Categories

Finansowi giganci prognozują, kto wygra mundial w Rosji

To już niemal tradycja, że ekonomiści banków przed każdym piłkarskim turniejem przepuszczają przez swoje modele dane dotyczące drużyn i typują zwycięzców. Niektóre z tych modeli wskazują nawet, że Polska będzie czarnym koniem rozpoczynających się właśnie mistrzostw.

 

Oglądaliście film “Moneyball” z Bradem Pittem w roli głównej? To historia menedżera baseballu, który jako pierwszy w historii zaczął kompletować skład drużyny nie na podstawie rynkowej wyceny czy popularności graczy, ale na podstawie analizy statystycznej ich wyników z przeszłości. Jego asystent stworzył modele, które uwzględniały mnóstwo zmiennych (od liczby zaliczonych baz, po skuteczność odbicia piłki), nadawały im różne wagi i szeregowały zawodników według ich statystycznie najmocniejszych stron.

Tym sposobem na każdą pozycję dobierano optymalnego zawodnika i uzyskiwano skład, który zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa miał największą szansę na triumf. I choć na początku większość ekspertów kpiła z tej metody, uznając, że komputer nigdy nie zastąpi dobrego trenera czy łowcy głów, to później wspomaganie się takimi narzędziami podczas selekcji stało się normą. Nie tylko w baseballu, ale chociażby w piłce nożnej.

Sztab polskiej reprezentacji ma swojego szefa banku informacji, który analizuje przeciwnika pod każdym kątem i przekazuje piłkarzom szczegółowe dane na temat ich rywali. W analizie statystyk sportowych, podobnie jak w analizie danych giełdowych, można znaleźć swoją przewagę. Wiedzą o tym doskonale tytułowi giganci, dlatego przed piłkarskimi turniejami próbują zaadaptować swoje modele do sportowych danych i wytypować zwycięzców. Wiadomo oczywiście, że po drodze do finału wydarzyć się może mnóstwo rzeczy i układ sił może ulec zmianie, ale te prognozy zawsze cieszą się sporą popularnością, karmią rozpalone oczekiwania kibiców i są szeroko komentowane. Zobaczmy zatem do kogo zdaniem ekonomistów trafi puchar świata.

Bankierzy patrzą szklane kule
Zdaniem ekonomistów szwajcarskiego banku UBS, murowanym faworytem całego turnieju są nasi zachodni sąsiedzi. Używając modelu ekonometrycznego stosowanego przy selekcji akcji w departamencie inwestycyjnym, wyliczyli oni, że szansa na to, że Niemcy drugi raz z rzędu sięgną po puchar świata wynosi aż 24 proc.

Wiemy dużo o Mistrzostwach Świata, ponieważ FIFA podaje harmonogram gry, zasady turnieju i układ gier z wyprzedzeniem. Mamy dostęp do wielu danych i wiemy dużo więcej o tym, co chcemy modelować, niż w przypadku rynków finansowych – mówi Michael Bolliger, szef alokacji aktywów rynków wschodzących w UBS. Jego zdaniem, które poparte jest tworzeniem prognoz dla 10 ostatnich turniejów, jest kilka kluczowych zmiennych, które wpływają na skuteczność modeli predykcyjnych, w tym m. in. wyniki meczów kwalifikacyjnych w ostatnich 12-18 miesiącach (miara obecnej skuteczności), oceny Elo (ranking stosowany do określenia mocy reprezentacji narodowych w piłce nożnej), historyczne osiągnięcia drużyn (jako czynnik emocjonalny, wspierający pewność siebie zawodników), a także przewaga kibiców (najlepiej grać u siebie). Ponadto do modelu zawsze wprowadza się element losowy, by zostawić margines na niespodzianki.

Niestety w wynikach modelu UBS jest zła wiadomość dla nas. Otóż Dean Turner, ekonomista z UBS Wealth Management, uważa, że ​​Anglia powinna radzić sobie lepiej niż w poprzednim turnieju i ma 67 proc. szans na dojście do fazy ćwierćfinałowej. Zakładając, że to z Polską spotka się w 1/8, a taki scenariusz jest możliwy z uwagi na układ tabeli, to nasi zakończą przygodę w Rosji na czterech meczach.

Na Niemców stawiają też ekonomiści Commerzbanku, ale na tę prognozę należy patrzeć z przymrużeniem oka, bowiem niewykluczona jest tu pewna stronniczość. O tę ostatnią nie można posądzać bankierów z ING, bo Holandia nie dostała się na mundial. Analitycy „Śląskiego” prognozują, że na najwyższym stopniu podium będzie Hiszpania. Zastanawiam się tylko, czy panowie eksperci zdążyli uwzględnić w swoich modelach fakt, że w ostatnich dniach prezes hiszpańskiego związku piłki nożnej zwolnił selekcjonera – Julena Lopetegui’a. Ten ostatni podpisał bowiem kontrakt na trenowanie Realu Madryt nie informując o tym wcześniej swoich szefów ze związku.

Jeszcze innego zwycięzcę, a mianowicie Brazylię, typują eksperci Goldman Sachs. Ponoć mocno przyłożyli się do swoich prognoz, bowiem wykorzystali algorytm sztucznej inteligencji, tworząc 200 tysięcy modeli i milion symulacji przebiegu turnieju. Szczegółowy przebieg fazy pucharowej według najbardziej prawdopodobnego scenariusza widać na obrazku poniżej (liczby przy drużynach to średnia liczba goli, jakie może zdobyć w meczu dana ekipa). Niestety także tutaj Polska kończy przygodę w 1/8 finału, odpadając po potyczce z Belgami.

Z bankierami Goldmana nie zgadzają się bankierzy innego giganta Citi. Ich zdaniem bowiem Brazylia odpadnie w półfinale, a więc powtórzy się historia sprzed czterech lat. Chociaż wątpię, by wynik był ten sam. Wówczas przecież Niemcy wbili Canarinhos aż siedem bramek i to na ich własnym terenie.

Chociaż każdy z wymienionych banków stosuje nieco inną metodologię, to widać wyraźnie, że w ścisłym gronie faworytów umieszczają w zasadzie te drużyny, które wymieni niemal każdy przechodzień, który interesuje się choć trochę piłką nożną. Mowa przecież o Brazylii, Hiszpanii i Niemcach, a więc o futbolowych gigantach. Nietrudno typować te drużyny, nawet w ciemno, bowiem to one sięgały po puchar w pięciu na siedem ostatnich turniejów. Jako „giełdziarz” pokuszę się więc o tezę, że całe te skomplikowane algorytmy dają wynik podobny do wyniku prostej metody mówiącej, że „trend is your friend”. Skoro w ostatnich latach triumfowały właśnie te trzy ekipy, to i teraz mają najwyższe szanse na powtórzenie sukcesu.

Polska czarnym koniem
Z punktu widzenia polskiego kibica najciekawsze predykcje przeprowadzili ekonomiści japońskiego banku – Nomura. Ich symulację widać na poniższym obrazku.

W tym scenariuszu Polska dociera aż do półfinału, a więc powtarza sukcesy z pamiętnych lat 1974 i 1982. W walce o finał odpada niestety z Hiszpanią. Skąd taki optymizm w kwestii poczynań kadry Nawałki wśród japońskich bankierów? Okazuje się, że w swoich modelach zastosowali nieco inne podejście niż wyżej wymienione banki.

