Categories

7 rzeczy, które musisz wiedzieć o ICO

Już sama znajomość skrótu ICO powinna Ci zapewnić coś uznanie w oczach znajomych geeków. Jeśli jeszcze poznasz tych 7 najważniejszych faktów o Initial Coin Offering, to prawdopodobnie będziesz widzieć wystarczająco dużo, żeby brylować w tech światku.

1. ICO (Initial Coin Offering) to sposób, w jaki firmy i osoby mogą zebrać w sieci kapitał na rozwój swoich firm i projektów. Robią to, emitując w sieci tokeny.

2. Tokeny, którymi handluje się w ramach ICO, to nie to samo co kryptowaluta. Tokeny reprezentują wartość istniejących w świecie rzeczywistym dóbr lub usług.

3. Każdy token reprezentuje jakąś wartość określoną przez jego twórcę. Może to być na przykład:

  • equity token, którego kupno zapewnia udział w przyszłych zyskach firmy,
  • security token, który reprezentuje część własności w innych niż firmy dobrach, np. w nieruchomościach czy metalach szlachetnych,
  • utility token, który reprezentuje dostęp do przyszłego produktu lub usługi na prawach pierwszeństwa, ze zniżką lub uprawnienie do kupna wersji kolekcjonerskiej.

4. Tworzenie tokenów stało się możliwe na masową skalę w 2014 roku, kiedy to powstał blockchain Ethereum – kod stojący za kryptowalutą ETH umożliwił tworzenie własnych fragmentów programu określających zasady wymiany wirtualnych tokenów.

5. Kod określający wszystkie warunki transakcji związanej z nabyciem tokenu i dbający o natychmiastową egzekucję zapisów nazywa się smart contract. Mogą być w nim zapisane wszystkie zasady obrotu tokenami i warunki poszczególnych transakcji, np. to jak wiele tokenów może zostać sprzedanych, kto i na jakich warunkach może korzystać z rabatów, kiedy transakcja dochodzi do skutku – może być tak, że jeśli sprzedający nie wypełni jednego z zapisów (np. nie przekaże klucza do nieruchomości), pieniądze zostaną automatycznie zwrócone na konto kupującego.

6. Obrót tokenami to zjawisko nowe, w wielu krajach nie zostało uregulowane prawnie. Stąd dodatkowe ryzyko, którym obarczone są transakcje w ramach ICO.

7. W 2017 roku  firmy na całym świecie za pośrednictwem ICO zebrały finansowanie o wartości ponad 6 mld dolarów. Ze wszystkich przesiębiorstw, które zbierały finansowanie przez ICO, tylko 47 proc. zrealizowała prezentowane inwestorom plany stworzenia produktów i osiągnięcia deklarowanych zysków.

 

 

 
Categories

Czy biznes rowerowy to żyła złota?

Polacy oszaleli. Co prawda szaleństwo udziela nam się przed każdym sezonem letnim i zimowym, bo w tym roku Crocsy, a w następnym powydzierane jeansy, ale jest kilka evergreenowych punktów naszego szaleństwa. Jednym z nich jest rower.

To w sumie jest niesamowite. Pomimo mrocznych lat okresu transformacji, podczas których cykliści byli uważani za ludzi drugiej kategorii i nieudaczników którzy nie potrafili się w życiu ustawić i kupić sobie zagazowanego Paska w tedeiku, rowery jakoś się trzymały. Natomiast to, co się dzieje przez ostatnie 5 lat, to rowerowa rewolucja.
Na początek liczby, potem kilka podpowiedzi, na koniec porady.

Rynek rowerowy w 2017 roku był wart 1 mld zł, za te pieniądze kupiliśmy prawie 1,2 mln rowerów. Przewidywania na ten rok to 1,1 mld zł wartości i 1,1 mln rowerów. Patrząc na ostatnie 5 lat widać, że ilościowo sprzedaje się coraz mniej rowerów, ale wartościowo rynek rośnie. Zwróćmy też uwagę, że wartość rynku obejmuje tylko rowery nowe, z pominięciem szerokiej oferty rowerów używanych, części zamiennych i akcesoriów.

Rynek używek wycenia się na 400 mln zł, sensownych oszacowań dotyczących części zamiennych i akcesoriów nie znalazłem. Z moich obliczeń wynika, że możemy mówić o kwotach rzędu 200 mln zł. Czyli całościowo ten biznes ma wartość około 1,5-1,8 mld zł. Jest się po co schylić.

Jesteśmy czwartym producentem rowerów w Europie, wyprzedzają nas tylko Włochy, Niemcy i Portugalia. Naliczyłem około 100 polskich firm zajmujących się produkcją rowerów i części. Robimy w Polsce rowery masowe, nietypowe, wyspecjalizowane, towarowe, wielokołowe, riksze, tandemy czy składane na zamówienie. Ba, Polak produkuje w Ghanie rowery, które mają ramę z bambusa.

I jeszcze taka ciekawostka na koniec sekcji liczbowej. Kupujemy rocznie więcej rowerów niż samochodów.

Co z tego wynika dla ewentualnych chętnych na prowadzenie sklepu rowerowego. Trochę znam branżę więc mogę powiedzieć, że w naszym klimacie musicie nastawić się na dwa rodzaje działalności: od kwietnia do października rowery a od listopada do marca sprzęt narciarski i snowboardowy. Rower jest u nas sprzętem sezonowym, zimą sprzedaż praktycznie staje, jest trochę ruchu na częściach zamiennych i serwisie, ale z tego trudno utrzymać niewielki sklep. Dlatego niezbędne jest zdywersyfikowanie asortymentu.

Nie da się podać dokładnej liczby sklepów z rowerami, bo nie bardzo wiadomo czy na przykład wliczać do nich hipermarkety, które w swojej ofercie mają tyle tanich rowerów, że deklasują ilością towaru niejeden mały sklepik. Można jednak uznać, że punktów, w których Polak może kupić rower jest w przybliżeniu około 2 tysięcy. Czyli miejsce jeszcze jest, wystarczy wyłożyć pieniądze, wybrać asortyment, którym będziemy handlować, znaleźć dobrego serwisanta (bez niego ani rusz) i można startować.

O dobrej kondycji sklepów zajmujących się sprzedażą sprzętu sportowego, w tym rowerów, świadczą dane dotyczące terminowości regulowania zobowiązań. Tylko 4,7 proc. placówek nie płaci w terminie, co jest całkiem niezłym wynikiem. Dla przykładu wśród producentów napojów czy wyrobów tytoniowych aż 12 proc. przedsiębiorców ma problemy z terminowym regulowaniem bieżących płatności.

O asortyment też nie ma się co bać, producentów rowerów, części, podzespołów i akcesoriów jest mnóstwo. Wystarczy przejechać się na Targi Rowerowe w Kielcach i można sobie wyrobić zdanie o sile polskiego rynku.

W tych kalkulacjach musimy pamiętać o jeszcze jednym. W dużych miastach funkcjonują sieci wypożyczalni rowerów. O tym, jak Polacy pokochali rowery na minuty, niech świadczy sukces warszawskiej sieci Veturilo. Operator Nextbike uruchomił ją w 2012 roku i w ciągu 6 lat te lekko pokraczne rowery zawojowały serca Warszawiaków. W roku 2017 padały kolejne rekordy.

W systemie zarejestrowanych jest 610 tys. użytkowników, którzy mają do dyspozycji 5 tys. rowerów. Od marca do listopada 2017 wykręcili rekord i skorzystali z Veturilo 5,1 mln razy. W sobotę 20 maja rowery były wypożyczane co 2 sekundy. W czerwcu z kolei Warszawiacy wypożyczali średnio 20 rowerów na minutę. Średnio oznacza 24/7.

W tym roku wzrosła liczba stacji klasycznych, kilkanaście swoich dołożyli sponsorzy a na dodatek operator uruchomił 10 punktów z rowerami elektrycznymi. Veturilo rządzi.

Dlatego jeżeli chcemy brać się za handel rowerami w stolicy, musimy uwzględniać nie tylko prognozy rozwoju rynku, ale i plany Nextbike. Wielu, już w tej chwili byłych, sprzedawców myślało, że to okresowa moda, która szybko zgaśnie. Teraz w miejscach, w których mieli sklepy, są tanie ciuchy albo Żabki.

A co dla kupującego, który w końcu przekonał się, że nie całe zło tego świata jest winą cyklistów? Nie powiem, że mój pomysł jest najlepszy, ale sugeruję następujące ruchy. Do jazdy rekreacyjnej za miasto jakiś fajny góral, tutaj do wyboru mamy cały alfabet polskich producentów, od Accenta do Zasada Bikes. Do jazdy po mieście na trochę dłuższych dystansach rower miejski, w tym przypadku bogactwo wyboru również oszałamiające, bo te rowery są od kilku lat bardzo modne. Do dojazdów do pracy w opcji łączonego transportu miejskiego i rowerowego, jakiś zręczny mały składaczek, typu Dahon albo Strida, z którym zmieścimy się nawet w najbardziej zatłoczonym tramwaju.

