Categories

Wielki Brat patrzy, mały braciszek słucha

Niby się człowiek przyzwyczaił, że korporacje wchodzą mu w życie z brudnymi buciorami, ale okazuje się, że panowie w garniturach nie pokazali jeszcze wszystkiego, na co ich stać i nie powiedzieli swojego ostatniego słowa. Gwałt na naszej prywatności przybiera coraz bardziej niepokojące formy.

Jesteś kibicem. Instalujesz sobie oficjalną aplikację hiszpańskiej Primera Division. La Liga jest bardzo wygodna. Pozwala śledzić wyniki spotkań, prezentuje statystyki, składy, wiadomości i bardzo smakowite fotogalerie. Obejmuje nie tylko ligę hiszpańską, ale również 12 innych. Teraz, gdy skończyły się rozgrywki krajowe, możemy oglądać Mundial. Wszystko jest eleganckie, przejrzyste, czytelne, szybkie i w sumie nie byłoby się do czego przyczepić, gdyby nie jeden drobiazg.

Otóż twórcy aplikacji postanowili wykorzystać jej użytkowników jako nieświadomych swojej roli szpiegów. I zrobili to bardzo perfidnie.

Mam zwyczaj przeglądania, jakich dostępów potrzebuje aplikacja. I jeżeli mały programik, który ma mi mierzyć interwały, prosi o dostęp do mojego mikrofonu, kontaktów, aparatu fotograficznego i sms-ów, wiem że to prawdopodobnie jakaś szemrana opcja. Przyznam się jednak ze wstydem, że gdy instaluję aplikacje oficjalne, albo należące do szanowanych firm, moja czujność siada. W ten właśnie sposób pozwoliłem zaciągnąć Facebookowi moje kontakty telefoniczne.

Ludzie instalujący La Liga uwierzyli, że wszystko jest w porządku. I na tej wierze okrutnie się przejechali. Aplikacja wymagała dostępu do mikrofonu i geolokalizacji. Wbrew temu, co piszą jej twórcy, po drodze wcale nie pytała się, czy pozwalam jej to włączyć. Na obu urządzeniach, na których ją przetestowałem, zrobiła to domyślnie. I żeby te opcje wyłączyć, trzeba było poklikać w ustawieniach telefonu. Być może Hiszpanie mają jakieś inne wersje, w moim przypadku przyznała sobie domyślnie wszystkie uprawnienia.

A potem już leci z górki, bo sposób szpiegowania jest bardzo prosty. Idziesz do swojego ulubionego lokalu, bierzesz piwko, siadasz przy barze i oglądasz mecz swojej drużyny. A w tym czasie aplikacja słucha. I geolokalizuje. Następnie zaś do baru wpadają inspektorzy i walą domiary za nielegalną emisję meczu. Nieświadomie wsypałeś swoich kumpli tylko dlatego, że uwierzyłeś hiszpańskiemu PZPN-owi.

Federacja piłkarska tłumaczy się, że na nielegalnych transmisjach traci 150 milionów euro rocznie. I to właśnie z powodu hajsu La Liga włączyła funkcję szpiegowania. Oczywiście nie obyło się bez tradycyjnych w takich sytuacjach zapewnień, że wszystko odbyło się za wiedzą i zgodą użytkowników. Gdyż jak powszechnie wiadomo, wszyscy czytają warunki użytkowania aplikacji, zakładając że ktoś może zechcieć szpiegować przez nasze urządzenie.

Cała ta sprawa jest wyjątkowo obrzydliwa. Instalujemy w dobrej wierze aplikację od zaufanego dostawcy. I dostajemy takie kukułcze jajo. Sprawą ma zająć się hiszpański urząd ochrony danych. Jeżeli udowodni twórcom aplikacji poważne naruszenie prawa, może nałożyć karę w wysokości do 20 mln euro. Nie znam hiszpańskich uwarunkowań, ale mam nadzieję, że federacja zapłaci maksymalną kwotę.

Przy okazji warto wspomnieć o cudach, które dzieją się w App Store i Google Play. Gdy rano instalowałem aplikację na Androida i iOS, obejrzałem oceny z ostatniego tygodnia. Nie przesadzę, jeżeli powiem, że w obu przypadkach dominowały „jedynki”. Sprawdziłem je ponownie przed chwilą. W App Store nie ma praktycznie żadnej negatywnej recenzji, na Googlu zostały dwie. To się nazywa sprawne zarządzanie kryzysowe.

Aha, zapomniałem dodać. Federacja zapewnia, że szpieguje wyłącznie Hiszpanów i reszta świata może spać spokojnie. Ja tam nie wiem, ale i tak wyłączyłem aplikacji dostęp do mikrofonu i geolokalizacji. Tak na wszelki wypadek.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Cykle koniunkturalne

Gospodarka zmienną jest. Widzimy to na każdym kroku: zmienia się bezrobocie, kurs złotego czy inflacja. Czasami stopa życiowa nam rośnie, częściej spada. Dzisiaj przyjrzymy się temu, jak gospodarka się waha.

A waha się cały czas. Zmienna dynamika w obu kierunkach (bo może rosnąć, ale i spadać) przekłada się na wahania koniunkturalne. Gdy weźmiemy wahania koniunkturalne i skleimy je z grubsza chronologicznie, otrzymamy cykl koniunkturalny, o którym wam dzisiaj opowiem.

Zmiany cyklu mierzymy przy użyciu najważniejszych mierników gospodarczych. O niektórych pisałem w poprzednich tekstach, więc będzie trochę łatwiej. Te mierniki to inflacja (znacie), indeksy giełdowe (trochę znacie), bezrobocie (mam nadzieję, że nie zaznaliście), PKB, inwestycje, zmiany cen, wielkość eksportu i importu, zyski przedsiębiorstw i poziom zamożności społeczeństwa.

Wahania koniunkturalne dotyczą wszystkich otwartych gospodarek, przy czym warto pamiętać o tym, że nie muszą odbijać się w równym stopniu na wszystkich dziedzinach gospodarki. Kryzys, który uderzył w nas w 2009 roku spowodował na przykład rozkwit firm oferujących szybkie pożyczki, bez pytania o dochody i wnikania w historię kredytową. Chwilówki przeżyły prawdziwy boom, podczas gdy nasza gospodarka doznała nokautu.

Cykl, jak sama nazwa wskazuje, ma fazy.

Kryzys/recesja – pojawia się nadwyżka podaży, związana z likwidacją zapasów. Jednocześnie maleją inwestycje przedsiębiorstw. Powoduje to spadek zapotrzebowania na pracę. Rośnie bezrobocie, spada wynagrodzenie i ceny. Maleje produkcja i popyt, obniżają się zyski przedsiębiorstw, spada zapotrzebowanie na kredyt. Spadają ceny akcji, hamuje inflacja.

Depresja – kończy się ruch wskaźników w niekorzystnych kierunkach, ale pozostają one na niekorzystnych gospodarczo poziomach. Pamiętajmy, żeby nie mówić „kończą się spadki” w sytuacji, w której bezrobocie rosło.

Ożywienie – zaczyna się ruch w dobrym kierunku, gospodarka rozwija się. Jest to najczęściej związane ze spadkiem bezrobocia i wzrostem popytu, produkcji, inwestycji i płac.

Rozkwit – wzrost wyhamowuje, mierniki gospodarcze osiągają maksima (bądź minima, jak bezrobocie) i utrzymują się na korzystnym poziomie. Oczywiście nieuniknione i jak najbardziej naturalne są drobne zmiany, gospodarka to, jak już wiemy, dynamiczny twór.

Wymienione powyżej fazy dotyczą cyklu klasycznego. Współczesne cykle koniunkturalne upraszcza się do dwóch faz: kryzysu/recesji i ożywienia. Ich charakterystyki pozostają takie same, jak w przypadku cyklu klasycznego.

Cykle mają różną długość trwania. Naukowcy obserwowali je od lat i stworzyli ogólną charakterystykę.

Najkrótszym znanym cyklem gospodarczym jest cykl tygodniowy i znany jest jako „efekt poniedziałku”. Występuje na giełdach papierów wartościowych. Dla dużej ich części, w poniedziałek notuje się ujemne stopy zwrotu. Niektórzy badacze uważają, że występuje jeszcze krótszy cykl dzienny, i motywują to tym, że kursy rosną na pół godziny przed zakończeniem sesji.

Dłuższy jest 28-dniowy cykl handlowy, odkryty w latach 30. ubiegłego wieku na rynku pszenicy. Obserwuje się go na różnych rynkach, w tym giełdach. Najwyższe miesięczne stopy zwrotu obserwuje się w ciągu 3-4 pierwszych dni cyklu.

Następny cykl jest również cyklem krótkim i nosi nazwę cyklu Kitchina. Trwa od 3 do 4 lat, może dotyczyć zmian cen surowców, zapasów, cen hurtowych czy krótkookresowych stóp procentowych.

Dwa następne cykle, to cykle średnie.

Cykl Juglara trwa, w zależności od cytowanych źródeł od 6 do 11 lat. Jest związany z dekoniunkturą na rynku bankowym, zmianami inflacji, bezrobocia, inwestycji i PKB.

Cykl Kuznetsa, trwający od 15 do 23 lat, związany jest z segmentem budownictwa, wahaniami stopy wzrostu ludności oraz procesami migracyjnymi, determinowanymi przez zjawiska gospodarcze. Cykl ten nazywany jest czasami cyklem reinwestycyjnym.

Nieco dłuższe są cykle Kondratiewa. Trwają od 45 do 60 lat, ich głównymi przyczynami są innowacje, nowe odkrycia naukowe i techniczne, ale też wojny, rewolucje, wielkie migracje i spowodowane nimi zmiany demograficzne.

Ekonomia wyróżnia też cykle naprawdę długotrwałe.

Cykl Wagemana trwa ok. 150 lat i jest związany z kształtowaniem stóp procentowych. Najdłuższy cykl Wheelera, trwający ok. 500 lat ma związek z narodzinami i upadkami światowych imperiów.

