Categories

Hakerzy wszech czasów: Korea Północna kontra Hollywood

Hakerzy to tajemniczy mieszkańcy dark webu – sporego wycinka sieci dostępnego nielicznym. Kradną tożsamość, dane, kasę. Potrafią sparaliżować systemy największych i – zdawać by się mogło – najpilniej strzeżonych instytucji na świecie. Ale niektóre ich ataki są bardziej spektakularne od innych, a ich skala pokazuje, jaką rzeczywistą władzę mają hakerzy. Przedstawię Wam 5 akcji, które naprawdę mnie zaskoczyły. Na pierwszy ogień idą północnokoreańscy hakerzy, którzy uwzięli się na średnio zabawną komedię “The Interview”.

Ataki hakerskie należą do najbardziej niebezpiecznych internetowych przestępstw. Zapewnienie cyberbezpieczeństwa stało się największym wyzwaniem XXI wieku, bo to właśnie do sieci przenosi się przestępczość. Skala szkód, jakie można dziś wyrządzić przy pomocy jednego komputera i jednego sprawnego hakera znacznie przerasta możliwości, które miała do niedawna zorganizowana przestępczość działająca w realu.

Hakerzy działają dziś pojedynczo, w grupach, dla zysku, dla beki, w akcie zemsty na znienawidzonym świecie korporacji czy w szczytnym ich zdaniem celu –  jak Aaron Swartz, genialny nastolatek, który chciał udostępnić światu całą wiedzę ukrytą w uniwersyteckich bibliotekach. Coraz częściej pracują też na zlecenie największych państw świata jako współcześni szpiedzy.

To co wiemy o atakach, to prawdopodobnie wierzchołek góry lodowej. Ani firmom, ani instytucjom nie na rękę jest nagłaśnianie informacji o włamach. Grozi to zszarganiem reputacji oraz – co w tym wypadku najważniejsze – utratą zaufania klientów i obywateli, których dane przechowują. 

Korea Północna kontra Hollywood
Cenzura prewencyjna to skromne wytłumaczenie tego, co przydarzyło się twórcom  filmu “The Interview”.  Z założenia miała to być komedia oparta na historii dwóch amerykańskich dziennikarzy na co dzień prowadzących rozrywkowy program telewizyjny. Pewnego dnia odzywa się do nich niecodzienny fan – przywódca Korei Północnej Kim Dzong Un, który chce wystąpić jako gość w ich programie.  W trakcie przygotowań do wywiadu zostają jednak zwerbowani przez CIA, które chce wykorzystać okazję, żeby przeprowadzić zamach na północnokoreańskiego władcę.

Premierę filmu zaplanowano na sierpień 2014 roku.

Na odzew nie trzeba było długo czekać : w czerwcu 2014 roku Korea Północna zaczęła straszyć Stany Zjednoczone, że podejmie odpowiednie kroki, jeśli Columbia Pictures zdecyduje się wypuścić film. Studio przełożyło premierę na grudzień i przemontowało film, łagodząc filmowy wizerunek północnokoreańskiego przywódcy. 

24 listopada 2014 roku na ekranach pracowników wytwórni Sony Pictures (właściciela Columbia Pictures) pojawił się komunikat wysłany przez tajemniczą grupę “Guardians of Peace” domagającą się odstąpienia od produkcji “The Interview”. Wraz z żądaniem grupa ujawniła część prywatnych danych pracowników Sony Pictures oraz zapowiedziała, że posiada nie tylko informacje o pracownikach, ale też dane ich najbliższych. Do grudnia 2014 osiem razy wykradzione z serwerów Sony dane “wyciekały” do sieci. Wraz z żądaniami odstąpienia od premiery filmu, “strażnicy pokoju” wysyłali też pogróżki, w tym zapowiedzi ataków na kina, w których będzie wyświetlany film.

Pod naciskiem hakerów film ukazał się w wersji znacznie okrojonej. Nowojorska  premiera – w obliczu zapowiedzi ataku terrorystycznego – została odwołana. Wiele kin odmówiło wyświetlenia komedii ze względów bezpieczeństwa.

“The interview” nie zebrał co prawda piorunujących recenzji, ale Sony zarobiło na nim na czysto ponad 8 mln dolarów, m.in. dzięki udostępnieniu filmu w sieci (to wciąż najbardziej udana cyfrowa premiera). Kasa jednak na koniec średnio się wytwórni zgadzała, bo mówi się, że wydała ok. 15 mln dolarów na usunięcie skutków hakerskich ataków i uszczelnienie systemu informatycznego.

FBI jednoznacznie połączyło kradzież danych wytwórni i pogróżki wysyłane przez grupę “Warriors of Peace” z działaniami władz Korei Północnej. Te jednak nigdy nie przyznały się do zlecenia ataków.

W kolejnym odcinku: Programista, który ograł Wall Street 

 

 

 
Categories

Zbuduj sobie chałupę – jaskiniowe DIY podbija sieć

Filmik z człowiekiem, który przenosi się do epoki kamienia łupanego i przy pomocy kawałka kija i skały buduje sobie chałupę, obejrzało na YouTubie ponad 54 miliony osób. “Jestem przekonany, że gdyby dać mu wystarczająco dużo czasu, zbudowałby tym IPhone’a” – skomentował jeden z oglądających. Ale Primitive Technology to nie jedyny kanał promujący technologiczny powrót do korzeni. Czyżbyśmy zatęsknili za prostym, zrozumiałym światem przodków?


W czasach, gdy w sklepach możemy dostać wszystko: od jednorazowego grilla, po obrane, umyte i pokrojone warzywa, hitem sieci staje się człowiek, który składa siekierkę z kija i kamienia, lepi garnki i buduje chaty z gliny. Świetnie poradziłby sobie w ekipie neandertalczyków. Może z tym małym wyjątkiem, że nasz współczesny jaskiniowiec zarabia już na YouTubie. I to nieźle. Jego filmy na kanale Primitive Technology od 2015 roku były odtwarzane już 579 milionów razów.

Na filmach współczesnego jaskiniowca nie ma fajerwerków: na każdym z nich widzimy mężczyznę bez koszulki, który krząta się wśród drzew i przy akompaniamencie śpiewu ptaków wypala cegły,   plecie z trawy buty lub wymyśla sposób na ogrzewanie podłogowe w domu ulepionym ze znalezionych w lesie kamieni i własnej roboty cementu. “Ta chata jest lepsza niż mój obecny dom” – zachwyca się jeden z setek milionów widzów.

Twórca kanału, który przenosi oglądających do australijskiego buszu, to John Plant – trzydziestoparolatek, absolwent Wydziału Nauk Ścisłych i wielbiciel przyrody. Twierdzi, że budowanie rzeczy z tego, co znajdzie w lesie,  traktuje jak hobby. Na co dzień żyje jak wszyscy – mieszka w nowoczesnym budynku, je normalne posiłki i sprzedaje ubezpieczenia. Nie spodziewał się, że jego filmiki DIY zdobędą taką popularność w sieci.

