Categories

Gada dziad do obrazu – sterowanie głosowe na serio zmienia rynek

40 procent dorosłych Amerykanów już dziś przynajmniej raz dziennie mówi do swoich urządzeń, poszukując porady, informacji czy dyktując maile. Liczba zapytań głosowych w wyszukiwarkach rośnie lawinowo. Od dwóch lat trend używania mowy zamiast klawiatury, przycisków czy pilota rośnie tak szybko, że możemy już dziś powiedzieć, że wkrótce z naszymi komputerami, pralkami i telewizorami będziemy po prostu rozmawiać. Jaskółki zmian widać również w Polsce.

Kto choć raz grał w karaoke na konsoli wie, że głos i urządzenie mogą świetnie współpracować. Gaming jak zwykle był w kwestii wykorzystania głosu lata świetlne przed wszystkimi: w ciągu ostatnich kilku lat rynek zalewały proste gierki, w których postaciami poruszaliśmy się wydając pierwotne dźwięki – najgłośniejsze oczywiście przy skokach i strzelaniu. To była jednak tylko przygrywka do prawdziwego przełomu w technologii, która stała się jednym z najgorętszych rynkowych trendów tego roku – sterowanie głosem (voice control) ma szansę na stałe wejść do naszej codzienności. Tym razem na serio.

Do tej pory maszyny słyszały nasz głos, ale nie potrafiły zrozumieć wypowiadanych słów. To zmieniło się wraz z postępami prac nad rozpoznawaniem głosu (ang. voice recognition)  i sztuczną inteligencją prowadzonymi przez technologicznych gigantów i wypuszczeniem na rynek asystentów głosowych, takich jak Google Home, Apple Alexa czy Amazon Echo.

Szczyt popularności głosowych asystentów przypadł na 2017 rok, a Amazon przewiduje, że do 2022 roku połowa amerykańskich gospodarstw będzie korzystała z inteligentnego głośnika.

Jednak prace nad wykorzystaniem voice recognition to nie tylko głosowi asystenci: nad skomunikowaniem maszyn z ludźmi pochylają się spece od elektroniki użytkowej, nieruchomości, AGD, branży motoryzacyjnej czy nawet medycyny. Gdy niektóre z pomysłów brzmią wciąż jak szalone wizje, inne są już na wyciągnięcie ręki: to poważne zmiany w sposobie wyszukiwania treści w internecie, a co za tym idzie: w marketingu internetowym oraz sterowane głosowo telewizory (oferowane m.in. przez LG, Sony i Samsunga).

Marketing internetowy do poprawki
Search Engine Optimization to termin znany wszystkim publikującym treści w internecie: od wielkich wydawców po małe firmowe strony. Jest to sposób, w jaki tworzymy treści po to, żeby znaleźć się jak najwyżej w wynikach wyszukiwania. Od kiedy okazało się, że odpowiednio pisząc, kodując i prezentując treści na stronie, możemy bez dodatkowych opłat poprawić pozycję firmy w wyszukiwarkach, optymalizacja SEO stała się w marketingu ważniejsza niż internetowe reklamy.

Jak to działało do tej pory? Załóżmy, że mamy stronę sprzedającą dziecięce wózki. Najpewniej marzymy o tym, żeby nasza firma pojawiła się na pierwszej stronie wyników wyszukiwań każdemu rodzicowi, który wpisze w okno wyszukiwarki hasła “wózek dla dziecka”, “bezpieczny wózek dla niemowlaka” itp. To były do tej pory nasze słowa kluczowe – wiedzieliśmy jakie słowa wpisują w wyszukiwarkę ci, którzy szukają wózków i skutecznie to wykorzystywaliśmy, walcząc z konkurencją o pozycje na konkretnych frazach.

Google podaje, że w tej chwili 20 proc. wszystkich wyszukań na telefonach pochodzi z poleceń głosowych. To duża zmiana dla SEO, bo okazuje się, że frazy, które wpisywaliśmy dotąd w wyszukiwarki nie są tymi samymi słowami, które wypowiadamy do urządzeń głosowych. Zestaw słów kluczowych w wyniku wyszukiwania głosowego znacznie się poszerza. Wraz z umacnianiem się trendu, język którym piszemy firmowe strony będzie musiał się zmienić: stanie się bliższy językowi mówionemu niż pisanemu. Na teraz eksperci od SEO radzą, żeby bacznie przyglądać się zapytaniom pochodzącym z wyszukiwania głosowego oraz zmienić pod ich kątem i porządnie wypozycjonować sekcję Q&A.

Druga ważna zmiana może dotyczyć płatnego pozycjonowania – pierwszych kilka linków w wyszukiwarce to zawsze pozycje opłacone. Ponieważ znaczna część komunikatów kierowanych do asystentów głosowych to prośby o zakup produktów, wskazanie dobrej restauracji czy zorganizowanie biletów do kina, to pojawia się ogromna pokusa, żeby za płatne pozycjonowanie dla wyszukiwań głosowych płacić ekstra. Tym bardziej, że asystent wybiera zwykle jedną podpowiedź – jeśli wskaże nasz produkt, z pewnością przełoży się to na zyski.

Pożegnanie z pilotem
Bliższy Polakom będzie drugi z tegorocznych hitów w zakresie voice control: sterowane głosowo telewizory. I chociaż pierwsze jaskółki odczytywania przez nie mowy pojawiły się już kilka lat temu, to głównie obsługiwały proste, zdefiniowane wcześniej komendy. Próba całościowej obsługi urządzenia za pomocą mowy przypominała wtedy surrealistyczną komedię z serii “człowiek kontra maszyna”. Wielu obserwatorów rynku zwątpiło w to, że to może być kierunek, w którym pójdzie rynek.

Z drugiej strony potrzeba zmian była ogromna – trudno w to uwierzyć, ale używane przez nas telewizyjne piloty są “so 80’s” – bazują bowiem na wymyślonej w tych latach technologii IR, wciąż najtańszego sposobu na bezprzewodowe połączenie człowieka rezydującego na kanapie z telewizyjnym odbiornikiem.

Sterowanie głosem – jak to z rewolucyjnymi technologiami bywa, musiało odleżeć swoje i poczekać na lepsze czasy, żeby stać się alternatywą dla pilota. Lepsze czasy nadeszły wraz z rozwojem technologii speech recognition i sztucznej inteligencji, a co za tym idzie: lepszym przetwarzaniem przez maszyny języka naturalnego. Dzięki temu dzisiejsze urządzenia mogą nie tylko odczytywać i odpowiadać na zestaw wgranych wcześniej komend, ale interpretować na podstawie znajomości zasad języka nowe zapytania, formułować coraz bardziej sensowne odpowiedzi, a nawet uczyć się nowych słów i kontekstów.

W tym roku na rynku sterowanych głosem telewizorów nastąpił przełom, bo LG ogłosiło, że jej telewizory będą obsługiwały nie tylko głosowe polecenia z asystenta Google’a, ale też Alexy Amazona. Co więcej, asystent współpracujący z urządzeniami po raz pierwszy rozumie polską mowę. Wreszcie i u nas dziad przestał gadać do obrazu i z urządzeniem można porozmawiać. Po naszemu.

 
Categories

Luksusowe katamarany z Wałbrzycha złapały wiatr w żagle. Klienci dzwonią sami

Pierwsze polskie katamarany turystyczne, które wypłyną na pełne morze, powstały w Wałbrzychu – mieście, które nie ma dostępu do żadnego akwenu. Historia firmy Corthinx to inspirujący miks żeglarskiej pasji, konsekwencji i ciężkiej pracy. Jej twórcy i pracownicy właśnie świętują pierwsze sprzedane za setki tysięcy euro modele i odbierają zamówienia z całego świata. O ich drodze do sukcesu rozmawiam z Karoliną Sową, którą firmy przywiało zamiłowanie do systematyczności i… laminatów.

