Categories

Polscy spece od mózgu walczą o kasę na swój projekt. Każdy nasz klik to dolary płynące na ich konto

Polski NeuroDevice walczy o milion dolarów w międzynarodowym konkursie dla młodych firm, które rozwiązują ważne społeczne problemy. Ich urządzenie pomaga przywrócić możliwość mówienia, czytania i rozumienia mowy osobom, które straciły tę umiejętność w wyniku udarów i różnych uszkodzeń mózgu. To ostatni dzwonek, żeby wspomóc swoim klikiem zespół polskich specjalistów od badań nad mózgiem. Każdy klik to dla nich realna kasa. Głosowanie trwa do 25 kwietnia.

NeuroDevice to zespół polskich naukowców i inżynierów, którzy od 13 lat pracują nad produktami medycznymi. Opracowali m.in. metodę terapii zaburzeń mowy przez stymulację mózgu prądem elektrycznym i ubrali to rozwiązanie w zgrabny produkt. Headset NeuroDevice wygląda niepozornie, niczym designerski gadżet. To lekki, plastikowy headset, który chory po prostu zakłada na głowę. Opaska zapewnia, że prąd będzie stymulował właśnie te obszary mózgu, które są odpowiedzialne za mowę.

Naukowcy i inżynierowie z NeuroDevice wierzą, że ich urządzenie ma nie tylko potencjał rynkowy, ale poprawi jakość wielu ludzi, których brak możliwości komunikowania się ze światem wyklucza ze społeczeństwa. Na afazję, czyli najczęściej pojawiające się zaburzenie umiejętności mówienia zapada rocznie na świecie aż pięć milionów osób. W Polsce co osiem minut ktoś dostaje udaru mózgu, który jest najczęstszą przyczyną zaburzenia.

To, co jest najważniejsze dla pacjentów i lekarzy, którzy pracują z ludźmi chorymi na afazję jest fakt, że stosowanie NeuroDevice znacznie obniża koszty terapii. Producenci urządzenia uważają, że koszty spadają nawet o jedną trzecią.

Projekt można wesprzeć do 25 kwietnia w ramach międzynarodowego konkursu The Venture

Każdy klik to kasa płynąca na konto zespołu.

Polacy w konkursie walczą po raz trzeci. Wcześniej do światowego finału dotarł zespół Migam oferujący wirtualne tłumaczenia języka migowego oraz NexBio – inteligentne rozwiązanie, dzięki któremu rolnik może przy pomocy swojego smartfona sprawdzić, jakimi drobnoustrojami zagrożone są jego uprawy i dzięki temu stosować mniej chemicznych środków ochrony roślin.

 
Categories

Polacy pokochali gry komputerowe i akcje ich producentów

Na głównym parkiecie warszawskiej giełdy notowanych jest sześć spółek gamingowych, a na NewConnect kolejnych jedenaście. Pod względem stóp zwrotu z akcji, niektóre z tych firm mogą konkurować z kryptowalutami. Może warto się nimi zainteresować?

Ostatni raport firmy Newzoo pokazał, że w 2017 r. przychody polskich producentów gier przekroczyły łącznie 500 mln dol. To 23 wynik na świecie. Wypadliśmy lepiej niż m.in. Belgia, Szwajcaria, Dania, Finlandia, Szwecja i Norwegia. Branża rozwija się bardzo dynamicznie, co widać najlepiej po liczbie firm obecnych na parkiecie warszawskiej giełdy. Na głównym rynku GPW notowanych jest sześć spółek:  CD Projekt, 11 bit studios, PlayWay, Vivid Games, Artifex Mundi oraz CI Games. Ich łączna kapitalizacja, czyli liczba wyemitowanych akcji pomnożona przez cenę akcji, wynosi obecnie 13,3 mld zł.

Na NewConnect mamy jedenastu przedstawicieli branży: Bloober Team, Cherrypick Games, Forever Entertainment, Huckleberry Games, iFun4all, Jujubee, QubicGames, Macro Games, The Farm 51, T-Bull i świeżo upieczony debiutant The Dust. Ich łączna kapitalizajca to 0,5 mld zł. Co więcej – w kolejce na debiut czekają kolejne firmy z tej branży – Ten Square Games i Aidem Media. Gracze mają więc w czym wybierać, podobnie jak giełdowi inwestorzy. Ci ostatni, zwłaszcza cierpliwi, mogli na akcjach spółek gamingowych wykręcić w ostatnich latach zawrotne stopy zwrotu. Zobaczcie sami…

Pokaźne zyski z akcji dużych graczy
Najpierw weźmy pod lupę spółki notowane na GPW, a więc większe i bardziej płynne. Średnia stopa zwrotu z ich akcji, licząc od zamknięcia sesji w dniu debiutu do środy 18 kwietnia, wynosi 1500 proc. Rekordzista – 11 bit studios dał zarobić aż 6380 proc., co oznacza, że z tysiaka zainwestowanego  niecałe osiem lat temu (spółka zadebiutowała w październiku 2010 r.) zrobiłyby się prawie 64 tysiaki. Ponad 1000 proc. dały zarobić także CD Projekt i Vivid Games, a PlayWay 110 proc. Dodać należy, że ten ostatni jest jeszcze młodziakiem, bo jego giełdowy staż to niecałe 2 lata. Z całej szóstki pod kreską są Artifex Mundi i CI Games, odpowiednio -64 proc. i 20 proc. Porównując straty do zysków, można  powiedzieć, że wymiar kary jest sporo mniejszy od nagrody. To chyba dlatego wielu analityków rynkowych już od dłuższego czasu mówi, że to bańka spekulacyjna, na wzór amerykańskich dot-comów z końca lat 90-tych. Jak na złość jednak, bańka nie chcę pęknąć.

Jak weźmiemy pod lupę tylko ostatnie 12 miesięcy, to okazuje się, że na sześciu analizowanych tutaj spółkach można było średnio zarobić 10,3 proc. Dla porównania – indeks WIG wzrósł w tym samym czasie tylko o 2,3 proc. Uczciwie trzeba przyznać, że w tym krótszym ujęciu czasowym trafność wynosiła już 50 proc., bowiem trzy spółki zarobiły w ciągu ostatniego roku, a trzy straciły (patrz wykres). To jednak dowód na to, że następuje pewna rotacja potencjału i nie mamy do czynienia z nieprzerwanym, spekulacyjnie napędzanym wzrostem.

Nie chcę tutaj oczywiście wychwalać spółek gamingowych pod niebiosa i „naganiać” na ich akcje. Zwracam tylko uwagę, że branża cały czas rośnie w siłę i może stanowić ciekawą alternatywę inwestycyjną. Zwłaszcza, jak ktoś gra w gry wymienianych tutaj producentów. Pisałem kiedyś na łamach HiCash.pl, że najlepiej inwestować w to co znamy i w co wierzymy. Jeśli więc ktoś regularnie kupuje gry jakiegoś producenta, jest ich entuzjastą i potrafi ocenić profesjonalizm i potencjał deweloperów, to z pewnością łatwiej będzie mu nabyć akcje danej spółki i przede wszystkim trzymać je w portfelu w oczekiwaniu, że jakość produktu przełoży się na wyniki operacyjne i długoterminowy rozwój biznesu.

Warto w tym miejscu dodać, że w spółki gamingowe wierzą inwestorzy instytucjonalni, czyli towarzystwa funduszy i fundusze emerytalne. Świadczy o tym fakt, że w  akcjonariacie każdej z sześciu analizowanych wyżej spółek są TFI lub OFE mające co najmniej 4,5 proc. udziałów. Wśród tych instytucji są m.in. Nationale-Nederlanden, TFI PZU czy OFE Aviva BZ WBK. Nie wiem, czy zarządzający grają w gry i dlatego kupują akcje tych spółek, ale znani amerykańscy inwestorzy, jak np. William O’Neil, zwykli mawiać, że obecność instytucjonalnego gracza w akcjonariacie spółki to po prostu dobry sygnał. Jeden z wielu, ale dobry.

