Categories

Niedziela będzie dla nas

Zgodnie z nowym prawem w każdym miesiącu będą dwie niedziele handlowe – pierwsza i ostatnia. Od 1 stycznia 2019 będzie jedna – ostatnia w miesiącu, a od 1 stycznia 2020 roku zacznie obowiązywać bezwzględny zakaz handlu we wszystkie niedziele z wyjątkiem siedmiu w roku. Dużym sieciom handlowym i części pracowników taki zakaz jest nie w smak. I wszyscy szukają sposobu na jego obejście. W myśl zasady ‘nie takie rzeczy już obchodziliśmy’, Polacy wykazali się dużą kreatywnością i patenty sypią się jak z rękawa.

Pociąg do handlu
W ustawie zawarto szereg wyjątków, wśród których znajdują się na przykład obiekty dworcowe. Dlatego niektóre centra handlowe chcą przerejestrować swoje interesy, żeby uzyskać status obiektu infrastruktury kolejowej. Plan taki chce na przykład realizować centrum handlowe w Gdańsku, znajdujące się w pobliżu stacji, a właściwie peronu kolejowego Wrzeszcz. Główne dworce w Krakowie i Poznaniu to też bardziej galerie handlowe niż obiekty infrastruktury kolejowej.

W Warszawie na takie rozwiązanie mogą zdecydować się Złote Tarasy, Galeria Wileńska, Lidl przy skrzyżowaniu Rzeszotarskiej z aleją Solidarności (mieści się na terenie po XIX-wiecznej parowozowni, więc podwójnie mu się należy), Blue City. Południowo-wschodnie wyjście z Arkadii znajduje się 550 metrów od dworca Warszawa Gdańska, trzeba tylko przebić tunel pod ogródkami działkowymi i myjnią. W zasadzie z Galerii Mokotów też nie jest daleko do stacji Służew. Co prawda ustawodawca dodał zapis, że handel na dworcach może odbywać się w związku z bezpośrednią obsługą podróżnych, ale zapis jest na tyle nieprecyzyjny, że można pod to podciągnąć wszystko.

Jarmark na stacji?
W lutym sieć supermarketów Intermarche otworzyła jedną z pierwszych stacji benzynowych działających pod ich logo. Przy stacji będzie sklep, który będzie mógł działać w niedzielę. A w nim klienci, oprócz typowego asortymentu motoryzacyjnego, będą mogli dostać papierosy, alkohol i artykuły spożywcze. Docelowo Intermarche chce otworzyć stacje benzynowe przy każdym supermarkecie sieci, przy którym będzie możliwość ich wybudowania. Ustawodawca zapomniał sprecyzować, jaka może być maksymalna powierzchnia stacji. Więc jestem sobie w stanie wyobrazić galerię handlową z jednym dystrybutorem obok niej.

Ustawa zezwala też otwarcie w niedziele prohibicyjne jarmarków i giełd okolicznościowych. Z tej luki postanowili skorzystać przedsiębiorcy z Lubina. Po konsultacjach przeprowadzonych ze sprzedawcami i mieszkańcami, zarząd tamtejszej giełdy towarowej postanowił otworzyć ją również w niedziele.

Mydło i powidło
Zakaz handlu nie będzie dotyczył piekarni, cukierni i lodziarni, w których przeważająca działalność polega na handlu wyrobami piekarniczymi i cukierniczymi. Przeważająca działalność w jakim znaczeniu? Dziennego obrotu? Wolumenu sprzedaży? Jaki procent sprzedaży ogółem ma stanowić pieczywo? Tego prawodawca znowu nie precyzuje. Tę lukę mogą wykorzystać supermarkety Auchan, Biedronka, Carrefour, Lidl czy Tesco, w których wypieka się pieczywo na miejscu.

Z zakazu handlu są zwolnione placówki, w których przeważającą działalnością jest działalność gastronomiczna. I znowu brak precyzyjnego określenia tego, co ‘przeważająca działalność’ oznacza. Praktycznie w każdej dużej galerii handlowej jest strefa gastronomiczna, nierzadko bardzo duża (Złote Tarasy, Arkadia). Czy to oznacza, że te obiekty nie będą musiały kombinować z byciem obiektem infrastruktury dworcowej i zostaną po prostu dużymi restauracjami?

Podobnie nieprecyzyjny zapis wyłącza z zakazu placówki handlujące kwiatami. Oczami wyobraźni widzę te wielkie kwiaciarnie, w których spomiędzy kwiatów będziemy wydłubywać kajzerki, jogurt i ser żółty.

Ponieważ z zakazu wyłączono również handel w sklepach i na platformach internetowych, niektórzy sprzedawcy już zapowiedzieli, że będą otwierać showroomy. Będziemy mogli w nich przymierzyć ubranie czy buty, obejrzeć sprzęt AGD albo dobrać perfumy. Następnie kupimy te rzeczy w internecie i od ręki odbierzemy je w sklepie. Nie trzeba nawet zatrudniać ekspedientów, wystarczy kilka osób z ochrony. Bo oczywiście ochroniarze mogą pracować w niedziele.

Handlować na swoim
Sam nawet wymyśliłem jeden sposób przechytrzenia ustawodawcy. Z listy wyjątków wybrałem punkt 27, który mówi, że zakaz nie obowiązuje w placówkach handlowych, w których handel jest prowadzony przez przedsiębiorcę będącego osobą fizyczną wyłącznie osobiście, we własnym imieniu i na własny rachunek. Pomyślałem, że duże sieci handlowe mogłyby wypchnąć pracowników na działalność gospodarczą.

Niestety, mój rewolucyjny zapał zgasił radca prawny, Michał Karwasiński. Jak mówi, taki „zatrudniony” przedsiębiorca nie będzie wykonywał czynności handlowych w imieniu własnym i na własny rachunek – gdyż on nie sprzedaje swoich produktów – tylko jako przedsiębiorca świadczy na rzecz właściciela sklepu (we własnym imieniu i na własny rachunek) usługi w postaci np. przenoszenia towarów, obsługi kasy, obsługi klientów itd. Trop słuszny – ale w tym przypadku tacy samozatrudnieni „pracownicy” nie podlegali by pod wyłączenie.

Nie będzie więc tłumów pracowników prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą. I dobrze.

Ogółem katalog wyłączeń liczy sobie 32 punkty, jest w czym przebierać. A jak ustawodawca po dwóch latach połata i pouszczelnia ten bubel prawny, chyba będzie można uderzyć w zapisy znajdujące się w punkcie 2, art. 2, rozdz. 1, w których definiuje się handel. Definicja przyjęta w ustawie określa handel jako proces sprzedaży polegający na wymianie towaru lub wyrobu na środki pieniężne. Co więc z płatnościami kryptowalutami?

– Kryptowaluty nie są środkami pieniężnymi – są to prawa majątkowe. Ustawa nie definiuje towaru – ale przy dychotomicznym podziale na towar i środki pieniężne, kryptowaluty należałoby zakwalifikować bardziej jako towar – komentuje Michał Karwasiński.

Czy zatem zakaz łamałby sklep rozliczający się z klientami wyłącznie w niedzielacoinach? To już pytanie do ustawodawcy, który jak zwykle nie nadążył za Polakami.

 
Categories

Sinup: idź i grzesz więcej!

Naginamy reguły, grzeszymy i robimy rzeczy moralnie wątpliwe przez całe życie. Czasami to drobiazg, czasami coś większego. Łamiemy dietę, odpuszczamy dzień ćwiczeń, przesadzamy z imprezą, ściągamy na egzaminie albo łamiemy szóste przykazanie. Życie. Co jednak, gdybyśmy mogli to wszystko odpokutować, przy okazji robiąc coś dobrego? Jest na to startup.

Twórcy aplikacji Sinup nieźle to sobie wszystko obmyślili. Wymaga się od nas altruizmu, odwołuje się do naszych najlepszych cech charakteru, świat oczekuje, że będziemy krystaliczni, dobrzy, uprzejmi, uczesani i pogodni. Na dłuższą metę tak się nie da, sprawdziłem. Prędzej czy później znakomita większość z nas upada. Dzięki aplikacji Sinup możemy podzielić się naszym upadkiem ze światem, znaleźć pociechę wśród podobnych sobie i wpłacić pieniądze na wybraną akcję charytatywną.

W Sinupie nie chodzi o wielkie przewiny, tylko o małe grzeszki. Rzeczy, z którymi czujemy się niekomfortowo. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy na diecie, łamiemy się, zjadamy tabliczkę czekolady i dopóki cukier działa, jest nam dobrze. Gdy uderzają w nas wyrzuty sumienia, Sinup na ratunek.