 

Agata Kowalczyk, HiCash Wybacz, ale muszę zacząć od pytania, które pewnie słyszysz bardzo często. Dlaczego łodzie robicie właśnie w Wałbrzychu?

Karolina Sowa, Corthinx  [śmiech] Rzeczywiście, z zewnątrz może to być wybór nieoczywisty w związku z tym, że będąc w Wałbrzychu, nie mamy dostępu do żadnego akwenu, na którym moglibyśmy testować nasze łodzie. Pomysłodawcy i założyciele firmy Corthinx są wałbrzyszanami i postanowili pracować właśnie tutaj. To stało się ważną częścią naszej filozofii: nieważne, gdzie rodzi się Twój pomysł, ważne co z nim zrobisz. Mamy w Wałbrzychu rosnącą w siłę strefę ekonomiczną, która jest jedną z największych w Polsce. Postanowiliśmy z tego skorzystać. Poza tym Wałbrzych to byłe miasto przemysłowe i na jego terenie znajdujemy wielu wysokiej klasy specjalistów z różnych branż.

Ale przemysł stoczniowy w Wałbrzychu to pomysł na tyle zuchwały, że chyba musiało stać za nim coś więcej niż chęć założenia biznesu…
Ludzie, którzy w 2014 roku założyli spółkę to oczywiście pasjonaci żeglarstwa, ale też osoby z dużym doświadczeniem: jeden z nich jako projekt manager uczestniczył w budowie dwóch spośród 100 największych i najbardziej luksusowych jachtów świata. Plus był taki, że drugi z założycieli zawodowo od zawsze związany jest z biznesem, więc model biznesowy, który opracował nie był oczywisty i prosty w realizacji, ale zakładał osiągnięcie dobrych wyników. Darek stworzył międzynarodową Grupę Corthinx, która realizuje samodzielnie projekty – sami budujemy inżynierię, formy i gotowe jachty, od postaw tworzymy design, zajmujemy się sprzedażą, czarterem i wreszcie organizacją transferów morskich. Zaczynaliśmy nie od łodzi, a od budowy form do produkcji jednostek na zlecenie dużych producentów jachtów. Okazało się, że zainteresowanie tymi formami wykroczyło poza przemysł stoczniowy i mieliśmy zamówienia na przykład dla elektrowni wiatrowych czy branży automotive. Formy znajdują klientów w zasadzie wszędzie tam, gdzie stosowane są laminaty.

Ile osób zatrudniacie?
W Wałbrzychu pracuje kilkadziesiąt osób, dodatkowo w Splicie, w Chorwacji pracuje podobna ilość. Tam budujemy nasze duże katamarany, których transport jest niemożliwy drogą lądową. Dodatkowym atutem ekspansji jest fakt, że jesteśmy w centrum drugiego co do wielkości rynku czarterowego, zaraz po USA.

Ale największy jak dotąd sukces firmy wydarzył się wiosną tego roku, prawda?
Postawienie naszego pierwszego jachtu na wodzie to z pewnością krok milowy dla firmy. No i sukcesem jest to, co dzieje się teraz i na co długo pracowaliśmy: zainteresowanie marką rośnie, mimo że nasz marketing jest jeszcze w bardzo początkowej fazie. Mimo to interesują się nami klienci z całego świata. Powiedziałabym, że naszym największym sukcesem jest  to, że idziemy tą ścieżką, którą sobie wyznaczyliśmy. Oczywiście, na tej drodze były i sukcesy, i niepowodzenia, ale konsekwentnie trzymamy kurs.

Ile zrobionych przez Was od A do Z łodzi pływa już po światowych wodach?
Po testach morskich jest już parę sztuk. Naszą wizją jest bycie solidną manufakturą w najlepszym tego słowa znaczeniu. Chcemy współtworzyć historię polskiej branży jachtowej, praktycznie wszystkie nasze modele odniosły duży sukces. Aktualnie w trakcie produkcji znajduje się 7 dużych modeli i dynamicznie napływają nowe zamówienia z całego świata. W tym momencie planujemy średnio co miesiąc wypuszczać nową jednostkę.

To dużo?
Nie mamy w planach bycia producentem masowym. Te ilości są na tyle dobre, żeby firma dobrze funkcjonowała, a jednocześnie pozwalają na to, żeby łodzie były wykończone luksusowo, dopracowane na każdym etapie. Charakteryzuje nas to, że klienci mogą u nas skustomizować każdą jednostkę. Dla przykładu: nasz katamaran CX1000 produkujemy teraz w trzech różnych wersjach. Jest wersja Shuttle przeznaczona do transferu ludzi na przykład między marinami albo między dużymi jednostkami a nabrzeżami – przydatne, gdy duże jednostki nie mogą dopłynąć do nabrzeży ze względu na płycizny. Jest też wersja Owner do takiego naprawdę prywatnego użytku, gdzie właściciel ma zapewnioną prywatność. No i wreszcie Profi, czyli taka sportowa wersja z mocniejszymi silnikami i o silniejszej konstrukcji dla tych, którzy lubią adrenalinę. Z każdym klientem rozmawiamy indywidualnie: może sobie dobrać wyposażanie, rodzaj silników, w miarę możliwości technicznych też zaaranżować przestrzeń na pokładzie. Podobnie jest z naszymi większymi jednostkami. Ciekawostką także jest nasz 44- stopowy katamaran CX44 PERFORMANCE, który zbudowany jest na bazie karbonu i wyposażony jest w system hybrydowy wspomagany nowoczesnym systemem odzyskiwania energii z ruchu jednostki, czyli takie połączenie wygodnego domu i sportowego samochodu- katamaran jest bardzo szybki i wygodny.

Gdzie jest największe zainteresowanie Waszymi katamaranami?
Mamy klientów w Chorwacji – tam dostarczyliśmy dwie nasze pierwsze jednostki i planujemy wysłać kolejne. Rozmawiamy z klientami z Francji, którzy naszymi łodziami chcą pływać sobie w miastach. W Europie rynek zbytu to też Niemcy, Włochy I Portugalia. Zainteresowanie jest też w Stanach, na razie głównie w Minnesocie i Północnej Karolinie. Dogrywamy szczegóły z klientem z Australii.

Skąd takie zainteresowanie łodziami z Wałbrzycha? Trafiliście w jakąś szczególną niszę?
Faktem jest, że temat katamaranów jest niszowy ale bardzo skomplikowany. Odwiedza nas wielu marzycieli, którzy chcieliby inwestować w tę branżę. Z boku wszystko może wydawać się proste jednak w rzeczywistości to bardzo praco- i kapitało- chłonny biznes. Wyobraź sobie, przez ile etapów trzeba przejść aby zaprojektować i wybudować jednostkę nawet nie dużych rozmiarów- koncept, design, inżynieria, formy, prototyp-na to wszystko potrzeba czasu, te wszystkie etapy trzeba przejść i nikt nie ma gwarancji, że dany model odniesie sukces rynkowy. Tak, jak wspomniałam wcześniej, konsekwentnie wstrzeliliśmy się w pewien trend: klienci coraz bardziej zainteresowani są katamaranami, a rynek nie jest jeszcze tymi jednostkami wypełniony, głównie dominują na nim jednokadłubowce. Tymczasem ludzie coraz bardziej chcą spędzać czas na wodzie, na przykład zamiast kupować wczasy gdzieś na lądzie, to za podobne pieniądze mogą sobie wypłynąć katamaranem. Nasze większe jednostki mają około 100 metrów powierzchni użytkowej na dwóch pokładach, na których spokojnie mogą zamieszkać dwie rodziny. To łącznie cztery sypialnie, dwie łazienki i kokpit z miejscem na imprezy oraz salon z kuchnią. To naprawdę fajny dom.

