Jeśli chodzi o biznes sezonowy, szkoły są dwie. To może być pewny strzał. Coś, na czym nie da się nie zarobić. Jak tylko trafisz w niszę, po trzech miesiącach będziesz pławił się w hajsie, prestiżu i luksusie. Zbyt dużo huraoptymizmu? Więc urealnijmy to. Biznes sezonowy to ciężka praca, jeszcze ciężej zarobione pieniądze, nierzadko kończymy pod kreską. Ta wersja jest bliższa prawdzie, postaramy się wyjaśnić dlaczego.

Kalendarz nam sprzyja, dzięki niemu mamy okazję do robienia biznesu sezonowego przez cały rok, trzeba się tylko sprytnie na bieżąco przebranżawiać.

Cztery pory roku
Zimą mamy handel używanym sprzętem sportowym (narty, deski, wiązania, kijki etc.) i serwis. Do tego bogactwo towarów związanych ze świętami Bożego Narodzenia, tutaj dobór asortymentu pozostawiam waszej niczym nieskrępowanej wyobraźni.

Na wiosnę chowamy narty na zaplecze i wystawiamy rowery. Co ciekawe, możemy mieć w sklepiku na ekspozycji po sztuce każdego oferowanego modelu,a bieżące zamówienia realizować z magazynów importerów, odpada nam niebagatelny koszt wynajmowania ekstra powierzchni.

Lato to czas kompletnego szaleństwa. Możemy handlować praktycznie wszystkim, ludzie są tak rozluźnieni ładną pogodą, że kupią od nas nawet piasek nad morzem, byle ładnie opakowany. Lista pomysłów jest obszerna: możemy wypożyczać albo sprzedawać hamaki, meble ogrodowe, leżaki plażowe, duże parasole, materace, parawany, koce, karimaty, grille jednorazowe, podpałki, gotowe mięso na grilla, lody, gofry. Możemy otworzyć plażowe SPA – masaż oraz manipedi wymagają od nas tylko znajomości tematu.

Jesienią, gdy młodzież wraca do szkół, otwiera się przed nami świat piórników. Na kilka dni listopadowych możemy dotowarować się zniczami.

Z zupełnie innej beczki
Przy szczególnych okazjach możemy wstawić do wiaderka kilka bukietów ciętych kwiatów. Dni, w których połowa Polaków je kupuje mamy sporo: dzień kobiet, matki, walentynki, zakończenie roku szkolnego czy popularne imieniny.

W związku z wzrastającym patriotyzmem Polaków, możemy zaopatrzyć się w odpowiednio patriotyczną odzież, flagi, proporczyki, nakładki na lusterka samochodów i czapeczki. Okazji też mamy kilka: 1/3 maja, 1 sierpnia, 11 listopada i wszystkie mecze piłkarskiej reprezentacji narodowej rozgrywane w Polsce oraz podczas mistrzostw świata, Europy i spotkań eliminacyjnych.

No i na koniec marzenie połowy mężczyzn – własny lokal na plaży. Do tego pomysłu wrócę w dalszej części tekstu, gdy oddam głos człowiekowi, który na sezonowych lokalach zjadł zęby i zarobił trochę pieniędzy. Tymczasem zaś wróćmy do spraw przyziemnych.

Papierologia urzędowa
Jeżeli chcemy działać legalnie, taka działalność jest trochę bardziej skomplikowana niż „włożę do plecaka dwadzieścia opakowań kremu do opalania, zgrzewkę wody i pojemnik lodów, i zacznę handlować”.

Nie polecam prowadzenia tego typu biznesu bez działalności gospodarczej i odpowiednich pozwoleń tam, gdzie to jest wymagane. Brak wpisu do Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej (CEIDG) grozi grzywną albo więzieniem. Zlekceważenie takich nudnych tematów, jak prowadzenie ewidencji sprzedaży, rejestrów VAT, dokumentacji związanej z kasą fiskalną albo niewystawianie faktur/rachunków, grozi nam wysoką grzywną. Do więzienia za nielegal trafić trudno, ale za niedopatrzenie którejś z wyżej wymienionych formalności zapłacimy mandaty.

Dla przykładu, jeżeli nie będziemy prowadzić ewidencji sprzedaży i ewidencji księgowej, US samodzielnie oszacuje nasze dochody i kwotę należnego podatku. Nie łudźcie się, że ten szacunek będzie dla was łaskawy.

