Categories

Nie daj się zatopić utopionym kosztom

Kręć się ruleto, wiruj i przynieś mi w końcu wygraną. Gram już godzinę, wtopiłem tysiąc złotych, los się musi odwrócić i w końcu siądzie czarna „siedemnastka”. Przynajmniej się odegram. Niestety, na kole czerwona „dwudziestkapiątka”, tuż obok, ale zaraz na pewno wpadnie mój numer.

Byliście kiedyś w takiej sytuacji? Dobra, nie wnikam, może hazard na rulecie nie jest zabroniony, ale to gra szatańska i nie będę się dopytywał. Obywatel rzucający kolejne żetony na zielone sukno i obstawiający z uporem godnym lepszej sprawy, pomimo nieustających przegranych, popełnia dwa błędy.

Zero na ruletce

Po pierwsze, to że stoi przy stole już drugą godzinę, nic nie znaczy. Na ruletce nie wygrywa się za wysługę lat, każde zdarzenie mające miejsce na stole jest niezależne od poprzedniego. Od następnego zresztą też. To są indywidualne zakłady i myślenie, że tyle gram, wypadły wszystkie numery oprócz mojego i zaraz kulka wskoczy na „siedemnastkę”, jest błędem. Choć to mało prawdopodobne, to jednak kulka może nie wpaść do przegródki z naszą liczbą przez cały wieczór.

Drugi błąd jest poważniejszy w skutkach. Wyobraźmy sobie, że zainwestowaliśmy w grę już 500 złotych. Bez szaleństw, ale suma dość konkretna. Pakujemy w żetony kolejne pieniądze licząc na to, że się odegramy. Ponieśliśmy koszty i nie chcemy odejść od stolika, żeby nie zrealizować w tym momencie straty. I zupełnie nieświadomie swoją stratę potęgujemy, wymieniając w kasie kolejne banknoty. Pół biedy, gdy zdamy sobie sprawę z pułapki, w którą wpadliśmy i wycofamy się, pomstując albo na swoją głupotę i nadmierną wiarę w szczęście, albo na oszustów z kasyna. Gorzej, gdy postanowimy odegrać się za wszelką cenę i zgramy się do zera.

Ciasne buty i daleko od szosy

Podam może kolejny przykład, tym razem autorstwa noblisty z dziedziny ekonomii, Richarda H. Thalera. Chcemy kupić buty i trafiamy na promocję. Cena nadal konkretna, ale uznajemy, że buty są warte takich pieniędzy. Niesiemy zakup do domu, rano wbijamy nogi w buty, po południu mamy wrażenie, że ktoś nam zmiażdżył stopy drzwiami. Przez kilka dni biegamy w wygodnym obuwiu sportowym, po czym znowu wbijamy się w nowe laczki, tym razem już tylko na wieczorne wyjście. Po powrocie do domu przeklinacie te cholerne buty i zepsutą przez nie imprezę. Butów nie rozchodzimy, nigdy nie staną się wygodne, ile jeszcze razy spróbujecie je włożyć, zanim się poddacie? Większość osób uzależnia liczbę prób od tego, ile buty kosztowały. Z tych za stówkę zrezygnujemy już po pierwszym razie, buty za siedemset złotych będziemy próbowali włożyć wiele, wiele razy. Pewnie aż do pierwszej wizyty u ortopedy.

A może przykład z życia codziennego. Do sklepu mamy pięć minut drogi, ale postanawiamy podjechać jeden przystanek. Mamy farta, bo rozkładowo autobus będzie za minutę. Po trzech minutach dalej go nie ma. Pojechał przed czasem czy przyjedzie spóźniony? W tym czasie mija kolejna minuta i zdajemy sobie sprawę, że już bylibyśmy w tym przeklętym sklepie. Co zatem zrobić? Poczekać na autobus, czy jednak się przejść?

Sprawa tylko z pozoru wydaje się trywialna. W rzeczywistości za wszystkimi podanymi przeze mnie przykładami stoi iście diaboliczny koncept, który nazywa się efektem utopionych kosztów. Zasada jest prosta, potencjalne implikacje mogą być jednak bardzo kosztowne.

Utopione koszty to przekleństwo

Kupując buty, rzucając żetony na ruletkę czy idąc na przystanek, zamiast od razu do sklepu, ponieśliśmy koszt. Zainwestowaliśmy w nasze działanie jakieś dobra, może to być czas, może to być pieniądz, może to być również energia. Patrzymy na te koszty, leżące na metaforycznym stole i myślimy sobie: tyle już zainwestowałem, nie ma sensu odpuszczać. I trwamy w tej inwestycji nawet wtedy, gdy dawno już nam to się przestało opłacać.

Powody naszego działania są proste, ponieśliśmy koszty, przywiązaliśmy się do danej sprawy, nie chcemy żeby to, co już w ten biznes włożyliśmy się zmarnowało i brniemy w to dalej. Straciliśmy w tym momencie możliwość obiektywnej oceny sytuacji, przez nasze zaangażowanie nie umiemy zrobić podstawowej rzeczy – rachunku ekonomicznego. Nie jesteśmy w stanie policzyć i porównać kosztów już poniesionych, i dodatkowych, na które jesteśmy gotowi z przyszłymi ewentualnymi zyskami. Których to zysków wcale nie musimy osiągnąć.

Bardzo drogie przekleństwo

Powyższe przykłady dotyczą rzeczy w sumie dość drobnych. Teraz wyobraźmy sobie, że w pułapkę utopionych kosztów pakują się goście zarządzający naprawdę dużymi pieniędzmi.
Chyba najsłynniejszym przykładem efektu utopionych kosztów jest historia samolotu Concorde. Projekt był kontynuowany z powodów prestiżu, dumy i złożonych relacji między udziałowcami w konsorcjum, chociaż nie opłacał się w żadnym momencie. Nikt nigdy nie policzył kosztów poniesionych i bezpowrotnie utraconych na etapie projektowania i budżetowania, ale mówi się o miliardach dolarów. I paradoksalnie, im były one wyższe, tym decydentom trudniej było wycofać się z katastrofy o nazwie Concorde.

Niektórzy być może pamiętają Nicholasa Leesona. Był maklerem i handlował instrumentami pochodnymi w singapurskim oddziale najstarszego angielskiego banku inwestycyjnego Barrings. Do jego głównych zadań należały dość bezpieczne transakcje w kontrakty futures. Wykorzystując niewielkie różnice w wielkościach indeksu między giełdą w Singapurze i Osace, Nick zaczął na nich zarabiać. Dość szybko jednak wpakował się w bardziej ryzykowną grę i pod koniec jego pierwszego roku w Barrings, był do tyłu 2 miliony funtów. Dwa lata później było to już 208 mln funtów.

Jak widzicie, Leeson robił coś, co powinien był przerwać dużo wcześniej – nie wychodził z inwestycji i realizował coraz bardziej karkołomne pozycje. I może nawet by mu się udało, gdyby nie trzęsienie ziemi w Kobe, które zdemolowało indeksy japońskiej giełdy. Nasz makler rzucił się na jeszcze głębszą wodę, licząc na to, że rynek w końcu się gwałtownie odbije. Co oczywiście nie nastąpiło. Leeson zrobił ostatni ruch, który, o dziwo, również nie przyniósł zysku i nie pokrył strat. Jedyne co mógł zrobić w takiej sytuacji to zostawić wiadomość „I’m sorry” i uciec z Singapuru. Pozostawił po sobie zgliszcza, całkowite straty banku wyniosły ponad 800 mln funtów, dwukrotnie przewyższając jego kapitał. Po ujawnieniu tych informacji, Barrings zbankrutował.

Jak nie wpaść w pułapkę?

Na naszej niezdolności do podjęcia racjonalnej decyzji żerują na przykład niektórzy marketingowcy. Wyobraźmy sobie sytuację, w której ktoś oferuje nam nagrodę zupełnie za darmo. Trzeba tylko kliknąć w link. Myślimy sobie co tam, kliknięcie w link to żaden wysiłek. W drugim kroku okazuje się, że trzeba podać imię i nazwisko, żeby spersonalizować podarek. No dobra, wpisujemy. W kroku trzecim okazuje się, że trzeba dokonać rejestracji, bo przecież gdzieś nam muszą ten podarek wysłać. Podajemy adres, bo bardzo chcemy ten prezent dostać. W następny kroku niezbędne okazuje się podanie maila i numeru telefonu. Większość z nas zorientowała się w tym momencie, że to pewnie próba wyłudzenia naszych danych a prezent będzie jakimś badziewiem ale…

No właśnie, wykonując kilka pozornie drobnych kroków, poczyniliśmy inwestycję. W tym przypadku włożyliśmy w proces czas i energię. To nasz koszt. Oczekiwany zysk jest tuż za rogiem, na pewno na następnym ekranie, który otworzy się po podaniu telefonu i maila. Część z nas skrzywi się, wycedzi szyderstwo i zamknie okno przeglądarki. Gratuluję, zrobiliście w głowie rachunek ekonomiczny i wyszło wam, że jesteście gotowi „stracić”. Natomiast znajdzie się grupa ludzi, która przeklika się do końca, faktycznie dostanie jakiś prezent, a potem będzie walczyć ze spamem na mailu i na komórce, na walkę z którym poświęci więcej, niż warta jest stopa zwrotu z ich inwestycji.

