sportowcy mają coś jeszcze: szczęście. Czy nie jest tak, że  w biznesie i w sporcie najlepszym sprzyja też fart? Sportowcy uważają, że szczęście pomaga tylko tym, którzy są przygotowani.

– Okazje w biznesie nadarzają się ciągle, pytanie brzmi, czy jesteś na na nie gotowy pod względem umiejętności, czasu i finansów. Jeżeli zaczniesz trenować dziś, to będziesz gotowy na okazje, które przyjdą za pięć lat. Jeśli zaczniesz trenować za pięć lat, to będziesz gotowy na kolejną okazję za 10 lat – podsumowuje jeden z najbardziej obiecujących młodych polskich przedsiębiorców.

 
Categories

10 młodych polskich firm z realnymi sukcesami na świecie

Uwielbiamy czytać o tym, że Polakom się udaje. GO GLOBAL to hasło, z którym na ustach startuje niemal każdy program, który ma wspierać startupy. Pada dużo deklaracji, ale gdzie są prawdziwe sukcesy? Wybraliśmy 10 firm internetowych które naprawdę świetnie radzą sobie na międzynarodowym rynku lub właśnie kończą rozgrzewkę przed swoją globalną szansą.

W zestawieniu nie uwzględniłam software house’ów, czyli firm produkujących oprogramowanie dla zewnętrznych klientów. Takich firm, pracujących dla zagranicznych klientów, jest w Polsce dużo – tyle wiemy, ale ciągle brakuje na rynku danych, co do wielkości rynku i sukcesów polskich software house’ów.

Nie uwzględniałam też rozwiązań tworzonych przez korporacje, czy korporacyjne konsorcja. Cała dziesiątka to niezależne firmy budowane od podstaw przez małe zespoły założycieli.

  1. LiveChat Solutions
    Typowana na drugiego polskiego jednorożca (po CD Projekt) wrocławska firma z prawdziwie międzynarodowym gronem klientów i rozbudowaną usługą w 41 językach. Rozwiązania LiveChat są szczególnie popularne w Stanach Zjednoczonych – korzysta z nich i Departament Stanu i jedna z najlepszych uczelni – Standford University. Od kwietnia 2014 roku notowana na warszawskiej giełdzie, na której wartość spółki przekroczyła 1,4 mld $ już trzy lata po debiucie.

Co robią? Główny produkt to narzędzie do automatyzacji obsługi klienta za pomocą online’owych chatbotów, usługa udostępnia również analitykę interakcji z klientami na stronie klienta i zarządzanie zadaniami związanymi z jego obsługą Ostatnio firma wdrożyła dwa nowe produkty, m.in. BotEngine.ai – platforma, dzięki której każdy, niezależnie od umiejętności programistycznych może stworzyć swojego chatbota. Firma próbuje uciec od łatki firmy jednego produktu, z którą do tej pory działała rynku.

Data powstania: 2002 rok
Założyciele: Mariusz Ciepły, Maciej Jarzębowski, Jakub Sitarz
Obecny CEO: Mariusz Ciepły
Wartość spółki: średni miesięczny przychód spółki to 7,3 mln zł (dane za trzy kwartały 2017 roku)
Własność spółki: obecnie Porozumienie Akcjonariuszy (założyciele + Nationale-Nederlanden OFE)
Inwestorzy: GPW
Klienci: 23 691 klientów
Obecność na zagranicznych rynkach: usługa dostępna w 41 językach w 150 krajach, największym rynkiem jest dla spółki Ameryka Północna. Z rozwiązania firmy korzystają m.in.Pizza Hut, Hulu, Sony Mobile.
Model biznesowy: SaaS B2B

2. DocPlanner/Znany Lekarz
W startup zainwestowali jedni z najbardziej rozpoznawalnych na świecie inwestorów. Za cel rozwoju globalnego DocPlanner postawił sobie głównie rynki hiszpańskojęzyczne. Prezesem firmy jest Mariusz Gralewski, który w wieku 21 lat założył (i sprzedał za 20 mln złotych Agorze) GoldenLine; jest też współzałożycielem funduszu Protos VC.