Mniejszy parkiet, większe ryzyko
To, że ktoś produkuje gry komputerowe czy mobilne nie oznacza od razu, że jego akcje to łakomy kąsek. O ile stopy zwrotu szóstki z GPW robią wrażenie, to jedenastka z NewConnect już taka atrakcyjna się nie wydaje. Nie licząc poniedziałkowego debiutanta – The Dust, średnia stopa zwrotu z akcji dziesięciu firm gamingowych notowanych na małym parkiecie (licząc od zamknięcia w dniu debiutu do środy 18 kwietnia) wynosi tylko 51 proc. Na dziesięć spółek sześć jest pod kreską, ze średnią stratą 48 proc. W tym gronie jest Macro Games, którego papiery potaniały od IPO aż o 97 proc. To oznacza, że gdybyśmy to tutaj ulokowali tysiaka, a nie w akcjach 11 bit studios, to teraz mielibyśmy na koncie 30 zł. Za jeden walor tej firmy trzeba teraz płacić 4 gr, co oznacza, że zmiana kursu o 1 gr przekłada się na 25-proc. zmianę na zainwestowanym kapitale. A mawiają, że to kryptowaluty i forex są prawdziwą jazdą bez trzymanki…

Przykład Macro Games jest oczywiście skrajny, ale niech będzie przestrogą dla wszystkich czytelników. Po ponad 50 proc. od debiutu straciły też Qubic Games i Huckelberry Games. Z kolei iFun4all jest 38 proc. w plecy, pomimo faktu, że w jego akcjonariacie ponad 5-proc. udziały mają TFI Quercus i TFI Trigon. Warto pamiętać, że na NewConnect trafiają firmy mniejsze, na wcześniejszym etapie rozwoju i z reguły o relatywnie niższej płynności notowań. To łącznie sprawia, że wyższe jest ryzyko inwestycyjne i wyższa potencjalna zmienność notowań. Często może się zdarzyć, że liczba ofert kupna i sprzedaży będzie tak mała, że nie będziemy mogli nabyć lub zbyć interesującej nas liczby akcji, a nawet najmniejsza transakcja będzie mocno wpływać na poziom rynkowego kursu. Jeśli więc w ogóle do giełdy podchodzicie bardzo ostrożnie i selektywnie, to do NewConnect róbcie to z dwa razy większym natężeniem.

Nieuczciwym byłoby jednak demonizowanie małego parkietu. Wracając do branży gier, oprócz wymienionych wyżej słabeuszy są tu również mocniejsze podmioty. Przykładem The Farm 51, który w sześć lat dał zarobić akcjonariuszom 268 proc. i zdobył zaufanie inwestorów instytucjonalnych – mBank i TFI Skarbiec mają po 4,5 proc. udziału w akcjonariacie. Z kolei ubiegłoroczny debiutant – Cherrypick Games zyskał w pięć miesięcy 34 proc. i ponad 5-proc. jego walorów ma TFI Altus. Podobną stopą zwrotu za ostatnie miesiące może pochwalić się także Blobber Team. Jak widać, jest w czym wybierać także na małym parkiecie. Niebawem łącznie na GPW i NewConnect będzie 19 reprezentantów branży, a nieoficjalnie mówi się o kolejnych planach upublicznienia firm z tego sektora. Chyba nie będzie przesadą, jeśli stwierdzę, że powoli gry stają się naszym flagowym towarem narodowym. Już nawet nie tylko w sensie samych produktów, ale chociażby patrząc przez pryzmat e-sportu – katowickiego turnieju Intel Extreme Masters i świetnych drużyn. Warszawska giełda zaczęła to chyba powoli zauważać. Późno, ale jednak.

Pozytywny i nieco symboliczny wydźwięk ma fakt, że kilka tygodni temu producent Wiedźmina wszedł do indeksu WIG20 (kosztem Asseco Poland). Wskaźnik ten ma swoich szeregach 20 najbardziej płynnych i największych spółek na GPW. To coś w rodzaju giełdowej loży vipów. Wejście w te szeregi CD Projektu to lekki ukłon w stronę całej branży. Ja się cieszę, bo WIG20 zdominowany jest przez banki oraz spółki węglowe i paliwowe, a więc taką trochę „inwestycyjną konserwę”. Może firma braci Kicińskich przetrze szlaki innym spółkom, będzie takim klinem w tej zabetonowanej loży blue chips. Zastanawiam się tylko dlaczego giełda nie stworzyła jeszcze osobnego indeksu dla branży. WIG-gry byłby dobrym narzędziem do analizy i oceny kondycji sektora. Ktoś powie, że sześć to za mało spółek na osobny, sektorowy indeks? WIG-chemia ma w portfelu tylko pięć podmiotów i działa… Chyba nawozy azotowe w niczym nie ustępują grom komputerowym.

 
Categories

Sztuczna inteligencja nas uratuje? Na razie pierze w rzece

Podczas przesłuchania w Kongresie, na większośc pytań o to, w jaki sposób Facebook rozwiąże problemy pojawiających się w serwisie treści nawołujących do nienawiści, Mark Zuckerberg odpowiadał: rozwiąże to sztuczna inteligencja (AI – artificial intelligence). Za każdym razem gdy padało “AI” przewracałam oczami i szłam po herbatę. Patrząc na to, jak wyglądają rynkowe wdrożenia sztucznej inteligencji, naprawdę trzeba być człowiekiem wielkiej wiary (albo głupoty), żeby myśleć, że na dniach będziemy mogli pozwolić algorytmom podejmować takie decyzje.

Po każdej niemal rozmowie z szefem firmy, której rozwiązanie jest oparte o “sztuczną inteligencję”, zbieram szczękę z podłogi. Widzę świat oczami przyszłości, w której boty zastępują call center, wirtualni tłumacze przekładają z chińskiego na nasze w czasie rzeczywistym (nauka języków obcych staje się fanaberią), a procesy w firmie są tak zautomatyzowane, że jako ludzie kontakt z klientem mamy wyłącznie wtedy, gdy zasila nasze firmowe konto.

Im dalej w las, tym z reguły ciemniej. W odsłonie drugiej rozmawiam z klientami lub ludźmi od technologii w tej samej firmie i okazuje się, że tak tak, to będzie działało “tylko jeszcze”, “ale” i “tutaj będzie”. Wszystkie te “tylko” i “ale” składają się na wizję przyszłości, która jest fajna, ale na teraz to zwyczajnie nie działa.

Technologiczna rzeczywistość części firm wygląda tak, że za interfejsem rozwiązania opartego o sztuczną inteligencję stoi szef firmy, który kręci korbką. Tak, w miejsce korbki będą kiedyś zaawansowane algorytmy; tak, tutaj będzie się to rozwijało jak tylko pozyskamy wystarczająco dużo danych. Rozumiem, że uczenie się maszyn, które jest jedną z podstawowych technik analizy danych leżącą u podstaw sztucznej inteligencji, odbywa się na danych. Kłopot w tym, że wiele firm nie ma pomysłu skąd te dane pozyskać lub chce je pozyskiwać od własnych klientów. Czy ci klienci to wytrzymają? Ja wymiękam.

Mieliście okazję prowadzić kiedyś komunikację z chatbotem (automatycznym konsultantem) jakiejś firmy? “Nazywam się Ania. Jestem automatyczną konsultantką banku XY. Chciałabym zadać ci kilka pytań. Nie jestem człowiekiem, więc nie wszystko zrozumiem…” – usłyszałam ostatnio w słuchawce. Chwila, czy nie miało być tak, że sztuczna inteligencja to taka, która potrafi przejść Test Turinga? Test przechodzi taka maszyna, która potrafi komunikować się z człowiekiem w taki sposób, że nie odróżniamy tej rozmowy od pogawędki z człowiekiem. Ania z banku XY spaliła swoją szansę już na starcie, a mnie szkoda czasu na takie pogawędki.