Dlatego wszyscy mądrzy ludzie powtarzają, a ja powtórzę za nimi: ignorujcie utopione koszty. Na pewno wam się to opłaci.

 
Categories

Co wiemy o najbogatszych ludziach świata?

Jak fajnie byłoby być bardzo bogatym. Za parę setek tysięcy kupiłbym sobie dobry samochód, potem dom, nic przesadzonego, jakaś niewielka posiadłość na wyspie by wystarczyła. Do tego może śmigłowiec, żeby z tej wyspy szybko latać na imprezy do Nowego Jorku. No i można żyć. Tylko jak się do takich pieniędzy dobrać?

Forbes, jak co roku, publikuję listę miliarderów. Warto ją poczytać dokładniej i skoncentrować się na czymś więcej, niż tylko na kwotach i nazwach firm, którymi władają najbogatsi.

Drogi do bogactwa są różne. Bezos założył księgarnię wysyłkową a teraz jest najbogatszym człowiekiem na Ziemi. Branson zorganizował wysyłkową sprzedaż winyli, Buffet obracał na giełdzie. Page i Brin stworzyli najlepszą wyszukiwarkę, Gates najgorszy system operacyjny a rodzina Waltonów wymyśliła Walmarta. Dróg do bogactwa jest wiele, są jednak branże i pola działalności, w których szansa na zarobienie dużych pieniędzy jest większa niż gdzie indziej. Popatrzmy gdzie kryją się okazje.

Forbes skatalogował 2208 miliarderów. Łącznie zgromadzili 9 059,6 miliarda dolarów, czyli 9,06 biliona dolarów. PKB Polski to około 0,5 biliona, więc ci ludzie są naprawdę bogaci. Ale tak naprawdę.

Inwestycje

Ku mojemu najmniejszemu zdziwieniu okazało się się, że najlepiej zarabia się na obracaniu cudzymi pieniędzmi. W kategorii finanse i inwestycje można znaleźć 310 miliarderów (13 proc. ogółu), którzy zgromadzili majątek wart około 1,14 biliona dolarów, stanowiący 14 proc. łącznego majątku wszystkich miliarderów z listy. Warto uczyć się analizy technicznej i inwestować na giełdzie.

Moda

Na drugim miejscu znalazła się moda i sprzedaż. W tej kategorii jest 234 miliarderów (11 proc), którzy łącznie warci są więcej niż ludzie od finansów, bo aż 1,19 biliona. Czyli i konkurencja mniejsza, i ogólna suma do wyrwania potencjalnie wyższa. Zanim jednak rzucicie się do stołów projektanckich, warto wspomnieć, że kreatorzy mody nie zarabiają aż tyle, żeby dostać się na listę Forbesa. Tutaj znajdziemy raczej właścicieli takich marek jak LVMH, Zara, L’Oreal, Chanel, Nike, H&M, Walmart czy Aldi.

Budowlanka

Miejsce trzecie obsiadło 220 deweloperów, których łączny majątek to 787,6 miliarda. W tym przypadku konkurencja jest mniej liczna, ale musimy się liczyć z tym, że wchodzimy do basenu z najpotężniejszym człowiekiem na Ziemi. W tej branży działa bowiem Donald Trump, chwilowo pełniący obowiązki prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Produkcja

Miejsce czwarte to produkcja. Na niej potężnych pieniędzy dorobiło się 206 osób, ich łączny majątek to 613 mld. Znajdziemy tu producentów akcesoriów kuchennych, laserów, środków higienicznych, aromatów spożywczych, nawozów, zaworów, mebli i płyt drukowanych.

Technologia

Dopiero na piątym miejscu jest technologia, w której miliardów dorobiło się 205 osób. Ale ci ludzie zgromadzili łącznie największy majątek, bo aż 1,27 biliona dolarów. Aż czterech przedstawicieli tej branży jest w pierwszej dziesiątce, Bezos i Gates zajmują dwa pierwsze miejsca, Zuckerberg piąte a Larry Ellison (Oracle) – dziesiąte. Warto programować.

Ciekawostki

Najniższa średnia wieku jest w technologii – 55 lat, najwięcej, bo aż 70, mają miliarderzy z branży sportowej. Sport to definitywnie zdrowie. Najmłodsze miliarderki to Alexandra (22 lata) i Katharina (23) Andersen. Są dziedziczkami rodzinnej firmy inwestycyjnej, którą nadal zarządza ich ojciec. Trzeci najmłodszy miliarder, Gustav Magnar Witzoe udziały gwarantujące mu jego majątek, dostał w prezencie od ojca. Dopiero czwarty najmłodszy miliarder na liście, doszedł do bogactwa sam. Jest to Evan Spiegel, założyciel i współwłaściciel Snapchata.

Najstarszy miliarder ma równo 100 lat. Chang Yun Chung pochodzi z Singapuru. Zaczynał 51 lat temu, jako przybrzeżny przewoźnik z dwoma używanymi statkami. Obecnie Pacific International Lines mają flotę 160 statków, a swojemu założycielowi dały majątek wart 2 mld dolarów.

Na liście jest jedna przedstawicielka “branży” charytatywnej. Laurene Powell Jobs to wdowa po Steve Jobsie, odziedziczone po nim pieniądze przeznacza na darowizny związane ze szkolnictwem i programami stypendialnymi.

Właśnie, kobiety. Na liście miliarderów jest ich 243 (12 proc.) a ich łączny majątek to 941 mld (12 proc.).

Stany Zjednoczone były zawsze krajem nieograniczonych możliwości. Pochodzi z nich 26 proc. najbogatszych Ziemian, zgromadzili łącznie majątek 3,096 bln dolarów. Drugie miejsce zajmują Chiny (373 miliarderów), dalej Niemcy (123), Indie (123), Rosja (101). W stawce jest również sześciu Polaków, którzy łącznie naskładali 13,8 mld dolarów.

Widzicie? Każdy ma szanse.

 
Categories

Student posprząta oceaniczny śmietnik

To z oceanów wyszliśmy na ląd. Tiktaalik, akanto- i ichtiostegi dały początek całemu szeregowi zdarzeń ewolucyjnych, którego ukoronowaniem jest człowiek. I człowiek, poczuwszy się koroną stworzenia i władcą szczytu łańcucha pokarmowego, postanowił się oceanowi, swojej kolebce, odwdzięczyć.

Wrzucając do niego tyle plastikowego śmiecia, że wystarczyło go, między innymi, do uformowania Wielkiej Pacyficznej Plamy Śmieci. Pozwólcie, że poświęcę jej kilka słów.

Mówi się, że dzisiaj nie da się niczego odkryć, bo wszystko już zostało odkryte. Otóż jest to nieprawda, gdyż WPPŚ odkrył w 1997 roku Charles Moore. Wcześniej, bo w roku 1988, jej istnienie postulowali badacze, prowadzący prace na Alasce. Prądy oceaniczne uformowały ją ze śmieci i plastikowych odpadów, i dryfowała sobie przez lata po Pacyfiku, między Kalifornią a Hawajami. Jakiś czas potem okazało się, że ma siostrę, która ma dyżur bardziej na zachód, między Hawajami a Japonią. Potem odkryto jeszcze kilka takich skupisk.

Odnajdywanie takich pływających wysypisk nie jest łatwe, ponieważ to nie jest zwarta konstrukcja powiązana sznurkiem. Koncentracja plastiku w centralnym punkcie Plamy wynosi 100 kg na kilometr kwadratowy, na obwodach jest to zaledwie 10 kg/km2. Dlatego sama nazwa jest nieco myląca. Plama jest w rzeczywistości Zawiesiną.

Nie wiadomo ile tego śmiecia tam jest, ale szacunki mówią, że może to być 50 tys. ton. Są jednak również tacy pesymiści, którzy twierdzą, że pływa 130 tys. ton. Żeby uzmysłowić skalę problemu, posłużę się płetwalem błękitnym, największym znanym stworzeniem na Ziemi. W wersji lżejszej, Plama waży tyle co 263 tys. płetwali. I gdybyśmy je ułożyli, jednego za drugim, to sięgałyby z mojego dużego pokoju na Mokotowie aż do miasta Chattanooga w stanie Tennessee. Jeżeli zaś założymy, że plama jest cięższa, to te płetwale opaszą prawie równo pół równika. A przecież mówimy tu tylko o jednym skupisku plastikowych śmieci, po oceanach pływa tego więcej.

