Categories

Netflix: streamingowa parada oszustów

Jest pewne brzydkie słowo na „k”, które dekadę temu było odmieniane przez wszystkie przypadki. Chodzi o kryzys. Miał on miał wiele przyczyn i wielu autorów. Skutki kryzysu pociągnęły za sobą wiele ofiar, ale wykształciły też grupki osób, które wzbogaciły się na globalnych tarapatach. Temat inspirował również filmowców chcących wyjaśnić, co właściwie wtedy zaszło. Oto tytuły, które warto sprawdzić.

„Inside Job” to dokument edukacyjny, który krok po kroku tłumaczy przyczyny kryzysu na rynku kredytów hipotecznych. Może go obejrzeć każdy bez obawy, że temat został potraktowany nadto specjalistycznie albo zbyt pobieżnie. Twórcy za rękę prowadzą nas przez wydarzenia, które spowodowały katastrofę sprzed dekady.

Muszę przyznać, że seans był fascynujący. Kreatywność finansistów w tworzeniu narzędzi inwestycyjnych imponuje. Tworzenie kolejnych narzędzi z narzędzi pierwotnych jest jeszcze lepsze, w pewnym momencie krążyło ich po rynku kilka tysięcy i praktycznie nikt nie wiedział czym handluje. Odbywało się granie na spadki, zwyżki a nawet przeciwko sobie. Ryzykowne produkty dostawały od firm ratingowych najwyższe oceny AAA, takie same jak obligacje rządu Stanów Zjednoczonych. Inwestycje były ubezpieczane, więc duża część ryzyka została przerzucona na największych ubezpieczycieli. Wszystko się kręciło, wszyscy zarabiali a potem ktoś się w tym wszystkim połapał i rynek się załamał.

Inside Job” to thriller edukacyjny, dzięki któremu w półtorej godziny zrozumiemy co się stało. Dodatkowym plusem jest Matt Damon jako narrator. Bardzo dobry film, bez którego oglądanie dwóch następnych będzie trudniejsze. Możecie go obejrzeć na Netflixie.

„Big Short” pokazuje kryzys z punktu widzenia kilku gości, którzy szybciej od innych zorientowali się, że to musi walnąć. Przeanalizowali sytuację, zaryzykowali i na załamaniu rynku zarobili miliard dolarów. Film ma bardzo szybkie tempo, dlatego zorientowanie się we wszystkich mechanizmach, które popchnęły światową gospodarkę ku przepaści wymaga od nas uwagi. Przyda nam się wiedza wyniesiona z „Inside Job”, dzięki której nie będziemy musieli się zastanawiać czym są CDO, kredyty subprime czy swapy i dlaczego bankrutujące banki inwestycyjne pociągnęły za sobą na dno gigantów ubezpieczeniowych.

Przy okazji „Big Short” świetnie się ogląda. To dynamiczny, kolorowy teledysk, który w atrakcyjnej formie i znakomitej obsadzie, pokazuje chciwość i brak odpowiedzialności Wall Street. Przy okazji robi to w sposób, który nie powoduje u nas traumy czy wściekłości na typów, którzy wepchnęli świat w kryzys, bezrobocie i drogiego franka. A jak to wszystko się zawaliło, cynicznie wyciągnęli ręce po rządowe dolary ratunkowe, z których wypłacili sobie sute premie. „Big Short” jest dostępny na Netflixie.

Film powstał na podstawie książki Michaela Levisa „Wielki szort. Mechanizm maszyny zagłady”.

Kolejna pozycja mnie przygnębiła. „Margin Call” grany u nas jako „Chciwość” pokazuje pracowników dużego banku inwestycyjnego w przededniu kryzysu. Kierownictwo dostaje informację, że w portfolio firmy znajdują się bardzo ryzykowne i wkrótce bezwartościowe instrumenty pochodne oparte o kredyty hipoteczne. Na jednej szali stoi przyszłość firmy, na drugiej wepchnięcie światowego sektora finansowego w kryzys. Zapada decyzja o zatajeniu informacji o toksyczności aktywów i ich błyskawicznej wyprzedaży. Wszyscy wiedzą, że ich reputacja w branży zostanie zniszczona i podejrzewają, że mogą zapoczątkować kryzys. Mimo wszystko decydują się na współudział, w końcu ich premie są ważniejsze. Nie oceniam ich motywacji, choć przykro patrzeć, że w tej wersji Sodomy nie ma żadnych sprawiedliwych. Zresztą prawie każdy lubi mieć dużo hajsu a po nas choćby potop. Film możecie obejrzeć na Netflixie.

