Categories

GetBack, czyli misseling, manipulacja informacjami i spadające noże w jednym

Ponad 9 tys. Kowalskich może posiadać obligacje tytułowej spółki o łącznej wartości sięgającej 2,59 mld zł. Część z nich od kilku tygodni raczej się nie wysypia, bo są powody, by sądzić, że spółka swoich długów nie odda. O sprawie robi się coraz głośniej i pojawiają się coraz to nowe wątki. Niewykluczone, że na naszych oczach znów wyrasta coś na kształt “bursztynowego złota”.

 

Zanim przejdziemy do wałów, misselingu, manipulacji informacjami i spadających noży, pozwólcie, że krótko opiszę czym zajmuje się GetBack i jak to się stało, że jeszcze kilka miesięcy temu był gwiazdą na parkiecie GPW, a teraz wszyscy uczestnicy polskiego rynku kapitałowego woleliby, żeby to był tylko zły sen. Otóż GetBack to spółka windykacyjna, czyli w uproszczeniu – kupuje cudze długi za określoną część ich nominalnej wartości, a potem sama próbuje je odzyskać. Od razu zaznaczmy, że to już nie są czasy, gdy odzyskiwanie oznaczało nachodzenie, pogróżki, a czasem coś gorszego, tylko raczej są to metody mediacyjne lub droga sądowa. Większość wierzytelności w portfelach GetBacku pochodzi z sektora bankowego. Na drugim miejscu są roszczenia ze spółek telekomunikacyjnych, a wierzytelności od firm pożyczkowych, czyli prawdopodobnie najgorszy sort długu, to ułamek biznesu. Firma działa od 2012 r. i trzeba przyznać, że rosła jak na drożdżach.

W latach 2014-2016 roczny przychód wzrósł z 107,5 mln zł do 422,7 mln zł, a zysk netto z 44,3 mln zł do 200,3 mln zł. Spółka dynamicznie zwiększała zakres swojej działalności o czym najlepiej świadczy fakt, że nominalna wartość zakupionych przez nią długów wynosiła w 2014 r. 5,3 mld zł, a trzy lata później już 19 mld zł. Co istotne, by mieć pieniądze na kupowanie obcych długów GetBack sam emitował dług w postaci obligacji. Brzmi to trochę dziwnie, ale to całkiem normalne, że na potrzeby prowadzonego biznesu, jaki by on nie był, trzeba się zadłużać. Zgodnie z danymi KNF łączna wartość obligacji GetBacku, zarówno z ofert publicznych jak i prywatnych, sięga 2,59 mld zł. Dodajmy, że w międzyczasie, spółka zadebiutowała na warszawskiej giełdzie, emitując 20 mln  nowych akcji, za które dostała 370 mln zł od 4 tys. inwestorów. Jak widać, grube pieniądze przelewały się przez windykacyjną spółkę. I to wszystko do niedawna wydawało się działać niemal jak szwajcarski zegarek. Według ostatniego dostępnego raportu na stronie GetBack (za 3 kwartał 2017 r.), spółka zarobiła na czysto od stycznia do września 2017 r. 181 mln zł, a więc była blisko poprawy rocznego wyniku z 2016 r.

Piękniej być nie może
Swoim urokiem GetBack uwiódł wszystkich. W kwietniu 2017 r. spółka złożyła prospekt emisyjny w KNF, w połowie czerwca był już zatwierdzony (średnio trwa to 118 dni), a w lipcu firma była już na parkiecie. Analitycy biur maklerskich od razu zabrali się za wydawanie pozytywnych rekomendacji. Przykładowo: Vestor DM dawał “akumuluj”, a Haitong Bank i DM mBanku “kupuj”. W ciągu dwóch miesięcy od IPO papiery podrożały o 50 proc. W akcje spółki zapakowali się nie tylko drobni inwestorzy, ale także sporo instytucji. Nie licząc głównego udziałowca – funduszu Abris, są w akcjonariacie m. in. OFE Nationale-Nederlanden, JP Morgan Asset Management, a także OFE MetLife. Pozytywne oceny wystawiały też spółce agencje raitingowe. Jeszcze w lutym tego roku S&P Global Ratings podwyższyła perspektywę ratingu GetBack do “pozytywnej” ze “stabilnej”.

Jak świeże bułeczki rozchodziły się także obligacje GetBacku. Sprzedawały je duże instytucje finansowe. Sporą aktywność na tym polu wykazywały m. in. Lion’s Bank, Idea Bank, Bank Handlowy i Alior. Papiery oferowały też m.in. DM PKO BP, Haitong Bank, Polski Dom Maklerski i Michael/Ström.

Oferta wydawała się atrakcyjna – oprocentowanie średnio 5 proc. lub wyższe w zależności od parametrów obligacji, a emitent to spółka giełdowa, nadzorowana przez KNF, z pozytywnymi rekomendacjami biur maklerskich i agencji ratingowych. W porównaniu z lokatą na 2 proc. taka oferta naprawdę mogła wydawać się atrakcyjna. W tym kontekście nie dziwi fakt, że opchnięto tych papierów łącznie za prawie 2,6 mld zł. Mało kto na całym rynku wyrażał zaniepokojenie, że firma nadmiernie się zadłuża w relacji do skali swojej działalności. Być może kojąco działał fakt, że lider rynku Kruk od lat działa bardzo dobrze, a na jego akcjach inwestorzy zarabiali krocie (w sześć lat walory podrożały z 40 zł do 350 zł). Albo gorsza wersja – wizja łatwego i niemałego zysku z  papierów dłużnych skutecznie uśpiła analityczną czujność. Trudno jednoznacznie ocenić. Problem w tym, że działający bardzo efektywnie, a może raczej efektownie mechanizm nagle się zaciął, a być może wręcz zatarł..

A miało być tak pięknie
Pierwszy poważny zgrzyt pojawił się na początku marca 2018 r., gdy GetBack podał informację, że zamierza przeprowadzić kolejną emisję akcji (w dwóch transzach, 20 mln i 50 mln akcji) i zebrać z rynku aż 1 mld zł. Pieniądze te miały zostać przeznaczone na obniżenie wskaźników zadłużenia oraz na inwestycje w nowe portfele wierzytelności. Zapotrzebowanie na tak ogromną kwotę musiało wywołać niepokój inwestorów, czego najlepszym odzwierciedleniem był spadek kursu akcji spółki. Tylko w marcu przecena wyniosła 53 proc., a wykres zaczął przypominać “spadający nóż”.

– Jesteśmy jedyną firmą z branży, która ma międzynarodowe ratingi. One mówią wprost: jesteśmy najlepszą firmą, jeżeli chodzi o płynność. Dzisiaj mamy kolejkę inwestorów, którzy chcą nam pożyczać pieniądze. Nie ma żadnego problemu z płynnością. To, co musimy zrobić, to strategicznie firmę ustabilizować, aby jej akcje kosztowały nie 12, 18 czy 20 zł, ale by były warte ponad 40 zł – zapewniał wówczas w mediach prezes spółki Konrad Kąkolewski. Zainteresowanie kupnem tych akcji wyraziły ponoć m. in. trzy firmy inwestycyjne z Izraela, a także dotychczasowy, główny udziałowiec Abris. Te informacje trochę tonowały nastroje i sprawiały, że notowania akcji chwilowo zwyżkowały. Optymizm był jednak krótkotrwały. Na marcowym walnym zgromadzeniu akcjonariuszy okazało się, że jeden z potencjalnych inwestorów zagranicznych przerwał rozmowy z GetBackiem i przegłosowano, że na razie dojdzie tylko do emisji pierwszej transzy (głosowanie nad drugą transzą zostało przełożone). Co ciekawe, mimo całej tej burzy agencje ratingowe cały czas utrzymywały relatywnie dobre oceny dla spółki, pozytywnie oceniając plany nowej emisji akcji.