Plama ma powierzchnię 1,6 mln km2. To sześciokrotna powierzchnia Polski albo prawie trzy Francje. Najgorsze w tej pływającej wyspie jest to, że w większości składa się z fotodegradowalnych tworzyw sztucznych. Mają one tę przykrą właściwość, że nie ulegają pełnemu rozkładowi, tylko rozpadają się na pył. I ten pył, tworzący zawiesinę, i większe odpady, trafiają do łańcucha pokarmowego. Negatywne efekty tym spowodowane dotykają ponad 250 gatunków zwierząt.

Świat przyglądał się temu z dużym zainteresowaniem i minimalną aktywnością do 2008 roku. To wtedy ruszyły projekty oczyszczenia oceanu z tego plastiku, które jednak nie przyniosły jakichś zdecydowanych akcji. Dopiero w 2012 roku światu objawił się holenderski student Boyan Slat, który na TEDxDelft opowiedział o swoim projekcie The Ocean Cleanup. Zainteresowały się nim media, zainteresowały się tłumy. Odpalił croundfunding, zebrał 2,2 mln dolarów i zaczął tworzyć urządzenie do likwidacji Wielkiej Zawiesiny.

Projekt jest genialny w swojej prostocie. System 001 to rura o długości sześciuset metrów, do której podwieszone są sieci. Konstrukcja jest pasywna, to znaczy nie ma żadnych silników, które by nią poruszały. Ustawiona w kształt gigantycznej litery U, dryfuje sobie z tym samym prądem, który spowodował nagromadzenie śmieci, i powolutku je zgarnia. Ponieważ wystaje nad powierzchnię, popycha ją wiatr, więc rusza się szybciej od śmieci, dzięki czemu ma szansę je wyłapać. Co jakiś czas do Systemu 001 podpływa statek, który zbiera plastik a odciążona konstrukcja kontynuuje swoją podróż. Na filmie widać, jak to działa.

Twórca ocenia, że w ciągu pięciu lat System 001 będzie w stanie zgarnąć połowę Plamy. Aktualnie zmierza ku wodom testowym, gdzie przez dwa tygodnie będzie bacznie obserwowany. Jeżeli testy pójdą pomyślnie, konstrukcja ruszy w dalszą drogę. 1000 mil, dzielących ją od Wielkiej Pacyficznej Plamy Śmieci ma pokonać w dwa, trzy tygodnie. Myślę, że tej inicjatywie warto nie tylko kibicować, ale i wesprzeć. Zapraszam na stronę projektu, gdzie można wrzucić jednorazową kwotę lub ustawić stałe zlecenie. Nie będą to zmarnowane pieniądze.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Zarabiamy na walutach na Forexie

Bankierzy jej nienawidzą. Jeszcze miesiąc temu była fryzjerką i ledwo wiązała koniec z końcem. Teraz zarabia 1500 euro dziennie, mieszka w luksusowym penthausie i jeździ nowym Ferrari! Chcesz wiedzieć więcej? Ściągnij naszą aplikację do inwestowania, dzięki której szybko dołączysz do grona milionerów.

Chyba każdy z nas zetknął się z podobną reklamą, zmieniają się tylko kwoty dziennych zarobków, poprzednia profesja inwestorki oraz nazwa aplikacji brokera, niezbędnej do zawierania kontraktów na Forexie. Dzisiaj opowiem pokrótce co to jest ten Forex i dlaczego gra na nim to stąpanie po polu minowym.

Forex czyli Foreign Exchange to międzynarodowy rynek walutowy, należący do grupy rynków pozagiełdowych OTC, czyli Over the Counter. Oznacza to, że Forex nie znajduje się w jednym miejscu, nie ma określonej siedziby, jak choćby Warszawska Giełda Papierów Wartościowych i nie jest regulowany przez żadną instytucję powołaną do kontroli rynków finansowych. Pozwala on na globalną wymianę walut i od lat elektryzuje społeczeństwo. Bo cóż to jest za fantastyczne miejsce, gdzie handlujemy walutami i umiejętnie inwestując tysiąc dolarów możemy zarobić w jednej chwili tych tysięcy kilkanaście.

Ułudzie tej chętnie ulegają niedoświadczeni inwestorzy, którym wydaje się, że potrafią ograć rynek i wielkich graczy, i że są w stanie przewidzieć w jakim kierunku pójdzie cena danej waluty. Problem polega na tym, że najczęściej im się to nie udaje. Smutne statystyki przytaczam w ostatniej części tekstu.

Forex kusi bo to największy rynek na świecie. Średnie dzienne obroty w roku 2016 wyniosły 5,1 biliona dolarów. PKB Polski w tym roku wyniósł pół biliona dolarów. PKB średniego, nieźle rozwijającego się państwa stanowił 10 procent średnich dziennych obrotów na Forexie. A ponieważ wiem, że lubicie takie cyferki wspomnę jeszcze, że wartość obrotów z trzech dni, odpowiada całorocznej wymianie handlowej na świecie. Takie porównania i liczby przemawiają do wyobraźni, dlatego ten rynek dynamicznie się rozwija. Od roku 1998 urósł ponad trzykrotnie pod względem obrotów.

Skala obrotów działa na korzyść grających, bo gdy obraca się bilionami dziennie, nikt nie jest w stanie wpływać na kursy walut na Forexie, rzucając na niego duże środki. Nikt bowiem nie dysponuje kwotami zdolnymi wywołać jakiekolwiek wahania. Te są bowiem wywoływane gdzie indziej i wpływają na nie raczej czynniki makroekonomiczne i geopolityczne.

Oprócz gigantycznych pieniędzy, inwestorów kusi dostępność. Forex działa 24 godziny na dobę przez 5 dni w tygodniu. Wystarczy otworzyć rachunek, koniecznie u licencjonowanego brokera, i możemy zacząć grać non stop i prawie bez ograniczeń. A dlaczego bez ograniczeń? Bo możemy skorzystać z dźwigni finansowej.

Dźwignia to w dużym skrócie gra za nieswoje pieniądze. Zamiast zawierać kontrakt za 100 dolarów, posiłkujemy się dźwignią 100:1, czyli korzystamy z pożyczki udzielonej nam przez brokera. Co to oznacza? Kupujemy walutę za stówkę, bo akurat tyle mamy pieniędzy. Zmiana kursu waluty o 1 proc. sprawi, że zarobimy (lub stracimy) złotówkę. A teraz przykładamy do tego dźwignię 100:1, dzięki której gramy już kwotą 10 000 zł. I teraz zmiana kursu o 1 proc. to nasz zysk (lub strata) to już 100 zł. Czyli grając bez dźwigni zyskaliśmy 1 proc. z zainwestowanych pieniędzy. Z dźwignią jest to już wzrost o 100 proc., czyli podwojenie włożonego kapitału.

Dźwignia działa fantastycznie w sytuacji, gdy trafiamy. Gdy notowania ruszą przeciwko naszej pozycji, zerujemy rachunek w czasie krótszym niż mrugnięcie okiem. Oczywiście dobrzy brokerzy oferują różnego rodzaju zabezpieczenia dla klientów, ale wiemy, że jak się człowiek uprze, to będzie brnął, aż się zgra. Będę miał o tym wkrótce artykuł.

Warto wiedzieć, że obecnie około 90 proc. transakcji na Forexie ma charakter spekulacyjny. Miejmy świadomość tego, że pływamy w jednym basenie już nawet nie z rekinami a megalodonami inwestycyjnymi.

Nie mam zamiaru nikogo zniechęcać, jeżeli chcecie grać, to wolna wola. Proszę tylko pamiętać o dwóch rzeczach – wybierzcie licencjonowanego brokera, bo oszustów nie brakuje. I nie nadużywajcie dźwigni. A najlepiej na początku nie używajcie jej w ogóle, a potem bardzo oszczędnie.

Na zakończenie wrócę do szans, jakie na Forexie ma indywidualny inwestor. Commodity Futures Trading Commision zbadała grających i okazało się, że przeciętny inwestor traci na nim średnio 15 tys. dolarów, po czym zbiera zabawki i idzie gdzie indziej.

Według danych polskich biur maklerskich, ponad 80 proc. inwestorów indywidualnych ponosi stratę a początkujący inwestor traci cały zainwestowany kapitał w okresie krótszym niż pół roku. Wynika to zazwyczaj z przyjęcia nieprawidłowej metody zarządzania pieniędzmi, podejmowania dużego ryzyka finansowego i angażowania zbyt dużej części kapitału inwestycyjnego. No i oczywiście z korzystania z dźwigni finansowej.