Cykle możemy też podzielić z punktu widzenia zasięgu geograficznego. W takim ujęciu powiemy o cyklu światowym, regionalnym (UE, NAFTA) i krajowym.

Na koniec warto wspomnieć, że cykle o różnych długościach trwania mogą się na siebie nakładać. Fajnie jest, gdy kumulują się efekty ożywienia. Gdy jednak nałożą się na siebie kryzysy, wszyscy mamy problem.

 
Categories

Biznes sezonowy – marzenia kontra rzeczywistość

Jeśli chodzi o biznes sezonowy, szkoły są dwie. To może być pewny strzał. Coś, na czym nie da się nie zarobić. Jak tylko trafisz w niszę, po trzech miesiącach będziesz pławił się w hajsie, prestiżu i luksusie. Zbyt dużo huraoptymizmu? Więc urealnijmy to. Biznes sezonowy to ciężka praca, jeszcze ciężej zarobione pieniądze, nierzadko kończymy pod kreską. Ta wersja jest bliższa prawdzie, postaramy się wyjaśnić dlaczego.

Kalendarz nam sprzyja, dzięki niemu mamy okazję do robienia biznesu sezonowego przez cały rok, trzeba się tylko sprytnie na bieżąco przebranżawiać.

Cztery pory roku
Zimą mamy handel używanym sprzętem sportowym (narty, deski, wiązania, kijki etc.) i serwis. Do tego bogactwo towarów związanych ze świętami Bożego Narodzenia, tutaj dobór asortymentu pozostawiam waszej niczym nieskrępowanej wyobraźni.

Na wiosnę chowamy narty na zaplecze i wystawiamy rowery. Co ciekawe, możemy mieć w sklepiku na ekspozycji po sztuce każdego oferowanego modelu,a bieżące zamówienia realizować z magazynów importerów, odpada nam niebagatelny koszt wynajmowania ekstra powierzchni.

Lato to czas kompletnego szaleństwa. Możemy handlować praktycznie wszystkim, ludzie są tak rozluźnieni ładną pogodą, że kupią od nas nawet piasek nad morzem, byle ładnie opakowany. Lista pomysłów jest obszerna: możemy wypożyczać albo sprzedawać hamaki, meble ogrodowe, leżaki plażowe, duże parasole, materace, parawany, koce, karimaty, grille jednorazowe, podpałki, gotowe mięso na grilla, lody, gofry. Możemy otworzyć plażowe SPA – masaż oraz manipedi wymagają od nas tylko znajomości tematu.

Jesienią, gdy młodzież wraca do szkół, otwiera się przed nami świat piórników. Na kilka dni listopadowych możemy dotowarować się zniczami.

Z zupełnie innej beczki
Przy szczególnych okazjach możemy wstawić do wiaderka kilka bukietów ciętych kwiatów. Dni, w których połowa Polaków je kupuje mamy sporo: dzień kobiet, matki, walentynki, zakończenie roku szkolnego czy popularne imieniny.

W związku z wzrastającym patriotyzmem Polaków, możemy zaopatrzyć się w odpowiednio patriotyczną odzież, flagi, proporczyki, nakładki na lusterka samochodów i czapeczki. Okazji też mamy kilka: 1/3 maja, 1 sierpnia, 11 listopada i wszystkie mecze piłkarskiej reprezentacji narodowej rozgrywane w Polsce oraz podczas mistrzostw świata, Europy i spotkań eliminacyjnych.

No i na koniec marzenie połowy mężczyzn – własny lokal na plaży. Do tego pomysłu wrócę w dalszej części tekstu, gdy oddam głos człowiekowi, który na sezonowych lokalach zjadł zęby i zarobił trochę pieniędzy. Tymczasem zaś wróćmy do spraw przyziemnych.

Papierologia urzędowa
Jeżeli chcemy działać legalnie, taka działalność jest trochę bardziej skomplikowana niż „włożę do plecaka dwadzieścia opakowań kremu do opalania, zgrzewkę wody i pojemnik lodów, i zacznę handlować”.

Nie polecam prowadzenia tego typu biznesu bez działalności gospodarczej i odpowiednich pozwoleń tam, gdzie to jest wymagane. Brak wpisu do Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej (CEIDG) grozi grzywną albo więzieniem. Zlekceważenie takich nudnych tematów, jak prowadzenie ewidencji sprzedaży, rejestrów VAT, dokumentacji związanej z kasą fiskalną albo niewystawianie faktur/rachunków, grozi nam wysoką grzywną. Do więzienia za nielegal trafić trudno, ale za niedopatrzenie którejś z wyżej wymienionych formalności zapłacimy mandaty.

Dla przykładu, jeżeli nie będziemy prowadzić ewidencji sprzedaży i ewidencji księgowej, US samodzielnie oszacuje nasze dochody i kwotę należnego podatku. Nie łudźcie się, że ten szacunek będzie dla was łaskawy.

Warto pamiętać, że skarbówka bardzo chętnie kontroluje biznesy sezonowe, zwłaszcza te prowadzone w miejscowościach turystycznych. I nigdy nie możemy być pewni, czy ta miła pani, która kupiła od nas wisiorek z bursztynu nie jest przypadkiem Tajemniczym Klientem, tyle że z Urzędu Skarbowego.

To wszystko kosztuje
Nie zapominajmy również o początkowym wkładzie własnym. Potencjalnie najintratniejsze biznesy mają dość wysokie progi wejścia dla indywidualnego przedsiębiorcy. Próg wejścia oznacza bariery, które musimy pokonać. Czyli założyliśmy działalność, mamy wszystkie niezbędne kwity i księgową, która nam to ogarnie i teraz musimy zainwestować żywą gotówkę.

Używana maszyna do lodów? Znalazłem taką o wydajności 20 litrów na godzinę za 4,5 tys. złotych. Może gofry? Mam gofrownicę za 450 złotych, ale żeby nasz handel miał sens i szedł sprawnie, będziemy potrzebować ich trochę więcej. Może kręcenie waty cukrowej? Używka za 400 złotych jest do wzięcia na allegro. Albo kombinacja wata + popcorn? Już za 2 tysiące złotych mamy ładny, nowy komplecik. I na razie mówię o tanich rzeczach, bo foodtruck albo cokolwiek bardziej skomplikowanego to wydatek rzędu kilkunastu tysięcy złotych.

Do tego dochodzą koszty materiału do wyrobu naszych pyszności, niezbędne papiery i pozwolenia z Sanepidu (co też kosztuje) oraz opłaty za zajęcie kawałka terenu (jeżeli chcemy działać legalnie, do czego gorąco namawiam). Teraz możemy zacząć liczyć koszt jednej porcji i estymować naszą sprzedaż tak, żeby się to nam opłaciło. Niby nic skomplikowanego, ale żeby na koniec nie okazało się, że nikt nie jest zainteresowany porcją lodów za dychę.

Temat od kuchni
Do tej pory mówiłem o kwestiach papierologicznych i finansowych. Prowadzenie własnego biznesu sezonowego wiąże się jednak z innymi aspektami, które są pomijane, lekceważone albo w ogóle niezauważane.

Pozwolę sobie oddać głos gościowi jednemu z naszych programów HiCash Week. Przemysław Dziubłowski to współzałożyciel Cudu nad Wisłą, który zmienił brzeg rzeki i udowodnił, że da się tam robić rzeczy, które nie skończą się kompletną patologią i masowymi protestami mieszkańców.

Na lokal trzeba mieć pomysł od A do Z. Potrzebujemy ściśle określonego profilu naszej działalności. Chyba najistotniejsza, jeżeli chodzi o usługi, jest mocna specjalizacja. Dlatego trzeba starannie wyznaczyć grupę do której chcemy przemówić. Dobrze, jeżeli będziemy docierać do ludzi podobnych do nas samych, bo wtedy czujemy, czy to co robimy jest wiarygodne. No i musimy to lubić, gdyż praca w miejscu, które jest niezgodne z naszą naturą to męka.” – tłumaczy Dziubłowski.

Dużym wyzwaniem jest pogoda. Ona będzie determinować nasze decyzje dotyczące dodatkowych atrakcji. Jeżeli chcemy robić koncerty niebiletowane, musimy mieć plan awaryjny na wypadek burzy. Program, który tworzymy dokoła miejsca musi być spójny, bo mocno buduje jego tożsamość.

Bardzo istotna jest powtarzalność rzeczy, które realizujemy. Klient musi wiedzieć do czego wraca. Jeżeli w poniedziałek mamy stand up albo komediowe improwizacje, nie możemy przerzucać ich w następnym tygodniu na czwartek, a jeszcze w kolejnym na wtorek. Jeżeli gramy koncerty w piątek i sobotę, to niech to będzie piątek i sobota przez cały sezon. Zaskoczony i zdezorientowany klient, który myślał, że dzisiaj będą śmieszki a trafił na koncert jazzowy, nie będzie szczęśliwy.

Musimy pamiętać, że jeżeli otwieramy działalność sezonową i rekrutujemy ludzi, to nasza ekipa będzie tymczasowa. Przyjdą do nas zarobić, a jak zarobią odejdą gdzie indziej albo pojadą na Open’era. Dlatego trzeba poświęcić dużo uwagi podczas rekrutacji. A potem pilnować biznesu.

Od pewnej skali działania musimy zatroszczyć się o bezpieczeństwo naszych gości. Klient, który wie, że jest pod dobrą opieką, będzie do nas wracał.

A teraz książeczka czekowa do ręki i do dzieła.

 
Categories

Boty nasze wyborcze

Zaczęło się. Kampania do wyborów samorządowych nabiera tempa. I po raz kolejny w historii polskich elekcji do walki o głosy wyborców stają fałszywe konta, które w serwisach społecznościowych z zaskakującym zaangażowaniem rozsiewają polityczne treści. O prowokację łatwo jak nigdy, o sens coraz trudniej.

