Categories

Drżyjcie pracodawcy idą młodzi roszczeniowi

Dawno nie odwiedzaliśmy naszych przyjaciół milenialsów. Pytacie co tym razem zbroili? Odpowiedź jest wstrząsająca – zabijają pracę taką, jaką znamy. Rozumiecie? Zabierają nam nasz styl pracy. Nie ma dla nich żadnych świętości.

Do niedawna było lepiej. Przychodziło się do pracy na 9:00, wychodziło jak tam się projekty ułożyły, czasami o 17:00, ale częściej bliżej 20:00. Nikt o płatne nadgodziny nie pytał, szef był nam jak ojciec, gdy trzeba surowy i pasa nie szczędził, czasami pochwalił dobrym słowem. W jednej firmie przepracowywało się minimum 5 lat, o podwyżkach się nie rozmawiało, bo czasem była skromna bo skromna, ale jednak premia roczna. Integracje z funduszu socjalnego, raz do roku duża impreza firmowa, dopłaty do karty Multisport i podstawowej opieki zdrowotnej. Nikt nie narzekał.

I komu to przeszkadzało?

Wiadomo. Roszczeniowym milenialsom, którym dogodzić się nie da. I okazuje się, że nie kręci ich ani ośmiogodzinny dzień pracy, ani bezproduktywne siedzenie w biurze. Na hasło „nadgodziny” reagują śmiechem, chcą podwyżek po pół roku pracy, integracja przy piłkarzykach i piwie ich nie interesuje, hierarchiczną strukturę korporacyjną mają w głębokiej pogardzie i na dodatek kwestionują autorytety oraz stan zastany, jakby się na wszystkim znali najlepiej. Przecież tak nie można.

Erozja starego systemu pracy postępuje na wielu polach. Weźmy na przykład takie modne hasło, jak „work-life balance”. Niby się zgadzaliśmy, że rozdzielamy sobie te pola, a potem niepostrzeżenie zaczęliśmy odbierać telefony po godzinach i przychodzić do pracy w sobotę, żeby podciągnąć zaległości. Milenialsi potrafią być tak uparci przy rozdzielaniu pracy od życia prywatnego, że nie spełniają oczekiwań szefa starej daty, który oczekuje, że telefon będzie odebrany nawet w sobotę o 21:37 a odpowiedź na maila wysłanego w niedzielę o 7:42 wyląduje na jego skrzynce najdalej o 8:15. Nic z tego, według raportu „Młodzi na rynku pracy” aż 88 proc. młodych ludzi oczekuje możliwości integracji życia zawodowego i prywatnego. I traktują to śmiertelnie poważnie. 

Doszło do tego, że nawet rekruterzy się skarżą. Kończą się czasy dostosowywania terminów rozmów kwalifikacyjnych pod oferującego pracę. Dzisiaj trzeba zmienić zasady i dopasować się do kalendarza kandydata. Tak się nie da pracować.

Obecne pokolenie jest najlepiej wykształcone w historii Polski. Jasne, możemy narzekać na płytkość programów nauczania i spadający poziom wyższych uczelni, ale milenialsi mają dyplom ukończenia studiów, przynajmniej jeden język obcy i obcykanie w nowych technologiach, w otoczeniu których się wychowali, i do których błyskawicznie się adaptują. I z tego coś już można rzeźbić, bo łatwiej młodego nauczyć, niż starego oduczyć.

Co najgorsze, młodzież ma świadomość swojej wartości. A co jeszcze gorsze, młodych bez kredytu trudniej zastraszyć w pracy. Nie da się mobbingować kogoś, kto w każdej chwili może wstać, rzucić papierem i wyjść z nieprzyjaznego, toksycznego związku z pracodawcą. Zresztą częste zmiany pracy to rzecz, do której pracodawcy też się muszą zacząć przyzwyczajać. Młodzi nie będą siedzieć w robocie, w której nauczyli się wszystkiego, czego mogli się nauczyć.

Milenialsi często poruszają tak egzotyczne tematy jak cele i inicjatywy społeczne podejmowane przez ewentualnego albo aktualnego pracodawcę. Chce im się przykuwać do drzew, siedzieć w hospicjach i angażować się w wolontariat pracowniczy. A tu poruta, bo w firmie jedyny wolontariat pracowniczy to bezpłatne staże dla studentów.