Warto pamiętać, że skarbówka bardzo chętnie kontroluje biznesy sezonowe, zwłaszcza te prowadzone w miejscowościach turystycznych. I nigdy nie możemy być pewni, czy ta miła pani, która kupiła od nas wisiorek z bursztynu nie jest przypadkiem Tajemniczym Klientem, tyle że z Urzędu Skarbowego.

To wszystko kosztuje
Nie zapominajmy również o początkowym wkładzie własnym. Potencjalnie najintratniejsze biznesy mają dość wysokie progi wejścia dla indywidualnego przedsiębiorcy. Próg wejścia oznacza bariery, które musimy pokonać. Czyli założyliśmy działalność, mamy wszystkie niezbędne kwity i księgową, która nam to ogarnie i teraz musimy zainwestować żywą gotówkę.

Używana maszyna do lodów? Znalazłem taką o wydajności 20 litrów na godzinę za 4,5 tys. złotych. Może gofry? Mam gofrownicę za 450 złotych, ale żeby nasz handel miał sens i szedł sprawnie, będziemy potrzebować ich trochę więcej. Może kręcenie waty cukrowej? Używka za 400 złotych jest do wzięcia na allegro. Albo kombinacja wata + popcorn? Już za 2 tysiące złotych mamy ładny, nowy komplecik. I na razie mówię o tanich rzeczach, bo foodtruck albo cokolwiek bardziej skomplikowanego to wydatek rzędu kilkunastu tysięcy złotych.

Do tego dochodzą koszty materiału do wyrobu naszych pyszności, niezbędne papiery i pozwolenia z Sanepidu (co też kosztuje) oraz opłaty za zajęcie kawałka terenu (jeżeli chcemy działać legalnie, do czego gorąco namawiam). Teraz możemy zacząć liczyć koszt jednej porcji i estymować naszą sprzedaż tak, żeby się to nam opłaciło. Niby nic skomplikowanego, ale żeby na koniec nie okazało się, że nikt nie jest zainteresowany porcją lodów za dychę.

Temat od kuchni
Do tej pory mówiłem o kwestiach papierologicznych i finansowych. Prowadzenie własnego biznesu sezonowego wiąże się jednak z innymi aspektami, które są pomijane, lekceważone albo w ogóle niezauważane.

Pozwolę sobie oddać głos gościowi jednemu z naszych programów HiCash Week. Przemysław Dziubłowski to współzałożyciel Cudu nad Wisłą, który zmienił brzeg rzeki i udowodnił, że da się tam robić rzeczy, które nie skończą się kompletną patologią i masowymi protestami mieszkańców.

Na lokal trzeba mieć pomysł od A do Z. Potrzebujemy ściśle określonego profilu naszej działalności. Chyba najistotniejsza, jeżeli chodzi o usługi, jest mocna specjalizacja. Dlatego trzeba starannie wyznaczyć grupę do której chcemy przemówić. Dobrze, jeżeli będziemy docierać do ludzi podobnych do nas samych, bo wtedy czujemy, czy to co robimy jest wiarygodne. No i musimy to lubić, gdyż praca w miejscu, które jest niezgodne z naszą naturą to męka.” – tłumaczy Dziubłowski.

Dużym wyzwaniem jest pogoda. Ona będzie determinować nasze decyzje dotyczące dodatkowych atrakcji. Jeżeli chcemy robić koncerty niebiletowane, musimy mieć plan awaryjny na wypadek burzy. Program, który tworzymy dokoła miejsca musi być spójny, bo mocno buduje jego tożsamość.

Bardzo istotna jest powtarzalność rzeczy, które realizujemy. Klient musi wiedzieć do czego wraca. Jeżeli w poniedziałek mamy stand up albo komediowe improwizacje, nie możemy przerzucać ich w następnym tygodniu na czwartek, a jeszcze w kolejnym na wtorek. Jeżeli gramy koncerty w piątek i sobotę, to niech to będzie piątek i sobota przez cały sezon. Zaskoczony i zdezorientowany klient, który myślał, że dzisiaj będą śmieszki a trafił na koncert jazzowy, nie będzie szczęśliwy.

Musimy pamiętać, że jeżeli otwieramy działalność sezonową i rekrutujemy ludzi, to nasza ekipa będzie tymczasowa. Przyjdą do nas zarobić, a jak zarobią odejdą gdzie indziej albo pojadą na Open’era. Dlatego trzeba poświęcić dużo uwagi podczas rekrutacji. A potem pilnować biznesu.

Od pewnej skali działania musimy zatroszczyć się o bezpieczeństwo naszych gości. Klient, który wie, że jest pod dobrą opieką, będzie do nas wracał.

A teraz książeczka czekowa do ręki i do dzieła.