Categories

Co wiemy o najbogatszych ludziach świata?

Jak fajnie byłoby być bardzo bogatym. Za parę setek tysięcy kupiłbym sobie dobry samochód, potem dom, nic przesadzonego, jakaś niewielka posiadłość na wyspie by wystarczyła. Do tego może śmigłowiec, żeby z tej wyspy szybko latać na imprezy do Nowego Jorku. No i można żyć. Tylko jak się do takich pieniędzy dobrać?

Forbes, jak co roku, publikuję listę miliarderów. Warto ją poczytać dokładniej i skoncentrować się na czymś więcej, niż tylko na kwotach i nazwach firm, którymi władają najbogatsi.

Drogi do bogactwa są różne. Bezos założył księgarnię wysyłkową a teraz jest najbogatszym człowiekiem na Ziemi. Branson zorganizował wysyłkową sprzedaż winyli, Buffet obracał na giełdzie. Page i Brin stworzyli najlepszą wyszukiwarkę, Gates najgorszy system operacyjny a rodzina Waltonów wymyśliła Walmarta. Dróg do bogactwa jest wiele, są jednak branże i pola działalności, w których szansa na zarobienie dużych pieniędzy jest większa niż gdzie indziej. Popatrzmy gdzie kryją się okazje.

Forbes skatalogował 2208 miliarderów. Łącznie zgromadzili 9 059,6 miliarda dolarów, czyli 9,06 biliona dolarów. PKB Polski to około 0,5 biliona, więc ci ludzie są naprawdę bogaci. Ale tak naprawdę.

Inwestycje

Ku mojemu najmniejszemu zdziwieniu okazało się się, że najlepiej zarabia się na obracaniu cudzymi pieniędzmi. W kategorii finanse i inwestycje można znaleźć 310 miliarderów (13 proc. ogółu), którzy zgromadzili majątek wart około 1,14 biliona dolarów, stanowiący 14 proc. łącznego majątku wszystkich miliarderów z listy. Warto uczyć się analizy technicznej i inwestować na giełdzie.

Moda

Na drugim miejscu znalazła się moda i sprzedaż. W tej kategorii jest 234 miliarderów (11 proc), którzy łącznie warci są więcej niż ludzie od finansów, bo aż 1,19 biliona. Czyli i konkurencja mniejsza, i ogólna suma do wyrwania potencjalnie wyższa. Zanim jednak rzucicie się do stołów projektanckich, warto wspomnieć, że kreatorzy mody nie zarabiają aż tyle, żeby dostać się na listę Forbesa. Tutaj znajdziemy raczej właścicieli takich marek jak LVMH, Zara, L’Oreal, Chanel, Nike, H&M, Walmart czy Aldi.

Budowlanka

Miejsce trzecie obsiadło 220 deweloperów, których łączny majątek to 787,6 miliarda. W tym przypadku konkurencja jest mniej liczna, ale musimy się liczyć z tym, że wchodzimy do basenu z najpotężniejszym człowiekiem na Ziemi. W tej branży działa bowiem Donald Trump, chwilowo pełniący obowiązki prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Produkcja

Miejsce czwarte to produkcja. Na niej potężnych pieniędzy dorobiło się 206 osób, ich łączny majątek to 613 mld. Znajdziemy tu producentów akcesoriów kuchennych, laserów, środków higienicznych, aromatów spożywczych, nawozów, zaworów, mebli i płyt drukowanych.

Technologia

Dopiero na piątym miejscu jest technologia, w której miliardów dorobiło się 205 osób. Ale ci ludzie zgromadzili łącznie największy majątek, bo aż 1,27 biliona dolarów. Aż czterech przedstawicieli tej branży jest w pierwszej dziesiątce, Bezos i Gates zajmują dwa pierwsze miejsca, Zuckerberg piąte a Larry Ellison (Oracle) – dziesiąte. Warto programować.

Ciekawostki

Najniższa średnia wieku jest w technologii – 55 lat, najwięcej, bo aż 70, mają miliarderzy z branży sportowej. Sport to definitywnie zdrowie. Najmłodsze miliarderki to Alexandra (22 lata) i Katharina (23) Andersen. Są dziedziczkami rodzinnej firmy inwestycyjnej, którą nadal zarządza ich ojciec. Trzeci najmłodszy miliarder, Gustav Magnar Witzoe udziały gwarantujące mu jego majątek, dostał w prezencie od ojca. Dopiero czwarty najmłodszy miliarder na liście, doszedł do bogactwa sam. Jest to Evan Spiegel, założyciel i współwłaściciel Snapchata.

Najstarszy miliarder ma równo 100 lat. Chang Yun Chung pochodzi z Singapuru. Zaczynał 51 lat temu, jako przybrzeżny przewoźnik z dwoma używanymi statkami. Obecnie Pacific International Lines mają flotę 160 statków, a swojemu założycielowi dały majątek wart 2 mld dolarów.

Na liście jest jedna przedstawicielka “branży” charytatywnej. Laurene Powell Jobs to wdowa po Steve Jobsie, odziedziczone po nim pieniądze przeznacza na darowizny związane ze szkolnictwem i programami stypendialnymi.

Właśnie, kobiety. Na liście miliarderów jest ich 243 (12 proc.) a ich łączny majątek to 941 mld (12 proc.).

Stany Zjednoczone były zawsze krajem nieograniczonych możliwości. Pochodzi z nich 26 proc. najbogatszych Ziemian, zgromadzili łącznie majątek 3,096 bln dolarów. Drugie miejsce zajmują Chiny (373 miliarderów), dalej Niemcy (123), Indie (123), Rosja (101). W stawce jest również sześciu Polaków, którzy łącznie naskładali 13,8 mld dolarów.

Widzicie? Każdy ma szanse.

 
Categories

Elon Musk zbawia ludzkość, czy po prostu potrzebuje urlopu?

Być może Elon Musk jest fanem chińskiego sci-fi, być może czytał bestsellerowy Ciemny Las Cixin Liu. Tego nie wiemy. Wiemy za to, że jego najnowszy pomysł podłączenia ludzkiego mózgu do komputera i umożliwienia ludzkości telepatii wygląda jak inspiracja kosmitami z tej bestsellerowej powieści. Musk to wizjoner czy bardzo zmęczony szef firmy z bardzo słabymi wynikami? Nad odpowiedzią muszą bardzo intensywnie zastanawiać się inwestorzy, którzy powierzyli mu sporą kasę.

Neuralink ma być nowym produktem Elona Muska. Zapowiedział go co prawda w wywiadzie, podczas którego sztachnął się raz blantem, ale świat technologiczny zbyt dobrze zna Muska, żeby wątpić w to, że prezes Tesli przejdzie od słów do czynów. O tym, że biznes to dla robienie rzeczy ważnych udowodnił m.in. uparcie próbując wysłać w kosmos własnej produkcji rakietę Falcon Heavy. Po nieudanych próbach i szemraniach niedowiarków, udało się ją wysłać poza ziemską orbite i szybuje ona właśnie gdzieś w okolicach Marsa. To otworzyło nowy rozdział w wymyślonym przez fantastyków, a wdrażanym przez Muska szalonym pomyśle przesiedlenia części ludzkości na inną planetę lub przynajmniej umożliwienia nam takiej wycieczki.

Baza na Marsie. Fotografia pochodzi z prezentacji Elona Muska podczas 68. Międzynarodowego Kongresu Astronautycznego

Mało kto wie, że inne eakiety wyprodukowane przez SpaceX, kosmiczną firmę Muska, latają w kosmos niemal co miesiąc, świadcząc komercyjne usługi dla NASA oraz rządowych programów kosmicznych USA i Australii m.in. współtworząc nawigację satelitarną nowej generacji czy  ambitny plan zbierania i przekazywania na Ziemię  danych pogodowych niemal w czasie rzeczywistym. SpaceX ma więc – obok wdrażania  nieco wystrzelonego w kosmos pomysłu międzyplanetarnych podróży – również stronę biznesową. A przemysł kosmiczny to poważny i na pewno przyszłościowy biznes.

Musk wybiera projekty, których horyzont czasowy jest bardzo odległy. Mają szansę zwrócić się po wielu latach prób, badań i nieuniknionych porażek. Czy jego inwestorzy będą mieli wystarczająco dużo cierpliwości? Na pewno zastanawiają się, czy ich  pupil to genialny, dalekowzroczny wizjoner biznesu i czarny koń technologii przyszłości, czy zwykły marzyciel?