Komunikacja to nie są warcaby
Jęk zawodu ludzkości rozległ się po raz pierwszy, gdy w szachy z maszyną przegrał arcymistrz Kasparov. Długo przed ofensywą maszyn broniła się popularna w Azji gra Go, która wymaga sporej porcji intuicji i kreatywności – bastion padł w 2016 roku, gdy stworzony przez Google’a Alpha Go pokonał mistrza Lee Sedola. Maszyna nie tylko analizowała miliony możliwych pozycji i ruchów, ale też powiązała moc obliczeniową z elementami sztucznej inteligencji, które wprowadziły  elementy procesu decyzyjnego podobnego do ludzkiego.

Nieco dłużej broniły się warcaby, ale i one zostały mistrzowsko rozegrane przez maszyny. Jednak są takie gry, w które “maszyny nie umią”. Chodzi o te, w których nie wszystkie informacje są podane na tacy oraz istnieje w nich element tak mglisty i niezerojedynkowy jak komunikacja międzyludzka. Dlatego maszyna jak dotąd nie wygrała z człowiekiem w brydża?

W brydżu bariery dla sztucznej inteligencji są dwie – po pierwsze karty są zakryte i znane tylko osobie, która trzyma je w ręku. Nie wszystkie dane są więc podane na tacy tak jak w grach planszowych, a podejmowanie decyzji przy niepełnych danych (bardzo ludzkie doświadczenie!) czy blefowanie (w innym ujęciu: działanie na przypał) to dla algorytmów poważny kłopot.. Druga sprawa – w brydżu partnerzy wysyłają sobie przy stole sygnały tak, żeby ich komunikaty nie zostały odczytane przez innych graczy. Taki poziom komunikacyjnej subtelności jest na teraz poza zasięgiem maszyn, nawet tych superinteligentnych.

Z twarzy podobny całkiem do nikogo
Facebook (a także inni technologiczni giganci) intensywnie pracują teraz nad jeszcze innym aspektem, który ma przybliżyć maszyny do ludzi: chodzi o umiejętność rozpoznawania twarzy i obrazów w ogóle. Maszyny umieją już mniej więcej rozpoznawać pismo i mowę (coraz lepsze, choć wciąż niedoskonałe Siri, Alexa czy Google Assistant). Naszedł czas na obrazy. Przyznaję, że zdobycze technologii rozpoznawania obrazów i twarzy są równie imponujące, co przerażające pod względem kalibru popełnianych przez nie błędów.

Imponująco wyglądają przeanalizowane przez oprogramowanie zdjęcia tłumu, na których system sam jest w stanie wskazać, która osoba jest poszukiwanym przestępcą, która znanym VIP-em, co na obrazie jest pozostawionym bagażem, a który obiekt reprezentuje staruszkę wymagającą pomocy.

Problemy pojawiają się wtedy, gdy trzeba zinterpretować obraz w dość nieoczywistym kontekście. Algorytmy działają tak, że dzielą każdy obraz na małe kwadraciki, analizują co na nich jest i wypluwają interpretację. Popełniane przez nie błędy trochę przypominają różne cuda, gdy ludzie w pniu drzewa lub zacieku na oknie widzą twarze świętych. I tak algorytm jest w stanie uznać ludzkie kolano lub goły brzuch za twarz – rzeczywiście czasem fałdki tak jakoś się układają… Miewa też problem z perspektywą i określeniem wielkości obiektów, gdy na zdjęciu nie ma punktu odniesienia:  uznaje, że człowiek na tle góry to są dwa obiekty o tych samych rozmiarach lub że ptak jest samolotem. Trochę słabo.

Okazuje się, że sztuczna inteligencja nie tylko popełnia krytyczne błędy, których my nigdy byśmy nie popełnili. Raz po raz rozwiewa też marzenia o tym, że będzie bardziej  od nas sprawiedliwa, bezstronna, pozbawiona uprzedzeń. Algorytmy dyskryminują: okazuje się, że nie rozpoznają na zdjęciach twarzy innych niż białe. Sprawę nagłośniła absolwentka MIT Joy Buolamwini, gdy okazało się, że jako Afroamerykanka  jest rozpoznawana przez oprogramowanie na zdjęciach tylko wtedy, gdy założy białą maskę. Pominięcie osób o innym niż biały kolorze skóry wynika z tego, że algorytmom dano do tej pory analizować głównie twarze o jasnym kolorze skóry. Decyzję o tym podjął człowiek i trudno przenieść odpowiedzialność za to na maszynę.

Problem jest szerszy, dlatego Joy Buolamwini walczy dziś z dyskryminacją i uprzedzeniami w świecie algorytmów w organizacji Algorythmic Justice League.

Połowa ekspertów od sztucznej inteligencji twierdzi, że technologia zastąpi ludzi do 2040 roku. Druga połowa, że jeszcze wcześniej. Ja natomiast uważam, że wiele jeszcze wody upłynie zanim będziemy w stanie zaufać algorytmom w  podejmowaniu naprawdę ważnych decyzji w najistotniejszych społecznie sprawach. A decyzja o tym, czy ktoś w naszym serwisie jest dyskryminowany, nawołuje do nienawiści na tle rasowym czy religijnym do takich właśnie należy. Czekanie aż AI rozwiąże palące problemy społeczne, które dzieją się tu i teraz,  jest naprawdę nieodpowiedzialne, panie Zuckerberg.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI. Temat: Popyt

Mam wrażenie, że głównym powodem leżącej u nas edukacji ekonomicznej i finansowej jest to, że specjaliści używają do jej objaśniania skomplikowanych definicji, a populiści sięgają po chwytne hasełka typu „podatki to kradzież” albo „krzywa Laffera tłumaczy wszystko”. Brakuje natomiast narracji środka i języka, który w prosty, ale nie prostacki sposób tłumaczyłby pojęcia i procesy. Dam przykład.

Nominalna definicja popytu brzmi porywająco. Jest to bowiem funkcyjna zależność między ceną produktu a jego ilością, którą skłonni są zakupić nabywcy. Na tę skłonność składa się chęć, którą determinują nasze preferencje, oraz ekonomiczna możliwość, będąca pochodną naszej siły nabywczej. Zwróćmy uwagę na to, że popyt to funkcja. Natomiast wielkość popytu to konkretna ilość dobra, jaką konsumenci chcą kupić przy danej cenie. Na razie wszystko jest jasne, zrozumiałe i ogólnie tip top, prawda?

Popyt na dany produkt w ujęciu mikroekonomicznym jest funkcją ceny tego produktu i jest wyznaczany przy założeniu danych determinant…

Oszczędzę wam reszty tych wspaniałości. Jak pewnie zauważyliście, nawet w podejściu do tak prostego klocka ekonomii jakim jest popyt, króluje podejście akademickie. Pojęcie należy objaśnić w sposób maksymalnie uczony, żeby ktoś nie pomyślał, że trywializujemy. Efektem takiego działania jest to, że wszyscy zainteresowani poszerzeniem swojej wiedzy, odbijają się od ściany mądrych słów, składających się w dość bełkotliwą całość. Umówmy się – normalni ludzie tak nie mówią. Dlatego postanowiłem zostać głosem normalnych ludzi i przetłumaczyć to wszystko z mądrego na polski.

Zacznijmy od tego, że mówiąc o popycie, zazwyczaj używamy skrótu myślowego. O co chodzi? Zazwyczaj przez popyt rozumiemy ilość towaru, jaką chcemy kupić przy określonej cenie. Ta definicja nie określa popytu tylko wielkość popytu. Jeżeli ktoś zechce błysnąć w towarzystwie, może zapamiętać, że popyt to funkcja a wielkość popytu to ilość towaru. I wystarczy.

