Categories

Najpopularniejsze filmy na polskim YouTubie: muzyka i jeszcze więcej rapu

“Uwaga jest walutą biznesu” – powtarza gwiazda marketingu Gary Vaynerchuk. Gdyby przeliczyć uwagę polskiego widza na pieniądze, najwięcej monet generowaliby Mostowiakowie w serialu M jak Miłość (każdy odcinek przyciąga przed ekrany 6,4 mln Polaków). Najlepsze polskie wideo YouTubie może nie mają tak wiernych widzów, ale za to tych najmłodszych, na których zawzięcie polują marki i marketerzy. Sprawdzamy, gdzie są pieniądze w polskim YouTubie.

Muzyka i jeszcze więcej rapu

Tak jak na świecie triumfy święci “Despacito” z wynikiem odsłon na YouTubie wskazującym na to, że połowa mieszkańców globu odtworzyła hit co najmniej raz, tak nad Wisłą każdy Polak trzykrotnie mógł obejrzeć teledysk do utworu “Miłość w Zakopanem” Sławomira ( film zebrał 112 mln wyświetleń w ciągu dziewięciu miesięcy!).

  1. Sławomir, Miłość w Zakopanem 112 mln wyświetleń w 9 miesięcy!

Teledyski to absolutny numer jeden treści na YouTubie. W ubiegłym roku wspomniane Despacito Luisa Fonsiego ustanowiło zresztą nowy światowy rekord wszystkich filmów w historii serwisu  –  w ciągu nieco ponad roku zyskało 4,8 mld odsłon, czym zdeklasowało dotychczasowego lidera – piosenkę ze ścieżki dźwiękowej do “Szybkich i wściekłych 9” – See You Again Wiz Khalify (3,4 mld wyświetleń od 2015 roku) i Gangam Style rapera Psy (3,1 mld wyświetleń zebranych w ciągu pięciu lat.

Polskim Wiz Khalifą jest zdecydowanie Quebonafide – raper, który wygrał w ubiegłym roku polski internet, a w czołówce najpopularniejszych filmów zajmuje drugą i czwartą pozycję. Oba rekordowe wideo Quebonafide zebrały 83,3 mln wyświetleń i pochodzą z epki “Dla fanów Eklektyki”. Z pewnością stanowiły sposób na otarcie łez fanów, którym raper w październiku 2017 roku oświadczył, że znika z mediów społecznościowych aż do skończenia prac nad kolejną płytą.

  1. Quebonafide feat. ReTo – Half dead (prod. High Tower) – 44,8 mln wyświetleń w 8 miesięcy

Quebonafide miałby dwa miejsca na podium najpopularniejszych polskich wideo w sieci, gdyby trzeciego nie wyrwała mu rodzima, kabaretowa wersja Despacito – Wieśka Tico. Parodia hitu to nie jest debiut Kabaretu Czwarta Fala na YouTubie: w serwisie są aktywni od pięciu lat, zasili go do tej pory ponad sześćdziesięcioma skeczami, parodiami i przeróbkami piosenek. Żadna nie okazała się jednak tak doniosła jak Wieśka TICO.

  1. WIEŚKA TICO (DESPACITO PARODIA- Luis Fonsi) || Kabaret Czwarta Fala Łukasz Sienicki & Artur Telus – 41,6 mln wyświetleń w 8 miesięcy

4. Quebonafide ft. Klaudia Szafrańska – Candy (prod. Deemz) – 38,8 mln wyświetleń

Mocna pozycja polskiego rapu na YuTubie jest zadziwiająca! W pierwszej piątce hitów przełomu 2017/18 znajduje się pozycja jeszcze jedno wideo z gatunku – zjednoczone siły trzech raperów przyciągnęły do tego numeru widza ponad 43 mln razy!

5. Deemz X Bedoes X PlanBe – Eldorado – 43,7 mln w 4 miesiące

Od szóstego miejsca zaczyna się dywersyfikacja muzycznych gustów Polaków. Tutaj wkracza flanka disco polo z wciąż utrzymującym się hitem ostatniego roku zespołu Top Girl – Mleczko, Lalunią zespołu Mig czy polską muzyką klubową w wykonaniu ulubionej gwiazdy Eski C-BooLa – wszystkie teledyski zebrały dotąd widownie w okolicach 30 mln wyświetleń.

Długo, długo nic i… Hymn Świeżaków!

W poszukiwaniu treści innych niż polskie teledyski trafiłam na Hymn Świeżaków z imponującą liczbą 20 mln wyświetleń zdobytych jedynie w 6 miesięcy (co jest dowodem na to, że marki mogą nie tylko współpracować z twórcami treści na YouTube, ale mogą je z powodzeniem tworzyć).

Hymn Świeżaków – 20,8 mln w ciągu 6 miesięcy!

Magiczną barierę 10 mln wyświetleń udało się w 2017 roku przekroczyć również pierwszemu odcinkowi satyry politycznej Ucho Prezesa.

Ucho Prezesa odc. 1 prawie 10 mln wyświetleń w ponad rok!

W przyszłym tygodniu przeskanujemy czołówkę polskich youtube’owych celebrytów.

 

 
Categories

Fake newsy zmieniają rynek. Czas zarabiać na treściach w sieci?

Wyrażeniem roku 2017 było fake news. Ale to nie tylko chwytliwa nazwa. To zjawisko, które postawiło na głowie największe wybory prezydenckie na świecie i zmusiło internautów do zweryfikowania podejścia do konsumowanych treści. Czy sparzeni falą niesprawdzonych treści użytkownicy są wreszcie w stanie płacić za rzetelne informacje? Na jakich treściach można dziś zarabiać?

Jest prawda, gówno prawda i prawda internetu
Internet całkiem zmienił sposób, w jaki dowiadujemy się o świecie. I chociaż zrobił to samo, co wcześniejsze nośniki informacji: gazety, radio, a potem telewizja, czyli pozwolił informacjom docierać do maksymalnej liczby odbiorców w możliwie najkrótszym czasie, to trzeba przyznać, że czas ten skrócił do minimum. Wiadomości i idee zaczęły rozprzestrzeniać się w zawrotnym tempie, sprawiając że dobrze efekt kuli śniegowej (choć dziś wolimy mówić “viralowy”) osiągamy dziś w mgnieniu oka.

Zniknęły też bariery – masową komunikację może uprawiać teraz każdy. Kowalski wrzucający filmik z demonstracji w sekundę staje się dziennikarzem. I to w internecie jest fajne, autentyczne, świeże, demokratyczne. Wreszcie spełniliśmy marzenie pielęgnowane od czasów pierwszej starożytnej demokracji: powstała modelowa Agora – miejsce, w którym każdy może zabrać głos. Cieszymy się, że błyskawicznie możemy rozprzestrzenić informację o tym, że jesteśmy na wczasach pod palmą i apel o wsparcie kogoś bliskiego w potrzebie. Czasem tylko zapominamy, że równie szybko rozsiewamy piramidalne bzdury.

Pół biedy, jeśli powielamy durnoty w stylu “Jedno wideo jest warte więcej niż 1,8 mln słów”, które od kilku lat króluje w marketingowych prezentacjach. Żeby nie brzmiało podejrzanie, dodaje się, że autorem twierdzenia  jest James McQuivey’s, jeden z głównych analityków szanowanego Forrester Research. Wszystko się zgadza, oprócz tego, że McQuivey nie powiedział tego na poważnie. Po prostu “policzył”, że skoro mówi się, że jeden obraz jest wart tysiąc słów, a w wideo mamy ok. 30 obrazów na sekundę, to gdy weźmiemy standardowym format 60-sekundowego filmu, mamy jak nic równowartość 1,8 miliona słów. Wszystko się zgadza, prawda? Tak, tylko że nie. Czy na pewno minutowe wideo z kotkiem jest warte więcej niż Stary i Nowy Testament? Gorzej, gdy granice między prawdą i fałszem zacierają nam się w sferze polityki.