Co robią? Serwis za pośrednictwem którego można przeczytać opinie o lekarzach i umówić wizytę online.

Data powstania: 2007
Założyciel: Marek Wróbel
Obecny CEO: Mariusz Gralewski
Wartość spółki: szacowane przychody spółki na poziomie 10,8-18 mln zł rocznie.
Finansowanie: łącznie 50 mln dolarów zewnętrznego finansowania
Obecność na zagranicznych rynkach: 25 rynków, w tym Hiszpania (lider po przejęciu w 206 roku największej konkurencji na tamtejszym rynku – Doctoralii), Polska (lider), Włochy (lider), Turcja (lider), Słowacja, Czechy, Niemcy, Francja, Bułgaria, Brazylia, Argentyna, Chile, Meksyk, Kolumbia, Argentyna, Peru, Indonezja, RPA.
Liczba pracowników firmy: 300 (wg danych z lipca 2017 r.)

3. Brainly
Platforma social learningowa, na której uczniowie pomagają sobie wzajemnie w rozwiązywaniu zadań na zasadach pytań i odpowiedzi (peer to peer). Biura firmy znajdują się w Krakowie i Nowym Jorku. Na początku 2018 roku firma przejęła amerykańską firmę Bask, która produkuje edukacyjne wideo – nauczyciele odpowiadają na pytania użytkowników w formie 90-sekundowego wideo.

Co robią? Serwis, za pośrednictwem którego można przeczytać opinie o lekarzach i umówić wizytę online.
Data powstania: 2007 rok
Obecny CEO: Michał Borkowski
Finansowanie zewnętrzne: 38,5 mln $
Inwestorzy: Naspers, General Catalyst, Point Nine Capital, and Runa Capital, Kulczyk Investments (ostatnia runda – 14 mln $)
Obecność na zagranicznych rynkach: ponad 35 rynków, w tym Stany Zjednoczone, Polska, Brazylia, Turcja,
Model biznesowy: firma wciąż skupia się na budowaniu bazy użytkowników i nie wypracowała jeszcze ostatecznego modelu biznesowego. Wiadomo, że część usług będzie działała w modelu freemium, za resztę trzeba będzie zapłacić.

4. Base (dawniej Base CRM)
Startup z krakowskimi korzeniami i dwoma biurami w Dolinie Krzemowej działa w popularnej działce automatyzacji sprzedaży przy pomocy dobrodzejstw AI (artificial intelligence, sztuczna inteligencja). Szczególnie znany jest z wdrożenia usługi Apollo, który umożliwia dodanie nakładki AI do standardowych CRM-ów.

Co robią? Aplikacja sprzedażowa i CRM pomagający zarządzać projektami w firmie, a także bazą kontaktów, telefonami, raportami i innymi stałymi elementami codziennej pracy działu sprzedaży i nie tylko.

Data powstania: 2009 rok
Założyciele:  Uzi Shmilovici, Bart Kiszala, Pawel Nżnik, Ela Madej i Agata Mazur
Obecny CEO: Uzi Shmilovici
Finansowanie: 53 mln $ zebrane w trzech rundach
Inwestorzy: Index Ventures, Tenaya Capital, RRE Ventures, The Social+Capital Partnership, OCA Ventures i I2A
Klienci: ponad 7 tys. klientów
Obecność na rynkach: biura w Mountain View, San Francisco i Krakowie
Model biznesowy: SaaS B2B

5. UserEngage
Firma dynamicznie rozwija skrzydła na nowych, zagranicznych rynkach, choć niezbyt chętnie się tym chwali. Na czele firmy stoi Grzegorz Warzecha – wcześniej rozwijał m.in. platformę i firmę szkoleniową w zakresie IT.

Co robią? Narzędzie do automatyzacji marketingu i sprzedaży w firmie na podstawie Big Data, machine learning i sztucznej inteligencji – AI. Umożliwia zbieranie danych na temat użytkowników odwiedzających stronę w celu dopasowania komunikatów, wysyłanych w formie kampanii mailowych, wiadomości na czacie, SMS, formularzy oraz okienek pop-up.