Żyjemy w najpiękniejszym ze światów, w którym możemy kupić sobie taki rower, jaki sobie zamarzymy. Korzystajmy z tego.

 
Categories

Z call center do własnej firmy? Sprzedaż, głupcze!

Lekarz, prawnik, niech już choćby dziennikarz! Ale sprzedawca? W Polsce na handlowców czeka sporo dobrze płatnej pracy, ale zawód ciągle nie wzbudza entuzjazmu i nie cieszy się prestiżem. Z Bartoszem Majewskim, doświadczonym handlowcem i szefem firmy Casbeg, próbujemy zdjąć zły urok z branży, rozmawiamy o zwiększaniu sprzedaży w firmie i radzimy, jak stawiać pierwsze kroki w zawodzie handlowca.

 

Agata Kowalczyk, HiCash: – Policzyłeś ile warte były wszystkie transakcje, które dopiąłeś jako handlowiec?Bartosz Majewski, szef Casbeg i doświadczony handlowiec: Ojej. Przestałem liczyć kilka lat temu po przekroczeniu 20 mln złotych.

– Na rynku jest teraz masa ofert pracy dla speców od sprzedaży, ale nie ma speców od sprzedaży. Rzeczywiście firmy nie mają kogo zatrudniać?
– 
Tak, pracujemy z firmami, które rzeczywiście spotykają się z tym problemem i my sami go mamy. Brakuje na rynku wielu handlowców i wydaje mi się, że ta dziura może być porównywalna z brakiem programistów. Firmy mają teraz gigantyczne ssanie na programistów i tak samo jest z handlowcami.

– Gdzie się podziali wszyscy sprzedawcy?
– Po pierwsze, mamy niż demograficzny. Jeżeli mieliśmy dzietność na poziomie 1,3 od połowy lat dziewięćdziesiątych, to młodych ludzi rozpoczynających kariery jest siłą rzeczy mniej niż piętnaście lat temu. Drugi czynnik jest taki, że nikt jak był mały nie chciał zostać handlowcem – ja i moi kumple na pewno nie.

– Dlaczego w liceum nie marzymy o zostaniu handlowcem?
– Bardzo ciągnie się za tym zawodem u nas stereotyp prywaciarza z PRL lub początku lat dziewięćdziesiątych, akwizytora czy gościa, który nie wiadomo skąd ma twój numer, dzwoni do ciebie i próbuje ci wcisnąć jakiś abonament. Ciągle jest więc tak, że jak u cioci na imieninach powiesz, że jesteś handlowcem, to ciocie raczej nie klaszczą. Druga sprawa jest taka, że my w Polsce zupełnie nie mamy tradycji handlowych – często pytam ludzi, czy ktoś w ich rodzinie się tym zajmował i praktycznie nikt nie ma takich tradycji, więc kultura handlowa czy etos kupiecki nie ma u nas historii.

– Jak trafiłeś do sprzedaży?
– Z przypadku. Trafiałem do tej branży dwa razy. Pierwszą pracę w sprzedaży miałem jako dwunastolatek. Mój tato pracował w gazecie i ja sprzedawałem tę gazetę za złotówkę od sztuki na meczach koszykarskiego Śląska Wrocław. Druga robota handlowa trafiła mi się w 2007, gdzie po prostu wziąłem pierwszą lepszą pracę  jaka mi się trafiła – w call center Lucas Banku [dziś Credit Agricole – przyp.redakcji], gdzie pracowałem przez rok.

Praca w call center to chyba nie jest wymarzone miejsce pracy?
To jest rzeczywiście najbardziej niewdzięczne zajęcie w obsłudze klienta, ale też praca, która bardzo dużo uczy. Fundamenty pracy z klientem przez telefon ma się po tym wpojone i stają się drugą naturą. Nie ma sensu siedzieć w call center przez dziesięć lat, ale na pewno takie doświadczenie się przydaje. Nauczysz się tam rozmawiać z ludźmi.

– Wiszenie na słuchawce nie frustruje?
Frustruje, i to bardzo. Przede wszystkim dlatego, że czujesz się trochę jak w Dniu Świstaka, bo istnieje istotna asymetria ilości rozmów, które ty prowadzisz w stosunku do ilości rozmów, które prowadzi klient. Każda rozmowa z tobą dla klienta jest pierwsza, a każda rozmowa z klientem dla ciebie jest tysięczną. Znasz ją na pamięć.

–  Dziś prowadzisz firmę, która doradza przedsiębiorcom jak sprzedawać. Powiedz, od czego zacząć zmiany, jeśli chcemy, żeby firma zarabiała więcej? Mamy jako tako ułożony ten proces sprzedaży i co powinniśmy zrobić?
– 
Po pierwsze musisz przyjrzeć się temu, ile tematów w tym procesie dochodzi z punktu A do punktu B,  potem z B do C , i dalej do D. Powiedzmy, że w punkcie A zgłasza się do nas 100 osób,a udaje nam się z tego w punkcie B umawiać 50 spotkań. Tu zastanówmy się, czy uda nam się zwiększyć tę liczbę do 80 spotkań. Optymalizujesz każdy kolejny etap, żeby liczby były większe. Pilnujesz tego, żeby to, co jest na końcu, ostateczna wartość transakcji, opiewała na jak największą kwotę przy jak największej marży. Ważny jest też czas. Jeśli umówienie spotkania do tej pory zajmowało nam 6 dni, to jak skrócimy ten czas do 1 dnia, to zamkniemy temat o 5 dni szybciej. Kolejna ważna rzecz: musimy zacząć  przegrywać jak najwięcej i jak najszybciej.

– Mam przegrywać, żeby zarabiać?
– To jest bardzo nieintuicyjne, ale chodzi o to, żebyś jak najmniej czasu spalała na tematy, które i tak nie wyjdą. Dobrze jest ucinać nierokujące tematy w pierwszej rozmowie, żebyś nie musiała wysyłać oferty, umawiać spotkań i inwestować niepotrzebnie dziesięciu godzin pracy. Żeby rozpoznać, które nie rokują, trzeba zadać wiele istotnych pytań przy pierwszym kontakcie. Może na przykład okazać się, że rozmawiamy z klientem, który decyzję o kupnie produktu za 5 tys. podejmuje w siedemnastu krokach w ciągu dziesięciu miesięcy. Wtedy wstajemy od stołu, bo nie mamy tyle czasu.

– Czyli tak: zwiększyliśmy liczbę klientów, która dociera do kolejnych etapów procesu sprzedażowego, skróciliśmy czas dojścia do kolejnych etapów, szybciej odrzucamy klientów, którzy nie rokują i dbamy o to, żeby na końcu wychodziła nam jak największa kwota przy maksymalnej marży. Mamy sukces?
– Jeśli uda nam się zwiększyć te cztery parametry o 30 proc., to mamy poprawę nie o 30 proc, a o cztery razy 30 proc. Zoptymalizujmy to na kilku handlowcach, potem zatrudnimy dodatkowych dziesięciu, a potem stu..

– Na ile praca handlowca się zmieni wraz z rozwojem technologii?  
– Tak naprawdę ta praca stoi na progu gigantycznej zmiany. Wyobraź sobie, że jak wybrali papieża w 2005 roku to na Placu Świętego Piotra była jedna osoba, która robiła zdjęcie telefonem. Po konklawe w 2013 roku zdjęcia robili wszyscy zebrani na Placu św. Piotra. Na następnym wszyscy będą robić to zdjęcie sobie – na tle historycznego wydarzenia. Technologia zmieniła konsumentów. Otworzyła zupełnie nowe pola sprzedaży: Facebook, LinkedIn, Instagram – tam  dzieje się ogromna cześć sprzedaży, a przy tym powoli zamykają się stare kanały, wygasać będzie moim zdaniem m.in. cold calling w wykonaniu call center. Druga duża zmiana to będzie specjalizacja. Kiedyś handlowiec przeprowadzał klienta przez cały proces zakupowy, klient przychodził jak biała kartka. Teraz klient przychodzi do nas wyedukowany: on już sobie produkt wyguglał, sprawdził w porównywarce, na serwisach z opiniami. Teraz handlowiec ma częściej za zadanie sfinalizować proces zakupowy niż go rozpocząć.