Na początku kwietnia pojawia się jednak kolejny, niepokojący zgrzyt. Notowane na GPW Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych Quercus, które miało w swoich funduszach obligacje GetBacku za 80,5 mln zł, postanowiło je wykupić – w połowie za pieniądze spółki, w połowie za własne pieniędze szefa Sebastiana Buczka, zdejmując tym samym ryzyko z klientów funduszy i przerzucając je na akcjonariuszy. Buczek to jeden z autorytetów na polskim rynku kapitałowym, więc jego ruch musiał wzbudzać kolejne wątpliwości dotyczące kondycji spółki. Zwłaszcza, że na łamach Pulsu Biznesu sugerował, że spółka potrzebuje 200 mln zł szybkiego dofinansowania i powinna obniżyć oprocentowanie swoich obligacji.

– Jego porady odbieram trochę jako końskie zaloty, abyśmy objęli współpracą również Quercus TFI. Jestem otwarty na te zaloty, tylko niech Sebastian Buczek zmieni metody. Dajemy mu bardzo dobre warunki na obligacjach i są one wykupowane w terminie – ripostował Kąkolewski podczas spotkania z dziennikarzami. Podkreślano cały czas, że model działania firmy jest właściwy i dementowano informacje, że potrzeba natychmiastowego zastrzyku gotówki. Chyba coraz więcej osób nabierało wątpliwości, bo krajowe domy maklerskie rakiem zaczęły wycofywać się ze swoich pozytywnych rekomendacji i wysokich cen docelowych dla papierów windykacyjnej firmy. Wydawanie rekomendacji zawiesił m. in. Vestor DM.

Kolejna petarda pojawia się w poniedziałek rano 16 kwietnia. GetBack podał oficjalny komunikat, w którym twierdził, że wynegocjował z Polskim Funduszem Rozwoju i bankiem PKO BP finansowanie o charakterze kredytowo-inwestycyjnym w wysokości 250 mln zł. Kilka dni wcześniej nie były potrzebne żadne pieniądze, a nagle pojawia się informacja, że polskie instytucje wyłożą kasę na stół. Szkopuł w tym, że kilka godzin później i PFR i PKO BP zdementowały te informacje. Mało tego PFR poinformował, że zawiadomi niezwłocznie Komisję Nadzoru Finansowego o potencjalnym ryzyku manipulacji kursem akcji GetBack poprzez rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji na temat udziału PFR w negocjacjach. Do tego bonus – Quercus TFI poinformował w tym samym czasie, że zarząd GetBack zwrócił się z prośbą do firmy o przesunięcie terminu wykupu obligacji z 13 na 18 kwietnia (chodziło o papiery o wartości 10 mln zł).

Notowaniami akcji na GPW i obligacji na Catalyst bujało tak mocno, że giełda zawiesiła obrót i do dziś nie odwiesiła.

Po rewelacjach z PFR i PKO BP rada nadzorcza odwołała Kąkolewskiego ze stanowiska prezesa, a jej przewodniczący – Kenneth William Maynard z rozbrajającą szczerością stwierdził, że potrzebuje kilku tygodni, by zapoznać się z sytuacją spółki. Pod koniec kwietnia, z komunikatu KNF dowiadujemy się, że łączna wartość nominalna niewykupionych w terminie obligacji GetBacku (stan na 25 kwietnia) wynosi 88,26 mln zł. Ponadto łączna wartość niewypłaconych w terminie odsetek sięgała 3,32 mln zł. W relacji do całej wartości wyemitowanych obligacji (prawie 2,6 mld zł) to wciąż niewiele, ale po takiej burzy, jaka przeszła przez te spółkę słuszne są obawy, że może dojść do upadłości, a obligatariusze nie odzyskają swoich pieniędzy.

Kowalskiemu zawsze wiatr w oczy
Jest maj 2018 r., notowania akcji i obligacji GetBack wciąż są zawieszone, w prokuraturze trwa postępowanie, spółka przesunęła publikacje raportu rocznego, a Kąkolewski i Abris grożą sobie nawzajem sądem. W międzyczasie okazuje się, że spółka zataiła fakt, że część emitowanych przez nią obligacji miała opcję wcześniejszego wykupu, tzn. obligatariusz mógł przed terminem zapadalności zwrócić się do firmy o zwrot pieniędzy. To oznacza, że zadłużenie raportowane jako długoterminowe wcale długotermionwym nie było. A im krótsza realna zapadalność, tym trudniej obsługiwać taki dług.

Nie wiadomo ile takich trupów jeszcze wypadnie z tej szafy, ale 9000 Kowalskich na pewno nie jest do śmiechu. Z ich relacji na forach i w mediach dowiadujemy się, że obligacje były im sprzedawane, jako bezpieczne aktywa, pewne tak, jak bankowy depozyt. Z niektórych wpisów wynika, że sprzedawcy wciskali Kowalskim papiery zapewniając ich o bezpieczeństwie inwestycji, zupełnie nie zważając na stan wiedzy nabywcy i jego profil ryzyka.

Nie wiem, jak wam, ale mnie to przypomina scenę z filmu “Big Short”, jak dwóch nażelowanych gugusiów przechwala się głównemu bohaterowi, ilu to osobom wcisnęli hipoteki. Za sprzedaż obligacji sprzedawca dostawał zapewne niemałą prowizję, więc zależało mu na wolumenie. Jeśli kwestie missellingu zostaną niektórym instytucjom udowodnione, to można się spodziewać zbiorowych pozwów. Przypominam bowiem, że nie mówimy tutaj o milionach, ale o miliardach.

Kluczowe pozostaje pytanie, kto jest winny całej tej finansowej farsie? Oczywiście, w sieci pojawiły się już teorie spiskowe, że wszystko było zaplanowane i jest to klasyczna piramida finansowa. Trudno mi sobie to wyobrazić, by ktoś skoordynował tak duży wał i wciągnął w to ogromną część uczestników polskiego rynku kapitałowego, od banków, przez domy maklerskie, po inwestorów instytucjonalnych i indywidualnych.

Poszedłbym raczej innym tropem. – W 2017 r. spółka kupiła portfele wierzytelności warte 1,9 mld zł i finansowała to głównie poprzez emisje obligacji. Koszt tych ostatnich można szacować nawet na około 10 proc. To była więc zbyt agresywna strategia rozwoju. Mało która firma wytrzymałaby taki model działania – wyjaśniał niedawno w Parkiet TV Buczek. Zarząd chyba po prostu za bardzo uwierzył w swoją strategię, myślał może, że wynalazł finansowe perpetum mobile. Ignorując jednak sygnały ostrzegawcze dotyczące możliwej utraty płynności, uruchomił lawinę długu, która przybrała gigantyczne rozmiary.