Zazwyczaj słyszymy, że popyt zależy od ceny. Co jest oczywiście prawdą, bo nie damy w sklepie 15 ziko za butelkę piwa koncernowego. Pamiętajmy jednak o innych czynnikach, które omówię poniżej.

Świetna okazja, uncja złota po 3000 złotych! Jest to oczywiście kapitalna okazja, ale wyłącznie dla ludzi, którzy dużo zarabiają. Popyt na złoto w grupie o niskich dochodach nie zmieni się, bogaci rzucą się na taką okazję jak wilki i popyt wzrośnie. Czyli pierwszą determinantą popytu poza ceną, są dochody nabywcy.

Świetna okazja, pióro Parkera za 200 złotych! No fajnie, ale za piątkę mogę kupić długopis BIC, który będzie mi służył dopóty, dopóki ktoś mi go nie podprowadzi. Popyt na pióra Parkera wzrośnie wyłącznie wśród ludzi, którzy chcą wydać 200 ziko na pióro Parkera, zamiast piątaka na BICa. Cena subsytutu to kolejny czynnik wpływający na popyt.

Świetna okazja, samochód osobowy za 5000 złotych! Biere za gotówkę, szykuj pan umowę. Problem jest jednak taki, że paliwo, które pozwoli przejechać nim 100 km, kosztuje 200 złotych. Kupujecie taki samochód? Paliwo to dobro komplementarne dla samochodu. Inaczej – uzupełniające. Jak nie zalejemy baku, to samochód będziemy pchać albo trzymać przed domem i się nim chwalić. Cena towarów uzupełniających jest następnym czynnikiem kształtującym popyt.

Świetna okazja, dobra kurtka zimowa za 200 złotych! Bo ja wiem? Na logikę, kurtki zimowe mogą jeszcze potanieć i nie ma się co napinać, kupię sobie w lipcu. Tutaj już zaczyna się lekkie wróżenie z fusów, bo nasze przewidywania dotyczące poziomu cen w przyszłości mogą być nietrafne, ale i tak są kolejnym ważnym czynnikiem wpływającym na popyt.

Świetna okazja, płaszcze przeciwdeszczowe dobrej jakości za 50 złotych! W Polsce odbyłaby się o nie walka, na pustyni Atacama moglibyśmy je przecenić do złotówki, a i tak pewnie nie byłoby chętnych. Czynniki geograficzne są bardzo ważne.

Świetna okazja, nowy Mitsubishi Pajero za 30 tys. złotych! W Polsce odbyłaby się o nie walka. Świetna okazja, nowy Mitsubishi Pajero za 100 tys. peso! W Meksyku nikt nie kupi samochodu o takiej nazwie, bo Pajero znaczy po hiszpańsku onanista. Czynniki społeczne i preferencje konsumentów to następny czynnik wpływający na popyt.

Świetna okazja, metr kwadratowy nowego mieszkania za 4000 złotych! W Warszawie odbyłaby się o nie pewnie walka, w strefie objętej wojną albo w Somalii taka oferta zostałaby odebrana jako kiepski żart. Dlatego w analizach dotyczących popytu musimy zawsze uwzględniać sytuację polityczną i gospodarczą.

Zostały mi jeszcze czynniki demograficzne, ale wymyśliłem wyłącznie tani depilator dla mężczyzn. Dlatego raczej obejdzie się bez przykładu.

Mam nadzieję, że dzięki brawurowym przykładom, zagadnienia dotyczące popytu stały się odrobinę bardziej zrozumiałe. W następnym odcinku opowiem o elastyczności i o sytuacjach, w których popyt zachowuje się, jak pijany nastolatek na domówce.

 
Categories

Wielcy mistrzowie vs. sztuka młodych. Czy stać nas na inwestowanie w sztukę?

Rynek sztuki ma się podobno coraz lepiej. Sprzedaż dzieł w Polsce w zeszłym roku wzrosła o 28%, padły też dwa rekordy. Pierwszym był obraz „Zabicie Wapowskiego w czasie koronacji Henryka Walezego” (3,7 mln zł), kolejnym, pastel „Macierzyństwo” (4,3 mln zł). Świetnie mają się obrazy wielkich mistrzów. A co ze sztuką  młodych? Czy warto w nią inwestować?

Według raportu dóbr luksusowych za zeszły rok, 27% bogatych Polaków inwestuje w sztukę. Bogaty Polak jest jednak dość konserwatywny, bo 84% z tych inwestycji to obrazy, 4% rzeźba, grafika i rysunek, a 2% to fotografia i ceramika. Najchętniej kupuje sztukę dawną, polskiego pochodzenia i sprawdzonego nazwiska. Dlaczego? Bo to pewna inwestycja. Malczewskiego ani Matejki już raczej nie przybędzie, chyba, że ktoś odnajdzie go w zapomnianej piwnicy lub odzyska dzieło utracone w czasie wojny. Niezależnie od tego, ich wartość wciąż będzie rosła.

Coraz mocniej stoi też sztuka współczesna. W zeszłym roku w pierwszej dziesiątce transakcji aukcyjnych znalazły się dzieła Magdaleny Abakanowicz i Wojciecha Fangora. Warto przypomnieć, że sztukę współczesną datujemy od końca II Wojny Światowej, a wymienione prace to obrazy i rzeźby pochodzące z lat 50 i 70., więc trudno mówić o odważnych decyzjach inwestycyjnych.  

W zeszłym roku padł jeszcze jeden ważny rekord – aż 105 aukcji młodej sztuki. Używając określenia „młodej sztuki”, mówimy o dziełach studentów lub absolwentów szkół artystycznych bez dużego dorobku i „nazwiska”. Oprócz tradycyjnych technik częstymi środkami wyrazu młodych jest fotografia, grafika, wideo i performance. Dużą wartością ich sztuki jest zdolność do komentowania świata przy pomocy najbardziej aktualnych i naturalnych dla nas nośników. Jest więc duża szansa, że ją zrozumiemy. Jeśli nie należymy do bogaczy, warto wspomnieć o jeszcze jednej ogromnej zalecie – przystępnych cenach. Prace młodych artystów możemy kupić od kilkudziesięciu złotych do kilkudziesięciu tysięcy i to w miejscach innych niż tradycyjne domy aukcyjne.

Na rynku znajdziemy coraz więcej oddolnych akcji, takich jak Targowisko Sztuki, które od dziesięciu lat działa w Arkadach Kubickiego. Jak mówi jego organizatorka i artystka Dorota Godhlewska, „plusem i zarazem minusem miejsc takich jak Targowisko sztuki jest brak galerii. Nikt nie powie nam, czy to co chcemy kupić jest dobre, więc wybrać trzeba samemu. Ale galeria to też minimum stuprocentowy narzut. Omijając ją, więcej zarabia artysta, więcej też zostaje w kieszeni klienta”.

Czym więc kierować się wybierając sztukę młodych? Nawet jeśli o kupnie dzieła myślimy wyłącznie w kategoriach inwestycji, najlepiej kierować się intuicją i wybierać to, co nam się podoba. Dobrze jest też mieć też wiedzę na temat rynku sztuki, śledzić konkursy, galerie i wystawy, które się liczą. Wiedzieć w którą stronę idzie obecnie sztuka i jakie są trendy. Dobrym przykładem może tu być plakat, który w ostatnich latach staje się coraz bardziej modny. Dzięki temu od razu umiemy ocenić czy ktoś ma warsztat, czy ma swój określony styl i świeże spojrzenie” – wyjaśnia Godhlewska.