Założyciel: Grzegorz Warzecha
Obecny CEO: Grzegorz Warzecha
Wartość firmy: MRR (miesięczny powtarzalny przychód) – 60 tys. $ (dane z grudnia 2017 r.
Obecność na zagranicznych rynkach: produkt sprzedawany na 19 rynkach, głównie anglojęzycznych, ale również w Niemczech, Rosji, Turcji, Chinach czy Japonii.
Model biznesowy: SaaS B2B

6. Growbots
Pierwsza polska firma, która przeszła jeden z dwóch najbardziej prestiżowych na świecie akceleratorów dla startupów – 500Startups.

Co robią? Rozwiązanie do automatyzacji procesów sprzedaży – pozyskiwanie leadów i optymalizacja procesu sprzedaży (od pozyskania kontaktów do potencjalnych klientów do zrealizowania sprzedaży i utrzymania kontaktów  z klientem) oparta o możliwości sztucznej inteligencji. “Pozwala w kilka minut dotrzeć do kilku setek potencjalnych klientów”. Platforma umożliwa m.in. pełną personalizację zautomatyzowanych maili i follow-upu.

Rok powstania: 2014 rok
Założyciele: Grzegorz Pietruszyński, Łukasz Deka
Obecny CEO: Grzegorz Pietruszyński
Finansowanie: 4,2 mln dolarów od inwestorów
Inwestorzy: Schu Duan, Lighter Capital, Buran Venture Capital, 500 Startups, Innovation Nest, Flight VC
Klienci: ponad 500 klientów biznesowych (dane z maja 2017 r.)
Obecność na rynkach:  biura firmy w Warszawie, San Francisco i Cleveland
Model biznesowy: SaaS B2B
Liczba pracowników: 80

7. Silvair
Jedna z niewielu firm na świecie, która kompleksowo podeszła do rozwiązania problemu nieefektywnego oświetlania obiektów przemysłowych i biurowych. Inżynierowie Silvair współpracowali z prestiżową organizacją Bluetooth SIG nad rozwojem nowego standardu rozwoju technologii komunikacji bezprzewodowej Bluetooth Mesh.

Co robią? Rozwiązanie to platforma do inteligentnego zarządzania oświetleniem, która do odbierania sygnałów od urządzeń (np. oświetlenia w halach produkcyjnych, biurowcach etc.) i komunikowania się sprzętów różnych producentów między sobą  wykorzystuje najnowszy standard Bluetooth – Bluetooth Mesh. Firma planuje zadebiutować na GPW.

Rok powstania: 2012 rok
Założyciel: Rafał Han
Obecny CEO: Rafał Han
Finansowanie: 12 mln $ w rundzie A, planowany debiut na GPW
Inwestorzy: Trigon TFI, CyberAgent Ventures, Digital Garage i New Europe Ventures
Obecność na rynkach: Polska, Stany Zjednoczone

 8. UxPin
Firma założona przez doświadczonych projektantów i programistów, a teraz prowadzona przez UX-owca i psychologa kognitywnego z Krakowa. Rozwija się głównie na rynku amerykańskim.

Co robią? Kompleksowe narzędzie do tworzenia produktów internetowych i mobilnych: od prototypowania, przez automatyzowanie tworzenia specyfikacji dla programistów, po tworzenie dokumentacji projektu.

Założyciele: Kamil Zięba, Marcin Treder, Piotr Duszyński, Wiktor Mazur, Marcin Kowalski
Obecny CEO: Marcin Treder
Finansowanie zewnętrzne: 11,83 mln $
Inwestorzy: True Ventures, Flight.VC Syndicate, Freestyle Capital, Andreessen Horowitz, Innovation Nest, IDG Ventures USA
Klienci: głównie na rynku amerykańskim, m.in. PayPal i HBO
Obecność na rynkach: biura firmy w Warszawie i Mountain View (Dolina Krzemowa).
Model biznesowy: SaaS B2B

9. GetResponse
Jedno z najpopularniejszych na świecie narzędzi do e-mai marketingu. Prezes GetResponse Szymon Grabowski założył firmę mając 17 lat. a pierwszą firmę – Travel Poland,  już w 1996 roku.