Tymczasem w sieci rośnie liczba tutoriali  spod znaku “primitive tech”, które od filmików “preppersów” (ludzi przygotowujących się na koniec świata) różnią się tym, że pokazują nie tylko to, jak wykonać schron, broń czy łódź, ale przede wszystkim skupiają się na tworzeniu od zera przedmiotów codziennego użytku. W Polsce co prawda bardziej przyjęły się militarne techniki survivalowe, ale leśne DIY nieźle radzi sobie i u nas: Universal Survivial, Ekwipunek Dźwigany Codziennie czy Bushcraftowy to kanały, które mają już od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy wyświetleń.

 
Categories

W służbie ZŁA – polskie wątki w serii o Jamesie Bondzie

Spór o udział Tomasza Kota w nowym filmie o przygodach agenta 007 miał być powodem rozstania reżysera Danny’ego Boyla z ekipą realizującą serię. Ewentualny udział naszego aktora nie byłby jedynym polskim wątkiem opowieści o Bondzie. Polakiem był bowiem odwieczny antagonista brytyjskiego szpiega.

Każdy uważny widz omawianej serii pamięta najgroźniejszego przeciwnika agenta 007. Ernst Stavro Blofeld przyszedł na świat 28 maja 1908 r. w Gdyni, ale informacji tej próżno szukać w filmach. Znajdziemy ją w pierwowzorze, serii powieściowej Iana Fleminga, a dokładnie w tomie zatytułowanym „Operacja Piorun”. Blofeld był synem Polaka i Greczynki, urodził się w jednym z niewielu rozpoznawalnych przez Anglików polskich miast, czyli Gdyni. Fleming nie wiedział jednak, że jeden z największych bałtyckich portów był na początku XX wieku zaledwie lichą rybacką wioską, w której na próżno byłoby szukać polsko-greckich rodzin.

Fot. Donald Pleasence, jeden z odtwórców roli Ernsta Stavro Blofelda

Również młodość Blofelda upłynęła w Polsce. Ukończył Uniwersytet Warszawski i Politechnikę, pracował w Ministerstwie Łączności i grał na Giełdzie Papierów Wartościowych, gdzie wykorzystywał nielegalnie swą wiedzę wyniesioną z państwowej administracji. Przed wybuchem wojny zdradził ojczyznę i podjął współpracę z III Rzeszą, a po ucieczce do Turcji współpracował już z obiema stronami konfliktu. Na tym kończą się polskie wątki w książkowej postaci geniusza zła, wróćmy jednak do filmu.

W filmie „Pozdrowienia z Rosji” (1963 r.), drugim z serii przygód o Bondzie, w rolę Kronsteena szachowego mistrza, postaci nr 5 złowrogiej organizacji WIDMO, wcielił się Władysław Sheybal. Możemy go również pamiętać z wielkiego dzieła „Kanał” Andrzeja Wajdy. Polska aktorka Izabella Scorupco zagrała zaś rosyjską programistkę „dziewczynę Bonda” w wyprodukowanym w 1995 r. „Goldeneye”.

Fot. Władysław Sheybal (kadr z filmu „Pozdrowienia z Rosji”

Mocny polski akcent możemy zobaczyć w zaprezentowanym w 1981 r. obrazie zatytułowanym „Tylko dla twoich oczu”. Radziecki generał Gogol przybywa do skalnej kryjówki w greckich górach na pokładzie śmigłowca Mi-2 (pilotowanego zresztą przez inżyniera Czesława Dyzmę). Widoczne w kadrze logo zakładów PZL Świdnik jest lokowaniem produktu pozostającym dzisiaj tylko w świecie marzeń.

I wreszcie, jednym z najistotniejszych polskich wątków może być postać Krystyny Skarbek, nazwanej przez Churchilla „ulubionym szpiegiem”. Polska hrabianka, jedna z najważniejszych postaci brytyjskiego wywiadu czasów wojny, związana była z Ianem Flemingiem przez kilkanaście miesięcy po 1945 roku. To ona była pierwowzorem Vesper Lynd, pierwszej i największej miłości agenta 007.

Fot. Krystyna Skarbek – pierwowzór dziewczyny Bonda (fot. christinegranville.com)
 
Categories

7 sposobów na zwiększenie sprzedaży dzięki treściom wideo

Tworzenie firmowego kontentu wideo to już nie opcja, a konieczność. Szczególnie, że w internecie coraz więcej oglądamy, a coraz mniej czytamy. Okazuje się, że wideo wyrasta na skuteczne narzędzie sprzedaży: zamieszczenie na landing page’u materiału filmowego zwiększa zainteresowanie produktem nawet o 80 procent. Poznajcie 7 kroków, które pozwolą Wam stworzyć dobry kontent wideo.

  1. Z czym do ludzi?
    Odpowiedz sobie na pytanie: dlaczego mój klient lub mój potencjalny klient miałby poświęcić kilka cennych minut swojego życia na oglądanie mojego wideo? Postaraj się, żeby dowiedział się z niego czegoś nowego, nauczył czegoś ważnego albo spojrzał na problem z nowej perspektywy. To nazywamy dostarczeniem wartości – sprawdza się równie dobrze w myśleniu o kontencie wideo, jak i budowaniu produktu.
  1. Scenariusz
    Każdy materiał wideo, zwłaszcza krótki, musi powstać na podstawie precyzyjnie przygotowanego scenariusza. Mamy mało czasu, każde słowo jest więc na wagę złota.

Jak zacząć tworzyć scenariusz? Zacznij od zapisania struktury swojego filmu w kilku punktach – opisz jednym zdaniem kilka najważniejszych rzeczy, które chcesz powiedzieć. Niech to będzie spis treści do filmu. W kolejnym kroku rozwiń każdy z tych punktów, stosując konkretne przykłady i liczby, które pozwolą odbiorcom lepiej zrozumieć, co chcesz im w każdym z tych punktów powiedzieć. Unikaj dygresji.

3. 10 sekund
Tyle masz czasu, żeby przekonać odbiorców, że warto obejrzeć Twoje wideo. Statystyki są nieubłagane: jedna piąta odbiorców skończy oglądać materiał po dotarciu do jego dziesiątej sekundy. Do tego momentu musisz zrobić wszystko, żeby widz chciał obejrzeć to wideo do końca. Trzeba coś mu obiecać: że go rozbawisz, postarasz się zainspirować albo powiesz mu coś, czego nie wie.

  1.  Jeden temat, wiele formatów
    Daj swojemu odbiorcy możliwość zgłębienia tematu. Niech krótkie wideo odsyła do tekstu na blogu lub do podcastu, w którym rozmawiasz na dany temat z ekspertem. Pokaż swojemu odbiorcy, że Twoja firma jest specem od zagadnienia i że opracowała je na różne sposoby, żeby  mógł znaleźć formę i poziom wiedzy, który go interesuje. Stajesz się wtedy głównym źródłem informacji o temacie.

5. Powiedz, czego oczekujesz
Słynne call to action to nic innego jak poproszenie odbiorców o coś, na czym nam zależy. Materiałom wideo produkowanym przez firmy przyświeca zwykle jeden z dwóch celów: sprzedaż lub pozyskanie leadów. Dlatego każdy materiał powinien przybliżać nas do osiągnięcia tego celu. Zachęćmy widzów do tego, żeby wpadli na naszą stronę, czy wypróbowali nasz produkt. Jesteśmy komercyjną firmą, naprawdę nikt się nie obrazi, jeśli powiemy, że robimy wartościowy kontent, żeby coś na tym zyskać.