Zamiast skupiać się na modelach ilościowych opartych na rankingach, zastosowaliśmy bardziej jakościowe podejście, biorąc pod uwagę rozwój każdej drużyny, a także dokładnie analizując składy zespołów – piszą w raporcie. Bankierzy Nomury stworzyli wskaźnik mierzący tzw. momentum, czyli postęp na przestrzeni ostatnich czterech lat. W przypadku naszej drużyny faktycznie był on dość imponujący. W ładnym stylu awansowaliśmy do EURO2016 i dotarliśmy do ćwierćfinału, a następnie wygraliśmy eliminacje do mundialu w Rosji.

W zasadzie era Adama Nawałki to pasmo sukcesów, zwłaszcza jak porówna się ostatnie kilka lat do okresów poprzednich, gdzie w grupach eliminacyjnych nie mogliśmy pokonać takich ekip jak Macedonia czy Słowenia. Bankowcy Nomury zdają się to dostrzegać. W swoim raporcie wśród przewag naszego zespołu wymieniają m. in. wysokie miejsce w rankingu FIFA (obecnie ósme), dwunaste pod względem wartości miejsce zespołu wśród drużyn, które przyjechały do Rosji (wartość naszej kadry to 260 mln euro), skuteczny atak i dobrych bramkarzy, klasę Lewandowskiego, sporo graczy z czołowych europejskich lig. Obawy bankierów budzą: słabsza formacja defensywna i linia pomocy, grupowi rywale – Kolumbia i Senegal i prawdopodobieństwo spotkania Anglii i Niemiec w drodze do półfinału. Wypadkowa tych czynników daje nam w modelu Nomury największe szanse na bycie… czarnym koniem tego turnieju (patrz diagram poniżej). Tuż za nami w tym zestawieniu jest Peru.

Oczywiście każdy z polskich kibiców marzy o tym, by nasi dotarli jak najdalej, ale uśredniając prognozy ekonomistów chyba najbardziej realnym scenariuszem jest wyjście z grupy. Wszystko co uda się ugrać ponad to, będzie niezwykle miłą niespodzianką. A pierwszy mecz na mundialu pokazał, że to może być turniej niespodzianek. W meczu tym zmierzyły się dwie najniżej rozstawione drużyny całego turnieju – gospodarz, czyli Rosja oraz Arabia Saudyjska. Światowe media zapowiadały nudny mecz, a tymczasem Sborna rozgromiła rywala 5:0 i pewnie wywalczyła na inaugurację trzy punkty.

 
Categories

Złote zęby dla zuchwałych

Fot. Unsplash

Gdy gwiazdy amerykańskiego showbizzu od Beyonce po Miley Cyrus zaczęły nosić na zębach złote grille, myśleliśmy, że to mrugnięcie okiem w stronę hip hopowej sceny. Głos ghetta wydobywał się przecież zza rzędów dwudziestokaratowych siekaczy. Historia złotych zębów sięga jednak znacznie dalej niż moda Brooklynu i niesie ze sobą o wiele głębsze znaczenia niż ostentacyjny symbol statusu. Jest w niej też trochę smutny sowiecki rozdział.

 

Odnalezione na dnie zatopionych jaskiń Meksyku czaszki starożytnych Majów szczerzyły się do odkrywców pozostałościami złotych zębów. Eksperci twierdzą, że żyjący trzy tysiące lat temu ludzie nie byli w kwestii obnoszenia się z hajsem lepsi od nas: uśmiech z drogocennego kruszcu miał mówić innym, że jesteś zwycięzcą.

Jednak oprócz walorów estetycznych i trudnego do przeoczenia błysku przypominającego blask monet, złoto było wykorzystywane ze względów praktycznych: jest po prostu bardzo wytrzymałe i… tanie. Mało kto wie, że jest jednym z najtańszych materiałów do wypełniania ubytków. Zanim więc zostało symbolem statusu, było po prostu pragmatycznym wyborem sprzed ery porcelanowych wypełniaczy. Jak awansowało do rangi symbolu? Sęk w tym, że niegdyś fanaberią bogatych było w ogóle zajmowanie się stanem swojego uzębienia.

W latach 80-tych amerykańscy raperzy uczynili złote grille i zęby symbolem bogactwa i władzy. Lśniące grille trafiły do mainstreamu, gdy w 1996 roku wietnamski imigrant Johnny Dang (znany również jako The King of Bling oraz The Grill Master) otworzył w Stanach swoje jubilerskie imperium, w którym można było dostać wszelkie rodzaje nakładek – od złotych serc po diamentowe chmurki. Zanim jednak drogocenne zęby awansowały do rangi symbolu, były widywane na ulicach Bronxu i Brooklynu wśród tych, których ledwie było stać na dentystę

 

Złoto ludzi Wschodu
Nieco inną drogę przeszły złote zęby (bo Sowieci nie uznawali nakładek w postaci grillów, tylko szli na całość) w krajach Bloku Wschodniego, w którym stan uzębienia wołał zawsze o pomstę do nieba.

Tutaj złote zęby były po prostu alternatywą do ich braku. Jeśli były symbolem luksusu, to jednak dość smutnego, naznaczonego piętnem komunistycznej bylejakości.

Dlaczego mieliśmy tak straszne uśmiechy, skoro służba zdrowia – w tym wizyty u dentysty – były darmowe? Problem polegał na tym, że o ile nie brakowało dentystów i złota, to były ostre problemy ze znieczuleniem. Ludzie unikali więc wizyt w gabinetach jak diabła i najczęściej trafiali do nich wtedy, gdy zęby same nie chciały wypadać i już nic poza wyrwaniem nie wchodziło w grę. A gdy zębów nie było, można było wstawić nowe, oczywiście – złote. Zanim więc na Wschodzie złote zęby uzyskały status symbolu bogactwa, świadczyły raczej o odwadze właściciela, który wybrał się do dentysty.

Dziurawe zęby też fajne?
I chociaż złoto od setek lat kojarzy się z wartością, to jednak nie tylko ono zbudowało mit złotych zębów jako manifestacji statusu. Zdaje się, że jako ludzie mamy trochę bzika na punkcie samych zębów.

Weźmy choćby amerykański ideał sukcesu: trudno go sobie wyobrazić bez rzędów równych, śnieżnobiałych zębów. W Stanach na punkcie wyglądu uzębienia mają niemal obsesję, a bielszy od bieli hollywodzki uśmiech stał się obowiązującym standardem. Biedni Brytyjczycy, którym natura zębów nie sprezentowała najlepszych, gdy marzą o karierze za oceanem jak Kate Backinsale czy Simon Cowell, muszą wstawiać idealne implanty.

Ale wygląd zębów to nie tylko fiksacja Amerykanów: Wikingowie uważali, że najokazalej prezentuje się uzębienie z wyżłobionymi poprzecznymi kreskami, zamożni Majowie robili w zębach dziury, które wypełniali (wcale nie ze względów medycznych) zielonym nefrytem, a na Filipinach zakładali na nie takie złote grille, że nie można było w nich mówić.

Dziś najgorętszy trend to diamenty (za jedną dziesięciokaratową nakładkę zapłacimy ponad 100 dolarów). Można też zażyczyć sobie wyrycie w porcelanowym zębie wizerunku psa, dzieci lub znajomych, a pewien mieszkaniec Soczi wydał dwa tysiące dolarów za porcelanowe koronki z wizerunkami Władimira Putina i Donalda Trumpa.