Musi wiedzieć więcej niż wyedukowany klient? To znaczy, że na rynku będą potrzebni sprzedawcy-eksperci?
W ubiegłym roku przeczytałem 61 książek. Nie jestem bibliofilem, ja po prostu odpowiadam na potrzeby rynku, a rynek mi mówi, że im bardziej jestem wykształcony w obszarze biznesowym – czytam pozycje głównie z zakresu zarządzania, sprzedaży i marketingu – tym więcej będę zarabiał i tym bardziej będą zadowoleni moi klienci. Ciągłego doszkalania wymagam też od swojego zespołu, bo klient oczekuje kompetencji i porady.

– A co się stanie, gdy na dobre nadejdzie czas automatycznych asystentów, chat botów obsługujących klientów, a rozwój technologii machine learning sprawi, że maszyny będą mogły rozmawiać z klientami?
– To się dzieje od dłuższego czasu. Systematycznie eliminujemy poszczególne elementy procesu sprzedaży i zastępujemy je technologią. Kiedyś w call center musieliśmy wykręcić sobie numer telefonu klienta, a później wprowadzili automatyczne “wykręcacze”, żeby było szybciej. Teraz podobny proces zachodzi w digitalu.

  Wspomniałeś o książkach: co powinien przeczytać ktoś, kto zaczyna swoją karierę w sprzedaży?
 – Jeśli dopiero zaczyna, to polecę podstawy: “Jak zyskać przyjaciół i zjednać sobie ludzi” Dale’a Carnegie – książka o komunikacji międzyludzkiej; Daniel H. Pink i jego “To Sell Is Human” – przyda się szczególnie Polakom, którzy uważają, że sprzedaż to nie jest zajęcie dla ludzi na poziomie i jako trzecia podstawa – stary dobry Cialdini “Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka”, fenomenalna książka z 1984 roku, która nie przestaje być aktualna.

  • To jeszcze, żeby zachęcić niezdecydowanych: czy w sprzedaży można nauczyć się czegoś, co przyda się w codziennym życiu?
    – Takich rzeczy jest mnóstwo. Jest na przykład tak, że nieważne jak dobra jesteś w sprzedaży, większość Twoich kontaktów z klientami kończy się niepowodzeniem, wyrabiasz więc w sobie fenomenalną odporność życiową na porażki. Można się tego nauczyć, choć czasem płacze się w poduszkę. Druga rzecz bardzo ważna, to jest większa odporność na odrzucenie. Wszyscy się boimy odrzucenia, bo pochodzimy od ludzi, dla których odrzucenie przez stado oznaczało śmierć. Handlowcy są ciągle odrzucani, więc się na tę sytuację uodparniają. Efekt jest taki, że nie znam handlowca, który bałby się podejść i zagadać do nieznajomej kobiety przy barze.

  • – Nieźle. Coś czuję, że tym argumentem wywołamy nową falę kadr w sprzedaży [śmiech]. Bardzo dziękuję za rozmowę.
    – Dzięki!
 
Categories

Workation, czyli prawie wakacje dla bardzo zapracowanych

Na myśl o wakacjach masz niepokoje i biją na ciebie siódme poty? Nie jesteś w stanie wyobrazić sobie przerwy w pracy? Przeraża cię świadomość, że podczas twojej nieobecności, ktoś inny może wkraść się w łaski szefa albo przejąć projekt, nad którym z mozołem pracujesz od pół roku? Czy może myśl o odpoczynku wydaje ci się wstrętna? Workation to rozwiązanie idealne dla ciebie.

Oczywiście wszystkie wymienione we wstępie symptomy są powodem do niepokoju, ale rozumiem, że w zabieganym świecie nie wszyscy mamy czas na wypoczynek. Nowy, gorący trend z Zachodu pozwala nam częściowo pogodzić pracę z koniecznością odcięcia się od niej. Nie jest rozwiązaniem idealnym, bo ciało i umysł wymagają resetu i naładowania akumulatorów, ale jeżeli nie możemy mieć tego, co chcemy, to miejmy przynajmniej cokolwiek.

Workation to połączenie pracy (work) i wakacji (vacation), i oznacza, jak się możemy domyślać, wakacje połączone z pracą. Jest to rozwiązanie idealne dla ludzi pracujących zdalnie, którzy nie musza podbijać codziennie karty pracy i są rozliczani z wyników a nie dupogodzin. Z workation mogą również skorzystać właściciele firm, którzy nie chcą zostawiać biznesu na pastwę pracowników, a swoim dyrektorom ufają nieprzesadnie. Ostatnio z tego rozwiązania korzystają korporacje, organizując w ten sposób pracę swojej załogi.

Żebyśmy dobrze zrozumieli ideę workation. To nie są wakacje, podczas których pracodawca zmusza pracownika do wykonywania zwyczajowych zadań. To raczej inny sposób organizowania pracy, poprzez łączenie jej z wypoczynkiem. Wyobraźmy sobie, że mamy grupę programistów, którzy siedzą w zagródkach bez okien i klepią kod 12 godzin dziennie. Nikt o zdrowych zmysłach nie wytrzyma takiego reżimu pracy przez dłuższy czas. Może więc lepiej wywieźć koderów do ciepłego kraju, dać im mocne łącze i niech pracują stamtąd?

Dla pracownika jest to świetne rozwiązanie, bo podczas takich praco-wakacji nie zużywa urlopu. Pracodawca organizuje zajęcie w ten sposób, że grupa pracuje od 9 do 14. Po 14 ma nakaz wyłączenia komputerów i komórek, i zaczyna wypoczywać. Czy to leżąc nad basenem z książką i zimnym drinkiem, czy to zwiedzając, jeżeli jest co zwiedzać.

Można się zapytać, dlaczego właściwie chcielibyśmy robić coś tak szalonego, jak workation? Badania nie pozostawiają złudzeń – Polacy nie potrafią wypoczywać. W 2017 roku CBOS przeprowadził badanie, według którego wyjeżdżamy na urlop średnio na siedem i pół dnia. Od 2012 roku skróciliśmy swój urlop o dwa dni. Z kolei z badania przeprowadzonego wśród użytkowników Allegro wynika, że w trakcie wakacji aż 81 proc. osób korzysta z internetu. I to jest w porządku, bo skąd wiedzielibyśmy, co mamy zwiedzać na miejscu. Gorzej, że prawie 1/4 klika w internety w celach służbowych.

Bezlitosne są dla nas również statystyki OECD. Na sen i relaks poświęcamy dziennie ledwie 14 godzin. Daje nam to zaszczytne trzecie miejsce wśród krajów OECD. Od końca. Aż 25 proc. z nas pracuje podczas urlopu do 3 godzin dziennie. Nie umiemy wypoczywać, jesteśmy w tym beznadziejni tak, że bardziej się chyba nie da. Gdy przeglądałem badania stwierdziłem, że idea workation jest jakby stworzona dla zapracowanych Polaków. Trzeba zmienić angielską nazwę na naszą. Proponuję prakacje.

Ponieważ z umęczonego i niewypoczętego pracownika pożytek jest dużo mniejszy niż ze zrelaksowanego, pracodawcy coraz śmielej przyglądają się tej egzotycznej idei. Na dobrą sprawę jedynym minusem takiego rozwiązania są koszty wysłania zespołu do ciepłych krajów. Z drugiej strony mogą się one zwrócić już podczas wyjazdu, bo jak uczy doświadczenie, produktywność zespołów rośnie wtedy bardzo mocno.

Są też inne plusy prakacji. Poprawiają się relacje między ludźmi z zespołu, rośnie integracja, ludzie zaczynają się lepiej rozumieć i dogadywać. Poprawia się motywacja i koncentracja w czasie pracy, większość osób chce skończyć zadanie w krótszym czasie, żeby nie zostawiać sobie rzeczy na następny dzień. A przypominam, że podczas prakacji w pracy siedzi się przez 4-5 godzin dziennie. Bardzo ważne jest również budowanie pozytywnego wizerunku firmy w oczach pracowników. Zarówno tych obecnych, jak i przyszłych. Kto by nie chciał pracować w firmie, która raz do roku wysyła wszystkich na miesiąc na Malediwy?

No dobra, to gdzie się kopnąć na prakacje, jeżeli już zdecydujemy się na tego typu formę częściowego wypoczynku? Należy pamiętać o kilku podstawowych zasadach:

– Dopasowujemy aurę na miejscu nie tylko pod wypoczynek, ale i pod pracę. Wspomniane Malediwy brzmią doskonale, ale jak się tam wybierzemy między majem a listopadem, możemy załapać się na ulewne deszcze. Wysoka temperatura w połączeniu z wilgotnością, zabiją każdą produktywność i pokrzyżują nasze plany wypoczynkowe.

