Uber przypomina klasowego kujona. Każdy chętnie spisuje od niego prace domowe, ale tak naprawdę nikt go nie lubi. Świadomi tego dysonansu są właściciele marki, którzy dwoją się i troją, aby zadowolić klientów, ugłaskać korporacje taksówkowe oraz nie wkurzyć rządów i regulatorów.

Szefowie firmy z San Francisco już w ubiegłym roku zadbali o to, abyśmy lepiej poznali naszego kierowcę. Przy zamówieniu przejazdu w aplikacji wyświetla się okienko czatu, za pomocą którego możemy pokonwersować z naszym kierowcą zanim przyjedzie. Brzmi trochę jak trolling, bo kto normalny wpadłby na to, żeby kierowca klikał na czacie i jednocześnie manewrował autem?

Kolejna, krocząca metamorfoza Ubera dzieje się trochę pod przymusem. Trybunał Sprawiedliwości UE uznał, że usługa kontaktująca pasażera z kierowcą jest usługą transportową. W ten sposób Uber jest o krok bliżej do stania normalną taksówką. Z naszego punktu widzenia nie ma to sensu, bo zapłacimy więcej. Fiskus każe bowiem montować w samochodach kasy fiskalne, mimo że płatności elektronicznych na kasę nabijać nie trzeba. To pokazuje, że rewolucja technologiczna w zakresie transportu pozostaje enigmą dla ustawodawców.

Jednak polskich użytkowników, przywiązanych do płatności gotówką, ta decyzja może zadowolić.
Z mojego punktu widzenia wygląda to tak: żeby nie musieć płacić taksówkarzom odliczonej kwoty, wyczekiwaliśmy możliwości płacenia kartą. Teraz możemy nawet tej cholernej karty nie mieć przy sobie a i tak wrócimy do domu. Tyle, że większość klientów chce mieć możliwość zapłacenia gotówką. Zupełnie nie wiem po co, skoro do zamawiania Ubera używa się aplikacji z podpiętą kartą. Zrozumienie rodaków przychodzi mi ostatnio z coraz większym trudem.

W Polsce zaczyna się kiepska moim zdaniem transformacja. Na szczęście ostatnie doniesienia z USA są bardzo interesujące i wlewają odrobinę światła w moje serce. Uber kupił od Volvo 24 tys. autonomicznych pojazdów. Pierwsza partia wyjedzie w trasy już w 2019 roku, druga w 2021. Samochody Volvo nie są w pełni samodzielne, mają na pokładzie asystenta bezpieczeństwa, który w każdej chwili może przejąć kontrolę nad wozem.

Polska ratyfikowała konwencję wiedeńską o ruchu drogowym, dlatego samochody półautomatyczne mogą jeździć po naszych drogach. Wypatruję Volvo-Ubera z niecierpliwością. Natomiast dużo większy ból głowy przyniesie legislatorom europejskim i krajowym dopuszczenie do ruchu wozów w pełni automatycznych.

Prace nad taką zmianą konwencji już trwają i najeżone są niezliczonymi trudnościami. Czekam na przykład w jaki sposób UE podejdzie do kwestii sztucznych inteligencji (AI), które będą kierować takimi samochodami. Czy za ewentualny wypadek będzie karany kierowca, który nie mógł przecież nic zrobić (samochody w pełni autonomiczne nie mają co do zasady kierownicy i pedałów)? Chyba nie. Może więc producent pojazdu? Ale wtedy trzeba będzie udowodnić, że wypadek został spowodowany przez awarię systemu hamulcowego a nie błędną decyzję AI. W takim układzie nie pozostaje nic innego, jak przenieść odpowiedzialność na producenta sterowania takim pojazdem.

A może coś jeszcze innego. Przy odpowiednim poziomie zaawansowania AI nie będzie się jakoś bardzo różnić od człowieka. Pierwszy proces People vs Atrificial Intelligence ma gwarantowaną oglądalność na poziomie 4 mld widzów.

A co to wszystko oznacza dla nas? Nie na pewności, co dokładnie wymyśli Parlament UE, ale jestem przekonany, że starcie ich sposobu myślenia z takim zagadnieniem jak w pełni autonomiczny samochód przyniesie nam mnóstwo zabawy. Już się cieszę.