To szaleństwo jakoś nie chce się skończyć.

 
Categories

Randkowe pole minowe. Kolacja dla dwojga wypada z menu milenialsów

To się normalnie żyć odechciewa. Milenialsi idą przez świat, nie oglądają się na nic i na nikogo a przy okazji niszczą wszystko, co kochamy. Po ubiegłotygodniowym zamachu na wszystko, co dla Amerykanów najważniejsze, dzisiaj przyszedł czas na bezwzględny mord na randkowych obiadach! Co za upadek obyczajów.

 

W czasach mchu i paproci, randkowanie odbywało się nieco inaczej niż dzisiaj. Nie było szybkiego internetu i portali kojarzących ludzi, ludzi trzeba było poznawać na żywo, wymieniać się numerami telefonów, nierzadko stacjonarnych po to, by na końcu wylądować w restauracji na posiłku a potem w kinie. Albo na odwrót.

Dzisiaj sprawy mają się zgoła inaczej. Randkowanie internetowe stało się tak popularne, że chyba tylko w dalekich regionach, gdzie nadal mają internet z modemów, randkuje się w starym stylu. Milenialsi klikają w Tindera, OkCupid czy swojską Sympatię i nie potrzebują wzmożonych spotkań przy świecach. Szkoda im czasu i pieniędzy na siedzenie z kimś, kogo ledwo znają, a wspólne jedzenie posiłku z kimś takim wydaje się im wyrafinowaną formą tortury. Nic dziwnego – według badań przeprowadzonych przez NPD Group aż 57 proc. posiłków Amerykanie spożywają samotnie. Zmienia się również postrzeganie osób jedzących w pojedynkę – kiedyś takie postępowanie stygmatyzowało, dzisiaj jest czymś normalnym. Nic dziwnego, że milenialsi nie mają ciśnienia na umawianie się na randkowe kolacje.

Są inne powody odrzucania tej formy pierwszego spotkania. Na przykład taki, że wspólne wieczerzanie jest przestarzałe. Ten element szarmanckości u mężczyzny nie jest aż tak istotny dla młodych kobiet. A już płacenie przez faceta za posiłek jest niemalże zaproszeniem do łóżka.

Albo wyobraźcie sobie sytuację, w której siedzicie przy pełnodaniowym posiłku z kimś, do kogo nie tylko nie czujecie mięty, ale wręcz was odrzuca. Przy przystawkach pada pierwszy żarcik rodem z męskiej szatni. Podczas jedzenia rosołu warzywnego (nigdy nie zamawiajcie zup z kluskami na pierwszej randce) facet tak energicznie wciąga makaron, że ochlapuje sobie pół twarzy, a kluski zostają mu w brodzie. Gdy na stół wjeżdża befsztyk, okazuje się, że typ miał w dupie to, co do niego pisałaś i nie zorientował się, że od dwunastego roku życia jesteś weganką. Wiesz, że nic z tego nie będzie, ale tkwisz w tym koszmarze, twoja złość i niepokój rosną i jest ci głupio, bo facet wygląda na takiego, który zapłaci. A potem będzie oczekiwał rewanżu. Horror.

Oczywiście, zawsze zostaje opcja upicia się na smutno, bo wtedy wszystkie głupoty wygadywane przez drugą stronę łatwiej znieść, ale w końcu nikt nie chce kończyć dramatycznie nieudanej randki śniadaniem.

Dla większości ludzi jedzenie jest czynnością w jakimś stopniu intymną. Oczywiście nie mówimy tu o wspólnych posiłkach w gronie współpracowników w kantynie zakładowej. Ale jak już siadamy z kimś twarzą w twarz nad talerzem, trzeba bardzo dużego wyczucia co zamówić. Kobieta może nie czuć się komfortowo babrając się w żeberkach. Homar, jakkolwiek luksusowy by nie był, to też brudna robota. Jedzenie ostryg jest seksowne wyłącznie w filmach. W skrócie – wspólny posiłek na pierwszej randce to pole minowe, po którym poruszasz się bez wykrywacza.

No i na koniec najważniejsze. Jedzenie w restauracjach jest drogie. Tinder daje nam przecież możliwość umówienia jednej randki dziennie. Jeżeli jesteśmy zręczni logistycznie, w weekend możemy się ustawić nawet na dwa-trzy spotkania. Wyobraźmy sobie, że w poszukiwaniu drugiej połówki, każdego dnia wyskakujemy z 60-100 złotych, bo tyle trzeba liczyć na dwójkę z napojami. Już po tygodniu nasz budżet miesięczny trzeszczy, po miesiącu musimy brać chwilówkę a po kwartale na kwadrat wjeżdża nam komornik. Takie wydatki dla milenialsów są nie do dźwignięcia.

Dlatego lepiej umówić się w barze na drinka albo kawę. Człowiek nie zbankrutuje a jak sytuacja rozwinie się pomyślnie, zawsze można wyskoczyć coś przekąsić.

Co w Polsce? Ano tym razem nie mamy się czego wstydzić. Nasi milenialsi idą w ślady swoich amerykańskich kolegów i chętniej decydują się na randki nad kawą albo drinkiem, restauracje zostawiając starym ludziom. A i ewentualne odrzucenie mniej boli, gdy zainwestowaliśmy w taki wypad 20 ziko.

 
Categories

7 najgorszych inwestycji świata. Bańki, chore wizje i głupota snobów

Kto bogatemu zabroni? Nikt. Jeśli rozliczyliście właśnie PIT i macie lekki niesmak, że jednak trzeba będzie dopłacić, sprawdźcie znacznie gorsze inwestycje.

 

Inwestycje w pierwsze waluty cyfrowe

Timing jest najważniejszy – powtarzają doświadczeni inwestorzy. Zdecydowanie z zegarkiem rozjechali się inwestorzy, którzy w 1999 roku, w którym pękała bańka pierwszych biznesów internetowych, wieszczyli sukces waluty cyfrowej flooz.com. Nie pomógł nawet fakt, że można było nią płacić w Starbucksie. Inwestorzy VC wtopili w projeky ok. 50 milionów dolarów. Część kasy poszła na bardzo złą kampanię banerową z Whoopi Goldberg. A potem nadszedł Bitcoin. 

Tulipanowa ściema
Skoro już jesteśmy przy bańkach – nie gorsza od dot-comów była nadmuchana wartość tulipanów. “Tulipo mania” osiągnęła apogeum (dzięki intensywnej pracy spekulantów)  w 1630 roku, gdy Holendrzy snobowali się na zakup bulw za ponad tysiąc dolarów.

Prostokąty w oleju
Niemal 44 mln dolarów wydał kolekcjoner na obraz nowojorskiego artysty Barnetta Newmana. Nie mnie oceniać, ale jedno wiem na pewno: są to dwa niebieskie prostokąty.