Too Big to Fail” (Zbyt wielcy, by upaść) opowiadam o tym, jak Waszyngton próbuje pomóc bankom dotkniętym kryzysem. Te jednak pomocy w proponowanej formie sobie nie życzą.

Rząd Stanów Zjednoczonych dostawał liczne sygnały ostrzegawcze, ale nie zrobił nic. W końcu regulacje są sprzeczne z zasadami wolnego rynku. Gdy było za późno, dodrukował dolarów i spłacił długi banków inwestycyjnych. Gotówka rządowa miała zostać skierowana na rozkręcenie akcji kredytowej, banki widziały to inaczej.

Film pokazuje wyjątkowo obrzydliwy epizod kryzysu, więc nie zdziwcie się, jeżeli po seansie zechcecie złapać za widły i pochodnie. Możecie go zobaczyć na HBO.

Nie da się ukryć, że ten maraton filmowy był ciężki. Kompletna bezkarność sprawców, rządowe programy pomocowe, wyciągające zbyt dużych by upaść z bagna, w które sami dziarsko wmaszerowali. Tragedie ludzi zbyt małych, by się ktoś o nich upomniał. A przecież to z ich pieniędzy spłacono zbyt wielkich.

 
Categories

Pierwsze profesjonalne centrum esportu powstaje w Warszawie. Branża rośnie, czas wejść do gry?

W Warszawie w tym roku powstanie Kinguin Esports Performance Center, profesjonalne centrum treningowe dla tych, którzy w gry komputerowe grają zawodowo. 2 tys. metrów kwadratowych, cztery pomieszczenia treningowe, 24 miejsca noclegowe i cztery kuchnie – zaplecze godne zgrupowania kadry przed mistrzostwami świata. To nie przypadek: polscy gracze są w światowej czołówce e-sportu i potrzebują profesjonalnego zaplecza. Mimo sukcesów, dla niektórych wciąż pozostają marginesem, a dla legendy polskiego sportu Zbigniewa Bońka – patologią.

– Chcemy, żeby do 2020 roku Polska stała się piątą największą na świecie potęgą e-sportu – mówi Viktor Wanil, szef e-sportowej firmy Kinguin, w której barwach na światowym poziomie grają głównie Polacy. Skąd takie sukcesy? W Polsce gra 16 mln Polaków. Jesteśmy na drugim miejscu w Europie pod względem liczby osób oglądających rozgrywki esportowe. To u nas odbywa się jeden z najbardziej prestiżowych turniejów:  Intel Extreme Masters w Katowicach (rozgrywki CS:GO, StarCrafta II oraz LOL’a przy 173-tysięcznej widowni). Przy takiej popularności gier komputerowych, trudno się dziwić, że doczekaliśmy się gwiazdorskich zespołów, m.in. rosyjska Virtus.Pro z Polakami na pokładzie (najbardziej utytułowana drużyna w Counter Strike’a) i Team Kinguin (jeden z najlepszych zespołów CS:GO).

Boniek mówi “bez jaj”

Pomimo znacznych sukcesów indywidualnych i zespołowych Polaków w e-sporcie, jego gwiazdy pozostają znane głównie w kręgu graczy. Daleko im do blasków fleszy, na które mogą liczyć mistrzowie nawet najbardziej niszowego sportu tradycyjnego. Postrzegania branży nie zmienił nawet fakt, że Międzynarodowy Komitet Olimpijski od ubiegłego roku na poważnie rozważa włączenie esportu w szereg dyscyplin olimpijskich.

Podejście do esportu świetnie obrazuje tweet Zbigniewa Bońka skierowany do Bogusława Leśniodorskiego, byłego współwłaściciela Legii Warszawa, który w styczniu tego roku kupił drużynę esportową AGO Gaming.  – Boguś bez jaj, esport to jest i będzie duża kasa, ale to także świadectwo pewnej patologii. Siedzieć godzinami i walić w joystick? – napisał Zbigniew Boniek na swoim Twitterze.