Ile kosztują Wasze katamarany?
Czekałam na to pytanie [śmiech]. Zasadniczo ceny naszych jednostek są różne w zależności od życzeń klienta. Rząd wielkości to setki tysięcy euro. Powstanie każdego nowego modelu wymaga dużych nakładów kapitału i czasem wielu lat pracy. Dlatego jacht jest synonimem luksusu. Proces budowy jednostki nie jest i nie może być zautomatyzowany. Każdy jacht jest tak naprawdę inny, nawet jeśli mówimy o tym samym modelu. Budowa jachtów to takie połączenie technologii i rzemiosła.

Kto kupuje takie ekskluzywne łodzie?
Zdziwiłabyś się, naprawdę różni ludzie. Jachty to dziś modny pomysł na inwestycję. Często klienci rozważają zakup jachtu w ramach systemu yacht-investment. Obecnie z funduszem inwestycyjnym, będącym udziałowcem w spółcem tworzymy taką ofertę. Innymi klientami są klienci indywidualni, którym znudziło się już odpoczywanie w hotelach. Sama gorąco polecam wszystkim spędzenie takich wakacji, to zupełnie inne doświadczenia. Katamarany oferują wygodę hotelu w połączeniu ze spełnieniem marzeń o podróżach. Jest bezpiecznie, wygodnie i przyjemnie. Decyzję o zakupie jachtu podejmują całe rodziny. Są firmy, które chcą czarterować nasze łodzie, czyli sprzedawać dalej usługi na katamaranach; hotele, bazy nurkowe, operatorzy turystyczni. To, co na pewno można powiedzieć o naszych klientach to, że znają branżę. Ludziom często wydaje się, że przemysł stoczniowy wiąże się zawsze z idealnym wykończeniem. I owszem, jest to luksusowa branża, ale nie wszystkie produkty są superluksusowe. I to jest ok, że ktoś po prostu chce mieć zwykły jacht, żeby na nim popływać. My jednak rozmawiamy głównie z klientami , którzy wchodzą na pokład i dokładnie wiedzą, jakiej jakości oczekują, a my te oczekiwania spełniamy.

W Corthinx pełnisz oficjalnie funkcję Office Managera, zajmujesz się też dostawą produktów. Chyba nie się tego robić bez fachowej wiedzy. Uczyłaś się tego wszystkiego od podstaw będąc już w firmie, czy miałaś jakieś przygotowanie?
Jeżeli chodzi o pracę w przemyśle, to to jest moja pierwsza praca. To faktycznie ciekawa historia, trochę przypadku i pasji. Trafiłam do firmy Corthinx robiąc praktyki na studiach [Karolina studiowała Zarządzanie i Inżynierię Produkcji na Politechnice Wrocławskiej – przyp. red.]. Wydawało mi się wtedy, że miałam solidną wiedzę na temat laminatów i zarządzania.  Życie mnie mocno zweryfikowało. Gdy dołączyłam do Corthinx, to zaczynała się właśnie faza mocnego wzrostu firmy, nie miałam innego wyjścia: siedziałam dniami i nocami, żeby rozgryźć, o co w tym wszystkim chodzi. Na szczęście od początku złapałam dobry kontakt z projektantami: i nautycznymi, i inżynierami, którzy wspierali mnie w tej nauce. Każdy dzień tutaj ma dla mnie wartość, jestem na takim etapie, w którym pełnię samodzielne stanowisko w grupie wyjątkowych specjalistów i bardzo to doceniam. Wcześniej nie żeglowałam, ale bardzo chciałam się wszystkiego nauczyć, wciągnęło mnie to. Teraz nie wyobrażam sobie pracy w innej branży. Praca w takiej firmie produkcyjnej wygląda zupełnie inaczej niż przedstawiano mi to ma studiach. Świat nie został na pewno jeszcze wymyślony, tak jak twierdzą niektórzy. Codziennie pracujemy nad czymś nowym, czujemy się jak prawdziwi eksplorerzy. Gorąco zapraszam do nas wszystkich młodych i ambitnych ludzi!

Skąd wybór inżynierii produkcji? 
Zawsze dobrze szły mi przedmioty ścisłe i naturalnym wyborem była dla mnie politechnika. Bardzo interesowała mnie ta systematyczność w pracy produkcyjnej. Dużą inspiracją był dla mnie mój kuzyn Bartek, który pracował w branży aerospace. Ja widziałam się bardziej w branży automotive ze względu na to, że najwięcej takich firm jest w naszej strefie ekonomicznej. Ale trafiłam do branży jachtowej i bardzo zależało mi na tym, żeby się jak najwięcej nauczyć. Pod koniec studiów – a studiowałam do końca dziennie – kursowałam pomiędzy Wrocławiem i Wałbrzychem. To było szaleństwo. Ogromnym wsparciem byli dla mnie wtedy moi przyjaciele.

Naprawdę jestem pełna podziwu dla pasji z jaką mówisz o tej pracy, więc myślę sobie, że w tym szaleństwie była jednak metoda [ śmiech]. Dzięki za rozmowę!
Dziękuję Agata, trzymam kciku za HiCash. Robicie dobrą robotę!

[<3 <3 <3 – przyp. red.]

 
Categories

7 sposobów na zwiększenie sprzedaży dzięki treściom wideo

Tworzenie firmowego kontentu wideo to już nie opcja, a konieczność. Szczególnie, że w internecie coraz więcej oglądamy, a coraz mniej czytamy. Okazuje się, że wideo wyrasta na skuteczne narzędzie sprzedaży: zamieszczenie na landing page’u materiału filmowego zwiększa zainteresowanie produktem nawet o 80 procent. Poznajcie 7 kroków, które pozwolą Wam stworzyć dobry kontent wideo.

  1. Z czym do ludzi?
    Odpowiedz sobie na pytanie: dlaczego mój klient lub mój potencjalny klient miałby poświęcić kilka cennych minut swojego życia na oglądanie mojego wideo? Postaraj się, żeby dowiedział się z niego czegoś nowego, nauczył czegoś ważnego albo spojrzał na problem z nowej perspektywy. To nazywamy dostarczeniem wartości – sprawdza się równie dobrze w myśleniu o kontencie wideo, jak i budowaniu produktu.
  1. Scenariusz
    Każdy materiał wideo, zwłaszcza krótki, musi powstać na podstawie precyzyjnie przygotowanego scenariusza. Mamy mało czasu, każde słowo jest więc na wagę złota.

Jak zacząć tworzyć scenariusz? Zacznij od zapisania struktury swojego filmu w kilku punktach – opisz jednym zdaniem kilka najważniejszych rzeczy, które chcesz powiedzieć. Niech to będzie spis treści do filmu. W kolejnym kroku rozwiń każdy z tych punktów, stosując konkretne przykłady i liczby, które pozwolą odbiorcom lepiej zrozumieć, co chcesz im w każdym z tych punktów powiedzieć. Unikaj dygresji.

3. 10 sekund
Tyle masz czasu, żeby przekonać odbiorców, że warto obejrzeć Twoje wideo. Statystyki są nieubłagane: jedna piąta odbiorców skończy oglądać materiał po dotarciu do jego dziesiątej sekundy. Do tego momentu musisz zrobić wszystko, żeby widz chciał obejrzeć to wideo do końca. Trzeba coś mu obiecać: że go rozbawisz, postarasz się zainspirować albo powiesz mu coś, czego nie wie.

  1.  Jeden temat, wiele formatów
    Daj swojemu odbiorcy możliwość zgłębienia tematu. Niech krótkie wideo odsyła do tekstu na blogu lub do podcastu, w którym rozmawiasz na dany temat z ekspertem. Pokaż swojemu odbiorcy, że Twoja firma jest specem od zagadnienia i że opracowała je na różne sposoby, żeby  mógł znaleźć formę i poziom wiedzy, który go interesuje. Stajesz się wtedy głównym źródłem informacji o temacie.

5. Powiedz, czego oczekujesz
Słynne call to action to nic innego jak poproszenie odbiorców o coś, na czym nam zależy. Materiałom wideo produkowanym przez firmy przyświeca zwykle jeden z dwóch celów: sprzedaż lub pozyskanie leadów. Dlatego każdy materiał powinien przybliżać nas do osiągnięcia tego celu. Zachęćmy widzów do tego, żeby wpadli na naszą stronę, czy wypróbowali nasz produkt. Jesteśmy komercyjną firmą, naprawdę nikt się nie obrazi, jeśli powiemy, że robimy wartościowy kontent, żeby coś na tym zyskać.