Hitem polskich fake newsów była ostatnio podana przez Polską Agencję Prasową, a potem ochoczo cytowana przez media informacja, że premier Mateusz Morawiecki wspiera WOŚP. W informacji powoływano się na tweeta premiera. Tyle, że tweet pochodził z konta, które do premiera nie należy. Ktoś podszywa się pod niego w serwisie społecznościowym. Media informację sprostowały. ale czy dotarła do wszystkich, którzy dowiedzieli się o charytatywnej działalności premiera? Nie sądzę.

Rok 2016 pokazał nam wszystkim, że żarty się skończyły, bo okazało się, że nieprawdziwe informacje (tzw. fake newsy) łykamy bezkrytycznie na taką skalę, że można nimi zmanipulować wyniki wyborów prezydenckich w jednym ze światowych mocarstw.

– Nabieramy się na tak absurdalne treści w sieci, że aż trudno uwierzyć. Bardzo często naprawdę wystarczy włączyć myślenie. Warto też sprawdzić pochodzenie newsa. Czasem te informacja pojawiają się na stronach, które mają imitować wiarygodne źródło. Wystarczy sprawdzić adres url, datę, czy ktoś się pod tą treścią podpisuje. W profilach społecznościowych czasem wystarczy sprawdzić, czy dany profil ma na przykład  historię wpisów – mówi Wiktor Nowak prezes zarządu organizacji fact-checkingowej Demgog, która edukuje i sprawdza wypowiedzi polityków, szczególnie wtedy, gdy ci powołują się na jakieś dane. Codziennie na stronę stowarzyszenia trafiają wypowiedzi polityków, które są weryfikowane i przydzielane do jednej z kategorii: prawda, fałsz, manipulacja lub nieweryfikowalne z uzasadnieniem.

Donald Trump i fabryki fake newsów
Ujawnienie możliwego wpływu szemranych treści na wyniki wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych wstrząsnęło opinią publiczną. Specjaliści z Uniwersytetu Standford obliczyli, że w ostatnich trzech miesiącach kampanii prezydenckiej Trump-Clinton w sieci krążyło 156 nieprawdziwych historii związanych z wyborami. Najczęściej komentowane wiadomości faworyzowały przyszłego prezydenta USA (źródło: Silverman, 2016): “Papież Franciszek poparł Donalda Trumpa” – głosiła jedna z nich.

Ponad sto stron z sensacyjnymi i nieprawdziwymi informacjami wspierającymi Donalda Trumpa powstało w 55 tysięcznym miasteczku Veles w Macedonii. To m.in. stamtąd płynęły informacje oczerniające Hilary Clinton i wzmacniające pozycję Trumpa. Magazyn Wired opisał jednego z macedońskich fake newsowych przedsiębiorców – 18-letniego Borisa, który prowadził dwie strony m.in. z “informacjami” o kandydatach.

Nie do końca jasne jest to, skąd młody Macedończyk brał publikowane treści. Reporter Wired stwierdził, że poziom jego angielskiego z pewnością nie pozwolił na napisanie wszystkich artykułów. Wiadomo natomiast, że zasięg rozprzestrzenianych przez Borisa informacji był ogromny, choć nastolatek w ogóle polityką się nie interesował. Publikował po prostu najbardziej sensacyjne newsy, żeby zarabiać na liczbie wejść na swoją stronę. Tylko podczas trzech ostatnich miesięcy kampanii prezydenckiej w USA wpadło mu z tego tytułu 16 tys. dolarów (14 razy tyle, ile przeciętny Macedończyk zarabia w tym okresie).

Absurdalną pointę do amerykańskiego rozdziału historii fake newsów dopisał sam Trump, który w talk show stacji TBN powiedział: “Jednym z najwspanialszych określeń, jakie wymyśliłem, jest  słowo “fake”. Tyle że… nie on je wymyślił. Król fake newsów jest tylko jeden.

– Pierwsze portale fact-checkingowe, które sprawdzały prawdziwość wypowiedzi osób publicznych powstawały w Stanach już w 2010 roku, a same fake newsy mają historię znacznie dłuższą niż kampania prezydencka w USA z 2016 – mówi Wiktor Nowak.

Fake biznes to newsy i sztuczne zasięgi
W ostatnich latach w sieci pojawiło się sporo dostawców usług, które polegają na tworzeniu i rozprzestrzenianiu w sieci nieprawdziwych treści. Zaplanowanego fake newsa buduje zwykle nie jedna informacja, a seria treści artykuł, zdjęcia i – coraz częściej – memy.

Według raportu Trend Micro, w specjalistycznych agencjach działających w Chinach i Rosji, kupno fałszywej informacji kosztuje ok. 30 dolarów, a na przykład kampania oczerniająca dziennikarza ok. 50 tys. dolarów.

Źródło: Raport “The Fake News Machine”

Kolejnym elementem szemranego biznesu wspierającego fake-newsy są sztuczne zasięgi, dzięki którym treści można błyskawicznie rozsiewać w sieci. Niektóre agencje robią to przy użyciu botów i kont społecznościowych udających fikcyjne osoby, inne oferują rozprzestrzenianie treści przez realne, ale opłacane osoby. W każdym z przypadków sposób budowania zasięgu informacji jest zmanipulowany.

W lutym tego roku dziennikarze New York Timesa opisali sprawę amerykańskiej firmy Devumi, która handlowała profilami społecznościowymi – miała 3,5 mln kont nieistniejących osób w mediach społecznościowych. Skutecznie udawano na nich prawdziwych użytkowników sieci – z profili wrzucano zdjęcia, fikcyjne osoby miały znajomych i należały do facebookowych grup. Firma handlowała aktywnością tych martwych dusz – można było zamówić udostępnianie przez nie informacji, polubienia – wszystkie aktywności, które według algorytmów (i nas samych) zwiększają wiarygodność i atrakcyjność informacji.  

– Znam ten mechanizm. Zaczęłam się w to bawić przy promocji jednego z projektów internetowych. Zaskoczyło mnie to, jak łatwo na FB zbudować sieć znajomych, udając fikcyjną postać. Trudno jest pozyskać pierwszych kilkudziesięciu znajomych, potem zaufanie do profilu wzrasta, bo gdy zapraszani widzą, że masz już wśród znajomych kilka osób z ich kręgu, zaczyna być z górki. Zasięg rósł szybko, ale nasz zespół szybko wycofał się z takich działań. Potraktowaliśmy to jak  eksperyment – ciekawy, ale moralnie wszyscy czuliśmy się  z tym słabo. Szczególnie, gdy zaczęliśmy już prywatne konwersacje z tych sztucznych kont – mówi osoba do niedawna odpowiedzialna za projekty internetowe w jednym  z wydawnictw.

Fala fake newsów zmieniła rynek informacji?

Reklama płatnych treści New Yorkera

Paradoksalnie – nikt nie powinien być bardziej wdzięczny fali fake newsów niż dziennikarze. Wydaje się, że fala niebezpiecznych bzdur uświadomiła rynkowi wartość zaufania do informacji. Dla dostawców treści otwierają się nowe możliwości. Tym bardziej, że ziarno pada na wyjałowiony grunt: rynek cieszących się zaufaniem mediów opiniotwórczych w ciągu ostatniej dekady skurczył się w Polsce o ok. 70 proc, jak podaje publicysta ekonomiczny tygodnika Polityka Rafał Woś  (licząc stan osobowy ludzi na poważnie zawodowo zajmujących się dziennikarstwem).

Internauci są już skłonni płacić w sieci za rozrywkę – muzykę (Spotify czy Tidal) i filmy (Netflix, HBO Go, Showmax czy Hulu). Może nadszedł też czas na płatne informacje?