FIFA 2022 w Katarze: najsmutniejsze święto piłki
200 miliardów dolarów wyda Katar na święto piłki nożnej w 2022- dyscypliny, z którą niewiele ma wspólnego. Kasy mają jak lodu, więc nie ma może co żałować. Czeka nas niesamowite widowisko. Przerażające są jednak jego kulisy: media alarmują, że warunki pracy robotników budujących infrastrukturę przypominają obozy pracy, w których umierają tysiące emigrantów pracujących przy budowie stadionów i obiektów hotelowych. Skalę inwestycji oddaje też fakt, że gdyby kasę wydaną na imprezę dostali mieszkańcy Kataru, każdy z nich miałby w kieszeni 720 tys. dolarów więcej.

Maszt w Duszanbe
W stolicy Tadżykistanu władze postawiły wart ponad 10 mln dolarów maszt flagowy. Sęk w tym, że w Duszanbe prawie nie wieje. Flaga na drogocennym maszcie przypomina zwiędłą kotarę. Nastrojów patriotycznych nie wzbudza, ale frustrację mieszkańców – niezmiennie.

Turkmeńskie Las Vegas
Zazwyczaj inwestycje od czapy są ideą fix ekstrawaganckich polityków. W głowie jednego z nich zrodził się pomysł na świątynię kiczu w Awaza, która ma się stać superatrakcją Turkmenistanu. Realizuje go konsekwentnie od 2012 roku, ku oburzeniu krajan i zdziwieniu świata. Nad Morzem Kaspijskim wyrósł prawdziwy marmurowo-neonowy gargamel resortów: trochę Dubaj, trochę Las Vegas, w porywach aspirujący do Monte Carlo. Już dziś jest największym centrum konferencyjnym świata. Może pomysł na kolejną firmową imprezkę, hm?

Yaba, daba, doo!
Zachcianki to podobno potrzeby szlachty. Jedną z nich postanowili spełnić przyjaciele malezyjskiego sułtana, którzy ufundowali mu replikę pojazdu Freda Flinestone’a z “Jaskiniowców”, jego ulubionej bajki. Trochę szkoda, że pojazd ma silnk i nie będzie napędzany siłą sułtańskich nóg.

 
Categories

Majówka bez grilla. 6 propozycji dla geeków na długi weekend

W tym roku mamy wyjątkowo długi Wielki Weekend. Jeżeli uda nam się wyprzedzić kolegów z działu przy pisaniu wniosku urlopowego, możemy byczyć się przez 9 dni! Pogoda ma dopisywać, ale jeżeli nie jesteście ciepłolubni i przy temperaturach powyżej 20 stopni zaczynacie przeklinać klimat i modlić się o klimatyzator, mam coś dla was. Zamiast wyjeżdżać gdzieś bez sensu, proponuję wam obejrzenie kilku filmów i seriali.

Zadałem sobie trudne zadanie, bo proponuję wam wyłącznie filmy, które są ładne wizualnie albo mają ładne tytuły z takimi słowami jak lato, słońce, majówka, wiosna albo szczęście. Nie chcę bowiem, żebyście się podczas oglądania umartwiali. Kilka pozycji ma swoje lata a przynajmniej jedna pochodzi z czasów, gdy niektórych czytelników nie było jeszcze na świecie.

Na początek wyjątkowo brutalnie odjechany serial pt. „Happy”. Obejrzałem i powiem wam, że tak porytej historii dawno nie widziałem. W trakcie pikniku dla dzieci, Wyjątkowo Zły Święty Mikołaj porywa małą Hailey. Ma ona niewidzialnego przyjaciela o imieniu Happy. Gdy ten orientuje się, że dziewczynce grozi niebezpieczeństwo, natychmiast udaje się na poszukiwanie kogoś, kto będzie zdolny jej pomóc.

Nick Sax to były policjant, który żadnej pracy się nie boi. Poznajemy go, gdy realizuje kontrakt na zabicie braci Scaramucci. W trakcie roboty dostaje zawału, budzi się w karetce i zdaje sobie sprawę z tego, że przed oczami lata mu mały, niebieski jednorożec. Ten sam, który przyjaźni się z Hailey. Gdy Nick rusza dziewczynce na pomoc, zaczyna się dziwaczna, krwawa i brutalna jazda bez trzymanki.

Serial powstał na podstawie komiksu i spodoba się głównie ludziom, którym nieobce jest mroczne poczucie humoru. Pierwszy sezon liczy marne osiem odcinków i da nam w sumie 5 godzin i 40 minut rozrywki, czyli od przebudzenia do obiadu. Do obejrzenia na Netflixie.

Następnie proponuję film stary, ale doskonały. Do tego ma świetny tytuł oryginalny, który nasi dystrybutorzy zarżnęli bez prawa łaski. „Eternal Sunshine of the spotless mind” to piękna historia miłosna. Po jednej z kłótni Clementine zrywa z Joelem. Chwilę po zerwaniu, poddaje się zabiegowi usunięcia wszystkich wspomnień związanych ze swoim byłym (to taka fantastyka bliskiego zasięgu). Joel się wkurza i postanawia odpłacić pięknym za nadobne. Idzie poddać się podobnej terapii, jednak w trakcie orientuje się, że nadal kocha Clementine i nie chce o niej zapominać. Dlatego musi ocalić od zapomnienia swoje wspomnienia.

Krótkie streszczenie brzmi banalnie, ale sam film jest cudownie zakręconą historią. Nie wystraszcie się tego, że scenariusz napisał Charlie Kaufman, film jest zaskakująco lekki w porównaniu z jego innymi dokonaniami. No i można się przekonać, że Jim Carey jest świetnym aktorem dramatycznym. Polecam. Do obejrzenia na Netflixie.

Moja następna propozycja to „Baywatch”, czyli Słoneczny Patrol. Jeżeli pamiętacie serial, wiecie czego się spodziewać po filmie pełnometrażowym. Jeżeli nie pamiętacie, to spodziewajcie się pięknych, opalonych i zgrabnych ludzi, biegających po plaży w zwolnionym tempie. Jest jakaś fabuła, ale czy naprawdę interesuje nas zła bizneswomen, której knowania zagrażają przyszłości zatoki w sytuacji, w której po plaży biegają piękne opalone kobiety i przystojni, muskularni mężczyźni? Nie wnikajcie, dobrze się bawcie, pomaga usunięcie jednej półkuli mózgowej. Film do obejrzenia na HBO.

Little Miss Sunshine to bardzo śmieszna komedia, w której okrutnie przeklinają. Dlatego, wbrew tytułowi, nie należy oglądać jej z dziećmi, bo można się zabawnie przejechać. Mała Olive wygrywa kwalifikację do finału konkursu piękności Little Miss Sunshine. Jej dysfunkcyjna rodzina postanawia, że będą jej towarzyszyć w drodze do Kaliforni, gdzie odbywa się impreza. Pakują się wszyscy do starego Volkswagena i ruszają w road trip.

Będziecie się bawić. O jak będziecie się dobrze bawić. Wszystko w tym filmie jest doskonałe – obsada, historia, reżyseria, dialogi, zdjęcia. Do obejrzenia w internecie.

Luc Besson potrafi robić dobre kino rozrywkowe z dużym rozmachem, udowodnił to „Piątym Elementem”. Teraz na Showmaxie możemy oglądać jego kolejny duży film „Valerian i Miasto Tysiąca Planet”. Valerian ma pretekstowy scenariusz, niezbyt porywające dialogi a fabuła jest naiwna i trzeszczy. Jest to jednak zapierające dech w piersiach, przepiękne widowisko, które należy oglądać tak, jak „Baywatch” – z wyciętą albo wyłączoną jedną półkulą mózgu. Najlepiej tą odpowiadającą za krytyczne spojrzenie. Według mnie to idealny film na majówkę, nie przemęczymy się, próbując rozkminić kto zabił i obejrzymy przepiękne widowisko. Jak dla mnie to idealny przepis na wieczór filmowy. Aha, precelki pozwalają przetrwać każdy seans.