Naiwniak, wizjoner, wariat
Podstawowym projektem biznesowym Muska pozostaje Tesla produkująca elektryczne samochody.  I to właśnie ona budzi najwięcej wątpliwości. Gdy Tesla powstawała  w 2003 roku pomysł elektrycznego samochodu ładowanego w gniazdku wydawał się tak odległy, że Musk twierdzi, że dawał firmie tylko 10 proc. szans na sukces. Ale rynek uwierzył w opowiadaną przez niego – już jako CEO firmy historię o nowoczesnej sieci elektrycznej, która zrewolucjonizuje branżę motoryzacyjną. Wartość firmy rosła w oczach, a wielu analityków chętnie wskazywało Teslę jako dobrą opcję  inwestycyjną.

Czarne chmury nad Teslą zbierały się od jakiegoś czasu, ale to początek 2018 roku wzbudził najwięcej wątpliwości do przyszłości biznesu Muska. Przede wszystkim – wyniki finansowe. Musk nie dowiózł prognozowanej liczby modeli S Tesli – w tym roku miał zacząć sprzedawać 5 tys.  tygodniowo, a w pierwszych trzech miesiącach roku udało mu się sprzedać  9,8 tys. samochodów. W marcu okazało się, że 123 tys. sedanów modelu S ma wadliwy system wspomagania kierownicy i wracaj na taśmę. Ceny akcji Tesli w marcu po raz pierwszy od roku spadły poniżej 300 dolarów za sztukę. Bilans jest taki, że Tesla nie zarobiła jeszcze ani grosza, a wydaje – jak policzył Bloomberg – ponad 6 tys. dolarów na minutę i poprzedni rok zamknęła z długiem w wysokości 10 miliardów dolarów.

Co na to Musk? Obiecuje, że Tesla zacznie zarabiać już w trzecim kwartale tego roku. I wykonuje coraz bardziej nerwowe i niepokojące ruchy. – Jego zachowanie źle wpływa na wizerunek marki (…) Wierzymy, że Tesla zasługuje na lepsze przywództwo – skomentował w CNN sytuację w firmie Romit Shah, analityk rynku, który do niedawna rekomendował swoim klientom akcje Tesli, a w ten wtorek po raz pierwszy przy nazwie firmy napisał  “No Longer Investable”.

Bo problemy finansowe to niejedyne kłopoty Muska. Jeden z najbardziej znanych CEO na świecie tweetuje 15 razy dziennie. Zdarzają mu się niewybredne uwagi, jak ta, gdy jednego z nurków zaangażowanych w ewakuację drużyny chłopców z zatopionej na północy jaskini nazwał “pedo-guyem” tylko dlatego, że podważył on skutecznosć zaprojektowanej przez Muska łodzi, która miała uratować chłopców. To zaangażowanie Muska w coraz to nowe projekty zaczyna martwić i coraz bardziej wygląda na przykrywanie realnych problemów Tesli.

Człowiek konta maszyna
W gęstniejącej atmosferze pojawia się kolejny genialny (?) pomysł Muska: należąca do niego firma Neuralink ma w ciągu kilku miesięcy ogłosić produkt, który pomoże podłączyć człowieka do supermocy komputerów i sprawić, że jako superczłowiek będzie nie będzie musiał konkurować ze sztuczną inteligencją, a wykorzysta ją do swoich potrzeb. “Już teraz jesteśmy cyborgami” – stwierdził Elon Musk w podcaście “Joe Rogan Experience” i tłumaczył, że już dziś posiłkujemy się technologiami na przykład korzystając z wiedzy, do której dostęp dają nam na przykład nasze telefony. Musk chce po prostu skrócić drogę przesyłania danych z urządzeń do mózgu instalując w nim specjalne implanty. Implanty miałyby być odpowiednikiem wszystkich innych interfejsów (urządzeń, które pomagają połączyć ze sobą dwa inne urządzenia).

Takie bezpośrednie połączenie mogłoby, zgodnie z wizją Muska, odbywać się – niczym u pozaziemskich przybyszów z chińskiego sci-fi – pomiędzy mózgami poszczególnych osób. Nie musielibyśmy już ze sobą rozmawiać. Musk twierdzi, że stosowanie tej technologii stanie się możliwe w ciągu najbliższych 10 lat. Specjaliści od technologii  pod rękę ze specami od mózgu twierdzą jednak, że nie ma szans na tak szybkie wdrożenia. Wsadzenie w ludzki mózg implantu wymaga operacji medycznej, a urządzenia  lat testów i badań klinicznych zapewniających ich bezpieczeństwo (m.in. prób wykonywanych na zwierzętach).

Czy Musk po raz kolejny przestrzelił wyłącznie z terminem dowiezienia swojego superproduktu, czy kompletnie odkleił się od rzeczywistości i szybuje już po jakiejś kosmicznej orbicie? Dowiemy się jesienią 2028 roku. Do zobaczenia!

 
Categories

Grafen czeka na swojego Jobsa. Na razie jest fajna kurtka

Grafen miał być materiałem, który wywoła technologiczną rewolucją na miarę krzemu. Tymczasem ultracienki materiał o niesamowitych właściwościach wciąż czeka na tęgie mózgi, które znajdą dla niego rynkowe zastosowania. Właśnie wyprodukowano pierwszą kurtkę, która sprytnie wykorzystuje jego zalety. Czy przetrze szlaki kolejnym produktom?

Grafenowa kurtka wyprodukowana przez amerykańską firmę Vollebak kosztuje 695 dolarów i działa jak  supertermofor. To dlatego, że wzmocniony grafenem nylon potrafi nie tylko pobierać ciepło, ale również je magazynować. Doskonale je też przewodzi, czyli jest w stanie przesłać ciepło wytworzone w okolicach klatki piersiowej do bardziej wyziębionych części ciała, na przykład – jeśli założymy kaptur – ogrzeje nam głowę.

Kurtka Vollebak

Wystarczy przed wyprawą w góry położyć kurtkę na słońcu lub kaloryferze. Potem zakładamy ją tak, żeby grafenowa strona przylegała do ciała i materiał będzie stopniowo oddawał zgromadzone ciepło. Wystarczy wywrócić ją na drugą stronę, a zamiast grzać, zacznie nas chłodzić. Dodatkowym plusem kurtki jest to, że na grafenowej powierzchni nie mogą rozwinąć się bakterie.  Wiatrówka jest też lekka, wodoodporna i tworzona przy pomocy lasera, więc pozbawiona szwów. Tylko jedna z właściwości niezwykłego grafenu musiała w procesie produkcji zostać poskromiona: przewodzenie energii elektrycznej. Tym samym pomysłowy duet braci Tidball oszczędził swoim klientom  przypadkowych elektrowstrząsów.

Twórcy kurtki chcieliby za to, żeby ich produkt zainspirował innych do wymyślania kolejnych praktycznych zastosowań grafenu. To dlatego, że chociaż ulracienki materiał przewodzący energię ma niesamowity potencjał, wciąż jeszcze nie znalazł dla siebie miejsca wśród produktów codziennego użytku.

Bracia Tidball, twórcy outdoorowej marki Vollebak. Żródło: Vollebak.com

Polska Dolina Grafenowa?
W rozwój grafenu od 2010 roku zaangażowały się ośrodki badawcze z całego świata: również z Polski. Choć w naukowym wyścigu znajdowaliśmy się w peletonie i – dzięki pracy naukowców z Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych i 65 mln dofinansowania – udało się opantentować metodę wytwarzania wysokiej jakości grafenu, to do tej pory nie zbudowaliśmy w Polsce z niego kompletnych produktów. Finansów wystarczyło jedynie na zamknięcie fazy badań. Kolejne 37,6 mln zł mają trafić do Centrum Grafenu i Innowacyjnych Nanotechnologii dopiero w tym roku.

To, co do tej pory udało się nam wprowadzić na rynek, to półprodukty – Instytut Technologii Materiałów Elektronicznych sprzedaje na przykład arkusze grafenu o rozmiarach 50×50 cm. Bardziej zaawansowanych produktów, które przełożyłyby się na duże zyski, na razie brak. Przełomem może być zapowiedziana przez rodzimą firmę FreeVolt na ten rok premiera paneli słonecznych wykorzystujących grafen. Produkt – jak zapowiadają – ma zrewolucjonizować rynek energetyki słonecznej.

Nobel za taśmę klejącą
Historia grafenu zasługuje na znacznie lepsze zakończenie. Zaczęła się przecież fantastycznie: za odkrycie tego materiału w 2010 roku przyznano Nobla dwóm naukowcom z uniwersytetu w Manchesterze, którzy pozyskali grafen przy użyciu… taśmy klejącej.