– Gracze, podobnie jak inni sportowcy, mają trenerów, dietetyków, analityków, sponsorów, kontrakty, fanów, a nawet merchandising. Wydarzenia na żywo mają swoich  komentatorów, którzy relacjonują rozgrywki i turnieje, a także przeprowadzają wywiady przed i po meczu –  tłumaczył w odpowiedzi szef Kinguina.

Sport nie sport, kasa się zgadza

W jednym na pewno należy się z Bońkiem zgodzić: pieniądze w esporcie są. I to duże. Popularność gier rodzi ogromne zyski – ze sprzedaży tytułów, odsprzedaży cyfrowych wersji gier oraz akcesoriów z nimi związanych (tym właśnie zajmuje się firma Kinguin), ale też z produkcji treści: udostępniane m.in. na Twitch.com relacje z rozgrywek oglądają miliony użytkowników sieci.

Esportem na świecie interesuje się ok. 330 mln ludzi. Branża gamingowa jest nie tylko bardzo dochodowa, jest jedną z najbardziej innowacyjnych: ogromna liczba uczestników rynku doskonale rozumiejących technologie to świetne pole do wdrożeń nowoczesnych rozwiązań, takich jak blockchain.

Nic dziwnego, że właśnie z tą branżą chce współpracować była minister cyfryzacji Anna Streżyńska, która świetnie rozumie zarówno nowoczesny biznes, jak i technologie. Wierzy, że to właśnie w gamingu tkwi polski potencjał innowacyjności. – Polskie IT, polskie gry komputerowe, polska bankowość elektroniczna, a wreszcie – choć nie skończyłam tego projektu – polskie mDokumenty to są rozwiązania, które są naszą wizytówką międzynarodową – mówiła Streżyńska na styczniowej konferencji, na której ogłosiła swoją współpracę z esportowym Kinguinem.

Esport – dobry moment na biznes

Branża esportowa rozkwita i wiele ruchów na rodzimym rynku świadczy o tym, że to doskonały moment, żeby na niej zarobić. Szczególne pole otwiera się dla marketingu. W ubiegłym roku byliśmy świadkami pierwszej w Polsce konferencji dot. marketingu w świecie gier i esportu – Esport&Gaming Forum w Warszawie.   

Coraz więcej wielkich marek dostrzega ten marketingowy potencjał: do Playa i Sprite’a dołączyły w 2017 roku Credit Agricole, STS, Old Spice, KFC i Orange, a jeden z najlpopopularniejszych na świecie graczy Counter Strike’a Polak Jarosław “pashaBiceps” Jarząbkowski wystąpił w ub. roku w rosyjskiej reklamie Media Markt.

Powstają też pierwsze agencje obsługujące wyłącznie klientów zainteresowanych przemysłem growym jak Gameset czy sklepy z esportowymi akcesoriami m.in. GoldenFive stworzony przez byłą zawodniczkę. Najważniejsze rozgrywki esportowe w Polsce coraz odważniej transmitują mainstreamowe  stacje TVP, TVN czy Polsat.

W 2017 roku powstał nawet serial o graczach i esporcie – Good Game (sprawdźcie, czy polubicie bohaterów),.

Czas pomyśleć o tym, jak wejść do gry.

Zobacz też: Jak Starcraft uczy zarządzania – rozmowa z Bartoszem Filipem Majewskim z WeTheCrowd

 
Categories

Ile warte są pieniądze z reklam podczas Super Bowl?

Super Bowl to największe wydarzenie sportowe w Ameryce. Bywa nazywane zimowym 4 lipca. Przed telewizorami transmisję ogląda 200 mln Amerykanów. Ale czasami mam wrażenie, że sport jest jedynie pretekstem do największego święta dużych firm, pojawiających się podczas transmisji z reklamami. Z roku na rok płacą za tę frajdę coraz więcej.

W tym roku 30-sekundowy spot kosztował ponad 5,5 mln dolarów. Pozwoliło to stacji Fox na największy zarobek w najkrótszym czasie w historii telewizji. Szacunki stacji mówią o 500 milionach dolarów. Nieźle jak na jedno popołudnie.

Jest to kwota tak abstrakcyjna i trudna do wyobrażenia, że postanowiłem wam ją przybliżyć czymś, co wszyscy znamy. Co można kupić za 500 mln dolarów (1 660 800 000 zł)?