Jeśli wideo mówi o produkcie, zaprośmy wprost do jego zakupu i podajmy link do sklepu. Jeśli chcemy, żeby odbiorcy zostawili e-mail, dajmy im dostęp do naszych treści wideo po podaniu adresu, albo obiecajmy dostęp do kolejnych treści po jego podaniu. Komunikujmy wprost swoje cele.

6. Dy-na-mi-cznie!
Wideo musi być dynamiczne. Nikt nie lubi gadających głów monotonnym głosem recytujących tekst. Tworząc wideo, masz do dyspozycji spory arsenał sposobów na to, żeby widzowie nie zasnęli.

Język – zdbaj o to, żeby sposób w jaki opowiadasz historię był różnorodny.

Używaj pytań ogólnych “Czy taka usługa ma szansę się przebić?” i retorycznych skierowanych do odbiorców: “Byłaś kiedyś w podobnej sytuacji?”.

Jeśli masz kilka dłuższych zdań do wypowiedzenia, wstaw pomiędzy nie krótkie zdania-przerywniki, na przykład: “To dopiero początek”, “Tak to działa”, “To proste”, “Sprawdźmy”.

Intonacja w większości wideo mamy narratora, który opowiada historię. Czasem jest on widoczny, czasem pojawia się wyłącznie jako tzw. głos z offu. Niezależnie od formy, narrator powinien tak modulować głosem, żeby w opowiadanej historii czuć było emocje – spokój, ekscytację, smutek czy rosnące napięcie niczym z dobrego kryminału.

Grafiki – wszędzie tam, gdzie pojawiają się liczby lub chcemy wytłumaczyć jak działa jakiś proces (na przykład jak krok po kroku powstaje nasz produkt), z pomocą przyjdą nam infografiki. W internecie jest wiele sprytnych narzędzi do tworzenia świetnych pod względem wizualnym infografik, na przykład  Snappa czy Canva.

Kadry – kompozycja elementów, które znajdują się w polu widzenia kamery zdecyduje o atrakcyjności naszego materiału. Jeżeli nasz film składa się z jednakowych kadrów, na których widać te same elementy (osoba siedząca za biurkiem) na tym samym lub bardzo podobnym tle, to ludzkie oko odczyta je jak ten sam obraz. I nawet jeśli wypowiadana przez znajdującą się w kadrze osobę treść jest ciekawa czy zaskakująca, to mózg odbiorcy zacznie się szybko nudzić. Dlatego ważne jest, żeby nasze kolejne kadry znacząco się różniły, choćby sposobem, w jaki pokazujemy mówiącą postać.

Montaż – to sposób w jaki układamy poszczególne ujęcia tak, żeby opowiadały naszą historię. W internecie popularny jest bardzo dynamiczny tzw. montaż twardy charakteryzujący się gwałtownymi cięciami i ostrymi przejściami z jednego ujęcia do drugiego (bez stopniowego przyciemniania czy przenikania się ujęć stosowanego w montażu miękkim). Coraz częściej mówimy o pełnym fajerwerków montażu youtubowym, w którym niemal każde ujęcie urozmaicone jest efektem specjalnym – na przykład pojawiającymi się elementami graficznymi:  komiksowe chmurki, emotikony – wszystkie chwyty dozwolone.

Tworząc dynamiczne wideo, pomyśl o o nim jak o trailerze filmowym.

  1.  Małe jest ok
    Coraz bardziej skraca się czas, w którym jesteśmy w stanie skupić się na jednej treści – kilka minut dla wideo, które ma zostać zaprezentowane w mediach społecznościowych to już dużo. Jeśli więc masz do wytłumaczenia złożony problem, podziel swój przekaz na kilka części – lepiej zrobić kilka dynamicznych wideo niż jednego tasiemca, do końca którego dotrwa tylko garstka najwytrwalszych widzów.
 
Categories

6 najlepszych miejsc na prakacje

Dwa tygodnie temu wspomniałem o fantastycznym wynalazku dla zapracowanych, czyli o prakacjach. Jeżeli ktoś tekstu nie czytał, wyjaśnię szybko, że chodzi o taki wyjazd wakacyjny, podczas którego trochę pracujemy, trochę wypoczywamy, trochę się bawimy, trochę rozwiązujemy kreatywnie problemy, trochę zaznajemy nocnego życia i porannego bólu głowy, i trochę podbijamy swoją produktywność.

Opisałem wtedy zjawisko, ale zabrakło najważniejszego. Zabrakło najlepszych miejsc, w których tego typu wypoczynek ma sens. Wybrałem sześć lokalizacji, po jednej dla każdego kontynentu, oprócz Antarktydy. Tam jest bardzo słaby internet.

Afryka
Port Louis, Mauritius


W przypadku Afryki długo zastanawiałem się, czy przypadkiem nie wysłać was do Cape Town, ale finalnie zdecydowałem się na Port Louis.
Prowadząc umiarkowanie oszczędny tryb życia można tu przeżyć miesiąc za ok. 7 tys. złotych. Prędkość internetu nie poraża, ale też wstydu nie ma, średnio wyciągniemy 10 Mb/s, co powinno wystarczyć do większości zastosowań. W mieście możemy znaleźć dużo darmowych hot-spotów i klikać bezkosztowo. Jeżeli nie musimy pchać przez łącze gigabajtów danych, poradzimy sobie bez problemu. Na miejscu znajdzie się również kilka miejsc, z których możemy pracować, jeżeli znudzi się nam hotel. Świeże, czyste powietrze, miła sercu temperatura i dobra pogoda, przyzwoita opieka medyczna w razie potrzeby oraz zadowalające bezpieczeństwo, sprawiają że to dobry wybór. Tam gdzie trzeba dogadamy się po angielsku, miejscowi są przyjaźnie nastawieni do przyjezdnych. Jest klimatyzacja. Dla spragnionych uciech i rozrywki, istnieje tu życie nocne. Może nie takie, jak w Amsterdamie, ale jak poszukamy, to znajdziemy.