– Jakkolwiek interesujące może wydawać się zagubione miasto w sercu Kambodży, musimy pamiętać o infrastrukturze umożliwiającej pracę. Będziemy zatem potrzebować szybkiego łącza i dostępu do sali konferencyjnej na wypadek, gdybyśmy musieli przeprowadzić telekonferencje z klientem na tyle zasadniczym, że przeszkadza mu widok kąpiących się ludzi w tle.

– Unikamy pory monsunowej, terenów aktywnych sejsmicznie, zagrożonych powodzą, uderzeniem tsunami i wszystkimi atrakcjami pogodowymi, które uniemożliwią nam tak pracę, jak i wypoczynek. Wizytę w strefie działań wojennych zaplanujmy sobie na czas normalnego urlopu.

– Wiem, że to zabrzmi źle, ale planując prakacje, rozważmy wyjazd w miejsce, w którym nie ma rodzin z dziećmi. W czasie normalnych wakacji nie mam z tym problemu. Natomiast dziecko w pracy to zły pomysł, o czym kilkukrotnie się przekonałem. Nie da się być efektywnym, gdy dwie zagródki obok płacze nieprzewinięty bobas.

Jeżeli nie możesz pokonać wroga, przyłącz się do niego. Jeżeli nie jesteś w stanie wypoczywać, bo ciągle pracujesz, pracuj i wypoczywaj jednocześnie. Od siebie mogę dodać tylko tyle, że tekst ten powstał podczas Open’era. Kolejne prakacje zaliczone.

 
Categories

Autorskie prawo do kasy

Start-upowcy nie polubili procedowanej dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym – boją się, że przy okazji ochrony praw twórców prawodawca ograniczy przedsiębiorczość w sieci i rozwój badań naukowych. Ci ostatni liczą na to, że długo oczekiwane przepisy wreszcie nie pozwolą na kradzież w Internecie. Chodzi przecież o to, żeby utrudnić życie wykorzystującym swój monopol medialnym gigantom.

Edit: Z uwagi na kontrowersje jakie wzbudzała dyrektywa – szczególnie 11 i 13 artykuł – Europarlamentarzyści w głosowaniu przeprowadzonym 5 lipca 2018 r. opowiedzieli się za odrzuceniem poprawek przedłożonych przez parlamentarną komisję prawną (318 głosów za odrzuceniem, 278 za przyjęciem, a 31 wstrzymało się od głosu). Na debatę w tej sprawie w PE trzeba będzie poczekać do września.

Zmiany w prawie mają na celu ochronę twórców i wydawców, z których pracy i inwestycji czerpią zyski nieuczciwi przedsiębiorcy, szczególnie giganci medialni. Prawo powinno zagwarantować, aby autorzy i podmioty praw otrzymali należną cześć wartości generowanej przez korzystanie z ich utworów i innych przedmiotów objętych ochroną. Dlatego wprowadza się m.in. zasadę, że zarządzający serwisami powinni zabezpieczyć je przed pojawieniem się w nich bez zgody twórców treści chronionych prawem autorskim, nie jak do tej pory, usuwać naruszenia gdy się o nich dowiedzą. Wydawcy zyskali natomiast prawo pokrewne, z którego korzystają już producenci filmowi, muzyczni, audiowizualni, producenci gier i programów komputerowych.

Pomimo słusznych przesłanek – za czyjąś pracę trzeba płacić, należy ograniczyć monopolistów, nieuczciwi przedsiębiorcy nie mogą czerpać z cudzych inwestycji, propozycje PE znalazły szeroką rzeszę oponentów wśród użytkowników Internetu, m.in. drobnych przedsiębiorców chcących inwestować w technologie. Zrobił się szum. Protestujący twierdzą, że nowe regulacje ograniczą wolność internautów, wprowadzą cenzurę oraz przy okazji walki ze złodziejami zmniejszą możliwości rozwoju legalnym inicjatywom – biznesowym lub naukowym. Prawodawca tłumaczy – bardziej restrykcyjne przepisy skierowane są w stronę tych, którzy w celach komercyjnych wykorzystują cudzy wkład intelektualny, a nie zwykłych śmiertelników, korzystających z dozwolonego użytku, w celach prywatnych.

Nie wszyscy chcą słuchać tej argumentacji. Wikipedia w proteście przeciw „ACTA II” zamknęła dostęp do swoich treści, w ten sposób tłumacząc swój ruch: „5 lipca posłowe do Parlamentu Europejskiego zagłosują nad nową dyrektywą o prawach autorskich i pokrewnych. Proponowane zmiany zagrażają otwartemu internetowi, którego częścią jest Wikipedia. Macie czas działać i włączyć się do debaty. Dziękujemy!”

Co na to start-upy?

– Ostatnio ciągle słyszę o „level playing field”, a tu zamiast wyrównywania szans wprowadza się przepisy powodujące, że małe i średnie firmy będą miały pod górę, przecież nie stać ich na drogie algorytmy i zabezpieczenia. Natomiast nie będzie to stanowić żadnego problemu dla Facebooka, Google czy YouTube – mówi Julia Krzysztofiak-Szopa, CEO w Startup Poland. Zwraca też uwagę na wprowadzaną prewencyjną kontrolę treści.

– Wcześniej, gdy ktoś samowolnie wrzucił na stronę chroniony prawem autorskim utwór, twórca serwisu musiał po zgłoszeniu naruszenia praw taki wpis skasować, teraz może spaść na niego obowiązek, by troszczyć się o to, żeby tego typu materiały w to miejsce w ogóle nie trafiły.

Mali, początkujący przedsiębiorcy boją się, że nie upilnują przypadkowych użytkowników ich serwisów przed wrzuceniem czegoś chronionego prawem autorskim. Wystraszyli się kar oraz tego, że mimo braku złych intencji, zostaną zaliczeni do piranii, gotowych rzucić się na artystów czy dziennikarzy i obgryźć ich do kości, byleby tylko do kieszeni płynął hajs. Konieczność wprowadzanie technicznych zabezpieczeń może ich przerosnąć. Poza tym bezrefleksyjne roboty mogą arbitralnie wycinać również kontent zgodny z prawem, np. zaatakować zdjęcia prac zamieszczonych w sieci prze PR-owców promujących wystawę w galerii przez którą zostali zatrudnieni. Zwolennicy dyrektywy odpowiadają na to, że zostanie wprowadzony system szybkiego zgłaszania i usuwania naruszeń.

– Algorytmy nie są problemem choćby dla YouTuba, który już obecnie posługuje się podobnymi rozwiązaniami. Nowe przepisy mogą doprowadzić do tego, że z sieci znikną ambitne i różnorodne materiały. Zostanie tylko to co się opłaca dużym graczom, którzy będą woleli na wszelki wypadek wyciąć utwór, niekoniecznie chroniony prawem, byleby nie narazić się na ewentualne kary i wydatki na prawników. Ciekawe, jaki stanie się po wprowadzeniu nowych przepisów Facebook czy Twitter? Czy będzie się w nich pojawiać coś poza filmikami, zdjęciami i wpisami samych użytkowników – zastanawia się Julia Krzysztofiak-Szopa. – Z drugiej strony mogą powstawać start-upy oferujące rozwiązania techniczne służące kontroli treści – zauważa.

Jej zdaniem dużym problem polskich start-upów, które z sukcesem specjalizują się w pracy na dużych bazach danych może być ograniczenie dostępu do przeszukiwania zgromadzonych w Internecie treści. Czy nowe regulacje nie podetną im skrzydeł? Konieczność wykupu licencji to nie tylko problem finansowy, ale również logistyczny – przedsiębiorcy narzekają, że zamiast pracować nad realizacją pomysłu na biznes, trzeba będzie tracić czas na sprawy administracyjne. Julia Krzysztofiak-Szopa jako przykład podaje star-up walczący z przemocą słowną wobec dzieci w Internecie. Czy będzie w stanie wyłapać potencjalne zagrożenia bez otwartego dostępu do danych? Dyrektywa UE wprowadza co prawda ustępstwa dla prac naukowych, ale to jak zostaną zastosowane okaże się w praktyce.

Szefowa Startup Poland zastanawia się też nad konkurencyjnością europejskich rozwiązań w zderzeniu z internetowym biznesem w Stanach Zjednoczonych. Czy będziemy w stanie zmierzyć się z Chinami, w których co prawda ogranicza się wolność internautów, ale przed biznesem nie stawia zbytnich barier. – To nie znaczy, że popieram chińskie rozwiązania, ale takie są realia – podkreśla.

Mierzmy każdego jego miarką

Na szczęście parlamentarna komisja zauważyła, że mogą pojawić się kłopoty i dopisała wzmiankę o zasadzie proporcjonalności. Pozwalającą inaczej oceniać małych przedsiębiorców, a inaczej duże portale, serwisy społecznościowe i wyszukiwarki.