Ten przyjęty z zachwytem materiał to nic innego jak znany nam z ołówków grafit, tylko w wersji slim: zbudowany tylko z jednej warstwy atomów. Długo naukowcy nie wierzyli w istnienie czegoś tak cienkiego, a jednocześnie zachowującego właściwości fizyko-chemiczne lepsze od królującego w przemyśle krzemu.

Tymczasem wystarczyło przykleić do grafitu taśmę klejącą, a następnie przykleić do niej kolejną taśmę i następną – tak żeby uzyskiwać na niej coraz cieńsze warstwy grafitu. I tak powstała wreszcie ultracienka powłoka, która nadal wykazywała właściwości przydatne do tworzenia maleńkich, ale bardzo wydajnych procesorów (nawet tysiąc razy wydajniejsze od krzemowych), do produkcji ekranów (grafen jest przezroczysty), w medycynie m.in. do produkcji sprężynek udrażniających żyły u pacjentów z miażdżycą oraz w wielu innych dziedzinach.

Teraz przed grafenem najtrudniejsza faza – komercjalizacji. Tak naprawdę to te firmy, które zbudują w oparciu o przełomowy materiał kompletne, gotowe do wejścia na rynek produkty, wygrają grafenową rewolucję. Apple nie wynalazło przecież ani dotykowego ekranu, ani bezprzewodowego internetu, a “jedynie” ubrało dostępne technologie w atrakcyjny produkt. Grafen wciąż czeka na swojego Jobsa.

 

 
Categories

Coraz więcej zagranicznych spółek, mało innowacji

Już 16 procent wszystkich nowych spółek w Polsce to firmy zakładane przez obcokrajowców – wynika z danych KRS. Biznes chcą robić u nas głównie przedsiębiorcy z Ukrainy i Białorusi. Niestety, większość zakładanych przez nich  firm to wciąż jednoosobowe działalności lub pośrednictwa pracy. Tymczasem Polsce marzy się napływ zagranicznych innowacyjnych firm technologicznych, które przyciągałyby nad Wisłę inwestorów i tworzyły atrakcyjne miejsca pracy, m.in. dla wciąż odpływających z kraju polskich programistów.

W pierwszej połowie tego roku w Polsce zarejestrowano 3658 spółek z zagranicznym kapitałem. Najwięcej, bo aż 45 procent na Mazowszu. To znaczy, że mamy obecnie około 66 tysięcy takich firm. Czym się zajmują? Głównie handlem, mechaniką samochodową, budownictwem i transportem. Gorzej nam idzie przyciąganie młodych innowacyjnych spółek – tylko 12 procent technologicznych startupów w Polsce ma wśród założycieli obcokrajowców (wynika z raportu Fundacji Startup Poland za 2017 rok).

Tymczasem kraje na całym świecie zabiegają właśnie o nich – młodych, oblatanych w nowych technologiach, gotowych tworzyć globalne firmy, a przy tym płacić miejscowe podatki, przyciągać dobrych specjalistów i rozwijać branżę technologiczną. Wiele państw wabi je specjalnymi warunkami: w Stanach znajdą 30-miesięczną bezwizową rezydenturę z darmowym biurem, w Chile ulgi na start i dofinansowanie, a we Francji nawet pomoc w zorganizowaniu życia osobistego w nowym kraju – program French TechTicket załatwia zdolnym obcokrajowcom m.in. znalezienie przedszkola dla dzieci.

Programy przyciągania zagranicznych przedsiębiorców i talentów technologicznych ma wiele krajów: Kanada, Stany Zjednoczone, Australia, Nowa Zelandia czy Chile. Coraz bardziej aktywne, również w Polsce, są organizacje ściągające technologiczne startupy do Azji – wśród największych graczy trzeba wymienić Singapur, ale też mocne programy dla przedsiębiorców z Chin czy Korei Południowej. W Europie o zagraniczne innowacje specjalnymi ofertami walczą: Dania, Francja, Portugalia, Estonia, Irlandia, Włochy, Szwecja, Hiszpania, Holandia, Wielka Brytania, a od ubiegłego roku również Litwa. Gdzie w tym wszystkim Polska?

Długo trwało stworzenie w Polsce pierwszego programu zachęcającego młodych obcokrajowców do zakładania nowoczesnych firm nad Wisłą. Dopiero w tym roku, po kilku latach prac, powstaje program Poland Prize, w ramach którego technologiczne startupy z całego świata będą mogły powalczyć o atrakcyjne warunki dla rozwoju swojego biznesu i wsparcie, również to finansowe – każdy z ośmiu zespołów wybranych w pierwszej edycji programu dostanie 200 tys. złotych na dobry początek. “Ten program to spełnienie mojego marzenia” –   mówi w rozmowie z HiCash Maciek Sadowski, szef fundacji Startup Hub Poland, która od ponad sześciu lat pracuje nad przyciąganiem do Polski innowacyjnych biznesów ze wschodu.

O tym, jakimi argumentami chcemy przyciągać nad Wisłę młody biznes z zagranicy rozmawialiśmy z Maciejem Sadowskim ze Startup Hub Poland i Igorem Sawczukiem, przedsiębiorcą o ukraińskich korzeniach, który zdecydował się rozwijać w Polsce swoją firmę technologiczną firmę Wandlee.

 

 

 

 

 
Categories

Dostarczymy to panu hurtowo

Dzień dobry, to co poprzednim razem u was zamawiałem było bardzo smaczne. Chciałbym do was zabrać dziewczynę na kolację, gdzie jesteście, bo na stronie nie ma takiej informacji? Jak to nigdzie? To skąd to jedzenie? Dark kitchen? Jak dark, to ja jednak podziękuję. Do widzenia.

Rewolucja w dostawie jedzenia dzieje się na naszych oczach. Foodtech kipi od nowych pomysłów. Nowe sposoby zamawiania i dowozu zmieniają rynek, i kształtują nasze zachowania związane z kuchnią. Wszystko zaczęło się 8 lat temu. Zamieszany był w to między innymi faks.

Gdzie kucharek sześć
Pierwszy portal agregujący oferty wielu lokali, Szama.pl powstał w 2004 roku w Trójmieście. Dwa lata później w Warszawie startuje NetKelner.pl. Obie platformy z mozołem budują bazę lokali, ale dla niektórych na tak rewolucyjny krok jest jeszcze za wcześnie, dlatego liczy ona kilkaset sztuk. W 2010 roku na rynku debiutują Pyszne.pl i Pizzaportal.pl. A potem zaczyna się karnawał fuzji, przejęć, konsolidacji i wykupów. Pizzaportal wchłania Szamę, NetKelnera, Foodpandę i Delivero, czyli cztery z pięciu największych platform. A dwa lata po starcie, sam zostaje przejęty przez Delivery Hero. Trzy miesiące później Pyszne sprzedaje wszystkie udziały grupie yd. yourdelivery. Sytuacja na rynku ustala się na jakiś czas.

Wspominałem wcześniej o faksie. W początkowym okresie działalności Pyszne i Pizzaportal działały na zasadzie call center. Ludzie składali zamówienie na stronie a pracownicy portali przekazywali je do odpowiednich restauracji telefonicznie, mailowo, sms-em, a bywało że nawet faksem. Co, jak się możemy domyślać, w miarę zwiększania skali działania, potęgowało chaos. Zdarzały się zamówienia pomylone, czasami ktoś je odebrał i nie puścił do realizacji, klienci się frustrowali, portale zbierały kiepskie recenzje. Nie tworzyło to dobrego klimatu do rozwijania działalności. Dlatego trzeba było zmienić paradygmat.

W lokalach, które miały podpisane umowy z platformami, zaczęły pojawiać się sprytne maszynki. Klient składa zamówienie przez portal. W restauracji, którą wybrał, terminal drukuje paragon z informacją kto zamówił, co zamówił, należnością i adresem dostawy. Pracownik lokalu wciska enter, klient dostaje powiadomienie ile czasu zajmie realizacja jego zamówienia. Czysto, schludnie, bez pomyłek. Osoba obsługująca terminal przyjmuje zamówienie w ciągu kilkunastu sekund, zwiększa się przepustowość i można realizować więcej dostaw. Wszyscy wygraliśmy.

Ale jak to? Mam zapłacić przed dostawą?
Samo uruchomienie terminali usprawniło proces przyjmowania zamówień, teraz trzeba było zachęcić ludzi do sprawnych płatności. Lech Kaniuk, pomysłodawca i twórca Pizzaportal wspomina, że na początku ludzie nie chcieli płacić kartą przed otrzymaniem posiłku. Wyraźnie było widać trend – za pierwsze 2-3 dostawy klient płacił gotówką. Ludzie chcieli mieć pewność, że jedzenie w ogóle dojedzie i czy będzie jadalne. Dopiero gdy orientowali się, czy wszystko jest w porządku, podpinali kartę. I w tym momencie zazwyczaj zostawali regularnymi użytkownikami portalu. Można uznać, że zamawianie jedzenia przez telefon pchnęło mocno do przodu rynek płatności internetowych.