Na koniec coś z naszego podwórka. Film „Wielka Majówka” jest stary, ale bardzo jary. Nasz bohater, Rysiek daje nogę z zakładu opiekuńczego. Włamuje się do willi, gdzie znajduje reklamówkę pełną pieniędzy. Jedzie do Warszawy, na Centralnym poznaje hochsztaplera Julka, logują się w hotelu Victoria i zaczyna się słodko-gorzki balet. Bardzo dobry film z czasów, gdy potrafiliśmy kręcić dobre filmy, mające scenariusz i dobrą obsadę. Dodatkowym smakołykiem jest udział w filmie Kory i zespołu Maanam. Polecam, do obejrzenia w Internecie.

 
Categories

Płyty winylowe sprzedają się coraz lepiej. Branża dziękuje hipsterom

Branża muzyczna to jedna z najbardziej zmienionych przez technologię. Gwiazdy, które startują nie w wytwórniach, a na YouTubie; streaming muzyki zamiast kupowania płyt – tych zmian nie da się powstrzymać. W kontrze rośnie jednak inny trend – rok do roku rośnie sprzedaż winyli, również w Polsce. Wartość rodzimego rynku czarnych krążków szacuje się na 15 mln złotych. Jest potencjał na biznes, ale dla wytrwałych.

W pierwszym półroczu 2017 roku sprzedaż płyt winylowych w Polsce, wg danych ZPAV, wzrosła o 70 proc. w stosunku do ubiegłego roku. W poprzednich latach branża też mogła pochwalić się kilkudziesięcioprocentowymi wzrostami. Trend nie jest zaskoczeniem, bo w Stanach winyle sprzedają się coraz lepiej nieprzerwanie od kilkunastu lat.

2017 był w Ameryce najlepszym rokiem dla winyli od czasów boomu lat osiemdziesiątych. Pod koniec roku Delloite prognozował, że wartość sprzedanych w Stanach krążków osiągnie  miliard dolarów, doganiając tym samym najlepszy w historii rok 1981. Nie oznacza to jednak, że płyt sprzedaje się tyle samo co w czasach, gdy na topie było Queen, AC/DC i Bon Jovi. Są po prostu znacznie droższe.

Winyle powracają więc do gry, ale w zupełnie nowej odsłonie: jako produkt luksusowy podbity przez pokolenie coraz lepiej zarabiających hipsterów. Trzeba jednak przyznać, że w dobie rozwijającego się streamingu muzyki rynek czarnych płyt pozostanie niszą. Ich sprzedaż na świecie to wciąż tylko 15 proc. wszystkich nośników fizycznych i tylko 6 proc. wpływów ze sprzedaży muzyki w ogóle (dane Delloite).

Walka o polskie skarby winylowe trwa
Dowodów na to, że dobre wiatry zawiały dla tradycyjnych nośników nie trzeba szukać daleko. Po tym jak Biedronka i Lidl rozpoczęły sprzedaż winyli, nie ma wątpliwości: jest rynek również w Polsce.

W 2015 roku za ponad 8 mln złotych Warner Music Poland przejęła kultowe polskie wydawnictwo wytwórni Polskie Nagrania “Muza”, która ogłosiła upadłość dwa lata wcześniej. Dorobek płyt winylowych tej firmy to historia polskiej muzyki od Mieczysława Fogga po Kabaret Starszych Panów. Do tego cenione na świecie wydania polskiego jazzu i muzyki poważnej. Dziś ofertę winyli Polskiej Muzy znajdziemy – dobrze wyeksponowaną! – w salonach Empik wraz z ofertą gramofonów.

Stracony potencjał w postaci sprzedanej za śmieszną kwotę Polskiej Muzy wyczuł nasz rząd, który we wrześniu 2017 roku podjął negocjacje w sprawie odkupienia dorobku wytwórni od Sony Music Polska. Pod koniec ubiegłego roku wiceminister kultury Paweł Lewandowski określił  szanse na odzyskanie Polskiej Muzy jako bardzo duże. Potwierdził też, że obie strony ustaliły już cenę.

Dobry biznes? Tak, dla pasjonatów
– Myślę, że na rynku sprzedaży płyt cały czas jest dużo pola. Także zachęcam innych do zabierania się za to – mówi Krzysztof Nieporęcki, który od 26 lat sprzedaje płyty w słynnym warszawskim antykwariacie HeyJoe. – Jest trochę ludzi, którzy zabierają się za sprzedaż płyt, bo to się opłaca – dodaje – i tym bym raczej odradzał, bo to nie jest aż takie zyskowne jak się wydaje. Natomiast wszystkim, którzy się płytami pasjonują, polecam, żeby oprócz słuchania, zajęli się też sprzedażą. Jest w tym przyszłość.

– Przepis na sukces w tym biznesie? Pasja plus szczęście – radzi pan Krzysztof.

Pełna rozmowa o sprzedaży płyt i polskim boomie płytowym z Krzysztofem Nieporęckim

 
Categories

Niedziela będzie dla nas

Zgodnie z nowym prawem w każdym miesiącu będą dwie niedziele handlowe – pierwsza i ostatnia. Od 1 stycznia 2019 będzie jedna – ostatnia w miesiącu, a od 1 stycznia 2020 roku zacznie obowiązywać bezwzględny zakaz handlu we wszystkie niedziele z wyjątkiem siedmiu w roku. Dużym sieciom handlowym i części pracowników taki zakaz jest nie w smak. I wszyscy szukają sposobu na jego obejście. W myśl zasady ‘nie takie rzeczy już obchodziliśmy’, Polacy wykazali się dużą kreatywnością i patenty sypią się jak z rękawa.

Pociąg do handlu
W ustawie zawarto szereg wyjątków, wśród których znajdują się na przykład obiekty dworcowe. Dlatego niektóre centra handlowe chcą przerejestrować swoje interesy, żeby uzyskać status obiektu infrastruktury kolejowej. Plan taki chce na przykład realizować centrum handlowe w Gdańsku, znajdujące się w pobliżu stacji, a właściwie peronu kolejowego Wrzeszcz. Główne dworce w Krakowie i Poznaniu to też bardziej galerie handlowe niż obiekty infrastruktury kolejowej.

W Warszawie na takie rozwiązanie mogą zdecydować się Złote Tarasy, Galeria Wileńska, Lidl przy skrzyżowaniu Rzeszotarskiej z aleją Solidarności (mieści się na terenie po XIX-wiecznej parowozowni, więc podwójnie mu się należy), Blue City. Południowo-wschodnie wyjście z Arkadii znajduje się 550 metrów od dworca Warszawa Gdańska, trzeba tylko przebić tunel pod ogródkami działkowymi i myjnią. W zasadzie z Galerii Mokotów też nie jest daleko do stacji Służew. Co prawda ustawodawca dodał zapis, że handel na dworcach może odbywać się w związku z bezpośrednią obsługą podróżnych, ale zapis jest na tyle nieprecyzyjny, że można pod to podciągnąć wszystko.