Przeprowadziłem kilkadziesiąt rozmów z osobami, które budują w Polsce media i które nie ściągają filmów z Chomika, tylko są potencjalnie w stanie płacić za treści w sieci. Pytałem, czy i za jakie treści są w stanie płacić w sieci. Zachęceni tym, jak dobrze wychodzą nam wywiady z ludźmi biznesu, zadawaliśmy najpierw pytanie, czy byliby w stanie płacić za wywiady premium. W odpowiedzi usłyszeliśmy stanowcze nie. Wywiady, który robimy dobrze, można potraktować jako tzw. lead magnety, ale nikt nie jest w stanie jednak płacić za kontent jednak rozrywkowy robiony przy małych nakładach inwestycyjnych (Netflix na własny kontent planuje w tym roku wydać 10 mld dolarów, więc trudno się ścigać z takim wydawcą), natomiast w naszej grupie docelowej – startupy i e-commerce, odbiorcy chcą płacić za praktyczne biznesowe tipy,  bardzo dobre analizy rynku i ekspertyzy. Wszystko to, co w najprostszy sposób może przełożyć się na realny zysk. Startupy i e-commerce – mówi Michał Bąk, który rozwija projekt medialny Marketing i Biznes.

Zapał może studzić na przykład ankieta przeprowadzona 18 stycznia przez Artura Kurasińskiego, w której zapytał, ilu czytelników byłoby w stanie zapłacić za codzienny newsletter jego autorstwa. Z 367 osób, które wypełniły ankietę, aż 89,6 proc. stwierdziło, że płacić nie chce. – Tylko że Artur Kurasiński głównie wyszukuje treści, gdyby dodawał do nich jeszcze swój ekspercki komentarz, wtedy wartość newslettera byłaby większa. My też robimy prasówki, ale udostępniamy je teraz czytelnikom za darmo – komentuje Bąk.

Internet namieszał na rynku informacji. Media tradycyjne wchodziły na początku XXI wieku w sieć czując, że tego pociągu nie można przegapić. Ale prawda jest taka, że nikt wtedy nie miał pojęcia, jak na treściach w sieci zarabiać. Do niedawna jedynym rozsądnym pomysłem było obwieszanie stron reklamowymi banerami. Kiedy wydawcy zaczęli szukać sposobów na monetyzację treści u ich odbiorców – czytelników, napotykali opór: trudno kazać nagle płacić czytelnikom za coś, co od wielu lat dostawali za darmo.

Teraz wydaje się, że coś na rynku drgnęło. Opiniotwórcze media zaczęły coraz odważniej prosić swoich czytelników o finansowe wsparcie (Guardian czy Wired) lub wprost wymagać opłaty za dostęp do treści jak New York Times, czy w Polsce Puls Biznesu lub Gazeta Wyborcza (która systemy opłat za treści sprawdza od 2014 roku, a pod koniec 2017 liczyła na 90 tys. subskrybcji).

Zrozumieliśmy, że nawet w internecie obowiązuje zasada price for value i że za zero możemy dostać co najwyżej nieprawdziwą informację o tym, że ktoś pobił Magdę Gessler.

Przygotowując tekst, korzystałam z następujących źródeł:

  1. The Fake News Machine, http://www.trendmicro.pl/vinfo/pl/security/news/cybercrime-and-digital-threats/fake-news-cyber-propaganda-the-abuse-of-social-media
  2. Hunt Allcott and Matthew Gentzkow, Social Media and Fake News in the 2016 Election https://web.stanford.edu/~gentzkow/research/fakenews.pdf
  3. Steve Coll, Donald’s Trump “fake news tactics” https://www.newyorker.com/magazine/2017/12/11/donald-trumps-fake-news-tactics
  4. Samanth Subramanian, The Macedonian Teen Who Mastered Fake News https://www.wired.com/2017/02/veles-macedonia-fake-news/
  5. Jacek Kowalski, Rynek treści za paywallem czeka zmiana, ale powolna http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/platne-tresci-w-internecie-gazeta-wyborcza

 

Przygotowując tekst, korzystałam z następujących źródeł:

  1. The Fake News Machine, http://www.trendmicro.pl/vinfo/pl/security/news/cybercrime-and-digital-threats/fake-news-cyber-propaganda-the-abuse-of-social-media

  2. Hunt Allcott and Matthew Gentzkow, Social Media and Fake News in the 2016 Election https://web.stanford.edu/~gentzkow/research/fakenews.pdf

  3. Steve Coll, Donald’s Trump “fake news tactics” https://www.newyorker.com/magazine/2017/12/11/donald-trumps-fake-news-tactics

  4. Samanth Subramanian, The Macedonian Teen Who Mastered Fake News https://www.wired.com/2017/02/veles-macedonia-fake-news/

  5. Jacek Kowalski, Rynek treści za paywallem czeka zmiana, ale powolna http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/platne-tresci-w-internecie-gazeta-wyborcza

 

 
Categories

Portal randkowy dla wegetarian? Szukamy nisz w wielkim miłosnym biznesie

W Polsce działa ponad 80 portali randkowych i aplikacji. Hitem ostatnich lat jest oczywiście Tinder, ale  i tak gigantowi nie udało się zdeklasować starej (od 2002 roku na rynku!), dobrej, polskiej Sympatii. Sprawdzamy, czy jest jeszcze miejsce na nowe pomysły na tym wartym 60 mln zł rynku. I tworzymy startup. Oczywiście – genialny!

W 2017 mieliśmy przetasowanie na polskim rynku portali do umawiania spotkań online.

  • Coś zaskakującego wydarzyło się w segmencie serwisów do seks randek – lider datezone.com zyskał 1,8 mln użytkowników! Miesięcznie korzysta z niego 3 mln użytkowników. Ten segment zdecydowanie w Polsce rośnie!
  • Zmieniła się czołówka portali randkowych. Sympatia pozostała co prawda niewzruszona, ale już drugi produkt należący do Grupy Onet – Sympatiaplus spadł na czwarte miejsce wyprzedzony przez flirt.com (738 tys. UU za sierpień 2017) i edarling.pl (383 tys. UU w tym samym czasie).
  • Za to zaskakująco niezmiennym liderem odsłon przypadających na użytkownika jest serwis fellow.pl, przez który na randki umawiają się osoby nieheteroseksualne. I tutaj w zasadzie portalowej konkurencji dla lidera nie ma. W tej grupie popularniejsze wydają się aplikacje z globalnym Grindrem na czele (codziennie do serwisu loguje się 2 mln użytkowników ze 149 krajów).

O jak wielkim i kuszącym rynku mówimy, niech świadczy fakt, że tylko w styczniu 2017 według badań Gemiusa z serwisów randkowych skorzystało 12 proc. polskich internautów. Liczba internautów w tym samym czasie wyniosła 27,6 mln osób. Pozwólcie, że to dla Was policzę: portale randkowe odwiedza w ciągu miesiąca 3,3 mln Polaków!

Rynek randek online  jest u nas wart ok. 60 mln zł. To duży tort. Jak z niego uszczknąć swój kawałek? Odkroić taki, który składa się ze społeczności zaangażowanej wokół tematu sprzyjającego wspólnemu spędzaniu czasu lub dzieleniu stylu życia. Właściciele psów, wegetarianie, biegacze?

W Polsce segmentacja rynku ma już zresztą swoje tradycje. Mamy serwisy dla rolników (AgroRandka.pl), katolików (Przeznaczeni.pl), od wartości niematerialnych wolących materialne (SugarDaddy.pl), dla osób 40+ (40latki.pl),  planujących zwykły skok w bok (Skokwbok.pl) czy kobiet, które lubią brać sprawy w swoje ręce (ZaadoptujFaceta.pl) .

Serwis randkowy dla wegetarian? Spróbujmy!
Zakładając, że osoby na diecie wegetariańskiej j łączy pewien typ wrażliwości i styl życia, który mógłby być spoiwem dla udanego związku – spróbujmy sprawdzić, o jakim rynku w Polsce i na świecie możemy mówić, chcąc wyprodukować serwis lub aplikację randkową skierowaną wyłącznie do tej grupy. Rynek produktów wegańskich i wegetariańskich w Polsce szybko rośnie, więc może nie jest to taki szalony trop.