W zgodnej opinii doświadczonych inwestorów indywidualnych (doświadczeni to ci, którzy na Forexie zarabiają), to nie jest impreza dla ludzi, którzy coś tam kiedyś o tym rynku usłyszeli i postanowili zaryzykować. Nie jest to też coś, co można robić z doskoku, bo czasami reagować musimy błyskawicznie. Dlatego jeżeli chcemy grać na Forexie z sukcesami, musimy się wiele nauczyć, w tym zachowywać zimną krew, prawdopodobnie kilkukrotnie wyzerujemy konto a przede wszystkim jest to praca na pełny etat. Z tymi myślami pozostawiam.

W kolejnym odcinku będzie o dobrach i pewnej piramidzie. Zapraszam.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Embargo na cygara

Czasami jakiś wyjątkowo niesympatyczny reżim podpada wspólnocie międzynarodowej i trzeba dać mu nauczkę. Zdarza się, że nauczka przybiera brutalną formę wojny, częściej jednak załatwia się to w białych rękawiczkach i karze dany kraj sankcjami gospodarczymi. Czy to w ogóle ma sens? Zdania są podzielone.

Sankcje to kary nałożone na gospodarkę podpadniętego kraju. Czasami są odpowiedzią na łamanie praw człowieka, innymi razy retorsją w konflikcie handlowym, mogą być też narzędziem prowadzenia polityki międzynarodowej.

Sankcje pierwszego rodzaju, czyli wynikające z łamania praw człowieka, dotknęły reżim Saddama Husajna, RPA prowadzące politykę apartheidu, Syrię Assada czy rząd Jaruzelskiego po wprowadzeniu stanu wojennego. Przykładem sankcji w konflikcie handlowym może być aktualna wojna celna USA z Chinami. Z kolei sankcje jako narzędzie prowadzenia polityki zostały zastosowane przez kraje OPEC po wojnie Jom Kippur (embargo na ropę naftową na USA i sojuszników Izraela) czy przez Japonię, po kolejnej próbie jądrowej rządu Indii.

Co ciekawe, przeszukując internet, znalazłem embargo będące wynikiem złego traktowania nie ludzi a zwierząt. Australia nie importuje bydła z Indonezji z powodu brutalnych metod uśmiercania zwierząt, stosowanych przez indonezyjskie rzeźnie.

Sposobów uprzykrzania życia przy pomocy sankcji jest kilka.

– wysokie cła, czyli tak naprawdę wojna celna. Nie możemy mówić o sankcjach w sytuacji prowadzenia normalnej polityki celnej.

– ograniczenia monetarne, obejmujące na przykład zamrożenie kont bankowych. Takie nieprzyjemności regularnie dotykają co bardziej niesympatycznych dyktatorów i watażków.

– embargo, czyli zakaz importu lub eksportu określonych towarów. Jest to ograniczenie handlu, ale też i innych stosunków z określonym państwem, oraz jego bojkot na arenie międzynarodowej. Embargo jest traktowane jako szczególny środek odwetowy, oferujący szeroki wachlarz możliwości.

W ramach embarga można tworzyć limity ilościowe na import/eksport. Można nakładać specjalne opłaty i podatki. Przejmuje się lub aresztuje frachty, zamraża aktywa, ogranicza transfer określonych technologii. Chyba najczęściej słyszymy słowo embargo w zestawieniu „embargo na broń”. Oznacza to, że społeczność międzynarodowa nie sprzedaje broni państwom zaangażowanym w konflikt zbrojny.

Oczywiście embargo ma sens tylko wtedy, gdy nakłada się je na państwo słabe ekonomiczne i robi to albo kraj silniejszy, albo całość lub część wspólnoty międzynarodowej. W przeciwnym przypadku embargo jest zwykłą beczką śmiechu. 

Co do skuteczności sankcji i embarga, zdania są podzielone. Jedni twierdzą, że działają i pozwalają wymóc na rządach państw nimi dotkniętych pewne ustępstwa polityczne lub humanitarne. Inni uważają, że rząd wyżywi się sam a sankcje uderzają tylko i wyłącznie w obywateli danego kraju, najsilniej w tych najbiedniejszych i najsłabszych. Skłaniam się ku tej drugiej opinii.

W następnym odcinku poruszę kolejne fascynujące kwestie ekonomiczne.

 
Categories

Dostarczymy to panu hurtowo

Dzień dobry, to co poprzednim razem u was zamawiałem było bardzo smaczne. Chciałbym do was zabrać dziewczynę na kolację, gdzie jesteście, bo na stronie nie ma takiej informacji? Jak to nigdzie? To skąd to jedzenie? Dark kitchen? Jak dark, to ja jednak podziękuję. Do widzenia.

Rewolucja w dostawie jedzenia dzieje się na naszych oczach. Foodtech kipi od nowych pomysłów. Nowe sposoby zamawiania i dowozu zmieniają rynek, i kształtują nasze zachowania związane z kuchnią. Wszystko zaczęło się 8 lat temu. Zamieszany był w to między innymi faks.

Gdzie kucharek sześć
Pierwszy portal agregujący oferty wielu lokali, Szama.pl powstał w 2004 roku w Trójmieście. Dwa lata później w Warszawie startuje NetKelner.pl. Obie platformy z mozołem budują bazę lokali, ale dla niektórych na tak rewolucyjny krok jest jeszcze za wcześnie, dlatego liczy ona kilkaset sztuk. W 2010 roku na rynku debiutują Pyszne.pl i Pizzaportal.pl. A potem zaczyna się karnawał fuzji, przejęć, konsolidacji i wykupów. Pizzaportal wchłania Szamę, NetKelnera, Foodpandę i Delivero, czyli cztery z pięciu największych platform. A dwa lata po starcie, sam zostaje przejęty przez Delivery Hero. Trzy miesiące później Pyszne sprzedaje wszystkie udziały grupie yd. yourdelivery. Sytuacja na rynku ustala się na jakiś czas.

Wspominałem wcześniej o faksie. W początkowym okresie działalności Pyszne i Pizzaportal działały na zasadzie call center. Ludzie składali zamówienie na stronie a pracownicy portali przekazywali je do odpowiednich restauracji telefonicznie, mailowo, sms-em, a bywało że nawet faksem. Co, jak się możemy domyślać, w miarę zwiększania skali działania, potęgowało chaos. Zdarzały się zamówienia pomylone, czasami ktoś je odebrał i nie puścił do realizacji, klienci się frustrowali, portale zbierały kiepskie recenzje. Nie tworzyło to dobrego klimatu do rozwijania działalności. Dlatego trzeba było zmienić paradygmat.

W lokalach, które miały podpisane umowy z platformami, zaczęły pojawiać się sprytne maszynki. Klient składa zamówienie przez portal. W restauracji, którą wybrał, terminal drukuje paragon z informacją kto zamówił, co zamówił, należnością i adresem dostawy. Pracownik lokalu wciska enter, klient dostaje powiadomienie ile czasu zajmie realizacja jego zamówienia. Czysto, schludnie, bez pomyłek. Osoba obsługująca terminal przyjmuje zamówienie w ciągu kilkunastu sekund, zwiększa się przepustowość i można realizować więcej dostaw. Wszyscy wygraliśmy.

Ale jak to? Mam zapłacić przed dostawą?
Samo uruchomienie terminali usprawniło proces przyjmowania zamówień, teraz trzeba było zachęcić ludzi do sprawnych płatności. Lech Kaniuk, pomysłodawca i twórca Pizzaportal wspomina, że na początku ludzie nie chcieli płacić kartą przed otrzymaniem posiłku. Wyraźnie było widać trend – za pierwsze 2-3 dostawy klient płacił gotówką. Ludzie chcieli mieć pewność, że jedzenie w ogóle dojedzie i czy będzie jadalne. Dopiero gdy orientowali się, czy wszystko jest w porządku, podpinali kartę. I w tym momencie zazwyczaj zostawali regularnymi użytkownikami portalu. Można uznać, że zamawianie jedzenia przez telefon pchnęło mocno do przodu rynek płatności internetowych.

Przed pośrednikami stoi jeszcze jedno zadanie. Muszą przekonać do siebie ludzi zamawiających jedzenie klasycznie, przez telefon. Nie ma jednoznacznych badań, ale ocenia się, że w Polsce jedzenie przez telefon w dalszym ciągu zamawia od 60 do 80 proc. klientów. Do podziału między Pyszne i Pizzaportal jest więc bardzo duży rynek.