No i na koniec rzecz najgorsza, niczym zdradziecki sztych sztyletem w plecy. Praca sama w sobie nie stanowi dla milenialsów nagrody, nie jest też wystarczającą motywacją, żeby rzucili się na nią z wdzięcznością i robili to, co powiedział pan kierownik. Młodzi nie żyją, żeby pracować, tylko pracują, żeby żyć. Trudno ich zmotywować karierą, pieniędzmi czy uznaniem w oczach szefa. To nie ta bajka.

Mikrozarządzanie nie sprawdza się w obliczu bandy bezczelnych studentów, których nie interesują wskazówki i zarządzenia pana kierownika. Oni potrzebują mieć wpływ na sposób, w jaki ten cel zostanie osiągnięty. Czyli oczekują większej wolności, możliwości sprawdzania się i samodzielnego podejmowania decyzji. Na domiar złego, 74 proc. oczekuje elastycznego czasu pracy, co oznacza, że chcą pracować z domu! A przecież każdy wie, że praca w domu, to nie jest prawdziwa praca. Panowie kierownicy całkowicie tracą kontrolę nad pracownikiem, co powoduje u nich niemałą konfuzję. Jak to? Zaufać pracownikowi? Tak się nie godzi.

Możemy próbować się bronić, ale cudów nie ma i z demografią pan nie wygrasz. W 2025 roku 75 proc. siły roboczej będą stanowić szeroko pojmowani milenialsi. I pracodawcy zaczną mieć bardzo poważny problem. Bo albo się dostosują do nowego paradygmatu, albo zginą. Nie ukrywam, że ta druga perspektywa bardzo mnie cieszy. 

Dane pochodzą z analizy “Młodzi na rynku pracy” wykonanej przez Forum Odpowiedzialnego Biznesu.

 
Categories

Rahim Blak: człowiek, którego kupisz w sieci

Jego pomysły kupują nawet ci, których wkurza. Na polskiej scenie młodych przedsiębiorców pojawił się niczym niebieski ptak – pewny siebie showman, południowiec z duszą artysty, odważny innowator i pragmatyk robiący biznes na chłodno. A ostatnio też człowiek, który sprzedaje na internetowej giełdzie samego siebie. Kim jest Rahim Blak, który w tym roku zawojował polski marketing?

 

Agata Kowalczyk, HiCash: Chcesz być polskim Garym Vaynerchukiem?
Rahim Blak, edrone: Powiem szczerze: wierzę, że osiągnę więcej niż Gary. Chciałbym oczywiście mieć tak dużą firmę i taką rozpoznawalność na świecie jak on, ale – w książce “Ask Gary Vee” Gary mówi, że żałuje, iż prowadząc agencję, nie stworzył własnych technologii. To własna technologia pozwala zbudować skalowalny biznes. Ja taką technolgię stworzyłem. Jedna z moim firm – edrone, to jest od początku zbudowany CRM dla sklepów internetowych. Już dzisiaj jest firmą globalną z oddziałami w Brazylii, Indiach czy Berlinie. Ja w samym edronie widzę potencjał stworzenia większej firmy niż agencja Garego. Nie chcę, żeby to zabrzmiało arogancko, ale prędzej chciałbym być polskim Elonem Muskiem, z ktorym łączy mnie ambicja i chęć podbicia świata.

Poza tym nie chcę być jak ktoś, bo to by oznaczało, że kogoś naśladuję, a ja mam jednak duszę artysty i dla mnie najważniejsze w życiu jest bycie oryginalnym. Kiedy jestem oryginalny, to jestem sobą, wprowadzam coś nowego do świata.

Jednak to skojarzenie z Garym nie daje mi spokoju. Coś Cię łączy z Garym oprócz charyzmy i aktywości w mediach społecznościowych?
Na pewno wiele nas łączy: on jest z Białorusi, ja jestem z Macedonii. Tak jak ja otworzył agencję, która zaczynała od social mediów. Jesteśmy też przedsiębiorcami, którzy przemawiają i mamy podobny rodzaj ekspresji. Nie powiedziałbym jednak, że ktoś kogoś naśladuje. To zbieżność przypadkowa.

Ostatnio wszędzie Cię pełno. Co się nagle stało?
Wcześniej mnie nie było, bo prowadziłem firmy: agencję social media, potem współtworzyłem edron i wiele innych przedsięwzięć, które były mniej lub bardziej udane. Doszedłem do prawie stu pracowników, za chwilę będę ich miał prawie stu pięćdziesięciu. To jest jednak praca w cieniu. Długo sądziłem też, że budowanie marki osobistej to jest strata czasu, jakiś objaw narcyzmu. Dopóki nie okazało się, że to wzmacnia markę pracodawcy, przyciąga klientów i ma potencjał biznesowy.