Ameryka Południowa
Hawana, Kuba


Ameryka Południowa boryka się z poważnym problemem związanym z bezpieczeństwem. W wielu tekstach, jako najlepsze miasto do prakacji na tym kontynencie wymienia się Medellin, no ale skojarzenia z kartelem narkotykowym mogą zmiękczyć kolana. Dlatego zamiast Medellin, wybrałem piękną i bezpieczną Hawanę. Miesiąc damy radę przeżyć tam za 6 tysięcy złotych a jedyne wady tego miasta to wolny internet i brak darmowego wifi. Poza tym świetne miejsce do pracy i wypoczynku, aczkolwiek jeżeli zajmujesz się montażem filmów, to na miejscowych łączach nie uradzisz.
W Hawanie można na przykład bawić się w carspottera, bo po Kubie jeździ więcej amerykańskich oldtimerów niż po Stanach. Można zadać sobie odrobinę trudu, wypożyczyć samochód i przejechać wyspę, bo Kuba to przecież nie tylko stolica. A w przerwach między zwiedzaniem, poznawaniem ludzi, próbami rozpoznania, którą walutą zapłaciliśmy, a którą nam wydali i jedzeniem lodów, popracujemy w klimatyzowanym pokoju hotelowym,

Ameryka Północna
Montreal, Kanada


Wszyscy myślą, że jak startupy, przestrzenie do wspólnej pracy, inkubatory przedsiębiorczości i szybki internet, to koniecznie Krzemowa Dolina. Otóż niekoniecznie, bo o ile infrastrukturalnie jest tam idealnie, to koszty są w stanie położyć finansowo całe nasze przedsięwzięcie. Montreal natomiast nie ustępuje pod względem infrastruktury prakacyjnej najlepszym miastom USA, jest od nich natomiast prawie o połowę tańszy. Miesiąc jesteśmy w nim w stanie przeżyć za 8,5 tys. złotych, podczas gdy w pobliskim Nowym Jorku miesiąc kosztowałby nas 18,5 tys. złotych. Montreal wygrał w moim rankingu również z innego powodu. Do fajnych miejsc w USA jest z niego bardzo blisko. Do NYC będziemy jechać około sześciu godzin, do Filadelfii siedem, do Bostonu niecałe pięć. A jak ktoś lubi Stephena Kinga i zechce odwiedzić jego rodzinne miasto Bangor w stanie Maine, zrobi to w pięć i pół godziny.

Australia i Oceania
Wellington, Nowa Zelandia


Nie wybrałem żadnego australijskiego miasta, bo wiecie co jest w Australii? Na przykład żyje w niej 21 spośród 25 najbardziej jadowitych węży świata. Uradują się też miłośnicy pająków, bo znajdą tam aż 2400 gatunków, w tym 50 zabójczych dla człowieka. Tam nawet dziobak jest jadowity, a zabić nie próbuje nas chyba tylko koala.
Wellington ma nam do zaoferowania wszystko, czego możemy potrzebować na prakacjach, czyli bardzo szybki internet, mnóstwo darmowych hot-spotów w mieście, stosunkowo niewielki koszt przeżycia miesiąca, wynoszący niecałe 9 tys. złotych oraz mnóstwo fantastycznych miejsc do wypoczynku i co-workingu. Miejscowi są bardzo przyjaźni, wszędzie dogadamy się po angielsku, jest bezpiecznie, powietrze jest czyściutkie, a trawa zielona. A jak trafimy w trakcie sezonu rugby, możemy popatrzeć na Wellington Hurricanes. Aktualnie ośmiu graczy tej drużyny jest w składzie All Blacks, więc wysoki poziom rozgrywek gwarantowany.
Jedyne na co możemy narzekać to nieco ograniczona oferta nocnych zabaw i hulanek, aczkolwiek jak mawiają, szukajcie a znajdziecie.

Azja
Chiang Mai, Tajlandia


Azja to idealne miejsce na prakacje, a Tajlandia jest w niej najpopularniejsza. Przede wszystkim z powodu kosztów, miesiąc w Chiang Mai przeżyjemy za 3,4 tys. złotych. Miasto oferuje w miarę szybki internet, sporo darmowych hot-spotów w terenie, ciszę, spokój i dużo miejsc, z których możemy sobie popracować kilka godzin dziennie. Dla Europejczyka szokujący może być sposób organizacji ruchu ulicznego oraz niezbyt wysoki poziom opieki zdrowotnej, dlatego w Chiang Mai lepiej nie chorować i nie wypożyczać samochodu. Na szczęście spacery, nie dość że są zdrowe, to jeszcze darmowe. Po godzinach możemy zwiedzać świątynie buddyjskie, których w mieście jest aż 40. Wieczorem wizyta na malowniczym nocnym bazarze, potem trochę w miasto, żeby znaleźć odrobinkę zapomnienia, rano szybki trekking w pobliskie góry. A jak wybierzemy się do Tajlandii w kwietniu, będziemy mogli zobaczyć co to znaczy dobra i huczna zabawa podczas święta Songkran, które jest tradycyjnym tajlandzkim Nowym Rokiem.

Europa
Belgrad, Serbia


Wszyscy wiedzą, że europejską stolicą startupów jest Berlin, ale jego wadą może być dla niektórych dość wysoki koszt życia. Amsterdam, Barcelona i Lisbona, czyli kolejne centra startupowe są również wymagające cenowo. A Belgrad nie dość, że ładny, to jeszcze tani. Miesiąc przeżyjemy w nim za niecałe 5 tys. złotych, co w porównaniu z siedemnastoma tysiącami w Amsterdamie wygląda całkiem rozsądnie.
Infrastrukturę niezbędną podczas prakacji znajdziemy w Belgradzie bez problemu, wifi jest bardziej niż solidne, miejskie hot-spoty na czarną godzinę obecne. Dużo miejsc do co-workingu, ponoć najlepszy jest Smart Office przy Placu Republiki. Po godzinach mamy mnóstwo miejsc do poznania, możemy też poleżeć na plaży nad rzeką albo udać się w miasto. Wielu turystów twierdzi, że Belgrad to nocna stolica Serbii, oprócz tego, że oczywiście jest również tytularną stolicą kraju. Jeżeli tylko nie będziemy się wdawać w dyskusje o wojnie w byłej Jugosławii, Serbowie są bardzo przyjaźni dla turystów. Bardzo dobre miejsce na prakacje.

Nie ma się co czaić, pakujemy laptopa i jedziemy. Przygoda życia czeka.

 
Categories

Finansowi giganci prognozują, kto wygra mundial w Rosji

To już niemal tradycja, że ekonomiści banków przed każdym piłkarskim turniejem przepuszczają przez swoje modele dane dotyczące drużyn i typują zwycięzców. Niektóre z tych modeli wskazują nawet, że Polska będzie czarnym koniem rozpoczynających się właśnie mistrzostw.

 

Oglądaliście film “Moneyball” z Bradem Pittem w roli głównej? To historia menedżera baseballu, który jako pierwszy w historii zaczął kompletować skład drużyny nie na podstawie rynkowej wyceny czy popularności graczy, ale na podstawie analizy statystycznej ich wyników z przeszłości. Jego asystent stworzył modele, które uwzględniały mnóstwo zmiennych (od liczby zaliczonych baz, po skuteczność odbicia piłki), nadawały im różne wagi i szeregowały zawodników według ich statystycznie najmocniejszych stron.

Tym sposobem na każdą pozycję dobierano optymalnego zawodnika i uzyskiwano skład, który zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa miał największą szansę na triumf. I choć na początku większość ekspertów kpiła z tej metody, uznając, że komputer nigdy nie zastąpi dobrego trenera czy łowcy głów, to później wspomaganie się takimi narzędziami podczas selekcji stało się normą. Nie tylko w baseballu, ale chociażby w piłce nożnej.