Patrząc na agregatory z punktu widzenia konsumenta, widać że próbują go przyciągnąć szybkością i łatwością złożenia zamówienia. Gdy mamy tam konto z podpiętą kartą, jedyna trudność to decyzja co chcemy dzisiaj zjeść. Reszta działań właściwie nie wymaga niczego poza kilkoma kliknięciami, system załatwia za nas większość roboty. Platforma działa niczym lep na muchy – gdy nas skusi i zaczniemy z niej korzystać, nie opłaca nam się zamawiać bezpośrednio w lokalu, bo to trwa za długo i na dodatek musimy rozmawiać przez telefon z obcym człowiekiem, co dla niektórych bywa przeszkodą nie do pokonania.

Logistyka, głupcze!
No dobra, przyciągnęliśmy ludzi, zmotywowaliśmy ich do regularnego korzystania z naszego serwisu. Klienci podpięli kartę, klikają, zamawiają a potem wkurzają się, że mieli czekać na jedzenie maksymalnie godzinę, a dojechało po dwóch i nadawało się tylko do wyrzucenia. Możemy mieć idealną platformę, najlepsze lokale w ofercie, niskie ceny i dobre jedzenie, ale jeżeli nie dowieziemy go na czas, cały nasz wysiłek bierze w łeb. Gniew zamawiającego ściąga na siebie zarówno platforma, jak i lokal. Bo klienta nie interesuje, kto mu to właściwie dowiózł. Przecież nie zastanawiamy się, czy Pyszne ma własną flotę dostawców, czy za dowóz odpowiada restauracja. Przyjechało za późno i zimne, jedna gwiazdka, wypad z sekcji ulubione, pizzę od dzisiaj będę zamawiał u innego Włocha.

O tym, jak ważna dla ludzi jest punktualność nie trzeba nikogo przekonywać. W przypadku jedzenia jest ona czynnikiem krytycznym, bo nie po to zamawiamy do domu, żeby jeść zimne i niesmaczne. A jak zamawiam, bo mam gości, to przecież nie będę odgrzewał pięciu czy sześciu porcji, bo zwyczajnie nie mam ku temu możliwości kuchennych. Nie mam też ochoty testować jakości dowozu kolejnej restauracji, bo kosztuje mnie to za dużo nerwów (mój rekord to dwie godziny czekania, trzy telefony i finalnie skasowanie zamówienia przez restaurację). Pojawiła się więc nisza i kwestią czasu było jej zapełnienie.

Uber Eats Uber Alles
Pomyślmy tylko, kto ma prawie gotową aplikację, gotową flotę samochodową i zmysł biznesowy otwarty na nowe możliwości? W 2014 roku powstaje Uber Fresh, przemianowany potem na Uber Eats. Do Polski wchodzi w 2017 roku i klienci mają jeszcze wygodniej. Podczas gdy działające klasycznie Pyszne i Pizzaportal muszą opierać się na dostawcach restauracji zgromadzonych na platformach, Uber ma swoją ekipę kurierów ii może zaoferować dużo szybszy czas dostawy.

Nic więc dziwnego, że Polacy coraz chętniej korzystają z tego rozwiązania. W tej chwili w miastach, w których Uber Eats działa, ma w ofercie ponad tysiąc lokali, oferującej praktycznie wszystkie kuchnie i smaki świata. Czas dostawy z reguły nie przekracza 30 minut. Na dodatek w aplikacji na bieżąco widzimy, którędy aktualnie zasuwa dostawca. No i najważniejsze – Uber Eats dowiezie nam jedzenie z restauracji, która nie ma dowozu własnego. To niesamowite ułatwienie dla klienta, który nabrał akurat ochoty na Big Maka z frytkami i duża wygoda dla lokalu, który nie musi się przejmować transportem a wyłącznie jakością potrawy.

Dostarczaj albo giń
Dla dobrze zorganizowanej i sprawnie działającej restauracji, realizacja zamówień na wynos nie będzie kwestią „być albo nie być”, ale może stanowić bardzo przyjemny bonus. Dostawa rozszerza ofertę, tworzy nową grupę klientów i może generować dodatkowe zyski. Co jednak robić, gdy lokal nie ma opcji dostawy? Może zacząć tworzyć własną logistykę. Zatrudnić dostawcę z samochodem, płacić mu, wymyślić własny system dowozu. Tylko co czynić w sytuacji, gdy w ciągu kwadransa spłynie pięć zamówień na wynos? Jeden dowoziciel się nie wyrobi, choćby potrafił latać. I właśnie wtedy klient czeka na dostawę ponad dwie godziny. No to jak myślicie, zamówi tam jeszcze kiedykolwiek jedzenie? Nie wspomnę nawet o sytuacji, w której kierowca ma awarię samochodu albo zdrowia, bo wtedy system wali się kompletnie.

Dlatego wygodniej zlecić dowóz na zewnątrz. Ot, choćby firmie Stava, która obstawia wyłącznie ostatni element składający się na zamówienie jedzenia na wynos. Stava ma wiedzę, jak dobrze dowozić, więc restaurator nie musi się martwić o rzeczy, na których się przecież nie musi znać. Za określoną stawkę przekazuje dowóz firmie zewnętrznej i ma święty spokój. W trójkącie klient-restauracja-dostawa wygrywają wszyscy, chociaż oczywiście niektórych kosztuje to trochę więcej pieniędzy.

Quo vadis branżo?
W tej chwili sytuacja wygląda następująco: duże agregatory lokali nie mają własnej logistyki i opierają się na dostawach realizowanych przez restauracje. Firmy logistyczne wożą jedzenie tym lokalom, które nie mają swoich dostawców. Pośrodku tego wszystkiego działają hybrydy typu Uber Eats, który z jednej strony jest agregatorem, a z drugiej firmą logistyczną. Zatem na logikę system powinien zatem migrować w stronę dużych agregatorów z rozbudowanym transportem własnym. Czyli model Uber Eats na dopalaczach.

No dobra, a gdzie w tym wszystkim restauratorzy? Nie czarujmy się, to wszystko jest biznes i trudno oczekiwać sentymentów. Platformy i firmy logistyczne będą grały pod siebie, bo dla mocnego zawodnika, obsługującego kilka tysięcy lokali, zerwanie współpracy z kimś, komu się układ nie podoba, nie będzie stanowiło problemu. Na razie na szczęście nie ma sygnałów, że współpraca z Pyszne, Pizzaportalem, Stavą czy Uber Eats zrujnowała komuś biznes. I dopóki w obrotach lokalu najważniejszą pozycją budżetową są goście przy stolikach, nie powinno dziać się źle.

Na co komu stolik?
We wstępie rzuciłem kryptyczne zdanie o dark kitchen. To stosunkowo nowy pomysł, który z powodzeniem przyjął się na kilku rynkach światowych i powoli wchodzi do Polski. Po co otwierać lokal, zatrudniać kelnerów, kucharzy, pomocników kucharzy i płacić za wynajem powierzchni, gdy można otworzyć wirtualną restaurację? Czy to nie fantastyczny pomysł biznesowy? Sama kuchnia, która przygotowuje posiłki dostępne wyłącznie w dostawie? Klientowi nie robi różnicy, czy obsłuży go restauracja rzeczywista, czy nieistniejąca, ma być smacznie, niedrogo i dowiezione na czas. W Warszawie w sierpniu b.r. wystartował taki projekt. Nazywa się Aroha Bowl i oferuje nowozelandzkie poké bowl wypełnione ryżem aroha, warzywami i owocami morza. Jest też opcja wegańska.

W Wielkiej Brytanii pomysł realizuje Deliveroo, w Stanach nowojorska Green Summit Group. Możliwości są nieograniczone. Przecież jedna kuchnia, która nie ma na głowie zamówień ze stolików, może na kilku stanowiskach przygotowywać sushi, dania kuchni polskiej, włoską pizzę, jedzenie wegańskie, kurczaka tikka masala i gulasz wołowy.

I co jeszcze wymyślicie?
Z dietą pudełkową zetknął się chyba każdy, kto próbuje się odchudzać albo nie ma czasu na gotowanie, a nie chciałby żywić się wyłącznie produktami od Pana Kanapki. W tej chwili firm oferujących catering dietetyczny jest na naszym rynku około 400. Nie jest to najtańsza zabawa, któregoś dnia usiadłem i policzyłem, że w sensownej ofercie wydawałbym miesięcznie o 500 złotych więcej na osobę niż kosztuje mnie to obecnie. I mówię wyłącznie o jedzeniu od poniedziałku do piątku. Weekendy mam zbyt nieprzewidywalne, żebym ryzykował zamawianie jedzenia, które miałoby się marnować. Jednak po liczebności firm oferujących takie rozwiązania widać, że chętnych nie brakuje.