Jeśli mamy wyczucie, jest duża szansa, że artysta, którego prace kupiliśmy za niewielkie pieniądze, zyska uznanie, a ceny jego prac pójdą w górę. “Mam taki obraz, który kupiłam kiedyś na allegro, a teraz ta artystka stała się rozpoznawalna i jego wartość wzrosła. To duża satysfakcja” – wspomina organizatorka Targowiska Sztuki. Taki sposób inwestowania w sztukę jest coraz bardziej popularny wśród młodych, którzy się bogacą. Zakup dzieła często towarzyszy urządzaniu mieszkania, któremu chcą nadać indywidualny charakter.


Na tym tle sztuka wideo i performance wypada raczej blado. Zdaniem Godhlewskiej, tego typu nośniki to bardziej budowanie historii twórcy niż rynku. Sprzedają się rzeczy namacalne i tradycyjne. W przypadku wideo, bardzo ciężko jest zatrzymać oryginał dzieła. Kiedyś podobnie myślano o grafice, której nie uznawano sztukę, właśnie przez to, że można ją było powielać. W takich dziełach treścią jest wykonana praca. Sam nośnik nie ma żadnej wartości. A skoro go nie widać, trudno jest poczuć, że się go ma”.  

Choć trudno liczyć na zmianę w myśleniu o kolekcjonowaniu, coraz łatwiej jest znaleźć alternatywne miejsca i sposoby sprzedaży sztuki. Dorota Godhlewska przyznaje, że dla niektórych Targowisko jest jedynie miejscem rozdawania wizytówek i początku rozmowy o dziele, którego finalizacja dzieje się już w Internecie. Ludzie nie boją się kupić przedmiotu, który jest dobrze sfotografowany i opisany.  Duży potencjał w przeniesieniu transakcji do sieci to po raz kolejny szansa na ominięcie dużych narzutów galerii.

Ciekawym przykładem inwestycji w sztukę o niskim poziomie ryzyka może być internetowa galeria Maecenas”. Głównym celem nowej platformy jest stworzenie internetowego rynku, na którym miłośnicy sztuki mogą kupić udziały w słynnych obrazach. Wszystko odbywa się za pośrednictwem zdecentralizowanej platformy opartej na systemie blockchain. Taki sposób myślenia o sprzedaży dzieł po raz kolejny otwiera drogę dla małych inwestorów, którzy do tej pory byli wykluczeni z wielkiego rynku sztuki.

Rynek sztuki staje się więc coraz bardziej otwarty. Na młodych artystów, nowe formy sprzedaży i przede wszystkim – na nas.

 

 

 
Categories

Zuckerberg w Kongresie, programiści w popłochu. Zmiany w API Facebooka i Instagrama

Podczas gdy Mark Zuckerberg przygotowywał się do przesłuchania przed amerykańskim Kongresem ws. Cambridge Analytica, programiści w wielu firmach próbowali wygrać wyścig z czasem, żeby dostosować się do nagłych zmian API Facebooka i Instagrama. Wiele firm nie zdążyło i czasowo musiało wyłączyć swoje usługi. Po raz kolejny okazało się, że o przewadze konkurencyjnej na dzisiejszym rynku decyduje to, kto ma lepsze zasoby programistów.

Ostatnie pół roku było prawdziwą próbą dla firm, które pracują na danych z Facebooka i Instagrama. Oba serwisy znacznie podkręciły tempo zmian dotyczących nowych przepisów o ochronie danych osobowych, które już od maja zaczną obowiązywać w całej Unii Europejskiej.

Nagle w kalendarz zmian wskoczyły również inne modyfikacje w API obu serwisów, które – trudno wysunąć inne wnioski – koncern Zuckerberga prawdopodobnie chciał zakończyć przed dwudniowym przesłuchaniem Marka w amerykańskim Kongresie (10 i 11 kwietnia). To właśnie kwestia ochrony danych osobowych użytkowników Facebooka miała być tematem rozmów kongresmenów z szefem technologicznego giganta.

Kogo dotknęły wprowadzone naprędce zmiany? Odczuły to przede wszystkim dwie kategorie firm: te, które zarządzają treściami w mediach społecznościowych dla zewnętrznych klientów i takie, które monitorują i analizują dane dotyczące tego, co pojawia się w mediach społecznościowych na temat marek, takie jak Brand24 czy Sotrender.

Wiele polskich firm zajmuje się też zarządzaniem komunikacją dla marek w wielu kanałach społecznościowych jednocześnie (w marketingu mówią: komunikacją ominchannelową). Takie firmy z reguły pracują na zbudowanych przez siebie systemach, które pozwalają z jednego miejsca wrzucać posty i prowadzić komunikację z użytkownikami z jednego miejsca, bez konieczności przelogowywania się na przykład pomiędzy Facebookiem i Instagramem.

Takie firmy z FB czy Instagramem łączą się za pomocą interfejsu – API. To wtyczka, przez którą firmy zewnętrzne mogą połączyć się z Facebookiem, żeby w łatwy sposób pobrać te dane, którymi technologiczny gigant zdecyduje podzielić się z innymi graczami na rynku. I to właśnie ten model współpracy z  firmami zewnętrznymi w ramach API uległ zmianie po aferze z firmą Cambridge Analyltica odpowiedzialną za internetową reklamę w ramach kampanii Donalda Trumpa (więcej o sprawie na HiCash). Wątpliwości opinii publicznej wzbudził przede wszystkim fakt, że nie do końca wiadomo, jakie dane i komu udostępnia Facebook (i należący do tego samego koncernu Instagram).

Zmiany w API Facebooka. Co się zmieniło?
Przede wszystkim pula danych, jaką udostępnia Facebook: mniej jest danych dot. facebookowych wydarzeń oraz informacji o grupach i aktywności użytkowników z nimi związanych.

Zmiany w facebookowych grupach
Dla użytkowników oznacza to przede wszystkim to, że po zmianach nie można zarządzać komunikacją w grupach, korzystając z zewnętrznych narzędzi do zarządzania treścią.

Zmiany w wiadomościach na Facebooku
Ci którzy zarządzali wiadomościami prywatny z poziomu zewnętrznej platformy przed 4 kwietnia, będą mogli robić to nadal. Ci, którzy chcieliby się wpiąć po tej dacie, na teraz nie mogą korzystać z tej funkcjonalności.

Zmiany w wyszukiwaniu na Facebooku
Korzystając z zewnętrznego narzędzia do zarządzania treścią na Facebooku, nie można wyszukiwać innych stron i użytkowników – z poziomu zewnętrznej platformy nie będzie więc można np. otagować innych użytkowników Facebooka w poście.

Zmiany w API Instagrama. Co się zmieniło?
Na Instagramie zmiany też wiążą się z ograniczeniem aktywności, które będzie możliwych z poziomu zewnętrznej platformy. To m.in.:

  • brak możliwości sprawdzenia czy dany użytkownik obserwuje Twój profil na Instagramie,
  • brak możliwości korzystania z funkcji follow i unfollow,
  • niemożliwe będzie również wyświetlenie pełnych danych profilu i aktywność przy postach wyszukanych przez hashtagi lub oznaczenia lokalizacji.

Więcej informacji o zmianach w API Facebooka i Instagrama 

 
Categories

Turkus zmieni polskie firmy na takie, w których będzie się chciało pracować?

Od ponad roku w większych miastach Polski przedsiębiorcy spotykają się na Turkusowych Śniadaniach. Coraz więcej osób chce wiedzieć, jak zbudować firmę bez szefa, a w zasadzie taką, w której szefem jest każdy. Czym są turkusowe firmy – coachingową ściemą czy sposobem na nowoczesną organizację?

Chcemy zmienić polski rynek pracy. Może to brzmi górnolotnie, ale wiele osób dostrzega, że sposób w jaki zorganizowane są teraz firmy po prostu nie działa. Połowa ludzi zatrudnionych w Polsce, szuka obecnie zatrudnienia. To o czymś świadczy – mówi Łukasz Socz Solarski, organizator wrocławskich Turkusowych Śniadań.