Specjalistka od wizerunku w sieci Anna Mierzyńska przeprowadziła analizę ilościową kont, które rozpowszechniały na Twitterze treści związane z najważniejszymi kandydatami na włodarzy stolicy w zbliżających się wyborach samorządowych (o stanowisko obok Jakiego z PiS walczy Trzaskowski reprezentujący PO). Następnie sprawdziła najaktywniejszych internautów opowiadających się po każdej ze stron. Okazało się, że sześć spośród dziesięciu najbardziej zaangażowanych po stronie Jakiego użytkowników to zautomatyzowane boty. Najbardziej aktywny z nich produkował 45 tweetów dziennie.

Po “akcji warszawskiej” temat botów w polityce (tzw. polibotów) nie czekał długo na odgrzanie, bo nie minęło kilka dni, a “Gazeta Polska” doniosła, że zautomatyzowane, zarządzane z jednego miejsca przekazy pochodzące z fałszywych kont wspierają na Twitterze przemysł futrzarski. Część z nich została założona w listopadzie ub. roku czyli właśnie wtedy, gdy do Sejmu trafił projekt zakazu hodowli zwierząt na futra.

To nie jest początek przygody polskiej polityki ze światem sztucznych kont w mediach społecznościowych – to na kampanii z 2015 roku uczyliśmy się, że algorytm w internecie może podszywać się pod osoby. Od tamtego czasu sporo wody upłynęło w Wiśle i w Potomaku, a spece od marketingu politycznego dostali kilka ważnych lekcji tego, jak się robi  współczesną kampanię przy wsparciu botów, trolli i fake newsów – z ostatnią kampanią prezydencką w Stanach na czele. Szykujmy się na najgorsze,

Prowokacja? Bardzo proszę
Jest jedna bardzo ważna cecha botów. O ile łatwo wyśledzić sieć sztucznych, głoszących jedną ideę i wspierających się wzajemnie kont, to bardzo trudno wskazać ich źródło. Do tej pory politycy wykorzystywali tę słabość w kampaniach w mało wysublimowany sposób: rozprzestrzeniali pochwały na swój temat i szykany na temat politycznych przeciwników. Ale  w miarę jak społeczeństwo staje się bardziej wyedukowane w temacie, schemat działania również będzie się zmieniał, i aż kusi użycie botów jako narzędzia prowokacji.

Wystarczy kupić skromną, wartą kilka tysięcy złotych kampanię przeprowadzoną przez boty na korzyść swojego oponenta. Najlepiej, żeby była kwadratowa w przekazie i na kilometr zalatywała podpuchą. Potem temat sztucznych kont wystarczy umiejętnie podsunąć i wykorzystać fakt, że o źródle kampanii realizowanych przez boty wnioskujemy tylko po treści przekazu. Jeśli będzie wychwalała naszego przeciwnika, wykrycie podstępu stanie się praktycznie niemożliwe – tak przynajmniej twierdzą spece z Oksfordu, którzy nad propagandą w sieci pracują w specjalnie powołanym do tego zespole.

Facebook chce zapobiegać takim praktykom m.in. przez konieczność wskazywania zlecającego kampanie reklamowe o treściach politycznych. Wprowadzenie zmian technologiczny gigant zapowiadał już w styczniu, ale sprawdziliśmy to – w polskiej wersji serwisu jeszcze nie działa. No i zmiana dotyczy tylko treści płatnych, więc nie dotyczy sztucznych kont, z których nadają boty.

To tylko automatyzacja?
Nie wszystkie próby wykorzystania technologii do komunikacji w kampanii wyborczej muszą polegać na manipulacji – zaznaczają spece z Oksfordu. Pojawiają się też głosy, że wykorzystanie botów do komunikacji politycznej to po prostu automatyzacja działań, które w polityce wykorzystywane są od lat.

Czym różnią się wykrzykujące zaprogramowane hasła boty od ludzi spędzanych na wiece, polityków recytujących mantry partyjnych “przekazów dnia” czy internetowych słupów wykorzystywanych dotąd w kampanijnych szeptankach? Na pewno spece od kampanii wyborczych nie wymyślili niczego nowego. Po prostu wykorzystali nowe narzędzia do zwiększenia zasięgu starych sztuczek.

W czym więc problem? Internetu żal. Jaki sens ma dla przeciętnego użytkownika branie udziału w dyskusjach w sieci zaspamowanych przez roboty? Może użytkownicy też powinni zautomatyzować swoje aktywności w mediach społecznościowych i zaprogramować sobie boty tak, żeby wypowiadały się na kilka interesujących ich tematów, na przykład “globalne ocieplenie”, “weganizm”, “legalizacja marihuany”, i pójść sobie na spacer.

Świetny pomysł, prawda? Moglibyśmy zabierać głos, jednocześnie nie biorąc udziału w debacie. Jaka oszczędność czasu! Tylko, czy gdy już to wszystko zoptymalizujemy i zautomatyzujemy to będzie to miało jakikolwiek sens? W zrobotyzowanym świecie komunikacji już nikt nikogo do swoich racji nie przekona, bo nikt nikogo nie będzie miał szansy wysłuchać. Tak będzie wyglądał koniec publicznej debaty w internecie i koniec roli sieci jako współczesnej Agory.

Kłopot polega na tym, że nie umiemy teraz skutecznie wykrywać botów – nasz oręż jest skromny w starciu z armią sztuczniaków. Zanim więc nie wymyślimy jakiegoś zautmatyzowanego sposobu na wycinanie ich z publicznej debaty, jesteśmy skazani na ręczne zgłaszanie wszystkich podjerzanych kont. Co Wam podczas najbliższej kampanii wyborczej serdecznie polecam.

 
Categories

Finansowi giganci prognozują, kto wygra mundial w Rosji

To już niemal tradycja, że ekonomiści banków przed każdym piłkarskim turniejem przepuszczają przez swoje modele dane dotyczące drużyn i typują zwycięzców. Niektóre z tych modeli wskazują nawet, że Polska będzie czarnym koniem rozpoczynających się właśnie mistrzostw.

 

Oglądaliście film “Moneyball” z Bradem Pittem w roli głównej? To historia menedżera baseballu, który jako pierwszy w historii zaczął kompletować skład drużyny nie na podstawie rynkowej wyceny czy popularności graczy, ale na podstawie analizy statystycznej ich wyników z przeszłości. Jego asystent stworzył modele, które uwzględniały mnóstwo zmiennych (od liczby zaliczonych baz, po skuteczność odbicia piłki), nadawały im różne wagi i szeregowały zawodników według ich statystycznie najmocniejszych stron.

Tym sposobem na każdą pozycję dobierano optymalnego zawodnika i uzyskiwano skład, który zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa miał największą szansę na triumf. I choć na początku większość ekspertów kpiła z tej metody, uznając, że komputer nigdy nie zastąpi dobrego trenera czy łowcy głów, to później wspomaganie się takimi narzędziami podczas selekcji stało się normą. Nie tylko w baseballu, ale chociażby w piłce nożnej.

Sztab polskiej reprezentacji ma swojego szefa banku informacji, który analizuje przeciwnika pod każdym kątem i przekazuje piłkarzom szczegółowe dane na temat ich rywali. W analizie statystyk sportowych, podobnie jak w analizie danych giełdowych, można znaleźć swoją przewagę. Wiedzą o tym doskonale tytułowi giganci, dlatego przed piłkarskimi turniejami próbują zaadaptować swoje modele do sportowych danych i wytypować zwycięzców. Wiadomo oczywiście, że po drodze do finału wydarzyć się może mnóstwo rzeczy i układ sił może ulec zmianie, ale te prognozy zawsze cieszą się sporą popularnością, karmią rozpalone oczekiwania kibiców i są szeroko komentowane. Zobaczmy zatem do kogo zdaniem ekonomistów trafi puchar świata.

Bankierzy patrzą szklane kule
Zdaniem ekonomistów szwajcarskiego banku UBS, murowanym faworytem całego turnieju są nasi zachodni sąsiedzi. Używając modelu ekonometrycznego stosowanego przy selekcji akcji w departamencie inwestycyjnym, wyliczyli oni, że szansa na to, że Niemcy drugi raz z rzędu sięgną po puchar świata wynosi aż 24 proc.

Wiemy dużo o Mistrzostwach Świata, ponieważ FIFA podaje harmonogram gry, zasady turnieju i układ gier z wyprzedzeniem. Mamy dostęp do wielu danych i wiemy dużo więcej o tym, co chcemy modelować, niż w przypadku rynków finansowych – mówi Michael Bolliger, szef alokacji aktywów rynków wschodzących w UBS. Jego zdaniem, które poparte jest tworzeniem prognoz dla 10 ostatnich turniejów, jest kilka kluczowych zmiennych, które wpływają na skuteczność modeli predykcyjnych, w tym m. in. wyniki meczów kwalifikacyjnych w ostatnich 12-18 miesiącach (miara obecnej skuteczności), oceny Elo (ranking stosowany do określenia mocy reprezentacji narodowych w piłce nożnej), historyczne osiągnięcia drużyn (jako czynnik emocjonalny, wspierający pewność siebie zawodników), a także przewaga kibiców (najlepiej grać u siebie). Ponadto do modelu zawsze wprowadza się element losowy, by zostawić margines na niespodzianki.

Niestety w wynikach modelu UBS jest zła wiadomość dla nas. Otóż Dean Turner, ekonomista z UBS Wealth Management, uważa, że ​​Anglia powinna radzić sobie lepiej niż w poprzednim turnieju i ma 67 proc. szans na dojście do fazy ćwierćfinałowej. Zakładając, że to z Polską spotka się w 1/8, a taki scenariusz jest możliwy z uwagi na układ tabeli, to nasi zakończą przygodę w Rosji na czterech meczach.