Niektórzy idą jeszcze dalej i zamiast gotowego posiłku możemy sobie zamówić składniki niezbędne do jego wykonania. Firma Just Chopped oferuje odmierzone i odważone produkty, dzięki którym możemy samodzielnie ugotować proste acz efektowne potrawy. W zestawie o nazwie grillowane żeberka z miodem i warzywami znajdziemy żeberka, odpowiednią przyprawę do mięsa, miód, sos sojowy, kolby kukurydzy, ziemniaki i ketchup. Sól, oliwę, patelnię i miskę musimy zorganizować we własnym zakresie. Jedno kliknięcie przerzuca nas do strony z przepisem, w którym krok po kroku, w prosty sposób mamy wyjaśnione co i w jakiej kolejności robić. Porcja jest obliczona na dwie osoby.

Zalety takiego pomysłu? Koszt porównywalny z ceną posiłku na mieście, świeże składniki, odmierzone ilości, dzięki którym niczego nie wyrzucamy, dostawa pod drzwi, wygoda. Wady? Jest pewnie drożej niż gdy sami robimy zakupy. No i nie jest to opcja dla kogoś, kto wszystko kupuje u zaprzyjaźnionego rolnika i dba o wysoką jakość tego, co wkłada do garnka.

Właśnie, à propos zaprzyjaźnionego rolnika. Na platformie Rano Zebrano, możemy zamówić świeże produkty z lokalnych gospodarstw rolnych. Z dostawą do domu. Dzięki wycięciu całego łańcucha pośredników, oferowane ceny są całkiem sensowne i możemy mieć na stole zerwane poprzedniego dnia pomidory taniej, niż gdybyśmy je kupili na jednym z modnych bazarów. Nawet uwzględniając koszty dostawy.

O projektach typu Frisco czy Szopi nawet nie wspominam, bo znają i lubią je wszyscy. Zresztą zakupy przemysłowo-spożywcze z dostawą do domu są obecnie tak popularne, że czasami na parkingu pod moim blokiem stoi więcej dostawczaków niż samochodów lokatorskich.

Klient oszołomiony
Jak widać, rynek dostaw jest wszechstronny i bogaty. Nam, jako konsumentom, pozostaje jedynie wyciągnąć portfel i wybrać coś dla siebie. Na naszych oczach dzieje się kolejna (r)ewolucja. Komórki zlikwidowały problem „nie ma mnie pod telefonem, dzwoń wieczorem”. Internet rozpuszczony w powietrzu pozwolił nam na ciągłe przebywanie w sieci. Amazon zmienił fundamentalnie to, jak kupujemy w sieci. Uber przeorał rynek taksówek, Facebook i Instagram pozwolił transmitować swoje życie na żywo, a Netflix dał natychmiastowy dostęp do całych sezonów serialowych i wykreował zjawisko binge-watchingu. Wybaczcie, że piszę takie truizmy, ale te wszystkie rzeczy w sposób mniej lub bardziej zauważalny zmieniły nasze życiowe nawyki. Rewolucyjne pomysły spowodowały ewolucyjne zmiany. Dzisiaj opowieści o tym, jak to z siecią łączyliśmy się przy pomocy modemu a na premierę serialu w Polsce czekaliśmy dwa lata, brzmią jak rasowe science fiction. A mówimy tu o rzeczach, które działy się ledwie 20 lat temu. W sumie jedno pokolenie.

To, co dzieje się na szeroko rozumianym rynku dostaw jedzenia kreuje nowe trendy i powoli, ale skutecznie modyfikuje nasze postawy i przyzwyczajenia. I być może za 10 lat, odbierając klucze od nowego mieszkania, zadysponujemy tylko stanowisko pod ekspres do kawy. Bo jedzenie ktoś nam dostarczy pod drzwi.

 
Categories

Haki na growth hacking. Czy to jeszcze działa?

W sieci mamy prawdziwy wysyp ofert dla osób, które mają zajmować się w firmach growth hackingiem. Chociaż idea szukania myków na błyskawiczny wzrost dotarła do nas późno, to całkiem nieźle się zadomowiła.  Bo dlaczego nie spróbować, jeśli taki internetowy magik może wskazać nam drogę na skróty do milionów klientów?

Growth hackingiem branża internetowa po raz pierwszy zachłysnęła się w 2010 roku zachęcona sukcesami takich firm jak Facebook, Uber, Airbnb czy Dropbox. Wszystkie one osiągnęły błyskawiczne sukcesy liczone w milionach użytkowników bez gigantycznych budżetów marketingowych Jak to zrobiły? Przeanalizowały sposób, w jaki korzystamy z sieci, rozłożyły na czynniki pierwsze to, co decyduje o popularności treści w serwisach społecznościowych oraz wyszukiwarkach i skupiły się na danych, które można o nas w internecie zebrać. Miks tej wiedzy pozwolił im nie tyle “wynieść biznesy na nowy poziom”, co wystrzelić je w kosmos.

No właśnie, dane. Dzisiaj już większość decyzji biznesowych jest opartych o internetowe dane, analitykę, strategie “data driven”. Trudno to sobie wyobrazić, ale nie tak dawno nie mieliśmy dostępu do takiej ilości informacji, ani pomysłu jak z nich korzystać. To właśnie growth hacking postawił dane zbierane w internecie w centrum działań produktowych, marketingowych i sprzedażowych. Okazało się, że pozwalają one na bieżąco obserwować, które działania przynoszą duże wzrosty w krótkim terminie.

Jeden z najlepszych growth hackerów w Dolinie Krzemowej i założyciel Growth.ly Justin Wu studiował architekturę informacji, a przygodę z biznesem w sieci zaczynał w wieku 14 lat od sprzedawania kart z Pokemonami na eBayu. Bawił się w tradycyjny arbitraż: kupował tanio, sprzedawał drożej. Potem robił własne strony internetowe, też z kartami.

Pierwszym jego  growth hackingowym odkryciem był Google AdSense, dzięki któremu zaczął zarabiać w internecie konkretne pieniądze. Budując własne startupy, zrozumiałem jedno: to jak dobry jest mój produkt czy usługa nic nie znaczy, jeśli nie uda mi się z nią dotrzeć do klientów. Skupiłem się więc przede wszystkim na dystrybucji – wspomina początki. Zaczynał w Seattle, gdzie bardzo trudno było znaleźć inwestora. Growth hacking w jego wypadku wynikał z potrzeby zbudowania dystrybucji bez kasy.

Biznes na skróty
Growth hacking to szukanie drogi na skróty po to, żeby firma w rok odnotowała taki wzrost, na który  w normalnych warunkach pracowałaby dziesięć lat. Tutaj wszystko ma być szybciej, sprytniej i taniej. Do kanonu growth hackingu weszły m.in. sposoby taniego i szybkiego rozwoju produktów przy pomocy internetowych narzędzi takich jak testy A/B, landing pages, virale, automatyzacja komunikacji czy wykorzystanie kodu do celów marketingowych.

  • TESTY A/B
    Eksperymentowanie to nieodłączny element growth hackingu. Testy A/B mogą być na przykład inteligentnym sposobem  sprawdzenia skuteczności komunikatów marketingowych. Niektóre treści skłaniają użytkowników do wejścia na nasze strony, inne działają słabiej. Wypuszczając obie wersje przekazu w ocean internetu, możemy niemal natychmiast wyłowić te, które najlepiej przekładają się na konwersję internautów w klientów. To prawdziwy przełom, biorąc pod uwagę fakt, że kiedyś skuteczność ocenialiśmy po miesiącach od wypuszczenia kampanii. Dzięki testom A/B możemy też sprawdzać, czy nasze produkty internetowe są dobrze zaprojektowane – wedle zasady, że najlepsze rozwiązania podpowiadają sami użytkownicy. Kiedyś słono płaciliśmy za takie badania rynku.
  • LANDING PAGES
    Dziś wydaje się to oczywiste, że użytkownik w sieci powinien trafić na stronę konkretnej usługi. Landing page to odpowiednik sklepowej witryny. Jeśli uda nam się zachęcić nią klienta do wejścia do sklepu, to jesteśmy bardzo blisko sukcesu. Stąd tylko kilka kliknięć dzieli go od zakupu. Trochę nam zajęło ogarnięcie tego w sieci.
  • VIRALE
    Dobry viral jest w sieci jak plotka. Potrafi dotrzeć do zaskakująco dużej liczby internautów. Umiejętne wykorzystanie mechanizmów rozprzestrzeniania się treści w sieci pozwala zaoszczędzić spore kwoty, które musielibyśmy zainwestować w internetową reklamę.
  • AUTOMATYZACJA
    Automatyzacja e-maili i komunikacji na platformach społecznościowych to był krok milowy dla wielu firm (np. Airbnb). Growth hacking idzie często na ilość, nie za bardzo martwiąc się o jakość (szczególnie materiałów marketingowych). Automatyzacja mailingów i postów na Facebooku, Twitterze, LinkedIn czy też zawiadywanie komunikatami z jednego miejsca,  pozwoliło docierać z ofertą do ogromnej liczby potencjalnych klientów w krótkim czasie. I nawet jeśli procent osób, które zainteresowały się produktem był niewielki, to przy tak ogromnym zasięgu, zapewnił szybki wzrost wielu internetowym firmom.
  • POZYCJONOWANIE, OPEN GRAPH
    Growth hacker to ktoś, kto łączy kompetencje marketingowca z programistą. Dzięki umiejętnemu zastosowaniu na przykład Facebookowego protokołu mikrodanych (OpenGraph) już na poziomie kodu można znacznie poprawić widoczność swoich produktów w sieci.  Każdy serwis społecznościowy czy platforma ma swoją logikę prezentowania treści przełożoną na język algorytmów. Kto je zna, ten może zhackować system i – umiejętnie dostosowując kod i treści – zainteresować swoimi produktami i usługami wielu nowych klientów.