Przed pośrednikami stoi jeszcze jedno zadanie. Muszą przekonać do siebie ludzi zamawiających jedzenie klasycznie, przez telefon. Nie ma jednoznacznych badań, ale ocenia się, że w Polsce jedzenie przez telefon w dalszym ciągu zamawia od 60 do 80 proc. klientów. Do podziału między Pyszne i Pizzaportal jest więc bardzo duży rynek.

Patrząc na agregatory z punktu widzenia konsumenta, widać że próbują go przyciągnąć szybkością i łatwością złożenia zamówienia. Gdy mamy tam konto z podpiętą kartą, jedyna trudność to decyzja co chcemy dzisiaj zjeść. Reszta działań właściwie nie wymaga niczego poza kilkoma kliknięciami, system załatwia za nas większość roboty. Platforma działa niczym lep na muchy – gdy nas skusi i zaczniemy z niej korzystać, nie opłaca nam się zamawiać bezpośrednio w lokalu, bo to trwa za długo i na dodatek musimy rozmawiać przez telefon z obcym człowiekiem, co dla niektórych bywa przeszkodą nie do pokonania.

Logistyka, głupcze!
No dobra, przyciągnęliśmy ludzi, zmotywowaliśmy ich do regularnego korzystania z naszego serwisu. Klienci podpięli kartę, klikają, zamawiają a potem wkurzają się, że mieli czekać na jedzenie maksymalnie godzinę, a dojechało po dwóch i nadawało się tylko do wyrzucenia. Możemy mieć idealną platformę, najlepsze lokale w ofercie, niskie ceny i dobre jedzenie, ale jeżeli nie dowieziemy go na czas, cały nasz wysiłek bierze w łeb. Gniew zamawiającego ściąga na siebie zarówno platforma, jak i lokal. Bo klienta nie interesuje, kto mu to właściwie dowiózł. Przecież nie zastanawiamy się, czy Pyszne ma własną flotę dostawców, czy za dowóz odpowiada restauracja. Przyjechało za późno i zimne, jedna gwiazdka, wypad z sekcji ulubione, pizzę od dzisiaj będę zamawiał u innego Włocha.

O tym, jak ważna dla ludzi jest punktualność nie trzeba nikogo przekonywać. W przypadku jedzenia jest ona czynnikiem krytycznym, bo nie po to zamawiamy do domu, żeby jeść zimne i niesmaczne. A jak zamawiam, bo mam gości, to przecież nie będę odgrzewał pięciu czy sześciu porcji, bo zwyczajnie nie mam ku temu możliwości kuchennych. Nie mam też ochoty testować jakości dowozu kolejnej restauracji, bo kosztuje mnie to za dużo nerwów (mój rekord to dwie godziny czekania, trzy telefony i finalnie skasowanie zamówienia przez restaurację). Pojawiła się więc nisza i kwestią czasu było jej zapełnienie.

Uber Eats Uber Alles
Pomyślmy tylko, kto ma prawie gotową aplikację, gotową flotę samochodową i zmysł biznesowy otwarty na nowe możliwości? W 2014 roku powstaje Uber Fresh, przemianowany potem na Uber Eats. Do Polski wchodzi w 2017 roku i klienci mają jeszcze wygodniej. Podczas gdy działające klasycznie Pyszne i Pizzaportal muszą opierać się na dostawcach restauracji zgromadzonych na platformach, Uber ma swoją ekipę kurierów ii może zaoferować dużo szybszy czas dostawy.

Nic więc dziwnego, że Polacy coraz chętniej korzystają z tego rozwiązania. W tej chwili w miastach, w których Uber Eats działa, ma w ofercie ponad tysiąc lokali, oferującej praktycznie wszystkie kuchnie i smaki świata. Czas dostawy z reguły nie przekracza 30 minut. Na dodatek w aplikacji na bieżąco widzimy, którędy aktualnie zasuwa dostawca. No i najważniejsze – Uber Eats dowiezie nam jedzenie z restauracji, która nie ma dowozu własnego. To niesamowite ułatwienie dla klienta, który nabrał akurat ochoty na Big Maka z frytkami i duża wygoda dla lokalu, który nie musi się przejmować transportem a wyłącznie jakością potrawy.

Dostarczaj albo giń
Dla dobrze zorganizowanej i sprawnie działającej restauracji, realizacja zamówień na wynos nie będzie kwestią „być albo nie być”, ale może stanowić bardzo przyjemny bonus. Dostawa rozszerza ofertę, tworzy nową grupę klientów i może generować dodatkowe zyski. Co jednak robić, gdy lokal nie ma opcji dostawy? Może zacząć tworzyć własną logistykę. Zatrudnić dostawcę z samochodem, płacić mu, wymyślić własny system dowozu. Tylko co czynić w sytuacji, gdy w ciągu kwadransa spłynie pięć zamówień na wynos? Jeden dowoziciel się nie wyrobi, choćby potrafił latać. I właśnie wtedy klient czeka na dostawę ponad dwie godziny. No to jak myślicie, zamówi tam jeszcze kiedykolwiek jedzenie? Nie wspomnę nawet o sytuacji, w której kierowca ma awarię samochodu albo zdrowia, bo wtedy system wali się kompletnie.

Dlatego wygodniej zlecić dowóz na zewnątrz. Ot, choćby firmie Stava, która obstawia wyłącznie ostatni element składający się na zamówienie jedzenia na wynos. Stava ma wiedzę, jak dobrze dowozić, więc restaurator nie musi się martwić o rzeczy, na których się przecież nie musi znać. Za określoną stawkę przekazuje dowóz firmie zewnętrznej i ma święty spokój. W trójkącie klient-restauracja-dostawa wygrywają wszyscy, chociaż oczywiście niektórych kosztuje to trochę więcej pieniędzy.

Quo vadis branżo?
W tej chwili sytuacja wygląda następująco: duże agregatory lokali nie mają własnej logistyki i opierają się na dostawach realizowanych przez restauracje. Firmy logistyczne wożą jedzenie tym lokalom, które nie mają swoich dostawców. Pośrodku tego wszystkiego działają hybrydy typu Uber Eats, który z jednej strony jest agregatorem, a z drugiej firmą logistyczną. Zatem na logikę system powinien zatem migrować w stronę dużych agregatorów z rozbudowanym transportem własnym. Czyli model Uber Eats na dopalaczach.

No dobra, a gdzie w tym wszystkim restauratorzy? Nie czarujmy się, to wszystko jest biznes i trudno oczekiwać sentymentów. Platformy i firmy logistyczne będą grały pod siebie, bo dla mocnego zawodnika, obsługującego kilka tysięcy lokali, zerwanie współpracy z kimś, komu się układ nie podoba, nie będzie stanowiło problemu. Na razie na szczęście nie ma sygnałów, że współpraca z Pyszne, Pizzaportalem, Stavą czy Uber Eats zrujnowała komuś biznes. I dopóki w obrotach lokalu najważniejszą pozycją budżetową są goście przy stolikach, nie powinno dziać się źle.

Na co komu stolik?
We wstępie rzuciłem kryptyczne zdanie o dark kitchen. To stosunkowo nowy pomysł, który z powodzeniem przyjął się na kilku rynkach światowych i powoli wchodzi do Polski. Po co otwierać lokal, zatrudniać kelnerów, kucharzy, pomocników kucharzy i płacić za wynajem powierzchni, gdy można otworzyć wirtualną restaurację? Czy to nie fantastyczny pomysł biznesowy? Sama kuchnia, która przygotowuje posiłki dostępne wyłącznie w dostawie? Klientowi nie robi różnicy, czy obsłuży go restauracja rzeczywista, czy nieistniejąca, ma być smacznie, niedrogo i dowiezione na czas. W Warszawie w sierpniu b.r. wystartował taki projekt. Nazywa się Aroha Bowl i oferuje nowozelandzkie poké bowl wypełnione ryżem aroha, warzywami i owocami morza. Jest też opcja wegańska.

W Wielkiej Brytanii pomysł realizuje Deliveroo, w Stanach nowojorska Green Summit Group. Możliwości są nieograniczone. Przecież jedna kuchnia, która nie ma na głowie zamówień ze stolików, może na kilku stanowiskach przygotowywać sushi, dania kuchni polskiej, włoską pizzę, jedzenie wegańskie, kurczaka tikka masala i gulasz wołowy.