Jarmark na stacji?
W lutym sieć supermarketów Intermarche otworzyła jedną z pierwszych stacji benzynowych działających pod ich logo. Przy stacji będzie sklep, który będzie mógł działać w niedzielę. A w nim klienci, oprócz typowego asortymentu motoryzacyjnego, będą mogli dostać papierosy, alkohol i artykuły spożywcze. Docelowo Intermarche chce otworzyć stacje benzynowe przy każdym supermarkecie sieci, przy którym będzie możliwość ich wybudowania. Ustawodawca zapomniał sprecyzować, jaka może być maksymalna powierzchnia stacji. Więc jestem sobie w stanie wyobrazić galerię handlową z jednym dystrybutorem obok niej.

Ustawa zezwala też otwarcie w niedziele prohibicyjne jarmarków i giełd okolicznościowych. Z tej luki postanowili skorzystać przedsiębiorcy z Lubina. Po konsultacjach przeprowadzonych ze sprzedawcami i mieszkańcami, zarząd tamtejszej giełdy towarowej postanowił otworzyć ją również w niedziele.

Mydło i powidło
Zakaz handlu nie będzie dotyczył piekarni, cukierni i lodziarni, w których przeważająca działalność polega na handlu wyrobami piekarniczymi i cukierniczymi. Przeważająca działalność w jakim znaczeniu? Dziennego obrotu? Wolumenu sprzedaży? Jaki procent sprzedaży ogółem ma stanowić pieczywo? Tego prawodawca znowu nie precyzuje. Tę lukę mogą wykorzystać supermarkety Auchan, Biedronka, Carrefour, Lidl czy Tesco, w których wypieka się pieczywo na miejscu.

Z zakazu handlu są zwolnione placówki, w których przeważającą działalnością jest działalność gastronomiczna. I znowu brak precyzyjnego określenia tego, co ‘przeważająca działalność’ oznacza. Praktycznie w każdej dużej galerii handlowej jest strefa gastronomiczna, nierzadko bardzo duża (Złote Tarasy, Arkadia). Czy to oznacza, że te obiekty nie będą musiały kombinować z byciem obiektem infrastruktury dworcowej i zostaną po prostu dużymi restauracjami?

Podobnie nieprecyzyjny zapis wyłącza z zakazu placówki handlujące kwiatami. Oczami wyobraźni widzę te wielkie kwiaciarnie, w których spomiędzy kwiatów będziemy wydłubywać kajzerki, jogurt i ser żółty.

Ponieważ z zakazu wyłączono również handel w sklepach i na platformach internetowych, niektórzy sprzedawcy już zapowiedzieli, że będą otwierać showroomy. Będziemy mogli w nich przymierzyć ubranie czy buty, obejrzeć sprzęt AGD albo dobrać perfumy. Następnie kupimy te rzeczy w internecie i od ręki odbierzemy je w sklepie. Nie trzeba nawet zatrudniać ekspedientów, wystarczy kilka osób z ochrony. Bo oczywiście ochroniarze mogą pracować w niedziele.

Handlować na swoim
Sam nawet wymyśliłem jeden sposób przechytrzenia ustawodawcy. Z listy wyjątków wybrałem punkt 27, który mówi, że zakaz nie obowiązuje w placówkach handlowych, w których handel jest prowadzony przez przedsiębiorcę będącego osobą fizyczną wyłącznie osobiście, we własnym imieniu i na własny rachunek. Pomyślałem, że duże sieci handlowe mogłyby wypchnąć pracowników na działalność gospodarczą.

Niestety, mój rewolucyjny zapał zgasił radca prawny, Michał Karwasiński. Jak mówi, taki „zatrudniony” przedsiębiorca nie będzie wykonywał czynności handlowych w imieniu własnym i na własny rachunek – gdyż on nie sprzedaje swoich produktów – tylko jako przedsiębiorca świadczy na rzecz właściciela sklepu (we własnym imieniu i na własny rachunek) usługi w postaci np. przenoszenia towarów, obsługi kasy, obsługi klientów itd. Trop słuszny – ale w tym przypadku tacy samozatrudnieni „pracownicy” nie podlegali by pod wyłączenie.

Nie będzie więc tłumów pracowników prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą. I dobrze.

Ogółem katalog wyłączeń liczy sobie 32 punkty, jest w czym przebierać. A jak ustawodawca po dwóch latach połata i pouszczelnia ten bubel prawny, chyba będzie można uderzyć w zapisy znajdujące się w punkcie 2, art. 2, rozdz. 1, w których definiuje się handel. Definicja przyjęta w ustawie określa handel jako proces sprzedaży polegający na wymianie towaru lub wyrobu na środki pieniężne. Co więc z płatnościami kryptowalutami?

– Kryptowaluty nie są środkami pieniężnymi – są to prawa majątkowe. Ustawa nie definiuje towaru – ale przy dychotomicznym podziale na towar i środki pieniężne, kryptowaluty należałoby zakwalifikować bardziej jako towar – komentuje Michał Karwasiński.

Czy zatem zakaz łamałby sklep rozliczający się z klientami wyłącznie w niedzielacoinach? To już pytanie do ustawodawcy, który jak zwykle nie nadążył za Polakami.

 
Categories

Sinup: idź i grzesz więcej!

Naginamy reguły, grzeszymy i robimy rzeczy moralnie wątpliwe przez całe życie. Czasami to drobiazg, czasami coś większego. Łamiemy dietę, odpuszczamy dzień ćwiczeń, przesadzamy z imprezą, ściągamy na egzaminie albo łamiemy szóste przykazanie. Życie. Co jednak, gdybyśmy mogli to wszystko odpokutować, przy okazji robiąc coś dobrego? Jest na to startup.

Twórcy aplikacji Sinup nieźle to sobie wszystko obmyślili. Wymaga się od nas altruizmu, odwołuje się do naszych najlepszych cech charakteru, świat oczekuje, że będziemy krystaliczni, dobrzy, uprzejmi, uczesani i pogodni. Na dłuższą metę tak się nie da, sprawdziłem. Prędzej czy później znakomita większość z nas upada. Dzięki aplikacji Sinup możemy podzielić się naszym upadkiem ze światem, znaleźć pociechę wśród podobnych sobie i wpłacić pieniądze na wybraną akcję charytatywną.

W Sinupie nie chodzi o wielkie przewiny, tylko o małe grzeszki. Rzeczy, z którymi czujemy się niekomfortowo. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy na diecie, łamiemy się, zjadamy tabliczkę czekolady i dopóki cukier działa, jest nam dobrze. Gdy uderzają w nas wyrzuty sumienia, Sinup na ratunek.

Sinup wielu wyda się bardzo kontrowersyjny, a sama idea może zostać podważona. Słyszałem już, że zachęcamy do robienia rzeczy niewłaściwych. Jednak działa to nieco inaczej: jeżeli ktoś źle się czuje z powodu złamania diety, to znaczy, że na tej diecie był. Jeżeli ktoś źle się czuje bo nic nie robił cały dzień, to znaczy, że w inne dni ciężko pracuje – mówi jeden z twórców apki, Jacek Strupiński

Obiecaliśmy sobie, że zmniejszymy trochę nasze imprezowe tempo, po czym lądujemy na imprezie w nocy z piątku na niedzielę. Mamy kaca i czujemy się podle, Sinup na ratunek. Odpuściliśmy sobie dzień na siłowni. Zjedliśmy całą pizzę zamiast połowy. Nie chciało nam się wyjść wieczorem z psem. W każdej z tych sytuacji czujemy się niekomfortowo. Sinup pozwala nam redukować dyskomfort przez drobny akt dobroci.