Czy turkusowy model działa? Ci, którzy go wprowadzili uważają, że działa; inni powtarzają: utopia. Najszybciej pomysł  wprowadzają firmy IT, ale sprawdza się podobno równie dobrze wśród pracowników sezonowych. Na pewno myślenie o miejscu pracy się zmienia.

Gdy kilkadziesiąt lat temu Microsoft stawiał korty tenisowe swoim programistom, wszyscy na rynku się śmiali. Teraz strefy z piłkarzykami czy konsolami w pracy nie są niczym nadzwyczajnym – mówi Łukasz.

Turkusowe czyli jakie?
Teoria turkusowych organizacji wywodzi się z wydanej w 2015 roku książki “Pracować Inaczej” (ang. Reinventing Organizations), która podzielił organizacje ze względu na style zarządzania na:

  • czerwone, na których czele stoi prawdziwy boss, który zarządza swoimi ludźmi przez strach i władzę (popularne w grupach przestępczych);
  • bursztynowe – sztywna hierarchia i procesy, każdy zna swoje miejsce. Tak działa na przykład Kościół Katolicki;
  • pomarańczowe – organizacje nastawione na zysk, w którym człowiek jest zasobem do realizacji celu (czy też producentem mandaysów). To model wciąż pokutujący w niektórych korporacjach;
  • zielone – organizacje, które widzą w pracowniku już nie tylko siłę roboczą, ale zaczyna go traktować podmiotowo. Mówi się o demokracji, parnterstwie – jak w ruchach spółdzielczych;
  • turkusowe – pojawiają się na końcu jako najbardziej dojrzałe formy organizacji, w których nie ma hierarchii, a pracownicy chcą i potrafią podejmować samodzielne decyzje zamiast wykonywać polecenia szefa. Człowiek ma nie tylko pracować, ale też realizować się przez pracę. wedle zasady: pracować by żyć, a nie: żyć by pracować. W założeniu pracownik ma być bardziej zadowolony, a firma lepiej się rozwijać. Brzmi jak plan!

Przede wszystkim: odpowiedzialność
Odpowiedzialność i zaufanie – to dwie wartości, bez których turkus w firmie nie zawita. Potrzebne jest zaufanie do szefa (bo ten gdzieś jednak na końcu jest, choćby w osobie głównego właściciela) i zespołu, że wszyscy gramy do tej samej bramki i chcemy, żeby firmie wiodło się jak najlepiej. – Lider musi być bardzo świadomą osobą, która wie co to jest inteligencja emocjonalna i na co dzień ją stosuje– mówi Łukasz i poleca grę Evolution of Trust  o tym, dlaczego warto budować zaufanie.

O firmach turkusowych mówi się, że same sobą zarządzają, co oznacza, że szef nie jest najlepiej poinformowaną osobą, a rolą pracowników nie jest wyłącznie wypełnianie jego poleceń. Pracownicy potrafią podejmować decyzje w ramach zespołów, których liderami stają się osoby najbardziej kompetentne w temacie.

Gdy myślimy o zespołowym podejmowaniu decyzji, od razu nasuwają się wizje trwających w nieskończoność spotkań, podczas których tak naprawdę nie jesteśmy w stanie podjąć żadnej decyzji  – Zawsze pojawiają się jacyś mikromenedżerowie służący dobrą radą co do kierunku i tacy, którzy uważają, że już podjęta decyzja jest błędna. Rozwiązaliśmy to prostą zasadą: jeżeli masz dobrą radę, to znaczy, że się angażujesz w rozwiązanie problemu. Połowa osób dających dobre rady zniknęła, bo wiedziały, że nia mają czasu na  takie zaangażowanie. To znacznie przyspieszyło proces decyzyjny – mówi Jan Zborowski z SoftwareMill, firmy, która zasady turkusowego zarządzania wprowadziła w swoim 40-osobowym zespole programistów.

Zobacz ostatni odcinek HiCash Week, w którym gościem był Jan Zborowski

I jeszcze jedna ważna rzecz: branie odpowiedzialności jest możliwe tylko wtedy, gdy zespoły mają pewność, że za błędne decyzje nie poniosą kary, Turkusowe firmy wierzą, że odpowiedzialność za podejmowane decyzje powinna być egzekwowana inaczej: tłumaczymy, dlaczego myśleliśmy, że decyzja jest dobra (nawet, jeśli nie była), podsumowujemy i minimalizujemy straty.

Dewiza brzmi: “każdy może podjąć każdą decyzję, jeżeli weźmie za nią odpowiedzialność i nikt nie zgłosi stanowczego weta”.

Zaangażowanie kosztuje?
Firmy już dawno zorientowały się, że najlepszy pracownik to zaangażowany pracownik.  Turkusowe organizacje nie odkryły tu koła na nowo. Wiele z nich jest w stanie za to zaangażowanie zapłacić, dzieląc się z pracownikami zyskami.

Wiele “turkusowych” decyduje się na całkowitą przejrzystość płac i wyników finansowych firmy.  Ludzie wiedzą ile zarabiają, ale przede wszystkim: ile zarabia firma, ile zarabia poszczególny dział i jak są opłacane poszczególne projekty. Efektem jest to, że  mają pełną informację, mogą więc podejmować decyzje, które są opłacalne – tłumaczy Solarski.

Oczywiście, trudno sobie wyobrazić, żeby z dnia na dzień ujawnić wszystkie finanse firmy bez potężnego trzęsienia ziemi w organizacji. Dlatego ci przedsiębiorcy, którzy przeszli tę drogę mówią: po kolei. Najpierw open booking, czyli ujawnienie finansów firmy. – Jak już ludzie się zaadaptują z informacjami o budżecie  firmy, można pójść dalej i pokazać jak wyglądają poszczególne projekty czy działy – mówi Solarski, To trudny proces, w którym istnieje też ryzyko fuck-upów. Jakich? Część ludzi może tej zmiany z jakichś powodów nie zaakceptować i odejść.Zawsze warto się zastanowić, czy akurat naszą firmę w tym momencie stać na to ryzyko.

Doskonałym podręcznikiem budowania turkusowej firmy jest książka wieloletniego przedsiębiorcy Andrzeja Jeznacha pod tytułem “Szef, który ma czas. Ewolucja zarządzania – dziennik budowy turkusowej firmy”. Opowiada ona historię firm, które krok po kroku zmieniały swoje podejście

Ciekawi Cię nowy model zarządzania? Przeczytaj:

  1. F. Laloux – Pracować Inaczej
  2. A. Jeznach – Szef, który ma czas
  3. Semler – Maverick
  4. Robertson – Holacracy
 
Categories

Milenialsi znów nabroili: nie chcą jeść obiadów. Gastronomia w kropce

Dorośli chcieliby winić milenialsów absolutnie o wszystko. O zmarnowane życie, które poświęcili na wychowanie niewdzięcznych gówniarzy, o siedzenie rodzicom na głowie do trzydziestki, brak zaradności życiowej, lenistwo, roszczeniowość, nosy wetknięte w komórki i wykańczanie kolejnych gałęzi gospodarki.

Nie da się obwinić młodych o wszystko, ale to nie znaczy, że nie możemy próbować. Na przykład niedawno okazało się, że to przez milenialsów podupadają niektóre restauracje, a McDonald musi zastanowić się nad swoim McWrapem. Źle się dzieje w państwie duńskim, w Stanach Zjednoczonych i na świecie.

W ogólnym ujęciu, młodzi przestali wychodzić do restauracji na obiady. Wolą siedzieć w domu i zjadać frymuśne przekąski. Co prawda powody takiego podejścia są zupełnie sensowne, ale branża restauracyjna cierpi przez to głód i niedostatek. Milenialsi wolą przekąski, bo są wygodniejsze, szybsze w przygotowaniu, zazwyczaj zdrowsze, tańsze od posiłków na mieście no i łatwiej je przynieść do pracy.