I co jeszcze wymyślicie?
Z dietą pudełkową zetknął się chyba każdy, kto próbuje się odchudzać albo nie ma czasu na gotowanie, a nie chciałby żywić się wyłącznie produktami od Pana Kanapki. W tej chwili firm oferujących catering dietetyczny jest na naszym rynku około 400. Nie jest to najtańsza zabawa, któregoś dnia usiadłem i policzyłem, że w sensownej ofercie wydawałbym miesięcznie o 500 złotych więcej na osobę niż kosztuje mnie to obecnie. I mówię wyłącznie o jedzeniu od poniedziałku do piątku. Weekendy mam zbyt nieprzewidywalne, żebym ryzykował zamawianie jedzenia, które miałoby się marnować. Jednak po liczebności firm oferujących takie rozwiązania widać, że chętnych nie brakuje.

Niektórzy idą jeszcze dalej i zamiast gotowego posiłku możemy sobie zamówić składniki niezbędne do jego wykonania. Firma Just Chopped oferuje odmierzone i odważone produkty, dzięki którym możemy samodzielnie ugotować proste acz efektowne potrawy. W zestawie o nazwie grillowane żeberka z miodem i warzywami znajdziemy żeberka, odpowiednią przyprawę do mięsa, miód, sos sojowy, kolby kukurydzy, ziemniaki i ketchup. Sól, oliwę, patelnię i miskę musimy zorganizować we własnym zakresie. Jedno kliknięcie przerzuca nas do strony z przepisem, w którym krok po kroku, w prosty sposób mamy wyjaśnione co i w jakiej kolejności robić. Porcja jest obliczona na dwie osoby.

Zalety takiego pomysłu? Koszt porównywalny z ceną posiłku na mieście, świeże składniki, odmierzone ilości, dzięki którym niczego nie wyrzucamy, dostawa pod drzwi, wygoda. Wady? Jest pewnie drożej niż gdy sami robimy zakupy. No i nie jest to opcja dla kogoś, kto wszystko kupuje u zaprzyjaźnionego rolnika i dba o wysoką jakość tego, co wkłada do garnka.

Właśnie, à propos zaprzyjaźnionego rolnika. Na platformie Rano Zebrano, możemy zamówić świeże produkty z lokalnych gospodarstw rolnych. Z dostawą do domu. Dzięki wycięciu całego łańcucha pośredników, oferowane ceny są całkiem sensowne i możemy mieć na stole zerwane poprzedniego dnia pomidory taniej, niż gdybyśmy je kupili na jednym z modnych bazarów. Nawet uwzględniając koszty dostawy.

O projektach typu Frisco czy Szopi nawet nie wspominam, bo znają i lubią je wszyscy. Zresztą zakupy przemysłowo-spożywcze z dostawą do domu są obecnie tak popularne, że czasami na parkingu pod moim blokiem stoi więcej dostawczaków niż samochodów lokatorskich.

Klient oszołomiony
Jak widać, rynek dostaw jest wszechstronny i bogaty. Nam, jako konsumentom, pozostaje jedynie wyciągnąć portfel i wybrać coś dla siebie. Na naszych oczach dzieje się kolejna (r)ewolucja. Komórki zlikwidowały problem „nie ma mnie pod telefonem, dzwoń wieczorem”. Internet rozpuszczony w powietrzu pozwolił nam na ciągłe przebywanie w sieci. Amazon zmienił fundamentalnie to, jak kupujemy w sieci. Uber przeorał rynek taksówek, Facebook i Instagram pozwolił transmitować swoje życie na żywo, a Netflix dał natychmiastowy dostęp do całych sezonów serialowych i wykreował zjawisko binge-watchingu. Wybaczcie, że piszę takie truizmy, ale te wszystkie rzeczy w sposób mniej lub bardziej zauważalny zmieniły nasze życiowe nawyki. Rewolucyjne pomysły spowodowały ewolucyjne zmiany. Dzisiaj opowieści o tym, jak to z siecią łączyliśmy się przy pomocy modemu a na premierę serialu w Polsce czekaliśmy dwa lata, brzmią jak rasowe science fiction. A mówimy tu o rzeczach, które działy się ledwie 20 lat temu. W sumie jedno pokolenie.

To, co dzieje się na szeroko rozumianym rynku dostaw jedzenia kreuje nowe trendy i powoli, ale skutecznie modyfikuje nasze postawy i przyzwyczajenia. I być może za 10 lat, odbierając klucze od nowego mieszkania, zadysponujemy tylko stanowisko pod ekspres do kawy. Bo jedzenie ktoś nam dostarczy pod drzwi.

 
Categories

Haki na growth hacking. Czy to jeszcze działa?

W sieci mamy prawdziwy wysyp ofert dla osób, które mają zajmować się w firmach growth hackingiem. Chociaż idea szukania myków na błyskawiczny wzrost dotarła do nas późno, to całkiem nieźle się zadomowiła.  Bo dlaczego nie spróbować, jeśli taki internetowy magik może wskazać nam drogę na skróty do milionów klientów?

Growth hackingiem branża internetowa po raz pierwszy zachłysnęła się w 2010 roku zachęcona sukcesami takich firm jak Facebook, Uber, Airbnb czy Dropbox. Wszystkie one osiągnęły błyskawiczne sukcesy liczone w milionach użytkowników bez gigantycznych budżetów marketingowych Jak to zrobiły? Przeanalizowały sposób, w jaki korzystamy z sieci, rozłożyły na czynniki pierwsze to, co decyduje o popularności treści w serwisach społecznościowych oraz wyszukiwarkach i skupiły się na danych, które można o nas w internecie zebrać. Miks tej wiedzy pozwolił im nie tyle “wynieść biznesy na nowy poziom”, co wystrzelić je w kosmos.

No właśnie, dane. Dzisiaj już większość decyzji biznesowych jest opartych o internetowe dane, analitykę, strategie “data driven”. Trudno to sobie wyobrazić, ale nie tak dawno nie mieliśmy dostępu do takiej ilości informacji, ani pomysłu jak z nich korzystać. To właśnie growth hacking postawił dane zbierane w internecie w centrum działań produktowych, marketingowych i sprzedażowych. Okazało się, że pozwalają one na bieżąco obserwować, które działania przynoszą duże wzrosty w krótkim terminie.

Jeden z najlepszych growth hackerów w Dolinie Krzemowej i założyciel Growth.ly Justin Wu studiował architekturę informacji, a przygodę z biznesem w sieci zaczynał w wieku 14 lat od sprzedawania kart z Pokemonami na eBayu. Bawił się w tradycyjny arbitraż: kupował tanio, sprzedawał drożej. Potem robił własne strony internetowe, też z kartami.

Pierwszym jego  growth hackingowym odkryciem był Google AdSense, dzięki któremu zaczął zarabiać w internecie konkretne pieniądze. Budując własne startupy, zrozumiałem jedno: to jak dobry jest mój produkt czy usługa nic nie znaczy, jeśli nie uda mi się z nią dotrzeć do klientów. Skupiłem się więc przede wszystkim na dystrybucji – wspomina początki. Zaczynał w Seattle, gdzie bardzo trudno było znaleźć inwestora. Growth hacking w jego wypadku wynikał z potrzeby zbudowania dystrybucji bez kasy.

Biznes na skróty
Growth hacking to szukanie drogi na skróty po to, żeby firma w rok odnotowała taki wzrost, na który  w normalnych warunkach pracowałaby dziesięć lat. Tutaj wszystko ma być szybciej, sprytniej i taniej. Do kanonu growth hackingu weszły m.in. sposoby taniego i szybkiego rozwoju produktów przy pomocy internetowych narzędzi takich jak testy A/B, landing pages, virale, automatyzacja komunikacji czy wykorzystanie kodu do celów marketingowych.