10 proc. osób w wieku 25-34 lat w Polsce deklaruje utrzymywanie diety wegetariańskiej – wynika z badania przeprowadzonego przez firmę Mintel. Przyjmując, że ok. 10 proc. z nich korzysta z serwisów randkowych, to mówimy o rynku 0,5 mln osób w Polsce w tej grupie wiekowej. Ale oczywiście, jesteśmy ambitni i o biznesie myślimy globalnie. Wybierzmy więc inne rynki na świecie, które powinny nas zainteresować ze względu na wielkość.

Na świecie jest 375 milionów wegetarian, z czego 75 milionów to osoby, które nie jedzą mięsa z wyboru (te nas interesują). Oczywiście, nie wejdziemy na wszystkie rynki naraz. Wybierzmy więc te, na których osób stosujących dietę jest najwięcej.

Szkicujemy więc plan podboju świata na podstawie liczby wegetarian. I tu zaczynają się schody. Pomijamy na tym etapie rynki azjatyckie: Indie, Chiny i Japonia mają co prawda imponującą liczbę osób niejedzących mięsa (łącznie ok. 446 mln), ale to fałszywy trop dla naszego biznesu: wegetarianizm jest tu motywowany przyczynami religijnymi, kulturowymi, a nierzadko również bytowymi. Dlaczego o tym wspominam? Żeby przy okazji powiedzieć, jak ważne oprócz liczb, są również uwarunkowania na każdym z potencjalnych rynków.

Wróćmy do naszej strategii podboju świata. Kraje anglojęzyczne to niezły trop, tym bardziej, że przygotowanie strategii marketingowej po angielsku załatwia nam przynajmniej próbę wejścia na kilka rynków bez tłumaczenia całej usługi i komunikacji na wiele języków.

Kanada – bingo! Zdecydowanie kierunek numer jeden dla naszego biznesu z 12 milionami wegetarian z wyboru (wg badań Vancouver Humane Society z 2005 roku) i 14 milionami singli (Statistics Canada). Kanadyjczycy to też jedni z najbardziej aktywnych w mediach społecznościowych. Rynek wydaje się być wymarzony na zdobycie co najmniej miliona użytkowników naszego portalu randkowego dla wegetarian.

Stany Zjednoczone –  też nieźle; USA to pierwszy zagraniczny rynek wybierany przez polskie startupy decydujące się na eksport (wynika z badania Polskie Startupy 2017 Fundacji Startup Poland). Również dla naszego wegebiznesu amerykański klient wydaje się być obiecujący: 7,3 mln dorosłych stosuje dietę wegetariańską! Tutaj spróbujemy wyrwać kolejny milion użytkowników.

Teoretycznie mamy już 2,5 mln użytkowników. Zakładając, że działamy w modelu subskrypcyjnym, pobierając dolara miesięcznie (taniocha!)… mamy przychód rzędu 2,5 mln dolarów. Teraz tylko oszacujmy koszty i ruszajmy na podbój rynku randek  z biznesplanem i strategią na najbliższy rok. I – oczywiście – na tym etapie już wierzymy, że stworzyliśmy jeśli nie jednorożca, to co najmniej kucyka i bardzo chcemy jak najszybciej  zacząć realizować naszą wizję.

Czy właśnie stworzyliśmy milionowy biznes? Być może. Od tego, co zrobimy teraz wiele zależy. Pamiętajmy, że mamy biznes na kartce. Papier wszystko przyjmie, wszystko w Excelu może się zgadzać, pozostaje jednak kluczowe “ale”.

Zanim zaczniemy kodować i budować całą usługę SaaS, sprawdźmy, czy istnieje realna potrzeba na rynku. Uwierzcie, bardzo wiele startupów nawala właśnie w tym miejscu, w którym emocje biorą górę i już tak bardzo chce się realizować swój pomysł, że trudno skonfrontować się z rynkiem. I albo w ogóle nie zadają rynkowi kluczowych pytań, albo zadają je w taki sposób, żeby potwierdzić genialność swoich założeń.

Nasz cały randkowy biznes oparliśmy na założeniu, że wegetarianie chcą osobnego miejsca w sieci, żeby za jego pośrednictwem szukać drugiej połówki. Nie sprawdziliśmy tej potrzeby. Pamiętajmy, że żeby ten biznes się udał, musimy mieć grupę klientów, która nie tylko potrzebuje wymyślonego przez nas rozwiązania, ale też – co nawet ważniejsze! – jest gotowa za nie zapłacić. I naprawdę: lepiej zawrócić teraz, gdy biznes mamy na kartce. Zaskakująco wiele startupów brnie w biznes niczym nastolatki w platoniczny związek. Klienci, głupcze! – powinien powtarzać sobie  każdy początkujący przedsiębiorca.

Kierowana walentynkowym przypływem miłości postanowiłam wam o tym przypomnieć   <3

 

 
Categories

AI <3 YOU

Walentynki lądują, a z nimi –  jak co roku – te same problemy. Pary zastanawiają się, jak uciec od corocznej sztampy kino-restauracja-czekoladki-róże i wpadają na świetne pomysły np. wspólnego skoku na spadochronie. Single – wiadomo, tłumaczą sobie że święty Walenty to patron chorób umysłowych i epilepsji, więc świętują antywalentynki. Albo… kupują seks robota.

Człowiek zrobi wszystko, żeby nie być samotnym. Większość z nas szuka drugiej połówki desperacko i za wszelką cenę. A desperacja okazuje się być świetnym paliwem dla poszukiwań idących w dziwnych kierunkach.

Tęsknota za byciem z kimś blisko realizuje się na różnych poziomach, niektóre z nich są jeszcze melodiami przyszłości, inne zrealizowaliśmy w sposób budzący podziw, zdumienie czy odrazę. Najpierw popatrzmy, co jeszcze ciągle przed nami.

W filmie „Blade Runner 2049”, replikant zakochuje się w hologramie. To w ogóle ciekawe splątanie wątków, bo replikant to sztuczny twór-android. Tak bardzo jednak przypomina człowieka, że jednoznaczne odróżnienie możliwe jest jedynie po przeprowadzeniu testu na empatię. Replikanci nie są odporni na samotność, stąd ten dziwny związek z hologramem. Na pytanie, czy jest możliwe zakochanie się w iluzji, odpowiadam „tak”. Czym innym niż miłością do czegoś nieistniejącego, są głębokie uczucia, jakimi ludzie darzą celebrytów? Zakochujemy się w jakimś konstrukcie, który stworzyliśmy we własnej głowie. Czym taki konstrukt różni się od hologramu? W stu procentach poważnie, widzę rynek na takie usługi. Na pewno znajdzie się ktoś, kto zechce żyć w platonicznym związku ze Scarlett Johansson.

Właśnie, Scarlett Johansson. „Her” jest fantastyką bardzo bliskiego zasięgu. Właściwie stoi tuż za rogiem. Główny bohater zakochuje się w swoim inteligentnym systemie operacyjnym, obdarzonym głosem Scarlett. Jedyną fantastyką w tej historii jest inteligencja systemu operacyjnego, resztę już mamy. Chodzi oczywiście o Siri, z którą ludzie flirtują, oświadczają się, zakochują czy proponują seks. Według badań przeprowadzonych na użytkownikach aplikacji Assistant.ai, 40% z nich wyobraża sobie zakochanie się w wirtualnym asystencie, a kolejne 25% potwierdziło, że być może mogliby to zrobić. Przebadano 12 tys. Osób. Wyniki dziwią mnie niespecjalnie.

Siri to partner idealny. Jeżeli masz ochotę pogadać, wysłucha i odpowie. Jeżeli wolisz ciszę, nie będzie przecież zagadywać. Nakarmiona dostateczną ilością informacji, będzie coraz lepiej przewidywać nasze oczekiwania i coraz skuteczniej podpowiadać nam, na co mamy ochotę. Na razie za Siri nie stoi jeszcze Sztuczna Inteligencja i głos Johansson, ale to pewnie kwestia kilku lat. W końcu ludzie płacą ciężkie pieniądze za smsowanie czy telefonowanie do seks-usług w poszukiwaniu nieseksualnego kontaktu z drugim człowiekiem. Zapłacą też za dostęp do Siri Premium. Nie mam problemu z wyobrażeniem sobie kogoś nawiązującego intymną więź z głosem w słuchawce telefonu.