Jeśli wideo mówi o produkcie, zaprośmy wprost do jego zakupu i podajmy link do sklepu. Jeśli chcemy, żeby odbiorcy zostawili e-mail, dajmy im dostęp do naszych treści wideo po podaniu adresu, albo obiecajmy dostęp do kolejnych treści po jego podaniu. Komunikujmy wprost swoje cele.

6. Dy-na-mi-cznie!
Wideo musi być dynamiczne. Nikt nie lubi gadających głów monotonnym głosem recytujących tekst. Tworząc wideo, masz do dyspozycji spory arsenał sposobów na to, żeby widzowie nie zasnęli.

Język – zdbaj o to, żeby sposób w jaki opowiadasz historię był różnorodny.

Używaj pytań ogólnych “Czy taka usługa ma szansę się przebić?” i retorycznych skierowanych do odbiorców: “Byłaś kiedyś w podobnej sytuacji?”.

Jeśli masz kilka dłuższych zdań do wypowiedzenia, wstaw pomiędzy nie krótkie zdania-przerywniki, na przykład: “To dopiero początek”, “Tak to działa”, “To proste”, “Sprawdźmy”.

Intonacja w większości wideo mamy narratora, który opowiada historię. Czasem jest on widoczny, czasem pojawia się wyłącznie jako tzw. głos z offu. Niezależnie od formy, narrator powinien tak modulować głosem, żeby w opowiadanej historii czuć było emocje – spokój, ekscytację, smutek czy rosnące napięcie niczym z dobrego kryminału.

Grafiki – wszędzie tam, gdzie pojawiają się liczby lub chcemy wytłumaczyć jak działa jakiś proces (na przykład jak krok po kroku powstaje nasz produkt), z pomocą przyjdą nam infografiki. W internecie jest wiele sprytnych narzędzi do tworzenia świetnych pod względem wizualnym infografik, na przykład  Snappa czy Canva.

Kadry – kompozycja elementów, które znajdują się w polu widzenia kamery zdecyduje o atrakcyjności naszego materiału. Jeżeli nasz film składa się z jednakowych kadrów, na których widać te same elementy (osoba siedząca za biurkiem) na tym samym lub bardzo podobnym tle, to ludzkie oko odczyta je jak ten sam obraz. I nawet jeśli wypowiadana przez znajdującą się w kadrze osobę treść jest ciekawa czy zaskakująca, to mózg odbiorcy zacznie się szybko nudzić. Dlatego ważne jest, żeby nasze kolejne kadry znacząco się różniły, choćby sposobem, w jaki pokazujemy mówiącą postać.

Montaż – to sposób w jaki układamy poszczególne ujęcia tak, żeby opowiadały naszą historię. W internecie popularny jest bardzo dynamiczny tzw. montaż twardy charakteryzujący się gwałtownymi cięciami i ostrymi przejściami z jednego ujęcia do drugiego (bez stopniowego przyciemniania czy przenikania się ujęć stosowanego w montażu miękkim). Coraz częściej mówimy o pełnym fajerwerków montażu youtubowym, w którym niemal każde ujęcie urozmaicone jest efektem specjalnym – na przykład pojawiającymi się elementami graficznymi:  komiksowe chmurki, emotikony – wszystkie chwyty dozwolone.

Tworząc dynamiczne wideo, pomyśl o o nim jak o trailerze filmowym.

  1.  Małe jest ok
    Coraz bardziej skraca się czas, w którym jesteśmy w stanie skupić się na jednej treści – kilka minut dla wideo, które ma zostać zaprezentowane w mediach społecznościowych to już dużo. Jeśli więc masz do wytłumaczenia złożony problem, podziel swój przekaz na kilka części – lepiej zrobić kilka dynamicznych wideo niż jednego tasiemca, do końca którego dotrwa tylko garstka najwytrwalszych widzów.
 
Categories

Przejrzyste płace działają na pracowników jak sok z gumi jagód

Zdarzyło Wam się pracować w firmie, w której mieliście w umowie zapisany zakaz rozmów o tym kto ile zarabia? Jeszcze kilka lat temu była to często spotykana praktyka. W 2010 roku 23 proc. pracowników amerykańskiego sektora prywatnego przyznawało, że mają taki zapis w kontraktach. Dziś trend jest odwrotny: coraz więcej firm nie tylko ujawnia zarobki pracowników, ale też udostępnia tę informację na zewnątrz. Po co?

 

Firmy, które zdecydowały się na przejrzysty, ogólnodostępny system płac twierdzą, że poprawia on wyniki pracowników i firmy (szczegółowo opisały ten proces m.in. firmy Buffer  i SumAll zajmujące się analizą treści w social mediach). Trzeba jednak uważać, bo to co może być dla pracowników sokiem z gumijagód, po którym będą pracować chętniej, szybciej i bardziej wydajnie, może też pogrążyć firmę w chaosie.

Żeby ujawnienie płac nie okazało się horrorem, trzeba najpierw szczegółowo zaplanować politykę płacową. Kto za co i ile dostaje pieniędzy – pracownicy muszą wiedzieć jak to dokładnie działa.

W stowarzyszeniu Akcja Demokracja, która zajmuje się inicjatywami obywatelskimi, upubliczniony system płac jest prosty: podstawowa pensja pracownika wynosi tu 2900 zł, a wzrasta wraz z doświadczeniem zawodowym pracownika (1 proc. za każdy rok) oraz stażem pracy w stowarzyszeniu – każde 12 miesięcy w Akcji Demokracji daje dodatkowe 2 proc. do wypłaty. Informacja ta jest powszechna i wprost komunikowana podczas rekrutacji.

Precyzja najważniejsza
Buffer, jedna z pierwszych firm, która w 2013 roku całkowicie ujawniła swój system płacowy i wysokość zarobków poszczególnych osób w firmie, stosuje własny mnożnik. Płace od 2018 wylicza na podstawie własnej formuły dostosowanej do ponad siedemdziesięcioosobowego zespołu, z którego część pracuje poza granicami USA

FORMUŁA OKREŚLANIA WYSOKOŚCI ZAROBKÓW W BUFFERZE

PENSJA = mediana zarobków w San Francisco x koszty utrzymania x rola pracownika w firmie (według firmowego frameworka) x doświadczenie zawodowe

Każdy z tych elementów jest niezwykle precyzyjnie opisany. Buffer za każdym razem podkreśla, że jeśli przejrzysty system płacowy ma działać, musi być dookreślony co do najmniejszego szczegółu:

MEDIANA ZAROBKÓW NA DANYM STANOWISKU w SF – to tak naprawdę pięćdziesiąty percentyl zarobków  w San Francisco.

KOSZTY UTRZYMANIA – Buffer podzielił miejsca, w których mieszkają pracownicy na trzy grupy: rejony o wysokich kosztach utrzymania, średnich i niskich. Do podziału używa danych z portalu Numbeo. Następnie mnoży się medianę kosztów życia w San Francisco odpowiednio razy 100, 85  lub 75 procent. Chodzi o to, żeby pracowników firmy było stać na określony standard życia, niezależnie od miejsca zamieszkania. Druga strona medalu jest taka, że na kosztach życia w Bufferze nie da się oszczędzić.

ROLA W FIRMIE – ten mnożnik odnosi się do zadań powierzonych danej osobie w firmie. Mnożnik został dodany po to, żeby zróżnicować zakresy obowiązków osób pracujących na takich samych stanowiskach, a posiadających nierówne zakresy odpowiedzialności.