Kąkolewski nadal twierdzi, że w 30 dni jest w stanie uzdrowić spółkę. Nie wiem czy ktoś mu uwierzy, ale to pokazuje, jako mocno był i jest przekonany o swojej skuteczności. Trudno w tym momencie przewidzieć finał tej sprawy i jej ostateczne konsekwencje. W majówkę dowiedzieliśmy się, że zarząd GetBacku złożył wniosek o otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego. Bez względu jednak na to, czy uda się uratować spółkę czy nie, powinna to być ważna lekcja dla polskiego rynku kapitałowego. I nie chodzi mi tylko o postępowanie zarządu. Sprawa namnożyła i jeszcze namnoży wiele pytań… Dlaczego nikt wcześniej nie zareagował? Skąd tyle pozytywnych rekomendacji i ratingów? Dlaczego KNF zajął się sprawą tak późno? Jak to jest, że przewodniczący rady nadzorczej nie wie, co się dzieje w firmie, której niejako przewodniczy? Dlaczego ludzie wciąż dają sobie wmówić, że można dobrze zarobić bez ponoszenia ryzyka? Dlaczego, dlaczego, dlaczego…

 
Categories

Wymiotujący wielbłąd kluczem do inwestycyjnego sukcesu?

Patrzycie czasem na chmury i wydaje wam się, że układają się w znajome kształty – twarze, przedmioty, rośliny etc.? Podobne rzeczy dzieją się na wykresach cen akcji. Analitycy dostrzegają na nich różne kształty, od tytułowego garbatego ssaka po porzucone dzieci. Owe kształty to tzw. formacje. Co najlepsze – niektóre z nich mają czasem moc prognostyczną.

Zanim opiszę kilka intrygujących formacji cenowych, chciałbym na wstępie wytłumaczyć skąd one się w ogóle wzięły. Otóż jedną z najbardziej popularnych metod analitycznych na rynkach finansowych jest analiza techniczna. Jest to narzędzie statystyczne, za pomocą którego interpretuje się zmiany cen na wykresach. Nie liczy się tutaj kondycja finansowa spółki, tylko to, jak zachowuje się kurs jej akcji. \=

Przykładowo, analizuje się zakres wahań kursu w danym okresie, czyli zmienność. Ta ostatnia jest często traktowana jako miara ryzyka, dzięki czemu można na jej podstawie ustawić zlecenia kupna i sprzedaży oraz dobrać optymalną wielkość kapitału do pojedynczej transakcji. W arsenale analizy technicznej jest cała masa wskaźników statystycznych, od prostych średnich kroczących (uśrednienie cen z danego okresu) po skomplikowane oscylatory uwzględniające zmiany cen i obrotu. Wśród techników są m. in. fani włoskiego matematyka – Fibonacciego, którzy patrzą na wykres cen przez pryzmat słynnych proporcji liczbowych. Są też jednak tacy, którzy wykresy analizują tylko na podstawie formacji, a więc tych dziwnych kształtów, w które układają się notowania.

W podejściu tym wychodzi się z założenia, że jeśli jakaś formacja poprzedzała w przeszłości określoną zmianę kursu akcji, to jej kolejne pojawienie się będzie zwiastunem takiego samego zachowania. To taka naczelna zasada techników, mówiąca po prostu, że historia lubi się powtarzać. I choć temu podejściu akurat najdalej do naukowego uzasadnienia, to właśnie ono jest najbardziej popularnym segmentem analizy technicznej. Sprzyja mu barwne nazewnictwo, łatwość stosowania i spory subiektywizm podczas identyfikacji kształtu. Ponadto poszukiwanie różnych schematów w mocno losowym zbiorze danych jest naszą głęboko zakorzenioną przypadłością.

– Poszukiwanie schematu w przypadkowych danych jest podstawową funkcją naszego mózgu – tak podstawową, że nie musielibyśmy się ograniczać do nazwy homo sapiens, czyli “człowiek rozumny”; bez obaw moglibyśmy nazwać się homo formapetens, czyli “człowiek poszukujący schematów”. Chociaż większość zwierząt wykazuje zdolność do identyfikacji schematów, człowiek jest pod tym względem wyjątkowo uparty i zdeterminowany – pisał w książce “Twój mózg, twoje pieniądze” Jason Zweig. W skrajnej postaci ten upór w porządkowaniu chaosu może skutkować rysowaniem tytułowych wielbłądów na wykresach giełdowych. Trudno ocenić jaka jest realna, prognostyczna wartość tego typu tworów, ale jedno jest pewne – mają one sporą wartość rozrywkową.

Ekwilibrystka analityka
Wymiotujący wielbłąd to formacja całkiem nowa i stworzona zupełnie dla jaj. Kilka lat temu taki żart zrobiła sobie dziennikarka Financial Times – Katie Martin. Rysowała na różnych wykresach wielbłądy i umieszczała je na swoim profilu na Twitterze. Formacja ta miała zwiastować spadki cen.

Drwinę wiele osób potraktowało poważnie – wielbłąd na wykresie złota był pokazywany w telewizji CNBC , a kilka miesięcy temu wielu fanów kryptowalut rozpoznało go na wykresie kursu bitcoina. Mało tego dziennikarka była w mediach podpisywana jako szefowa Vomiting Camel Asset Management. Żart trochę wymknął się spod kontroli, a jego twórczyni pisała w jednym z artykułów, że osobom stosującym wielbłąda w swoich inwestycyjnych poczynaniach życzy dużo szczęścia, bo na pewno będzie im potrzebne.

Podejrzewam, że wymiotujący wielbłąd pani Martin na długo wejdzie do kanonu analitycznych, giełdowych żartów i zajmie miejsce obok m. in. spadających noży, odbić zdechłego kota czy słynnych batmanów. Pierwszego określenia używa się w odniesieniu do mocno spadających cen akcji. Najlepiej zobaczyć taką sytuację na aktualnym wykresie firmy GetBack (na przykład tu ). Drugi zwrot odnosi się do gwałtownych, spekulacyjnych odbić notowań, występujących po równie gwałtownych zniżkach. Sprawcami takiego odbicia są zazwyczaj ci, którzy próbują łapać spadający nóż. Komiksowego bohatera natomiast rysuje się na wykresach wtedy, gdy lokalne szczyty cenowe układają się podobnie do kształtu jego maski, jak na przykład na wykresie firmy Alcoa.

Z ciekawostek tego typu przypominam sobie wesołą twórczość Jacka Borawskiego, analityka technicznego Domu Maklerskiego BPS, który kilka lat temu wykres producenta insuliny – Biotonu, przerobił na Dom Kultury „Bioton”. Takich analitycznych heheszków nie brakuje, ale raczej mało kto traktuje je poważnie. Obok nich istnieje jednak cała gama formacji, które wprawdzie mają dosyć wesołe i oryginalne nazwy, ale w praktyce są często uwzględniane w poważnych analizach, a wiele aplikacji analitycznych umożliwia ich automatyczną identyfikację. Najbogatszym arsenałem zdecydowanie dysponują Japończycy.

