Mówienie o szczęściu w biznesie stało się niepopularne, bo każdy dziś chce być zwycięzcą i wszystko zawdzięczać sobie. Iluzję podsycają ci, którzy sukces już odnieśli i chcą nam sprzedać receptę na niego w formie prostej niczym przepis na pomidorową. Tymczasem naukowcy przekonują, że oprócz naszej osobistej motywacji, naszego “chcenia”,  istnieje też rzeczywistość, której sporą częścią rządzi przypadek.

 

Co jest największym czynnikiem sukcesu firm i ludzi? “Timing” – odpowiadają doświadczeni przedsiębiorcy, czyli po polsku: bycie w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Tylko co to znaczy? Kiedy jest ten właściwy czas? Czy przypadkiem pod terminem “timing” nie ukryliśmy zwykłego szczęścia, które jest zupełnie poza sferą naszego wpływu? Może bardzo boimy się tego, że wbrew temu, co wkładają nam do głowy mówcy motywacyjni, tak naprawdę bardzo dużo rzeczy jest poza naszym wpływem?

“10 nawyków ludzi sukcesu”, “7 rzeczy, których nie robią milionerzy” – takie tytuły to dzisiaj w internecie murowane clickbaity. Klikamy, bo gdzieś po cichu wierzymy, że jeśli będziemy jeść, czytać i robić to co Bill Gates, to zostaniemy Billem Gatesem.

W odpowiedzi spore grono naukowców każe nam się puknąć w czoło. I, tak jak Robert Frank, profesor ekonomii na Uniwersytecie Cromwell, mówią że o sukcesie decyduje również przypadek, czyli szczególny zbieg okoliczności zewnętrznych, niezależnych od talentu, predyspozycji i ciężkiej pracy.

Frank udowadnia to matematycznie. Podaje m.in. przykład dwóch grup składających się ze 100 tys. sportowców o różnych predyspozycjach i umiejętnościach  – w jednej o zwycięstwie decydują wyłącznie one, w drugiej dwa procent czynników decydujących o zwycięstwie stanowi szczęście losowo rozłożone pomiędzy sportowców. Co się okazuje? W pierwszej grupie wygrywają najlepsi, w drugiej wygrywają osoby, które miały po prostu więcej szczęścia.

Cyborgi na ścieżce sukcesu
Spragnieni sukcesu, robimy wszystko, żeby jak najwcześniej zacząć go kontrolować. Niedouczone dzieci, źle prowadzone firmy i kompletny brak zrozumienia samych siebie – takie efekty zdaniem Annie Murphy Paul, autorki książki “The Cult of Personality Testing”, osiągamy nadmiernie ufając coraz popularniejszym testom predyspozycji. W założeniu mają nam one pomóc rozpoznać nasze mocne strony i  rozwijać się w tych dziedzinach, w których mamy szansę na sukces , ale zdaniem autorki  dzieje się coś zupełnie odwrotnego.

Miliony ludzi na świecie na podstawie przeprowadzanych w dzieciństwie testów predyspozycji podejmuje (zwykle przy udziale rodziców) decyzje o wyborze ścieżki edukacji i kariery. Annie Murphy Paul uczula jednak, że testy te nie uwzględniają natury człowieka, która przede wszystkim jest zmienna w czasie i  miejscu oraz targana sprzecznymi motywacjami. Zbyt wcześnie wprowadzając dzieci na wąską ścieżkę rozwoju, nie programujemy ich sukcesu, tylko zwyczajnie je ograniczamy.

Zamiast zwycięzców wychowujemy frustratów, którym nie dane będzie właściwe ludziom błądzenie i radość dochodzenia do celów metodą własnych prób i błędów.

Piekło benchmarków
Jeśli ludzie sukcesu nie są zaprogramowanymi na sukces maszynami, to może są czarnymi łabędziami, które nieoczekiwanie pojawiają się nie wiadomo kiedy i nie wiadomo gdzie? O niedocenianym wpływie niewiadomych pisze Nassim Nicholas Taleb w swojej pasjonującej książce “Czarny Łabędź. O skutkach nieprzewidywalnych zdarzeń”.

Taleb to były broker opcji, który rynek finansowy zna od podszewki. Twierdzi, że takich nieoczekiwanych zdarzeń jest na nim więcej niż spece od finansów chcieliby przyznać. I że z niezrozumiałym uporem stale je ignorujemy, nie mogąc się pogodzić z tym, że zarówno rynkiem, jak i życiem, kieruje głównie losowość. Wciąż ufamy tylko swoim obserwacjom, a więc temu co znamy. Idąc tą logiką: im mamy więcej danych o życiu Steve’a Jobsa, tym bardziej ufamy, że możemy jego sukces powtórzyć. Pomijamy przy tym wszystkie inne możliwe ścieżki osiągnięcia sukcesu tylko dlatego, że nie mamy dla nich odpowiednich “benchmarków”.

Autor “Czarnego Łabędzia” zauważył jeszcze jedną interesującą prawidłowość: gdy już wydarzy się coś, czego zupełnie nie przewidywaliśmy, mamy tendencję do racjonalizowania przeszłości. Nagle wydaje nam się, że właśnie coś takiego przeczuwaliśmy lub że do tego niezwykłego celu doprowadziła nas sekwencja działań składająca się na jasny przyczynowo-skutkowy ciąg. Może właśnie podobną iluzję próbują nam sprzedać mówcy motywacyjni, którzy chcą nas nauczyć, jak  powinniśmy żyć, żeby osiągnąć sukces?

Zwycięzco, jest nadzieja
Trochę to jednak smutne, że nasze życie w tak dużym stopniu targane jest różnymi nieprzewidywalnymi zdarzeniami i zależne od enigmatycznego szczęścia. Czy możemy coś z tym wszystkim zrobić?  Czy to znaczy, że możemy po prostu leżeć na kanapie i czekać aż się nam sukces przydarzy? Nie do końca.

Nikt nie twierdzi, że życiem kieruje wyłącznie przypadek. Psychologowie donoszą, że jednym z najważniejszych aspektów rozwoju osobistego jest zrozumienie tego, na co ma się rzeczywisty wpływ, a na co nie. Wtedy możemy naprawdę skupić się na pracy, która ma sens i odrzucić wszelkie omnipotentne sny o wielkości oparte o nasze fantazje  i oczekiwania co do rzeczy, na które wpływu nie mamy. One przyniosą nam jedynie frustrację i rozgoryczenie. To tak jakby Adam Małysz, będąc w szczytowej formie wierzył, że umie jeszcze zaklinać wiatr. Czy skakałby równie dobrze, gdyby jego uwaga skupiała się nie tylko na technicznych aspektach skoku, ale też na “kontrolowaniu” wiatru?

Na pewno nie zaszkodzi nam wczesne wstawanie, zdrowe odżywianie czy samodyscyplina. Dopóki nie uwierzymy, że właśnie dzięki temu wszyscy jak jeden mąż staniemy się zwycięzcami-milionerami.