  • za te pieniądze moglibyśmy kupić 1/3 ziemi sprzedanej w ubiegłym roku w Polsce na cele przemysłowe i budowlane [1]
  • albo 5% mieszkań w budownictwie indywidualnych oddanych do użytkowania w 2017 roku[2]

Coś mniej abstrakcyjnego? Proszę bardzo.

  • są to sześcioletnie przychody Legii Warszawa, pod warunkiem, że co roku awansowałaby do Ligi Mistrzów i miała dobry sezon ligowy[3]
  • albo ponad dwuletnie całej Ekstraklasy[3]

W sumie nie każdy interesuje się piłką nożną, więc może coś bliżej życia.

  •  za ten hajs moglibyśmy kupować przez 15 lat wszystkie owoce leśne i grzyby sprzedane w ubiegłym roku przez Lasy Państwowe[4]
  • czekolada ustawiona jedna na drugiej miałaby 4 762 km wysokości. Moglibyśmy nią opasać 83 równoleżnik, mieszkańcy Grenlandii byliby zadowoleni[5]

Podczas finału Super Bowl sprzedaje się mnóstwo piwa i parówek w hot dogach. Więc tak:

  • piwo kupione za pieniądze z reklam wypełniłoby 111 basenów olimpijskich po sam brzeg[6]
    zaś parówki utworzyłyby sznur od Ziemi do Słońca. Trzykrotnie[7]
  • tymi samymi parówkami moglibyśmy owinąć Ziemię na równiku 11 091 razy[7]

Ostatnio było głośno o burzeniu Pałacu Kultury i Nauki i o wycince świerku w nadleśnictwie Białowieża. Jakby to połączyć?

  • gdybyśmy kupili za wszystkie pieniądze najdroższe drewno świerkowe oferowane przez Białowieżę, moglibyśmy nim wypełnić 3 Pałace Kultury i Nauki[8]

Widzę, że nie uciekniemy od polityki…

  • prezydenta moglibyśmy opłacać przez 6 983 lata[9]
  •  premiera przez 8 418 lat[9]
  • pensje posłów mielibyśmy z głowy przez 39 lat[9]
  • a senatorów przez 140[9]
  • przez 25 dni moglibyśmy opłacać wszystkie koszty programu 500+[10]

Mam nadzieję, że pomogłem.

[1] 5 mld zł – wartość ziemi inwestycyjnej sprzedanej w 2017 roku
[2] Wskaźniki makroekonomiczne GUS za 2017, założony koszt mieszkania to 400 000 zł
[3] Przychody Legii Warszawa w sezonie 2016/17 wyniosły 281 mln zł, rzychody Ekstraklasy w sezonie 2016/17 707 mln zł
[4] GUS, wartość skupu owoców oraz grzybów leśnych w 2016 roku
[5] Cena tabliczki czekolady 3,5 zł, wysokość tabliczki 1 cm
[6] Cena litra piwa 4 zł, wymiary basenu olimpijskiego 50x25x3 metry
[7] Cena kilograma parówek 15 zł, długość jednej 20 cm
[8] Cena 1m3 najdroższego świerku wg cennika nadleśnictwa Białowieża 652 zł, kubatura PKiN 817 tys. m3
[9] Pensja prezydenta wyliczona wg ustawy „O wynagrodzeniu osób zajmujących kierownicze stanowiska państwowe”, pensje premiera, posłów i senatorów na podstawie danych KPRM
[10] Koszt programu „500+” na podstawie budżetu za rok 2017

 
Categories

Ostatni seans filmowy milenialsów

Milenialsi, najbardziej bezwzględni zabójcy świata, wzięli na celownik kolejny biznes i próbują go zniszczyć. Tym razem padło na kina. Ich właściciele i operatorzy nie potrafią zrozumieć tego, że młodzi ludzie mają coraz mniejszą ochotę na to, żeby przepłacać za film, a potem oglądać pół godziny reklam.

Desperacja w przemyśle jest wielka i trochę się nie dziwię. Liczba najmłodszych kinomanów (do 24 .roku życia) spadła w USA w ciągu ostatnich trzech lat o 4 miliony. Ilu biletów, kubłów
popcornu i kubków z napojami nie udało się sprzedać! Na oczach świata odbywa się popełniane z zimną krwią morderstwo.