  • TESTY A/B
    Eksperymentowanie to nieodłączny element growth hackingu. Testy A/B mogą być na przykład inteligentnym sposobem  sprawdzenia skuteczności komunikatów marketingowych. Niektóre treści skłaniają użytkowników do wejścia na nasze strony, inne działają słabiej. Wypuszczając obie wersje przekazu w ocean internetu, możemy niemal natychmiast wyłowić te, które najlepiej przekładają się na konwersję internautów w klientów. To prawdziwy przełom, biorąc pod uwagę fakt, że kiedyś skuteczność ocenialiśmy po miesiącach od wypuszczenia kampanii. Dzięki testom A/B możemy też sprawdzać, czy nasze produkty internetowe są dobrze zaprojektowane – wedle zasady, że najlepsze rozwiązania podpowiadają sami użytkownicy. Kiedyś słono płaciliśmy za takie badania rynku.
  • LANDING PAGES
    Dziś wydaje się to oczywiste, że użytkownik w sieci powinien trafić na stronę konkretnej usługi. Landing page to odpowiednik sklepowej witryny. Jeśli uda nam się zachęcić nią klienta do wejścia do sklepu, to jesteśmy bardzo blisko sukcesu. Stąd tylko kilka kliknięć dzieli go od zakupu. Trochę nam zajęło ogarnięcie tego w sieci.
  • VIRALE
    Dobry viral jest w sieci jak plotka. Potrafi dotrzeć do zaskakująco dużej liczby internautów. Umiejętne wykorzystanie mechanizmów rozprzestrzeniania się treści w sieci pozwala zaoszczędzić spore kwoty, które musielibyśmy zainwestować w internetową reklamę.
  • AUTOMATYZACJA
    Automatyzacja e-maili i komunikacji na platformach społecznościowych to był krok milowy dla wielu firm (np. Airbnb). Growth hacking idzie często na ilość, nie za bardzo martwiąc się o jakość (szczególnie materiałów marketingowych). Automatyzacja mailingów i postów na Facebooku, Twitterze, LinkedIn czy też zawiadywanie komunikatami z jednego miejsca,  pozwoliło docierać z ofertą do ogromnej liczby potencjalnych klientów w krótkim czasie. I nawet jeśli procent osób, które zainteresowały się produktem był niewielki, to przy tak ogromnym zasięgu, zapewnił szybki wzrost wielu internetowym firmom.
  • POZYCJONOWANIE, OPEN GRAPH
    Growth hacker to ktoś, kto łączy kompetencje marketingowca z programistą. Dzięki umiejętnemu zastosowaniu na przykład Facebookowego protokołu mikrodanych (OpenGraph) już na poziomie kodu można znacznie poprawić widoczność swoich produktów w sieci.  Każdy serwis społecznościowy czy platforma ma swoją logikę prezentowania treści przełożoną na język algorytmów. Kto je zna, ten może zhackować system i – umiejętnie dostosowując kod i treści – zainteresować swoimi produktami i usługami wielu nowych klientów.

To co wczoraj było w growth hackingu kurą znoszącą złote jaja, jutro będzie zgniłym jajem. Obowiązuje zasada “kto pierwszy, ten lepszy”. Haki są skuteczne dopóki zbyt wiele osób nie zacznie ich stosować. Cała zabawa w growth hacking polega na tym, żeby próbować nowych sposobów i kanałów, bo w sieci ciągle pojawiają się nowe możliwości. Powstają tam, gdzie są internauci. I tak na przykład świetnym źródłem leadów stał się niedoceniany przez lata Instagram. Growth hackerzy na całym świecie próbują znaleźć sprytny sposób, który pozwoli zbudować  tam jak największy zasięg bez wydawania kasy na reklamę.

Jedno trzeba przyznać: to właśnie idea growth hackingu spowodowała wysyp produktów i usług, które istnieją wyłącznie w głowach pomysłodawców. Minimalizowanie kosztów jako naczelna zasada sprytnego hakowania wzrostu doprowadziła twórców do konkluzji, że nie opłaca się budować produktów, dopóki nie ma na nich klientów. “Fake it before you make it” stało się częścią tej zabawy. “Jeśli produkt nie jest gotowy, po prostu narysuj go w Photoshopie i wstaw na landing page” – radzi spryciarz z Growth.ly. Czy to etyczne? Średnio. Opłacalne? Bardzo.

 
Categories

Jak znaleźć mentora i nie utonąć w oceanie bzdur? 6 rad na start

W  relacjach międzyludzkich jest jedna ważna zasada: warto rozpoznać wokół siebie trzy typy ludzi –  przyjaciół, wrogów i mentorów. Dziś będzie o tych ostatnich, bo mentoring w biznesie staje się w Polsce modny, ale jego znaczenie często się rozmywa. A to właśnie ta relacja może zdecydować o sukcesie przedsiębiorcy. Podpowiadamy, jak podejść do tematu, żeby to w ogóle miało sens.

Mentor – człowiek, który otwiera drzwi
Dobrze jest oczywiście uczyć się na własnych błędach, ale czasami rozsądniej jest uczyć się na czyichś. Mówi się, że mentoring to droga na skróty: to, co sami wypracowywalibyśmy metodą prób i błędów, możemy dostać jako gotowca od kogoś, kto przebył już drogę podobną do naszej.

Mentor to nie tylko osoba, która podzieli się z nami doświadczeniem np. w układaniu procesów biznesowych w firmie, czy rozwiązaniu konfliktów w ramach organizacji. Może też otworzyć nam wiele drzwi, nie tylko tych, do których się od miesięcy dobijamy, ale też takich, o których istnieniu jeszcze nie wiemy. Dobry mentor oprócz wiedzy daje młodemu przedsiębiorcy rozszerzony dostęp do potencjalnych klientów, pracowników (szczególnie jeśli poszukujemy specjalistów jakiejś branży) i partnerów biznesowych. Zanim skorzystamy z dobrodziejstw mentoringu, warto się do niego przygotować.

Jak znaleźć mentora? Mamy dla Was 6 wskazówek na start.

  1. Wybierz siebie za kilkanaście lat
    Mentor to nie jest coach. To ktoś, kto dokonał tego, co jest twoim celem. Zasada jest prosta: jeśli chcesz się rozwijać w biznesie, to szukaj mentora, który ma osiągnięcia w biznesie. Poszukiwanie mentora warto rozpocząć właśnie od tego, co chcemy osiągnąć i jakie umiejętności są nam do tego potrzebne.
  1. Poznaj mentora
    “Zrób research” może brzmieć jak rada z kategorii “zawiąż sznurówki”. Niby wszyscy wiedzą, że jak już prosisz kogoś o to, żeby poświęcił ci swój czas, to warto o nim sporo wiedzieć. Niestety, zaskakująco wiele osób traci swoje szanse przychodząc na spotkania na przypał –  wiedzą o tym doświadczeni rekruterzy.

Znajdź informacje o doświadczeniu zawodowym wybranej osoby, sukcesach i porażkach prowadzonych przez nią firm, ale też o jej sieci kontaktów. Może znasz kogoś kogo zna? Porozmawiaj z tą osobą, szczególnie jeśli jest to ktoś, kogo twój potencjalny mentor ceni. Zyskasz 10 punktów na starcie.

3.  Zapomnij o mentoringu
Bycie mentorem to poważne zadanie. Osoby, które aktywnie zajmują się biznesem, mogą obawiać się podejmowania długoterminowego zobowiązania wobec młodego przedsiębiorcy. Dlatego zamiast zaczynać z grubej rury, poproś mentora o jedno spotkanie i nakreśl jego cel: najlepiej konkretne wyzwanie, przed którym teraz stoisz. Przygotuj się. Musisz wiedzieć, o co chcesz zapytać, żeby mentor nie miał poczucia straconego czasu.

Rozpoczęcie współpracy “na miękko” da ci też możliwość łatwiejszego wycofania się z relacji, jeśli okaże się, że wybrany przez ciebie człowiek nie ma na przykład drygu do dzielenia się wiedzą. Są osoby, które lubią co prawda opowiadać o swoich dokonaniach, ale bardziej w celu usłyszenia swojej historii po raz kolejny niż podzielenia się z tobą doświadczeniem. Szanuj nie tylko czas mentora, ale też swój.

Po pierwszym spotkaniu powinieneś czuć się zainspirowany do działania, jeśli tak nie jest, może warto poszukać kogoś innego. Jeśli wiesz, że trafiłeś w dziesiątkę, jak najszybciej zrób follow-up: napisz e-mail lub sms z podziękowaniem i umów się na kolejne spotkanie. Dobrze umówić się na kolejne spotkanie, gdy już spróbujesz wdrożyć w życie którąś z rad. Ważne, żeby nakreślić cel kolejnego spotkania.

  1. Zaproponuj wartość dodaną
    Daj zanim dostaniesz. Pamiętaj: mentor cię nie potrzebuje. Nie ma też obowiązku cię uczyć. Nawet nie idź do niego, jeśli nie masz planu. Zazwyczaj ludzie przychodzą do ludzi sukcesu po pieniądze lub pracę. Uważaj, żeby nie pomyśleli, że jesteś jednym z nich – powtarza seryjny przedsiębiorca Dan Lok. Sam u swojego pierwszego mentora pracował przez rok za darmo, gdzie głównie obserwował jego pracę. 