Sinup wielu wyda się bardzo kontrowersyjny, a sama idea może zostać podważona. Słyszałem już, że zachęcamy do robienia rzeczy niewłaściwych. Jednak działa to nieco inaczej: jeżeli ktoś źle się czuje z powodu złamania diety, to znaczy, że na tej diecie był. Jeżeli ktoś źle się czuje bo nic nie robił cały dzień, to znaczy, że w inne dni ciężko pracuje – mówi jeden z twórców apki, Jacek Strupiński

Obiecaliśmy sobie, że zmniejszymy trochę nasze imprezowe tempo, po czym lądujemy na imprezie w nocy z piątku na niedzielę. Mamy kaca i czujemy się podle, Sinup na ratunek. Odpuściliśmy sobie dzień na siłowni. Zjedliśmy całą pizzę zamiast połowy. Nie chciało nam się wyjść wieczorem z psem. W każdej z tych sytuacji czujemy się niekomfortowo. Sinup pozwala nam redukować dyskomfort przez drobny akt dobroci.

Sinup podkreśla te grzeszki po to, żeby były tylko wyjątkiem, a nie ciągłym postępowaniem. W ten przewrotny sposób staramy się promować zdrowe funkcjonowanie, a chwile słabości zamieniać w ukojenie oraz pożyteczne uczynki – wyjaśnia Strupiński

Aplikacja nie będzie skomplikowana. Użytkownik będzie miał dostęp do trzech paneli – Feed, Donate i Profile. W pierwszym wiadomo, społeczność jest najważniejsza. A drugiej będzie można dopasować swój występek do jednego z 6 grzechów, wybrać fundację, kwotę i wykonać datek. Ostatni panel to historia naszych uczynków, wynik i podstawowe dane osobowe. Będzie też można zaprosić do aplikacji znajomych.

Premiera Sinup na AppStore planowana jest w połowie kwietnia.

Aplikacja nie ma żadnego kontekstu religijnego.

 
Categories

Celebryci polskiego YouTube’a. 10 najpopularniejszych twórców

Milionowe widownie, kontrakty reklamowe  i rozpoznawalność na miarę gwiazd telewizji – tak radzą sobie najpopularniejsi autorzy polskiego YouTube’a. W czołówce najchętniej oglądanych kanałów królują dwudziestolatkowie, którzy pierwsze kroki stawiali jako gamerzy w 2012 roku. Polacy w sieci chętnie oglądają ich lekkie produkcje, znacznie mniej wymyślne od tych proponowanych przez tradycyjne formaty telewizyjne. Przeglądamy TOP10 polskiego YouTube’a.

Najpopularniejsze: polskie kanały na YouTubie pod względem subskrybentów.

1. SA Wardęga 3,5 mln aukbsrybentów

Zwycięzcą polskiego YouTube’a jest Wardęga dlatego, że on w swoich filmach nic nie mówi, albo mówi mało. Dzięki temu te filmy są zrozumiałe na całym świecie – komentuje triumf Sylwestra Wardęgi Maciek Budzich z Mediafun.

Sylwester Adam Wardęga to autor polskiego kanału z największą liczbą subskrypcji – SA Wardęga, ale też twórca najpopularniejszego wideo na YouTubie w 2014 roku (globalnie!). Jego Mutant Giant Spider Dog w tydzień wyświetlono ponad 33 miliony razy, a w 2018 ma już na liczniku 173 mln obejrzeń.

Przypomnijmy sobie ten klasyk internetu:

Wardęga bawi się konwencją pranków w stylu horroru klasy D: straszy spacerowiczów posępnym manekinem na szczudłach (Sandeman) lub  markuje sceny z Apokalipsy Zombie na bocznych drogach polskich miast. W ramach swoich akcji swego czasu Wardęga zadarł z policją, produkując serię filmów z funkcjonariuszami w rolach głównych. W najsłynniejszym z serii – Police Trainer  zachęcał policjantów do biegania”, uciekając im podczas kontroli. Na kanale znajdziemy też relacje z podróży, m.in. ostatnią z Brazylii.

Najbardziej popularny polski youtuber współpracuje na zasadach komercyjnych z markami, m.in.: Virgin Mobile.

  1. Blowek  – 3,3 mln subskrybuje kanał

“Siemanko, Mordeczki” –  wita się z widzami autor drugiego najpopularniejszego polskiego kanału na YouTubie, pewny siebie 22-letni Karol Gązwa znany jako Blowek. Zaczął produkować filmy w 2012 roku jako gamer. Na kanale Blowa znajdziemy przegląd pranków (wrzucenie 4 tys. plastikowych kulek do samochodu znajomej i wkręcanie znajomych), ale też recenzje aplikacji i rozmowy z innymi znanymi youtuberami. Filmy nagrywa też mama Blowka, która perlistym śmiecham przzekonała do siebie już pół miliona subsrybentów.

Najpopularniejsze nagranie Blowka z testem Fidget Spinnerów i konkursem zebrało ponad  2,5 mln wyświetleń:

  1. reZigiuSz   3 mln osób subskrybuje kanał

Wyluzowany i wygadany 21-letni przystojniaczek, który jest przede wszystkim gamerem i na tym zbudował swoją popularność w serwisie.

reZigiusz nagrywa od 2012 roku, dziś jego produkcje to nie tylko gameplaye, jazdy na motocyklu (enduro), ale też relacje z podróży (np. odwiedza w Los Angeles fryzjera z gry GTA), relacje z domowej hodowli mrówek, a ostatnio nawet z Rajdu Dakar 2018 w Boliwii. Jego filmy internauci obejrzeli już ponad 667 mln razy. reZi na pewno ma smykałkę do biznesu – oprócz kanału prowadzi też internetowy sklep, w którym sprzedaje koszulki i akcesoria swojego kanału.

Chętnie udziela się społecznie, w  ubiegłym roku w 24 godziny we współpracy ze sponsorami i internautami zebrał 320 tys. zł w ramach akcji ReZimy Dobrem. Pieniądze zostały przeznaczone na Górnośląskie Centrum Zdrowia Dziecka.

  1. AbstrachujeTV – prawie 3 mln subskrybuje kanał

Zaczęło się od komediowego trio tworzonego przez Czarka, Roberta i Rafała, których skecze zaczęły bawić Polaków w sieci w 2012 roku. Dziś youtube’owy biznes się rozrósł. W stajni produkcyjnej Abstra jest już nie tylko AbstrachujeTV, ale też osiem innych kanałów, m.in. AbstrachujePLUS z making offami, Nieprzygotowani – nadawany w każdą środę serial dla młodzieży o życiu w liceum, Dla Pieniędzy – filmiki o kasie (Ile zarabia komornik, wizyta w domu najbogatszego Polaka w Londynie itp.) czy lifestyle’owy vlog dwóch dziewczyn Beksy czy zRozum – wyjaśnianie różnych zjawisk.

Niech wizytówką twórczości chłopaków będzie ostatnie wideo o smogu:

Na początku tego roku Abstra połączył się z drużyną eSportową AGO Gaming, co zapowiada nowy rozdział w historii firmy.

  1. Stuu – 2,9 mln subskrypcji

Stuu nagrywa chyba najdłużej spośród polskich youtuberów – jego główny kanał powstał w 2011 roku, ale pierwsze produkcje lub współprodukcje tworzył znacznie wcześniej. Kanał Stuu to głównie one man show prowadzony przez gamera wychowanego w Londynie, ale świetnie mówiącego po polsku. Coraz częściej Stuu nagrywa ze swoją dziewczyną Justyną. Znajdziemy tu funarty i pranki (10 tysięcy zapałek zapalonych naraz, zakładanie 100 warstw koszulek itp.).

  1. Step Records –  2,4 mln subskrypcji

Kanał jednej z najbardziej rozpoznawalnych  hip-hopowych wytwórni, która dała światu m.in. Molestę, Boriksona, a ostatnio Penxa czy Gang Albanii.

  1. 5 sposobów na  – 2,1 mln subskrypcji

Pięciu facetów od lipca 2013 roku wyprodukowało już 270 filmów z life hackami i sprytnymi patentami, których nie powstydziłby się Adam Słodowy. Znajdziemy tu więc 5 sposobów na przeżycie za 5 zł, dekoracje do domu czy życiowe rady dot. majsterkowania.

  1. Naruciak – 1,8 mln subskrypcji

Twórcą kanału jest Adam Zimmerman, rocznik 1998. Kanał Naruciak istnieje od 2013 roku. To najbardziej vlogowa propozycja z pierwszej dziesiątki polskiego YouTube’a. Adamn opowiada o swoim życiu i podsumowuje internetowe fakty tygodnia w serii “Poniedziałkowy Naruciak”.

  1. IsAmUxPompa – 1,7 mln subskrypcji

Klasyczny kanał z gameplayami. Szymon Kasprzyk, rocznik ‘89, na swoim kanale gra nie tylko w Minecrafta, Counter Stike’a i CS:GO, ale czasem też w mniej popularne zręcznościówki. 