Świecowa poezja
Analiza techniczna w Kraju Kwitnącej Wiśni opiera się na wykresach świecowych, czyli zamiast tradycyjnej linii łączącej ceny zamknięcia, mamy małe prostokąty (tzw. korpusy), ciemne lub jasne, które u dołu i u góry mają wypustki. Wielkość korpusu pokazuje zakres wahań. Jasny kolor oznacza wzrost, ciemny spadek, górny knot to cena maksymalna, a dolny minimalna. Jedna świeca reprezentuje zazwyczaj jedną sesję. W zależności od tego, jak zachowuje się cena podczas sesji, świeca może przyjmować różne kształty. Dlatego też nadano im różne nazwy, w tym m. in. wisielec i młot (mały korpus, długi dolny knot), spadająca gwiazda (mały korpus, długi górny knot), nagrobek doji (cena zamknięcia równa cenie otwarcia, a więc świeca ma poziomą kreskę zamiast korpusu i długi górny knot). Najciekawsze są jednak nazwy układów kilku świec. Na przykład dwie świece z dużymi korpusami o różnych kolorach to zasłona ciemnej chmury, trzy białe lub trzy czarne świece z rzędu to biali żołnierze lub czarne kruki. Istnieje też formacja porzuconego dziecka, czyli mała świeczka, wyraźnie oddalona od dwóch sąsiednich.

Bogate i barwne nazewnictwo sprawia, że analityczne komentarze mają w sobie nutkę poezji, a giełdowy laik może doszukiwać się tam ukrytych znaczeń i drugich den. Wszystkie te formacje mają jednak swoje osobne, konkretne interpretacje i w zależności od tego, w jakiej fazie trendu się pojawią, zwiastują spadek lub wzrost ceny. Oprócz świec Japończycy bardzo chętnie korzystają ze wspomnianych wcześniej średnich kroczących i również mają bardzo oryginalne nazwy dla ich wzajemnych układów. Gdy średnia liczona dla mniejszej liczby sesji przecina od dołu tą liczoną dla większej liczby sesji, to mówimy o tzw. formacji złotego krzyża, która zapowiada zwyżki. Gdy przecięcie następuję w przeciwnym kierunku, to mówimy o krzyżu śmierci, który – jak łatwo się domyślić – zapowiada spadki.

Gdzie ta głowa i ramiona?
Zachodnia szkoła analizy technicznej także ma w swoim arsenale ciekawe formacje cenowe. Najpopularniejszą jest głowa z ramionami, czyli trzy sąsiadujące ze sobą szczyty, przy czym te po bokach (ramiona) są położone niżej od środkowego (głowa), a linia łącząca ich podstawy to tak zwana linia szyi. Taki człekokształt na wykresie to zwiastun spadków, a jego odwrócona wersja jest zapowiedzią zwyżek. Gdy zajrzycie do leksykonu formacji to dojdziecie pewnie do wniosku, że analitycy techniczni inspiracji szukali w przeróżnych dziedzinach i miejscach.

Występowanie na wykresach prostokątów, trójkątów i kwadratów to nie efekt zamiłowania do piosenek Dawida Podsiadły, ale zapożyczenia z geometrii płaskiej. Widać też inspiracje kuchenne, bowiem na wykresach giełdowych spotkamy spodki, filiżanki z uchem lub bez ucha, a czasem nawet fajki. Lista różnych schematów jest naprawdę długa, a próba ich usystematyzowania wymaga nie lada wysiłku. Podejmował go m.in. Thomas N. Bulkowski,  amerykański inwestor, autor książki „Analiza formacji na wykresach giełdowych”.

Warto w tym miejscu dodać, że i Polacy mają swój spory wkład w koloryt giełdowych technikaliów. Otóż w 2010 r. analityk Paweł Suchomski wydał książkę „Cykle planetarne na giełdzie”. Był to jedyny spec zajmujący się w naszym kraju astrologią finansową, czyli badaniem zależności między położeniem planet, a zmianami kursów akcji. Z jego analiz wynikało, że pojawianie się punktów zwrotnych na wykresach giełdowych indeksów jest mocno skorelowane na przykład z ułożeniem Jowisza i Słońca względem Ziemi.

Kto się śmieje, ten się śmieje
Opisywane wyżej analityczne formacje w pierwszej reakcji wywołują raczej szyderczy uśmiech niż naukową zadumę. Trzeba jednak pamiętać, że w strategii inwestycyjnej nie liczy się jej akademickie zaplecze, ale to, czy daje ona zarobić. Dlatego wielu inwestorów wykorzystuje te narzędzia w bardzo dochodowy sposób. Przeprowadzają bowiem badania statystyczne na danych historycznych i sprawdzają, jaka jest skuteczność poszczególnych sygnałów w danym okresie. Jeśli udaje się uzyskać statystyczną przewagę nad rynkiem (trafność i relacja zysku do straty dają dodatnią wartość oczekiwaną), to można z takich sygnałów zbudować strategię inwestycyjną. Tak robił chociażby znany amerykański analityk Richard Donchian, fan średnich kroczących.

– Użytkownicy systemu Donchiana osiągali regularnie znaczące zyski w latach siedemdziesiątych, ale ten sam system przynosił poważne straty w drugiej połowie następnej dekady, gdy trendy nie były już tak zdecydowane – pisze w książce „Komputerowa analiza rynków terminowych” Charles LeBeau. Z kolei wspomniany Bulkowski przeanalizował na potrzeby swojej publikacji setki wykresów i na tej podstawie opracował ranking skuteczności poszczególnych formacji.

Podobnie żmudną pracę wykonywał Suchomski – nie szukał powiązań przyczynowo skutkowych między ruchem planet a ruchem kursów, tylko korelacji między tymi zmiennymi. Gdy okazywały się one zadziwiająco wysokie, to mógł wykorzystywać to w swoich modelach inwestycyjnych.

Znalezienie takich statystycznych anomalii na wykresach to trochę tak, jakbyśmy w kasynie znaleźli wybrakowane koło ruletki, w którym kulka z większym prawdopodobieństwem wypada w jednym fragmencie koła. Dopóki właściciel nie naprawi mechanizmu, dopóty możliwe będzie skubanie kasyna na kasie. Podobnie jest na giełdzie. Jeśli tytułowy wielbłąd stanie się bardzo popularną formacją i wiele osób uwierzy w jego sprawczą moc, to stanie się on na jakiś czas samospełniającą się przepowiednią. Wtedy zamiast się śmiać, lepiej będzie zagrać pod garbatego ssaka i zarobić.

 
Categories

Polacy pokochali gry komputerowe i akcje ich producentów

Na głównym parkiecie warszawskiej giełdy notowanych jest sześć spółek gamingowych, a na NewConnect kolejnych jedenaście. Pod względem stóp zwrotu z akcji, niektóre z tych firm mogą konkurować z kryptowalutami. Może warto się nimi zainteresować?

Ostatni raport firmy Newzoo pokazał, że w 2017 r. przychody polskich producentów gier przekroczyły łącznie 500 mln dol. To 23 wynik na świecie. Wypadliśmy lepiej niż m.in. Belgia, Szwajcaria, Dania, Finlandia, Szwecja i Norwegia. Branża rozwija się bardzo dynamicznie, co widać najlepiej po liczbie firm obecnych na parkiecie warszawskiej giełdy. Na głównym rynku GPW notowanych jest sześć spółek:  CD Projekt, 11 bit studios, PlayWay, Vivid Games, Artifex Mundi oraz CI Games. Ich łączna kapitalizacja, czyli liczba wyemitowanych akcji pomnożona przez cenę akcji, wynosi obecnie 13,3 mld zł.