To co wczoraj było w growth hackingu kurą znoszącą złote jaja, jutro będzie zgniłym jajem. Obowiązuje zasada “kto pierwszy, ten lepszy”. Haki są skuteczne dopóki zbyt wiele osób nie zacznie ich stosować. Cała zabawa w growth hacking polega na tym, żeby próbować nowych sposobów i kanałów, bo w sieci ciągle pojawiają się nowe możliwości. Powstają tam, gdzie są internauci. I tak na przykład świetnym źródłem leadów stał się niedoceniany przez lata Instagram. Growth hackerzy na całym świecie próbują znaleźć sprytny sposób, który pozwoli zbudować  tam jak największy zasięg bez wydawania kasy na reklamę.

Jedno trzeba przyznać: to właśnie idea growth hackingu spowodowała wysyp produktów i usług, które istnieją wyłącznie w głowach pomysłodawców. Minimalizowanie kosztów jako naczelna zasada sprytnego hakowania wzrostu doprowadziła twórców do konkluzji, że nie opłaca się budować produktów, dopóki nie ma na nich klientów. “Fake it before you make it” stało się częścią tej zabawy. “Jeśli produkt nie jest gotowy, po prostu narysuj go w Photoshopie i wstaw na landing page” – radzi spryciarz z Growth.ly. Czy to etyczne? Średnio. Opłacalne? Bardzo.

 
Categories

Cztery piwka na stół? Milenialsi mówią “niekoniecznie”

Na określenie kursu, na którym znajdują się ostatnio milenialsi, Amerykanie mają ładne określenie. Killing spree tłumaczy się różnie, może to być morderczy szał, szał zabijania albo seria zabójstw. Tym razem milenialsi przetoczyli się walcem przez rynek piwny. Rozumiecie? Nie interesuje ich małe jasne z pianką. Granice zezwierzęcenia zostały przekroczone.

Z nieba leje się żar, powietrze o gęstości melasy stoi w miejscu i oblepia wszystko, wentylatory nie nadążają go mielić, takie jest gęste. Czy w takiej sytuacji może być coś lepszego od kufla zimnego piwa? Okazuje się, że a i owszem. Młodzież nie chce pić browara, zamiast tego wybiera wino i lepkie drinki. Ich decyzje łatwiej zrozumieć, gdy mówimy o amerykańskim piwie, ale mimo wszystko, źle się dzieje w państwie duńskim.

Rok 2017 przyniósł amerykańskiej branży piwnej dotkliwe ciosy. Penetracja rynku w stosunku do roku poprzedniego zmalała o 1 proc. Piwa rzemieślnicze zbierają coraz większy kawałek sprzedaży i wartościowo ich sprzedaż wzrosła o 5 proc. Sprzedaż piwa z importu podskoczyła o 3,2 proc. Pomimo tych wzrostów, cały rynek spadł o 1,2 proc. Niby nic, ale pamiętajmy, że rozmawiamy tutaj o przemyśle, który w ubiegłym roku był wart 111,4 miliarda dolarów. Co oznacza, że gdzieś się zapodziało 1,34 mld.

Strzał po kieszeni jest bardzo dotkliwy, zwłaszcza w sytuacji, w której branża utrzymuje się na powierzchni głównie dzięki potężnym budżetom reklamowym. Z moich estymacji wynika, że amerykańscy producenci piwa wydali na reklamę w samym USA w 2017 roku około 1,5-2 mld dolarów. Badania wskazują, że reklama nie zwiększa spożycia, buduje natomiast świadomość marki i kreuje przyzwyczajenia konsumpcyjne. Okazuje się, że całe te wydatki psu na budę, bo milenialsi preferują krafty, które najczęściej są produkowane przez lokalnych przedsiębiorców. Tych nie stać na reklamę, ale w sprzedaży pomaga im moda. Korzystają więc z niej ile sił i koszą coraz większy pieniądz. Wspomniałem wcześniej, że wartościowo sprzedaż piw kraftowych skoczyła o 5 proc. Nie powiedziałem natomiast, że krafty mają w tej chwili 23,3 proc rynku piwa w Stanach.

To nie koniec. Miliardy wydane na tworzenie świadomości marki są w przypadku milenialsów pieniędzmi straconymi. Ci niewdzięczni gówniarze oglądają reklamy, po czym wykazują skrajną niewdzięczność i gdy przychodzi do zarekomendowania komuś piwa (a wiemy, jak ważne są testimoniale i rekomendacje znajomych), praktycznie nie wskazują piw koncernowych. Nic tylko krafty i krafty. Ewentualnie koncerniaki zamaskowane jako piwa rzemieślnicze. Taka ciekawostka, milenialsi chętniej niż reszta populacji polecali takie marki jak Stella Artois, Dos Equis XX czy Shock Top. Te nazwy brzmią bajerancko, w odróżnieniu od Budweisera, Heinekena, Coorsa czy Millera, które ewidentnie nie są piwami z ich bajki.

Skoro więc nie chcą pić taniego piwa, co teraz kręci młodzież? Wybaczcie kiepski kalambur, ale to pokolenie winne. Ostatnie badania rynku w USA pokazują, że 79 milionów milenialsów wypiło w 2015 roku 159,6 mln skrzynek wina. Amerykańskie miary muszą się oczywiście różnić od ludzkich, więc wam to przełożę – 159,6 mln skrzynek to 1,92 mld butelek albo 1,44 mld litrów wina. Milenialsi odpowiadają za 42 proc. spożycia wina w Stanach.

A że chętniej sięgają po wino z plastikowymi zatyczkami, zakrętkami albo w kartonach, prawie zabili segment produkujący korki do wina.

A co u nas? Wiadomo, młodzież gardzi koncernowymi piwami, bo jakoś się trzeba wyróżniać. A że przy okazji większość popularnych piw nie nadaje się do picia, mają łatwiej. Nie przekłada się to jednak na wyniki branży. Trzech największych producentów podzieliło miedzy siebie 83 proc. rynku wartego w ubiegłym roku 15,5 mld zł. Polacy piją od kilku lat tyle samo, średnio po 99 litrów rocznie na osobę, co daje nam czwarte miejsce w Europie. Pod względem produkcji zajmujemy w UE miejsce trzecie. Oraz okazuje się, że jesteśmy jednak tradycjonalistami i sięgamy po marki znane i lubiane od lat. Piwa rzemieślnicze mają w Polsce 0,5 proc. rynku. I chociaż to dalej około 75 mln złotych, to jednak krafty, pomimo dynamicznych wzrostów, nie zrobiły u nas szalonej kariery.

Wino sprzedaje się bardzo dobrze wśród milenialsów, ale z rynkiem wartym w ubiegłym roku 2,6 mld złotych ma jeszcze sporo do nadrobienia.

I znowu okazało się, że nasi milenialsi nie są zbyt skuteczni w swoim morderczym szale. W Polsce do śmierci piwa droga daleka, za bardzo nam małe jasne smakuje.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Mówią, że wszystko ma swoją cenę

Czym jest cena wiedzą wszyscy. To ta cyfra napisana na kawałku papieru, która jest zawsze za duża. I w sumie to prawda. My jednak jak zwykle nie pójdziemy na aż taką łatwiznę i zapoznamy się z innymi sprawami związanymi z tematem.

Definicyjnie sprawa jest prosta, cena to określona wartość wyrażona w pieniądzu, będąca równowartością danego dobra. Kupujący musi sprzedającemu zapłacić równowartość ceny, dla sprzedawcy cena stanowi źródło przychodu. O czym jeszcze musimy pamiętać, rozważając o cenach?