Na Niemców stawiają też ekonomiści Commerzbanku, ale na tę prognozę należy patrzeć z przymrużeniem oka, bowiem niewykluczona jest tu pewna stronniczość. O tę ostatnią nie można posądzać bankierów z ING, bo Holandia nie dostała się na mundial. Analitycy „Śląskiego” prognozują, że na najwyższym stopniu podium będzie Hiszpania. Zastanawiam się tylko, czy panowie eksperci zdążyli uwzględnić w swoich modelach fakt, że w ostatnich dniach prezes hiszpańskiego związku piłki nożnej zwolnił selekcjonera – Julena Lopetegui’a. Ten ostatni podpisał bowiem kontrakt na trenowanie Realu Madryt nie informując o tym wcześniej swoich szefów ze związku.

Jeszcze innego zwycięzcę, a mianowicie Brazylię, typują eksperci Goldman Sachs. Ponoć mocno przyłożyli się do swoich prognoz, bowiem wykorzystali algorytm sztucznej inteligencji, tworząc 200 tysięcy modeli i milion symulacji przebiegu turnieju. Szczegółowy przebieg fazy pucharowej według najbardziej prawdopodobnego scenariusza widać na obrazku poniżej (liczby przy drużynach to średnia liczba goli, jakie może zdobyć w meczu dana ekipa). Niestety także tutaj Polska kończy przygodę w 1/8 finału, odpadając po potyczce z Belgami.

Z bankierami Goldmana nie zgadzają się bankierzy innego giganta Citi. Ich zdaniem bowiem Brazylia odpadnie w półfinale, a więc powtórzy się historia sprzed czterech lat. Chociaż wątpię, by wynik był ten sam. Wówczas przecież Niemcy wbili Canarinhos aż siedem bramek i to na ich własnym terenie.

Chociaż każdy z wymienionych banków stosuje nieco inną metodologię, to widać wyraźnie, że w ścisłym gronie faworytów umieszczają w zasadzie te drużyny, które wymieni niemal każdy przechodzień, który interesuje się choć trochę piłką nożną. Mowa przecież o Brazylii, Hiszpanii i Niemcach, a więc o futbolowych gigantach. Nietrudno typować te drużyny, nawet w ciemno, bowiem to one sięgały po puchar w pięciu na siedem ostatnich turniejów. Jako „giełdziarz” pokuszę się więc o tezę, że całe te skomplikowane algorytmy dają wynik podobny do wyniku prostej metody mówiącej, że „trend is your friend”. Skoro w ostatnich latach triumfowały właśnie te trzy ekipy, to i teraz mają najwyższe szanse na powtórzenie sukcesu.

Polska czarnym koniem
Z punktu widzenia polskiego kibica najciekawsze predykcje przeprowadzili ekonomiści japońskiego banku – Nomura. Ich symulację widać na poniższym obrazku.

W tym scenariuszu Polska dociera aż do półfinału, a więc powtarza sukcesy z pamiętnych lat 1974 i 1982. W walce o finał odpada niestety z Hiszpanią. Skąd taki optymizm w kwestii poczynań kadry Nawałki wśród japońskich bankierów? Okazuje się, że w swoich modelach zastosowali nieco inne podejście niż wyżej wymienione banki.

Zamiast skupiać się na modelach ilościowych opartych na rankingach, zastosowaliśmy bardziej jakościowe podejście, biorąc pod uwagę rozwój każdej drużyny, a także dokładnie analizując składy zespołów – piszą w raporcie. Bankierzy Nomury stworzyli wskaźnik mierzący tzw. momentum, czyli postęp na przestrzeni ostatnich czterech lat. W przypadku naszej drużyny faktycznie był on dość imponujący. W ładnym stylu awansowaliśmy do EURO2016 i dotarliśmy do ćwierćfinału, a następnie wygraliśmy eliminacje do mundialu w Rosji.

W zasadzie era Adama Nawałki to pasmo sukcesów, zwłaszcza jak porówna się ostatnie kilka lat do okresów poprzednich, gdzie w grupach eliminacyjnych nie mogliśmy pokonać takich ekip jak Macedonia czy Słowenia. Bankowcy Nomury zdają się to dostrzegać. W swoim raporcie wśród przewag naszego zespołu wymieniają m. in. wysokie miejsce w rankingu FIFA (obecnie ósme), dwunaste pod względem wartości miejsce zespołu wśród drużyn, które przyjechały do Rosji (wartość naszej kadry to 260 mln euro), skuteczny atak i dobrych bramkarzy, klasę Lewandowskiego, sporo graczy z czołowych europejskich lig. Obawy bankierów budzą: słabsza formacja defensywna i linia pomocy, grupowi rywale – Kolumbia i Senegal i prawdopodobieństwo spotkania Anglii i Niemiec w drodze do półfinału. Wypadkowa tych czynników daje nam w modelu Nomury największe szanse na bycie… czarnym koniem tego turnieju (patrz diagram poniżej). Tuż za nami w tym zestawieniu jest Peru.

Oczywiście każdy z polskich kibiców marzy o tym, by nasi dotarli jak najdalej, ale uśredniając prognozy ekonomistów chyba najbardziej realnym scenariuszem jest wyjście z grupy. Wszystko co uda się ugrać ponad to, będzie niezwykle miłą niespodzianką. A pierwszy mecz na mundialu pokazał, że to może być turniej niespodzianek. W meczu tym zmierzyły się dwie najniżej rozstawione drużyny całego turnieju – gospodarz, czyli Rosja oraz Arabia Saudyjska. Światowe media zapowiadały nudny mecz, a tymczasem Sborna rozgromiła rywala 5:0 i pewnie wywalczyła na inaugurację trzy punkty.

 
Categories

Klient idealny? Zombie na dopaminowym haju

Technologia przeszła długą drogę od zwykłych narzędzi, które miały wesprzeć człowieka mocą obliczeniową i szybkim transferem do mechanizmów, które realnie wpłynęły na życie, przekonania i zachowania każdego z nas. Pytanie dziś nie brzmi już czy tak jest, tylko czy jesteśmy skazani na rolę bezwolnych pacynek.

 

Zarówno planując serwisy internetowe, jak i ulice, twórcy chcą wpływać na nasze zachowania. W serwisie chodzi o to, żeby po dodaniu produktu do wirtualnego koszyka klient przeszedł do strony płatności, czy – jak w wypadku serwisów społecznościowych – sprawdzał powiadomienia częściej niż kilka razy dziennie. Architektom projektującym jezdnię chodzi o to, żeby piesi przechodzili przez nią wyłącznie na pasach, a kierowcy zwalniali w wyznaczonych miejscach. Sprzedawcy w sklepach wykorzystują techniki perswazyjne, żeby sprzedać nam produkt.

Dlaczego więc oburzamy się, gdy okazuje się, że twórcy internetowych serwisów takich jak Facebook stosują perswazję? Okazuje się, że technologia z właściwą sobie precyzją optymalizuje procesy doprowadzania nas do podjęcia jedynie słusznej decyzji czy wywołania konkretnego zachowania. Wykorzystując do tego najnowszą wiedzę z zakresu budowy i działania mózgu jest w stanie kierować naszym życiem, pozostawiając nas w błogim przekonaniu, że decyzje podejmujemy sami.

Superużytkownik
Wraz z aferą Cambridge Analytica i przesłuchaniami Marka Zuckerberga w Kongresie pod strzechy trafiła wiedza o tym, jak wiele serwisy takie jak Facebook o nas wiedzą i jak bardzo ta wiedza jest wykorzystywana, żeby wpływać na nasze zachowania i decyzje. “Czy serwisy społecznościowe zatrudniają firmy konsultingowe, które pomagają im w wytworzeniu u użytkowników pętli odpowiedzi dopaminowej po to, żeby nie opuszczali platformy?”- pytał Zuckerberga podczas przesłuchania senator Ben Sesse.

“Nie, nie mówimy o tym w ten sposób i nie w ten sposób budujemy nasze zespoły produktowe” – odpowiadał Zuckerberg. Ale praktyka projektowania najnowocześniejszych aplikacji i usług internetowych każe wątpić, że Facebook nic o związkach zaangażowania użytkowników z poziomem wydzielanej przez ich organizm dopaminy nie wie.

Słowom Zuckerberga przeczą słowa byłego pracownika Facebooka Chamatha Palihapitiya, który w grudniu ubiegłego roku przyznał, że zmaga się z poczuciem winy w związku ze swoją pracą w serwisie i tworzeniem narzędzia, które “niszczy fundamenty, na których zbudowane jest społeczeństwo”. O zburzenie podstaw publicznej dyskusji i współpracy, dezinformację i rozprzestrzenianie nieprawdziwych treści oskarżył wywoływane przez to narzędzie krótkotrwałe cykle zachodzące w mózgu powiązane z wydzielaniem dopaminy. “Nie zdajecie sobie z tego sprawy, ale jesteście programowani” – ostrzegał widzów podczas wywiadu dla telewizji CBS.

O co chodzi z tą dopaminą?
Dlaczego w świecie technologii i w ogóle w biznesie unika się dopaminowego tematu? Bo temat jest grząski. I to bardzo. Dopamina to co prawda bardzo lubiana przez nasz mózg substancja, wydzielamy ją sobie na przykład podczas jedzenia i seksu, ale regulujący jej wydzielanie tzw. układ nagrody może się wymknąć spod kontroli.  Wtedy zamieniamy się w poszukujące dopaminowych strzałów zombie.

Cała zabawa z układem nagrody polega na tym, że działa on w dwóch fazach: przygotowania i konsumpcji. Przy czym, co najciekawsze, najwięcej dopaminy (czyli przyjemności) dostarcza nam mózg, gdy czekamy na nagrodę. Ten mechanizm nieustannie pobudzają w nas czerwone cyferki przy powiadomieniach na Facebooku.