Sztab polskiej reprezentacji ma swojego szefa banku informacji, który analizuje przeciwnika pod każdym kątem i przekazuje piłkarzom szczegółowe dane na temat ich rywali. W analizie statystyk sportowych, podobnie jak w analizie danych giełdowych, można znaleźć swoją przewagę. Wiedzą o tym doskonale tytułowi giganci, dlatego przed piłkarskimi turniejami próbują zaadaptować swoje modele do sportowych danych i wytypować zwycięzców. Wiadomo oczywiście, że po drodze do finału wydarzyć się może mnóstwo rzeczy i układ sił może ulec zmianie, ale te prognozy zawsze cieszą się sporą popularnością, karmią rozpalone oczekiwania kibiców i są szeroko komentowane. Zobaczmy zatem do kogo zdaniem ekonomistów trafi puchar świata.

Bankierzy patrzą szklane kule
Zdaniem ekonomistów szwajcarskiego banku UBS, murowanym faworytem całego turnieju są nasi zachodni sąsiedzi. Używając modelu ekonometrycznego stosowanego przy selekcji akcji w departamencie inwestycyjnym, wyliczyli oni, że szansa na to, że Niemcy drugi raz z rzędu sięgną po puchar świata wynosi aż 24 proc.

Wiemy dużo o Mistrzostwach Świata, ponieważ FIFA podaje harmonogram gry, zasady turnieju i układ gier z wyprzedzeniem. Mamy dostęp do wielu danych i wiemy dużo więcej o tym, co chcemy modelować, niż w przypadku rynków finansowych – mówi Michael Bolliger, szef alokacji aktywów rynków wschodzących w UBS. Jego zdaniem, które poparte jest tworzeniem prognoz dla 10 ostatnich turniejów, jest kilka kluczowych zmiennych, które wpływają na skuteczność modeli predykcyjnych, w tym m. in. wyniki meczów kwalifikacyjnych w ostatnich 12-18 miesiącach (miara obecnej skuteczności), oceny Elo (ranking stosowany do określenia mocy reprezentacji narodowych w piłce nożnej), historyczne osiągnięcia drużyn (jako czynnik emocjonalny, wspierający pewność siebie zawodników), a także przewaga kibiców (najlepiej grać u siebie). Ponadto do modelu zawsze wprowadza się element losowy, by zostawić margines na niespodzianki.

Niestety w wynikach modelu UBS jest zła wiadomość dla nas. Otóż Dean Turner, ekonomista z UBS Wealth Management, uważa, że ​​Anglia powinna radzić sobie lepiej niż w poprzednim turnieju i ma 67 proc. szans na dojście do fazy ćwierćfinałowej. Zakładając, że to z Polską spotka się w 1/8, a taki scenariusz jest możliwy z uwagi na układ tabeli, to nasi zakończą przygodę w Rosji na czterech meczach.

Na Niemców stawiają też ekonomiści Commerzbanku, ale na tę prognozę należy patrzeć z przymrużeniem oka, bowiem niewykluczona jest tu pewna stronniczość. O tę ostatnią nie można posądzać bankierów z ING, bo Holandia nie dostała się na mundial. Analitycy „Śląskiego” prognozują, że na najwyższym stopniu podium będzie Hiszpania. Zastanawiam się tylko, czy panowie eksperci zdążyli uwzględnić w swoich modelach fakt, że w ostatnich dniach prezes hiszpańskiego związku piłki nożnej zwolnił selekcjonera – Julena Lopetegui’a. Ten ostatni podpisał bowiem kontrakt na trenowanie Realu Madryt nie informując o tym wcześniej swoich szefów ze związku.

Jeszcze innego zwycięzcę, a mianowicie Brazylię, typują eksperci Goldman Sachs. Ponoć mocno przyłożyli się do swoich prognoz, bowiem wykorzystali algorytm sztucznej inteligencji, tworząc 200 tysięcy modeli i milion symulacji przebiegu turnieju. Szczegółowy przebieg fazy pucharowej według najbardziej prawdopodobnego scenariusza widać na obrazku poniżej (liczby przy drużynach to średnia liczba goli, jakie może zdobyć w meczu dana ekipa). Niestety także tutaj Polska kończy przygodę w 1/8 finału, odpadając po potyczce z Belgami.

Z bankierami Goldmana nie zgadzają się bankierzy innego giganta Citi. Ich zdaniem bowiem Brazylia odpadnie w półfinale, a więc powtórzy się historia sprzed czterech lat. Chociaż wątpię, by wynik był ten sam. Wówczas przecież Niemcy wbili Canarinhos aż siedem bramek i to na ich własnym terenie.

Chociaż każdy z wymienionych banków stosuje nieco inną metodologię, to widać wyraźnie, że w ścisłym gronie faworytów umieszczają w zasadzie te drużyny, które wymieni niemal każdy przechodzień, który interesuje się choć trochę piłką nożną. Mowa przecież o Brazylii, Hiszpanii i Niemcach, a więc o futbolowych gigantach. Nietrudno typować te drużyny, nawet w ciemno, bowiem to one sięgały po puchar w pięciu na siedem ostatnich turniejów. Jako „giełdziarz” pokuszę się więc o tezę, że całe te skomplikowane algorytmy dają wynik podobny do wyniku prostej metody mówiącej, że „trend is your friend”. Skoro w ostatnich latach triumfowały właśnie te trzy ekipy, to i teraz mają najwyższe szanse na powtórzenie sukcesu.

Polska czarnym koniem
Z punktu widzenia polskiego kibica najciekawsze predykcje przeprowadzili ekonomiści japońskiego banku – Nomura. Ich symulację widać na poniższym obrazku.

W tym scenariuszu Polska dociera aż do półfinału, a więc powtarza sukcesy z pamiętnych lat 1974 i 1982. W walce o finał odpada niestety z Hiszpanią. Skąd taki optymizm w kwestii poczynań kadry Nawałki wśród japońskich bankierów? Okazuje się, że w swoich modelach zastosowali nieco inne podejście niż wyżej wymienione banki.

Zamiast skupiać się na modelach ilościowych opartych na rankingach, zastosowaliśmy bardziej jakościowe podejście, biorąc pod uwagę rozwój każdej drużyny, a także dokładnie analizując składy zespołów – piszą w raporcie. Bankierzy Nomury stworzyli wskaźnik mierzący tzw. momentum, czyli postęp na przestrzeni ostatnich czterech lat. W przypadku naszej drużyny faktycznie był on dość imponujący. W ładnym stylu awansowaliśmy do EURO2016 i dotarliśmy do ćwierćfinału, a następnie wygraliśmy eliminacje do mundialu w Rosji.

W zasadzie era Adama Nawałki to pasmo sukcesów, zwłaszcza jak porówna się ostatnie kilka lat do okresów poprzednich, gdzie w grupach eliminacyjnych nie mogliśmy pokonać takich ekip jak Macedonia czy Słowenia. Bankowcy Nomury zdają się to dostrzegać. W swoim raporcie wśród przewag naszego zespołu wymieniają m. in. wysokie miejsce w rankingu FIFA (obecnie ósme), dwunaste pod względem wartości miejsce zespołu wśród drużyn, które przyjechały do Rosji (wartość naszej kadry to 260 mln euro), skuteczny atak i dobrych bramkarzy, klasę Lewandowskiego, sporo graczy z czołowych europejskich lig. Obawy bankierów budzą: słabsza formacja defensywna i linia pomocy, grupowi rywale – Kolumbia i Senegal i prawdopodobieństwo spotkania Anglii i Niemiec w drodze do półfinału. Wypadkowa tych czynników daje nam w modelu Nomury największe szanse na bycie… czarnym koniem tego turnieju (patrz diagram poniżej). Tuż za nami w tym zestawieniu jest Peru.