Zupełną niefantastyką od kilku lat są seks lalki. I nie chodzi mi o te smutne, dmuchane brezenty z seks-shopów, tylko anatomicznie poprawne, mówiące femboty. Wybierać możemy spośród kilkunastu modeli, oferujących różne temperamenty: od nieśmiałej, przez czułą, zazdrosną, humorzastą czy gadułę. Robot będzie pamiętał o naszych urodzinach, ulubionych potrawach, restauracjach i filmach. Możemy zadysponować model otrzaskany w literaturze albo rzucający żartami. Niektóre modele potrafią symulować orgazm podczas stosunku.

W ofercie jest też możliwość dostosowania aparycji fembota. Możemy dobrać włosy, rozmiar piersi, kolor brodawek i rodzaj warg sromowych (14 do wyboru). Najtańszy model kosztuje 6 tysięcy dolarów, najdroższe do kilkudziesięciu.

Większość klientów traktuje roboty jako wyrafinowaną maszynę do masturbacji. Jest jednak grupa użytkowników, którzy sadzają je przy stole, oglądają razem z nimi telewizję albo wynoszą do ogrodu, żeby mogły złapać trochę słońca. Lektura forów na których gromadzą się właściciele fembotów dostarcza przykładów na to, że część mężczyzn zakochuje się w swoich modelach. Polecam film zrealizowany przez BBC pt. Guys and Dolls, który pokazuje kilka takich sytuacji i osób.

Na koniec zaś Tinder, który kilka lat temu wydawał się obrzydliwością i abominacją a dzisiaj spowszedniał tak bardzo, że nikt już nie zwraca na niego uwagi. Jedna z pierwszych aplikacji (pamiętamy o Grindr) do randkowania. A w zasadzie do umawiania się na seks, bo początkowo Tinder sprzedawał się na takiej właśnie kontrowersji. Z czasem spowszechniał, ustatkował się, zatracił swoją pierwotną funkcję i został kolejnym serwisem randkowym z możliwością ustawienia się randkę rozbieraną. Jako ciekawostkę mogę podać fakt, że w 2015 roku użytkownicy Tindera przeglądali średnio 65 profili, zanim uzyskali jedno dopasowanie.

Jako bonusową ciekawostkę chciałbym pokazać wam aplikację „The Lickster”. Gdy wydaje się, że nie da się nas niczym zaskoczyć, dostajemy propozycję polepszenia techniki naszego fellatio przy pomocy komórki. Przez ekran przesuwają się strzałki wskazujące kierunki, w których musimy przesunąć językiem… palcem, żeby zdobyć punkt. Punkt zdobywamy tylko wtedy, gdy trafimy w odpowiedni punkt. No dobra, nie wiem, jak to mam opisać. Wypróbujcie sami, gra daje mnóstwo radości, jeżeli nie odważycie się lizać ekranu komórki, polecam poślinienie palca, którym będziecie grać.

Wesołych Walentynek wam wszystkim.

 
Categories

Netflix: streamingowa parada oszustów

Jest pewne brzydkie słowo na „k”, które dekadę temu było odmieniane przez wszystkie przypadki. Chodzi o kryzys. Miał on miał wiele przyczyn i wielu autorów. Skutki kryzysu pociągnęły za sobą wiele ofiar, ale wykształciły też grupki osób, które wzbogaciły się na globalnych tarapatach. Temat inspirował również filmowców chcących wyjaśnić, co właściwie wtedy zaszło. Oto tytuły, które warto sprawdzić.

„Inside Job” to dokument edukacyjny, który krok po kroku tłumaczy przyczyny kryzysu na rynku kredytów hipotecznych. Może go obejrzeć każdy bez obawy, że temat został potraktowany nadto specjalistycznie albo zbyt pobieżnie. Twórcy za rękę prowadzą nas przez wydarzenia, które spowodowały katastrofę sprzed dekady.

Muszę przyznać, że seans był fascynujący. Kreatywność finansistów w tworzeniu narzędzi inwestycyjnych imponuje. Tworzenie kolejnych narzędzi z narzędzi pierwotnych jest jeszcze lepsze, w pewnym momencie krążyło ich po rynku kilka tysięcy i praktycznie nikt nie wiedział czym handluje. Odbywało się granie na spadki, zwyżki a nawet przeciwko sobie. Ryzykowne produkty dostawały od firm ratingowych najwyższe oceny AAA, takie same jak obligacje rządu Stanów Zjednoczonych. Inwestycje były ubezpieczane, więc duża część ryzyka została przerzucona na największych ubezpieczycieli. Wszystko się kręciło, wszyscy zarabiali a potem ktoś się w tym wszystkim połapał i rynek się załamał.

Inside Job” to thriller edukacyjny, dzięki któremu w półtorej godziny zrozumiemy co się stało. Dodatkowym plusem jest Matt Damon jako narrator. Bardzo dobry film, bez którego oglądanie dwóch następnych będzie trudniejsze. Możecie go obejrzeć na Netflixie.

„Big Short” pokazuje kryzys z punktu widzenia kilku gości, którzy szybciej od innych zorientowali się, że to musi walnąć. Przeanalizowali sytuację, zaryzykowali i na załamaniu rynku zarobili miliard dolarów. Film ma bardzo szybkie tempo, dlatego zorientowanie się we wszystkich mechanizmach, które popchnęły światową gospodarkę ku przepaści wymaga od nas uwagi. Przyda nam się wiedza wyniesiona z „Inside Job”, dzięki której nie będziemy musieli się zastanawiać czym są CDO, kredyty subprime czy swapy i dlaczego bankrutujące banki inwestycyjne pociągnęły za sobą na dno gigantów ubezpieczeniowych.

Przy okazji „Big Short” świetnie się ogląda. To dynamiczny, kolorowy teledysk, który w atrakcyjnej formie i znakomitej obsadzie, pokazuje chciwość i brak odpowiedzialności Wall Street. Przy okazji robi to w sposób, który nie powoduje u nas traumy czy wściekłości na typów, którzy wepchnęli świat w kryzys, bezrobocie i drogiego franka. A jak to wszystko się zawaliło, cynicznie wyciągnęli ręce po rządowe dolary ratunkowe, z których wypłacili sobie sute premie. „Big Short” jest dostępny na Netflixie.

Film powstał na podstawie książki Michaela Levisa „Wielki szort. Mechanizm maszyny zagłady”.

Kolejna pozycja mnie przygnębiła. „Margin Call” grany u nas jako „Chciwość” pokazuje pracowników dużego banku inwestycyjnego w przededniu kryzysu. Kierownictwo dostaje informację, że w portfolio firmy znajdują się bardzo ryzykowne i wkrótce bezwartościowe instrumenty pochodne oparte o kredyty hipoteczne. Na jednej szali stoi przyszłość firmy, na drugiej wepchnięcie światowego sektora finansowego w kryzys. Zapada decyzja o zatajeniu informacji o toksyczności aktywów i ich błyskawicznej wyprzedaży. Wszyscy wiedzą, że ich reputacja w branży zostanie zniszczona i podejrzewają, że mogą zapoczątkować kryzys. Mimo wszystko decydują się na współudział, w końcu ich premie są ważniejsze. Nie oceniam ich motywacji, choć przykro patrzeć, że w tej wersji Sodomy nie ma żadnych sprawiedliwych. Zresztą prawie każdy lubi mieć dużo hajsu a po nas choćby potop. Film możecie obejrzeć na Netflixie.

Too Big to Fail” (Zbyt wielcy, by upaść) opowiadam o tym, jak Waszyngton próbuje pomóc bankom dotkniętym kryzysem. Te jednak pomocy w proponowanej formie sobie nie życzą.

Rząd Stanów Zjednoczonych dostawał liczne sygnały ostrzegawcze, ale nie zrobił nic. W końcu regulacje są sprzeczne z zasadami wolnego rynku. Gdy było za późno, dodrukował dolarów i spłacił długi banków inwestycyjnych. Gotówka rządowa miała zostać skierowana na rozkręcenie akcji kredytowej, banki widziały to inaczej.