Robisz dużo szkoleń, a na scenie czujesz się jak ryba w wodzie. Uczyłeś się tego?
Nigdy nie uczyłem się technik, bo one z jednej strony mogą pozwolić ci robić coś lepiej, ale
z drugiej zabijają oryginalność. Czasami niedoskonałości są lepsze. Dla mnie najważniejsze jest bycie twórcą, bycie artystą. Uważam, że człowiek uczy się tylko w jeden sposób: przez doświadczenie. Mam za sobą po prostu bardzo dużo wystąpień, bo w swojej firmie byłem sprzedawcą i zawsze jeździłem do klientów, przemawiałem na spotkaniach networkingowych, dziś zdarza mi się mieć dwie konferencje dziennie.

Porozmawiajmy o Twojej najświeższej inicjatywie – RahimCoinie. Wypuściłeś tokeny personalne, dzięki którym ludzie mogą kupić udziały w Tobie.
To nie są typowe tokeny personalne. Nie są powiązane ze mną jako osobą, a z moim majątkiem, czyli zamiast firmy sprzedaję siebie jako przedsiębiorcę prowadzącego firmy.

Skąd pomysł, że coś takiego może się przyjąć?
Wywodzę się ze środowisk startupowych i jako startupowiec miałem do czynienia z różnymi funduszami inwestycyjnymi. Zauważyłem, że inwestują one w startupy, za którymi stoją konkretni ludzie. Wysnułem wniosek, że gdyby te fundusze inwestowały w ludzi, którzy na przestrzeni swojego życia mogą podjąć 20 prób zbudowania startupów, to mieliby większe szanse na sukces. Zawsze myślałem o tym, że jeśli w wieku pięćdziesięciu lat się skeszuję, to zostanę inwestorem, ale będę inwestował w ludzi, nie w firmy. To się bardziej opłaca, to jest prosta matematyka.

Ma to sens, szczególnie, że jak przychodzi po pieniądze do inwestora startup na bardzo wczesnym etapie, to bardzo często to ten właśnie zespół, ludzie w projekcie, są jego największą wartością.
Tak. Po pierwsze: ważny jest zespół, a po drugie: ci ludzie często podejmą kilkanaście prób. Ja mam cztery firmy, a inwestor cztery lub pięć lat temu zainwestował w jedną z moich spółek, i to akurat tą najsłabszą. Mówiłem mu: zainwestuj we mnie, nie w spółkę, ale mnie nie posłuchał. Gdyby to zrobił, byłby teraz bogaty. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że tak jak to się dzieje w świecie sztuki, będę inwestował w ludzi. Artyści, gdy podpisują z kuratorem umowę, to tylko jedną rzecz mają obiecać – że przez resztę życia będą malować. Wtedy to, co namalują później, wpłynie na cenę obrazu, który stworzą teraz.

Jak wpadłeś na to, że właśnie emisja personalnych tokenów jest dobrą formą do wprowadzenia w życie takiego inwestowania?
Pewnego dnia spotykałem ludzi, którzy zaczęli mi mówić o personalnych tokenach, o tym, że ludzie emitują swoje tokeny w sieci. I że te tokeny potem są na blockchainowych giełdach, czyli w rejestrze rozproszonych danych. Powiedzieli, że token oznacza wartość emitenta. Popatrzyłem na te tokeny personalne celebrytów i influencerów i się pytam: gdzie jest ta wartość? Celebryta na przykład emituje token, żeby ten, kto go kupi mógł pójść na jego koncert. No super. Ktoś kupuje mój token, żeby zostać moim fanem? Ja tego nie rozumiem.

 No to jaką wartość Ty oferujesz tym, którzy kupią Twój token?
Kupującym RahimCoiny daję udział w swoich zyskach. Czym się różni mój token personalny? Ja się nie czuję ani influencerem, ani celebrytą. Ja przede wszystkim jestem przedsiębiorcą. Inwestując we mnie, dajesz mi pieniądze, a ja za to założę 20 biznesów, z których być może dwa będą jednorożcami. Mało tego, ja wprowadzam już swój majątek, który przez różne fundusze jest wyceniany na prawie sto milionów złotych, bo jest to agencja i jest to edrone. Co łączy te biznesy? Ja. Więc kupując token, inwestujesz we mnie.