  1. YOUNG MULTI –  1,69 mln subskrypcji

Michał Rychlik (ur. w 1997) jak większość czołówki polskich youtuberów zaczynał jako gamer. Obecnie ważniejsza jednak stała się dla niego druga pasja – muzyka. Na kanale Multiego królują teraz jego własne hiphopowe numery i teledyski. Prowadzi też sklep internetowy, w którym można np. kupić w zestawie bluzę z  podobizną Multiego i jego najnowszą płytę.

 
Categories

Doping w esporcie: szybciej, wyżej, mocniej!

Co ma wspólnego e-sport z phishingiem? Z pozoru nic. Pierwsze to rozrywka, drugie – przestępstwo. Okazuje się jednak, że są wśród nas mądrzy ludzie, którzy wykorzystują sztuczną inteligencją i zaawansowaną biometrię behawioralną do bardzo słusznego celu: walki z wyłudzeniami i nieuczciwą rywalizacją e-sportową.

Ci mądrale to ludzie z firmy Nethone, a ich projekty to Nethone ATO i Elympics. Pierwszy z nich dotyczy wyłudzeń haseł i oszustw, drugi zaś inteligentnie połączy graczy w pary i zapobiegnie dopingowi w esporcie.

Z esportem jest zupełnie jak z tym zwyczajnym. Maksyma „szybciej, wyżej, mocniej” obowiązuje w nim tak samo, każdy chce być lepszy, szybszy i silniejszy od przeciwnika. Czasami jest to trudne, nawet gdy wymiatamy w grze. Na przykład, gdy zawiedzie algorytm parowania graczy i stajemy do pojedynku z gościem o dziesięć poziomów wyższym, który wbija nas w piach areny w dwie sekundy. Ewentualnie z kimś, kto kupuje przedmioty w grze za realne pieniądze, podczas gdy my cieszymy się grą w trybie „freemium”.

Dlatego tak ważne dla jakości rozgrywki jest odpowiednie dobranie drugiego gracza. Nie chcemy, żeby odbiegał od nas zbytnio poziomem, fajnie gdyby prezentował podobne umiejętności, tak by gra nie była męczarnią, tylko przyjemnością. Bo co innego jest przegrać po wyrównanej walce, a co innego paść od jednego strzału przepakowanego Seby na dokupionych sterydach.

System Elympic zakłada zastosowanie sztucznej inteligencji, która będzie analizować zachowania, umiejętności i historię każdego gracza. To załatwi temat łączenia z rywalami o porównywalnych parametrach.

Drugim zadaniem będzie sprawdzanie, czy gracz nie korzysta podczas rozgrywki z oszustw. Cyfrowy doping może mieć różne oblicza. Czasami niebywale dyskretne. Kto zauważy, że doinstalowaliśmy do gry mały program, dzięki któremu nasz celownik zgrywa się z głową przeciwnika o 0,3 dziesiąte sekundy szybciej niż celownik przeciwnika z naszą? Kto zwróci uwagę, że skaczemy odrobinę wyżej, ale na tyle, żeby robiło różnicę? Albo biegamy trochę szybciej? Wpadają oszuści popadający w ostentację. Tacy, którzy stosują automatyczne celowanie i dwukrotnie szybszy bieg. Popłaca subtelność, minimalne zmiany, które jednak od pewnego poziomu zaawansowania robią kolosalną różnicę. Wyścig oszustów z administratorami serwerów trwa. 

Esport przyciąga coraz większą grupę chętnych. Nie ma jednak niczego bardziej frustrującego od rozgrywania pojedynku z ewidentnym oszustem, który na dodatek faktem stosowania dopalaczy się chwali. W niektórych grach część „ułatwień” była tak powszechna, że ci, którzy ich nie stosowali byli w mniejszości. Na razie edoping nie stanowi powszechnej plagi, ale historia uczy, że takie rzeczy najlepiej dusić w zarodku.

Walka z tego typu oszustwami jest trudna. Jak skontrolować, czy gracz siedzący w Brazylii czy Szwecji nie ułatwia sobie rozgrywki? Jest to cholernie trudne i niewdzięczne zadanie. Elympics ma stanowić przełom. Sztuczna inteligencja analizująca styl gry i zachowanie gracza w czasie rzeczywistym będzie w stanie udaremnić nawet najbardziej wyrafinowane próby oszustwa. Dzięki temu esport ma szansę przyciągnąć jeszcze więcej chętnych. Oraz sponsorów, którzy nie będą musieli się obawiać edopingowych skandali.

O tym, jak bardzo skuteczna potrafi być AI, przekonali się niedawno fani gry Dota 2. Podczas turnieju The International 2017, Danil ‘Dendi’ Ishutin, członek mistrzowskiej drużyny Na’Vi, jeden z najlepszych zawodników świata, zmierzył się ze sztuczną inteligencją. Inżynierowie ze startupu OpenAI, wyszkolili ją w dwa tygodnie, po czym spuścili ze smyczy.

‘Dendi’ to jeden z najbardziej kreatywnych zawodników świata. Prezentuje nieortodoksyjny styl gry, dysponuje świetnymi umiejętnościami technicznymi i tworzy nieoczywiste i zaskakujące kompozycje przedmiotów wykorzystywanych przez postaci. W DOTA2 tnie od lat. Sztuczna inteligencja uczyła się gry 2 tygodnie, po czym wyskoczyła z mistrzem na solo.

Pierwsze starcie trwało niecałe sześć minut i zakończyło się zwycięstwem AI. Podczas pojedynku ‘Dendi’ bodaj sześciokrotnie powtórzył „this guy is scary” a po walce widać było, że jest zaskoczony tym, jak dobrze gra bot. Drugi pojedynek był jeszcze krótszy, człowiek ponownie przegrał. Do trzeciego meczu nie doszło a ‘Dendi’ był zszokowany tym, jak bardzo ludzko momentami zachowywał się komputerowy gracz.

Wszystkich, którzy chcieliby zobaczyć, jaki poziom prezentuje zawodnik, który uległ AI zapraszamy do Katowic na IEM. Turniej Dota2 w weekend 24-25.02, CS:GO i SC2 tydzień później. Widzimy się.

 
Categories

Twórca polskiego filmu o Bitcoinie: Nie mówimy, że zmienimy świat i zawiesimy tęczę. To merytoryczny głos w sprawie kryptowalut

Dziś w warszawskim kinie Luna premiera “Krypto” – pierwszego polskiego filmu dokumentalnego o polskiej scenie kryptowalut i technologii blockchain. Bohaterami filmu jest czołówka polskiego kryptobiznesu. O budżetach, pomyśle i branży rozmawiam z reżyserem Piotrem Pacewiczem.

Agata Kowalczyk, HiCash: W Twoim filmie wystąpiły same znane nazwiska polskiego świata blockchain i kryptowalut: Krzysztof Piech, Szczepan Bentyn, Lech Wilczyński… Jak to się stało, że w ogóle zetknąłeś się z tymi ludźmi?

Piotr Pacewicz, reżyser “Krypto”: Zafascynowałem się tym tematem, zacząłem go zgłębiać i tak trafiłem na Szczepana Bentyna, który wprowadził mnie w świat polskiego kryptobiznesu, zorganizował mi kontakty do wszystkich osób, które w tym świecie aktywnie działają. Również Arek Regiec z Beesfund  bardzo mi pomógł w temacie. Większość ludzi była bardzo chętna do współpracy, bo zależało im na tym, żeby promować swoją działalność.

Jaki obraz polskiej sceny krypto wyłania z tych rozmów?
Udało się pokazać poważną branżę, która prężnie  się  rozwija. To nie są dzieci, które siedzą w domach i coś tam kombinują, tylko poważni ludzie, którzy widzą przyszłość w tej branży.

Jak prowadzisz historię? Opowiadasz historie kryptoprzedsiębiorców?
Nie, moim zamysłem było zrealizowanie filmu, który będzie kompendium wiedzy, jeśli chodzi o Bitcoina i blockchain. W scenariuszu założyłem, że film będzie podzielony na działy, w których umieszczę wypowiedzi bohaterów. Jest więc dział Bitcoin, blockchain, mining, trading, ICO i przyszłość. O tradingu na przykład wypowiada się Sylwester Suszek z Bitbay.net i Łukasz Fijołek, który jest traderem;  w blockchainie rozmawiamy ze Szczepanem Bentynem, Krzysztofem Piechem i CEO Golema Julianem Zawistowskmi. Starałem się, żeby te działy były rozwinięte, jeżeli chodzi o merytorykę i ciekawe.