– Należy ocenić pozytywnie planowane zmiany, mające na celu między innymi wyrównanie dysproporcji między wynagrodzeniem twórców i producentów a zyskiem komercyjnych platform internetowych, udostępniających ich utwory. Dzięki w szczególności planowanemu wprowadzeniu umów licencyjnych, twórcy uzyskaliby szanse na godziwe wynagrodzenie – tłumaczy Magdalena Głowacka-Dziedzic radca prawny w Krzysztof Rożko i Wspólnicy Kancelaria Prawna.

– Jak wynika z postulatów głoszonych przez wydawców i twórców – projekt nowej regulacji dyrektywy w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym – miałby między innymi gwarantować sprawiedliwe wynagrodzenie artystów i dziennikarzy. Podkreślają, że jej celem jest naprawa istniejącej luki poprzez wprowadzenie takich rozwiązań prawnych, na podstawie których portale internetowe podzieliłyby się zyskiem uzyskanym w związku z korzystaniem przez nich z pracy twórców, w tym wydawcami i dziennikarzami. Należy podzielić ten pogląd na sprawę – dodaje.

W praktyce chodzi o to, by wielkie platformy udostępniania treści, takie jak np. Facebook czy Twitter, zapewniły użytkownikom większą przejrzystość działania. Gdyby udostępnianie przez nie plików naruszało czyjeś prawa autorskie lub prawa pokrewne, uruchamiane zostałyby rozwiązania umożliwiające większą ich ochronę. Właściciele praw zyskaliby natomiast wzmocnioną pozycję przy negocjowaniu wynagrodzenia za korzystanie z ich treści na takich platformach – podkreśla Magdalena Głowacka-Dziedzic.

Twórcy od lat czekają na takie rozwiązania i już dawno stracili cierpliwość. Wokalistka i reżyserka Maria Sadowska, na konferencji prasowej zorganizowanej przez Kreatywną Polskę, pytała jak to jest, że bez problemu płacimy za worek kartofli, a o wynagradzaniu za twórczość intelektualną nie pamiętamy. Na brak ochrony twórców przed sieciowymi złodziejami oburzali się również przewodnicząca Gildii Reżyserów Polskich Joanna Kos-Krauze i Mieczysław Jurecki – kiedyś z Budki Suflera. Wszyscy zgodnie podkreślali, że nie chodzi o zwykłych śmiertelników – użytkowników, a o tych, którzy na ciężkiej pracy twórców zarabiają i nie chcą się sprawiedliwie dzielić. Najazd na Brukselę z podobnymi postulatami zapowiedziały światowe gwiazdy pop. Wojnę o sprawiedliwy podział dóbr zaczęli m.in. Taylor Swift, Ed Sheeran i Katy Perry.

Jak tu się nie wściekać, kiedy jak podaje „The Guardian” w Wielkiej Brytanii artyści i wytwórnie zarobili w zeszłym roku dwukrotnie więcej na 4,1 milionach winyli, niż na 25 miliardach obejrzanych wideoklipów na YouTube. Wspomniana showbiznesowa trójka światowych gwiazd do biednych nie należy, ale w Polsce przymierający głodem twórcy są w większości. Co ich obchodzi płaca minimalna, kiedy im nikt umowy o pracę nie da?

Dziennikarze też o niej dawno zapomnieli, teraz pomstują na ciągle przycinane wierszówki. Coraz częściej zarobku szukają w innych branżach, a swój wymarzony zawód traktują jako hobby. Efekt – zmęczenie i spadek jakości. Która redakcja zapłaci obecnie za wyjazd zagraniczny na antypody, gdy w kilka minut można przejrzeć newsy z całego świata? Kto zainwestuje w dziennikarza śledczego, skoro informacja o odkrytej aferze błyskawicznie rozejdzie się w eterze? Jaki procent jej odbiorców odnotuje, że pierwsza była ta a nie inna gazeta? Nie ma co się czarować, dziennikarzy krew zalewa, gdy widzą setki odsłon zajawek ich tekstów w agregatorach treści, kilka razy więcej niż na redakcyjnej stronie.

Dziennikarstwo umiera w biedzie. Dlatego wydawcy wywalczyli sobie prawa pokrewne i obiecali, że będą dzielić się z dziennikarzami dochodem z tego tytułu po połowie. Wprowadzone regulacje mają zmusić, wykorzystujących kreowane przez redakcje treści do zawierania umów licencyjnych.

Ważne jest, by w tym wszystkim zachować umiar – zbyt rygorystyczne ograniczenie prawa do cytatu może być mieczem obosiecznym. Wykasowywanie linków opatrzonych zdjęciami i zajawkami z portali społecznościowych znacznie ograniczyłoby promocję redakcyjnych treści – większość mediów ma przecież teraz stronę na FB, wrzuca fotki na Insta lub nakłania swoich redaktorów do twittowania. Tworzenie wydarzeń facebookowych jest świetną formą promocji imprez kulturalnych – bez fotosów z filmów czy fragmentów muzyki – trudniej będzie zachęcić do obejrzenia najnowszych produkcji i wyjścia na koncert.

Jak informuje Kreatywna Polska z opracowanego na jej rzecz przez Deloitte rok temu raportu, wynika że Polacy płacili średnio kilkanaście złotych miesięcznie za dostęp do nielegalnych serwisów internetowych, po podsumowaniu – aż 900 mln zł rocznie. Aż się prosi, żeby zamknąć przed nimi drzwi. No ale, Internet miał być otwarty. W tej sytuacji PE najlepiej by zrobił, gdyby wykorzystał fakt, że w sieci można śledzić każdy krok i wprowadził proste rozwiązanie – automatyczne opłaty proporcjonalnie i zależne od dochodu firm, które zarabiają na konkretnych dziełach, kierowane bezpośrednio do autorów tych prac oraz podmiotów, które w powstaniu utworu pomagały (proporcje ustalałaby umowa pomiędzy nimi a twórcami, zliczane byłyby odtworzenia). Giganci płaciliby więcej, maluchy mniej. A! Część z tego powinna być odkładana na sztukę wyższą, jak wiadomo mniej rozchwytywaną.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: To straszne bezrobocie

Bezrobocie jest wtedy, gdy człowiek w wieku produkcyjnym, zdolny, gotowy i chętny do pracy, oraz aktywnie jej poszukujący, nie jest w stanie jej znaleźć. I tutaj niektórzy pewnie zakrzykną: no ale przecież wszędzie szukają chętnych do pracy, widziałem kartkę na drzwiach w pobliskiej Biedronce, że dają etat, socjal i benefit. To jak w ogóle może być bezrobocie?

O tym za chwilę. Dla jednych bezrobocie to koszmar, pesymizm, fatalizm, rezygnacja i apatia. Dla innych to jedynie powód do wzruszenia ramion. Dzisiaj przyjrzymy się jego naukowej definicji, przełożymy ją sobie na polski i porozmawiamy o jego przyczynach. Ale najpierw wyjaśnimy pułapki rozumowania zasygnalizowane w poprzednim akapicie.

Gdybyśmy żyli w gospodarce centralnie planowanej i ręcznie sterowanej, w której człowieka bezrobotnego kieruje się do pracy na front, na którym akurat pracowników brakuje, bezrobocia faktycznie by nie było. Przyszło nam jednak żyć w gospodarce w miarę wolnorynkowej, w której bezrobotny ma wybór, czy pozostać bez pracy, czy podjąć taką, która mu nie odpowiada.

Przyczyn nieodpowiadania pracy może być dużo. Wyobraźmy sobie sytuację, w której namawiamy korporacyjnego pracownika niskiego szczebla do zajęcia miejsca za kasą w supermarkecie. Jeżeli nie będzie miał noża na gardle, prawdopodobnie nie przystanie na naszą propozycję. Jego decyzję mogą warunkować na przykład czynniki finansowe – suma miesięcznych wydatków stałych, z których nie może zejść, jest wyższa niż maksymalna pensja kasjera. Taki człowiek będzie szukał pracy, w której zarobi na te koszty stałe a nie takiej, dzięki której przeżyje, ale wpadnie w spiralę zadłużenia.

Na przeszkodzie mogą stać również czynniki psychologiczne. Ktoś, kto skończył studia, pracował na stanowisku wymagających specjalnych umiejętności i wiedzy, cieszył się jakimś prestiżem, nieprędko zdecyduje się na pracę, która według jego standardów, będzie niewymagająca, zbyt prosta a nawet urągająca poziomowi jego kompetencji.