Gary Vaynerchuk, gwiazda internetowego content marketingu, mówi jeszcze dobitniej: Jestem zdumiony nastawieniem ludzi. Chcesz od kogoś jego cennego czasu i energii, a zaczynasz rozmowę od “Hej, czy możesz mi to dać?”. To szaleństwo. Zastanów się, jaką wartość możesz mu zaoferować? Chcesz mieć mentora. Daj mu tyle, że będzie mu się opłacało nim zostać – mówi w jednym ze swoich filmów.    

  1.     Słuchaj
    Pamiętaj, że mentor będzie pełnił w twoim życiu rolę inną niż przyjaciel: nie będzie cię głaskał po głowie i powtarzał, że jesteś wspaniały. On powie ci prawdę prosto w oczy. Musisz mieć do niego wystarczająco duże zaufanie, żeby wierzyć, że mówi to nie po to, żeby cię zgnoić, tylko żebyś się rozwijał. Tym właśnie relacja z mentorem różni się od relacji z wrogiem: ufasz, że działa dla twojego dobra.

Żeby czerpać z mentoringu, trzeba nauczyć się słuchać. Bez obrażania się, tłumaczenia się z popełnionych błędów, czy chęci udowodnienia swoich racji. Szkoda na to czasu.

– Napisał do mnie dwa tygodnie po spotkaniu – mówi o swoim ulubionym uczniu Peter Sage, przedsiębiorca i mówca. – Przeczytałem książki, o których mi mówiłeś – pisał. Oto czego się nauczyłem… Tak to wdrażam, od tego czasu to i to się zmieniło. To zrobiło na mnie wrażenie – wspomina.

Dobre słuchanie musi przełożyć się na działanie. Zabawę w mentoring warto zacząć wtedy, jeśli jest się naprawdę gotowym coś zmienić.

  1. Nie oczekuj cudów
    Częsty błąd osób, które zaczynają przygodę z jako mentorowany polega na nierealnych oczekiwaniach i przerzucaniu odpowiedzialności za swoje działania na mentora. Mentoring to ciężka praca, głównie po twojej stronie. Mentor już swoją wykonał.

O jednym trzeba pamiętać: i w sporcie, i w biznesie odpowiedzialność za sukces spoczywa wyłącznie na tobie – podkreślał w rozmowie z HiCash Paweł Sieczkiewicz, dwukrotny Mistrz Polski w kickboxingu i prezes firmy Telemedi.co, uznany przez Forbesa za jednego z 30 najzdolniejszych Polaków przed trzydziestką.

Przeczytaj też Dlaczego sportowcy są świetni w biznesie

Jak wyjść poza schemat codzienności? Rozmowa z Bartoszem Filipem Majewskim:

 
Categories

Uff, jak gorąco! Wyparowuje również kasa, i to sporo

Żar leje się z nieba. Taka spiekota w mieście to piekło. W niedzielę trzeba będzie wybrać się nad zalew. Upał daje w kość, wyciąga z nas siły, dramatycznie obniża produktywność i wzbudza w nas nagłą chęć do wyjechania gdziekolwiek, gdzie będzie woda, cień i zimne drinki pod palmą.

Robimy wszystko, żeby nie przedawkować gorąca, bo to boli, zarówno na ciele, jak i na portfelu. Tak, tak, upał to realne koszty, które można przeliczyć na brzęczącą monetę. Ile właściwie kosztuje nas wszystkich ta absurdalna temperatura?

Zimne drinki w pracy

Czy wiecie o tym, że gdy pracujemy w gorące dni, ze strony pracodawcy przysługują nam dodatkowe prawa? Dla nas zysk, dla szefa koszt. Na przykład musi zapewnić pracownikom napoje. W przypadku pracy na otwartej przestrzeni, picie na koszt pracodawcy zaczyna się od plus 25 stopni, w biurze od plus 28. Na dodatek zimne napoje muszą być dostępne cały dzień, a nie tylko od 13 do 14:12. Zrobiłem kilka wyliczeń, których nie należy traktować zbyt poważnie.

W pierwszym kwartale tego roku GUS donosił, że w Polsce jest 13 112 000 pracowników najemnych. Założyłem optymistycznie, że aż połowa szefów zabezpiecza swoim pracownikom wodę. I z tej połowy, aż połowa kupuje wodę a nie sugeruje kranówkę. Policzyłem też, że w taki upał trzeba wypić przynajmniej jedną półtoralitrową butelkę na osobę. I wyszło mi, że przy tych karkołomnych założeniach, pracodawcy w skali kraju dziennie wydają na wodę butelkową 3 mln zł.

Klima, wiatrak, żaluzja i bumelka

To nie koniec naszych upałowych praw. Pracodawca musi chronić nas nie tylko przed odwodnieniem, ale i nadmiernym nasłonecznieniem. Żaluzje, rolety, malowanie szyb specjalną farbą to minimum. Szef może, chociaż nie musi, zainstalować nam klimatyzację albo postawić wiatraczek. Wyliczenia kosztów tych zabezpieczeń się nie podejmuję, ale sprawdzimy ile może kosztować egzekwowanie innego prawa – szybsze odesłanie pracowników do pracy albo ustanowienie przerw na czas najwyższych temperatur. I znowu, to nie obowiązek ale prawo, dlatego poczynimy karkołomne założenia.

Przyjmijmy, że czas największego terroru słonecznego nie przekracza u nas trzech godzin. Nieważne czy będzie to przerwa, czy wcześniejsze wyjście z pracy. Nikt nie wie, ile firm faktycznie decyduje się na takie rozwiązania, dlatego możemy przyjąć co chcemy. Uznam, że podczas największych upałów taka możliwość oferowana jest 20 proc. pracowników. Jeszcze tylko średnia pensja. Tym razem wezmę dane dotyczące zarobków w firmach do 10 osób, które dominują w naszej gospodarce. W roku 2017 średnia stawka godzinowa wyniosła w nich 11,60 zł netto. Z prostego mnożenia wynika, że przerwa albo wcześniejsze wyjście z pracy kosztuje nas dziennie 91,26 mln zł.

Koszty demograficzno-zdrowotne

Fale upałów powodują również koszty, których przeliczyć się nie da. Oprę się na badaniu przeprowadzonym w latach 1960-1990, według którego liczba zgonów wynikających z niewydolności układu krążenia związanych z wysoką temperaturą, wzrosła ze 100 do 550 na 100 tys. mieszkańców. Aktualnie udało się nam „zbić” tę wartość do 450 osób. Oznacza to, że rocznie z powodu upałów tracimy ponad 170 tys. osób. Kwoty nie do wyliczenia, bo jak wycenić koszt bólu po utracie bliskiego?

Możemy za to spróbować policzyć koszt wyjazdów karetek z powodu zasłabnięć i udarów. W Polsce jest obecnie 228 Szpitalnych Oddziałów Ratunkowych. Nie mam oczywiście dostępu do szczegółowych danych, ale z kawałków informacji odnalezionych w sieci wynika, że w upalne dni dzienna liczba wezwań z powodu temperatur rośnie o 150-200 zgłoszeń. Przyjmując odważne założenie, że karetka wyjeżdża tylko do co drugiego zgłoszenia, i że średni koszt wysłania karetki wzięty z oferty komercyjnej wynosi 300 złotych, dziennie kosztuje to nas 6,8 mln złotych.

Polskie sumienie – węgiel

3 maja 2018 roku padł kolejny rekord dziennego zużycia prądu. Zapotrzebowanie na energię w szczytowym momencie wyniosło 23 680 megawatów. Rekord odnotowano o godzinie 13:15. I oczywiście spodziewane są kolejne, bo pogoda nie odpuszcza. Gdzie tu koszty? Ano tak się składa, że wiele elektrowni jest chłodzonych wodą. Polska energetyka węglowa to największy wodożerca w Polsce, aż 70 proc. poboru wody przypada na nią. Pozostałe 30 proc. obsługuje pozostałe gałęzie przemysłu i nasze zużycie indywidualne. Średnia globalna dla energii pochodzącej z węgla to tylko 6,8 proc., pod tym względem jesteśmy absolutnym rekordzistą świata.

No i w upały robi się problem, bo z jednej strony obniża się poziom wody w rzekach i zbiornikach wodnych, z których czerpią ją elektrownie, a z drugiej bijemy rekordy zapotrzebowania na prąd. Jakby tego było mało, podczas upałów woda jest na tyle ciepła, że nie pozwala na chłodzenie bloków energetycznych. Spada więc ich wydajność i operator sieci może albo ograniczyć dostawy energii, albo dokupić prąd za granicą. To nie koniec nieszczęść, wysokie temperatury to wyższe straty energii na liniach przesyłowych, przy temperaturach powyżej 30 stopni, sięgają one nawet 30 proc.