A Ty jak postrzegasz tę branżę?
To jest piramida [śmiech]! Jak patrzę na branżę z perspektywy czasu, to widzę ją jako przyszłość. Blockchain to jest coś, co  będzie się na pewno rozwijało – ja w to mocno wierzę. Wierzę też w  ludzi, którzy rozwijają tę technologię – to prekursorzy. Jestem pewien, że czekają nas w przyszłości fajne rzeczy. I nie mówię tu o zyskach z krypto czy technologii blockchain. W filmie poruszyłem też problem podejścia polskich władz do krypto i problemu z związanego z regulacjami. W skrócie wygląda to tak, że nikt nie chce się tym tematem za bardzo zająć, jest dla władz niewygodny i wszyscy spychają  go na boczne tory. Bohaterowie “Krypto” mówią w filmie, jak chcieliby, żeby wyglądały regulacje w sektorze i czego potrzeba branży, żeby się rozwijała. 

Masz poczucie, że dzisiaj w Polsce kyptobiznes wiąże się z podwyższonym ryzykiem? Czy Twoi rozmówcy boją się państwowych regulacji, które co prawda enigmatycznie, ale jednak zapowiadał w Davos premier Morawiecki?
Jeżeli chodzi o regulacje, to jest trochę strach o to, że rząd może zakazać różnych działań, co stłamsi w zarodku niektóre wartościowe projekty. Na pewno jest niepewność branży, bo w tej chwili regulacji nie ma i ja na przykład nie wierzę, że ten rząd to sensownie ureguluje. Odejście Minister Cyfryzacji Anny Streżyńskiej nie było dobrym znakiem, bo jej podejście było nadzieją na to, że coś pójdzie dalej. Z Ministerstwem Cyfryzacji współpracowało m.in. Polskie Stowarzyszenie Bitcoin. Wystarczy zajrzeć na stronę Ministerstwa Cyfryzacji, jakie dokumenty stworzyli w ramach tej współpracy – tam jest wszystko, czego potrzeba, żeby zapoznać się z tematem, a nie gadać jakieś głupoty w telewizji i dopuszczać do głosu jakichś pseudospecjalistów, którzy nazywają Bitcoina piramidą.

Chyba jako reżyser nie jesteś neutralnym obserwatorem… Masz dość jasno sprecyzowaną opinię w sprawie.
Rzeczywiście, w filmie “Krypto” nie przedstawiam dwóch stron medalu: nie przedstawiam stanowiska polskiego rządu. Ja przedstawiam stanowisko branży krypto. Film jest promocją środowiska blockchain i kryptowalut, ale jest w nim też sporo chłodnych wypowiedzi m.in. o zjawisku FOMO w kryptowalutach. Fajnie na ten temat wypowiada się w filmie Julian Zawistowski z Golema. Warto tego posłuchać, bo to wartościowe rzeczy, które mogą przestrzec ludzi przed zachłyśnięciem się FOMO, bo jak w każdej bańce, ludzie mogą stracić w takich sytuacjach pieniądze. Mówimy o tym, jak bezpiecznie funkcjonować w tej przestrzeni, więc w filmie jest dużo praktycznych porad. Nie prezentujemy wyłącznie euforii, że zmienimy świat i zawiesimy kolorowe tęcze. Uważam, że jest to wypośrodkowany głos.

Wśród partnerów masz samych reprezentantów branży Bitcoin…
Tak, budżet produkcji wyniósł milion złotych.

Yyy…Serio?
Nie no, żartuję (śmiech) To była zrzutka. Film robiliśmy po kosztach. Wierzyłem od początku w ten projekt. Moim celem nie było zarobienie na nim kasy, więc tak naprawdę budżet poszedł na pokrycie kosztów produkcji.

Dobra, to czekamy na dalsze wieści o tym, gdzie będzie można zobaczyć. “Krypto”. Dzięki za rozmowę!

Dzięki.

Piotr Pacewicz ma już na swoim reżyserskim koncie kilka produkcji dokumentalnych, głównie o sportach ekstremalnych m.in film dokumentujący Jungle Ultra Marathon – morderczym bieg na 230 km przez brazylijską dżunglę.

 
Categories

Najpopularniejsze filmy na polskim YouTubie: muzyka i jeszcze więcej rapu

“Uwaga jest walutą biznesu” – powtarza gwiazda marketingu Gary Vaynerchuk. Gdyby przeliczyć uwagę polskiego widza na pieniądze, najwięcej monet generowaliby Mostowiakowie w serialu M jak Miłość (każdy odcinek przyciąga przed ekrany 6,4 mln Polaków). Najlepsze polskie wideo YouTubie może nie mają tak wiernych widzów, ale za to tych najmłodszych, na których zawzięcie polują marki i marketerzy. Sprawdzamy, gdzie są pieniądze w polskim YouTubie.

Muzyka i jeszcze więcej rapu

Tak jak na świecie triumfy święci “Despacito” z wynikiem odsłon na YouTubie wskazującym na to, że połowa mieszkańców globu odtworzyła hit co najmniej raz, tak nad Wisłą każdy Polak trzykrotnie mógł obejrzeć teledysk do utworu “Miłość w Zakopanem” Sławomira ( film zebrał 112 mln wyświetleń w ciągu dziewięciu miesięcy!).

  1. Sławomir, Miłość w Zakopanem 112 mln wyświetleń w 9 miesięcy!

Teledyski to absolutny numer jeden treści na YouTubie. W ubiegłym roku wspomniane Despacito Luisa Fonsiego ustanowiło zresztą nowy światowy rekord wszystkich filmów w historii serwisu  –  w ciągu nieco ponad roku zyskało 4,8 mld odsłon, czym zdeklasowało dotychczasowego lidera – piosenkę ze ścieżki dźwiękowej do “Szybkich i wściekłych 9” – See You Again Wiz Khalify (3,4 mld wyświetleń od 2015 roku) i Gangam Style rapera Psy (3,1 mld wyświetleń zebranych w ciągu pięciu lat.

Polskim Wiz Khalifą jest zdecydowanie Quebonafide – raper, który wygrał w ubiegłym roku polski internet, a w czołówce najpopularniejszych filmów zajmuje drugą i czwartą pozycję. Oba rekordowe wideo Quebonafide zebrały 83,3 mln wyświetleń i pochodzą z epki “Dla fanów Eklektyki”. Z pewnością stanowiły sposób na otarcie łez fanów, którym raper w październiku 2017 roku oświadczył, że znika z mediów społecznościowych aż do skończenia prac nad kolejną płytą.

  1. Quebonafide feat. ReTo – Half dead (prod. High Tower) – 44,8 mln wyświetleń w 8 miesięcy

Quebonafide miałby dwa miejsca na podium najpopularniejszych polskich wideo w sieci, gdyby trzeciego nie wyrwała mu rodzima, kabaretowa wersja Despacito – Wieśka Tico. Parodia hitu to nie jest debiut Kabaretu Czwarta Fala na YouTubie: w serwisie są aktywni od pięciu lat, zasili go do tej pory ponad sześćdziesięcioma skeczami, parodiami i przeróbkami piosenek. Żadna nie okazała się jednak tak doniosła jak Wieśka TICO.

  1. WIEŚKA TICO (DESPACITO PARODIA- Luis Fonsi) || Kabaret Czwarta Fala Łukasz Sienicki & Artur Telus – 41,6 mln wyświetleń w 8 miesięcy

4. Quebonafide ft. Klaudia Szafrańska – Candy (prod. Deemz) – 38,8 mln wyświetleń

Mocna pozycja polskiego rapu na YuTubie jest zadziwiająca! W pierwszej piątce hitów przełomu 2017/18 znajduje się pozycja jeszcze jedno wideo z gatunku – zjednoczone siły trzech raperów przyciągnęły do tego numeru widza ponad 43 mln razy!

5. Deemz X Bedoes X PlanBe – Eldorado – 43,7 mln w 4 miesiące

Od szóstego miejsca zaczyna się dywersyfikacja muzycznych gustów Polaków. Tutaj wkracza flanka disco polo z wciąż utrzymującym się hitem ostatniego roku zespołu Top Girl – Mleczko, Lalunią zespołu Mig czy polską muzyką klubową w wykonaniu ulubionej gwiazdy Eski C-BooLa – wszystkie teledyski zebrały dotąd widownie w okolicach 30 mln wyświetleń.

Długo, długo nic i… Hymn Świeżaków!

W poszukiwaniu treści innych niż polskie teledyski trafiłam na Hymn Świeżaków z imponującą liczbą 20 mln wyświetleń zdobytych jedynie w 6 miesięcy (co jest dowodem na to, że marki mogą nie tylko współpracować z twórcami treści na YouTube, ale mogą je z powodzeniem tworzyć).

Hymn Świeżaków – 20,8 mln w ciągu 6 miesięcy!

Magiczną barierę 10 mln wyświetleń udało się w 2017 roku przekroczyć również pierwszemu odcinkowi satyry politycznej Ucho Prezesa.

Ucho Prezesa odc. 1 prawie 10 mln wyświetleń w ponad rok!

W przyszłym tygodniu przeskanujemy czołówkę polskich youtube’owych celebrytów.

 

 
Categories

Fake newsy zmieniają rynek. Czas zarabiać na treściach w sieci?