Co robią? Szereg rozwiązań dla zautomatyzowania marketingu online: narzędzie do e-mail markeitngu, kreator landing page’y, system punktacji klientów, analityka pomagająca śledzić każdy ruch klienta na stronie sprzedażowej i sprawdzać, dlaczego klienci rezygnują z zakupów na poszczególnych etapach.

Data powstania: 1999 rok
Założyciel: Szymon Grabowski
Obecny CEO: Szymon Grabowski
Wartość firmy95 proc. udziałów należących do Grabowskiego jest wyceniane na ok. 300 mln zł
Obecność na rynkach: biura firmy w Polsce, Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i Rosji.
Model biznesowy: SaaS B2B
Liczba pracowników: ponad 300

10. Tidio
Szczecińska firma z bardzo dobrymi prognozami i wynikami sprzedaży. Startup jest jednym z pięciu wybranych przez Sebastiana Kulczyka do pierwszej edycji jego akceleratora InCredibles.

Co robią? Dostarczają rozwiązania typu live chat dla marketingu i sprzedaży.

Założyciel: Tytus Gołas
Obecny CEO: Tytus Gołas
Wartość firmy: MRR 70 tys. $
Obecność na rynkach: klienci z ponad 200 krajów
Liczba klientów: 6 tys. płacących klientów (dane z InCredibles)
Model biznesowy: SaaS, model subskrypcyjny

Wśród obiecujących spółek warto wymienić też aplikację do rezerwacji wizyt w branży beauty: Booksy rozwijane na rynku amerykańskim przez Stefana Batorego i Brand24 z Michałem Sadowskim u sterów, którego tegoroczny debiut giełdowy miał na celu pozyskanie kapitału na rozwój usługi na zagranicznych rynkach.

 

 

 
Categories

Pierwsze profesjonalne centrum esportu powstaje w Warszawie. Branża rośnie, czas wejść do gry?

W Warszawie w tym roku powstanie Kinguin Esports Performance Center, profesjonalne centrum treningowe dla tych, którzy w gry komputerowe grają zawodowo. 2 tys. metrów kwadratowych, cztery pomieszczenia treningowe, 24 miejsca noclegowe i cztery kuchnie – zaplecze godne zgrupowania kadry przed mistrzostwami świata. To nie przypadek: polscy gracze są w światowej czołówce e-sportu i potrzebują profesjonalnego zaplecza. Mimo sukcesów, dla niektórych wciąż pozostają marginesem, a dla legendy polskiego sportu Zbigniewa Bońka – patologią.

– Chcemy, żeby do 2020 roku Polska stała się piątą największą na świecie potęgą e-sportu – mówi Viktor Wanil, szef e-sportowej firmy Kinguin, w której barwach na światowym poziomie grają głównie Polacy. Skąd takie sukcesy? W Polsce gra 16 mln Polaków. Jesteśmy na drugim miejscu w Europie pod względem liczby osób oglądających rozgrywki esportowe. To u nas odbywa się jeden z najbardziej prestiżowych turniejów:  Intel Extreme Masters w Katowicach (rozgrywki CS:GO, StarCrafta II oraz LOL’a przy 173-tysięcznej widowni). Przy takiej popularności gier komputerowych, trudno się dziwić, że doczekaliśmy się gwiazdorskich zespołów, m.in. rosyjska Virtus.Pro z Polakami na pokładzie (najbardziej utytułowana drużyna w Counter Strike’a) i Team Kinguin (jeden z najlepszych zespołów CS:GO).

Boniek mówi “bez jaj”

Pomimo znacznych sukcesów indywidualnych i zespołowych Polaków w e-sporcie, jego gwiazdy pozostają znane głównie w kręgu graczy. Daleko im do blasków fleszy, na które mogą liczyć mistrzowie nawet najbardziej niszowego sportu tradycyjnego. Postrzegania branży nie zmienił nawet fakt, że Międzynarodowy Komitet Olimpijski od ubiegłego roku na poważnie rozważa włączenie esportu w szereg dyscyplin olimpijskich.