Film pokazuje wyjątkowo obrzydliwy epizod kryzysu, więc nie zdziwcie się, jeżeli po seansie zechcecie złapać za widły i pochodnie. Możecie go zobaczyć na HBO.

Nie da się ukryć, że ten maraton filmowy był ciężki. Kompletna bezkarność sprawców, rządowe programy pomocowe, wyciągające zbyt dużych by upaść z bagna, w które sami dziarsko wmaszerowali. Tragedie ludzi zbyt małych, by się ktoś o nich upomniał. A przecież to z ich pieniędzy spłacono zbyt wielkich.

 
Categories

Pierwsze profesjonalne centrum esportu powstaje w Warszawie. Branża rośnie, czas wejść do gry?

W Warszawie w tym roku powstanie Kinguin Esports Performance Center, profesjonalne centrum treningowe dla tych, którzy w gry komputerowe grają zawodowo. 2 tys. metrów kwadratowych, cztery pomieszczenia treningowe, 24 miejsca noclegowe i cztery kuchnie – zaplecze godne zgrupowania kadry przed mistrzostwami świata. To nie przypadek: polscy gracze są w światowej czołówce e-sportu i potrzebują profesjonalnego zaplecza. Mimo sukcesów, dla niektórych wciąż pozostają marginesem, a dla legendy polskiego sportu Zbigniewa Bońka – patologią.

– Chcemy, żeby do 2020 roku Polska stała się piątą największą na świecie potęgą e-sportu – mówi Viktor Wanil, szef e-sportowej firmy Kinguin, w której barwach na światowym poziomie grają głównie Polacy. Skąd takie sukcesy? W Polsce gra 16 mln Polaków. Jesteśmy na drugim miejscu w Europie pod względem liczby osób oglądających rozgrywki esportowe. To u nas odbywa się jeden z najbardziej prestiżowych turniejów:  Intel Extreme Masters w Katowicach (rozgrywki CS:GO, StarCrafta II oraz LOL’a przy 173-tysięcznej widowni). Przy takiej popularności gier komputerowych, trudno się dziwić, że doczekaliśmy się gwiazdorskich zespołów, m.in. rosyjska Virtus.Pro z Polakami na pokładzie (najbardziej utytułowana drużyna w Counter Strike’a) i Team Kinguin (jeden z najlepszych zespołów CS:GO).

Boniek mówi “bez jaj”

Pomimo znacznych sukcesów indywidualnych i zespołowych Polaków w e-sporcie, jego gwiazdy pozostają znane głównie w kręgu graczy. Daleko im do blasków fleszy, na które mogą liczyć mistrzowie nawet najbardziej niszowego sportu tradycyjnego. Postrzegania branży nie zmienił nawet fakt, że Międzynarodowy Komitet Olimpijski od ubiegłego roku na poważnie rozważa włączenie esportu w szereg dyscyplin olimpijskich.

Podejście do esportu świetnie obrazuje tweet Zbigniewa Bońka skierowany do Bogusława Leśniodorskiego, byłego współwłaściciela Legii Warszawa, który w styczniu tego roku kupił drużynę esportową AGO Gaming.  – Boguś bez jaj, esport to jest i będzie duża kasa, ale to także świadectwo pewnej patologii. Siedzieć godzinami i walić w joystick? – napisał Zbigniew Boniek na swoim Twitterze.

– Gracze, podobnie jak inni sportowcy, mają trenerów, dietetyków, analityków, sponsorów, kontrakty, fanów, a nawet merchandising. Wydarzenia na żywo mają swoich  komentatorów, którzy relacjonują rozgrywki i turnieje, a także przeprowadzają wywiady przed i po meczu –  tłumaczył w odpowiedzi szef Kinguina.

Sport nie sport, kasa się zgadza

W jednym na pewno należy się z Bońkiem zgodzić: pieniądze w esporcie są. I to duże. Popularność gier rodzi ogromne zyski – ze sprzedaży tytułów, odsprzedaży cyfrowych wersji gier oraz akcesoriów z nimi związanych (tym właśnie zajmuje się firma Kinguin), ale też z produkcji treści: udostępniane m.in. na Twitch.com relacje z rozgrywek oglądają miliony użytkowników sieci.

Esportem na świecie interesuje się ok. 330 mln ludzi. Branża gamingowa jest nie tylko bardzo dochodowa, jest jedną z najbardziej innowacyjnych: ogromna liczba uczestników rynku doskonale rozumiejących technologie to świetne pole do wdrożeń nowoczesnych rozwiązań, takich jak blockchain.

Nic dziwnego, że właśnie z tą branżą chce współpracować była minister cyfryzacji Anna Streżyńska, która świetnie rozumie zarówno nowoczesny biznes, jak i technologie. Wierzy, że to właśnie w gamingu tkwi polski potencjał innowacyjności. – Polskie IT, polskie gry komputerowe, polska bankowość elektroniczna, a wreszcie – choć nie skończyłam tego projektu – polskie mDokumenty to są rozwiązania, które są naszą wizytówką międzynarodową – mówiła Streżyńska na styczniowej konferencji, na której ogłosiła swoją współpracę z esportowym Kinguinem.

Esport – dobry moment na biznes

Branża esportowa rozkwita i wiele ruchów na rodzimym rynku świadczy o tym, że to doskonały moment, żeby na niej zarobić. Szczególne pole otwiera się dla marketingu. W ubiegłym roku byliśmy świadkami pierwszej w Polsce konferencji dot. marketingu w świecie gier i esportu – Esport&Gaming Forum w Warszawie.   

Coraz więcej wielkich marek dostrzega ten marketingowy potencjał: do Playa i Sprite’a dołączyły w 2017 roku Credit Agricole, STS, Old Spice, KFC i Orange, a jeden z najlpopopularniejszych na świecie graczy Counter Strike’a Polak Jarosław “pashaBiceps” Jarząbkowski wystąpił w ub. roku w rosyjskiej reklamie Media Markt.

Powstają też pierwsze agencje obsługujące wyłącznie klientów zainteresowanych przemysłem growym jak Gameset czy sklepy z esportowymi akcesoriami m.in. GoldenFive stworzony przez byłą zawodniczkę. Najważniejsze rozgrywki esportowe w Polsce coraz odważniej transmitują mainstreamowe  stacje TVP, TVN czy Polsat.

W 2017 roku powstał nawet serial o graczach i esporcie – Good Game (sprawdźcie, czy polubicie bohaterów),.

Czas pomyśleć o tym, jak wejść do gry.

 
Categories

Ile warte są pieniądze z reklam podczas Super Bowl?

Super Bowl to największe wydarzenie sportowe w Ameryce. Bywa nazywane zimowym 4 lipca. Przed telewizorami transmisję ogląda 200 mln Amerykanów. Ale czasami mam wrażenie, że sport jest jedynie pretekstem do największego święta dużych firm, pojawiających się podczas transmisji z reklamami. Z roku na rok płacą za tę frajdę coraz więcej.

W tym roku 30-sekundowy spot kosztował ponad 5,5 mln dolarów. Pozwoliło to stacji Fox na największy zarobek w najkrótszym czasie w historii telewizji. Szacunki stacji mówią o 500 milionach dolarów. Nieźle jak na jedno popołudnie.

Jest to kwota tak abstrakcyjna i trudna do wyobrażenia, że postanowiłem wam ją przybliżyć czymś, co wszyscy znamy. Co można kupić za 500 mln dolarów (1 660 800 000 zł)?

  • za te pieniądze moglibyśmy kupić 1/3 ziemi sprzedanej w ubiegłym roku w Polsce na cele przemysłowe i budowlane [1]
  • albo 5% mieszkań w budownictwie indywidualnych oddanych do użytkowania w 2017 roku[2]

Coś mniej abstrakcyjnego? Proszę bardzo.