Firma NPD Group zajmująca się badaniami rynku i preferencji konsumenckich sprawdziła, czym ludzie zastępują obiady i okazało się, że najpopularniejsze są świeże owoce, czipsy, mrożony jogurt i gotowe sałatki. Mam wątpliwości, czy czipsy są faktycznie zdrowsze od steka, ale na pewno kosztują mniej. Ci sami badacze przewidują, że do 2024 roku zastępowanie obiadu zdrowymi przekąskami zwiększy się o 12 proc. Tymczasem branża restauracyjna skarży się, że w 2016 roku liczba osób wpadających na szybki lancz spadła o 2 proc. Faktycznie – śmierć.

W obliczu tych faktów nie powinno dziwić, że duże sieci mają problem z milenialsami. Przypomnę, że to największa i najbardziej pożądana grupa konsumencka w Stanach. Wszyscy, którym nie udało się ich przyciągnąć do siebie patrzą z zazdrością na kolegów, którzy dzięki młodym konsumentom pławią się w dostatku. Srogie cięgi zbierają zwłaszcza te sieciówki, które nastawiły się na okazjonalnych, młodych gości. Applebee’s, Ruby Tuesday, TGI Fridays czy Buffalo Wild Wings muszą zamykać restauracje. Cała branża dużych sieciówek poniosła w 2016 roku straty największe od czasów kryzysu. Spadek sprzedaży wyniósł 2,4 proc. a pamiętajmy, że mówimy tutaj o miliardowym biznesie i firmach notowanych na giełdzie. Spadek sprzedaży dał impuls do spadku notowań akcji. I nagle okazało się, że z pozoru niewielka strata wpędziła branżę w spore kłopoty.

Wszystko to wiąże się oczywiście z milenialsami i ich nieznośnym nawykiem do robienia wszystkiego szybciej niż poprzednie pokolenia. Młodzi wybierają restauracje „fast casual”, jak na przykład Chipotle czy Shake Shack. Washington Post przedstawił raport, z którego wynika, że między rokiem 1999 a 2014 sprzedaż w lokalach „fast casual” wzrosła o 550 proc. a Amerykanie wydali tam 21 miliardów dolarów. Sieć Chipotle urosła czterokrotnie a Shake Shack wszedł na giełdę pomimo tego, że w 2015 roku miał tylko 36 placówek.

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że nikt nie wie o co naprawdę chodzi z tym „fast casual”. Jest kilka kategorii klasyfikacyjnych, ale tak naprawdę do niektórych trafia i Chipotle, i Buffalo Wild Wings, a do innych Shake Shack i McDonald. Różnice między „fast food”, „fast casual” i „casual lunch diner” są niewyraźne i chyba nikt oprócz konsumentów nie wie, do której przegródki co wrzucić.

Tak czy inaczej, segment „casual lunch” traci a sieci zamykają restauracje, „fast casual” rośnie pionowo, za wszystko odpowiadają milenialsi, świat wrócił na właściwe tory, dalej można obwiniać zwyczajowych podejrzanych.

A co z McWrapem? Zacznę od ciekawostki, został wymyślony w jednym z polskich McDonaldów. Nasza młodzież sięgała po niego bardzo chętnie, dlatego po kilku latach Amerykanie wprowadzili go u siebie. Liczyli na to, że pociągnie im sprzedaż, bo prezentował się bardzo zdrowo – klientów zmylały sterczące z niego na wszystkie strony liście sałaty. Niestety, okazało się, że młodzi Amerykanie stołujący się w McDonaldzie niekoniecznie liczą kalorie i nie idą tam, by jeść zdrowo. Ich cele znowu nie zostały rozpoznane prawidłowo. Otóż okazało się, że milenialsi woleliby móc zamówić menu śniadaniowe o dowolnej porze dnia i nocy. Na dodatek wydają na nie tyle, że po raz pierwszy od wielu lat sprzedaż w amerykańskim McDonaldzie poszła w górę. Czyli stało się zupełnie inaczej niż u nas, gdzie menu śniadaniowe nigdy nie było hitem.

U nas McWrapy sprzedają się dobrze a w Stanach milenialsi pokazali, że jak już idą zjeść coś niekoniecznie zdrowego za pięć dolców, to wolą McMuffina i McGriddlesa. Dlatego wszystko wskazuje na to, że śniadania owszem, ale McWrapowi śmierć!

A co u nas? Ano nic. Z dużych sieciówek mamy tylko fast foody i Subwaya, a młodzi i tak wolą hamburgery z Bobby Burgera. Czyli jak zwykle branży nic nie grozi. Mamy strasznie leniwych i bardzo mało krwiożerczych milenialsów. Trochę wstyd.

 

 
Categories

Tylko dla szybkich i wściekłych. Na te inwestycje lepiej uważać

Na koniec mojej krótkiej serii zostawiłem inwestycje obarczone bardzo wysokim poziomem ryzyka. Niektóre z nich są właściwie gwarancją straty wszystkich pieniędzy, na innych stracisz połowę, w przypadku kolejnych będziesz mówił o szczęściu pod warunkiem, że utrzymasz kapitał. Na rynkach, o których za chwilę, wygrywają nieliczni. Liczyć na to, że będziemy w tej grupie jest oznaką dużego optymizmu i wiary we własne szczęście.

Inwestycje w nieruchomości, do jakich namawiają nas deweloperzy, są jakimś sposobem na zarobek, ale mają za dużo wad. Pomysł jest genialny – wykładamy gotówkę, kupujemy małe mieszkanie i wynajmujemy je. Firm oferujących takie rozwiązanie jest mnóstwo, kuszą potencjalnych klientów zyskami na poziomie 10 proc. rocznie i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, znajdują chętnych. Owszem, w idealnie kulistym świecie byłoby to do zrobienia. Natomiast w rzeczywistości nasz biznesplan inwestycyjny wykłada się w momencie, w którym nie możemy przez pół roku znaleźć chętnego do wynajmu albo musimy po niechlujnym lokatorze przeprowadzić duży remont.

Na dodatek wielu inwestorów zdaje się zapominać, że horyzont czasowy  inwestycji w nieruchomość to jakieś 20-30 lat. To nie lokata w banku, z której pieniądze wyjmiemy od ręki. Mówimy o mieszkaniu, w którym zamrażamy kapitał na bardzo długo. Według badań przeprowadzonych na początku roku 2017 przez brokerów Metrohouse S.A. średni czas oczekiwania na sprzedaż mieszkania to 137 dni. I nie mamy gwarancji, że znajdziemy chętnego na zakup po cenie, która nas satysfakcjonuje.

Na tej inwestycji nie stracimy wkładu, bo nawet jeżeli wynajem nie wypali, zostajemy z mieszkaniem. Natomiast w przypadku skrajnie niekorzystnego splotu okoliczności, możemy być w plecy solidne kilkanaście a nawet kilkadziesiąt procent. Inwestujący w nieruchomości pod wynajem zdają się czasami nie pamiętać, że utrzymanie mieszkania kosztuje a pustostan z jakichś tajemniczych powodów niszczeje szybciej, niż lokal zamieszkały przez lokatorów. Raczej odradzam.

Jest wcale spora grupa drobnych inwestorów, którzy wierzą w to, że to akurat im wyjdzie na giełdzie. Przeczytałem dziesiątki historii polskich graczy, którzy startowali z takim przekonaniem. U każdego jak mantra powtarza się hasło „pierwszy portfel wyzerowałem”. Owszem, możemy wrzucić pieniądze w akcje spółek wchodzących w skład WIG20 i liczyć na to, że nie uderzy kolejny kryzys, ale ponadprzeciętnych zysków raczej się nie spodziewajmy.