Na NewConnect mamy jedenastu przedstawicieli branży: Bloober Team, Cherrypick Games, Forever Entertainment, Huckleberry Games, iFun4all, Jujubee, QubicGames, Macro Games, The Farm 51, T-Bull i świeżo upieczony debiutant The Dust. Ich łączna kapitalizajca to 0,5 mld zł. Co więcej – w kolejce na debiut czekają kolejne firmy z tej branży – Ten Square Games i Aidem Media. Gracze mają więc w czym wybierać, podobnie jak giełdowi inwestorzy. Ci ostatni, zwłaszcza cierpliwi, mogli na akcjach spółek gamingowych wykręcić w ostatnich latach zawrotne stopy zwrotu. Zobaczcie sami…

Pokaźne zyski z akcji dużych graczy
Najpierw weźmy pod lupę spółki notowane na GPW, a więc większe i bardziej płynne. Średnia stopa zwrotu z ich akcji, licząc od zamknięcia sesji w dniu debiutu do środy 18 kwietnia, wynosi 1500 proc. Rekordzista – 11 bit studios dał zarobić aż 6380 proc., co oznacza, że z tysiaka zainwestowanego  niecałe osiem lat temu (spółka zadebiutowała w październiku 2010 r.) zrobiłyby się prawie 64 tysiaki. Ponad 1000 proc. dały zarobić także CD Projekt i Vivid Games, a PlayWay 110 proc. Dodać należy, że ten ostatni jest jeszcze młodziakiem, bo jego giełdowy staż to niecałe 2 lata. Z całej szóstki pod kreską są Artifex Mundi i CI Games, odpowiednio -64 proc. i 20 proc. Porównując straty do zysków, można  powiedzieć, że wymiar kary jest sporo mniejszy od nagrody. To chyba dlatego wielu analityków rynkowych już od dłuższego czasu mówi, że to bańka spekulacyjna, na wzór amerykańskich dot-comów z końca lat 90-tych. Jak na złość jednak, bańka nie chcę pęknąć.

Jak weźmiemy pod lupę tylko ostatnie 12 miesięcy, to okazuje się, że na sześciu analizowanych tutaj spółkach można było średnio zarobić 10,3 proc. Dla porównania – indeks WIG wzrósł w tym samym czasie tylko o 2,3 proc. Uczciwie trzeba przyznać, że w tym krótszym ujęciu czasowym trafność wynosiła już 50 proc., bowiem trzy spółki zarobiły w ciągu ostatniego roku, a trzy straciły (patrz wykres). To jednak dowód na to, że następuje pewna rotacja potencjału i nie mamy do czynienia z nieprzerwanym, spekulacyjnie napędzanym wzrostem.

Nie chcę tutaj oczywiście wychwalać spółek gamingowych pod niebiosa i „naganiać” na ich akcje. Zwracam tylko uwagę, że branża cały czas rośnie w siłę i może stanowić ciekawą alternatywę inwestycyjną. Zwłaszcza, jak ktoś gra w gry wymienianych tutaj producentów. Pisałem kiedyś na łamach HiCash.pl, że najlepiej inwestować w to co znamy i w co wierzymy. Jeśli więc ktoś regularnie kupuje gry jakiegoś producenta, jest ich entuzjastą i potrafi ocenić profesjonalizm i potencjał deweloperów, to z pewnością łatwiej będzie mu nabyć akcje danej spółki i przede wszystkim trzymać je w portfelu w oczekiwaniu, że jakość produktu przełoży się na wyniki operacyjne i długoterminowy rozwój biznesu.

Warto w tym miejscu dodać, że w spółki gamingowe wierzą inwestorzy instytucjonalni, czyli towarzystwa funduszy i fundusze emerytalne. Świadczy o tym fakt, że w  akcjonariacie każdej z sześciu analizowanych wyżej spółek są TFI lub OFE mające co najmniej 4,5 proc. udziałów. Wśród tych instytucji są m.in. Nationale-Nederlanden, TFI PZU czy OFE Aviva BZ WBK. Nie wiem, czy zarządzający grają w gry i dlatego kupują akcje tych spółek, ale znani amerykańscy inwestorzy, jak np. William O’Neil, zwykli mawiać, że obecność instytucjonalnego gracza w akcjonariacie spółki to po prostu dobry sygnał. Jeden z wielu, ale dobry.

Mniejszy parkiet, większe ryzyko
To, że ktoś produkuje gry komputerowe czy mobilne nie oznacza od razu, że jego akcje to łakomy kąsek. O ile stopy zwrotu szóstki z GPW robią wrażenie, to jedenastka z NewConnect już taka atrakcyjna się nie wydaje. Nie licząc poniedziałkowego debiutanta – The Dust, średnia stopa zwrotu z akcji dziesięciu firm gamingowych notowanych na małym parkiecie (licząc od zamknięcia w dniu debiutu do środy 18 kwietnia) wynosi tylko 51 proc. Na dziesięć spółek sześć jest pod kreską, ze średnią stratą 48 proc. W tym gronie jest Macro Games, którego papiery potaniały od IPO aż o 97 proc. To oznacza, że gdybyśmy to tutaj ulokowali tysiaka, a nie w akcjach 11 bit studios, to teraz mielibyśmy na koncie 30 zł. Za jeden walor tej firmy trzeba teraz płacić 4 gr, co oznacza, że zmiana kursu o 1 gr przekłada się na 25-proc. zmianę na zainwestowanym kapitale. A mawiają, że to kryptowaluty i forex są prawdziwą jazdą bez trzymanki…

Przykład Macro Games jest oczywiście skrajny, ale niech będzie przestrogą dla wszystkich czytelników. Po ponad 50 proc. od debiutu straciły też Qubic Games i Huckelberry Games. Z kolei iFun4all jest 38 proc. w plecy, pomimo faktu, że w jego akcjonariacie ponad 5-proc. udziały mają TFI Quercus i TFI Trigon. Warto pamiętać, że na NewConnect trafiają firmy mniejsze, na wcześniejszym etapie rozwoju i z reguły o relatywnie niższej płynności notowań. To łącznie sprawia, że wyższe jest ryzyko inwestycyjne i wyższa potencjalna zmienność notowań. Często może się zdarzyć, że liczba ofert kupna i sprzedaży będzie tak mała, że nie będziemy mogli nabyć lub zbyć interesującej nas liczby akcji, a nawet najmniejsza transakcja będzie mocno wpływać na poziom rynkowego kursu. Jeśli więc w ogóle do giełdy podchodzicie bardzo ostrożnie i selektywnie, to do NewConnect róbcie to z dwa razy większym natężeniem.