  • są to sześcioletnie przychody Legii Warszawa, pod warunkiem, że co roku awansowałaby do Ligi Mistrzów i miała dobry sezon ligowy[3]
  • albo ponad dwuletnie całej Ekstraklasy[3]

W sumie nie każdy interesuje się piłką nożną, więc może coś bliżej życia.

  •  za ten hajs moglibyśmy kupować przez 15 lat wszystkie owoce leśne i grzyby sprzedane w ubiegłym roku przez Lasy Państwowe[4]
  • czekolada ustawiona jedna na drugiej miałaby 4 762 km wysokości. Moglibyśmy nią opasać 83 równoleżnik, mieszkańcy Grenlandii byliby zadowoleni[5]

Podczas finału Super Bowl sprzedaje się mnóstwo piwa i parówek w hot dogach. Więc tak:

  • piwo kupione za pieniądze z reklam wypełniłoby 111 basenów olimpijskich po sam brzeg[6]
    zaś parówki utworzyłyby sznur od Ziemi do Słońca. Trzykrotnie[7]
  • tymi samymi parówkami moglibyśmy owinąć Ziemię na równiku 11 091 razy[7]

Ostatnio było głośno o burzeniu Pałacu Kultury i Nauki i o wycince świerku w nadleśnictwie Białowieża. Jakby to połączyć?

  • gdybyśmy kupili za wszystkie pieniądze najdroższe drewno świerkowe oferowane przez Białowieżę, moglibyśmy nim wypełnić 3 Pałace Kultury i Nauki[8]

Widzę, że nie uciekniemy od polityki…

  • prezydenta moglibyśmy opłacać przez 6 983 lata[9]
  •  premiera przez 8 418 lat[9]
  • pensje posłów mielibyśmy z głowy przez 39 lat[9]
  • a senatorów przez 140[9]
  • przez 25 dni moglibyśmy opłacać wszystkie koszty programu 500+[10]

Mam nadzieję, że pomogłem.

[1] 5 mld zł – wartość ziemi inwestycyjnej sprzedanej w 2017 roku
[2] Wskaźniki makroekonomiczne GUS za 2017, założony koszt mieszkania to 400 000 zł
[3] Przychody Legii Warszawa w sezonie 2016/17 wyniosły 281 mln zł, rzychody Ekstraklasy w sezonie 2016/17 707 mln zł
[4] GUS, wartość skupu owoców oraz grzybów leśnych w 2016 roku
[5] Cena tabliczki czekolady 3,5 zł, wysokość tabliczki 1 cm
[6] Cena litra piwa 4 zł, wymiary basenu olimpijskiego 50x25x3 metry
[7] Cena kilograma parówek 15 zł, długość jednej 20 cm
[8] Cena 1m3 najdroższego świerku wg cennika nadleśnictwa Białowieża 652 zł, kubatura PKiN 817 tys. m3
[9] Pensja prezydenta wyliczona wg ustawy „O wynagrodzeniu osób zajmujących kierownicze stanowiska państwowe”, pensje premiera, posłów i senatorów na podstawie danych KPRM
[10] Koszt programu „500+” na podstawie budżetu za rok 2017

 
Categories

Ostatni seans filmowy milenialsów

Milenialsi, najbardziej bezwzględni zabójcy świata, wzięli na celownik kolejny biznes i próbują go zniszczyć. Tym razem padło na kina. Ich właściciele i operatorzy nie potrafią zrozumieć tego, że młodzi ludzie mają coraz mniejszą ochotę na to, żeby przepłacać za film, a potem oglądać pół godziny reklam.

Desperacja w przemyśle jest wielka i trochę się nie dziwię. Liczba najmłodszych kinomanów (do 24 .roku życia) spadła w USA w ciągu ostatnich trzech lat o 4 miliony. Ilu biletów, kubłów
popcornu i kubków z napojami nie udało się sprzedać! Na oczach świata odbywa się popełniane z zimną krwią morderstwo.

Streaming nokautuje kina
Streaming nokautuje kina

Jak może pamiętacie, poprzednio pisałem o golfie. Właściciele pól nie są w stanie ogarnąć umysłem idei, że dla milenialsów koncepcja tej gry jest z gruntu obca i bezsensowna. Kiniarze też mają problem ze zrozumieniem prostej prawdy – kino to obecnie żadna atrakcja. Doznania podobne do kinowych oferuje nam dzisiaj blu-ray, duży telewizor i zestaw kina domowego.

Policzyłem, ile przemysł w samych Stanach nie zarobił na tych, którzy się na kina wypięli. Jeżeli chodzili na filmy 2 razy w miesiącu i brali na seans duży popcorn i duży napój, rocznie kina są w plecy ponad 2,2 mld dolarów. Jest to pieniądz, po który warto się schylić. Tylko nie wiedzą jak to zrobić. W desperacji wymyślili na przykład, żeby kino było bardziej przyjazne użytkownikom komórek. Pozwólcie na cytat: „Kiedy mówisz 22-latkom, żeby wyłączyli telefon i nie psuli innym seansu, jedyne co słyszą to „proszę, odetnij sobie lewą rękę w łokciu”. Nie możesz powiedzieć 22-latkom, żeby wyłączyli komórkę, oni tak nie funkcjonują”. Prezes sieci kin AMC Adam Aron naprawdę tak powiedział.

Po pierwsze, skąd pomysł, że komórkę trzeba wyłączać, wystarczy wyciszyć. Po drugie, mówienie że 22-latek nie potrafi wytrzymać dwóch godzin bez zerkania w wyświetlacz jest obraźliwe. Może zerka, bo filmy są nudne a nie dlatego, że jest niewolnikiem komórki i „tak funkcjonuje”?

Pomysł na szczęście szybko porzucono, bo chyba się zgodzimy, że był wyjątkowo idiotyczny. Szefowie sieci kin zaatakowali temat z innej strony. „Dajmy młodym technologię”  – powiedzieli i zaczęli  kombinować, że kina muszą zaoferować im doznania, jakich nie dostaną gdzie indziej. Na przykład wielkie ekrany IMAX, seanse 3D i 4D a nawet 8D. Tyle tylko, że nawet 9D nie uratuje takich filmów jak „Batman vs Superman”, „Mumia” czy „Wonder Woman”. Chociaż te uwagi już do Hollywood.

Żegnaj, Hollywood!

Kin nie uratuje też koszt biletów i przekąsek. USA należy do grupy krajów o tanich biletach, ale i tak za podstawowy zestaw kinomana (wejście+popcorn+napój) trzeba zapłacić 23 dolary, pół godziny reklam przed filmem wliczone w cenę.

W tym samym czasie najdroższy abonament Netflixa, oferujący 4 ekrany i Ultra HD, kosztuje 14 dolarów miesięcznie. I filmy oglądasz z własnej kanapy a jak chcesz sobie zrobić przerwę, to wciskasz pauzę. W dobie nadmiaru dobrych rzeczy, nie musimy oglądać wątpliwej jakości przebojów kinowych w dniu ich premiery. Ba, nie musimy ich nawet oglądać, gdy idą w kinach. Blu-ray robi robotę. W ostateczności możemy poczekać na premierę na jednej z platform streamingowych.

Dlaczego więc młodzież miałaby się ograniczać i skazywać na to, co proponują im kina w sytuacji, w której mamy wszystko na wyciągnięcie ręki i jedno kliknięcie myszy? To w USA, a co u nas?
Niestety, u nas młodzi ludzie zabierają się do zabijania kin wyjątkowo niemrawo. Według raportów, z roku na rok rośnie liczba wizyt w kinie. W roku 2014 było ich 40,4 mln, rok
później 4 miliony więcej a w roku 2016 Polacy aż 52 mln.