Warto mieć świadomość, że wyznacza ona taką wartość dobra, przy której zarówno nabywca, jak i sprzedawca chcą dokonać transakcji. Co oznacza również, że ceny koordynują decyzje rynkowe podejmowane przez nabywców i sprzedawców. Jak być może pamiętamy z odcinków o podaży i popytu, wyższe ceny skłaniają do produkcji, zmniejszają zakupy i kreują podaż. Z kolei niższe pobudzają kupujących, chłodzą produkujących i tworzą popyt.

W modelowej gospodarce wolnorynkowej ceny kształtują się samoistnie. Im wyższy popyt na dobro, tym wyższa cena. Wiadomo, jeżeli znajdziemy dwustu chętnych na coś, czego można wyprodukować tylko sto sztuk, kupujący będą chcieli płacić więcej. I znowu, jeżeli mamy stu chętnych do zakupu a towaru jest dwieście sztuk, ludzie będą jednak czekać na obniżkę ceny. Będzie ona zgrywać się z podażą i popytem do tego momentu, w którym zostanie osiągnięty punkt równowagi. Producenci produkują dokładnie tyle, na ile jest popyt a wszystkie transakcje zachodzą po optymalnej cenie. No ale to oczywiście model, bo w rzeczywistości mechanizm kreowania cen jest dużo bardziej skomplikowany.

Sprzedający ustalają ceny w oparciu o następujące czynniki:
– strukturę kosztów firmy
– ceny konkurencji
– pozycję konkurencyjną firmy
– strategie marketingowe
– sytuację gospodarczą na rynku
– zdolności produkcyjne

A my, kupujący, albo zaciskamy zęby i płacimy, albo mówimy „nie, to przegięcie” i idziemy kupić tańszy produkt z Chin.

Na koniec wspomnę o funkcjach cen. Pierwszą już sobie ustaliliśmy na wstępie, jest to informacja.
Dzięki cenie możemy określić wysokość swoich dochodów. Informuje nas ona, ile ubędzie nam w portfelu, gdy kupimy telewizor Super Ultra HD z zakrzywionym ekranem. Z kolei sprzedawca, dzięki cenom wie o ile wzrośnie jego przychód po takiej udanej sprzedaży.

Funkcja redystrybucji. Z jednej strony cena jest narzędziem podziału dóbr i usług. Z drugiej służy również do przesuwania dochodów z naszej kieszeni do sakiewki przedsiębiorcy, ale też i do budżetu państwa. Państwo ma do dyspozycji potężne narzędzia redystrybucji – podatki, cła czy dotacje. Dzięki odpowiednio ukształtowanym cenom, transfer ten odbywa się dzień i noc.

Funkcja stymulacyjna. O tym też już pokrótce wspomniałem. Gdy cena jest niska, przedsiębiorcy ograniczają produkcję a klienci chcą kupować. Przy cenach wysokich, popyt spada a rośnie podaż. No i pamiętajmy, że jeżeli przedsiębiorstwo ma ustalony poziom kosztów stałych, wzrost ceny zwiększa opłacalność produkcji. Czasami nawet nie opłaca się zwiększać produkcji, tylko podbić cenę. Oczywiście do poziomu, w którym sprzedaż pozwoli zachować albo zwiększyć poziom rentowności.

Na dużą skalę stymulacyjną funkcję ceny wykorzystuję państwo, zachęcając nas na przykład do kupowania określonych produktów (Dobre Bo Polskie).

W następnym odcinku omówię kolejny fascynujący aspekt ekonomii.

 
Categories

Sezon burz – aplikacje pogodowe

Za oknami gorąco i parno. Klimat się zmienia, pogoda wariuje, słychać już grzmot burzowych chmur. Według doniesień nad Polskę przesuwa się apokalipsa i potop z Niemiec.

Być może niektórzy z was odebrali w piątek około 13:30 dziwnego SMS-a o treści „Uwaga! Dziś gwałtowne burze, silny wiatr i ulewny deszcz. Miejscami grad. Unikaj otwartych przestrzeni, zabezpiecz dobytek. Śledź komunikaty pogodowe.”

Pomimo rozbrajającego kawałka o zabezpieczaniu dobytku, całość brzmiała dość złowieszczo. Sam dostałem ten tekst na dwie komórki w dwóch różnych sieciach. Po chwili guglania okazało się, że jest to pierwsze poważne wykorzystanie Alertu RCB, czyli systemu ostrzegawczego Rządowego Centrum Bezpieczeństwa.

Jak donoszą moje źródła, projekt ISOK, czyli Informatyczny System Osłony Kraju przed nadzwyczajnymi zagrożeniami, którego budowę rozpoczęto w 2010 roku, mógł być gotowy już cztery lata temu. No ale administracja centralna ma swoje potrzeby i z pieniędzy projektowych sfinansowała sprawy niecierpiące zwłoki, jak na przykład remonty. Prace przyspieszono rok temu, gdy podczas burzy na namiot harcerzy obozujących w lesie runęły drzewa, w wyniku czego zginęły dwie osoby a 20 zostało rannych. Pod koniec czerwca b.r. niektórzy odebrali SMS-a „Test Polska”, który chyba sprawdzał czy system działa, wczorajsza wiadomość była pilotażowa. Oficjalnie Alert RCB ma ruszyć 12 grudnia 2018 roku.

Na alert nie trzeba zapisywać, system działa tak, że osoby znajdujące się na obszarze potencjalnego wystąpienia niebezpiecznej sytuacji, mogącej zagrażać ich życiu, otrzymają wiadomość z opisem, lokalizacją i rodzajem zagrożenia i źródłem ostrzeżenia. To czy otrzymamy SMS-a nie zależy od tego, u jakiego operatora mamy numer, ustawa o prawie telekomunikacyjnym nakłada na wszystkich operatorów obowiązek niezwłocznego rozesłania tego typu komunikatów na określonym przez RBC obszarze.

Jako ciekawostkę podam, że ten określony przez RBC obszar nie zawsze działa, bo SMS-y z ostrzeżeniem dostali moi znajomi przebywający w Tel-Avivie, Tallinie i na Łotwie.

Nie musimy się martwić o bezpieczeństwo swoich danych i o RODO. Jeżeli jesteśmy w zasięgu stacji bazowej znajdującej się na obszarze potencjalnego zagrożenia, odbierzemy wiadomość czy tego chcemy, czy nie. SMS jest bezpłatny, nie grożą nam żadne dopłaty za premium. Jeżeli jesteście zainteresowani tematem, odsyłam do FAQ systemu

Ostrzeżenie ma być wysyłane tylko w sytuacjach nadzwyczajnych. Co więc zrobić w sytuacji, gdy chcielibyśmy wiedzieć więcej o mniejszych burzach, bo akurat wywiesiliśmy pranie w ogrodzie? Oczywiście są do tego odpowiednie aplikacje. Przedstawię kilka, ale nie podejmę się zrobienia rankingu. Gdy zapytałem się użytkowników pewnego forum, która z nich jest najlepsza, niechcący rozpętałem gigantycznego flejma, który w chwili gdy piszę ten tekst, rozkręca się niczym klaster burzowy.

Blitzortung.org to w opinii wielu osób zainteresowanych tematem najlepszy serwis o burzach. Gromadzi dane z amatorskich radarów burz od użytkowników z całego świata. Strona wygląda bardzo ascetycznie, ale ponoć nie ma lepszej. Oficjalną aplikacją serwisu jest BlitzortungLive, której prostota jest zachwycająca i polecam ją z całego serca użytkownikom Apple’a.

Ponieważ nie ma jej na Androida, na telefony z tym systemem proponuję Blitzortung Lightning Monitor. Prościutki programik, zajmujący niecałe 2Mb miejsca, dzięki któremu mogę zobaczyć jaka burza zbliża się do miejsca mojego pobytu i z jakim natężeniem biją w tej burzy pioruny.

Storm Radar: Mapa pogody to aplikacja od The Weather Channel. Oferuje nam radar pogodowy o wysokiej rozdzielczości, prognozy pogody do 6 godzin, szlaki burzowe, czas rozpoczęcia burzy, jej siłę i dokładne informacje o jej parametrach (wiatr, grad, tornada, pioruny). No i oczywiście ostrzeżenia przed trudnymi warunkami atmosferycznymi.

Bardzo lubię agregaty danych, dlatego zaproponuję wam również Monitor Burz. Gromadzi on raporty pogodowe z Obserwatorzy.info, Blitzortung, Estofex i Sat24. Sami wybieramy źródło, dzięki intuicyjnej nawigacji szybko możemy porównać dane z różnych usług i uzyskać dokładną informację pogodową. Tak naprawdę to mamy cztery uproszczone aplikacje w jednej. Monitor Burz wygląda nieco archaicznie, ale robi robotę.

A na koniec serwis pogodowy, który jest po prostu bardzo ładny. Wejdźcie na stronę ventusky.com i w panelu po lewej kliknijcie zakładkę „Opady”. Podziękujecie mi później.