DOŚWIADCZENIE ten parametr odwołuje się do ścieżek kariery dla każdego działu. Buffer zrezygnował ze stosowanego wcześniej uogólnionego mnożnika, dochodząc do wniosku, że dla każdego obszaru kolejne poziomy doświadczenia wyglądają inaczej. Firma wylicza ten wskaźnik na podstawie własnych schematów zawodowych ścieżek dla poszczególnych osób w firmie.

Od 2016 roku firma nie stosuje w tym przeliczniku dodatków za każdą osobę, która znajduje się na utrzymaniu pracownika, czyli głównie dzieci. Wcześniej każdy z pracowników dostawał rocznie dodatkowe 3 tys. dolarów na każde z nich. “Dotarły do nas jednak głosy, że przekazywanie tych pieniędzy w ramach ogólnego wynagrodzenia wygląda tak, jakbyśmy wyżej cenili ludzi posiadających rodzinę niż innych członków zespołu” – tłumaczył wycofanie się z tego pomysłu Leo Widrich, współzałożyciel Buffera.

Zarobki innych nas motywują
To, że lepiej wykonujemy swoje zadania nie tylko wtedy, kiedy wiemy jak jesteśmy za nie wynagradzani, ale również wtedy, gdy zdajemy sobie sprawę, jak punktowani są inni, udowodnili naukowcy z Uniwersytetu w Tel Awiwie. Do badania zaprosili grupę studentów, którzy mieli zagrać w prostą grę komputerową w stylu memo (odnajdywanie na ekranie podobnych obrazów).

Połowa uczestników wiedziała tylko o tym, za co i jakie bonusy będą dostawać w grze. Druga dostała informację, na jakich zasadach grają oni sami i trzy inne osoby w jej zespole. Dodatkowo niektórzy z badanych otrzymywali ekstra bonusy za swoje osiągnięcia, a inni za wyniki grupy. Okazało się, że ci, którzy mieli dostęp tylko do swoich wyników wypadli gorzej. Najgorzej wypadła zaś ta grupa studentów, która nie miała informacji o tym, jak za osiągnięcia płacono innym i była rozliczana z efektów grupowo. Podobny mechanizm działa w firmach, które w odpowiedni sposób wdrożyły system przejrzystych płac.

Zaufanie i kominy
Firmy, w których skutecznie ujawniono zarobki mówią też o wzroście bardzo ważnego czynnika sukcesu firmy – zaufania pomiędzy członkami zespołu. Jawna lista płac ucina plotki i spekulacje, które tym częściej rozbrzmiewają na firmowych korytarzach, im większe tabu stanowią w firmie.

System rzetelnego informowania pracowników o wynagrodzeniach jest też samoregulującym się mechanizmem antykominowym. Zapobiega on tworzeniu się w firmach tzw. kominów płacowych, czyli sytaucji, gdy kilka osób w firmie (zwykle zarząd) zarabia znacznie więcej od innych pracowników, przy czym wysokość tych zarobków często jest oderwana od rzeczywistości i realnego zakresu odpowiedzialności.

Nie tylko plusy
“Po tym jak księgowa puściła mailem przypadkiem listę z zarobkami wszystkich pracowników, atmosfera zrobiła się tak nieznośna, że jedynym dobrym rozwiązaniem było odejść” – opowiada Joanna, były pracownik jednej z polskich firm.  Profesor marketingu na Uniwersytecie Michigan, który bada m.in. politykę płacową firm przestrzega, że pensje to bardzo emocjonalna sprawa i należy być bardzo ostrożnym w ich ujawnianiu. “To dla ludzi bardzo osobista sprawa: ludzie postrzegają zarobki jako wycenę własnej wartości” – dodaje.

Celem nadrzędnym dobrego procesu tworzenia polityki przejrzystych płac powinno być określenie, kto w jaki sposób może zwiększyć swoje zarobki, a nie samo ujawnienie płac. Źle prowadzona komunikacja w tym zakresie może zakończyć się fatalnie, szczególnie jeśli przeliczniki płac ustawimy tak, że w rezultacie nasi pracownicy zaczną zarabiać mniej niż przed zmianami. W takiej sytuacji trzeba pomyśleć dziesięć razy – czy stać nas na to, żeby odeszli?

 

 
Categories

Trzynastolatka wprowadziła swoją lemoniadę do sieci sklepów w USA

Mikaila przedsiębiorczość wyssała z mlekiem matki – oboje rodzice mają dyplom uczelni biznesowych. Trzeba jednak oddać trzynastolatce, że swój produkt i markę budowała konsekwentnie od czwartego roku życia, kiedy to zaczęła sprzedawać własnej roboty lemoniadę. Wystawiła przed domem stolik i ruszyło. Ale to przygodzie z pszczołami zawdzięcza niezwykłe story, które wyniosło markę Me & the Bees Lemonade™ nie tylko na salony (dziewczynka spotkała się m.in. z Barackiem Obamą), ale przede wszystkim na sklepowe półki.

Zgrabnie opowiadana przez trzynastolatkę historia firmy chwyciła  za serca Amerykanów. Skąd pszczoły w nazwie firmy? Kiedy dziewczynka miała cztery lata w ciągu kilu dni użądliły ją dwie pszczoły. Rodzice doradzili jej, że – aby pokonać strach przed owadami – powinna dowiedzieć się o nich więcej. Tak powstała filozofia marki Me&Bees Lemonade.

Do rodzinnego przepisu na lemoniadę Mikaila postanowiła dodać miód produkowany przez pszczoły z sąsiedztwa – dzieło teksańskich owadów stało się kluczowym smakiem napoju i znakiem rozpoznawczym marki. 10 procent zysków ze sprzedaży świeżo wyciskanej lemoniady fundacja Mikaili przekazuje organizacjom zajmującym się ochroną  pszczół.

Największymi sukcesami firmy Me&Bees Lemonade jest sprzedaż 360 tys. butelek napoju rocznie i podpisany w tym roku kontrakt z największą w Stanach siecią sprzedającą produkty organiczne – Whole Foods Market,. Od maja lemoniady Mikaili są dostępne w pięciuset sklepach sieci w sześciu amerykańskich Stanach.

Chociaż wsparcie rodziców widać na każdym etapie budowania firmy, to trzynastolatka pozostaje oficjalną założycielką i CEO firmy. Teraz do najważniejszych wyzwań stojących przed Mikailą jest niezawalenie szkoły, którą próbuje pogodzić z obowiązkami prezeski, mentorki programów uczących dzieci przedsiębiorczości i działalnością edukacyjną dotyczącą ochrony pszczół. Przyznaje też, że prowadzenie jednej firmy zaczyna ją nudzić i ma już pomysły na kolejne biznesy.

Mikaila odbiera Medal Honoru Eleonory Roosevelt/ facebook.com/MikailasBees

 

 

 
Categories

3 polskie startupy modowe, o których głośno w sieci

W ostatnim czasie bardzo popularne stały się zakupy przez Internet. Dzięki aplikacjom, które każdy z nas ma możliwość zainstalowania na swoim telefonie komórkowym lub otworzyć je w przeglądarce internetowej możemy w szybki i łatwy sposób skorzystać z usług modowych, czyli zakupić nowe spodnie albo sukienkę, a może potrzebujemy zaprojektować wnętrze naszego nowego biura.

3 startupy, o których głośno w sieci:

1) LOKO.

LOKO. to pierwszy społecznościowy m-commerce. Loko to aplikacja mobilna, dzięki której przeglądanie ubrań może być łatwe i szybkie. M-commerce to dostęp do komercyjnych usług oferowanych w ramach e-commerce poprzez telefon komórkowy i inne urządzenia przenośne. 

Co robią? LOKO. jako aplikacja mobilna posiada innowacyjny interfejs znany z popularnej na całym świecie aplikacji randkowej Tinder. Dzięki łatwemu przeglądaniu produktów poprzez przesuwanie produktów w lewo (“nie lubię”), w prawo (“lubię”) i w dół (“zapytaj znajomego”) użytkownik nie tylko bez wysiłku przegląda ubrania w aplikacji, ale jednocześnie wyraża swoje zdanie na temat tego, co mu się podoba i co go nie interesuje.