Widzimy czerwoną ikonkę powiadomienia i już wiemy, że ktoś zareagował na nasz wpis, ale jeszcze nie wiemy, czy to like, czy może ikonka “wrrr”. Nie wiemy, czy dostaliśmy nagrodę czy karę. Mamy 50 proc. szans i jesteśmy na tyle dziwnym gatunkiem, że najprzyjemniej czujemy się właśnie wtedy. Nie wtedy, gdy prawdopodobieństwo uzyskania nagrody wynosi 80 proc. – nasz mózg kocha rosyjską ruletkę: ma być pół na pół.  Wtedy poziom dopaminy jest najwyższy.

Serwowanie w krótkich cyklach naszemu mózgowi następujących po sobie faz oczekiwania na nagrodę i nagrody sprawia, że oddajemy swoje życie w szpony dopaminowego cugu. Stajemy się superuzależnionymi superużytkownikami.

Tak działa na nas Facebook, Instagram, Tinder, LinkedIn czy Snapchat. Tak wciągają nas gry komputerowe i hazard. Im więcej wiedzy o mózgu i jego działaniach na poziomie neurobiologii mają firmy, tym łatwiej jest im kierować naszymi zachowaniami bez potrzeby przekonywania nas do czegokolwiek.

Czy nasza sytuacja jako użytkowników i konsumentów jest dziś beznadziejna? Nie do końca. Naszą bronią jest wiedza – tak łatwo dostępna dziś w internecie. Tylko jeśli  na poziomie naukowym zrozumiemy sami siebie, jak działamy i co nami kieruje, będziemy w stanie sami siebie chronić przed niechcianą perswazją. I znów poczujemy się jak homo sapiens, człowiek myślący, a nie człowiek- pacynka

Więcej o działaniu dopaminy 

Więcej o kaptologii czyli technikach perswazyjnych w technologii

 

 
Categories

Firmowy kryzys na wesoło? Ogłaszamy nic

Kryzys potrafi dopaść najtwardszego zawodnika. Jedni po zebraniu serii celnych ciosów na szczękę, padają na podłogę i niemrawo próbują się podnieść. Inni odbijają się od lin, zręcznym balansem ciała przepuszczają nad sobą lewy hak i odpowiadają taką kontrą, po której nie pozostaje nic innego, jak złożyć ręce do oklasków. O pierwszym typie zawodników już opowiedziałem. Dzisiaj o tych, którzy z kryzysu wyszli zwycięscy i wzmocnieni.

Dla firmy PepsiCo szczyt sprzedaży Pepsi w USA przypada od czerwca do sierpnia. Za daty graniczne uznaje się Memorial Day (28.05) i Labor Day (pierwszy poniedziałek września). 10 czerwca 1993 roku pojawiło się pierwsze, bardzo niepokojące doniesienie, o tym jakoby ktoś znalazł igłę w puszce Pepsi Diet. W ciągu następnego tygodnia liczba zgłoszeń, w których w napoju pojawiały się igły albo strzykawki, wzrosła do ponad 50 i objęła 23 stany. Sprawa robiła się poważna.

Pomimo strachu klientów, Pepsi nie zdecydowała się na wycofanie towaru z półek sklepowych. Stało się tak dlatego, że zarówno PepsiCo, jak i Agencja Żywności i Leków były pewne, że cała sprawa jest mistyfikacją obliczoną na zaszkodzenie marce. Zamiast tego, Pepsi postanowiła walczyć z kryzysem mediowym przy pomocy mediów. Szefowie zwołali sztab kryzysowy a w roli rzecznika prasowego wystąpił ówczesny prezes amerykańskiego oddziału firmy. Potrafił się wysławiać i bardzo dobrze znał niuanse procesu puszkowania napoju.

A kryzys rozwijał się w najgorszy możliwy dla firmy sposób. Zapewne potraficie sobie wyobrazić, jak pokazywane były strzykawki w Pepsi. Oczywiście, przy pomocy kolażu, na który składała się puszka i strzykawka, nierzadko z igłą. Albo puszka i bardzo dużo strzykawek, nierzadko z igłami. Potrzebne było szybkie i stanowcze działanie. Przypomnijmy sobie wszystkie nasze lęki związane z zastrzykami. Warto też wspomnieć, że wtedy strzykawka kojarzyła się dosyć jednoznacznie z AIDS. Gorszej reklamy dla firmy nie sposób sobie wyobrazić, przebić to mogli chyba wyłącznie krwawi dyktatorzy.

PepsiCo zadziałało błyskawicznie i skutecznie. Pierwszym krokiem było pozostawienie towaru na półkach. Drugim tłuczenie mediom do głowy, że proces puszkowania jest całkowicie bezpieczny i niepodatny na jakiekolwiek manipulacje. Trzecią rzeczą było przeprowadzenie błyskawicznego śledztwa, w wyniku którego wykluczono możliwość włożenia strzykawki albo igły do puszki przed jej zamknięciem. Dzięki temu firma zorientowała się, że cała sprawa związana jest z fałszywymi reklamacjami a nie manipulowaniem produktem.

No i rzecz najważniejsza – co zrobić z mediami, które kreują moralną panikę i straszą klientów? Ano należy je wykorzystać po to, by przy ich pomocy odwrócić kierunek narracji. Niby nic nadzwyczajnego i żadna to wiedza tajemna, ale PepsiCo wykonało bardzo dobrą robotę związaną z przekazem. Już 5 dni po pierwszym incydencie pojawił się pierwszy film, pokazujący proces puszkowania napoju. Przy okazji należy wspomnieć, że film robił wrażenie – puszka jest odwracana do góry denkiem, myta wodą pod ciśnieniem, odwracana ponownie i napełniana napojem, wszystko to w czasie poniżej 1 sekundy. Film wyemitowano w 403 stacjach i obejrzało go 187 mln widzów. W sumie PepsiCo wyemitowało 4 filmy, z których największą moc miał ten, w którym wykorzystano obraz z kamery przemysłowej ze sklepu jednego ze sprzedawców z Colorado. Widać na nim, jak kobieta wkłada strzykawkę do otwartej puszki z Pepsi.

Efekty kampanii były spektakularne, konsumenci dali się przekonać, że raporty dotyczące strzykawek i igieł w puszkach napoju były sfabrykowane. Przy okazji aresztowano kilka osób oskarżonych o zgłaszanie fałszywych reklamacji. Jednocześnie wspomniany wcześniej prezes udzielał wywiadów wszystkim programom i mediom informacyjnym. Był nawet u Larry’ego Kinga w CNN. Równolegle trwała akcja informacyjna skierowana do załogi koncernu i jego podwykonawców, sprzedawców, firm butelkujących i puszkujących Pepsi. Wszyscy byli informowani dwa razy dziennie przy pomocy faksu o rozwoju wydarzeń.

Po 11 dniach kryzys został zażegnany. Między 19 a 21 czerwca PepsiCo wypuściło w prasie krajowej następującą reklamę: „Pepsi ma przyjemność ogłosić… nic”. Spadek sprzedaży Pepsi i Pepsi Diet o 2 proc. firma odrobiła w ciągu niecałego miesiąca.

Drugi przykład to firma GitLab, która 31 stycznia 2017 roku usunęła przypadkowo dane części swoich klientów. A ponieważ nieszczęścia zwykle występują parami, nie zadziałały backupy. Firma utraciła dostęp do wielkiej ilości danych, serwis klęknął i nie wstał przez 18 godzin. Wiecie ile to 18 godzin w dobie natychmiastowego dostępu do wszystkiego? Jakoś tak jak od kenozoiku do dzisiaj. Reputacja firmy została bardzo poważnie zagrożona.

Być może umyka nam skala problemu. Postawmy się na chwilę w roli ludzi z GitLab. Nasi klienci powierzyli nam najcenniejszą rzecz – swoją własność intelektualną. Zaufali nam a my to zaufanie zawiedliśmy, tracąc ich dane. Problem dotyczy 5 tysięcy klientów i projektów wartych być może miliardy dolarów. Na domiar złego wśród naszych klientów są takie firmy jak IBM, Sony, NASA czy CERN. Instynkt podpowiada „uciekać, albo schować głowy w piasek i udawać, że nic się nie stało”.

Na szczęście dla siebie, GitLab wybrał inną ścieżkę. Zaczęli od niezwłocznego zakomunikowania problemu i opowiedzenia, co z nim robią. Do komunikacji wykorzystali tweeta, w którym napisali że przeprowadzają odpowiednie prace i że serwis będzie przez jakiś czas offline.

Następnie zrobili najlepszą rzecz, jaką można w takiej sytuacji zrobić. Nie pozostawili ludzi w niepewności, czekając aż inżynierowie rozwiążą problem, tylko utrzymali ciągłą komunikację. Dzień po incydencie opublikowali obszerne wyjaśnienie i poinformowali wszystkich użytkowników co poszło źle i jak planują problem rozwiązać. I od tego momentu komunikacja miała już charakter ciągły. Informowali, odpowiadali na pytania, stworzyli hasztag #HugOps. Ludzie nie gubili się w domysłach, nie robili fermentu w małych grupach, rozlewając go później na szerokie wody Internetu, tylko zgromadzili się na kanałach socialowych GitLab i tam uczestniczyli w rozwiązywaniu problemu na żywo.

Kojarzycie? Firma popełniła błąd i zamiast udawać, że jest najmądrzejsza i wie wszystko najlepiej, zaprosiła zgromadzonych dokoła niej klientów-profesjonalistów do pomocy. I duża część klientów poszła pomagać z wielką radością. Dostali później za to podziękowania od GitLab.

Dość nietypowym posunięciem, było podejście do sprawy z humorem. W takiej sytuacji humor może być pocałunkiem śmierci, ale tweet pracownika, który przypadkowo skasował dane został odebrany przez środowisko z sympatią. Jak tu się złościć na typa, który prawdopodobnie umiera z przerażenia ale zdobywa się na taki wpis: Jeżeli macie problemy ze skalowaniem bazy danych z powodu nadmiaru danych, prawdopodobnie mogę wam pomóc.