Nieuczciwym byłoby jednak demonizowanie małego parkietu. Wracając do branży gier, oprócz wymienionych wyżej słabeuszy są tu również mocniejsze podmioty. Przykładem The Farm 51, który w sześć lat dał zarobić akcjonariuszom 268 proc. i zdobył zaufanie inwestorów instytucjonalnych – mBank i TFI Skarbiec mają po 4,5 proc. udziału w akcjonariacie. Z kolei ubiegłoroczny debiutant – Cherrypick Games zyskał w pięć miesięcy 34 proc. i ponad 5-proc. jego walorów ma TFI Altus. Podobną stopą zwrotu za ostatnie miesiące może pochwalić się także Blobber Team. Jak widać, jest w czym wybierać także na małym parkiecie. Niebawem łącznie na GPW i NewConnect będzie 19 reprezentantów branży, a nieoficjalnie mówi się o kolejnych planach upublicznienia firm z tego sektora. Chyba nie będzie przesadą, jeśli stwierdzę, że powoli gry stają się naszym flagowym towarem narodowym. Już nawet nie tylko w sensie samych produktów, ale chociażby patrząc przez pryzmat e-sportu – katowickiego turnieju Intel Extreme Masters i świetnych drużyn. Warszawska giełda zaczęła to chyba powoli zauważać. Późno, ale jednak.

Pozytywny i nieco symboliczny wydźwięk ma fakt, że kilka tygodni temu producent Wiedźmina wszedł do indeksu WIG20 (kosztem Asseco Poland). Wskaźnik ten ma swoich szeregach 20 najbardziej płynnych i największych spółek na GPW. To coś w rodzaju giełdowej loży vipów. Wejście w te szeregi CD Projektu to lekki ukłon w stronę całej branży. Ja się cieszę, bo WIG20 zdominowany jest przez banki oraz spółki węglowe i paliwowe, a więc taką trochę „inwestycyjną konserwę”. Może firma braci Kicińskich przetrze szlaki innym spółkom, będzie takim klinem w tej zabetonowanej loży blue chips. Zastanawiam się tylko dlaczego giełda nie stworzyła jeszcze osobnego indeksu dla branży. WIG-gry byłby dobrym narzędziem do analizy i oceny kondycji sektora. Ktoś powie, że sześć to za mało spółek na osobny, sektorowy indeks? WIG-chemia ma w portfelu tylko pięć podmiotów i działa… Chyba nawozy azotowe w niczym nie ustępują grom komputerowym.

 
Categories

Jest kraj, w którym przedsiębiorcy mają zaufanie do urzędu

Rozmowa z Jarosławem Siekierskim, przedsiębiorcą pomagającym zakładać spółki w Estonii.

Na czym polega wasza działalność w Estonii?
W Estonii zajmujemy się… pomocą przy rozpoczęciu oraz prowadzeniu firmy w Estonii. Nasze usługi skupiają się wokół: utworzenia estońskiej spółki, wynajęcia wirtualnego biura, założenia konta w estońskim banku oraz pomocy księgowej przy prowadzeniu firmy, do której należy także zaliczyć coroczne raporty finansowe. Poza tym oferujemy także dodatkowe indywidualne usługi związane z estońskim biznesem zależne od potrzeb klientów.

Od jak dawna działacie i jak w ogóle wpadłeś na ten pomysł?
Estonią zainteresowałem się już kilka lat temu. Dużo czytałem o tym, jak się prowadzi biznesy na całym świecie i Estonia na tym tle wypada bardzo korzystnie. Dodatkowym atutem jest jej bliskie położenie względem Polski. Pomysł na otwieranie spółek pojawił się, gdy zobaczyłem, jak łatwo można prowadzić biznes w tym kraju. Znalazłem odpowiednie biuro księgowe z siedzibą w Tallinnie, które zajmuje się wszystkimi sprawami klientów na terytorium Estonii.

Mały, postsowiecki kraj… to nie brzmi, przynajmniej w pierwszym, odruchowym odczuciu, zachęcająco. I raczej nie sugeruje, że łatwo będzie otwierać tam firmy.
Panują tam przyjazne warunki, jeśli chodzi o prawo i podatki. Estoński system jest na tyle klarownie i mądrze skonstruowany, że nie musimy się znacznie zagłębiać w annały tamtejszej jurysdykcji, żeby bezpiecznie prowadzić biznes. Poza tym tamtejsi urzędnicy są bardzo pozytywnie nastawieni i zawsze chętnie odpowiadają na wszelkie pytania bądź wątpliwości. A to dla mnie bardzo ważne, żeby za plecami czuć przyjacielskie nastawienie zamiast podejrzliwego, szukającego tylko powodu żeby tylko mi zaszkodzić “przeciwnika”.

Rozumiem, że estoński urzędnik, to ktoś zupełnie inny niż ten, do którego przyzwyczailiśmy się w Polsce?
Relacja z urzędnikiem estońskim opiera się na zaufaniu do petenta oraz jej głównym celem jest pomoc dla zainteresowanego. Oni po prostu są tam po to, żeby pomóc innym robić swój biznes i żeby ten proces przebiegał jak najsprawniej. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy chciałem zarejestrować spółkę do VAT, a urzędnik zapytał “Czy na pewno chce Pan się zarejestrować przed wystawieniem faktury do innego estońskiego podmiotu – jeśli wystawi Pan fakturę przed rejestracją nie będzie musiał Pan płacić VAT od tej transakcji – przecież przysługuje Panu jeszcze zwolnienie”!

Jakiego typu firmy zakładacie?
Pomagamy nie tylko w prowadzeniu standardowych spółek z ograniczoną odpowiedzialnością, ale również spółek akcyjnych. Nasza kancelaria zajmuje się również przeprowadzaniem ICO na kryptowalutach, wraz z przygotowaniem wszelkich dokumentów do tego potrzebnych. Dzięki naszej elastyczności i indywidualnemu podejściu do każdego klienta udało się nam założyć już ponad 100 spółek w Estonii.

Czy pod względem łatwości zakładania firmy i jej prowadzenia Polska bardzo odbiega od Estonii?Ułatwień dla przedsiębiorców jest tam mnóstwo, jeśli spojrzymy na nie ogólnikowo, a pewnie jeszcze więcej znajdzie dla siebie wielu indywidualnych przedsiębiorców. Wymienię kilka, moim zdaniem najważniejszych:

    1. Bardzo przejrzyste i jasne regulacje prawne
    2. Brak podwójnego opodatkowania
    3. Brak ZUS
    4. Brak podatku CIT aż do momentu wypłaty dywidendy
    5. Możliwość wysyłania dokumentów w formie elektronicznej
    6. Podmioty niezarejestrowane do VAT mogą wysyłać dokumenty dotyczące spółki raz na rok
    7. Brak uciążliwych kontroli podatkowych
    8. Zwrot VAT następuje w ciągu kilku dni i nie powoduje automatycznej kontroli z urzędu skarbowego

Zaznaczam jednak, że Estonia nie należy do grupy krajów zwanych “rajami podatkowymi” i nie należy jej tak postrzegać.

Czy można oszacować, mniej więcej, jakie oszczędności z tytułu podatków i składek osiąga przedsiębiorca w Estonii w porównaniu do Polski?
Wszystko zależy od skali działalności. W Polsce standardowy przedsiębiorca jest opodatkowany stawką 19 proc. podatku od dochodów w każdym roku podatkowym. W Estonii ten podatek nie występuje aż do wypłaty dywidendy. Proszę sobie wyobrazić, że prowadzimy identyczny biznes w Polsce i w Estonii. Nasz dochód to 100 000 zł. W Estonii całą kwotę możemy przekazać na inwestycje w rozwój firmy, w Polsce jedynie 81 000 zł. Im większa skala dochodów lub im większy czas działania przez spółkę estońską, tym większą przewagę mamy nad firmami z Polski.