Dlatego często ludzie decydują się nie podejmować gorzej płatnej czy mniej prestiżowej pracy i nie ma w tym żadnego paradoksu. Co więcej, w każdej gospodarce, nawet centralnie planowanej, istnieje tak zwana naturalna stopa bezrobocia większa od zera. Wliczymy do niego zarówno tych, którzy nie chcą wykonywać pracy poniżej swoich umiejętności, jak również osoby o niskich kwalifikacjach, które wykonują monotonne, nieciekawe zajęcia. Dla nich czasowa przerwa w pracy może być sposobem na przeczekanie i ucieczkę od nudy i zamułki.

Gdy już sobie wyjaśniliśmy na czym polega błąd mądrości wygłaszanych przez wujka Janka na rodzinnej imprezie, możemy przejść do przyczyn bezrobocia. Jest ich wiele, wybierzemy te najważniejsze.

Wysokie koszty pracy pracodawców mogą powodować likwidację miejsc pracy albo zahamowanie tworzenia nowych. To odwieczny problem, który jest regularnie rozgrywany przez polityków. Podobne problemy może tworzyć nieelastyczne i opresyjne dla pracodawców prawo pracy. Tu jest duże pole do popisu dla aktualnego prawodawcy.

Niedopasowanie popytu i podaży na określony rodzaj pracy, czyli tak zwane bezrobocie strukturalne. W Polsce okresu przełomu politycznego mieliśmy wielu robotników nisko wykwalifikowanych i rolników. Gdy zaczęły padać duże zakłady pracy, PGR-y i małe gospodarstwa rolne, na rynku pracy pojawiła się duża grupa rolników i robotników, przy znacznie zmniejszonym zapotrzebowaniu na te zawody.

Czasami praca nie widzi się z pracownikami z powodów geograficznych. Bo co z tego, że możemy dostać pracę na platformie wiertniczej na Morzu Północnym, jeżeli oznacza to długą rozłąkę z bliskimi. W tym przypadku powodem bezrobocia jest ograniczona mobilność potencjalnych pracowników.

Reglamentacja pracy, czyli system państwowych i korporacyjnych pozwoleń oraz licencji na pracę. W tym przypadku tworzy się bariery wejścia, które zmniejszają liczbę pracowników mogących wykonywać dany zawód. Powoduje to oczywiście wzrost bezrobocia wśród tych zawodów i spadek konkurencyjności w dotkniętej takimi regulacjami branży. Prawnik po studiach potrzebuje aplikacji a lekarz musi zrobić specjalizację.

Brak równowagi między kierunkami kształcenia a zapotrzebowaniem na określony zawód. Pamiętacie wysyp magistrów marketingu i zarządzania? Dzisiaj mamy ich tak wielu, że rynek nie jest w stanie ich wchłonąć. Aktualnie rośnie nadprodukcja absolwentów kierunków informatycznych. Kto wie, za kolejne dziesięć lat możemy mieć nadprodukcję lekarzy.

Automatyzacja i restrukturyzacja przyczyniają się do likwidacji miejsc pracy wymagających niższych albo bardzo wąska wyspecjalizowanych kwalifikacji. Mówi się, że nie ma się co bać robotów zabierających pracę w montowniach, bo dzięki nim wszyscy w końcu będziemy dostawać pieniądze tylko za to, że jesteśmy.

Sezonowe lub stałe ograniczenie produkcji określonych towarów lub wykonywania usług z powodu braku zainteresowania ze strony konsumentów. Sezonowość dotyka na przykład pracujących w rolnictwie. Permanentność zniszczyła prawie całkowicie walkmany, winyle i wideo.

Na dzisiaj tyle, w następnym odcinku opowiem o rodzajach bezrobocia i jego skutkach.

 
Categories

Ile można wydać w Polsce na festiwale? Policzyliśmy

Sezon koncertowo-festiwalowy w pełni. Jak co roku, stajemy przed takim wyborem, że żałujemy dwóch rzeczy: braku pieniędzy na wszystkie wydarzenia, które chcielibyśmy zobaczyć i braku umiejętności bilokacji, która pozwoliłaby nam znaleźć się w dwóch miejscach o jednym czasie. Oczywiście po to, żeby zobaczyć wszystkie wydarzenia, które nas interesują.

I jak co roku zadaję sobie to samo pytanie. Czy organizatorów nie poniósł nadmierny entuzjazm, i czy nie mamy tego dobra za dużo? Czy to już ten moment, że dostajemy więcej, niż jesteśmy w stanie zjeść i zaczynamy się dławić? A może wręcz przeciwnie, jest miejsce na kolejne duże festiwale? Popatrzmy jak to wygląda.

Policzyłem imprezy, które odbędą się do końca roku. W sumie organizatorzy zaplanowali 75 koncertów i festiwali. Lista jest dalece niepełna, gdyż wybrałem tylko duże wydarzenia i koncerty w miarę popularnych zespołów. Maksymalne natężenie wydarzeń jest w lipcu, w którym mamy do wyboru 34 imprezy na terenie całego kraju. W sierpniu zwalniamy i organizatorzy proponują nam 15 wydarzeń, od września do grudnia kolejne 26.

Załóżmy, że interesujemy się różnorodną muzyką, jesteśmy magikami i damy radę odwiedzić wszystkie. W lipcu oznacza to dla nas 7700 złotych na same karnety i bilety. Nie liczę kosztów transportu, pobytu na miejscu i jakiegoś skromnego jedzenia, bo w takim przypadku trzeba tę kwotę co najmniej podwoić.

Rzecz jasna nikt poza dziennikarzami muzycznymi nie jeździ na wszystkie imprezy, ale w sezonie letnim, hardkorowy fan imprez musi liczyć się ze sporymi wydatkami. Ceny biletów na lipcowe koncerty i festiwale wahają się od 70 złotych za najtańszy bilet na koncert zespołu Tremonti, do 750 złotych na trzydniowy festiwal muzyki tanecznej Sunrise. Cieszący się niezasłużoną opinią najdroższej imprezy w Polsce Open’er przestaje być taki drogi, gdy skojarzymy, że trwa 4 dni i najtańszy karnet za 579 złotych to koszt dwóch-trzech koncertów dużych gwiazd. A gdy zestawimy go z jednodniowym Młyn Jazz Festiwal, kosztującym w najtańszej wersji 559 złotych, wypada całkiem tanio. Jednak nie na tyle tanio, żeby nie wyrwać w naszych portfelach sporej dziury.

Oczywiście zbrodnią byłoby narzekać, że w końcu możemy w kraju oglądać zespoły światowego formatu, ale w lipcu i sierpniu dochodzi do absurdalnych sytuacji. Podczas Open’era odbywa się pięć innych festiwali i dwa koncerty. Jeżeli ktoś ma siłę, to może przeskoczyć z Gdyni do Warszawy na Rolling Stonesów, bo grają na zakładkę. Między 10 a 17 lipca odbywa się pięć festiwali i trzy koncerty. 27 lipca z kolei zaczynają się 3 festiwale a w Krakowie gra Iron Maiden.

Na początku sierpnia Przystanek Woodstock skleja się z OFF-em, w połowie spotykają się dwie fajne imprezy rockowe: Cieszanów Rock Festival i Czad Festival plus Kraków Live Festival. A przez cały miesiąc mamy co drugi dzień jakąś imprezę.

Tutaj zrobię mały wtręt – majątek zbije ktoś, kto zrobi aplikację, która będzie agregowała te wszystkie imprezy, podliczała automatycznie koszty karnetu, biletu, noclegów oraz wybierała optymalne połączenia między miastami, w których coś się dzieje. W tej chwili nawigowanie między nimi wymaga sporego arkusza excelowego.

Mamy więc z jednej strony fana, który tłucze się z jednego koncertu na drugi i jedzie z jednego festiwalu na kolejny. Z drugiej strony stoją organizatorzy, którzy widzą, że wakacyjna rozrywka to świetny biznes.
Praktycznie żaden z organizatorów nie podaje bilansu imprezy, ale wnioskując po kolejnych edycjach można zakładać, że się to opłaca. I tu pojawia się dość ciekawy wątek sponsorów tytularnych i bardzo ciekawy wątek współpracy organizatorów z miastami.

Sponsorzy są na takich imprezach rzeczą tak oczywistą, że praktycznie przestajemy rejestrować ich obecność a zaczynamy reagować na kolory. Pomarańczowy Orange Festival. Do niedawna zielony Heineken Open’er. Fioletowy i pomarańczowy Woodstock, który co prawda nie ma w tytule nazwy żadnego sponsora, ale widać na nim pomarańczowy balon Allegro i fioletowe barwy Playa.