Streaming nokautuje kina
Streaming nokautuje kina

Jak może pamiętacie, poprzednio pisałem o golfie. Właściciele pól nie są w stanie ogarnąć umysłem idei, że dla milenialsów koncepcja tej gry jest z gruntu obca i bezsensowna. Kiniarze też mają problem ze zrozumieniem prostej prawdy – kino to obecnie żadna atrakcja. Doznania podobne do kinowych oferuje nam dzisiaj blu-ray, duży telewizor i zestaw kina domowego.

Policzyłem, ile przemysł w samych Stanach nie zarobił na tych, którzy się na kina wypięli. Jeżeli chodzili na filmy 2 razy w miesiącu i brali na seans duży popcorn i duży napój, rocznie kina są w plecy ponad 2,2 mld dolarów. Jest to pieniądz, po który warto się schylić. Tylko nie wiedzą jak to zrobić. W desperacji wymyślili na przykład, żeby kino było bardziej przyjazne użytkownikom komórek. Pozwólcie na cytat: „Kiedy mówisz 22-latkom, żeby wyłączyli telefon i nie psuli innym seansu, jedyne co słyszą to „proszę, odetnij sobie lewą rękę w łokciu”. Nie możesz powiedzieć 22-latkom, żeby wyłączyli komórkę, oni tak nie funkcjonują”. Prezes sieci kin AMC Adam Aron naprawdę tak powiedział.

Po pierwsze, skąd pomysł, że komórkę trzeba wyłączać, wystarczy wyciszyć. Po drugie, mówienie że 22-latek nie potrafi wytrzymać dwóch godzin bez zerkania w wyświetlacz jest obraźliwe. Może zerka, bo filmy są nudne a nie dlatego, że jest niewolnikiem komórki i „tak funkcjonuje”?

Pomysł na szczęście szybko porzucono, bo chyba się zgodzimy, że był wyjątkowo idiotyczny. Szefowie sieci kin zaatakowali temat z innej strony. „Dajmy młodym technologię”  – powiedzieli i zaczęli  kombinować, że kina muszą zaoferować im doznania, jakich nie dostaną gdzie indziej. Na przykład wielkie ekrany IMAX, seanse 3D i 4D a nawet 8D. Tyle tylko, że nawet 9D nie uratuje takich filmów jak „Batman vs Superman”, „Mumia” czy „Wonder Woman”. Chociaż te uwagi już do Hollywood.

Żegnaj, Hollywood!

Kin nie uratuje też koszt biletów i przekąsek. USA należy do grupy krajów o tanich biletach, ale i tak za podstawowy zestaw kinomana (wejście+popcorn+napój) trzeba zapłacić 23 dolary, pół godziny reklam przed filmem wliczone w cenę.

W tym samym czasie najdroższy abonament Netflixa, oferujący 4 ekrany i Ultra HD, kosztuje 14 dolarów miesięcznie. I filmy oglądasz z własnej kanapy a jak chcesz sobie zrobić przerwę, to wciskasz pauzę. W dobie nadmiaru dobrych rzeczy, nie musimy oglądać wątpliwej jakości przebojów kinowych w dniu ich premiery. Ba, nie musimy ich nawet oglądać, gdy idą w kinach. Blu-ray robi robotę. W ostateczności możemy poczekać na premierę na jednej z platform streamingowych.

Dlaczego więc młodzież miałaby się ograniczać i skazywać na to, co proponują im kina w sytuacji, w której mamy wszystko na wyciągnięcie ręki i jedno kliknięcie myszy? To w USA, a co u nas?
Niestety, u nas młodzi ludzie zabierają się do zabijania kin wyjątkowo niemrawo. Według raportów, z roku na rok rośnie liczba wizyt w kinie. W roku 2014 było ich 40,4 mln, rok
później 4 miliony więcej a w roku 2016 Polacy aż 52 mln.

Prawie połowa widzów jest w wieku 21-34 lata. Stanowią oni najwierniejszą publiczność, są w kinie średnio 18 razy w roku i wydają na bilety i na przekąski w barze najwięcej. Wszystko wskazuje na to, że eksperci nie uwzględnili polskiej specyfiki. Na mordowanie kin w wykonaniu milenialsów patrzę z radością i bardzo im kibicuje. Jednak wszystko wskazuje na to, że nad Wisłą zajmie im to trochę więcej czasu. I chyba niezbyt szybko będę mógł zrezygnować ze swojej karty Unlimited w Cinema City, z której z powodu daremnej oferty filmowej, przez ostatnie dwa miesiące nie udało mi się skorzystać ani razu.