Rok  założenia: 3 lipca 2016 roku

Współzałożyciele: Wojciech Strzałkowski, Piotr Mądry, Karol Chilimoniuk, Jakub Rohleder, Tymon Kokoszka

2) SHOWROOM

SHOWROOM to platforma skupiająca polskie niezależne marki oraz projektantów mody.

Co robią? SHOWROOM zajmuje się reklamowaniem produktów. Produkty są sfotografowane, opisane i zmierzone przez samych projektantów, co daje pewność przy zakupie. Projektanci reklamują tu swoje ubrania, a my możemy je kupić bez jakichkolwiek wątpliwości.

 Rok założenia: 29 sierpnia 2011

Współzałożyciele: Michał Juda, Jan Stasz

3)    AM Cycling

AM Cycling to rowerowa marka odzieżowa.

Co robią? AM Cycling zajmuje się produkcją ubrań, które będą wygodne podczas jazdy na rowerze. Starają się dostarczyć klientom unikalny design i ciekawe połączenia kolorystyczne.

Rok założenia: 2016

Współzałożyciele: Anna Koseska, Marcin Koseski

 
Categories

Rosyjski Zuckerberg tworzy własne imperium?

Najbardziej dyskretny na świecie komunikator Telegram to tylko wstęp do ambitnych planów rosyjskiego przedsiębiorcy Pavla Durova . W tym roku zdążył już zebrać w sieci 1,7 mld dolarów (to największa zbiórka w historii!) i – jeśli nie nabił inwestorów w butelkę – chce stworzyć usługę totalną. Użytkownicy Telegrama nie będą musieli opuszczać aplikacji, żeby skorzystać z najważniejszych usług w internecie. Jesteśmy świadkami narodzin samowystarczalnego imperium. Przynajmniej na papierze.

 

Z liczbą 200 milionów aktywnych użytkowników, komunikator Telegram wciąż pozostaje w tyle za największymi narzędziami do prowadzenia konwersacji w sieci. Plasuje się na piątym miejscu, zdystansowany przez dwie należące do Facebooka aplikacje: WhatsAppa i Facebook Messangera, japońskiego Vibera i działającego tylko w Chinach, ale znacznie bardziej rozbudowanego pod względem usług, WeChata. I to do tego ostatniego będzie najbardziej upodabniał się Telegram, jeśli postanowi dobudować do swojej aplikacji usługi finansowe, co między innymi obiecał w tym roku inwestorom.

Co planuje Pavel Durov nazywany rosyjskim Zuckerbergiem? Zgodnie z zapowiedziami przedstawionymi inwestorom, do 2021 roku  jego Telegram chce zdobyć 650 milionów użytkowników na świecie. Jednak ważniejszy w tych planach jest nowy projekt zespołu – TON (Telegraph Open Network), którego najważniejszymi elementami ma być blockchain trzeciej generacji (tak nazywają go twórcy), własna kryptowaluta i sieć peer-to-peer. Realizacja tej wizji równałaby się praktycznie ze stworzeniem sieci w sieci.

Telegram mógłby stać się samowystarczalnym ekosystemem, w którym użytkownik miałby dostęp do komunikatora, usług płatniczych, mógłby przechowywać i przesyłać dokumenty oraz pliki nieograniczonych rozmiarów (w ramach usługi TON Storage), a za usługi Telegrama płacić Telegramowi jego własną walutą. Już na pierwszy kwartał 2019 roku twórcy zapowiedzieli wymowne “stworzenie ekonomii Telegrama opartej o TON”.

Okopana twierdza
Telegram od początku, czyli od powstania w 2013, odznaczał się tendencjami do budowania całkowicie samodzielnych usług w oderwaniu od tego, co wypracowali inni.  Główna produkt firmy – komunikator Telegram, jest do tej pory nazywany najszybszym i najlepiej zaszyfrowanym sposobem komunikacji w sieci.

Do wiadomości przesyłanych przy użyciu Telegrama nie mogą mieć dostępu żadne podmioty trzecie, są one też znacznie trudniejsze do przechwycenia i rozszyfrowania przez niepowołane osoby. Komunikaty i pliki transferowane Telegramem są bowiem szyfrowane inaczej niż w innych komunikatorach, za co odpowiedzialny jet brat założyciela Telegrama Nikolai Durov, utalentowany matematyk i programista, który od podstaw stworzył autorski protokół  MTProto.

Krytykowany za tworzenie idealnego narzędzia tajnej komunikacji dla terrorystów, nawet w świetle potwierdzenia się informacji, że z Telegrama korzystają m.in. dżihadyści z ISIS,  Durov nie przestaje odcinać swoich usługi od jakiejkolwiek kontroli ze strony świata zewnętrznego. “Uważam, że w ostateczności prywatność i nasze prawo do prywatności jest ważniejsze niż nasz strach przed tym, że mogą wydarzyć się złe rzeczy, takie jak terroryzm” – mówił w 2016 roku, komentując doniesienia o aktywności bojowników Państwa Islamskiego w jego serwisie. W imię ochrony prywatności Durov posuwa się jeszcze dalej: od niedawna w Telegramie dostępne są ”sekretne chaty”, w których konwersacja prowadzona przez ich uczestników znika natychmiast po odczytaniu treści przez każdego z nich.

Twierdza Durovów trzyma się mocno, nawet po tym jak w kwietniu tego roku używanie aplikacji zostało zakazane w Rosji ze względu na naruszenie przepisów antyterrorystycznych. Sąd zdecydował, że Telegram łamie obowiązujące prawo, które nakazuje komunikatorom umożliwienie wglądu do przesyłanych w ramach ich usług treści. Z podobnych przyczyn usługi Telegrama zostały zabronione w Iranie.

Biznes w opałach
Co myśli Durov o kolejnych banach nakładanych na jego usługę? “W Telegramie mamy luksus nie przejmowania się przychodami czy sprzedażą reklam. Prywatność nie jest na sprzedaż” – skomentował na swoim kanale kwietniowe wyroki Moskwy. Sam zakaz używania komunikatora w Rosji jak dotąd nie przyniósł żadnej realnej zmiany. Programiści Telegramu skutecznie ukryli możliwość wyśledzenia ruchu, używając metody domain fronting, stosowanej dotąd głównie w świecie cyberprzestępców.

Skąd Telegram ma pieniądze? Dotąd komunikator Telegrama był w stu procentach darmowy, a finansowanie zapewniał jej głównie Pavel Durov, który ze swojego poprzedniego projektu Vkontakte.ru wyszedł z sumą co najmniej 300 mln dolarów. W kwietniu tego roku do kieszeni Durovów monet dosypali inwestorzy, którzy w zakakującym tempie wykupili wiosną tego roku wypuszczone przez Telegram Gramy o wartości 1,7 mld dolarów. To właśnie Gramy mają stać się główną walutą wielkiego projektu TON Blockchain, który miałby być  przełomem dla blockchaina, kolejnym po Bitcoinie i Ethereum.

Imperium obywateli najmniejszego kraju na półkuli
Te świetlane wizje przerywają narastające konflikty Telegrama z władzami kolejnych państw, które obawiają się komunikatora znajdującego się poza jakąkolwiek kontrolą . Tym bardziej, że dzieło Durova i spółki umożliwia komunikację o zasięgu niemożliwym u innych dostawców: w Telegramie można tworzyć zamknięte grupy dyskusyjne składające się nawet ze 100 tys. członków!

Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju – wiadomo, ale u siebie Durovovie mają wyjątkowo ciężko. Z Moskwą główny założyciel Telegrama zadarł w 2014 roku, gdy odmówił ujawnienia danych dotyczących aktywności w serwisie Ukraińców wznoszących antyrosyjskie hasła podczas protestów na kijowskim Majdanie. Sprzeciw Durova był kategoryczny. Krótko po nim został odwołany z zarządu firmy VK, po czym załatwił sobie oraz bratu obywatelstwo niewielkiego wyspiarskiego kraju na Morzu Karaibskim i opuścił Rosję bez zamiaru powrotu.