Ciekawą sprawą jest wpływ festiwalu na miasto i miasta na festiwal. Zwłaszcza interesująca jest ta druga kwestia. Festiwale mogą budować tożsamość miasta, no bo z czym nam przede wszystkim kojarzy się nam Opole? Na kilka dni w roku angażują mieszkańców, o czym łatwo było przekonać się w zamierzchłych czasach choćby w Jarocinie. Budują markę miasta bo kto oprócz żeglarzy mazurskich słyszał o Mrągowie, gdy jeszcze nie odbywał się w nim Piknik Country?

Lista korzyści jest jeszcze dłuższa. Miasto na festiwalu najczęściej zarabia, promuje się, aktywizuje mieszkańców, daje im święto w okresie pozaświątecznym. Często możemy spotkać się ze sformułowaniem „miasto tętni życiem”. I jest to fajne. Podczas festiwalu na wsparcie mogą liczyć rodzimi artyści. Impreza daje miastu i jego mieszkańcom impuls do dalszych działań w obszarach pozornie z festiwalem niezwiązanych.

No i bardzo często dzięki festiwalowi mieszkańcy dostają jak najbardziej namacalne pamiątki po nim. Miasto Busko-Zdrój zyskało szkołę muzyczną im. Krzysztofa Pendereckiego. Po imprezach pozostają instalacje, rzeźby, murale, książki wydane specjalnie na festiwal. Oraz oczywiście polepsza się miejska infrastruktura, bo włodarze naszych miast, jak chyba wszyscy Polacy, mają tę miłą cechę, że zastaw się a postaw się. Więc w parku pojawi się ławka i fontanna, festiwalowy amfiteatr zyskuje drugą młodość a fronty kamieniczek na rynku dostają nowy tynk.
Myślę, że takie imprezy jak Gouadupa w Baligrodzie, Cieszanów Rock Festiwal czy Rock na Bagnie w Goniądzu wzięły się właśnie z takiego dobrego myślenia gospodarzy małych miast, którzy zrozumieli, że dobrze jest mieć swój festiwal. Czy ktoś 10 lat temu kojarzył co to Strzelinko i Dolina Charlotty? Teraz gdy widzimy te nazwy, od razu wiemy, że zagra tam gwiazda światowego formatu.

Możemy więc trochę sobie ponarzekać, że za dużo i za drogo, ale to będzie narzekanie na zasadzie „za dużo w jednym terminie” i „drogo, ale za tyle fajnych gwiazd, to jak darmo”. Dlatego już w najbliższą środę pakuję mandżur i jadę na Open’era. Potem szybki powrót do Warszawy na Stonesów, żal po Body Count, których musiałem odpuścić, ukoję lipcowym koncertem Combichrist. A w sierpniu widzimy się na Pol’and’Rocku poprzednio znanym jako Woodstock. Do zobaczenia na trasie.

 
Categories

Mniej keszu na firmowym koncie? Nadchodzi split payment

Kto się zagapił, może mieć w wakacje problemy z płynnością finansową. Od 1 lipca każdy przedsiębiorca w Polsce będzie mógł płacić metodą split payment (model podzielonej płatności MPP). Chociaż przez pierwsze pół roku metoda będzie nieobowiązkowa, to środki z tytułu VAT będą trafiały na oddzielne konta większości polskich firm. I będzie nimi można płacić wyłącznie VAT dostawcom, bądź rozliczać się z fiskusem. Mniejsze firmy muszą przestać myśleć o swoich przychodach jako kwotach brutto.

O co chodzi w split payment? 7 najważniejszych faktów


1. 1 lipca każdy bank do firmowego rachunku rozliczeniowego z automatu utworzy konto VAT. Każdy przedsiębiorca będzie miał jedno takie konto, nawet jeśli ma wiele rachunków firmowych. O uruchomienie kolejnych kont będzie mógł wnioskować do banku.

2. Faktura z tytuły dostawy towarów i/lub świadczenia usług będzie mogła być od 1 lipca zapłacona w modelu split payment. O użyciu tej metody płatności zdecyduje płatnik. Split payment dotyczy wyłącznie rozliczeń pomiędzy przedsiębiorcami.

3. Przelew w modelu split payment będzie wymagał zaznaczenia w komunikacie przelewu, że decydujemy się na płatność tą metodą. W danych przelewu trzeba będzie wpisać kwotę brutto i NIP odbiorcy.

4. Przelew realizowany w modelu split payment na kwotę 123 zł brutto wygląda tak, że 100 zł (kwota netto) trafia na konto podstawowe firmy, a 23 zł (kwota podatku VAT) na konto VAT-owskie (kwota zostanie podzielona przez bank).

5. Środkami z konta VAT-owskiego przedsiębiorca może zapłacić innemu przedsiębiorcy (kwotę VAT z faktury) lub użyć ich do rozliczeń z fiskusem.

6. Metoda split payment nie dotyczy płatności gotówkowych i płatności kartą kredytową.

7. Metodą podzielonej płatności nie zapłacimy też, jeśli rozliczamy się w walucie innej niż złotówka lub jeśli jedna ze stron transakcji ma konto w banku, który nie jest zarejestrowany w Polsce.

 

 
Categories

Kotlety z in vitro jeszcze w tym roku

Do końca tego roku na sklepowe półki trafi mięso wyhodowane w laboratoriach. Naukowcy potrafią już na masową skalę tworzyć kotlety bez konieczności powoływania do życia całego zwierzęcia. Rolnictwo komórkowe przyspiesza i przewiduje się, że przewróci do góry nogami przemysł spożywczy tak jak robotyzacja przewraca fabryki.

 

Kilka mikroskopijnych komórek – tyle wystarczy, żeby stworzyć w laboratorium udko z kurczaka, antrykot czy rybie dzwonka. Warunek jest jeden: komórki muszą się błyskawicznie dzielić – tak, żeby w krótkim czasie móc stworzyć masę mięśniową, która trafi na talerze. I okazuje się, że przy obecnym stanie nauki wyizolowanie odpowiednich komórek z żywego zwierzęcia i stworzenie z nich gotowych fragmentów mięsa nie stanowi już problemu. Po raz pierwszy w historii jesteśmy naprawdę blisko zakończenia hodowania zwierząt na mięso.

W 1931 roku Winston Churchill wypowiedział prorocze zdanie: “Powinniśmy odejść od absurdalnego hodowania całego kurczaka na rzecz tworzenia w odpowiednich warunkach samej piersi czy skrzydła”. Poważnie prace nad wyprodukowaniem mięsa bez zwierząt ruszyły na początku tego stulecia. Prym wiedli holenderscy naukowcy ochoczo dotowani przez holenderski rząd. Inicjatywę wspierały od początku organizacje walczące o prawa zwierząt z PETA na czele, która w 2008 roku wyznaczyła nagrodę w wysokości miliona dolarów dla pierwszej firmy, która do 2012 roku wyprodukuje sztuczne mięso.

Cała nadzieja w startupach
Pierwszego burgera ze sztucznie wyhodowanego mięsa zjedzono w 2013 roku w Londynie. Mięso powstało w laboratoriach Uniwersytetu w Maastricht. Trzy pierwsze osoby, które go spróbowały uznały, że jest za suchy i brakuje mu smaku. Szef projektu dr Mark Post twierdził wówczas, że naukowcy potrzebują jeszcze około dekady, żeby sztuczne mięso udoskonalić i wprowadzić je do sklepów. Niedługo po tej deklaracji opuścił mury uczelni i założył startup Mosa Meat, w którym kontynuuje badania nad sztucznym mięsem. To dzięki udoskonalonym przez jego zespół metodom produkcji, laboratoryjne mięso będzie można sprzedawać w miarę przystępnych cenach – ma być jedynie dziesięciokrotnie droższe od tradycyjnego.

Szanse na nowopowstającym rynku wywęszyły też inne startupy – izraelski SuperMeat, który zebrał finansowanie na platformie crowdfundingowej oraz trzech graczy w Dolinie Krzemowej: Memphis Meats, które dotąd skupiało się głównie na pracach nad sztucznym drobiem, Finless Foods majstrujące przy rybach i JUST, Inc. najbardziej wszechstronne, najlepiej dokapitalizowane i prawdopodobnie pierwsze, które wprowadzi sztuczne mięso do sprzedaży komercyjnej – chce to zrobić do końca tego roku.

Również w tym roku spodziewamy się, zgodnie z zapowiedzią  firmy Perfect Day. wprowadzenia na rynek pierwszego mleka, które nigdy nie spotkało się z krową.