Za tydzień zabijemy sobie coś innego.

 
Categories

Zabójcze tweety Trumpa

Twitterowa aktywność prezydenta Donalda Trumpa jest legendarna. Jest na nim obecny od 2009 roku i jako zapoznany geniusz biznesu, polityki i nauki wypowiada się na każdy możliwy temat. Sprawuje na Twitterze prezydenturę, rozwiązuje nierozwiązywalne do tej pory problemy polityczne, krytykuje globalne ocieplenie, zaś do jego ulubionych rozrywek należy wyszukiwanie fake newsów w nieprzyjaznych mu mediach i krytykowanie firm, które mu czymś podpadły.

Lista jego tweetów, w których wymienia firmy z nazwy jest długa, impakt znikomy a powody trafienia na jego czarną listę przeróżne, począwszy od przeniesienia produkcji do Meksyku, a skończywszy na zbyt małym ekranie w telefonach.

Trump to na Twitterze mocna marka. Do tej pory napisał prawie 37 tys. tweetów, ma ponad 46 mln obserwujących, dlatego biznes liczy się z tym co prezydent u siebie wyćwierka. Twórcy finansowej aplikacji Trigger wykorzystali sytuację i wprowadzili do programu dodatkową opcję, która powiadamia użytkowników o tym, czy prezydent powiedział coś na temat biznesu, w który zainwestowali.

Lista firm, które Trump zaatakował na Twitterze jest długa i nie sposób ich tu wszystkich wymienić, wybrałem kilka, które podpadły mu z dziwnych, śmiesznych albo niezrozumiałych powodów.

O Amazonie Trump napisał, że firma przynosi straty i że kupienie przez Bezosa Washington Post ma na celu wyłącznie względy podatkowe. Bezos to najbogatszy człowiek świata, Amazon rośnie na giełdzie a WP pobił rekord prenumeraty, miał drugi z rzędu zyskowny rok i zdobył nagrodę Pulitzera.

Apple oberwało za to, że nie chcą produkować telefonów z tak dużymi ekranami, jakie mają ulubione telefony prezydenta, Samsungi. Trump napisał w tweecie, że sprzedał akcje Apple. Przypomina mi to tupanie nóżką przez sześciolatka, któremu rodzice nie pozwolili nadmuchać żaby.

Boeing, który budował nowego Air Force One został skrytykowany za zbyt wysokie koszty – 4 mld dolarów. Trump wyraził chęć skasowania zamówienia, ale pomimo najszczerszych chęci nie udało mu się tego zrobić przy pomocy tweeta.

Od Disneya domagał się ponownego zatrudnienia zwolnionych amerykańskich pracowników, zastąpionych przez tańszych podwykonawców z innych krajów. Ponownie okazało się, że o ile robienie polityki zagranicznej przy pomocy tweetów wydaje się być możliwe, tak wpływanie na biznes już niekoniecznie.

Prezydent Trump nie mógł znieść faktu, że Ford chciał zainwestować 2,5 mld dolarów w Meksyku. Drażni go również to, że General Motors produkuje w Meksyku jeden ze swoich modeli, po czym wysyła go przez granicę bez płacenia cła. Jak na przedsiębiorcę, Trump czasami sprawia wrażenie człowieka, który zupełnie nie rozumie wolnego rynku.

Kompletnym skandalem wydała mu się decyzja Toyoty o zbudowaniu fabryki w Baja, w Meksyku. Zagroził, że albo zbudują ją w USA, albo będą płacić grube cło. Prawa, które zmusiłoby firmy przenoszące produkcję do Meksyku do płacenia wysokiego cła nie udało się uchwalić do tej pory. Tak działa wolny rynek.

Ostrzegł też inwestorów przed pakowaniem pieniędzy w Facebooka, bo nie wierzy, że ta platforma może być tyle warta. W ciągu ostatnich dwóch lat akcje Facebooka podwoiły swoją wartość.