Szczere podejście firmy do problemu spowodowało, że reputacja firmy została ocalona. Klienci byli szczęśliwi. Z ich pomocą rozwiązano problem. A przy okazji GitLab stworzył idealny przypadek do analizy na zajęciach z zarządzania kryzysowego. To też duży plus.

Przypadek firmy Johnson&Johnson jest najpoważniejszy w tym zestawieniu. W 1982 roku siedem osób zmarło po przyjęciu super mocnej wersji środka przeciwbólowego Tylenol. Okazało się, że nie było to przedawkowanie. Ktoś otworzył opakowanie, pokrył kapsułki cyjankiem potasu, po czym prawdopodobnie podrzucił je w aptece. Sprzedaż leku zanurkowała.

Firma zadziałała natychmiast. Najpierw rozesłali do wszystkich dystrybutorów i lekarzy ostrzeżenie, żeby leku nie przepisywać, nie polecać i nie sprzedawać. A potem rozpoczęła akcję wycofywania Tylenolu z punktów sprzedaży.

Pomimo tego, że incydenty zdarzyły się w Chicago i jego okolicach, J&J wycofał 31 mln opakowań leku wartych 125 mln dolarów z całych Stanów Zjednoczonych. Na półkach nie pozostała ani sztuka Tylenolu. Równocześnie wstrzymano produkcję i zaprzestano reklamowania go w mediach. Ponadto firma cały czas współpracowała z policją i Agencją Żywności i Leków w celu złapania mordercy, oferując również nagrodę w wysokości 100 tys. dolarów.

Postawienie dobra klientów na pierwszym miejscu zjednało firmie sympatię opinii publicznej i marka nie poniosła takich strat, jakich pierwotnie wszyscy oczekiwali. Tylenol istniej na rynku do dzisiaj.

Po ogarnięciu kryzysu, lek wrócił na półki w opakowaniach odpornych na ingerencję (w tym sensie, że od razu widać, że przy opakowaniu było grzebane) i z kuponami zniżkowymi na 2,50 dolarów. Cała sprawa miała też szerszy zasięg. W 1983 roku Kongres uchwalił prawo, na mocy którego celowe i złośliwe naruszanie opakowań produktów stało się przestępstwem federalnym.

Sprawa ta jest podręcznikowym przykładem tego, jak radzić sobie z kryzysami i jako taka jest podawana za wzór postępowania w takich sytuacjach.

Tajemniczego mordercy nigdy nie złapano.

Jeszcze większą logistycznie akcję musiał przeprowadzić w 1990 roku Perrier. W butelkach wody wykryto toksyczny benzen, na szczęście w dawkach, które nie powodowały ryzyka dla zdrowia. Tak czy inaczej, firma w ciągu tygodnia wycofała z rynku 160 mln butelek swojej wody. Późniejsze szacunki wykazały, że skażonych było tylko 13 butelek z powodu błędu ludzkiego.

Są dwie wersje tej historii. W pierwszej pracownik odpowiedzialny za instalację, zapomniał wymienić filtr. W drugiej, ktoś użył środka zawierającego benzen do czyszczenia linii produkcyjnej.

Pomimo skutecznej akcji i prawie wzorowego zarządzania kryzysem, firma poniosła straty. Obrót jej akcjami został zawieszony na kilka dni a po zażegnaniu kryzysu ich cena spadła o 41 dolarów. Jak możemy się jednak przekonać patrząc na półki sklepowe, straty były chwilowe i woda Perrier jest dalej obecna na półkach sklepowych.

 
Categories

10 gwiazd światowego formatu, które romansują z kryptowalutami

Cyfrowe nośniki wartości wchodzą na salony. Coraz więcej aktorów, sportowców i celebrytów informuje świat, że albo posiadają bitcoiny, albo inwestują w przedsięwzięcia związane z technologią blockchain, albo… zamierzają wyemitować swój token personalny.

 

Zanim przejdziemy do wyliczanki, kilka słów wprowadzenia. Pisałem kilka tygodni temu na łamach HiCash.pl o tzw. tokenach personalnych („Personalne tokeny, czyli jak zmonetyzować… samego siebie”), zwracając uwagę, że cyfrowe nośniki wartości mogą być niebawem dostępne dla każdego, a szczególnie dla osób aktywnie działających w mediach tradycyjnych i społecznościowych. Nie minęło wiele czasu, a już słyszymy o projektach typu tokenstars.com czy Global Crypto Offering Exchange, a więc platformach, na których takie tokeny będzie można emitować lub wystawić na sprzedaż.

To kolejny etap tej kryptowalutowej ewolucji – zaczęło się od bitcoina, który miał zastąpić pieniądz fiducjarny, a powoli wkraczamy w etap, gdzie każdy może się stokenizować, czyli wyemitować własny, cyfrowy pieniądz, a po jego giełdowym kursie szacować swoją wartość i popularność. Na razie taką monetyzacją samego siebie zainteresowane są głównie gwiazdy, bo nie ma się co oszukiwać – dzięki swoim zasięgom, mogą znaleźć wielu nabywców tokenów i dzięki temu uzyskać naprawdę wiarygodną wycenę swojej osoby. Mało tego – taki token staje się świetnym narzędziem marketingowym, bo może być wymienialny na towary i usługi, jakie jego emitent będzie w stanie zaoferować swoim fanom. Ponadto może być też źródłem dodatkowego dochodu, gdyż można go sprzedać na giełdzie i wymienić na tradycyjne pieniądze lub np. bitcoina. Potencjał jest tutaj spory i wiele znanych osób zdaje się go powoli zauważać. Oto lista wybranych 10 gwiazd, które już zapowiedziały emisję własnych monet, albo mocno angażują się w kryptowalutową branżę.

John McAfee

Twórca znanego oprogramowania antywirusowego już od dłuższego czasu nie ukrywa swojej sympatii do kryptowalut. O ich świetlanej przyszłości jest przekonany do tego stopnia, że w dyskusji na Twitterze zadeklarował nawet zjedzenie własnego prącia w telewizji publicznej, jeśli kurs bitcoina nie wzrośnie w ciągu trzech lat do 0,5 mln dol. W minionym tygodniu ponownie zaskoczył świat informacją, że zamierza wypuścić własną kryptowalutę o nazwie – „McAfee Redemption Unit” (MRU). Co ciekawe MRU będzie mieć fizyczną postać banknotów z hologramem o siedmiu różnych nominałach od 1 do 500 jednostek. Na większości banknotów ma widnieć podobizna nikogo innego, tylko emitenta. Wartość nominalna 1 MRU to 9,95 dol. i można ją będzie wymienić na 1 min spotkania z McAfee. Zgodnie z założeniami do obrotu ma trafić łącznie 6 050 000 jednostek MRU, co przy założeniu, że emitent będzie przeznaczał na spotkania 10 godzin dziennie, daje łącznie okres 27 lat potrzebny na wypełnienie całości zobowiązań. To się nazywa lojalność wobec fanów.

Michael Owen

Były napastnik Liverpoolu i piłkarskiej reprezentacji Anglii ogłosił niedawno, że inwestuje w singapurską platformę do handlu i emisji tokenów Global Crypto Offering Exchange. Mało tego zamierza na niej wyemitować własne tokeny. W wywiadzie dla CNBC powiedział, że kariera sportowca jest krótka i po jej zakończeniu trzeba czymś się zająć. Zdaniem piłkarza cyfrowe nośniki wartości to świetny sposób na interakcje z fanami. Owen chce, by jego żetony były wymienialne m. in. na prywatne filmy szkoleniowe, darowizny na cele charytatywne, a nawet możliwość wykupienia czegoś w rodzaju video-konwersacji ze swoim idolem. Podczas konferencji w Hong Kongu podane zostały szczegóły emisji, w tym cena nominalna jednego OwenCoina, wynosząca 10 dol.

Manny Pacquiao

W tę samą platformę handlową co Michael Owen inwestuje także jeden z najlepszych bokserów ostatniego stulecia – popularny Pacman. Podobnie, jak angielski piłkarz, tak i Filipińczyk chce przy tej okazji wyemitować swoją walutę. Będzie to „PAC Token”, wymienialny m. in. na live streamingi oraz różne gadżety związany z bokserem. Pacquiao powiedział w jednym z wywiadów, że poprzez emisję chce też wyrazić swoje poparcie dla uregulowania cyfrowych pieniędzy. Ma to o tyle duże znaczenie, że jest on członkiem filipińskiego senatu. Wyobrażacie sobie na przykład, że senator Kogut emituje swojego CockCoina? To byłby dopiero znak postępu…

Ashton Kutcher

Znany amerykański aktor od dawna interesuje się kryptowalutami. Przykładowo – już w 2014 r. tweetował na temat ethereum, a więc rok przed emisją drugiego po bitcoinie, najbardziej popularnego cyfrowego nośnika wartości. Na razie nie słychać nigdzie o KutcherCoinie, ale wiadomo, że aktor zainwestował w kilka branżowych przedsięwzięć. Mowa m. in. o Bitpay, a więc firmie płatniczej, która wykorzystuje technologię blockchain.  O tej ostatniej Kutcher wypowiada się w samych superlatywach. – Ta sama infrastruktura, która zbudowała bitcoina, może być wykorzystana zabezpieczając przemysł dla dobra całej ludzkości – mówił w jednym z wywiadów. Warto dodać, że fundusz Kutchera Sound Ventures wspiera Unikrn, internetową platformę zakładów eSportowych, która rok temu uruchomiła własną kryptowalutę UnikoinGold, która może służyć do obstawiania wydarzeń.

Melanie Brown (Mel B)

Była piosenkarka brytyjskiego zespołu Spice Girls, była pierwszym twórcą w branży muzycznej, który zaakceptował płatności w bitcoinach. Mel B zrobiła to bowiem już w 2013 r., nawiązując przy tej okazji współpracę w firmą Cloud Hashing. – Uwielbiam to, w jaki sposób nowa technologia ułatwia nam życie. Jest to dla mnie bardzo ekscytujące, że bitcoin, a więc jedna waluta, jednoczy moich fanów na całym świecie – komentowała swoją decyzję. Wielu innych muzyków poszło w jej ślady, ale tytuł pionierki będzie należał do niej.