Pożegnanie z krowami
Idea komórkowego rolnictwa zdaje się łączyć wszystkich: od wegetarian przez wielbicieli zwierząt po zagorzałych mięsożernych. Nosem kręcą tylko przedstawiciele tradycyjnego przemysłu i… niektórzy kucharze. “Sztuczne mięso jest przeciwnością wszystkiego w co wierzę. Traktuję je jak wroga za każdym razem, gdy sprawia, że rozmawiamy o jedzeniu jak substancji odżywczej  bez uwzględnienia szczęścia, radości i magii jaką daje” – mówił Anthony Bourdain i dodawał, że zanim sięgniemy po sztuczne mięso powinniśmy zacząć mniej marnować tego, które hodujemy i wykorzystywać nie tylko wybrane kawałki zwierząt. Ale tej rewolucji nie da się już zatrzymać.

Rolnictwo komórkowe to przyszłość przemysłu spożywczego, za którym ostatecznym argumentem jest stale rosnąca konsumpcja mięsa, co przy nieefektywności jego wytwarzania (choćby pod względem przestrzeni potrzebnej do produkcji paszy zwierzęcej) i dramatycznych skutkach dla środowiska (produkcja zwierzęca odpowiada za emisję aż kilkunastu procent szkodliwych gazów cieplarnianych) wydaje się być jedynym rozsądnym rozwiązaniem.

“Kochanie, nie zapomnij wstawić komórki”
Najtęższe biznesowe głowy ze Scottem Gallowayem (szef L2 i wykładowca-wizjoner biznesu na nowojorskim Stern)  na czele prognozują, że to właśnie “spożywka” będzie areną kolejnych rewolucyjnych zmian gospodarczych. Wystarczy spojrzeć, jak płyną ostatnio pieniądze w wielkim biznesie: Tyson Foods, jedna z największych na świecie firm przetwarzających mięso, uruchomiła w 2016 roku fundusz VC, który z zapałem inwestuje w mniejszych graczy zajmujących się laboratoryjną hodowlą mięsa. Od dwóch lat intensywnie na tym rynku inwestuje jedzeniowy gigant – fundusz New Crop Capital, którego portfolio wygląda dziś jak spis treści do tego, co będzie się działo z naszym jedzeniem w najbliższej przyszłości.

Nowe technologie niezwykle przyspieszyły prace nad pozyskiwaniem mięsa i białka zwierzęcego alternatywnymi metodami. Innowacje doczekały się nawet  własnej nazwy – FoodTech. Jaki będzie następny krok w tym szaleńczym wyścigu? Najpewniej jedzenie z komórek będziemy hodować sobie sami w domu. I choć brzmi to dziś  jak sci-fi, to jeszcze kilkanaście lat temu kosmosem wydawało się to, że będziemy badać swoje DNA przy pomocy szybkich testów z internetu.

Te zmiany oznaczają ogromne wyzwania dla polskiej gospodarki, w której tradycyjny przemysł spożywczy wytwarza dziś ok. 3 proc. PKB i tworzy miejsca pracy dla 15 proc. wszystkich pracujących Polaków (dane GUS).

 
Categories

Drżyjcie pracodawcy, idą młodzi roszczeniowi

Dawno nie odwiedzaliśmy naszych przyjaciół milenialsów. Pytacie co tym razem zbroili? Odpowiedź jest wstrząsająca – zabijają pracę taką, jaką znamy. Rozumiecie? Zabierają nam nasz styl pracy. Nie ma dla nich żadnych świętości.

Do niedawna było lepiej. Przychodziło się do pracy na 9:00, wychodziło jak tam się projekty ułożyły, czasami o 17:00, ale częściej bliżej 20:00. Nikt o płatne nadgodziny nie pytał, szef był nam jak ojciec, gdy trzeba surowy i pasa nie szczędził, czasami pochwalił dobrym słowem. W jednej firmie przepracowywało się minimum 5 lat, o podwyżkach się nie rozmawiało, bo czasem była skromna bo skromna, ale jednak premia roczna. Integracje z funduszu socjalnego, raz do roku duża impreza firmowa, dopłaty do karty Multisport i podstawowej opieki zdrowotnej. Nikt nie narzekał.

I komu to przeszkadzało?

Wiadomo. Roszczeniowym milenialsom, którym dogodzić się nie da. I okazuje się, że nie kręci ich ani ośmiogodzinny dzień pracy, ani bezproduktywne siedzenie w biurze. Na hasło „nadgodziny” reagują śmiechem, chcą podwyżek po pół roku pracy, integracja przy piłkarzykach i piwie ich nie interesuje, hierarchiczną strukturę korporacyjną mają w głębokiej pogardzie i na dodatek kwestionują autorytety oraz stan zastany, jakby się na wszystkim znali najlepiej. Przecież tak nie można.

Erozja starego systemu pracy postępuje na wielu polach. Weźmy na przykład takie modne hasło, jak „work-life balance”. Niby się zgadzaliśmy, że rozdzielamy sobie te pola, a potem niepostrzeżenie zaczęliśmy odbierać telefony po godzinach i przychodzić do pracy w sobotę, żeby podciągnąć zaległości. Milenialsi potrafią być tak uparci przy rozdzielaniu pracy od życia prywatnego, że nie spełniają oczekiwań szefa starej daty, który oczekuje, że telefon będzie odebrany nawet w sobotę o 21:37 a odpowiedź na maila wysłanego w niedzielę o 7:42 wyląduje na jego skrzynce najdalej o 8:15. Nic z tego, według raportu „Młodzi na rynku pracy” aż 88 proc. młodych ludzi oczekuje możliwości integracji życia zawodowego i prywatnego. I traktują to śmiertelnie poważnie. 

Doszło do tego, że nawet rekruterzy się skarżą. Kończą się czasy dostosowywania terminów rozmów kwalifikacyjnych pod oferującego pracę. Dzisiaj trzeba zmienić zasady i dopasować się do kalendarza kandydata. Tak się nie da pracować.

Obecne pokolenie jest najlepiej wykształcone w historii Polski. Jasne, możemy narzekać na płytkość programów nauczania i spadający poziom wyższych uczelni, ale milenialsi mają dyplom ukończenia studiów, przynajmniej jeden język obcy i obcykanie w nowych technologiach, w otoczeniu których się wychowali, i do których błyskawicznie się adaptują. I z tego coś już można rzeźbić, bo łatwiej młodego nauczyć, niż starego oduczyć.

Co najgorsze, młodzież ma świadomość swojej wartości. A co jeszcze gorsze, młodych bez kredytu trudniej zastraszyć w pracy. Nie da się mobbingować kogoś, kto w każdej chwili może wstać, rzucić papierem i wyjść z nieprzyjaznego, toksycznego związku z pracodawcą. Zresztą częste zmiany pracy to rzecz, do której pracodawcy też się muszą zacząć przyzwyczajać. Młodzi nie będą siedzieć w robocie, w której nauczyli się wszystkiego, czego mogli się nauczyć.

Milenialsi często poruszają tak egzotyczne tematy jak cele i inicjatywy społeczne podejmowane przez ewentualnego albo aktualnego pracodawcę. Chce im się przykuwać do drzew, siedzieć w hospicjach i angażować się w wolontariat pracowniczy. A tu poruta, bo w firmie jedyny wolontariat pracowniczy to bezpłatne staże dla studentów.

No i na koniec rzecz najgorsza, niczym zdradziecki sztych sztyletem w plecy. Praca sama w sobie nie stanowi dla milenialsów nagrody, nie jest też wystarczającą motywacją, żeby rzucili się na nią z wdzięcznością i robili to, co powiedział pan kierownik. Młodzi nie żyją, żeby pracować, tylko pracują, żeby żyć. Trudno ich zmotywować karierą, pieniędzmi czy uznaniem w oczach szefa. To nie ta bajka.

Mikrozarządzanie nie sprawdza się w obliczu bandy bezczelnych studentów, których nie interesują wskazówki i zarządzenia pana kierownika. Oni potrzebują mieć wpływ na sposób, w jaki ten cel zostanie osiągnięty. Czyli oczekują większej wolności, możliwości sprawdzania się i samodzielnego podejmowania decyzji. Na domiar złego, 74 proc. oczekuje elastycznego czasu pracy, co oznacza, że chcą pracować z domu! A przecież każdy wie, że praca w domu, to nie jest prawdziwa praca. Panowie kierownicy całkowicie tracą kontrolę nad pracownikiem, co powoduje u nich niemałą konfuzję. Jak to? Zaufać pracownikowi? Tak się nie godzi.

Możemy próbować się bronić, ale cudów nie ma i z demografią pan nie wygrasz. W 2025 roku 75 proc. siły roboczej będą stanowić szeroko pojmowani milenialsi. I pracodawcy zaczną mieć bardzo poważny problem. Bo albo się dostosują do nowego paradygmatu, albo zginą. Nie ukrywam, że ta druga perspektywa bardzo mnie cieszy. 

Dane pochodzą z analizy “Młodzi na rynku pracy” wykonanej przez Forum Odpowiedzialnego Biznesu.