Oczywiście każdy z polskich kibiców marzy o tym, by nasi dotarli jak najdalej, ale uśredniając prognozy ekonomistów chyba najbardziej realnym scenariuszem jest wyjście z grupy. Wszystko co uda się ugrać ponad to, będzie niezwykle miłą niespodzianką. A pierwszy mecz na mundialu pokazał, że to może być turniej niespodzianek. W meczu tym zmierzyły się dwie najniżej rozstawione drużyny całego turnieju – gospodarz, czyli Rosja oraz Arabia Saudyjska. Światowe media zapowiadały nudny mecz, a tymczasem Sborna rozgromiła rywala 5:0 i pewnie wywalczyła na inaugurację trzy punkty.

 
Categories

Złote zęby dla zuchwałych

Fot. Unsplash

Gdy gwiazdy amerykańskiego showbizzu od Beyonce po Miley Cyrus zaczęły nosić na zębach złote grille, myśleliśmy, że to mrugnięcie okiem w stronę hip hopowej sceny. Głos ghetta wydobywał się przecież zza rzędów dwudziestokaratowych siekaczy. Historia złotych zębów sięga jednak znacznie dalej niż moda Brooklynu i niesie ze sobą o wiele głębsze znaczenia niż ostentacyjny symbol statusu. Jest w niej też trochę smutny sowiecki rozdział.

 

Odnalezione na dnie zatopionych jaskiń Meksyku czaszki starożytnych Majów szczerzyły się do odkrywców pozostałościami złotych zębów. Eksperci twierdzą, że żyjący trzy tysiące lat temu ludzie nie byli w kwestii obnoszenia się z hajsem lepsi od nas: uśmiech z drogocennego kruszcu miał mówić innym, że jesteś zwycięzcą.

Jednak oprócz walorów estetycznych i trudnego do przeoczenia błysku przypominającego blask monet, złoto było wykorzystywane ze względów praktycznych: jest po prostu bardzo wytrzymałe i… tanie. Mało kto wie, że jest jednym z najtańszych materiałów do wypełniania ubytków. Zanim więc zostało symbolem statusu, było po prostu pragmatycznym wyborem sprzed ery porcelanowych wypełniaczy. Jak awansowało do rangi symbolu? Sęk w tym, że niegdyś fanaberią bogatych było w ogóle zajmowanie się stanem swojego uzębienia.

W latach 80-tych amerykańscy raperzy uczynili złote grille i zęby symbolem bogactwa i władzy. Lśniące grille trafiły do mainstreamu, gdy w 1996 roku wietnamski imigrant Johnny Dang (znany również jako The King of Bling oraz The Grill Master) otworzył w Stanach swoje jubilerskie imperium, w którym można było dostać wszelkie rodzaje nakładek – od złotych serc po diamentowe chmurki. Zanim jednak drogocenne zęby awansowały do rangi symbolu, były widywane na ulicach Bronxu i Brooklynu wśród tych, których ledwie było stać na dentystę

 

Złoto ludzi Wschodu
Nieco inną drogę przeszły złote zęby (bo Sowieci nie uznawali nakładek w postaci grillów, tylko szli na całość) w krajach Bloku Wschodniego, w którym stan uzębienia wołał zawsze o pomstę do nieba.

Tutaj złote zęby były po prostu alternatywą do ich braku. Jeśli były symbolem luksusu, to jednak dość smutnego, naznaczonego piętnem komunistycznej bylejakości.

Dlaczego mieliśmy tak straszne uśmiechy, skoro służba zdrowia – w tym wizyty u dentysty – były darmowe? Problem polegał na tym, że o ile nie brakowało dentystów i złota, to były ostre problemy ze znieczuleniem. Ludzie unikali więc wizyt w gabinetach jak diabła i najczęściej trafiali do nich wtedy, gdy zęby same nie chciały wypadać i już nic poza wyrwaniem nie wchodziło w grę. A gdy zębów nie było, można było wstawić nowe, oczywiście – złote. Zanim więc na Wschodzie złote zęby uzyskały status symbolu bogactwa, świadczyły raczej o odwadze właściciela, który wybrał się do dentysty.

Dziurawe zęby też fajne?
I chociaż złoto od setek lat kojarzy się z wartością, to jednak nie tylko ono zbudowało mit złotych zębów jako manifestacji statusu. Zdaje się, że jako ludzie mamy trochę bzika na punkcie samych zębów.

Weźmy choćby amerykański ideał sukcesu: trudno go sobie wyobrazić bez rzędów równych, śnieżnobiałych zębów. W Stanach na punkcie wyglądu uzębienia mają niemal obsesję, a bielszy od bieli hollywodzki uśmiech stał się obowiązującym standardem. Biedni Brytyjczycy, którym natura zębów nie sprezentowała najlepszych, gdy marzą o karierze za oceanem jak Kate Backinsale czy Simon Cowell, muszą wstawiać idealne implanty.

Ale wygląd zębów to nie tylko fiksacja Amerykanów: Wikingowie uważali, że najokazalej prezentuje się uzębienie z wyżłobionymi poprzecznymi kreskami, zamożni Majowie robili w zębach dziury, które wypełniali (wcale nie ze względów medycznych) zielonym nefrytem, a na Filipinach zakładali na nie takie złote grille, że nie można było w nich mówić.

Dziś najgorętszy trend to diamenty (za jedną dziesięciokaratową nakładkę zapłacimy ponad 100 dolarów). Można też zażyczyć sobie wyrycie w porcelanowym zębie wizerunku psa, dzieci lub znajomych, a pewien mieszkaniec Soczi wydał dwa tysiące dolarów za porcelanowe koronki z wizerunkami Władimira Putina i Donalda Trumpa.

To szaleństwo jakoś nie chce się skończyć.

 
Categories

Randkowe pole minowe. Kolacja dla dwojga wypada z menu milenialsów

To się normalnie żyć odechciewa. Milenialsi idą przez świat, nie oglądają się na nic i na nikogo a przy okazji niszczą wszystko, co kochamy. Po ubiegłotygodniowym zamachu na wszystko, co dla Amerykanów najważniejsze, dzisiaj przyszedł czas na bezwzględny mord na randkowych obiadach! Co za upadek obyczajów.

 

W czasach mchu i paproci, randkowanie odbywało się nieco inaczej niż dzisiaj. Nie było szybkiego internetu i portali kojarzących ludzi, ludzi trzeba było poznawać na żywo, wymieniać się numerami telefonów, nierzadko stacjonarnych po to, by na końcu wylądować w restauracji na posiłku a potem w kinie. Albo na odwrót.