Wyrażeniem roku 2017 było fake news. Ale to nie tylko chwytliwa nazwa. To zjawisko, które postawiło na głowie największe wybory prezydenckie na świecie i zmusiło internautów do zweryfikowania podejścia do konsumowanych treści. Czy sparzeni falą niesprawdzonych treści użytkownicy są wreszcie w stanie płacić za rzetelne informacje? Na jakich treściach można dziś zarabiać?

Jest prawda, gówno prawda i prawda internetu
Internet całkiem zmienił sposób, w jaki dowiadujemy się o świecie. I chociaż zrobił to samo, co wcześniejsze nośniki informacji: gazety, radio, a potem telewizja, czyli pozwolił informacjom docierać do maksymalnej liczby odbiorców w możliwie najkrótszym czasie, to trzeba przyznać, że czas ten skrócił do minimum. Wiadomości i idee zaczęły rozprzestrzeniać się w zawrotnym tempie, sprawiając że dobrze efekt kuli śniegowej (choć dziś wolimy mówić “viralowy”) osiągamy dziś w mgnieniu oka.

Zniknęły też bariery – masową komunikację może uprawiać teraz każdy. Kowalski wrzucający filmik z demonstracji w sekundę staje się dziennikarzem. I to w internecie jest fajne, autentyczne, świeże, demokratyczne. Wreszcie spełniliśmy marzenie pielęgnowane od czasów pierwszej starożytnej demokracji: powstała modelowa Agora – miejsce, w którym każdy może zabrać głos. Cieszymy się, że błyskawicznie możemy rozprzestrzenić informację o tym, że jesteśmy na wczasach pod palmą i apel o wsparcie kogoś bliskiego w potrzebie. Czasem tylko zapominamy, że równie szybko rozsiewamy piramidalne bzdury.

Pół biedy, jeśli powielamy durnoty w stylu “Jedno wideo jest warte więcej niż 1,8 mln słów”, które od kilku lat króluje w marketingowych prezentacjach. Żeby nie brzmiało podejrzanie, dodaje się, że autorem twierdzenia  jest James McQuivey’s, jeden z głównych analityków szanowanego Forrester Research. Wszystko się zgadza, oprócz tego, że McQuivey nie powiedział tego na poważnie. Po prostu “policzył”, że skoro mówi się, że jeden obraz jest wart tysiąc słów, a w wideo mamy ok. 30 obrazów na sekundę, to gdy weźmiemy standardowym format 60-sekundowego filmu, mamy jak nic równowartość 1,8 miliona słów. Wszystko się zgadza, prawda? Tak, tylko że nie. Czy na pewno minutowe wideo z kotkiem jest warte więcej niż Stary i Nowy Testament? Gorzej, gdy granice między prawdą i fałszem zacierają nam się w sferze polityki.

Hitem polskich fake newsów była ostatnio podana przez Polską Agencję Prasową, a potem ochoczo cytowana przez media informacja, że premier Mateusz Morawiecki wspiera WOŚP. W informacji powoływano się na tweeta premiera. Tyle, że tweet pochodził z konta, które do premiera nie należy. Ktoś podszywa się pod niego w serwisie społecznościowym. Media informację sprostowały. ale czy dotarła do wszystkich, którzy dowiedzieli się o charytatywnej działalności premiera? Nie sądzę.

Rok 2016 pokazał nam wszystkim, że żarty się skończyły, bo okazało się, że nieprawdziwe informacje (tzw. fake newsy) łykamy bezkrytycznie na taką skalę, że można nimi zmanipulować wyniki wyborów prezydenckich w jednym ze światowych mocarstw.

– Nabieramy się na tak absurdalne treści w sieci, że aż trudno uwierzyć. Bardzo często naprawdę wystarczy włączyć myślenie. Warto też sprawdzić pochodzenie newsa. Czasem te informacja pojawiają się na stronach, które mają imitować wiarygodne źródło. Wystarczy sprawdzić adres url, datę, czy ktoś się pod tą treścią podpisuje. W profilach społecznościowych czasem wystarczy sprawdzić, czy dany profil ma na przykład  historię wpisów – mówi Wiktor Nowak prezes zarządu organizacji fact-checkingowej Demgog, która edukuje i sprawdza wypowiedzi polityków, szczególnie wtedy, gdy ci powołują się na jakieś dane. Codziennie na stronę stowarzyszenia trafiają wypowiedzi polityków, które są weryfikowane i przydzielane do jednej z kategorii: prawda, fałsz, manipulacja lub nieweryfikowalne z uzasadnieniem.

Donald Trump i fabryki fake newsów
Ujawnienie możliwego wpływu szemranych treści na wyniki wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych wstrząsnęło opinią publiczną. Specjaliści z Uniwersytetu Standford obliczyli, że w ostatnich trzech miesiącach kampanii prezydenckiej Trump-Clinton w sieci krążyło 156 nieprawdziwych historii związanych z wyborami. Najczęściej komentowane wiadomości faworyzowały przyszłego prezydenta USA (źródło: Silverman, 2016): “Papież Franciszek poparł Donalda Trumpa” – głosiła jedna z nich.

Ponad sto stron z sensacyjnymi i nieprawdziwymi informacjami wspierającymi Donalda Trumpa powstało w 55 tysięcznym miasteczku Veles w Macedonii. To m.in. stamtąd płynęły informacje oczerniające Hilary Clinton i wzmacniające pozycję Trumpa. Magazyn Wired opisał jednego z macedońskich fake newsowych przedsiębiorców – 18-letniego Borisa, który prowadził dwie strony m.in. z “informacjami” o kandydatach.

Nie do końca jasne jest to, skąd młody Macedończyk brał publikowane treści. Reporter Wired stwierdził, że poziom jego angielskiego z pewnością nie pozwolił na napisanie wszystkich artykułów. Wiadomo natomiast, że zasięg rozprzestrzenianych przez Borisa informacji był ogromny, choć nastolatek w ogóle polityką się nie interesował. Publikował po prostu najbardziej sensacyjne newsy, żeby zarabiać na liczbie wejść na swoją stronę. Tylko podczas trzech ostatnich miesięcy kampanii prezydenckiej w USA wpadło mu z tego tytułu 16 tys. dolarów (14 razy tyle, ile przeciętny Macedończyk zarabia w tym okresie).

Absurdalną pointę do amerykańskiego rozdziału historii fake newsów dopisał sam Trump, który w talk show stacji TBN powiedział: “Jednym z najwspanialszych określeń, jakie wymyśliłem, jest  słowo “fake”. Tyle że… nie on je wymyślił. Król fake newsów jest tylko jeden.

– Pierwsze portale fact-checkingowe, które sprawdzały prawdziwość wypowiedzi osób publicznych powstawały w Stanach już w 2010 roku, a same fake newsy mają historię znacznie dłuższą niż kampania prezydencka w USA z 2016 – mówi Wiktor Nowak.

Fake biznes to newsy i sztuczne zasięgi
W ostatnich latach w sieci pojawiło się sporo dostawców usług, które polegają na tworzeniu i rozprzestrzenianiu w sieci nieprawdziwych treści. Zaplanowanego fake newsa buduje zwykle nie jedna informacja, a seria treści artykuł, zdjęcia i – coraz częściej – memy.

Według raportu Trend Micro, w specjalistycznych agencjach działających w Chinach i Rosji, kupno fałszywej informacji kosztuje ok. 30 dolarów, a na przykład kampania oczerniająca dziennikarza ok. 50 tys. dolarów.

Źródło: Raport “The Fake News Machine”

Kolejnym elementem szemranego biznesu wspierającego fake-newsy są sztuczne zasięgi, dzięki którym treści można błyskawicznie rozsiewać w sieci. Niektóre agencje robią to przy użyciu botów i kont społecznościowych udających fikcyjne osoby, inne oferują rozprzestrzenianie treści przez realne, ale opłacane osoby. W każdym z przypadków sposób budowania zasięgu informacji jest zmanipulowany.

W lutym tego roku dziennikarze New York Timesa opisali sprawę amerykańskiej firmy Devumi, która handlowała profilami społecznościowymi – miała 3,5 mln kont nieistniejących osób w mediach społecznościowych. Skutecznie udawano na nich prawdziwych użytkowników sieci – z profili wrzucano zdjęcia, fikcyjne osoby miały znajomych i należały do facebookowych grup. Firma handlowała aktywnością tych martwych dusz – można było zamówić udostępnianie przez nie informacji, polubienia – wszystkie aktywności, które według algorytmów (i nas samych) zwiększają wiarygodność i atrakcyjność informacji.  