Lionel Messi

Jeden z najlepszych piłkarzy świata został ambasadorem marki Sirin Labs, czyli producenta smartfonów przeznaczonych dla inwestorów kryptowalutowych. Urządzenia te spełniają wysokie standardy bezpieczeństwa, skrojone na miarę ery blockchaina, i za pomocą jednego kliknięcia mogą zmieniać się z koparki w mobilny portfel. Token firmy – SRN, zdrożał w ciągu doby o 16 proc. w reakcji na informację, że Messi zagra w reklamie firmy. Trudno się dziwić, skoro post piłkarza na Instagramie i Facebooku dotarł do 90 mln użytkowników.

Gwyneth Paltrow

Znana aktorka została w zeszłym roku doradcą startupu Abra, który tworzy mobilny portfel do przechowywania 25 różnych kryptowalut, w tym m. in. bitcoina, ethereum, i dasha. Współpraca została nawiązana przy okazji emisji jednego z odcinków programu „Planet of the Apps”. W ramach pomocy firmie, Paltrow zorganizowała m. in. videokonferencję z Brianem Chesky, współtwórcą znanego portalu Airbnb.

Jamie Foxx

Znany aktor (m.in. z filmu „Django”) promował w zeszłym roku na swoim twitterze Cobinhood. Jest to projekt giełdy kryptowalutowej, w której nie ma prowizji transakcyjnych. Co ciekawe, Foxx tak mocno zaangażował się w reklamę emisji tokenów, że CEO Cobinhood, musiał wkrótce przepraszać za zachowanie aktora, gdyż prezentowana przez niego oferta przedsprzedaży była niezgodna z white paperami giełdy.

 

The Game

Amerykański raper jest właścicielem apteki z marihuaną w Kalifornii i wpadł rok temu na pomysł, by umożliwić ludziom nabywanie jego towaru przy pomocy technologii blockchain. Dzięki niej użytkownicy mogliby ominąć wiele ograniczeń występujących na wolnym rynku, a jednocześnie robić deale bardzo szybko. – Dzięki blockchain przygotowujemy rewolucje w świecie cannabis – pisał na swoim twitterze muzyk. W tym celu nawiązał współpracę z firmą Paragon, które wyemitowała tokeny PRG w liczbie prawie 165 mln.

Floyd Mayweather Jr.

I na koniec gorzka wisienka na torcie. Nie wszystkie romanse gwiazd ze światem kryptowalut kończą się szczęśliwie. Utytułowany bokser promował w ubiegłym roku ICO firmy Centra Tech, którą założyli Robert Farkas i Sohrah ‘Sam’ Sharma. Panowie zebrali ponad 32 mln dol. od tysięcy inwestorów, którzy byli przekonani, że inwestują w kryptowalutową kartę płatniczą, której powstanie wspierać miały giganty Visa i Mastercard. Sam Mayweather na swoim Instagramie umieścił zdjęcie z przykładową kartą, pisząc jednocześnie, że można go nazywać „Floyd Crypto Mayweather”. Miesiąc temu amerykańska Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) stwierdziła, że było to zwykłe oszustwo, a twórcy firmy zostali aresztowani. Mayweather okazał się więc twarzą zwykłej piramidy finansowej…

Zdjęcia pochodzą z serwisu Wikipedia.
 
Categories

Jest szkoda, nie ma skruchy. Jak polskie marki nie radziły sobie z kryzysami

Kryzys potrafi dopaść najtwardszego zawodnika. Tym razem padło na Green Caffe Nero, którego klienci po zjedzeniu ciast pochorowali się do tego stopnia, że wylądowali w szpitalu. Feralne okazały się trzy rodzaje ciasta z kremem. U zatrutych osób zdiagnozowano salmonellę, były nawet doniesienia o sepsie. Tort bezowy strzelił w wentylator. A prezes sieci kawiarń nagrał przeprosiny. To w Polsce rzadkość jeśli chodzi o kryzysowe sytuacje.

 

Reakcja sieci była błyskawiczna. Pierwsze oświadczenia pojawiły się po pierwszych zgłoszeniach od klientów. Chwilę potem prezes Adam Ringer wydał oświadczenie w formie wideo, w którym przeprosił klientów i wytłumaczył, co się mogło stać. Nie zrzucił winy na dostawców, wziął pełną odpowiedzialność za sprawę, sieć jest w stałym kontakcie z poszkodowanymi i Sanepidem. Adam Ringer zapowiedział wypłatę odszkodowań adekwatnych do poniesionych strat.

Polacy, jak zwykle, zdania mają podzielone. Jedni mówią, że sieć świetnie radzi sobie z kryzysem i chwalą przedsięwzięte kroki. Reszta twierdzi, że za późno na płacze, mleko się rozlało, nie trzeba było trzymać ciasta w otwartych displayach, tylko w lodówkach i nic by się nie stało.

Z kawiarniami GCN sympatyzuję, bo lubię ich atmosferę. I uważam, że sprawę ogarniają całkiem dobrze. Jednak życie pokazuje, że niektóre firmy kompletnie nie rozumieją, że w dobie social mediów pożar gasi się wodą a nie benzyną. Poniżej przykłady marek, które nie potrafiły w internety.

Rzadko zdarza się, żeby firma zrobiła sobie tak spektakularny czarny PR, jak Adidas zamalowujący na czarno spory kawał muru Wyścigów Konnych na warszawskim Służewcu. Dla niezorientowanych – ten mur to od lat galeria sztuki graffiti. Starsze prace są zamalowywane, ale na ich miejsce powstają nowe wrzuty. Dlaczego marka żyjąca w znacznej mierze z miejskiej kultury młodzieżowej zamalowała jeden z pomników tej kultury, pozostaje dla wszystkich tajemnicą. Winnych nie znaleziono, bo nikt nie chciał przyznać się do tego świetnego pomysłu. Tłumaczenie Adidasa było tak kuriozalne, że aż nie do wiary. Po fakcie firma tłumaczyła, że potraktowali całą akcję, jako szansę uczczenia sztuki ulicy. Dalej nie wiem, jak planowali uczcić sztukę ulicy, zamalowując jej kilkanaście dzieł. Na tej wpadce Adidas ucierpiał tylko wizerunkowo, bo bojkot klientów skrzykujących się na Facebooku nie wypalił. Jak uczy doświadczenie, takie bojkoty rzadko kiedy odbijają się na sprzedaży.

21 marca 2013 roku wystartowała platforma satelitarna NC+, powstała w wyniku połączenia N i Cyfry+. Po zaprezentowaniu nowej oferty, w sieci zaczęła się burza. Doszły do tego trudności przy rezygnacji z pakietów i przymusowa migracja klientów z N-ki. Na profilu NC+ negatywne komentarze szły w tysiące, administratorzy nie byli w stanie ogarnąć takiego ruchu. Prawie natychmiast pojawiła się strona Anty NC+, na której liczba poirytowanych abonentów rosła lawinowo. Firma nie zrozumiała, że klient, który nie jest w stanie dodzwonić się do BOK-u, przyjdzie z reklamacją na firmowy fanpage. Nie rozumiała też, że wmawianie klientom, że drożej znaczy taniej a gorzej – lepiej, to kiepska strategia komunikacyjna. Ten kryzys pociągnął poważne konsekwencje: nadszarpnięcie wizerunku nowopowstałej marki, zmianę oferty, zwolnienie kilku osób oraz kontrolę UKOiK-u, który miał poważne wątpliwości co do legalności przymusowej migracji klientów.

Maspex, właściciel marki Tiger pokazał, że da się nadwyrężyć wizerunek produktu i wkurzyć tysiące Polaków przy pomocy jednego obrazka. Ludzie znieśli jakoś nagą kobietę na Boże Ciało. Znieśli też Dzień Lotnictwa 10 kwietnia. Cierpliwość skończyła się jednak przy Dniu Pamięci 1 sierpnia i obrazku z fuckiem z kokardką i hasłem „Chrzanić to co było, ważne to, co będzie”. Kryzys zapoczątkowany w social mediach przelał się do głównego nurtu. Środowisko dziennikarskie nie zostawiło na Maspexie suchej nitki. Posypały się oczywiście hasła bojkotu, ale jak wszyscy wiemy, bojkoty skrzykiwane na Facebooku nie działają.

Przedstawiciele marki zareagowali szybko i zrobili wszystko jak należy, ale w przypadku tak grubej rzeczy to nie wystarczyło. Oświadczenie prezesa Maspexu o tym, jak to firma nie kontrolowała obrazków stworzonych przez agencję marketingową, rozbawiło internet. Rozwiązanie umowy z agencją rozbawiło internet jeszcze bardziej. Wycofana została komunikacja marki w social mediach, pod nóż poszło konto na Instagramie, wstrzymano działania na Facebooku.

Do ratowania wizerunku Maspexu zatrudniono Filipa Chajzera, który ogłosił światu, że firma przelała 500 tys. złotych na konto fundacji działającej na rzecz powstańców. Zapowiedziano też działania naprawcze (czymkolwiek miałyby być) oraz czynne wsparcie programu edukacyjnego o PW. Agencja zwolniła ludzi odpowiedzialnych za kreację. Firma Lotos oficjalnie wycofała Tigera ze sprzedaży na swoich stacjach. Orlen zrobił to nieoficjalnie. Z kupowania produktu zrezygnowało też Polskie Radio. I tak skończyło się prymitywne granie na rozkręcenie skandalu i zrobienie buzzu.