Dzisiaj sprawy mają się zgoła inaczej. Randkowanie internetowe stało się tak popularne, że chyba tylko w dalekich regionach, gdzie nadal mają internet z modemów, randkuje się w starym stylu. Milenialsi klikają w Tindera, OkCupid czy swojską Sympatię i nie potrzebują wzmożonych spotkań przy świecach. Szkoda im czasu i pieniędzy na siedzenie z kimś, kogo ledwo znają, a wspólne jedzenie posiłku z kimś takim wydaje się im wyrafinowaną formą tortury. Nic dziwnego – według badań przeprowadzonych przez NPD Group aż 57 proc. posiłków Amerykanie spożywają samotnie. Zmienia się również postrzeganie osób jedzących w pojedynkę – kiedyś takie postępowanie stygmatyzowało, dzisiaj jest czymś normalnym. Nic dziwnego, że milenialsi nie mają ciśnienia na umawianie się na randkowe kolacje.

Są inne powody odrzucania tej formy pierwszego spotkania. Na przykład taki, że wspólne wieczerzanie jest przestarzałe. Ten element szarmanckości u mężczyzny nie jest aż tak istotny dla młodych kobiet. A już płacenie przez faceta za posiłek jest niemalże zaproszeniem do łóżka.

Albo wyobraźcie sobie sytuację, w której siedzicie przy pełnodaniowym posiłku z kimś, do kogo nie tylko nie czujecie mięty, ale wręcz was odrzuca. Przy przystawkach pada pierwszy żarcik rodem z męskiej szatni. Podczas jedzenia rosołu warzywnego (nigdy nie zamawiajcie zup z kluskami na pierwszej randce) facet tak energicznie wciąga makaron, że ochlapuje sobie pół twarzy, a kluski zostają mu w brodzie. Gdy na stół wjeżdża befsztyk, okazuje się, że typ miał w dupie to, co do niego pisałaś i nie zorientował się, że od dwunastego roku życia jesteś weganką. Wiesz, że nic z tego nie będzie, ale tkwisz w tym koszmarze, twoja złość i niepokój rosną i jest ci głupio, bo facet wygląda na takiego, który zapłaci. A potem będzie oczekiwał rewanżu. Horror.

Oczywiście, zawsze zostaje opcja upicia się na smutno, bo wtedy wszystkie głupoty wygadywane przez drugą stronę łatwiej znieść, ale w końcu nikt nie chce kończyć dramatycznie nieudanej randki śniadaniem.

Dla większości ludzi jedzenie jest czynnością w jakimś stopniu intymną. Oczywiście nie mówimy tu o wspólnych posiłkach w gronie współpracowników w kantynie zakładowej. Ale jak już siadamy z kimś twarzą w twarz nad talerzem, trzeba bardzo dużego wyczucia co zamówić. Kobieta może nie czuć się komfortowo babrając się w żeberkach. Homar, jakkolwiek luksusowy by nie był, to też brudna robota. Jedzenie ostryg jest seksowne wyłącznie w filmach. W skrócie – wspólny posiłek na pierwszej randce to pole minowe, po którym poruszasz się bez wykrywacza.

No i na koniec najważniejsze. Jedzenie w restauracjach jest drogie. Tinder daje nam przecież możliwość umówienia jednej randki dziennie. Jeżeli jesteśmy zręczni logistycznie, w weekend możemy się ustawić nawet na dwa-trzy spotkania. Wyobraźmy sobie, że w poszukiwaniu drugiej połówki, każdego dnia wyskakujemy z 60-100 złotych, bo tyle trzeba liczyć na dwójkę z napojami. Już po tygodniu nasz budżet miesięczny trzeszczy, po miesiącu musimy brać chwilówkę a po kwartale na kwadrat wjeżdża nam komornik. Takie wydatki dla milenialsów są nie do dźwignięcia.

Dlatego lepiej umówić się w barze na drinka albo kawę. Człowiek nie zbankrutuje a jak sytuacja rozwinie się pomyślnie, zawsze można wyskoczyć coś przekąsić.

Co w Polsce? Ano tym razem nie mamy się czego wstydzić. Nasi milenialsi idą w ślady swoich amerykańskich kolegów i chętniej decydują się na randki nad kawą albo drinkiem, restauracje zostawiając starym ludziom. A i ewentualne odrzucenie mniej boli, gdy zainwestowaliśmy w taki wypad 20 ziko.

 
Categories

7 najgorszych inwestycji świata. Bańki, chore wizje i głupota snobów

Kto bogatemu zabroni? Nikt. Jeśli rozliczyliście właśnie PIT i macie lekki niesmak, że jednak trzeba będzie dopłacić, sprawdźcie znacznie gorsze inwestycje.

 

Inwestycje w pierwsze waluty cyfrowe

Timing jest najważniejszy – powtarzają doświadczeni inwestorzy. Zdecydowanie z zegarkiem rozjechali się inwestorzy, którzy w 1999 roku, w którym pękała bańka pierwszych biznesów internetowych, wieszczyli sukces waluty cyfrowej flooz.com. Nie pomógł nawet fakt, że można było nią płacić w Starbucksie. Inwestorzy VC wtopili w projeky ok. 50 milionów dolarów. Część kasy poszła na bardzo złą kampanię banerową z Whoopi Goldberg. A potem nadszedł Bitcoin. 

Tulipanowa ściema
Skoro już jesteśmy przy bańkach – nie gorsza od dot-comów była nadmuchana wartość tulipanów. “Tulipo mania” osiągnęła apogeum (dzięki intensywnej pracy spekulantów)  w 1630 roku, gdy Holendrzy snobowali się na zakup bulw za ponad tysiąc dolarów.

Prostokąty w oleju
Niemal 44 mln dolarów wydał kolekcjoner na obraz nowojorskiego artysty Barnetta Newmana. Nie mnie oceniać, ale jedno wiem na pewno: są to dwa niebieskie prostokąty.


FIFA 2022 w Katarze: najsmutniejsze święto piłki
200 miliardów dolarów wyda Katar na święto piłki nożnej w 2022- dyscypliny, z którą niewiele ma wspólnego. Kasy mają jak lodu, więc nie ma może co żałować. Czeka nas niesamowite widowisko. Przerażające są jednak jego kulisy: media alarmują, że warunki pracy robotników budujących infrastrukturę przypominają obozy pracy, w których umierają tysiące emigrantów pracujących przy budowie stadionów i obiektów hotelowych. Skalę inwestycji oddaje też fakt, że gdyby kasę wydaną na imprezę dostali mieszkańcy Kataru, każdy z nich miałby w kieszeni 720 tys. dolarów więcej.

Maszt w Duszanbe
W stolicy Tadżykistanu władze postawiły wart ponad 10 mln dolarów maszt flagowy. Sęk w tym, że w Duszanbe prawie nie wieje. Flaga na drogocennym maszcie przypomina zwiędłą kotarę. Nastrojów patriotycznych nie wzbudza, ale frustrację mieszkańców – niezmiennie.

Turkmeńskie Las Vegas
Zazwyczaj inwestycje od czapy są ideą fix ekstrawaganckich polityków. W głowie jednego z nich zrodził się pomysł na świątynię kiczu w Awaza, która ma się stać superatrakcją Turkmenistanu. Realizuje go konsekwentnie od 2012 roku, ku oburzeniu krajan i zdziwieniu świata. Nad Morzem Kaspijskim wyrósł prawdziwy marmurowo-neonowy gargamel resortów: trochę Dubaj, trochę Las Vegas, w porywach aspirujący do Monte Carlo. Już dziś jest największym centrum konferencyjnym świata. Może pomysł na kolejną firmową imprezkę, hm?