– Znam ten mechanizm. Zaczęłam się w to bawić przy promocji jednego z projektów internetowych. Zaskoczyło mnie to, jak łatwo na FB zbudować sieć znajomych, udając fikcyjną postać. Trudno jest pozyskać pierwszych kilkudziesięciu znajomych, potem zaufanie do profilu wzrasta, bo gdy zapraszani widzą, że masz już wśród znajomych kilka osób z ich kręgu, zaczyna być z górki. Zasięg rósł szybko, ale nasz zespół szybko wycofał się z takich działań. Potraktowaliśmy to jak  eksperyment – ciekawy, ale moralnie wszyscy czuliśmy się  z tym słabo. Szczególnie, gdy zaczęliśmy już prywatne konwersacje z tych sztucznych kont – mówi osoba do niedawna odpowiedzialna za projekty internetowe w jednym  z wydawnictw.

Fala fake newsów zmieniła rynek informacji?

Reklama płatnych treści New Yorkera

Paradoksalnie – nikt nie powinien być bardziej wdzięczny fali fake newsów niż dziennikarze. Wydaje się, że fala niebezpiecznych bzdur uświadomiła rynkowi wartość zaufania do informacji. Dla dostawców treści otwierają się nowe możliwości. Tym bardziej, że ziarno pada na wyjałowiony grunt: rynek cieszących się zaufaniem mediów opiniotwórczych w ciągu ostatniej dekady skurczył się w Polsce o ok. 70 proc, jak podaje publicysta ekonomiczny tygodnika Polityka Rafał Woś  (licząc stan osobowy ludzi na poważnie zawodowo zajmujących się dziennikarstwem).

Internauci są już skłonni płacić w sieci za rozrywkę – muzykę (Spotify czy Tidal) i filmy (Netflix, HBO Go, Showmax czy Hulu). Może nadszedł też czas na płatne informacje?

Przeprowadziłem kilkadziesiąt rozmów z osobami, które budują w Polsce media i które nie ściągają filmów z Chomika, tylko są potencjalnie w stanie płacić za treści w sieci. Pytałem, czy i za jakie treści są w stanie płacić w sieci. Zachęceni tym, jak dobrze wychodzą nam wywiady z ludźmi biznesu, zadawaliśmy najpierw pytanie, czy byliby w stanie płacić za wywiady premium. W odpowiedzi usłyszeliśmy stanowcze nie. Wywiady, który robimy dobrze, można potraktować jako tzw. lead magnety, ale nikt nie jest w stanie jednak płacić za kontent jednak rozrywkowy robiony przy małych nakładach inwestycyjnych (Netflix na własny kontent planuje w tym roku wydać 10 mld dolarów, więc trudno się ścigać z takim wydawcą), natomiast w naszej grupie docelowej – startupy i e-commerce, odbiorcy chcą płacić za praktyczne biznesowe tipy,  bardzo dobre analizy rynku i ekspertyzy. Wszystko to, co w najprostszy sposób może przełożyć się na realny zysk. Startupy i e-commerce – mówi Michał Bąk, który rozwija projekt medialny Marketing i Biznes.

Zapał może studzić na przykład ankieta przeprowadzona 18 stycznia przez Artura Kurasińskiego, w której zapytał, ilu czytelników byłoby w stanie zapłacić za codzienny newsletter jego autorstwa. Z 367 osób, które wypełniły ankietę, aż 89,6 proc. stwierdziło, że płacić nie chce. – Tylko że Artur Kurasiński głównie wyszukuje treści, gdyby dodawał do nich jeszcze swój ekspercki komentarz, wtedy wartość newslettera byłaby większa. My też robimy prasówki, ale udostępniamy je teraz czytelnikom za darmo – komentuje Bąk.

Internet namieszał na rynku informacji. Media tradycyjne wchodziły na początku XXI wieku w sieć czując, że tego pociągu nie można przegapić. Ale prawda jest taka, że nikt wtedy nie miał pojęcia, jak na treściach w sieci zarabiać. Do niedawna jedynym rozsądnym pomysłem było obwieszanie stron reklamowymi banerami. Kiedy wydawcy zaczęli szukać sposobów na monetyzację treści u ich odbiorców – czytelników, napotykali opór: trudno kazać nagle płacić czytelnikom za coś, co od wielu lat dostawali za darmo.

Teraz wydaje się, że coś na rynku drgnęło. Opiniotwórcze media zaczęły coraz odważniej prosić swoich czytelników o finansowe wsparcie (Guardian czy Wired) lub wprost wymagać opłaty za dostęp do treści jak New York Times, czy w Polsce Puls Biznesu lub Gazeta Wyborcza (która systemy opłat za treści sprawdza od 2014 roku, a pod koniec 2017 liczyła na 90 tys. subskrybcji).

Zrozumieliśmy, że nawet w internecie obowiązuje zasada price for value i że za zero możemy dostać co najwyżej nieprawdziwą informację o tym, że ktoś pobił Magdę Gessler.

Przygotowując tekst, korzystałam z następujących źródeł:

  1. The Fake News Machine, http://www.trendmicro.pl/vinfo/pl/security/news/cybercrime-and-digital-threats/fake-news-cyber-propaganda-the-abuse-of-social-media
  2. Hunt Allcott and Matthew Gentzkow, Social Media and Fake News in the 2016 Election https://web.stanford.edu/~gentzkow/research/fakenews.pdf
  3. Steve Coll, Donald’s Trump “fake news tactics” https://www.newyorker.com/magazine/2017/12/11/donald-trumps-fake-news-tactics
  4. Samanth Subramanian, The Macedonian Teen Who Mastered Fake News https://www.wired.com/2017/02/veles-macedonia-fake-news/
  5. Jacek Kowalski, Rynek treści za paywallem czeka zmiana, ale powolna http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/platne-tresci-w-internecie-gazeta-wyborcza

 

Przygotowując tekst, korzystałam z następujących źródeł:

  1. The Fake News Machine, http://www.trendmicro.pl/vinfo/pl/security/news/cybercrime-and-digital-threats/fake-news-cyber-propaganda-the-abuse-of-social-media

  2. Hunt Allcott and Matthew Gentzkow, Social Media and Fake News in the 2016 Election https://web.stanford.edu/~gentzkow/research/fakenews.pdf

  3. Steve Coll, Donald’s Trump “fake news tactics” https://www.newyorker.com/magazine/2017/12/11/donald-trumps-fake-news-tactics

  4. Samanth Subramanian, The Macedonian Teen Who Mastered Fake News https://www.wired.com/2017/02/veles-macedonia-fake-news/

  5. Jacek Kowalski, Rynek treści za paywallem czeka zmiana, ale powolna http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/platne-tresci-w-internecie-gazeta-wyborcza

 

 
Categories

Portal randkowy dla wegetarian? Szukamy nisz w wielkim miłosnym biznesie

W Polsce działa ponad 80 portali randkowych i aplikacji. Hitem ostatnich lat jest oczywiście Tinder, ale  i tak gigantowi nie udało się zdeklasować starej (od 2002 roku na rynku!), dobrej, polskiej Sympatii. Sprawdzamy, czy jest jeszcze miejsce na nowe pomysły na tym wartym 60 mln zł rynku. I tworzymy startup. Oczywiście – genialny!

W 2017 mieliśmy przetasowanie na polskim rynku portali do umawiania spotkań online.

  • Coś zaskakującego wydarzyło się w segmencie serwisów do seks randek – lider datezone.com zyskał 1,8 mln użytkowników! Miesięcznie korzysta z niego 3 mln użytkowników. Ten segment zdecydowanie w Polsce rośnie!
  • Zmieniła się czołówka portali randkowych. Sympatia pozostała co prawda niewzruszona, ale już drugi produkt należący do Grupy Onet – Sympatiaplus spadł na czwarte miejsce wyprzedzony przez flirt.com (738 tys. UU za sierpień 2017) i edarling.pl (383 tys. UU w tym samym czasie).
  • Za to zaskakująco niezmiennym liderem odsłon przypadających na użytkownika jest serwis fellow.pl, przez który na randki umawiają się osoby nieheteroseksualne. I tutaj w zasadzie portalowej konkurencji dla lidera nie ma. W tej grupie popularniejsze wydają się aplikacje z globalnym Grindrem na czele (codziennie do serwisu loguje się 2 mln użytkowników ze 149 krajów).

O jak wielkim i kuszącym rynku mówimy, niech świadczy fakt, że tylko w styczniu 2017 według badań Gemiusa z serwisów randkowych skorzystało 12 proc. polskich internautów. Liczba internautów w tym samym czasie wyniosła 27,6 mln osób. Pozwólcie, że to dla Was policzę: portale randkowe odwiedza w ciągu miesiąca 3,3 mln Polaków!

Rynek randek online  jest u nas wart ok. 60 mln zł. To duży tort. Jak z niego uszczknąć swój kawałek? Odkroić taki, który składa się ze społeczności zaangażowanej wokół tematu sprzyjającego wspólnemu spędzaniu czasu lub dzieleniu stylu życia. Właściciele psów, wegetarianie, biegacze?