Nie znalazła uznania w jego oczach whisky Glenfiddich, którą nazwał śmieciowym alkoholem i zapowiedział pozbycie się wszystkich butelek z jego licznych posiadłości.

Ciężkie baty zebrał koncern Lockheed Martin, którego myśliwiec F-35 okazał się być dla Trumpa zbyt drogi. Dlatego poprosił o podanie mu kosztów samolotu F-18, produkowanego przez Boeinga. Tego samego Boeinga, którego krytykował za zbyt duży koszt Air Force One. Czasami mam wrażenie, że Trumpowi wydaje się, że kupowanie myśliwca za miliardy dolarów to to samo, co wybieranie płatków kukurydzianych z półki w Wallmarcie.

Jak wspomniałem, szczególnym uczuciem Trump darzy te media, które nie wystawiają mu laurek, tylko piszą prawdę. Właściciela New York Daily News nazwał kompletnym przegrańcem, czytelnikom New York Magazine zasugerował rezygnację z prenumeraty tego upadającego, nudnego i uprzedzonego pisma a NYT określił mianem umierającej gazety, której wiedzie się z dnia na dzień coraz gorzej.

New York Post niewłaściwie opisał jego kampanię w stanie Iowa, gdzie Trump miał pełne sale, najlepsze przemowy, najlepsze słowa i owacje na stojąco.

No i wreszcie Wall Street Journal, którego autorzy według słów Trumpa są kiepscy z matematyki i nikogo nie interesuje co piszą w swoich tekstach.

Wątek przenoszenia pracy do Meksyku pojawił się również w kontekście Procter&Gamble i Rexnord. Trump nie może znieść faktu, że biznes wybiera tańsze rozwiązania i optymalizuje koszty, co jest dziwnym zachowaniem, jak na odnoszącego sukcesy przedsiębiorcę.

Prezydent Trump sprawia wrażenie rozpuszczonego dzieciaka, który przy milczącej aprobacie rodziców, biega po muzeum, maże obrazy sprajem i zrzuca drogocenne wazy na ziemię. Wszystko to, zwłaszcza w wykonaniu prezydenta, zdaje się być groźne. Czy jednak biznes powinien się obawiać tweetów Trumpa?

Nie powinien. Oczywiście większość firm przywołanych w tweetach traci tego dnia na giełdzie, rekordową stratę rzędu -5% odnotował Lockheed Martin. Natomiast kurs bardzo szybko się odbudowuje a potem najczęściej wzrasta. Efekt jest więc odmienny od założonego przez Trumpa.

Jako ciekawostkę można przytoczyć eksperyment komentatora Bloomberga, Barry’ego Ritholtza, który stworzył dwie grupy akcji. W pierwszej, którą nazwał Oligarch Index, zgromadził 11 firm pochwalonych przez Trumpa, w drugiej o nazwie Drain the Swamp Index 15 firm zaatakowanych przez niego w tweetach. I po roku porównał, jak sobie radzą na giełdzie. Ten pierwszy zyskał 19,5 proc. Nawet nieźle. Okazuje się jednak, że bardziej opłaca się być w grupie firm zganionych przez Trumpa – ich indeks wzrósł o 42,5 proc.

W sumie indolencji inwestycyjno-biznesowej Trumpa nie ma się co dziwić. Ten człowiek doprowadził do bankructwa trzy kasyna w czasie, gdy ten przemysł przeżywał okres prosperity. Jest to sztuka.

 
Categories

Jak Alien został księżniczką Disneya

Disney nie bierze jeńców. Pod koniec zeszłego roku ogłosił, że kupuje od wytwórni 21st Century Fox ich część związaną z rozrywką za 52 miliardy dolarów. Ciekawy wydaje się być zakup części Hulu. To może oznaczać, że Disney będzie chciał ruszyć z własną platformą stramingową. (więcej…)

 
Categories

Slow Netflix, no fun

Internet może za chwilę zacząć zachowywać się jak Twoi rodzice. Niby kochają Ciebie tak samo jak resztę rodzeństwa, ale dobrze wiemy, że wolą Twoją młodszą siostrę. Tak najprościej można wytłumaczyć wyrzucenie do kosza zasady net neturality. Z tą różnicą, że teraz internet będzie bardziej lubił tych, którzy płacą hajsem (na Twoich rodziców to nie działa)