Patrząc na historię projektów Durovów, nie dziwi ich fiksacja na punkcie tworzenia usług, w których prywatność użytkowników jest chroniona ponad wszystko. Można zrozumieć też chęć uniezależnienia się od zewnętrznych dostawców. Teraz jednak technologia dała im realną szansę na otwarcie zupełnie nowego rozdziału tej historii, czyli całkowitego okopania się we własnym samowystarczalnym świecie pełnym cennych danych, do których dostęp będą mieli tylko oni sami.

Jeśli wizja Telegraph Open Network nie była tylko sposobem na wyciągnięcie kasy od inwestorów, to w ciągu najbliższych kilku lat możemy być świadkami narodzin prawdziwego internetowego imperium o nazwie Telegram. Czy bracia Durov będą w stanie chronić swoich użytkowników przed światem i sami siebie przed pokusą zarobienia na powierzonych im danych?

 
Categories

Trzeszczący parkiet: 8 kluczowych wydarzeń pierwszego półrocza na GPW

Fani warszawskiej giełdy nie zaliczą ostatnich sześciu miesięcy do zbyt udanych. Raczej będą chcieli wymazać ten okres z pamięci. Może z wyjątkiem akcjonariuszy spółek gamingowych. Pół roku za nami. Na polskim rynku akcji miał to być okres przynajmniej umiarkowanej hossy, a wyszła nam niestety bessa. Wyciągnąłem z rynku trochę statystyk i przypomniałem sobie kilka kluczowych wydarzeń, które albo mroziły krew w żyłach, albo zaspokajały finansowy apetyt. Oto 8 informacji, które moim zdaniem najlepiej oddają to, co wydarzyło się przy ul. Książęcej w ciągu ostatnich sześciu miesięcy.

Jeden z najsłabszych okresów po 2000 r.
Indeks WIG, reprezentujący szeroki rynek GPW, spadł w pierwszym półroczu o 12,2 proc. Licząc od 2000 r. jest to dopiero szósty taki przypadek. Niestety, skala zniżki plasuje go na trzecim miejscu. Gorzej było tylko w 2001 r., a więc po pęknięciu bańki internetowej (spadek o 21,9 proc.) oraz w 2008 r., czyli po pęknięciu bańki na rynku kredytów hipotecznych (spadek o 26,1 proc.). W grudniu ponoć pękła bańka bitcoinowa, ale kapitalizacja rynku kryptowalut jest wciąż zbyt mała, by posądzać go o istotny wpływ na rynki akcji.

Większość analityków powie dość enigmatycznie, że tegoroczny spadek to efekt wzrostu globalnej awersji do ryzyka. Mówiąc prosto – Trump wywołał handlową burzę na świecie, a w takich sytuacjach kapitał w pierwszej kolejności robi wymarsz z rynków wschodzących, czyli takich, jak Polska. A że jesteśmy relatywnie mniej płynni, to uciekający kapitał sieje dość duże spustoszenie widoczne w formie spadających notowań.

Tylko WIG-media na plusie
Na GPW notowanych jest 14 indeksów branżowych i w pierwszym półroczu tylko jeden był na plusie – ten skupiający przedstawicieli branży mediów. Żeby było śmieszniej – zyskał on zaledwie 1,1 proc., a główna w tym zasługa Wirtualnej Polski, bo waży w portfelu indeksu prawie 50 proc., a jej akcje podrożały od stycznia do czerwca o 4,7 proc. Pozostałe 13 indeksów kończyło półrocze pod kreską, a średnia zniżka wyniosła -13,8 proc. O ponad 20 proc. zanurkowały WIGi reprezentujące sektory – budownictwa, chemii, energetyki i górnictwa. Dodam też, że po ok. 13 proc. straciły też główne indeksy, reprezentujące segment dużych, średnich i małych spółek, czyli odpowiednio WIG20, mWIG40 i sWIG80.

75 proc. spółek pod kreską
Aż 3/4 spółek z szerokiego rynku GPW zakończyło pierwsze półrocze spadkiem notowań akcji. Jego średnia wielkość wyniosła -22,2 proc. Na samym dole tabeli, z przeceną sięgającą 94,3 proc. (prawie się wyzerował) znalazł się znany producent odzieży – Próchnik.

Pozostała ćwiartka dała zarobić, średnio +21,5 proc. Królem półrocza został Vivid Games, którego akcje podrożały o prawie 140 proc.

A skoro już o spółkach mowa, to dodam tylko, że w ciągu pierwszych sześciu miesięcy na GPW zadebiutowało tylko pięć nowych firm, a wycofano ich aż 14. Jak tak dalej pójdzie, to ujemny bilans przestanie być niebawem wyjątkiem od reguły.

Gaming nie zawiódł
Aby przerwać tę litanię giełdowych smutków, jeden pozytyw. Otóż świetnie poradzili sobie w tej pierwszej połowie roku przedstawiciele branży producentów gier. W czubie tabeli, oprócz wspomnianego już Vivid Games, znalazły się także 11 bit studios (+129,,3 proc.), PlayWay (+100 proc.) oraz CD Projekt (+67 proc.). Ten ostatni kontynuuje swój rajd na północ i w mijającym tygodniu po raz pierwszy w historii przebił poziom 200 zł za akcję. Warto tutaj dodać, że symboliczny wymiar miało tegoroczne „przyjęcie“ producenta „Wiedźmina“ do portfela WIG20. Szkoda natomiast, że wciąż nie ma indeksu WIG-gry. Gdyby istniał to w podsumowaniu branżowym z pewnością byłby po pierwszym półroczu liderem.

Trudno nie odnieść wrażenia, że gaming powoli staje się polskim towarem eksportowym, a dla inwestorów bezpieczną przystanią – czymś w rodzaju takiego naszego, lokalnego złota czy franka szwajcarskiego. I choć wielu mówi, że to żadna przystań, a zwykła bańka, to jednak coś w tym jest, że na mocnym minusie są akurat spółki górnicze i energetyczne, a nie gamingowe. Jakimś dziwnym trafem te pierwsze w większości należą do Skarbu Państwa i kadrowe rotacje były tam w ostatnim czasie większe niż w składzie piłkarskiej reprezentacji Polski podczas mundialu w Rosji. Na szczęście politycy w gry komputerowe raczej nie grają, więc deweloperzy mogą spokojnie kodować, a my czekać na kolejne premiery.

Afera z GetBackiem
Pierwsze półrocze, a być może i cały 2018 r., z pewnością zapisze się w pamięci inwestorów, jako czas upadku windykacyjnej spółki. Opisywałem tę historię na łamach HiCash.pl, dlatego przypomnę tylko krótko, że spółka przyjęła zbyt agresywną strategię, zadłużając się na potęgę, by skupować ogromne portfele wierzytelności. Co gorsze dług zaciągała w formie obligacji, które trafiały do Kowalskich, jako rzekomo bezpieczne papiery o wysokim oprocentowaniu. W spółkę “wpompowano” w ten sposób trzy razy więcej kapitału niż w Amber Gold. Gdy pojawiły się pierwsze oznaki problemów, kurs akcji w ciągu kilku dni runął o 50 proc. W połowie kwietnia notowania zostały zawieszone i “lewitują” do dziś. Co więcej – prezes spółki i kilka innych osób ze ścisłego managementu trafili do aresztu. Po drodzę wypadło bowiem kilka „trupów z szafy“ i okazało się, że nie wszyscy w tej firmie mieli uczciwe intencje.