Prawie połowa widzów jest w wieku 21-34 lata. Stanowią oni najwierniejszą publiczność, są w kinie średnio 18 razy w roku i wydają na bilety i na przekąski w barze najwięcej. Wszystko wskazuje na to, że eksperci nie uwzględnili polskiej specyfiki. Na mordowanie kin w wykonaniu milenialsów patrzę z radością i bardzo im kibicuje. Jednak wszystko wskazuje na to, że nad Wisłą zajmie im to trochę więcej czasu. I chyba niezbyt szybko będę mógł zrezygnować ze swojej karty Unlimited w Cinema City, z której z powodu daremnej oferty filmowej, przez ostatnie dwa miesiące nie udało mi się skorzystać ani razu.

Za tydzień zabijemy sobie coś innego.

 
Categories

Zabójcze tweety Trumpa

Twitterowa aktywność prezydenta Donalda Trumpa jest legendarna. Jest na nim obecny od 2009 roku i jako zapoznany geniusz biznesu, polityki i nauki wypowiada się na każdy możliwy temat. Sprawuje na Twitterze prezydenturę, rozwiązuje nierozwiązywalne do tej pory problemy polityczne, krytykuje globalne ocieplenie, zaś do jego ulubionych rozrywek należy wyszukiwanie fake newsów w nieprzyjaznych mu mediach i krytykowanie firm, które mu czymś podpadły.

Lista jego tweetów, w których wymienia firmy z nazwy jest długa, impakt znikomy a powody trafienia na jego czarną listę przeróżne, począwszy od przeniesienia produkcji do Meksyku, a skończywszy na zbyt małym ekranie w telefonach.

Trump to na Twitterze mocna marka. Do tej pory napisał prawie 37 tys. tweetów, ma ponad 46 mln obserwujących, dlatego biznes liczy się z tym co prezydent u siebie wyćwierka. Twórcy finansowej aplikacji Trigger wykorzystali sytuację i wprowadzili do programu dodatkową opcję, która powiadamia użytkowników o tym, czy prezydent powiedział coś na temat biznesu, w który zainwestowali.

Lista firm, które Trump zaatakował na Twitterze jest długa i nie sposób ich tu wszystkich wymienić, wybrałem kilka, które podpadły mu z dziwnych, śmiesznych albo niezrozumiałych powodów.

O Amazonie Trump napisał, że firma przynosi straty i że kupienie przez Bezosa Washington Post ma na celu wyłącznie względy podatkowe. Bezos to najbogatszy człowiek świata, Amazon rośnie na giełdzie a WP pobił rekord prenumeraty, miał drugi z rzędu zyskowny rok i zdobył nagrodę Pulitzera.

Apple oberwało za to, że nie chcą produkować telefonów z tak dużymi ekranami, jakie mają ulubione telefony prezydenta, Samsungi. Trump napisał w tweecie, że sprzedał akcje Apple. Przypomina mi to tupanie nóżką przez sześciolatka, któremu rodzice nie pozwolili nadmuchać żaby.

Boeing, który budował nowego Air Force One został skrytykowany za zbyt wysokie koszty – 4 mld dolarów. Trump wyraził chęć skasowania zamówienia, ale pomimo najszczerszych chęci nie udało mu się tego zrobić przy pomocy tweeta.

Od Disneya domagał się ponownego zatrudnienia zwolnionych amerykańskich pracowników, zastąpionych przez tańszych podwykonawców z innych krajów. Ponownie okazało się, że o ile robienie polityki zagranicznej przy pomocy tweetów wydaje się być możliwe, tak wpływanie na biznes już niekoniecznie.

Prezydent Trump nie mógł znieść faktu, że Ford chciał zainwestować 2,5 mld dolarów w Meksyku. Drażni go również to, że General Motors produkuje w Meksyku jeden ze swoich modeli, po czym wysyła go przez granicę bez płacenia cła. Jak na przedsiębiorcę, Trump czasami sprawia wrażenie człowieka, który zupełnie nie rozumie wolnego rynku.

Kompletnym skandalem wydała mu się decyzja Toyoty o zbudowaniu fabryki w Baja, w Meksyku. Zagroził, że albo zbudują ją w USA, albo będą płacić grube cło. Prawa, które zmusiłoby firmy przenoszące produkcję do Meksyku do płacenia wysokiego cła nie udało się uchwalić do tej pory. Tak działa wolny rynek.

Ostrzegł też inwestorów przed pakowaniem pieniędzy w Facebooka, bo nie wierzy, że ta platforma może być tyle warta. W ciągu ostatnich dwóch lat akcje Facebooka podwoiły swoją wartość.

Nie znalazła uznania w jego oczach whisky Glenfiddich, którą nazwał śmieciowym alkoholem i zapowiedział pozbycie się wszystkich butelek z jego licznych posiadłości.

Ciężkie baty zebrał koncern Lockheed Martin, którego myśliwiec F-35 okazał się być dla Trumpa zbyt drogi. Dlatego poprosił o podanie mu kosztów samolotu F-18, produkowanego przez Boeinga. Tego samego Boeinga, którego krytykował za zbyt duży koszt Air Force One. Czasami mam wrażenie, że Trumpowi wydaje się, że kupowanie myśliwca za miliardy dolarów to to samo, co wybieranie płatków kukurydzianych z półki w Wallmarcie.

Jak wspomniałem, szczególnym uczuciem Trump darzy te media, które nie wystawiają mu laurek, tylko piszą prawdę. Właściciela New York Daily News nazwał kompletnym przegrańcem, czytelnikom New York Magazine zasugerował rezygnację z prenumeraty tego upadającego, nudnego i uprzedzonego pisma a NYT określił mianem umierającej gazety, której wiedzie się z dnia na dzień coraz gorzej.

New York Post niewłaściwie opisał jego kampanię w stanie Iowa, gdzie Trump miał pełne sale, najlepsze przemowy, najlepsze słowa i owacje na stojąco.

No i wreszcie Wall Street Journal, którego autorzy według słów Trumpa są kiepscy z matematyki i nikogo nie interesuje co piszą w swoich tekstach.

Wątek przenoszenia pracy do Meksyku pojawił się również w kontekście Procter&Gamble i Rexnord. Trump nie może znieść faktu, że biznes wybiera tańsze rozwiązania i optymalizuje koszty, co jest dziwnym zachowaniem, jak na odnoszącego sukcesy przedsiębiorcę.

Prezydent Trump sprawia wrażenie rozpuszczonego dzieciaka, który przy milczącej aprobacie rodziców, biega po muzeum, maże obrazy sprajem i zrzuca drogocenne wazy na ziemię. Wszystko to, zwłaszcza w wykonaniu prezydenta, zdaje się być groźne. Czy jednak biznes powinien się obawiać tweetów Trumpa?

Nie powinien. Oczywiście większość firm przywołanych w tweetach traci tego dnia na giełdzie, rekordową stratę rzędu -5% odnotował Lockheed Martin. Natomiast kurs bardzo szybko się odbudowuje a potem najczęściej wzrasta. Efekt jest więc odmienny od założonego przez Trumpa.

Jako ciekawostkę można przytoczyć eksperyment komentatora Bloomberga, Barry’ego Ritholtza, który stworzył dwie grupy akcji. W pierwszej, którą nazwał Oligarch Index, zgromadził 11 firm pochwalonych przez Trumpa, w drugiej o nazwie Drain the Swamp Index 15 firm zaatakowanych przez niego w tweetach. I po roku porównał, jak sobie radzą na giełdzie. Ten pierwszy zyskał 19,5 proc. Nawet nieźle. Okazuje się jednak, że bardziej opłaca się być w grupie firm zganionych przez Trumpa – ich indeks wzrósł o 42,5 proc.

W sumie indolencji inwestycyjno-biznesowej Trumpa nie ma się co dziwić. Ten człowiek doprowadził do bankructwa trzy kasyna w czasie, gdy ten przemysł przeżywał okres prosperity. Jest to sztuka.

 
Categories

Jak Alien został księżniczką Disneya

Disney nie bierze jeńców. Pod koniec zeszłego roku ogłosił, że kupuje od wytwórni 21st Century Fox ich część związaną z rozrywką za 52 miliardy dolarów. Ciekawy wydaje się być zakup części Hulu. To może oznaczać, że Disney będzie chciał ruszyć z własną platformą stramingową. (więcej…)