Podejście do esportu świetnie obrazuje tweet Zbigniewa Bońka skierowany do Bogusława Leśniodorskiego, byłego współwłaściciela Legii Warszawa, który w styczniu tego roku kupił drużynę esportową AGO Gaming.  – Boguś bez jaj, esport to jest i będzie duża kasa, ale to także świadectwo pewnej patologii. Siedzieć godzinami i walić w joystick? – napisał Zbigniew Boniek na swoim Twitterze.

– Gracze, podobnie jak inni sportowcy, mają trenerów, dietetyków, analityków, sponsorów, kontrakty, fanów, a nawet merchandising. Wydarzenia na żywo mają swoich  komentatorów, którzy relacjonują rozgrywki i turnieje, a także przeprowadzają wywiady przed i po meczu –  tłumaczył w odpowiedzi szef Kinguina.

Sport nie sport, kasa się zgadza

W jednym na pewno należy się z Bońkiem zgodzić: pieniądze w esporcie są. I to duże. Popularność gier rodzi ogromne zyski – ze sprzedaży tytułów, odsprzedaży cyfrowych wersji gier oraz akcesoriów z nimi związanych (tym właśnie zajmuje się firma Kinguin), ale też z produkcji treści: udostępniane m.in. na Twitch.com relacje z rozgrywek oglądają miliony użytkowników sieci.

Esportem na świecie interesuje się ok. 330 mln ludzi. Branża gamingowa jest nie tylko bardzo dochodowa, jest jedną z najbardziej innowacyjnych: ogromna liczba uczestników rynku doskonale rozumiejących technologie to świetne pole do wdrożeń nowoczesnych rozwiązań, takich jak blockchain.

Nic dziwnego, że właśnie z tą branżą chce współpracować była minister cyfryzacji Anna Streżyńska, która świetnie rozumie zarówno nowoczesny biznes, jak i technologie. Wierzy, że to właśnie w gamingu tkwi polski potencjał innowacyjności. – Polskie IT, polskie gry komputerowe, polska bankowość elektroniczna, a wreszcie – choć nie skończyłam tego projektu – polskie mDokumenty to są rozwiązania, które są naszą wizytówką międzynarodową – mówiła Streżyńska na styczniowej konferencji, na której ogłosiła swoją współpracę z esportowym Kinguinem.

Esport – dobry moment na biznes

Branża esportowa rozkwita i wiele ruchów na rodzimym rynku świadczy o tym, że to doskonały moment, żeby na niej zarobić. Szczególne pole otwiera się dla marketingu. W ubiegłym roku byliśmy świadkami pierwszej w Polsce konferencji dot. marketingu w świecie gier i esportu – Esport&Gaming Forum w Warszawie.   

Coraz więcej wielkich marek dostrzega ten marketingowy potencjał: do Playa i Sprite’a dołączyły w 2017 roku Credit Agricole, STS, Old Spice, KFC i Orange, a jeden z najlpopopularniejszych na świecie graczy Counter Strike’a Polak Jarosław “pashaBiceps” Jarząbkowski wystąpił w ub. roku w rosyjskiej reklamie Media Markt.

Powstają też pierwsze agencje obsługujące wyłącznie klientów zainteresowanych przemysłem growym jak Gameset czy sklepy z esportowymi akcesoriami m.in. GoldenFive stworzony przez byłą zawodniczkę. Najważniejsze rozgrywki esportowe w Polsce coraz odważniej transmitują mainstreamowe  stacje TVP, TVN czy Polsat.

W 2017 roku powstał nawet serial o graczach i esporcie – Good Game (sprawdźcie, czy polubicie bohaterów),.

Czas pomyśleć o tym, jak wejść do gry.

Zobacz też: Jak Starcraft uczy zarządzania – rozmowa z Bartoszem Filipem Majewskim z WeTheCrowd