Sinup podkreśla te grzeszki po to, żeby były tylko wyjątkiem, a nie ciągłym postępowaniem. W ten przewrotny sposób staramy się promować zdrowe funkcjonowanie, a chwile słabości zamieniać w ukojenie oraz pożyteczne uczynki – wyjaśnia Strupiński

Aplikacja nie będzie skomplikowana. Użytkownik będzie miał dostęp do trzech paneli – Feed, Donate i Profile. W pierwszym wiadomo, społeczność jest najważniejsza. A drugiej będzie można dopasować swój występek do jednego z 6 grzechów, wybrać fundację, kwotę i wykonać datek. Ostatni panel to historia naszych uczynków, wynik i podstawowe dane osobowe. Będzie też można zaprosić do aplikacji znajomych.

Premiera Sinup na AppStore planowana jest w połowie kwietnia.

Aplikacja nie ma żadnego kontekstu religijnego.

 
Categories

Celebryci polskiego YouTube’a. 10 najpopularniejszych twórców

Milionowe widownie, kontrakty reklamowe  i rozpoznawalność na miarę gwiazd telewizji – tak radzą sobie najpopularniejsi autorzy polskiego YouTube’a. W czołówce najchętniej oglądanych kanałów królują dwudziestolatkowie, którzy pierwsze kroki stawiali jako gamerzy w 2012 roku. Polacy w sieci chętnie oglądają ich lekkie produkcje, znacznie mniej wymyślne od tych proponowanych przez tradycyjne formaty telewizyjne. Przeglądamy TOP10 polskiego YouTube’a.

Najpopularniejsze: polskie kanały na YouTubie pod względem subskrybentów.

1. SA Wardęga 3,5 mln aukbsrybentów

Zwycięzcą polskiego YouTube’a jest Wardęga dlatego, że on w swoich filmach nic nie mówi, albo mówi mało. Dzięki temu te filmy są zrozumiałe na całym świecie – komentuje triumf Sylwestra Wardęgi Maciek Budzich z Mediafun.

Sylwester Adam Wardęga to autor polskiego kanału z największą liczbą subskrypcji – SA Wardęga, ale też twórca najpopularniejszego wideo na YouTubie w 2014 roku (globalnie!). Jego Mutant Giant Spider Dog w tydzień wyświetlono ponad 33 miliony razy, a w 2018 ma już na liczniku 173 mln obejrzeń.

Przypomnijmy sobie ten klasyk internetu:

Wardęga bawi się konwencją pranków w stylu horroru klasy D: straszy spacerowiczów posępnym manekinem na szczudłach (Sandeman) lub  markuje sceny z Apokalipsy Zombie na bocznych drogach polskich miast. W ramach swoich akcji swego czasu Wardęga zadarł z policją, produkując serię filmów z funkcjonariuszami w rolach głównych. W najsłynniejszym z serii – Police Trainer  zachęcał policjantów do biegania”, uciekając im podczas kontroli. Na kanale znajdziemy też relacje z podróży, m.in. ostatnią z Brazylii.

Najbardziej popularny polski youtuber współpracuje na zasadach komercyjnych z markami, m.in.: Virgin Mobile.

  1. Blowek  – 3,3 mln subskrybuje kanał

“Siemanko, Mordeczki” –  wita się z widzami autor drugiego najpopularniejszego polskiego kanału na YouTubie, pewny siebie 22-letni Karol Gązwa znany jako Blowek. Zaczął produkować filmy w 2012 roku jako gamer. Na kanale Blowa znajdziemy przegląd pranków (wrzucenie 4 tys. plastikowych kulek do samochodu znajomej i wkręcanie znajomych), ale też recenzje aplikacji i rozmowy z innymi znanymi youtuberami. Filmy nagrywa też mama Blowka, która perlistym śmiecham przzekonała do siebie już pół miliona subsrybentów.

Najpopularniejsze nagranie Blowka z testem Fidget Spinnerów i konkursem zebrało ponad  2,5 mln wyświetleń:

  1. reZigiuSz   3 mln osób subskrybuje kanał

Wyluzowany i wygadany 21-letni przystojniaczek, który jest przede wszystkim gamerem i na tym zbudował swoją popularność w serwisie.

reZigiusz nagrywa od 2012 roku, dziś jego produkcje to nie tylko gameplaye, jazdy na motocyklu (enduro), ale też relacje z podróży (np. odwiedza w Los Angeles fryzjera z gry GTA), relacje z domowej hodowli mrówek, a ostatnio nawet z Rajdu Dakar 2018 w Boliwii. Jego filmy internauci obejrzeli już ponad 667 mln razy. reZi na pewno ma smykałkę do biznesu – oprócz kanału prowadzi też internetowy sklep, w którym sprzedaje koszulki i akcesoria swojego kanału.

Chętnie udziela się społecznie, w  ubiegłym roku w 24 godziny we współpracy ze sponsorami i internautami zebrał 320 tys. zł w ramach akcji ReZimy Dobrem. Pieniądze zostały przeznaczone na Górnośląskie Centrum Zdrowia Dziecka.

  1. AbstrachujeTV – prawie 3 mln subskrybuje kanał

Zaczęło się od komediowego trio tworzonego przez Czarka, Roberta i Rafała, których skecze zaczęły bawić Polaków w sieci w 2012 roku. Dziś youtube’owy biznes się rozrósł. W stajni produkcyjnej Abstra jest już nie tylko AbstrachujeTV, ale też osiem innych kanałów, m.in. AbstrachujePLUS z making offami, Nieprzygotowani – nadawany w każdą środę serial dla młodzieży o życiu w liceum, Dla Pieniędzy – filmiki o kasie (Ile zarabia komornik, wizyta w domu najbogatszego Polaka w Londynie itp.) czy lifestyle’owy vlog dwóch dziewczyn Beksy czy zRozum – wyjaśnianie różnych zjawisk.

Niech wizytówką twórczości chłopaków będzie ostatnie wideo o smogu:

Na początku tego roku Abstra połączył się z drużyną eSportową AGO Gaming, co zapowiada nowy rozdział w historii firmy.

  1. Stuu – 2,9 mln subskrypcji

Stuu nagrywa chyba najdłużej spośród polskich youtuberów – jego główny kanał powstał w 2011 roku, ale pierwsze produkcje lub współprodukcje tworzył znacznie wcześniej. Kanał Stuu to głównie one man show prowadzony przez gamera wychowanego w Londynie, ale świetnie mówiącego po polsku. Coraz częściej Stuu nagrywa ze swoją dziewczyną Justyną. Znajdziemy tu funarty i pranki (10 tysięcy zapałek zapalonych naraz, zakładanie 100 warstw koszulek itp.).

  1. Step Records –  2,4 mln subskrypcji

Kanał jednej z najbardziej rozpoznawalnych  hip-hopowych wytwórni, która dała światu m.in. Molestę, Boriksona, a ostatnio Penxa czy Gang Albanii.