Liczenie na to, że akurat nam uda się trafić na giełdzie fuksa, po którym będziemy pławić się w dostatku, jest naiwne. Żeby grać na giełdzie bardziej agresywnie i oczekiwać wyższych zysków, trzeba się znać na rzeczach. Nie do wszystkich to dociera i potem jest płacz, szok i niedowierzanie. Ludzie stosują przeróżne taktyki, niektóre nawet by się nadawały, gdyby tylko dotyczyły szansownych spółek. We wspomnieniach amatorów (tych, którzy zgodzili się opowiedzieć o swoich porażkach) bardzo często przewija się motyw grania na niskie kursy akcji. Ale nie granie na spadek, tylko kupowanie akcji firmy w momencie, w którym ta znajduje się w historycznie najniższym kursie.

Ludzie wierzą, że skoro jest najtaniej i kurs akcji ustabilizował się na tych minimach, teraz musi się odbić. Otóż wcale nie musi, tak samo, jak szesnastokrotne wypadnięcie na rulecie koloru czarnego nie oznacza, że następnym razem już koniecznie musi paść na czerwone. Takie myślenie najlepiej podsumował Dostojewski w „Graczu”: Rozumie się, wszyscy natychmiast porzucają czerwone już po dziesięciu razach, i prawie nikt nie decyduje się na nie stawiać. (…) Doświadczony gracz wie, co znaczy ten „upór przypadku”. Na przykład zdawałoby się, że po szesnastu razach czerwonego, siedemnaste uderzenie wypadnie z pewnością na czarne. Tłumnie rzucają się na to nowicjusze, podwajając i potrajając stawki, i strasznie się zgrywają.”

Przyjmijmy, że jesteśmy nowicjuszami a giełda to taka ruletka, wtedy łatwiej przyjdzie nam zrozumieć, że na fuksa nie ma co liczyć. Zamiast tego trzeba siąść do uczenia się giełdy. Wtedy jest szansa, że po roku zacznie bardziej ona przypominać szachy lub brydża, gdzie liczy się nie tylko przypadek.

Na koniec zostawiłem sobie prawdziwie szatański wynalazek.

Od kilku lat falami uderzają w nas reklamy opcji binarnych, stuprocentowo pewnych i sprawdzonych platform i aplikacji tradingowych albo niebywałych okazji zarobkowych na największej giełdzie świata. Pewnie znacie Krzyśka, kierowcę taksówki, który odkrył cudowny sposób, dzięki któremu zarabia 800 euro dziennie, poświęcając na to godzinę. Pod tymi chwytnymi hasłami kryje się Forex, czyli giełda walutowa. Mógłbym pisać długo i namiętnie o ryzyku związanym zarówno z samą grą na Forexie, jak i z pokusą wykorzystania dźwigni, dzięki której nasze zyski poszybują w kosmos. Zamiast tego zdradzę wam tajemnicę.

Jeżeli nie jesteście doświadczonym zawodnikiem, który Forexowi poświęca cały wolny czas, to jedyną skuteczniejszą metodą stracenia kasy od gry na tej giełdzie, jest wrzucenie pieniędzy do ogniska. Na Forexie wygrywają jedynie rekiny.

O inwestycjach w niepewne biznesy mówiłem i powtórzę to jeszcze raz. Jeżeli ktoś obiecuje wam szybki i wysoki zysk, oznacza to, że albo was oszuka albo oszwabi. Trzeciego wyjścia nie ma. Dlatego ostrzegam po raz kolejny przed napalaniem się na geniuszy rynków, którzy obiecują inwestycje w złoto, platynę, diamenty, odpady (tak, są też tacy) czy dzieła sztuki. Nie liczmy na to, że po pół roku będziemy się wachlować pieniędzmi, zostaną nam co najwyżej bezwartościowe „certyfikaty udziału”.

 
Categories

Płyty winylowe sprzedają się coraz lepiej. Branża dziękuje hipsterom

Branża muzyczna to jedna z najbardziej zmienionych przez technologię. Gwiazdy, które startują nie w wytwórniach, a na YouTubie; streaming muzyki zamiast kupowania płyt – tych zmian nie da się powstrzymać. W kontrze rośnie jednak inny trend – rok do roku rośnie sprzedaż winyli, również w Polsce. Wartość rodzimego rynku czarnych krążków szacuje się na 15 mln złotych. Jest potencjał na biznes, ale dla wytrwałych.

W pierwszym półroczu 2017 roku sprzedaż płyt winylowych w Polsce, wg danych ZPAV, wzrosła o 70 proc. w stosunku do ubiegłego roku. W poprzednich latach branża też mogła pochwalić się kilkudziesięcioprocentowymi wzrostami. Trend nie jest zaskoczeniem, bo w Stanach winyle sprzedają się coraz lepiej nieprzerwanie od kilkunastu lat.

2017 był w Ameryce najlepszym rokiem dla winyli od czasów boomu lat osiemdziesiątych. Pod koniec roku Delloite prognozował, że wartość sprzedanych w Stanach krążków osiągnie  miliard dolarów, doganiając tym samym najlepszy w historii rok 1981. Nie oznacza to jednak, że płyt sprzedaje się tyle samo co w czasach, gdy na topie było Queen, AC/DC i Bon Jovi. Są po prostu znacznie droższe.

Winyle powracają więc do gry, ale w zupełnie nowej odsłonie: jako produkt luksusowy podbity przez pokolenie coraz lepiej zarabiających hipsterów. Trzeba jednak przyznać, że w dobie rozwijającego się streamingu muzyki rynek czarnych płyt pozostanie niszą. Ich sprzedaż na świecie to wciąż tylko 15 proc. wszystkich nośników fizycznych i tylko 6 proc. wpływów ze sprzedaży muzyki w ogóle (dane Delloite).

Walka o polskie skarby winylowe trwa
Dowodów na to, że dobre wiatry zawiały dla tradycyjnych nośników nie trzeba szukać daleko. Po tym jak Biedronka i Lidl rozpoczęły sprzedaż winyli, nie ma wątpliwości: jest rynek również w Polsce.

W 2015 roku za ponad 8 mln złotych Warner Music Poland przejęła kultowe polskie wydawnictwo wytwórni Polskie Nagrania “Muza”, która ogłosiła upadłość dwa lata wcześniej. Dorobek płyt winylowych tej firmy to historia polskiej muzyki od Mieczysława Fogga po Kabaret Starszych Panów. Do tego cenione na świecie wydania polskiego jazzu i muzyki poważnej. Dziś ofertę winyli Polskiej Muzy znajdziemy – dobrze wyeksponowaną! – w salonach Empik wraz z ofertą gramofonów.

Stracony potencjał w postaci sprzedanej za śmieszną kwotę Polskiej Muzy wyczuł nasz rząd, który we wrześniu 2017 roku podjął negocjacje w sprawie odkupienia dorobku wytwórni od Sony Music Polska. Pod koniec ubiegłego roku wiceminister kultury Paweł Lewandowski określił  szanse na odzyskanie Polskiej Muzy jako bardzo duże. Potwierdził też, że obie strony ustaliły już cenę.

Dobry biznes? Tak, dla pasjonatów
– Myślę, że na rynku sprzedaży płyt cały czas jest dużo pola. Także zachęcam innych do zabierania się za to – mówi Krzysztof Nieporęcki, który od 26 lat sprzedaje płyty w słynnym warszawskim antykwariacie HeyJoe. – Jest trochę ludzi, którzy zabierają się za sprzedaż płyt, bo to się opłaca – dodaje – i tym bym raczej odradzał, bo to nie jest aż takie zyskowne jak się wydaje. Natomiast wszystkim, którzy się płytami pasjonują, polecam, żeby oprócz słuchania, zajęli się też sprzedażą. Jest w tym przyszłość.

– Przepis na sukces w tym biznesie? Pasja plus szczęście – radzi pan Krzysztof.

Pełna rozmowa o sprzedaży płyt i polskim boomie płytowym z Krzysztofem Nieporęckim