W Polsce segmentacja rynku ma już zresztą swoje tradycje. Mamy serwisy dla rolników (AgroRandka.pl), katolików (Przeznaczeni.pl), od wartości niematerialnych wolących materialne (SugarDaddy.pl), dla osób 40+ (40latki.pl),  planujących zwykły skok w bok (Skokwbok.pl) czy kobiet, które lubią brać sprawy w swoje ręce (ZaadoptujFaceta.pl) .

Serwis randkowy dla wegetarian? Spróbujmy!
Zakładając, że osoby na diecie wegetariańskiej j łączy pewien typ wrażliwości i styl życia, który mógłby być spoiwem dla udanego związku – spróbujmy sprawdzić, o jakim rynku w Polsce i na świecie możemy mówić, chcąc wyprodukować serwis lub aplikację randkową skierowaną wyłącznie do tej grupy. Rynek produktów wegańskich i wegetariańskich w Polsce szybko rośnie, więc może nie jest to taki szalony trop.

10 proc. osób w wieku 25-34 lat w Polsce deklaruje utrzymywanie diety wegetariańskiej – wynika z badania przeprowadzonego przez firmę Mintel. Przyjmując, że ok. 10 proc. z nich korzysta z serwisów randkowych, to mówimy o rynku 0,5 mln osób w Polsce w tej grupie wiekowej. Ale oczywiście, jesteśmy ambitni i o biznesie myślimy globalnie. Wybierzmy więc inne rynki na świecie, które powinny nas zainteresować ze względu na wielkość.

Na świecie jest 375 milionów wegetarian, z czego 75 milionów to osoby, które nie jedzą mięsa z wyboru (te nas interesują). Oczywiście, nie wejdziemy na wszystkie rynki naraz. Wybierzmy więc te, na których osób stosujących dietę jest najwięcej.

Szkicujemy więc plan podboju świata na podstawie liczby wegetarian. I tu zaczynają się schody. Pomijamy na tym etapie rynki azjatyckie: Indie, Chiny i Japonia mają co prawda imponującą liczbę osób niejedzących mięsa (łącznie ok. 446 mln), ale to fałszywy trop dla naszego biznesu: wegetarianizm jest tu motywowany przyczynami religijnymi, kulturowymi, a nierzadko również bytowymi. Dlaczego o tym wspominam? Żeby przy okazji powiedzieć, jak ważne oprócz liczb, są również uwarunkowania na każdym z potencjalnych rynków.

Wróćmy do naszej strategii podboju świata. Kraje anglojęzyczne to niezły trop, tym bardziej, że przygotowanie strategii marketingowej po angielsku załatwia nam przynajmniej próbę wejścia na kilka rynków bez tłumaczenia całej usługi i komunikacji na wiele języków.

Kanada – bingo! Zdecydowanie kierunek numer jeden dla naszego biznesu z 12 milionami wegetarian z wyboru (wg badań Vancouver Humane Society z 2005 roku) i 14 milionami singli (Statistics Canada). Kanadyjczycy to też jedni z najbardziej aktywnych w mediach społecznościowych. Rynek wydaje się być wymarzony na zdobycie co najmniej miliona użytkowników naszego portalu randkowego dla wegetarian.

Stany Zjednoczone –  też nieźle; USA to pierwszy zagraniczny rynek wybierany przez polskie startupy decydujące się na eksport (wynika z badania Polskie Startupy 2017 Fundacji Startup Poland). Również dla naszego wegebiznesu amerykański klient wydaje się być obiecujący: 7,3 mln dorosłych stosuje dietę wegetariańską! Tutaj spróbujemy wyrwać kolejny milion użytkowników.

Teoretycznie mamy już 2,5 mln użytkowników. Zakładając, że działamy w modelu subskrypcyjnym, pobierając dolara miesięcznie (taniocha!)… mamy przychód rzędu 2,5 mln dolarów. Teraz tylko oszacujmy koszty i ruszajmy na podbój rynku randek  z biznesplanem i strategią na najbliższy rok. I – oczywiście – na tym etapie już wierzymy, że stworzyliśmy jeśli nie jednorożca, to co najmniej kucyka i bardzo chcemy jak najszybciej  zacząć realizować naszą wizję.

Czy właśnie stworzyliśmy milionowy biznes? Być może. Od tego, co zrobimy teraz wiele zależy. Pamiętajmy, że mamy biznes na kartce. Papier wszystko przyjmie, wszystko w Excelu może się zgadzać, pozostaje jednak kluczowe “ale”.

Zanim zaczniemy kodować i budować całą usługę SaaS, sprawdźmy, czy istnieje realna potrzeba na rynku. Uwierzcie, bardzo wiele startupów nawala właśnie w tym miejscu, w którym emocje biorą górę i już tak bardzo chce się realizować swój pomysł, że trudno skonfrontować się z rynkiem. I albo w ogóle nie zadają rynkowi kluczowych pytań, albo zadają je w taki sposób, żeby potwierdzić genialność swoich założeń.

Nasz cały randkowy biznes oparliśmy na założeniu, że wegetarianie chcą osobnego miejsca w sieci, żeby za jego pośrednictwem szukać drugiej połówki. Nie sprawdziliśmy tej potrzeby. Pamiętajmy, że żeby ten biznes się udał, musimy mieć grupę klientów, która nie tylko potrzebuje wymyślonego przez nas rozwiązania, ale też – co nawet ważniejsze! – jest gotowa za nie zapłacić. I naprawdę: lepiej zawrócić teraz, gdy biznes mamy na kartce. Zaskakująco wiele startupów brnie w biznes niczym nastolatki w platoniczny związek. Klienci, głupcze! – powinien powtarzać sobie  każdy początkujący przedsiębiorca.

Kierowana walentynkowym przypływem miłości postanowiłam wam o tym przypomnieć   <3

 

 
Categories

AI <3 YOU

Walentynki lądują, a z nimi –  jak co roku – te same problemy. Pary zastanawiają się, jak uciec od corocznej sztampy kino-restauracja-czekoladki-róże i wpadają na świetne pomysły np. wspólnego skoku na spadochronie. Single – wiadomo, tłumaczą sobie że święty Walenty to patron chorób umysłowych i epilepsji, więc świętują antywalentynki. Albo… kupują seks robota.

Człowiek zrobi wszystko, żeby nie być samotnym. Większość z nas szuka drugiej połówki desperacko i za wszelką cenę. A desperacja okazuje się być świetnym paliwem dla poszukiwań idących w dziwnych kierunkach.

Tęsknota za byciem z kimś blisko realizuje się na różnych poziomach, niektóre z nich są jeszcze melodiami przyszłości, inne zrealizowaliśmy w sposób budzący podziw, zdumienie czy odrazę. Najpierw popatrzmy, co jeszcze ciągle przed nami.

W filmie „Blade Runner 2049”, replikant zakochuje się w hologramie. To w ogóle ciekawe splątanie wątków, bo replikant to sztuczny twór-android. Tak bardzo jednak przypomina człowieka, że jednoznaczne odróżnienie możliwe jest jedynie po przeprowadzeniu testu na empatię. Replikanci nie są odporni na samotność, stąd ten dziwny związek z hologramem. Na pytanie, czy jest możliwe zakochanie się w iluzji, odpowiadam „tak”. Czym innym niż miłością do czegoś nieistniejącego, są głębokie uczucia, jakimi ludzie darzą celebrytów? Zakochujemy się w jakimś konstrukcie, który stworzyliśmy we własnej głowie. Czym taki konstrukt różni się od hologramu? W stu procentach poważnie, widzę rynek na takie usługi. Na pewno znajdzie się ktoś, kto zechce żyć w platonicznym związku ze Scarlett Johansson.

Właśnie, Scarlett Johansson. „Her” jest fantastyką bardzo bliskiego zasięgu. Właściwie stoi tuż za rogiem. Główny bohater zakochuje się w swoim inteligentnym systemie operacyjnym, obdarzonym głosem Scarlett. Jedyną fantastyką w tej historii jest inteligencja systemu operacyjnego, resztę już mamy. Chodzi oczywiście o Siri, z którą ludzie flirtują, oświadczają się, zakochują czy proponują seks. Według badań przeprowadzonych na użytkownikach aplikacji Assistant.ai, 40% z nich wyobraża sobie zakochanie się w wirtualnym asystencie, a kolejne 25% potwierdziło, że być może mogliby to zrobić. Przebadano 12 tys. Osób. Wyniki dziwią mnie niespecjalnie.

Siri to partner idealny. Jeżeli masz ochotę pogadać, wysłucha i odpowie. Jeżeli wolisz ciszę, nie będzie przecież zagadywać. Nakarmiona dostateczną ilością informacji, będzie coraz lepiej przewidywać nasze oczekiwania i coraz skuteczniej podpowiadać nam, na co mamy ochotę. Na razie za Siri nie stoi jeszcze Sztuczna Inteligencja i głos Johansson, ale to pewnie kwestia kilku lat. W końcu ludzie płacą ciężkie pieniądze za smsowanie czy telefonowanie do seks-usług w poszukiwaniu nieseksualnego kontaktu z drugim człowiekiem. Zapłacą też za dostęp do Siri Premium. Nie mam problemu z wyobrażeniem sobie kogoś nawiązującego intymną więź z głosem w słuchawce telefonu.

Zupełną niefantastyką od kilku lat są seks lalki. I nie chodzi mi o te smutne, dmuchane brezenty z seks-shopów, tylko anatomicznie poprawne, mówiące femboty. Wybierać możemy spośród kilkunastu modeli, oferujących różne temperamenty: od nieśmiałej, przez czułą, zazdrosną, humorzastą czy gadułę. Robot będzie pamiętał o naszych urodzinach, ulubionych potrawach, restauracjach i filmach. Możemy zadysponować model otrzaskany w literaturze albo rzucający żartami. Niektóre modele potrafią symulować orgazm podczas stosunku.

W ofercie jest też możliwość dostosowania aparycji fembota. Możemy dobrać włosy, rozmiar piersi, kolor brodawek i rodzaj warg sromowych (14 do wyboru). Najtańszy model kosztuje 6 tysięcy dolarów, najdroższe do kilkudziesięciu.

Większość klientów traktuje roboty jako wyrafinowaną maszynę do masturbacji. Jest jednak grupa użytkowników, którzy sadzają je przy stole, oglądają razem z nimi telewizję albo wynoszą do ogrodu, żeby mogły złapać trochę słońca. Lektura forów na których gromadzą się właściciele fembotów dostarcza przykładów na to, że część mężczyzn zakochuje się w swoich modelach. Polecam film zrealizowany przez BBC pt. Guys and Dolls, który pokazuje kilka takich sytuacji i osób.

Na koniec zaś Tinder, który kilka lat temu wydawał się obrzydliwością i abominacją a dzisiaj spowszedniał tak bardzo, że nikt już nie zwraca na niego uwagi. Jedna z pierwszych aplikacji (pamiętamy o Grindr) do randkowania. A w zasadzie do umawiania się na seks, bo początkowo Tinder sprzedawał się na takiej właśnie kontrowersji. Z czasem spowszechniał, ustatkował się, zatracił swoją pierwotną funkcję i został kolejnym serwisem randkowym z możliwością ustawienia się randkę rozbieraną. Jako ciekawostkę mogę podać fakt, że w 2015 roku użytkownicy Tindera przeglądali średnio 65 profili, zanim uzyskali jedno dopasowanie.

Jako bonusową ciekawostkę chciałbym pokazać wam aplikację „The Lickster”. Gdy wydaje się, że nie da się nas niczym zaskoczyć, dostajemy propozycję polepszenia techniki naszego fellatio przy pomocy komórki. Przez ekran przesuwają się strzałki wskazujące kierunki, w których musimy przesunąć językiem… palcem, żeby zdobyć punkt. Punkt zdobywamy tylko wtedy, gdy trafimy w odpowiedni punkt. No dobra, nie wiem, jak to mam opisać. Wypróbujcie sami, gra daje mnóstwo radości, jeżeli nie odważycie się lizać ekranu komórki, polecam poślinienie palca, którym będziecie grać.

Wesołych Walentynek wam wszystkim.

 
Categories

Netflix: streamingowa parada oszustów

Jest pewne brzydkie słowo na „k”, które dekadę temu było odmieniane przez wszystkie przypadki. Chodzi o kryzys. Miał on miał wiele przyczyn i wielu autorów. Skutki kryzysu pociągnęły za sobą wiele ofiar, ale wykształciły też grupki osób, które wzbogaciły się na globalnych tarapatach. Temat inspirował również filmowców chcących wyjaśnić, co właściwie wtedy zaszło. Oto tytuły, które warto sprawdzić.

„Inside Job” to dokument edukacyjny, który krok po kroku tłumaczy przyczyny kryzysu na rynku kredytów hipotecznych. Może go obejrzeć każdy bez obawy, że temat został potraktowany nadto specjalistycznie albo zbyt pobieżnie. Twórcy za rękę prowadzą nas przez wydarzenia, które spowodowały katastrofę sprzed dekady.

Muszę przyznać, że seans był fascynujący. Kreatywność finansistów w tworzeniu narzędzi inwestycyjnych imponuje. Tworzenie kolejnych narzędzi z narzędzi pierwotnych jest jeszcze lepsze, w pewnym momencie krążyło ich po rynku kilka tysięcy i praktycznie nikt nie wiedział czym handluje. Odbywało się granie na spadki, zwyżki a nawet przeciwko sobie. Ryzykowne produkty dostawały od firm ratingowych najwyższe oceny AAA, takie same jak obligacje rządu Stanów Zjednoczonych. Inwestycje były ubezpieczane, więc duża część ryzyka została przerzucona na największych ubezpieczycieli. Wszystko się kręciło, wszyscy zarabiali a potem ktoś się w tym wszystkim połapał i rynek się załamał.

Inside Job” to thriller edukacyjny, dzięki któremu w półtorej godziny zrozumiemy co się stało. Dodatkowym plusem jest Matt Damon jako narrator. Bardzo dobry film, bez którego oglądanie dwóch następnych będzie trudniejsze. Możecie go obejrzeć na Netflixie.

„Big Short” pokazuje kryzys z punktu widzenia kilku gości, którzy szybciej od innych zorientowali się, że to musi walnąć. Przeanalizowali sytuację, zaryzykowali i na załamaniu rynku zarobili miliard dolarów. Film ma bardzo szybkie tempo, dlatego zorientowanie się we wszystkich mechanizmach, które popchnęły światową gospodarkę ku przepaści wymaga od nas uwagi. Przyda nam się wiedza wyniesiona z „Inside Job”, dzięki której nie będziemy musieli się zastanawiać czym są CDO, kredyty subprime czy swapy i dlaczego bankrutujące banki inwestycyjne pociągnęły za sobą na dno gigantów ubezpieczeniowych.

Przy okazji „Big Short” świetnie się ogląda. To dynamiczny, kolorowy teledysk, który w atrakcyjnej formie i znakomitej obsadzie, pokazuje chciwość i brak odpowiedzialności Wall Street. Przy okazji robi to w sposób, który nie powoduje u nas traumy czy wściekłości na typów, którzy wepchnęli świat w kryzys, bezrobocie i drogiego franka. A jak to wszystko się zawaliło, cynicznie wyciągnęli ręce po rządowe dolary ratunkowe, z których wypłacili sobie sute premie. „Big Short” jest dostępny na Netflixie.

Film powstał na podstawie książki Michaela Levisa „Wielki szort. Mechanizm maszyny zagłady”.

Kolejna pozycja mnie przygnębiła. „Margin Call” grany u nas jako „Chciwość” pokazuje pracowników dużego banku inwestycyjnego w przededniu kryzysu. Kierownictwo dostaje informację, że w portfolio firmy znajdują się bardzo ryzykowne i wkrótce bezwartościowe instrumenty pochodne oparte o kredyty hipoteczne. Na jednej szali stoi przyszłość firmy, na drugiej wepchnięcie światowego sektora finansowego w kryzys. Zapada decyzja o zatajeniu informacji o toksyczności aktywów i ich błyskawicznej wyprzedaży. Wszyscy wiedzą, że ich reputacja w branży zostanie zniszczona i podejrzewają, że mogą zapoczątkować kryzys. Mimo wszystko decydują się na współudział, w końcu ich premie są ważniejsze. Nie oceniam ich motywacji, choć przykro patrzeć, że w tej wersji Sodomy nie ma żadnych sprawiedliwych. Zresztą prawie każdy lubi mieć dużo hajsu a po nas choćby potop. Film możecie obejrzeć na Netflixie.

Too Big to Fail” (Zbyt wielcy, by upaść) opowiadam o tym, jak Waszyngton próbuje pomóc bankom dotkniętym kryzysem. Te jednak pomocy w proponowanej formie sobie nie życzą.

Rząd Stanów Zjednoczonych dostawał liczne sygnały ostrzegawcze, ale nie zrobił nic. W końcu regulacje są sprzeczne z zasadami wolnego rynku. Gdy było za późno, dodrukował dolarów i spłacił długi banków inwestycyjnych. Gotówka rządowa miała zostać skierowana na rozkręcenie akcji kredytowej, banki widziały to inaczej.

Film pokazuje wyjątkowo obrzydliwy epizod kryzysu, więc nie zdziwcie się, jeżeli po seansie zechcecie złapać za widły i pochodnie. Możecie go zobaczyć na HBO.

Nie da się ukryć, że ten maraton filmowy był ciężki. Kompletna bezkarność sprawców, rządowe programy pomocowe, wyciągające zbyt dużych by upaść z bagna, w które sami dziarsko wmaszerowali. Tragedie ludzi zbyt małych, by się ktoś o nich upomniał. A przecież to z ich pieniędzy spłacono zbyt wielkich.