  1. 5 sposobów na  – 2,1 mln subskrypcji

Pięciu facetów od lipca 2013 roku wyprodukowało już 270 filmów z life hackami i sprytnymi patentami, których nie powstydziłby się Adam Słodowy. Znajdziemy tu więc 5 sposobów na przeżycie za 5 zł, dekoracje do domu czy życiowe rady dot. majsterkowania.

  1. Naruciak – 1,8 mln subskrypcji

Twórcą kanału jest Adam Zimmerman, rocznik 1998. Kanał Naruciak istnieje od 2013 roku. To najbardziej vlogowa propozycja z pierwszej dziesiątki polskiego YouTube’a. Adamn opowiada o swoim życiu i podsumowuje internetowe fakty tygodnia w serii “Poniedziałkowy Naruciak”.

  1. IsAmUxPompa – 1,7 mln subskrypcji

Klasyczny kanał z gameplayami. Szymon Kasprzyk, rocznik ‘89, na swoim kanale gra nie tylko w Minecrafta, Counter Stike’a i CS:GO, ale czasem też w mniej popularne zręcznościówki. 

  1. YOUNG MULTI –  1,69 mln subskrypcji

Michał Rychlik (ur. w 1997) jak większość czołówki polskich youtuberów zaczynał jako gamer. Obecnie ważniejsza jednak stała się dla niego druga pasja – muzyka. Na kanale Multiego królują teraz jego własne hiphopowe numery i teledyski. Prowadzi też sklep internetowy, w którym można np. kupić w zestawie bluzę z  podobizną Multiego i jego najnowszą płytę.

 
Categories

Doping w esporcie: szybciej, wyżej, mocniej!

Co ma wspólnego e-sport z phishingiem? Z pozoru nic. Pierwsze to rozrywka, drugie – przestępstwo. Okazuje się jednak, że są wśród nas mądrzy ludzie, którzy wykorzystują sztuczną inteligencją i zaawansowaną biometrię behawioralną do bardzo słusznego celu: walki z wyłudzeniami i nieuczciwą rywalizacją e-sportową.

Ci mądrale to ludzie z firmy Nethone, a ich projekty to Nethone ATO i Elympics. Pierwszy z nich dotyczy wyłudzeń haseł i oszustw, drugi zaś inteligentnie połączy graczy w pary i zapobiegnie dopingowi w esporcie.

Z esportem jest zupełnie jak z tym zwyczajnym. Maksyma „szybciej, wyżej, mocniej” obowiązuje w nim tak samo, każdy chce być lepszy, szybszy i silniejszy od przeciwnika. Czasami jest to trudne, nawet gdy wymiatamy w grze. Na przykład, gdy zawiedzie algorytm parowania graczy i stajemy do pojedynku z gościem o dziesięć poziomów wyższym, który wbija nas w piach areny w dwie sekundy. Ewentualnie z kimś, kto kupuje przedmioty w grze za realne pieniądze, podczas gdy my cieszymy się grą w trybie „freemium”.

Dlatego tak ważne dla jakości rozgrywki jest odpowiednie dobranie drugiego gracza. Nie chcemy, żeby odbiegał od nas zbytnio poziomem, fajnie gdyby prezentował podobne umiejętności, tak by gra nie była męczarnią, tylko przyjemnością. Bo co innego jest przegrać po wyrównanej walce, a co innego paść od jednego strzału przepakowanego Seby na dokupionych sterydach.

System Elympic zakłada zastosowanie sztucznej inteligencji, która będzie analizować zachowania, umiejętności i historię każdego gracza. To załatwi temat łączenia z rywalami o porównywalnych parametrach.

Drugim zadaniem będzie sprawdzanie, czy gracz nie korzysta podczas rozgrywki z oszustw. Cyfrowy doping może mieć różne oblicza. Czasami niebywale dyskretne. Kto zauważy, że doinstalowaliśmy do gry mały program, dzięki któremu nasz celownik zgrywa się z głową przeciwnika o 0,3 dziesiąte sekundy szybciej niż celownik przeciwnika z naszą? Kto zwróci uwagę, że skaczemy odrobinę wyżej, ale na tyle, żeby robiło różnicę? Albo biegamy trochę szybciej? Wpadają oszuści popadający w ostentację. Tacy, którzy stosują automatyczne celowanie i dwukrotnie szybszy bieg. Popłaca subtelność, minimalne zmiany, które jednak od pewnego poziomu zaawansowania robią kolosalną różnicę. Wyścig oszustów z administratorami serwerów trwa. 

Esport przyciąga coraz większą grupę chętnych. Nie ma jednak niczego bardziej frustrującego od rozgrywania pojedynku z ewidentnym oszustem, który na dodatek faktem stosowania dopalaczy się chwali. W niektórych grach część „ułatwień” była tak powszechna, że ci, którzy ich nie stosowali byli w mniejszości. Na razie edoping nie stanowi powszechnej plagi, ale historia uczy, że takie rzeczy najlepiej dusić w zarodku.

Walka z tego typu oszustwami jest trudna. Jak skontrolować, czy gracz siedzący w Brazylii czy Szwecji nie ułatwia sobie rozgrywki? Jest to cholernie trudne i niewdzięczne zadanie. Elympics ma stanowić przełom. Sztuczna inteligencja analizująca styl gry i zachowanie gracza w czasie rzeczywistym będzie w stanie udaremnić nawet najbardziej wyrafinowane próby oszustwa. Dzięki temu esport ma szansę przyciągnąć jeszcze więcej chętnych. Oraz sponsorów, którzy nie będą musieli się obawiać edopingowych skandali.

O tym, jak bardzo skuteczna potrafi być AI, przekonali się niedawno fani gry Dota 2. Podczas turnieju The International 2017, Danil ‘Dendi’ Ishutin, członek mistrzowskiej drużyny Na’Vi, jeden z najlepszych zawodników świata, zmierzył się ze sztuczną inteligencją. Inżynierowie ze startupu OpenAI, wyszkolili ją w dwa tygodnie, po czym spuścili ze smyczy.

‘Dendi’ to jeden z najbardziej kreatywnych zawodników świata. Prezentuje nieortodoksyjny styl gry, dysponuje świetnymi umiejętnościami technicznymi i tworzy nieoczywiste i zaskakujące kompozycje przedmiotów wykorzystywanych przez postaci. W DOTA2 tnie od lat. Sztuczna inteligencja uczyła się gry 2 tygodnie, po czym wyskoczyła z mistrzem na solo.

Pierwsze starcie trwało niecałe sześć minut i zakończyło się zwycięstwem AI. Podczas pojedynku ‘Dendi’ bodaj sześciokrotnie powtórzył „this guy is scary” a po walce widać było, że jest zaskoczony tym, jak dobrze gra bot. Drugi pojedynek był jeszcze krótszy, człowiek ponownie przegrał. Do trzeciego meczu nie doszło a ‘Dendi’ był zszokowany tym, jak bardzo ludzko momentami zachowywał się komputerowy gracz.

Wszystkich, którzy chcieliby zobaczyć, jaki poziom prezentuje zawodnik, który uległ AI zapraszamy do Katowic na IEM. Turniej Dota2 w weekend 24-25.02, CS:GO i SC2 tydzień później. Widzimy się.