Jak się emituje taki token?
Wejście na giełdę blockchainową zajęło mi 25 minut. Wejście na tradycyjną giełdę zajęłoby mi rok. W nocy wprowadziłem siebie na giełdę, a następnego dnia – 22 maja, ogłosiłem przedstawiłem pomysł  na InfoShare. Połowa sali mnie wyśmiała, bo nie zrozumiała, a ja wychodzę po prelekcji i patrzę: osiem osób kupiło moje tokeny. Stwierdziłem, że nigdy nie miałem tak dynamicznie rozwijającego się biznesu. Powstała szybka wycena na 60 mln zł i codziennie od kilku tygodni sprzedaję te moje akcje. Wow.

Nie obawiasz się, że założysz jeszcze wiele dochodowych biznesów i w pewnym momencie nie będziesz chciał się zyskami dzielić w ramach RahimCoinów?
Ja to rozumiem tak: jeśli wystawiasz coś na sprzedaż, czego nie chcesz sprzedawać, to nabiera to jeszcze większej wartości. Już dzisiaj mogę gwarantować odkup moich tokenów przeze mnie, pojawił się również pomysł, aby zagwarantować ich odkup przez moich spadkobierców po mojej śmierci, co chciałbym zapisać w testamencie. Ja bardzo nie chcę RahimCoinów sprzedawać i dlatego one mają swoją cenę. Jeśli ktoś teraz chce, żebym za zrobienie strony zapłacił tymi coinami, to ja wolę zapłacić normalnymi złotówkami, bo mi jest RahimCoin’ów szkoda.

 

A myślałeś o sytuacji, w której z jakichś powodów nie będziesz mógł tych tokenów odkupić i już nigdy nie staniesz się właścicielem siebie?
Na giełdzie mamy te same problemy, tylko bardziej zbiurokratyzowane.

Ale jednak sprzedając projekt, a nie siebie, masz nad tym nieco większą kontrolę.
Umówmy się, że ja nie sprzedaję swojego życia prywatnego, moich dzieci, ani prywatnego majątku. Ja sprzedaję moje biznesy, które łączy moja osoba. W takim ujęciu zawsze sprzedajesz siebie. Jakbym wystawił firmę na giełdę, to też akcjonariusze by się spodziewali tego, że ja będę jej prezesem. Na giełdzie mamy te same problemy, tylko bardziej zbiurokratyzowane.

Udostępniasz właścicielom tokenów swoje dane medyczne. To są bardzo wrażliwe i osobiste dane. Nie czułeś, że przekraczasz jakąś granicę?
Uważam, że jeśli ktoś inwestuje we mnie, to ja staję się głównym aktywem mojej organizacji. Ja jako to główne aktywo jestem podatny na różne problemy zdrowotne i informacja o mojej kondycji jest bardzo ważna. Ja dbam o swoje zdrowie, współpracuję z dietetyczką, muszę być w formie, żeby na przykład po nieprzespanej nocy z dziećmi przejechać 500 km do Poznania, zrobić 10 godzin szkoleń i po powrocie wykąpać jeszcze dzieci.

Jednak są sytuacje, w których informacja o Twoim zdrowiu może negatywnie wpłynąć na wycenę twoich udziałów…
Ja przy tworzeniu personalnego tokena mówię wyłącznie językiem korzyści. Niektórzy mnie pytają, po co ja dzielę się majątkiem, skoro token sprzedałby się bez tego. No ok, tylko ja się pytam, po co ktoś ma to kupić? Ja muszę robić to, co jest dobre dla inwestorów. Przyznam, że też trochę prowokuję: po tym jak wrzuciłem post o tym, że będę publikował swoje badania lekarskie, wiele osób go hejtowało, ale prawda jest taka, że zaraz po tym sporo kupiło udziały.

 A więc to prawda: nie ważne jak mówią, byle mówili?
 Wszystko chyba tak działa. Jak powiedział Steve Jobs: “jeśli chcesz, żeby cię wszyscy lubili, to sprzedawaj lody, a nie bądź liderem”. Ja nie mogę się podobać wszystkim, po prostu robię swoje, zawsze będzie się komuś nie podobać. To jak z wystąpieniami. Dopóki połowa ludzi mówi, że są fajne, a połowa, że nie, to jest dobrze, a ja skupiam się na tych, którym się to podoba. Jestem południowcem, mam taki rodzaj ekspresji, która nie każdemu leży. Robię swoje. Liderzy nie mogą być konformistami.

Kolejny projekt to…
Pierwsza na świecie giełda blockchain dedykowana dla marek osobistych i przedsiębiorców.

Kiedy?
W 2019.

Powodzenia i dzięki za rozmowę!
To był dooobry wywiad. Dzięki, do zobaczenia!