“Trump it up”
Nie da się ukryć, że gospodarz Białego Domu ma w tym roku największy wpływ na nastroje inwestorów. Swoimi tweetami, komentarzami i gestami przebija Angelę Merkel, Theresę May i “cesarza” Korei Północnej razem wziętych. Trump rozpętał wojnę handlową z Chinami i Unią Europejską, w międzyczasie grożąc Wladimirowi Putinowi i Kim Dzong Unowi. Potem sam łagodził swoje stanowisko, albo robili to za niego ludzie z jego administracji. Giełdy natomiast reagowały podwyższoną zmiennością, spowodowaną, o czym wspominałem wyżej, ucieczką kapitału z rynków wschodzących. Od wiosny nie ma w zasadzie komentarza rynkowego, w którym polityka prezydenta USA nie byłaby wymieniana jako stały czynnik ryzyka. Niestety, ale Trump to chyba człowiek spod znaku tych, jak to ładnie w “Mikrotykach” ujął Paweł Sołtys, który “mówi więcej niż trzeba i więcej niż wie”. Gdy taką wadę ma zwykły przechodzień to pół biedy, ale jak ma ją przywódca USA no to “Houston, we…”.

Koniec monetarnej kroplówki

Myślę, że ochotę na giełdowe zakupy zmniejszały też w ostatnich miesiącach czynniki związane z polityką pieniężną największych banków centralnych. Otóż amerykański Fed prawdopodobnie zrealizuje w tym roku cztery podwyżki stóp procentowych, a EBC zakończy w grudniu program skupu aktywów. Być może 2018 r. to rok końca ery taniego pieniądza, który od lat pchał giełdowe wyceny w stronę nieba. Jak EBC odłączy finansową kroplówkę, a inwestorzy w USA zaczną przerzucać pieniądze z parkietu na lokaty, to może nas czekać prawdziwe „sprawdzam“.

Blockchain na GPW
I na koniec powrócę jeszcze na rodzimy parkiet i zaproponuję optymistyczny akcent. Otóż pod koniec czerwca warszawska giełda opublikowała aktualizację swojej strategii. W jej ramach przewidziano sporo rozwiązań technologicznych, w tym platformę do equity crowdfundingu opartą na technologii łańcucha bloków. Giełdy zagraniczne z tą bazą danych „romansują“ już od dłuższego czasu, a niektóre są na tak zaawansowanym poziomie (jak szwajcarski SIX), że chcą wprowadzać alternatywne systemy obrotu dla tokenów. W tym kontekście pomysł GPW interpretuję jako próbę podłączenia się do globalnego trendu. Nie zapominajmy, że giełda to też spółka i musi zarabiać. A skoro koniunktura nie sprzyja, to trzeba szukać innych źródeł zysku. Myślę, że blockchain to słuszny kierunek. Jeśli nawet nie wyjdzie z crowdfundingiem, to spokojnie można go testować na wielu innych polach i szukać swojej przewagi konkurencyjnej.

 
Categories

Netflix ugina się pod naporem konkurencji? Akcje spadają o 14 proc.

Światowy gigant wśród platform streamingowych podsumował właśnie drugi kwartał tego roku z liczbą nowych subskrybentów o milion mniejszą niż oczekiwano. Niższy od prognoz jest też przychód firmy: w drugim kwartale tego roku wyniósł 3,91 mld dolarów wobec zakładanych 3,94 mld. Ceny akcji zareagowały błyskawicznym spadkiem.

Netflix do niedawna pozostawał złotym dzieckiem giełdy, którego prognozy od wielu kwartałów wzorowo pokrywały się z rzeczywistością, a nawet (jak w pierwszym kwartale tego roku) pozytywnie zaskakiwały inwestorów. Aż do dziś, kiedy to po raz pierwszy przyrost nowych użytkowników platformy nie spełnił oczekiwań. W okresie od kwietnia do czerwca Netflix pozyskał 5,2 mln nowych sukbskrybentów, co jest wynikiem o milion gorszym od oczekiwanego.

Streamingowy gigant rozminął się z prognozami nie tylko na amerykańskim rynku (pozyskał mniej niż milion subsrkybentów wobec 1,2 mln oczekiwanych, ale także słabo wypadł poza matecznikiem – w innych krajach pozyskał 4.6 mln nowych subskrybentów wobec zapowiadanych 5 milionów.

Część analityków twierdzi, że to zły prognostyk dla Netflixa, dla którego przyrost nowych płatnych subskrypcji jest głównym miernikiem rozwoju biznesu. Na wiadomość o spowolnieniu właśnie w tym obszarze giełda zareagowała adekwatnie – czternastoprocentowym spadkiem cen akcji.

“Amazon, Hulu, HBO i inni zyskują udział we wpływach z subskrypcji wideo kosztem Netflixa”- podsumował niefortunny drugi kwartał platformy Paul Verna analityk rynku portalu eMarketer. Są też inne głosy, które przypominają, że podobny, niewytłumaczalny i zarazem przejściowy zniżkę wobec prognoz odnotował Netflix w 2016 roku, co nie wpłynęło na rozwój firmy w kolejnych okresach.

Katastroficzne wizje niektórych obserwatorów rynku studzą też stabline wyniki zainteresowania widzów oryginalnymi produkcjami Netflixa, a to właśnie na rynku własnych produkcji zapowiada się najbardziej zażarta walka pomiędzy streamingowymi gigantami w najbliższym czasie.

 

 
Categories

7 rzeczy, które musisz wiedzieć o ICO

Już sama znajomość skrótu ICO powinna Ci zapewnić coś uznanie w oczach znajomych geeków. Jeśli jeszcze poznasz tych 7 najważniejszych faktów o Initial Coin Offering, to prawdopodobnie będziesz widzieć wystarczająco dużo, żeby brylować w tech światku.

 

1. ICO (Initial Coin Offering) to sposób, w jaki firmy i osoby mogą zebrać w sieci kapitał na rozwój swoich firm i projektów. Robią to, emitując w sieci tokeny.

2. Tokeny, którymi handluje się w ramach ICO, to nie to samo co kryptowaluta. Tokeny reprezentują wartość istniejących w świecie rzeczywistym dóbr lub usług.

3. Każdy token reprezentuje jakąś wartość określoną przez jego twórcę. Może to być na przykład:

  • equity token, którego kupno zapewnia udział w przyszłych zyskach firmy,
  • security token, który reprezentuje część własności w innych niż firmy dobrach, np. w nieruchomościach czy metalach szlachetnych,
  • utility token, który reprezentuje dostęp do przyszłego produktu lub usługi na prawach pierwszeństwa, ze zniżką lub uprawnienie do kupna wersji kolekcjonerskiej.

4. Tworzenie tokenów stało się możliwe na masową skalę w 2014 roku, kiedy to powstał blockchain Ethereum – kod stojący za kryptowalutą ETH umożliwił tworzenie własnych fragmentów programu określających zasady wymiany wirtualnych tokenów.

5. Kod określający wszystkie warunki transakcji związanej z nabyciem tokenu i dbający o natychmiastową egzekucję zapisów nazywa się smart contract. Mogą być w nim zapisane wszystkie zasady obrotu tokenami i warunki poszczególnych transakcji, np. to jak wiele tokenów może zostać sprzedanych, kto i na jakich warunkach może korzystać z rabatów, kiedy transakcja dochodzi do skutku – może być tak, że jeśli sprzedający nie wypełni jednego z zapisów (np. nie przekaże klucza do nieruchomości), pieniądze zostaną automatycznie zwrócone na konto kupującego.

6. Obrót tokenami to zjawisko nowe, w wielu krajach nie zostało uregulowane prawnie. Stąd dodatkowe ryzyko, którym obarczone są transakcje w ramach ICO.

7. W 2017 roku  firmy na całym świecie za pośrednictwem ICO zebrały finansowanie o wartości ponad 6 mld dolarów. Ze wszystkich przesiębiorstw, które zbierały finansowanie przez ICO, tylko 47 proc. zrealizowała prezentowane inwestorom plany stworzenia produktów i osiągnięcia deklarowanych zysków.

Zobacz też HiCash Week podcast: Czy ICO zastąpi crowdfunding? Rozmowa z Bartoszem Filipem Malinowskim z WeTheCrowd: