Categories

Prototyp vs. Stereotyp. Technologia pomaga przezwyciężać bariery

Fot. Omkaar Kotedia

Każdy z nas pamięta scenę, w której Terminator naprawia sobie dłoń. Rozcina przegub i usprawnia mechanizm poruszający palcami. Wizja ludzkiego ciała wspomaganego i modyfikowanego przez technologię jest wciąż żywą fantazją kultury popularnej obecną w literaturze fantastyczno-naukowej, filmach, komiksach czy grach komputerowych. Wiara, że to właśnie technika da nam nadludzkie możliwości i pozwoli pokonać fizyczne ograniczenia, jak na razie jest pieśnią przyszłości. Jednak już teraz pomaga przezwyciężać barierę jaką jest niepełnosprawność. Bioniczne protezy nie tylko pozwalają normalnie funkcjonować osobom z niepełnosprawnościami, ale i zmieniają ich wizerunek w ogóle, tworząc z nich superbohaterów, jakimi zawsze chcieliśmy być.

Bioniczna proteza jest połączeniem technologii i żywego organizmu człowieka. Porusza się dzięki sygnałowi, jaki mózg wysyła mięśniom. Obecnie na rynku są dwie wiodące firmy: Ossur i Ottobock, którym udało się wypracować określony zestaw gestów i chwytów, pozwalający poradzić sobie z większością codziennych czynności. Mocno robotyczna konstrukcja składa się z kół zębatych, przekładni i śrub, które działają jak maszyna. Większość z nich pokrywa sylikonowa rękawica imitująca ciało, przez co protetyczną kończynę coraz trudniej odróżnić jest od żywego ciała. Takie rozwiązanie wybierają najczęściej te osoby, które swoją niepełnosprawność chcą jak najbardziej ukryć.

Moda na cyborga

Ciekawym zjawiskiem ostatnich lat jest moda na protezy bioniczne, które bawią się konwencją cyborgicznego ciała. Ich producenci celowo odsłaniają mechaniczną konstrukcję urządzenia lub tworzą zupełnie nowe, niezwykłe projekty. Sztandarowym przykładem jest tu firma Alternative Limb Project, która na zamówienie tworzy indywidualne projekty kończyn. Wśród jej realizacji są porcelanowa noga zdobiona kwiatami, ręka owinięta wężem czy “ręka gadżet”, której każdy z palców kryje w sobie inną funkcję – laser, latarkę lub schowek na zapałki. Najbardziej znanym przedsięwzięciem firmy są protezy projektowane dla popowej artystki Victorii Modesty. Futurystyczny, seksowny wizerunek kobiecego ciała uzupełniają niezwykłe, bioniczne protezy nogi artystki, które ostentacyjnie odbiegają od realistycznych przedstawień kończyn. Ostry szpikulec, świecąca lub wysadzana diamentami noga – to tylko nieliczne z niezwykłych projektów, tworzonych specjalnie na zamówienie piosenkarki.

Fot. Ewelina Stechnij

“Forget about your disability” – to hasło, od którego rozpoczyna się teledysk “Prototype” Viktorii Modesty, głoszący narodziny nowej generacji gwiazd muzyki pop, stworzony na potrzeby kampanii “Born to be risky”. Teledysk jest futurystyczną opowieścią o seksownej, silnej kobiecie-cyborgu, która staje się niebezpiecznym symbolem wolności w totalitarnym państwie. Nie przystaje ani do obowiązujących norm, ani systemu, a także wyróżnia się zarówno cielesnością, jak i siłą charakteru. Protetyczna noga – czarny szpikulec – oraz lateksowy kostium i styl pin-up girl stają się jej znakiem rozpoznawczym. Zwykli ludzie widzą w niej superbohaterkę. Chcą ją naśladować i wielbić, organizując wiece na jej cześć, wypisując i tatuując jej inicjały czy podobizny. W jednej ze scen mała dziewczynka, widząc w telewizji rysunkową wersję idolki, odrywa nogę swojej lalce tak, jak gdyby była to zapowiedź buntu i symbol wyzwolenia.

Kult zdrowego ciała, szczupłej sylwetki i młodości w sposób oczywisty marginalizuje te wizerunki, które nie dają się w prosty sposób – za pomocą operacji plastycznych czy komputerowych obróbek – dopasować do obowiązującego reżimu piękna. Takimi obrazami są najczęściej ciała ludzi z niepełnosprawnościami, chorych i starych. Na tym tle wizerunek, który tworzy Modesta przy pomocy bionicznych protez pozwala zbudować całkiem nowy obraz osób niepełnosprawnych i przywrócić je społeczeństwu. Futurystyczne wzory protez nie starają się niczego ukryć, a podkreślają i wydobywają indywidualizm jej użytkownika. Wzrost ich popularności to szansa na wydobycie osób niepełnosprawnych z cienia, możliwość przywrócenia im pewności siebie i wiary, w to że ich inność to wartość. Wizjonerskie protezy szczególnie ważną rolę do odegrania mają wśród dzieci. Po co naśladować ludzkie ciało, skoro można stać się postacią z przyszłości? Ulubionym superbohaterem o wyglądzie Terminatora, Robocopa czy postaci Major z Ghost in the Shell.

Fot. Omkaar Kotedia

Firm robiących niezwykłe protezy, takich jak Alternative Limb Project czy Open Bionics jest więcej. Skoro więc wybór protez bionicznych jest tak duży – czemu ich użytkowników jest wciąż tak mało? Jak zwykle w takich przypadkach odpowiedź jest jedna – cena. Przeciętna bioniczna proteza to aż 40 tysięcy dolarów. Co więcej, nawet jeśli technologiczna kończyna jest trwalsza od „żywego ciała”, to trzeba pamiętać, że bez niego nie funkcjonuje i jest wciąż od niego całkowicie zależna. Protetyczny element ciągle jeszcze nie tworzy jedności z ciałem i nie pozwala na tak swobodne poruszanie się co ten, który jest żywy. Ma też wiele ograniczeń takich jak nienaturalny chwyt, trudność w podnoszeniu ciężarów czy podstawowa ilość gestów.

Co na to startupy?

Tu z pomocą może przyjść polski startup vBionic. Dwa lata temu firma zasłynęła na rynku dziecięcą wersję bionicznej protezy udostępnionej opensourcowy przez japońską firmę Exiii. Jej dodatkową zaletą jest fakt, że pozwalała poruszać wszystkimi palcami, każdym z osobna. Jak mówi założyciel vBionic, Bartosz Rajewski:

Jako startup chcemy rozwiązywać problemy, chcemy działać prospołecznie. To, że istnieje produkt za 40 tys dolarów, nie znaczy, że problem zniknął. Na Ziemi nadal są ludzie, którzy nie mają rąk, podczas gdy samochody latają na Marsa.

Obecne vBioninc pracuje nad innowacyjnym rozwiązaniem, które ma szansę otworzyć nowe możliwości osobom niepełnosprawnym.

Jak mówi Rajewski:

To co obecnie jest na rynku to takie robotyczne chwytaki. My postanowiliśmy zejść do podziemia i wymyślić wszystko od nowa. Robimy rękę, która ma zachowywać się jak prawdziwa – mamy kości, więzadła, ścięgna, mięśnie. Chcemy zrobić ją może trochę bardziej nieprzewidywalną, ale i naturalną, bo takie właśnie są ręce. Naszym zadaniem nie jest więc nauczenie jej chwytu kubka, bo wierzymy że jeśli nasz proteza będzie najbliższa ręce ludzkiej, sama sobie z tym poradzi. Dodatkowo mamy nadzieję, że nasz produkt będzie znacznie tańszy.

Polski startup vBionic

Jak wygląda przyszłość?

Marzeniem protetyki jest móc dogonić żywe ciało. Wielu badaczy uniwersyteckich pracuje nad stworzeniem protez kontrolowanych przez centralny układ nerwowy. Dzięki sygnałom, odbieranym i dekodowanym przez elektrody, możliwe byłoby sterowanie protezą. Jak twierdzi jednak Bartosz Rajewski brain-machine interface dopiero przed nami, bo sygnały z mózgu są bardzo skomplikowane, zaszumione i niejednoznaczne, a w tej chwili nie ma urządzenia, które mogłoby je prawidłowo odbierać. Chyba, że za pomocą wszczepiania.

Czy kiedyś sztuczna ręka będzie tak sprawna, jak ta, która jest prawdziwa? Według Rajewskiego tak, choć zadanie jakim jest dorównanie naturze jest bardzo trudne

Potężny procent mózgu zużywany jest na nasze zdolności manualne – czucie, odruchy itd. Odtworzenie tak złożonego mechanizmu biologicznego to ogromny problem z punktu widzenia technicznego. Sama ręka dobrze zmotoryzowana niewiele nam da. Musimy umieć oceniać odległość od przedmiotu, wiedzieć co i kiedy złapać, a gdy jest za gorące, puścić. Czy stworzymy urządzenie, które będzie to wszystko rozwiązywało? Na pewno. Pytanie tylko kiedy. Wszystko się miniaturyzuje, przyspiesza i usprawnia, ale, by dojść do 100% ręki mogą nam pomóc jedynie sieci neuronowe, dzięki którym jedna ręka , będzie mogła nauczyć drugą. Zakładając czujniki na zdrową rękę, po tygodniu wgramy jej zachowania do ręki protetycznej. Ale to już futuryzm.

Wyjątkowe projekty protez przypominają, że każdy z nas ma oczywiste prawo do decydowania i kształtowania swojego wizerunku w taki sposób, w jaki czujemy się ze sobą dobrze. Bioniczne protezy, nawet jeśli jeszcze niedoskonałe, pozwalają normalnie funkcjonować osobom z niepełnosprawnościami. Co więcej, przełamują stereotypy, przywracając ludziom to, co najważniejsze, czyli godność.

Our biomedical engineer Iga is on the way to OTWorld Trade Show and Congress in Leipzig/Germany. We can't wait to see what are the latest orthopaedic trends and solutions.Meanwhile her 3d scanned hand stays home as it has to do it's everyday excercises 😉

Opublikowany przez vBionic 14 maja 2018

 
Categories

Wielcy mistrzowie vs. sztuka młodych. Czy stać nas na inwestowanie w sztukę?

Rynek sztuki ma się podobno coraz lepiej. Sprzedaż dzieł w Polsce w zeszłym roku wzrosła o 28%, padły też dwa rekordy. Pierwszym był obraz „Zabicie Wapowskiego w czasie koronacji Henryka Walezego” (3,7 mln zł), kolejnym, pastel „Macierzyństwo” (4,3 mln zł). Świetnie mają się obrazy wielkich mistrzów. A co ze sztuką  młodych? Czy warto w nią inwestować?

Według raportu dóbr luksusowych za zeszły rok, 27% bogatych Polaków inwestuje w sztukę. Bogaty Polak jest jednak dość konserwatywny, bo 84% z tych inwestycji to obrazy, 4% rzeźba, grafika i rysunek, a 2% to fotografia i ceramika. Najchętniej kupuje sztukę dawną, polskiego pochodzenia i sprawdzonego nazwiska. Dlaczego? Bo to pewna inwestycja. Malczewskiego ani Matejki już raczej nie przybędzie, chyba, że ktoś odnajdzie go w zapomnianej piwnicy lub odzyska dzieło utracone w czasie wojny. Niezależnie od tego, ich wartość wciąż będzie rosła.

Coraz mocniej stoi też sztuka współczesna. W zeszłym roku w pierwszej dziesiątce transakcji aukcyjnych znalazły się dzieła Magdaleny Abakanowicz i Wojciecha Fangora. Warto przypomnieć, że sztukę współczesną datujemy od końca II Wojny Światowej, a wymienione prace to obrazy i rzeźby pochodzące z lat 50 i 70., więc trudno mówić o odważnych decyzjach inwestycyjnych.  

W zeszłym roku padł jeszcze jeden ważny rekord – aż 105 aukcji młodej sztuki. Używając określenia „młodej sztuki”, mówimy o dziełach studentów lub absolwentów szkół artystycznych bez dużego dorobku i „nazwiska”. Oprócz tradycyjnych technik częstymi środkami wyrazu młodych jest fotografia, grafika, wideo i performance. Dużą wartością ich sztuki jest zdolność do komentowania świata przy pomocy najbardziej aktualnych i naturalnych dla nas nośników. Jest więc duża szansa, że ją zrozumiemy. Jeśli nie należymy do bogaczy, warto wspomnieć o jeszcze jednej ogromnej zalecie – przystępnych cenach. Prace młodych artystów możemy kupić od kilkudziesięciu złotych do kilkudziesięciu tysięcy i to w miejscach innych niż tradycyjne domy aukcyjne.

Na rynku znajdziemy coraz więcej oddolnych akcji, takich jak Targowisko Sztuki, które od dziesięciu lat działa w Arkadach Kubickiego. Jak mówi jego organizatorka i artystka Dorota Godhlewska, „plusem i zarazem minusem miejsc takich jak Targowisko sztuki jest brak galerii. Nikt nie powie nam, czy to co chcemy kupić jest dobre, więc wybrać trzeba samemu. Ale galeria to też minimum stuprocentowy narzut. Omijając ją, więcej zarabia artysta, więcej też zostaje w kieszeni klienta”.

Czym więc kierować się wybierając sztukę młodych? Nawet jeśli o kupnie dzieła myślimy wyłącznie w kategoriach inwestycji, najlepiej kierować się intuicją i wybierać to, co nam się podoba. Dobrze jest też mieć też wiedzę na temat rynku sztuki, śledzić konkursy, galerie i wystawy, które się liczą. Wiedzieć w którą stronę idzie obecnie sztuka i jakie są trendy. Dobrym przykładem może tu być plakat, który w ostatnich latach staje się coraz bardziej modny. Dzięki temu od razu umiemy ocenić czy ktoś ma warsztat, czy ma swój określony styl i świeże spojrzenie” – wyjaśnia Godhlewska.

Jeśli mamy wyczucie, jest duża szansa, że artysta, którego prace kupiliśmy za niewielkie pieniądze, zyska uznanie, a ceny jego prac pójdą w górę. “Mam taki obraz, który kupiłam kiedyś na allegro, a teraz ta artystka stała się rozpoznawalna i jego wartość wzrosła. To duża satysfakcja” – wspomina organizatorka Targowiska Sztuki. Taki sposób inwestowania w sztukę jest coraz bardziej popularny wśród młodych, którzy się bogacą. Zakup dzieła często towarzyszy urządzaniu mieszkania, któremu chcą nadać indywidualny charakter.


Na tym tle sztuka wideo i performance wypada raczej blado. Zdaniem Godhlewskiej, tego typu nośniki to bardziej budowanie historii twórcy niż rynku. Sprzedają się rzeczy namacalne i tradycyjne. W przypadku wideo, bardzo ciężko jest zatrzymać oryginał dzieła. Kiedyś podobnie myślano o grafice, której nie uznawano sztukę, właśnie przez to, że można ją było powielać. W takich dziełach treścią jest wykonana praca. Sam nośnik nie ma żadnej wartości. A skoro go nie widać, trudno jest poczuć, że się go ma”.  

Choć trudno liczyć na zmianę w myśleniu o kolekcjonowaniu, coraz łatwiej jest znaleźć alternatywne miejsca i sposoby sprzedaży sztuki. Dorota Godhlewska przyznaje, że dla niektórych Targowisko jest jedynie miejscem rozdawania wizytówek i początku rozmowy o dziele, którego finalizacja dzieje się już w Internecie. Ludzie nie boją się kupić przedmiotu, który jest dobrze sfotografowany i opisany.  Duży potencjał w przeniesieniu transakcji do sieci to po raz kolejny szansa na ominięcie dużych narzutów galerii.

Ciekawym przykładem inwestycji w sztukę o niskim poziomie ryzyka może być internetowa galeria Maecenas”. Głównym celem nowej platformy jest stworzenie internetowego rynku, na którym miłośnicy sztuki mogą kupić udziały w słynnych obrazach. Wszystko odbywa się za pośrednictwem zdecentralizowanej platformy opartej na systemie blockchain. Taki sposób myślenia o sprzedaży dzieł po raz kolejny otwiera drogę dla małych inwestorów, którzy do tej pory byli wykluczeni z wielkiego rynku sztuki.

Rynek sztuki staje się więc coraz bardziej otwarty. Na młodych artystów, nowe formy sprzedaży i przede wszystkim – na nas.

 

 

 
Categories

Jest kraj, w którym przedsiębiorcy mają zaufanie do urzędu

Rozmowa z Jarosławem Siekierskim, przedsiębiorcą pomagającym zakładać spółki w Estonii.

Na czym polega wasza działalność w Estonii?
W Estonii zajmujemy się… pomocą przy rozpoczęciu oraz prowadzeniu firmy w Estonii. Nasze usługi skupiają się wokół: utworzenia estońskiej spółki, wynajęcia wirtualnego biura, założenia konta w estońskim banku oraz pomocy księgowej przy prowadzeniu firmy, do której należy także zaliczyć coroczne raporty finansowe. Poza tym oferujemy także dodatkowe indywidualne usługi związane z estońskim biznesem zależne od potrzeb klientów.

Od jak dawna działacie i jak w ogóle wpadłeś na ten pomysł?
Estonią zainteresowałem się już kilka lat temu. Dużo czytałem o tym, jak się prowadzi biznesy na całym świecie i Estonia na tym tle wypada bardzo korzystnie. Dodatkowym atutem jest jej bliskie położenie względem Polski. Pomysł na otwieranie spółek pojawił się, gdy zobaczyłem, jak łatwo można prowadzić biznes w tym kraju. Znalazłem odpowiednie biuro księgowe z siedzibą w Tallinnie, które zajmuje się wszystkimi sprawami klientów na terytorium Estonii.

Mały, postsowiecki kraj… to nie brzmi, przynajmniej w pierwszym, odruchowym odczuciu, zachęcająco. I raczej nie sugeruje, że łatwo będzie otwierać tam firmy.
Panują tam przyjazne warunki, jeśli chodzi o prawo i podatki. Estoński system jest na tyle klarownie i mądrze skonstruowany, że nie musimy się znacznie zagłębiać w annały tamtejszej jurysdykcji, żeby bezpiecznie prowadzić biznes. Poza tym tamtejsi urzędnicy są bardzo pozytywnie nastawieni i zawsze chętnie odpowiadają na wszelkie pytania bądź wątpliwości. A to dla mnie bardzo ważne, żeby za plecami czuć przyjacielskie nastawienie zamiast podejrzliwego, szukającego tylko powodu żeby tylko mi zaszkodzić “przeciwnika”.

Rozumiem, że estoński urzędnik, to ktoś zupełnie inny niż ten, do którego przyzwyczailiśmy się w Polsce?
Relacja z urzędnikiem estońskim opiera się na zaufaniu do petenta oraz jej głównym celem jest pomoc dla zainteresowanego. Oni po prostu są tam po to, żeby pomóc innym robić swój biznes i żeby ten proces przebiegał jak najsprawniej. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy chciałem zarejestrować spółkę do VAT, a urzędnik zapytał “Czy na pewno chce Pan się zarejestrować przed wystawieniem faktury do innego estońskiego podmiotu – jeśli wystawi Pan fakturę przed rejestracją nie będzie musiał Pan płacić VAT od tej transakcji – przecież przysługuje Panu jeszcze zwolnienie”!

Jakiego typu firmy zakładacie?
Pomagamy nie tylko w prowadzeniu standardowych spółek z ograniczoną odpowiedzialnością, ale również spółek akcyjnych. Nasza kancelaria zajmuje się również przeprowadzaniem ICO na kryptowalutach, wraz z przygotowaniem wszelkich dokumentów do tego potrzebnych. Dzięki naszej elastyczności i indywidualnemu podejściu do każdego klienta udało się nam założyć już ponad 100 spółek w Estonii.

Czy pod względem łatwości zakładania firmy i jej prowadzenia Polska bardzo odbiega od Estonii?Ułatwień dla przedsiębiorców jest tam mnóstwo, jeśli spojrzymy na nie ogólnikowo, a pewnie jeszcze więcej znajdzie dla siebie wielu indywidualnych przedsiębiorców. Wymienię kilka, moim zdaniem najważniejszych:

    1. Bardzo przejrzyste i jasne regulacje prawne
    2. Brak podwójnego opodatkowania
    3. Brak ZUS
    4. Brak podatku CIT aż do momentu wypłaty dywidendy
    5. Możliwość wysyłania dokumentów w formie elektronicznej
    6. Podmioty niezarejestrowane do VAT mogą wysyłać dokumenty dotyczące spółki raz na rok
    7. Brak uciążliwych kontroli podatkowych
    8. Zwrot VAT następuje w ciągu kilku dni i nie powoduje automatycznej kontroli z urzędu skarbowego

Zaznaczam jednak, że Estonia nie należy do grupy krajów zwanych “rajami podatkowymi” i nie należy jej tak postrzegać.

Czy można oszacować, mniej więcej, jakie oszczędności z tytułu podatków i składek osiąga przedsiębiorca w Estonii w porównaniu do Polski?
Wszystko zależy od skali działalności. W Polsce standardowy przedsiębiorca jest opodatkowany stawką 19 proc. podatku od dochodów w każdym roku podatkowym. W Estonii ten podatek nie występuje aż do wypłaty dywidendy. Proszę sobie wyobrazić, że prowadzimy identyczny biznes w Polsce i w Estonii. Nasz dochód to 100 000 zł. W Estonii całą kwotę możemy przekazać na inwestycje w rozwój firmy, w Polsce jedynie 81 000 zł. Im większa skala dochodów lub im większy czas działania przez spółkę estońską, tym większą przewagę mamy nad firmami z Polski.

Estonia słynie z pełnej cyfryzacji rozwiązań administracyjnych. Czy Estończycy nie mają z tym problemu, chociażby ze względu na kwestie zaufania? Wolą ufać aplikacji, niż urzędnikowi, z którym mogą porozmawiać w cztery oczy?
Z tego co obserwuję, ludzie mają całkowite zaufanie do e-urzędu. Uważam, że są wręcz zadowoleni z tego faktu, że większość spraw mogą załatwić bez wychodzenia z domu, o każdej porze dnia, oraz z każdego miejsca na Ziemi. Poza tym, ograniczając tutaj czynnik ludzki, mamy mniejsze szanse, że jakiś dokument zostanie zgubiony, podpis będzie niewyraźny, a słowo urzędnika okaże się niezgodne z rzeczywistym faktem. A tak, mamy wszystko udokumentowane i to w jednym miejscu.


Czy masz szacunkowe dane na temat tego, jak dużo Polaków zakłada biznes w Estonii? Czy to jest jakiś rosnący trend?
Jak przystało na kraj, któremu zależy na cyfryzacji, mamy stały dostęp do statystyk odnośnie wniosków o e-rezydencję, zakładanie firm i wiele innych. Jeśli chodzi o składanie wniosków o e-rezydencję w Estonii, Polacy są na 18 miejscu, a jeśli chodzi o zakładanie firm to na miejscu 14. (link do statystyk). Z własnego doświadczenia też widzę, że z miesiąca na miesiąc dostajemy coraz więcej zapytań o założenie spółki w Estonii.

Dla wielu krajów Estonii staje się wzorem pod względem adaptacji nowoczesnych technologii. Czy estońskie rozwiązania można przenieść na polski grunt?
Ciężko mi to sobie wyobrazić, aczkolwiek bardzo bym tego chciał. Być może zmiany będą następować powoli, ale w takim tempie nie mamy nawet najmniejszych szans dogonić kraje takie jak Estonia czy Singapur.

 
Categories

Znikające branże. Nie takie wieczne te diamenty

Marylin Monroe śpiewała o tym, jak to diamenty są najlepszymi przyjaciółmi dziewczyny. W siódmej części przygód Bonda, diamenty były wieczne. Syn Lennona narysował swoją koleżankę Lucy, na niebie wśród diamentów i dostaliśmy wielki przebój Lucy in the Sky with Diamonds. Rihanna śpiewała, że jesteśmy piękni, jak diamenty na niebie. Wszystko to niestety przeminie, jak łzy w deszczu. Milenialsi bezlitośnie zabijają te najszlachetniejsze z kamieni szlachetnych.

Kiedyś było lepiej. Pierścionek zaręczynowy bez diamentu się nie liczył. Prezenty z okazji rocznicy ślubu też były dobrą okazją do wciśnięcia komuś kamyka. Ostrza wierteł – diament. Luksusowe torebki – wysadzane diamentami. Biżuteria – wszędzie diamenty. Komu to przeszkadzało? Wiadomo – młodym.

Dwudziestoparolatkowie nie upierają się, żeby pierścionki zaręczynowe ani biżuteria ogółem była z diamentami, im wystarczą podobnie wyglądające zamienniki albo inne, tańsze kamienie szlachetne. Wszystko to oczywiście dzieje się pod warunkiem, że milenialsi zdecydują się na zakup biżuterii. Bo młodzież teraz jest taka dziwna, że zamiast inwestować w pierścień, woli wyjechać w podróż, zainwestować w ekologiczny startup albo kupić nowego MacBooka. Status manifestują raczej nową torebką niż dwoma karatami. A jak już zdecydują się w końcu na zaręczyny zamiast konkubinatu, wybierają tańsze kamienie.

Statystyki mówią same za siebie. W roku 2016 sprzedawcy ze światowej stolicy diamentów, Antwerpii ogłosili, że średni poziom zysku dla transakcji waha się od 0,1 do 0,4 proc. Tak jakby nie za dobrze. Na domiar złego młode pokolenie przejmuje się etyczną stroną biznesu. I odkąd obejrzeli „Krwawy diament” z Leonardo di Caprio, zaczęli czepiać się takich detali, jak niewolnicza praca w kopalniach diamentów czy finansowanie konfliktów zbrojnych pieniędzmi z ich sprzedaży. Od tego niedaleko do dzieci-żołnierzy i krwawych rzezi w Afryce. Nagle okazało się, że młodzież nie dość, że interesuje się tym, co dzieje się na Czarnym Lądzie, to jeszcze się tym przejmuje. Branża diamentowa była bardzo zaskoczona tymi faktami.

No i wreszcie kwestia dochodów. Mówi się, że obecne pokolenie Amerykanów jest pierwszym w historii, które ma gorzej niż ich rodzice. Ci, którzy mieli szczęście trafić na studia, na rynek pracy trafiają zadłużeni pożyczkami studenckimi. Według ostatnich raportów Studentaid.ed.gov i National Student Loan Data System dotyczących pożyczek studenckich, 44,2 mln młodych Amerykanów jest zadłużonych łącznie na 1,48 biliona dolarów. Nie pomyliłem się, tłumacząc z angielskiego. To nie miliardy, to biliony dolarów. Ci, którzy studiów nie skończyli, długów nie mają. Tak samo, jak nie mają szans na dobrze płatną pracę. Dla tego pokolenia diamenty nie są przedmiotami żadnej potrzeby i jeżeli już na coś odkładają, to raczej na dom niż na kamyki.

A co u nas? Ostatni raport KPMG „Rynek dóbr luksusowych w Polsce edycja 2017” pokazuje, że krajowy rynek biżuterii jest wart 409 mln zł i regularnie rośnie. Przy czym napędzają go w większości najbogatsi. Milenialsów w Polsce diamenty nie interesują.

W sumie trudno im się dziwić, w końcu diament to taki bardziej sprasowany węgiel.

 
Categories

Innowacyjność nie zna granic. 10 nietypowych pomysłów na biznes

Odstraszacz kun, sztuczne rzęsy, a może gadżet erotyczny analizujący nasze doznania seksualne? Na rynku nie brakuje startupów z oryginalnymi pomysłami. Niektóre z nich bez problemu znajdują inwestorów i rozkręcają swoją działalność.

Od kilku lat w Polsce panuje prawdziwa moda na zakładanie startupów. Swego czasu nie było dnia, by w Warszawie jakiś bilbord nie informował mnie, że gdzieś odbywa się konferencja dotycząca młodej, innowacyjnej przedsiębiorczości. Jako dziennikarz specjalizujący się w działce finansowej, siłą rzeczy uczestniczyłem w niektórych z tych wydarzeń. Dzięki temu miałem okazję poznać naprawdę nietypowe pomysły na biznes. Część z nich chciałbym tutaj w skrócie opisać. Są one bowiem dowodem na to, że z pozoru bardzo awangardowy i niszowy pomysł może okazać się strzałem w dziesiątkę. Białostocki raper LUC recytuje w jednej z piosenek, że „Polacy kombinowanie mają przyspawane do plemników”. Zobaczcie zatem, jak dobrze nasi rodacy, i nie tylko oni, potrafią kombinować…

Erotyczny gadżet z aplikacją
Poprawa jakości życia seksualnego ludzi na całym świecie, w prosty i naturalny sposób, dzięki wykorzystaniu wiodących technologii – taką szczytną misję mają do zrealizowania założyciele polskiego startupu Lovely Inc. Ich produkt to gadżet erotyczny w postaci elastycznego pierścienia ze specjalną wkładką wibrującą. Nie jest to jednak zwykła zabawka do poprawy seksualnych doznań. Gadżet ten zawiera sensor ruchu i poprzez bluetooth wysyła aplikacji Lovely Ap dane dotyczące stosunku. Na podstawie tych danych oraz przy uwzględnieniu ankiet i wywiadów udzielonych w aplikacji przez partnerów, algorytm dobiera dopasowaną dla pary poradę. – Wszystkie porady w Lovely App zostały przygotowane przez współpracujących z nami seksuologów. Porady występują w formie sugestii nowych pozycji, technik stymulacji oraz innych kwestii związanych z seksem (gra wstępna, urozmaicanie pożycia, komunikowanie pragnień) i są generowane przez Lovely App po każdym stosunku – czytamy w opisie produktu. W 2016 r. Lovely Inc. został wybrany najlepszym startupem hardware’owym na festiwalu technologicznym Tech Open Air w Berlinie. W zeszłym roku na platformie crowdway.pl firma zebrała 1,64 mln zł od 143 inwestorów. A wydawałoby się, że w Polsce kwestie seksu, nie mówiąc już o erotycznych urozmaiceniach pożycia, to absolutny temat tabu.

Odstraszacz dzikusów
Nie wiem ile osób spotkało się z intruzem w postaci leśnej kuny, która lubi zakradać się pod maski samochodów i siać spustoszenie w instalacjach elektrycznych i warstwach izolacyjnych. Okazuje się jednak, że na tyle dużo, by startup Kunagone opatentował odstraszacz dzikiej zwierzyny w postaci wyzwalacza naturalnych zapachów psa. Ten ostatni jest bowiem naturalnym wrogiem kun. Produkt polskiego startupu to coś w rodzaju pudełka zapachowego, zawierającego włosie czworonożnego przyjaciela poddane obróbce termicznej, z dodatkiem wosku roślinnego z nutą zapachową dodatkowo odstraszającą dzikie zwierzęta. Wystarczy go ponoć umiejscowić w atakowanym obiekcie i problem mamy z głowy. Jedna sztuka kosztuje niecałe 10 zł, a 24-pak 210 zł. W 2017 r. firma sprzedała 20 500 sztuk swojego produktu. Aktualnie Kunagone zbiera kapitał na platformie equitycrowdfundingowej Beesfund. W ostatni wtorek, po 8 z 60 dni zbiórki, 33 akcjonariuszy wyłożyło na stół 19 tys. zł. Celem jest 400 tys. zł. Trudno powiedzieć, czy uda się zebrać całą kwotę, ale trzeba przyznać, że pomysł, choć nie bazuje na nowych technologiach, jest bardzo oryginalny. Być może jest on nastawiony na trend urbanizacyjny, w którym coraz więcej mieszkańców miast przenosi się na ich przedmieścia, gdzie łatwiej spotkać dziką zwierzynę.

 

Doklej sobie rzęsy
– Znaleźliśmy idealną okazję biznesową w bardzo nieoczekiwanym miejscu i musieliśmy nauczyć się wszystkiego od samego początku – mówili w wywiadzie dla portalu fintek.pl Paweł i Karol Wojciechowscy, dwaj byli bokserzy, którzy odnaleźli swoją niszę w branży kosmetycznej i założyli firmę Noble Lashes. Panowie postanowili wprowadzić na rynek szeroki wachlarz sztucznych rzęs oraz rozmaite akcesoria do ich pielęgnacji. W ofercie znajdziemy m. in. rzęsy jedwabne, wykonane z jedwabnych protein pochodzenia naturalnego, jak również rzęsy z domieszką włókna syntetycznego. Twórcy Noble Lashes chwalą się na swojej stronie, że ich produkt jest lekki, naturalnie wygięty, świetnie wygląda i jednocześnie nie obciąża naturalnych rzęs. Wydaje się, że pomysł świetnie wpisuje się w postępujący na świecie trend poprawy własnej urody, a przy tym – w przeciwieństwie do niektórych operacji plastycznych – nie jest inwazyjny dla ludzkiego organizmu. Firma nie narzeka na brak odbiorców. Swoje produkty eksportuje do ponad 30 krajów.

Skarpety a’la bułka z masłem
Okazuje się, że pomysł na biznes nie musi być wcale bardzo wyszukany. Swojej niszy można wciąż szukać w branży odzieżowej. Tak zrobiło trzech kumpli ze szkolnej ławki, którzy założyli Spox Sox, czyli firmę produkującą skarpetki o nietypowych wzorach. Panowie chcieli stworzyć alternatywę dla drogich produktów znanych marek, jednocześnie wnosząc w życie swoich klientów trochę więcej kolorytu. Ich produkty mają bowiem bardzo oryginalny design i równie oryginalne nazwy. W ofercie znalazłem m. in. takie oto modele: bordowa rozeta, co ma piernik do wiatraka, bułka z masłem, moda na sukces, czy ślepy jak kret. Para takich skarpet kosztuje 20 zł. Wydaje mi się, że w dobie odzieżowych sieciówek i chińskiej bylejakości, taki pomysł ma szansę powodzenia. Zwłaszcza, że na rynku pojawia się coraz więcej unikatowych marek odzieżowych sprzedających swoje produkty w sieci i cieszą się coraz większą popularnością klientów. Spox Sox zaczynał na przełomie 2015/2016 r. i już może pochwalić się kilkoma sukcesami. – Wysłaliśmy nasze kolorowe skarpetki do ponad 30 krajów na pięciu kontynentach. Przez ten czas sprzedaliśmy kilkadziesiąt tysięcy par skarpet, a do produkcji zużyliśmy przędzę bawełnianą liczoną w tonach – mówił w 2017 r. w wywiadzie dla portalu mambiznes.pl Bartosz Balcarek, jeden z założycieli firmy.

Moda dla czworonga
Z branżą odzieżową, choć skierowaną do zupełnie innego klienta niż Spox Sox, wiąże się także firma Warsaw Dog. Zajmuje się ona produkcją modowych akcesoriów dla… psów. Szelki, smycze i obroże tworzone są pod hasłem  #psiehajfaszyn i mają wyróżniać się na ulicy unikalnymi wzorami, inspirowanymi aktualnymi trendami i modą uliczną. Produkty są tworzone lokalnie przy wykorzystaniu usług polskich dostawców, a ich projektowaniem zajmują się absolwenci Akademii Sztuk Pięknych.

Pamiętam jak jedna z założycielek firmy – Zosia Kwiatkowska, mówiła w 2017 r., podczas finału konkursu CVC Young Innovator Awards, że klienci firmy pytali, czy do akcesoriów dla czworonogów można dokupić gadżety z tej samej linii, ale dedykowane właścicielowi. Na sali zrobiło się wesoło, ale założyciele Warsaw Dog potraktowali to pytanie poważnie i wprowadzili również linię akcesoriów dla ludzi, w tym m.in. nerkę spacerową, woreczek na smakołyki, czy kupownik (czyli pojemnik na woreczki do sprzątania). – Dwa lata temu, rozpoczynając działalność, skorzystaliśmy z rządowego programu „Wsparcie w Starcie”. Od samego początku Warsaw Dog jest przedsięwzięciem rentownym i stale dynamicznie rozwija się w nowych kierunkach. Aktualnie na zespół składają się cztery osoby, ale firma przewiduje, że stworzenie linii produktów dla ludzi pozwoli na stworzenie kolejnych miejsc pracy – mówiła podczas wspomnianej konferencji Zosia Kwiatkowska. Muszę przyznać, choć to oczywiście kwestia gustu, że produkty Warsaw Dog są całkiem ładne i jako właściciel czworonoga nie dziwie się, że ktoś chce po prostu ozdobić nieco swojego pupila.

Senior też DJ
Na wspomnianym finale konkursu CVC Young Innovator Awards zetknąłem się także z innym bardzo ciekawym projektem. To Dancing Międzypokoleniowy, czyli inicjatywa Pauliny Braun, która za cel obrała sobie przeciwdziałanie wykluczeniu osób starszych ze względu na wiek oraz łącznie pokoleń. Jak podkreślała twórczyni projektu – Dancing uczy tolerancji i odwagi życiowej, inspiruje do rozwijania swoich pasji niezależnie od wieku. Paulina Braun prowadzi start-up w ramach działań Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości w Warszawie. Bazowym działaniem jest organizacja potańcówek w modnych, stołecznych klubach. Ale na tym nie koniec.

W ramach projektu prowadzona jest także Senior Djs Academy, czyli akademii, w której seniorzy uczą się zawodu didżeja. Firma prowadzi też agencję castingową, z której można „wynająć” seniorów do produkcji filmowo-telewizyjnych seniorów. Jeśli nie wierzycie w powodzenie tego projektu, to zajrzyjcie na profil Dancingu na Facebooku, a tam znajdziecie zajawki różnych inicjatyw, w które zaangażowani byli seniorzy, w tym m. in. współpraca w telewizjami i youtuberami. Inicjatywa Pauliny Braun jest odpowiedzią na zachodzące zmiany demograficzne i problem starzejącego się, polskiego społeczeństwa. Pisałem już na łamach HiCash.pl o tym zjawisku (tzw. srebrne tsunami) zwracając uwagę na perspektywiczność biznesów wychodzących naprzeciw czekających nas wiekowych problemów.

Wraca moda na leżakowanie
Z ważnym problemem, a mianowicie permanentnym zmęczeniem dotykającym zapracowanych osób, próbuje zmierzyć się Magdalena Filcek, właścicielka wrocławskiej Kawiarenki Snu. W ostatni wtorek na portalu mambiznes.pl natknąłem się na informację, że w stolicy Dolnego Śląska otwiera ona pierwszą tego typu miejscówkę na świecie – Vinci Power Nap. Kawiarenka reklamuje się jako miejsce idealne do relaksu i regeneracji. Skierowane jest przede wszystkim dla pracowników korporacji, średnich i małych przedsiębiorstw. – Dziś ładujemy baterie telefonów, samochodów. czas pomyśleć też o nas – ludziach – mówiła w wywiadzie dla mambiznes.pl Magdalena Filcek. Podobno ma nam wystarczyć 20 min, by naładować akumulatory i z werwą wrócić na open space naszego korpo.

Relaks w takiej kawiarence nie oznacza, że dostaniemy tylko kojo i budzik, ale przede wszystkim jest tam innowacyjny system regeneracji bazujący na integracji sensorycznej. Jak można przeczytać w opisie firmy, dzięki autorskiej aranżacji wnętrza i wykorzystaniu zawieszonych w przestrzeni chust, sprawia, że odpoczynek przypomina ciału kołysanie w ramionach mamy, przytulanie, bezwzględną akceptację. W kawiarence wykorzystano instalacje oddziałujące na wszystkie ludzkie zmysły, w tym m. in. delikatny półmrok, specjalnie skomponowana ścieżka dźwiękowa, czy też orzeźwiający tlen. W przedszkolu leżakować kazano nam obowiązkowo, może to najwyższy czas, by taki obowiązek wprowadzić także w firmach. Zwłaszcza, że obie strony będą miały z tego pożytek – pracownik lepsze samopoczucie, a pracodawca efektywnego podwładnego.

Od mema do waluty
W świecie kryptowalut także istnieją interesujące i awangardowe pomysły. Jednym z nich, wprawdzie nie polskim, jest niewątpliwie dogecoin, czyli cyfrowy token, którego nazwa wywodzi się od popularnego w sieci mema o nazwie „pieseł”. Wydawać by się mogło, że tak jak mem, tak i inspirowany nim token będzie żartem. Twórcy dogecoina postanowili jednak wykorzystać modę na psa rasy Shiba, by stworzyć cyfrowy środek płatniczy z jego wizerunkiem. Chcieli w ten sposób dotrzeć do szerszego grona odbiorców niż bitcoin (było to w grudniu 2013 r.), tworząc walutę przywołującą przyjemne, wręcz rozrywkowe skojarzenia. Bitcoina przebić się nie udało, ale wielu użytkowników memowej waluty chwali sobie ją za prostotę. – Z powodu dość luźnego podejścia projekt nie rozwija się zbyt dynamicznie. Nie jest jednak martwy, gdyż sporo użytkowników wciąż wydobywa dogecoina – czytam na portalu bithub.pl. Jak na żartobliwe podejście do biznesu, „piesełcoin” całkiem nieźle sobie radzi. Jego rynkowa kapitalizacja, według portalu coinmarketcap.com, sięga blisko 900 mln dol.

Patent na gwałciciela
– Kiedy Sandra Seilz została napadnięta przez trzech pijanych mężczyzn podczas joggingu w jednym z lokalnych zagajników, napastnicy byli o krok od zdarcia z niej ubrania. Uratował ją przypadkowy przechodzień, dzięki któremu udało jej się uciec. Ale doskonale zdawała sobie sprawę, co jej groziło – czytam w serwisie innpoland.pl. Ta sytuacja skłoniła ofiarę do zaprojektowania Safe Shorts , czyli ochronnych spodenek, które zabezpieczają intymne miejsca kobiecego ciała przed atakiem napastnika. Są one wykonane z tego samego materiału, co kamizelka kuloodporna, posiadają system szyfrowanych zamków, a także wbudowany system alarmowy emitujący dźwięk o mocy 130 decybeli. Rozwiązania te są możliwie do zaadaptowania także do innych rodzajów garderoby, nie tylko do sportowej. Pomysł wydaje się całkiem obiecujący, zwłaszcza, że niedawna akcja #metoo uświadomiła wszystkim o jakiej skali zjawisku mamy do czynienia. Warto dodać, że mimo wysokiej ceny 149 euro, pierwsza partia Safe Shorts rozeszła się w Niemczech w oka mgnieniu.

Udekoruj swój tron
I na koniec prawdziwy hit, ale bez happy endu, czyli sedesy.com. Kilka lat temu można było przeczytać o tym startupie, który sprzedawał akcesoria do „tronów”. Były to głównie unikatowe deski klozetowe i śmieszne naklejki oraz tabliczki na drzwi. – To się nazywa znaleźć swoją niszę! Sedesy.com jak sama nazwa wskazuje jest to sklep „z akcesoriami” do „tronów” które powinny być godne króla. Nie dość, że serwis jest stylistycznie z tak zwanym „jajem” to jeszcze ma kilka ciekawych produktów, choć trzeba przyznać że asortyment jest na razie ograniczony – pisał w 2010 r. na portalu antyweb.pl Grzegorz Marczak. Pomysł był niewątpliwie awangardowy, ale chyba nie wypalił. Pod wspomnianym adresem nie ma już bowiem sklepu z adekwatnymi akcesoriami. Szkoda. Ale takie są biznesowe realia. Nie każdy może być „królem sedesów”, jak ojciec Laski, bohatera filmu „Chłopaki nie płaczą”. Opisane jednak wyżej pomysły pokazują, że „królami życia” można zostać na wiele innych sposobów.

 

 
Categories

Polski projekt Shoetopia: wydrukujmy sobie buty

Dziś luksusowe produkty nie kojarzą się raczej z recyklingiem. Wykorzystanie technologii na rzecz ekologii wiązałoby się nie tylko ze zmianą spojrzenia na świat modowych wartości, ale i jej estetyki. Rewolucyjne hasła Stelli McCartney czy Vivienne Vestwood nawołujące do porzucania naturalnych skór i futer jakoś lepiej wyglądają na murach niż w Vogue. A jednak coraz więcej jest oddolnych ruchów i projektów, które stoją w opozycji do wielkich domów mody. Także w Polsce, czego przykładem jest projekt Shoetopia.

“Green is the new black” to nośne hasło mody etycznej, zmierzającej do świadomej i odpowiedzialnej konsumpcji. Rodzaj trendu czy nowej postawy społecznej, który nie tyle zastępuje, co rozwija się równolegle do oficjalnego rynku. Składa się na niego sposób produkcji, sprzedaży, eksploatacji, przechowywania czy transportu odzieży. W każdym z tych elementów kluczowe znaczenie może mieć wykorzystanie nowoczesnych technologii. To właśnie one otwierają nieznane dotąd drogi myślenia o modzie, pozwalają na realizację tego, co jeszcze kilka lat temu było jedynie wizją projektanta.

Zuzanna Gronowicz i Barbara Motylińska, absolwentki wydziału wzornictwa przemysłowego na warszawskim ASP, stworzyły projekt Shoetopia – butów konstruowanych przy użyciu drukarki 3D. Już sama nazwa konceptu zwraca uwagę na wielkie wyzwanie, jakim jest stworzenie obuwia, które byłoby alternatywą dla milionów par rocznie sprowadzanych z Chin.

Shoetopia to projekt, w którym próbujemy zaangażować użytkownika w proces kreacji i produkcji własnych butów. Stoi za tym nasze ukryte marzenie dotyczące tego, jak chciałybyśmy, żeby w przyszłości myślano o projektowaniu, czyli w bardziej odpowiedzialny środowiskowo sposób – mówi Barbara Motylińska.

Początki były jednak trudne, bo jak dodaje: – Nasza ścieżka do realizacji marzeń była bardzo pokrętna. Zaczynałyśmy od wycieczki do praskich rzemieślników, żeby zobaczyć, jak wygląda ręczna produkcja w małej skali. Ostatecznie drogi doprowadziły nas właśnie do druku 3D. Raz, że przy jego pomocy można było użyć biodegradowalne materiały, a dwa, że rozwiązywały problemy transportu i wysyłki. Użycie tej technologii umożliwiłoby nam w przyszłości również całkowite pominięcie stadium produkcji w fabryce.

mat. Shoetopia
mat. Shoetopia

Dzięki specjalnie zaprojektowanej aplikacji mobilnej, potencjalny klient będzie mógł idealnie dobrać je do rozmiaru swojej stopy, wybrać wzór i kolorystykę. Projektantki chciałyby, żeby w docelowej aplikacji można było wpisać swój wzrost i wagę, a to już krok w stronę biomechanicznej personalizacji. – Użytkownik mógłby również wykonać zdjęcia rzutów swojej stopy lub ją zeskanować, tworząc jej trójwymiarowy model. Mogłoby mieć to swoje odzwierciedlenie w specjalnie wyprofilowanej wkładce – dodaje Motylińska.

Sama struktura buta powstaje bez potrzeby użycia kleju, przy wykorzystaniu biodegradowalnych filamentów bezpośrednio nadrukowywanych na wełniane i bawełniane tkaniny. Dzięki temu końcowy projekt w postaci pliku moglibyśmy wysłać do pobliskiej drukarni 3D.

Dzięki specjalnej aplikacji mamy więc szansę zaprojektować swoje wymarzone, idealnie dopasowane buty.
Wierzymy, że dzięki świadomości wszystkich elementów procesu, w którym bierzemy udział, pomiędzy użytkownikiem a produktem buduje się inny, o wiele głębszy związek – mówi Motylińska. W prosty, przystępny sposób dostajemy więc szansę kupowania tylko tego, co naprawdę nam się podoba i co jest potrzebne.

mat. Shoetopia
mat. Shoetopia

To pomysł dający nam realne narzędzia walki z nadprodukcją, a co za tym idzie, ogromną ilością odpadów i zanieczyszczeń, bo w ciągu mijającej właśnie sekundy na wysypisko śmieci trafiła ciężarówka wypchana ubraniami. Buty, które nosimy obecnie, są najczęściej produkowane z tak dużej ilości materiałów, że nie da się ich poddać recyklingowi. Może więc zamiast 10 par kolorowych nike-ów i conversów, które stylowo rozpadają się co sezon, moglibyśmy mieć jedną, ukochaną parę butów z wymiennymi częściami. Pytanie tylko, czy rzeczywiście chcemy?

Projektantki Gronowicz i Motylińska proponują nam nowy sposób myślenia o naszych potrzebach i rolach w świecie mody. Utopijne jest tu nie tyle założenie technologiczne – bo potrzebne narzędzia już mamy – co ideowe.

mat. Shoetopia

Największym wyzwaniem jesteśmy my sami: klienci, których potrzeby nigdy się nie kończą. Wiele jednak zależy też od projektantów. Marki wykorzystujące nowoczesne rozwiązania, twierdzą, że sukces komercyjny odniosą tylko Ci, którzy odpowiadają aktualnym modom. A na naszą etyczność raczej nikt tu nie liczy. Zastępowanie dostępnych materiałów, tworzenie nowych, niezwykłych form czy rozpowszechnianie alternatywnych sposobów produkcji zda egzamin tylko wtedy, gdy będzie nam się podobać i gdy będzie nas na nie stać. Mówiąc krótko: gdy będzie modne i przystępne.