Dwudziesty stopień zasilania

20 stopień zasilania, który mieliśmy ostatnio w 1989 roku, powtórzył się w 2015. Oznacza on, że duże zakłady produkcyjne dostają tylko tyle energii, żeby bezpiecznie wygasić produkcję i odesłać ludzi do domu. Nikt nie jest w stanie policzyć faktycznych strat dla gospodarki, ale operujemy tutaj na poziomie miliardów złotych. My, jako odbiorcy indywidualni mamy szczęście, że jest rok wyborczy i rząd nie pozwoli na podwyżki cen prądu. Ale poczekajmy jeszcze ze dwa lata i po tym czasie przeanalizujmy bacznie swoje rachunki.

Miejska ściana wody

Na koniec policzę coś mniej poważnego, czyli koszt kurtyn wodnych w Warszawie. Nie wiem, z jakich rozwiązań korzysta miasto, więc przyjąłem, że są to tradycyjne kurtyny strażackie. Jedna zużywa średnio 3 metry sześcienne wody na godzinę. Działają przez 8 godzin, jest ich w sumie 9. Dziennie kosztują nas tylko 2,5 tys. złotych.

Omówiłem tutaj tylko kilka przykładów wpływu pogody na nas i na gospodarkę. Ale już choćby z tych kilku pobieżnych i mocno zaokrąglonych wyliczeń widać, że upały to realny koszt liczony w brzęczącej monecie. Z przykrością stwierdzam, że koszty te ponosimy wyłącznie przeciwdziałając skutkom. Jeżeli nie zaczniemy łożyć na walkę z przyczynami, do końca tego wieku znajdziemy się w takiej sytuacji, że koszt wody dla pracowników będzie naszym najmniejszym zmartwieniem. No ale o społecznych i finansowych kosztach zmiany klimatu opowiem może przy innej okazji.

 
Categories

Nowy globalny gracz walczy o Indie: Ikea otwiera tu właśnie swój pierwszy sklep

Trudno w to uwierzyć, ale są miejsca na świecie, w których weekendowa wizyta w Ikei nie jest częścią stylu życia klasy średniej, a PÅHL czy FJÄLLBO to wciąż tylko dziwnie brzmiące słowa. To ma się zmienić. Obecna w 49 krajach Ikea właśnie otwiera swój pierwszy sklep w Indiach i dołącza do grona firm, które marzą o podbiciu serc klientów znad Gangesu.

Usytuowany w mieście Hyderabad w stanie Andhra Pradesh pierwszy indyjski sklep Ikei ma największą spośród wszystkich stołówkę. W menu nie znajdziemy jednak tradycyjnych szwedzkich klopsików zrobionych z wieprzowiny i wołowiny – surowo zabronionej w hinduizmie, religii wyznawanej przez 83 proc. populacji Indii.

Jedzenie to nie jest co prawda core business Ikei, ale na pewno umiarkowane sukcesy globalnych jedzeniowych gigantów na rynku indyjskim brzmią jak przestroga. Trudno mówić o imponujących wynikach choćby McDonalds’a, który w ogromnych Indiach po ponad dwudziestu latach inwestycji ma niewiele więcej restauracji niż w Polsce. Kokosów nie zarabia też KFC czy Domino’s Pizza.

W ciągu najbliższych siedmiu lat Ikea planuje wybudować w Indiach 25 sklepów – jeden będzie przypadał na 52 mln mieszkańców. Dla porównania: w Polsce na jeden sklep przypada 37,5 mln Polaków, a firma rozwija się u nas od 25 lat.

Indyjski rynek to dla nas marzenie” – przyznaje w rozmowie z BBC generalny zarządzający w Ikea, Jesper Brodin. Nic dziwnego, Indie to łakomy kąsek: 1,3 miliarda mieszkańców, umacniająca się gospodarka i korzystna demografia muszą rozpalać wyobraźnię wielu międzynarodowych marek.

Zarządzający największymi firmami świata wierzą, że z tworzącą się klasą średnią to właśnie Indie będą nową ziemią obiecaną, i że uda się powtórzyć tu gigantyczne sukcesy odniesione przez globalne marki w Chinach. Problem w tym, że Indie to nie do końca Chiny sprzed kilku lat. Podstawową różnicą są pieniądze, a raczej ich brak w portfelu przeciętnego mieszkańca.

Średnie PKB na mieszkańca wynosi tu wciąż 1700 dolarów, a zarobki 80 procent populacji plasują się poniżej tej kwoty.

“THE UNPRECEDENTED EXPANSION OF THE GLOBAL MIDDLE CLASS”, Global Economy Development Working Paper, luty 2017

Okazuje się, że siła nabywcza rodzącej się w Indiach klasy średniej jest znacznie mniejsza niż u jej chińskiego odpowiednika. Na hurraoptymistycznych założeniach co do liczby potencjalnych klientów przejechała się już w Indiach m.in. branża e-commerce. Intensywnie inwestował tu m.in. Amazon. Jeszcze kilka lat temu szacowano, że w Indiach można pozyskać setki milionów nowych klientów kupujących online.

W latach 2014 i 2015 branża e-commerce w Indiach rzeczywiście miała się świetnie – dynamika wzrostu przekraczała 100 proc. rok do roku. W 2016 coś jednak siadło i do tej pory się nie podniosło. Dziś ocenia się, że aktywnie w sieci kupuje jedynie 50 milionów Hindusów. Jak podaje The Economist, w 2017 roku wzrost na rynku indyjskim był porównywalny do tygodniowych wyników branży e-commerce notowanych w Chinach, czyli dramatycznie poniżej oczekiwań.

Mieszkańcy Indii co prawda kochają internet, ale rzadko są skłonni wydawać w nim pieniądze. Wie to Facebook, dla którego Indie są największym rynkiem pod względem osób korzystających z serwisu, za to najgorszym pod względem przychodu w przeliczeniu na użytkownika. W wyliczeniach różnych branż przewija się liczba 50 mln klientów, którzy są w stanie obecnie płacić za usługi i produkty globalnych marek. I pomimo ogromnych apetytów firm, nielicznym udaje się przekroczyć ten pułap.

Analitycy rynku powiedzieliby, że klient w Indiach jest “wrażliwy na cenę”, a mówiąc wprost: każdą rupię ogląda trzy razy. Czy w społeczeństwie indyjskim rzeczywiście drzemie ogromny potencjał nabywczy? Z pewnością, ale marki zapominają, że budzi się on z fazy bardzo długiego snu wspieranego przez panującą tu od stuleci kulturę kast. Przepaść dzieląca nieliczną grupę bogaczy od ubóstwa niższych kast jest tu głęboko zakorzeniona i wspierana przez model tradycyjnego indyjskiego społeczeństwa. Zasypanie jej i zbudowanie mostu w postaci prawdziwej klasy średniej może potrwać nieco dłużej niż kilka lat.

 

 
Categories

Podatek od nieślubnego dziecka

Pomysł powrotu do podatku „bykowego” rzucony żartem przez wiceministra infrastruktury i rozwoju Artura Sobonia w rozmowie z “Faktem” przywołał nienową ideę opodatkowania singli. Pod tą nazwą funkcjonowało w Polsce kilka świadczeń fiskalnych, których koncepcja może dzisiaj dziwić.

Minister Soboń wspomniał o bykowym, czyli o podwyższonym podatku dochodowym płaconym przez panny i kawalerów w latach 1946-1973. Krytycznym było przekroczenie 21 (a od 1956 r. – 25) roku życia. Po urodzinach pracodawca potrącał z pensji świadczenie na rzecz budżetu państwa.

Sięgając jednak do Encyklopedii Staropolskiej Zygmunta Glogera, możemy dowiedzieć się, że bykowym określano w XVI wieku najpierw opłatę za pokrycie krowy na rozród, a pod koniec stulecia rodzaj grzywny za spłodzenie nieślubnego dziecka. Płacił zarówno mężczyzna, jak i opiekunowie ciężarnej dziewczyny (jej rodzice lub właściciele majątku w którym służyła).

Zwyczaj ten prawdopodobnie wymarł w drugiej połowie XIX wieku wraz ze zniesieniem ostatnich powinności chłopów względem dworu. Musiał jednak zapisać się w pamięci, skoro przezwano tak podatek wprowadzony przez komunistów w 1946 r.