Yaba, daba, doo!
Zachcianki to podobno potrzeby szlachty. Jedną z nich postanowili spełnić przyjaciele malezyjskiego sułtana, którzy ufundowali mu replikę pojazdu Freda Flinestone’a z “Jaskiniowców”, jego ulubionej bajki. Trochę szkoda, że pojazd ma silnk i nie będzie napędzany siłą sułtańskich nóg.

 
Categories

Majówka bez grilla. 6 propozycji dla geeków na długi weekend

W tym roku mamy wyjątkowo długi Wielki Weekend. Jeżeli uda nam się wyprzedzić kolegów z działu przy pisaniu wniosku urlopowego, możemy byczyć się przez 9 dni! Pogoda ma dopisywać, ale jeżeli nie jesteście ciepłolubni i przy temperaturach powyżej 20 stopni zaczynacie przeklinać klimat i modlić się o klimatyzator, mam coś dla was. Zamiast wyjeżdżać gdzieś bez sensu, proponuję wam obejrzenie kilku filmów i seriali.

Zadałem sobie trudne zadanie, bo proponuję wam wyłącznie filmy, które są ładne wizualnie albo mają ładne tytuły z takimi słowami jak lato, słońce, majówka, wiosna albo szczęście. Nie chcę bowiem, żebyście się podczas oglądania umartwiali. Kilka pozycji ma swoje lata a przynajmniej jedna pochodzi z czasów, gdy niektórych czytelników nie było jeszcze na świecie.

Na początek wyjątkowo brutalnie odjechany serial pt. „Happy”. Obejrzałem i powiem wam, że tak porytej historii dawno nie widziałem. W trakcie pikniku dla dzieci, Wyjątkowo Zły Święty Mikołaj porywa małą Hailey. Ma ona niewidzialnego przyjaciela o imieniu Happy. Gdy ten orientuje się, że dziewczynce grozi niebezpieczeństwo, natychmiast udaje się na poszukiwanie kogoś, kto będzie zdolny jej pomóc.

Nick Sax to były policjant, który żadnej pracy się nie boi. Poznajemy go, gdy realizuje kontrakt na zabicie braci Scaramucci. W trakcie roboty dostaje zawału, budzi się w karetce i zdaje sobie sprawę z tego, że przed oczami lata mu mały, niebieski jednorożec. Ten sam, który przyjaźni się z Hailey. Gdy Nick rusza dziewczynce na pomoc, zaczyna się dziwaczna, krwawa i brutalna jazda bez trzymanki.

Serial powstał na podstawie komiksu i spodoba się głównie ludziom, którym nieobce jest mroczne poczucie humoru. Pierwszy sezon liczy marne osiem odcinków i da nam w sumie 5 godzin i 40 minut rozrywki, czyli od przebudzenia do obiadu. Do obejrzenia na Netflixie.

Następnie proponuję film stary, ale doskonały. Do tego ma świetny tytuł oryginalny, który nasi dystrybutorzy zarżnęli bez prawa łaski. „Eternal Sunshine of the spotless mind” to piękna historia miłosna. Po jednej z kłótni Clementine zrywa z Joelem. Chwilę po zerwaniu, poddaje się zabiegowi usunięcia wszystkich wspomnień związanych ze swoim byłym (to taka fantastyka bliskiego zasięgu). Joel się wkurza i postanawia odpłacić pięknym za nadobne. Idzie poddać się podobnej terapii, jednak w trakcie orientuje się, że nadal kocha Clementine i nie chce o niej zapominać. Dlatego musi ocalić od zapomnienia swoje wspomnienia.

Krótkie streszczenie brzmi banalnie, ale sam film jest cudownie zakręconą historią. Nie wystraszcie się tego, że scenariusz napisał Charlie Kaufman, film jest zaskakująco lekki w porównaniu z jego innymi dokonaniami. No i można się przekonać, że Jim Carey jest świetnym aktorem dramatycznym. Polecam. Do obejrzenia na Netflixie.

Moja następna propozycja to „Baywatch”, czyli Słoneczny Patrol. Jeżeli pamiętacie serial, wiecie czego się spodziewać po filmie pełnometrażowym. Jeżeli nie pamiętacie, to spodziewajcie się pięknych, opalonych i zgrabnych ludzi, biegających po plaży w zwolnionym tempie. Jest jakaś fabuła, ale czy naprawdę interesuje nas zła bizneswomen, której knowania zagrażają przyszłości zatoki w sytuacji, w której po plaży biegają piękne opalone kobiety i przystojni, muskularni mężczyźni? Nie wnikajcie, dobrze się bawcie, pomaga usunięcie jednej półkuli mózgowej. Film do obejrzenia na HBO.

Little Miss Sunshine to bardzo śmieszna komedia, w której okrutnie przeklinają. Dlatego, wbrew tytułowi, nie należy oglądać jej z dziećmi, bo można się zabawnie przejechać. Mała Olive wygrywa kwalifikację do finału konkursu piękności Little Miss Sunshine. Jej dysfunkcyjna rodzina postanawia, że będą jej towarzyszyć w drodze do Kaliforni, gdzie odbywa się impreza. Pakują się wszyscy do starego Volkswagena i ruszają w road trip.

Będziecie się bawić. O jak będziecie się dobrze bawić. Wszystko w tym filmie jest doskonałe – obsada, historia, reżyseria, dialogi, zdjęcia. Do obejrzenia w internecie.

Luc Besson potrafi robić dobre kino rozrywkowe z dużym rozmachem, udowodnił to „Piątym Elementem”. Teraz na Showmaxie możemy oglądać jego kolejny duży film „Valerian i Miasto Tysiąca Planet”. Valerian ma pretekstowy scenariusz, niezbyt porywające dialogi a fabuła jest naiwna i trzeszczy. Jest to jednak zapierające dech w piersiach, przepiękne widowisko, które należy oglądać tak, jak „Baywatch” – z wyciętą albo wyłączoną jedną półkulą mózgu. Najlepiej tą odpowiadającą za krytyczne spojrzenie. Według mnie to idealny film na majówkę, nie przemęczymy się, próbując rozkminić kto zabił i obejrzymy przepiękne widowisko. Jak dla mnie to idealny przepis na wieczór filmowy. Aha, precelki pozwalają przetrwać każdy seans.

Na koniec coś z naszego podwórka. Film „Wielka Majówka” jest stary, ale bardzo jary. Nasz bohater, Rysiek daje nogę z zakładu opiekuńczego. Włamuje się do willi, gdzie znajduje reklamówkę pełną pieniędzy. Jedzie do Warszawy, na Centralnym poznaje hochsztaplera Julka, logują się w hotelu Victoria i zaczyna się słodko-gorzki balet. Bardzo dobry film z czasów, gdy potrafiliśmy kręcić dobre filmy, mające scenariusz i dobrą obsadę. Dodatkowym smakołykiem jest udział w filmie Kory i zespołu Maanam. Polecam, do obejrzenia w Internecie.