Estonia słynie z pełnej cyfryzacji rozwiązań administracyjnych. Czy Estończycy nie mają z tym problemu, chociażby ze względu na kwestie zaufania? Wolą ufać aplikacji, niż urzędnikowi, z którym mogą porozmawiać w cztery oczy?
Z tego co obserwuję, ludzie mają całkowite zaufanie do e-urzędu. Uważam, że są wręcz zadowoleni z tego faktu, że większość spraw mogą załatwić bez wychodzenia z domu, o każdej porze dnia, oraz z każdego miejsca na Ziemi. Poza tym, ograniczając tutaj czynnik ludzki, mamy mniejsze szanse, że jakiś dokument zostanie zgubiony, podpis będzie niewyraźny, a słowo urzędnika okaże się niezgodne z rzeczywistym faktem. A tak, mamy wszystko udokumentowane i to w jednym miejscu.


Czy masz szacunkowe dane na temat tego, jak dużo Polaków zakłada biznes w Estonii? Czy to jest jakiś rosnący trend?
Jak przystało na kraj, któremu zależy na cyfryzacji, mamy stały dostęp do statystyk odnośnie wniosków o e-rezydencję, zakładanie firm i wiele innych. Jeśli chodzi o składanie wniosków o e-rezydencję w Estonii, Polacy są na 18 miejscu, a jeśli chodzi o zakładanie firm to na miejscu 14. (link do statystyk). Z własnego doświadczenia też widzę, że z miesiąca na miesiąc dostajemy coraz więcej zapytań o założenie spółki w Estonii.

Dla wielu krajów Estonii staje się wzorem pod względem adaptacji nowoczesnych technologii. Czy estońskie rozwiązania można przenieść na polski grunt?
Ciężko mi to sobie wyobrazić, aczkolwiek bardzo bym tego chciał. Być może zmiany będą następować powoli, ale w takim tempie nie mamy nawet najmniejszych szans dogonić kraje takie jak Estonia czy Singapur.

 
Categories

E-stonia. Jak mały kraj stał się cyfrową potęgą na skalę światową

Założenie firmy w 20 minut, wypełnienie formularza podatkowego w 3 min, darmowe Wi-Fi w całym kraju, recepty tylko w formie cyfrowej, zintegrowane bazy danych obywateli zabezpieczone kryptograficznie… Informatyczna utopia? Nie. Po prostu Estonia.

Jeszcze ćwierć wieku temu Estonia była pogrążoną w kryzysie postsowiecką republiką. Kolejki do sklepów, spadająca produkcja przemysłowa, pędząca inflacja i rosnące bezrobocie – tak mniej więcej wyglądała wtedy sytuacja gospodarcza tego małego, bałtyckiego kraju. W 2018 r. ten sam kraj określany jest przez magazyn “Wired” najbardziej zaawansowanym cyfrowo społeczńestwem na świecie. To tu powstał Skype, to tu po raz pierwszy w administracji wdrożono technologię blockchain, to tu prężnie rozwija się instytucja e-rezdyenta i być może niebawem powstanie narodowa kryptowaluta Estcoin. Jak to się stało, że w stosunkowo krótkim czasie mały kraj z ekonomicznej ruiny zmienił się w informatycznego tygrysa?

Terapia szokowa
Estońska przemiana zaczęła się od razu po rozpadzie ZSRR. Politycy postanowili wykorzystać fatalną sytuację gospodarczą i szybko przeprowadzić fundamentalne reformy, diametralnie zmieniające gospodarcze realia. Uznali, że w czasie kryzyu społeczeństwo relatywnie lepiej zniesie ekonomiczną reorganizację. Trochę według zasady, że gorzki lek lepiej przyjąć w jednej dawce, niż w całej ich serii. – Wizjonerskie rządy nie mają wiele czasu na wykonanie niezbędnych kroków. Wiara jaką ludzie pokładają w politykach jest ograniczona, tak samo jak niewygody, które są gotowi znieść – tłumaczył to podejście Mart Laar, premier Estonii w latach 1992-1994. Zdecydowano się więc na terapię szokową, prawie jak Leszek Balcerowicz w Polsce, z tym, że tutaj “prawie” robi ogromną różnicę.

Po szybkim utworzeniu koalicji rządowej od razu zabrano się za opracowanie szerokiego programu reform, korzystając przy tym z doradztwa zagranicznych think tanków, w tym m. in. szwedzkiego, libertariańskiego Timbro, którego misją jest promocja wolności indywidualnej, nieskrępowanej przedsiębiorczości i otwartego społeczeństwa. Reformy zaczęły się od makroekonomicznej bazy – wprowadzenia i stabilizacji korony estońskiej oraz zrównoważenia budżetu.

Co ciekawe, Estonia odrzuciła propozycję pożyczki ze strony Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a więc nie chciała bezpośrednio uzależniać się od zagranicznego kapitału. Postawiła na wewnętrzne oszczędności i długoterminowe efekty. Po ujarzmieniu inflacji i podstawowych wskaźników koniunktury można było wziąć się za kolejne zmiany, już nie tylko stabilizujące sytuację, ale dające społeczeństwu perspektywy i możliwości rozwoju. Stąd zniesienie międzynarodowych barier handlowych i otwartość na zagraniczne inwestycje (m. in. możliwość zakładania i kupowania spółek na takich samych warunkach, które obowiązywały Estończyków oraz atrakcyjne zwolnienia podatkowe), które miały stanowić koło zamachowe gospodarki.

Trudno się zresztą dziwić takiej strategii. Na popycie wewnętrznym (zaledwie 1,3 mln mieszkańców), dodatkowo niezbyt zamożnym, kraj daleko by nie zajechał. A tak Estonia szybko stała się strefą wolnego handlu i w drugiej połowie lat 90-tych miała więcej inwestycji zagranicznych przypadających na mieszkańca niż jakiekolwiek inne państwo w Europie Środkowo-Wschodniej. Otwartość estońskich władz nie dotyczyła tylko zagranicznych podmiotów. Państwo dbało też o swoich obywateli o czym świadczy chociażby prywatyzacja prowadzona w porozumieniu ze związkami zawodowymi i wprowadzenie dialogu społecznego (trójstronne negocjacje między państwem, pracodowcami i pracownikami), co dało podwaliny społeczeństwa obywatelskiego.

Kluczowe było jednk zbudowanie instytucji, dzięki którym gra rynkowa miała jasne reguły, a ich przestrzeganie dawało więcej korzyści niż omijanie. Mowa tutaj o transparentnej administracji, reformie sądownictwa, całkowitej prywatyzacji sektora bankowego, prawie własności czy chociażby uproszczeniu systemu podatkowego i wprowadzeniu podatku liniowego.