Jedną z najbardziej żenujących rzeczy, jakie widziałem w życiu, była grafika reklamująca wódkę Żytnią. Czterech chłopa biegnie, niosąc piątego, przed nimi gna jakiś hipster w okularach, na dole obrazka podpis „KacVegas? Scenariusz pisany przez Żytnią”. W sumie nie byłoby w tym niczego bulwersującego, bo to przecież takie śmieszne, gdyby nie fakt, że za ilustrację posłużyło bardzo charakterystyczne zdjęcie. Wykonał je w 1982 roku Krzysztof Raczkowiak i przedstawia ono grupę ludzi niosących postrzelonego przez milicję członka „Solidarności” Michała Adamowicza. W wyniku ran postrzałowych głowy zmarł kilka dni później.

Polmos przeprosił, agencja przeprosiła i zwolniła pracownicę odpowiedzialną za kreację. A internet i tak wie swoje: cała akcja była próbą ominięcia zakazu reklamowania alkoholu, firma i agencja dokładnie wiedziały co robią, per saldo hajs się będzie zgadzał. Bojkotu nikt nie ogłaszał, bo Żytnia to marka egzotyczna, więc mało kto ją znał.

Chyba najbardziej brutalnym przypadkiem kiepskiego ogarniania kryzysu był niesławny overbooking w United Airlines w kwietniu 2017 roku. Linie lotnicze zawsze robiły więcej rezerwacji niż miały miejsc. Sytuacji, w których na miejscu stawia się komplet pasażerów jest na tyle mało, że liniom się takie działanie opłaca. Jeżeli komplet się stawi, pasażerom oferuje się pieniądze, darmowy nocleg i bilet na następny lot. Z reguły znajdują się chętni, bo jeżeli komuś się nie spieszy i może zarobić, to czemu ma się spieszyć i nie zarobić. Niestety, 9 kwietnia nie było chętnych na zrezygnowanie z lotu. Z jakiegoś powodu linia najpierw wpuściła pasażerów na pokład, a dopiero potem zaczęła kombinować, jakby się tu pozbyć czterech nadmiarowych osób. Wymyślili, że wyproszą przypadkowych pasażerów, bez wnikania w ich racje. Pierwsza trójka wyszła dobrowolnie, czwarty był pan doktor, który leciał do pacjenta i zrezygnować z lotu nie mógł. Został więc wywleczony siłą, przy okazji uderzył twarzą w oparcie fotela. Kryzys rozpoczął się po upublicznieniu nagrania z komórki, na którym widać, jak pokrwawiony pasażer z okularami zsuniętymi na policzki jest wleczony do wyjścia przez nieumundurowanego policjanta.

Przeprosiny prezesa linii opublikowane na Twitterze rozpaliły ludzi do białości. Zamiast w pierwszym zdaniu odnieść się do pokrzywdzonego pasażera, napisał: „I apologize for having to re-accommodate these customers.” Ludzie prawidłowo odczytali gładką korporacyjną gadkę-szmatkę, z której wynikało wszystko, tylko nie troska o klientów, i dali ognia. Zarzucili prezesowi, że nie przeprosił, podszedł do sprawy bez szacunku i fatalnie pomylił się w identyfikacji źródła problemu. Skorzystanie z odpowiedzi prosto z gotowego szablonu kosztowało firmę mnóstwo hajsu. Natychmiast po publikacji filmu, kurs akcji spadł a wraz z nim kapitalizacja firmy. O, bagatela 800 mln dolarów. Nieudolna komunikacja na początku kryzysu spowodowała również konieczność wynajęcia profesjonalistów, którzy sobie z nim poradzili.

I pomyśleć, że wystarczyło się trochę skuteczniej potargować z pasażerami.

Zdarzają się oczywiście działania łagodzące skutki kryzysu w taki sposób, że firma wychodzi po nim wzmocniona. O nich opowiem w następnej części.

 

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI! Wszystko, czego nie wiesz o obrocie akcjami

W ubiegłym tygodniu pisałem o akcjach. Dobrze poszło, w krótkim tekście dałem radę zmieścić ich definicję, prawa i obowiązki wynikające z ich posiadania. Podałem przyczyny emitowania akcji, wyliczyłem ich rodzaje, dużo wiedzy naraz. Zabrakło jednak informacji, co się właściwie z tymi akcjami robi i czy to bezpieczne.

 

Odpowiedź na pierwsze pytanie jest prosta, handluje się nimi. Zakładamy sobie konto w domu lub biurze maklerskim. Gdy jesteśmy naprawdę początkujący, dopiero się uczymy i nie zamierzamy inwestować dziesiątek tysięcy złotych, warto wybrać konto prowadzone bezpłatnie i z niskimi prowizjami od transakcji i darmowymi przelewami z konta do innych banków. Ponadto warto zdecydować się na takie, które pozwala na śledzenie kursów i wykonywanie transakcji w czasie rzeczywistym oraz oferujące analizy i opinie ekspertów.  

Wybieramy, zakładamy i zaczynamy kupować. A potem sprzedawać. W założeniu dobrze byłoby sprzedać drożej niż się kupiło. Do tego dokładamy dywidendę wypłacaną przez niektóre firmy i po roku możemy być jak Wilk z Wall Street. No tyle, że niekoniecznie.

Zwróćcie uwagę, że inwestowanie na giełdzie niektórzy nazywają graniem na giełdzie. Dobrze, gdy jest to gra w brydża. Gorzej, gdy giełda zaczyna przypominać ruletkę. Popatrzmy na plusy i minusy zabawy akcjami.

Niewątpliwą zaletą inwestowania w akcje jest szansa na ponadprzeciętne zyski, jakich nie da nam lokata czy rachunek oszczędnościowy. Trzeba jednak cały czas pamiętać, że jest to szansa. Czyli nic pewnego. Dlatego hodowanie wewnętrznego przekonania, że na giełdzie tylko zyskamy, może skończyć się sporym zawodem.

Niektóre spółki wypłacają dywidendy swoim akcjonariuszom. Jeżeli mamy akcje takich firm, możemy cieszyć się dodatkowym przychodem.

Duża różnorodność branż, w których działają spółki akcyjne pozwala nam na inwestowanie w rzeczy, na których się znamy. Każdy znajdzie coś pod siebie, coś w czym czuje się mocny. Oczywiście znajomość branży nie musi przełożyć się na nasz sukces inwestycyjny, ale zwiększajmy swoje szanse grając na tym boisku, na którym czujemy się pewnie.

Rzecz, o której wiele osób zapomina – emocje. Mogą być przyjemne, mogą być negatywne, ale grając na giełdzie możemy poczuć to coś, co czujemy, gdy postawiliśmy resztkę kasy na czarną siedemnastkę a krupier kręcąc kołem, puszcza kulę w ruch. Pamiętamy jednocześnie o tym, że emocje nie powinny być naszym doradcą. Do tego wątku wrócę jeszcze na końcu.

Same plusy?
No dobra, a gdzie wady? Bo na razie ta giełda wydaje się całkiem fajną sprawą: są pieniądze, są dodatkowe pieniądze z dywidendy, są emocje, z czasem pojawi się jacht, czerwony dywan i gorące modelki. Co może pójść nie tak?

Według mnie największą trudnością w obrocie akcjami jest konieczność ciągłego uczenia się giełdy. Jasne, spadki kursów potrafią dać w kość a patrzenie, jak kurczy się wartość naszego portfela jest doznaniem bolesnym. Jednak dla niektórych inwestorów przeszkodą nie do przeskoczenia może być wymóg ciągłego poszerzania swojej wiedzy. Bez tego nie ma mowy o sensownym inwestowaniu.

Jak wspomniałem przed chwilą, straty bolą. Z tego powodu gra na giełdzie nie jest wskazana dla ludzi o małej odporności psychicznej. Wpadamy wtedy w panikę, słuchamy podszeptów gadziej części mózgu, która mówi „uciekaj”. W tej zabawie bez zimnej krwi daleko nie zajedziemy.

W przypadku inwestycji giełdowych możemy zapomnieć o gwarancji regularnych zysków. Wiem, że to banał, ale niektórzy zdają się nie pamiętać o tym, że kursy akcji mogą się zmieniać w dwóch kierunkach.

Trend is your friend. NOT
Giełda raczej nie jest wskazana dla ludzi ze skłonnościami do zachowań ryzykownych, nałogów i hazardu. Uzależnienie od giełdy jest tematem trudno poddającym się badaniu, bo opierałoby się na deklaracjach samych zainteresowanych. Można natomiast wskazać zachowania, które sugerują uzależnienie. Są to lęki, niepokoje i problemy ze snem. Ludzie uzależnieni nie potrafią wyobrazić siebie w roli innej niż inwestor. Uporczywie myślą o sprawach finansowych, co przekłada się na nieumiejętność wypoczywania, odprężenia. No i obniża się tolerancja na przeżywanie złości. Gdy inwestor, który do niedawna był stoikiem, zaczyna toczyć pianę z byle powodu, oznacza to, że źle się dzieje.

Jak pokazują badania psychologów behawioralnych, jednym z najsilniejszych nałogów są nieregularne wzmocnienia. Mogą to być kary (strata), jak i nagrody (zyski). Inwestor nie wie kiedy i jakie wzmocnienie dostanie.

No i na koniec najważniejsza wada. Od zysków na giełdzie musimy zapłacić 19 proc. podatku.

Moja sugestia jest więc taka. Dużo czytać i analizować, korzystać ze szkoleń, uczyć się rzeczy bardziej skomplikowanych niż standardowe formułki typu „trend is your friend” czy „kupuj, gdy leje się krew”.

Początkującym inwestorom polecam trening na wirtualnej giełdzie. To chyba najlepszy sposób na sprawdzenie siebie w sytuacjach krytycznych, ocenę własnych możliwości, nabycie doświadczenia i naukę, bez ponoszenia jakiegokolwiek ryzyka. Kilka miesięcy grania wirtualnymi pieniędzmi może nam tylko pomóc w staniu się w miarę przytomnym inwestorem.

Szerokości!