Przykład Estonii dobrze obrazuje to, o czym Daron Acemoglu i James A. Robinson pisali w książce “Dlaczego narody przegrywają”. Według autorów wzrost gospodarczy i dobrobyt towarzyszą włączającym instytucjom gospodarczym i politycznym, podczas gdy instytucje wyzyskujące z reguły prowadzą do stagnacji i ubóstwa. Jeśli państwo nie zadba o instytucjonalny, transparentny system zachęt do oszczędzania, inwestowania i innowacji, to ma nikłe szanse na uzyskanie długoterminowej przewagi ekonomicznej bazującej na ogólnym, społecznym dobrobycie. W tym kontekście nie liczą się historia, położenie geograficzne, czy kultura, a po prostu jakość tworzonych przez państwo instytucji. Estońscy politycy szybko to zrozumieli, a polscy chyba do dziś pojąć tego nie mogą.

Tygrysi skok
Estoński cud gospodarczy nie bazuje jednak tylko na reformach ekonomicznych przeprowadzonych po upadku ZSRR. Te dały solidny fundament pod tworzenie nowoczesnej, zamożnej gospodarki, ale nadbudowy trzeba było szukać gdzie indziej. Kraj o niewielkiej powierzchni, nie dysponujący Lazurowym Wybrzeżem i ubogi w surowce naturalne swojej niszy postanowił szukać w nowych technologiach. Gdy w Polsce wprowadzano reformę edukacji, której filarem był dodatkowy szczebel w postaci gimnazjum, Estonia wprowadzała reformę “Tiger Leap” (“Tygrysi skok”), czyli długoletni program cyfryzacji szkół, który zakończył się dopiero w 2009 r. Dzięki wdrażaniu programu, już pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, większość estońskich szkół posiadała pełne wyposażenie informatyczne i umożliwiała dostęp do swoich zasobów on-line. Mało tego w ramach “Tygrysiego skoku” już na poziomie szkoły podstawowej wprowadzono naukę języków programowania.

Słusznie zauważono, że skoro dzieci uczą się trudnej gramatyki języków obcych, to dlaczego nie miałyby się uczyć składni jęzków programownia. Te ostatnie rozwijają wyobraźnię, systematyzują myślenie i ukierunkowują na rozwiązywanie problemów. Gdy w Polsce politycy dyskutowali czy Sienkiewicz czy Gombrowicz, 900 km na północny-wschód od Warszawy dzieciaki były przygotowywane na nadejście cyfrowej rewolucji. To dlatego w 2000 r. do estońskiej konstytucji, jako jedno z praw obywatelskich, wpisano darmowy dostęp do internetru.

W kraju działa teraz ponad 2,5 tys. hot spotów, a Wi-Fi można złapać nawet na plaży czy podczas spaceru w lesie. Estończycy słusznie wyszli z założenia, że tak jak w większości krajów dostęp do książek w bibliotekch jest darmowy, tak samo darmowy powienien być dostęp do sieci, która przecież jest potężną bazą danych. To kolejny, istotny element tej układanki – niegoraniczony dostęp do cyfrowych zasobów. Estońscy decydenci znacznie szybciej niż polscy skumali, że internet będzie w przyszłości kopalnią wiedzy. Dali więc ludzim nie tylko dostęp do tej kopalnii za free, ale także narzędzia do fedrowania. Stawiam tezę, że gdyby nie te solidne podstawy edukacyjne i postawienie na rozwiązania IT, współczesna Estonia nie byłaby tak otwarta i odważna w digitalizacji wielu ważnych usług. 20 lat temu skutecznie zasiano ziarno cyfryzacji, które teraz daje owoce podziwiane przez cały świat. A naprawdę jest co podziwiać i jest na kim się wzorować.

Krajowa baza danych
Ponad 90 proc. obywateli Estonii posiada ID-card, czyli cyfrowy dowód osobisty, który jest połączony z ogromną bazą danych zwaną X-Road. Ta ostatnia powstała w 2001 r., a jej celem było zdigitalizowanie i połączenie w całość większości istotnych danych dotyczących obywateli. Są tam więc rejestry dotyczące m. in. historii leczenia, rozliczeń podatkowych, poziomu wykształcenia, prowadzonych działalności gospodarczych, posiadanych biletów komunikacji publicznej, czy bankowości. W ten sposób w jednym miejscu, przy pomocy jednej karty mamy dostęp do wielu istotnych danych, które mogą być na bieżąco aktualizowane.

Podam prosty przykład.

Idziesz do lekarza i wypadałoby, aby dla postawienia dobrej diagnozy znał on twoje wcześniejsze dolegliwości i zażywane leki. Podajesz więc kartę ID i od razu lekarz ma wgląd do twojej medycznej historii, bez względu na to, w jakiej placówce wcześniej się leczyłeś. W naszym NFZ jest to nie do pomyślenia – w większości przychodni i szpitali są papierowe karty pacjenta i żadna inna placówka nie ma do nich wglądu. Żeby twój nowy lekarz widział, co myślał stary, musiałbyś wszystkie te karty kserować i nosić ze sobą.

Ogromna, państwowa baza danych to nie wszystko. W Estońskim systemie działa też funkcja cyfrowego podpisu, dzięki czemu 99 proc. spraw natury administracyjnej można załatwiać on-line, m. in. założenie firmy, płacenie podatków, wydawanie recept, itd. Według statystyky za 2016 r. 95 proc. Estończyków rozlicza się z Urzędem Skarbowym w formie on-line, a wypełnienie pitów zajmuje każdemu mniej niż 5 min. Dla porównania, przeciętny Amerykanin poświęca na takie sprawy 13 godzin i raczej nie jest to efekt różnicy inteligencji. Co warte odnotowania – nawet udział w wyborach parlamentarnych w Estonii jest dostępny w trybie on-line. Jest to bardzo istotne dla demokratycznych państw. Przykładowo szacuje się, że w USA w 2016 r. 39 proc. uprawnionych nie głosowało z przyczyn… logistycznych! Jedyną sprawą urzędową, które w Estonii nie załatwimy on-line jest wniosek o rozwód.

Szacuje się, że na przejściu do świata cyfrowego Estonia oszczędza rocznie 2 proc. PKB. Wielu sceptyków zwróci pewnie uwagę, na wątłe bezpieczeństwo takich rozwiązań. Faktycznie w 2007 r. Estonia doznała cyberataku ze strony Rosji, w efekcie którego zablokowane zostały serwery i rządowe strony internetowe. Po tym incydencie, a było to jeszcze zanim świat “ujrzał” bitcoina, Estonia zaktualizowała X-Road w oparciu o technologię blockchain, wykorzystując infrastrukturę klucza publicznego (Public Key Infrastructure). Dodatkowo zabezpieczyła się umieszczając kopię zapasową swojej bazy danych zagranicą (na wypadek zajęcia całego państwa). Na ten moment kraj ma więc najlepszy dostępny system bezpieczeństwa. Można więc powiedzieć, że kolejny kryzyz związany z Rosją Estonia obróciła na swoją korzyść.

Aktualnie w kraju rozwija się instytucja e-rezydenta, czyli możliwość uzyskania przez każdego statutusu e-obywatela. Nie daje to oczywiście estońskiej tożsamości, ale pozwala zakładać tam firmę i korzystać ze wszystkich dobrodziejstw cyfryzacji. Dla firm, które chciałyby działać na terenie UE to chyba całkiem dobra opcja. Liczby mówią zresztą same za siebie. W trzy lata przybyło w Estonii 30 tys. e-rezydentów ze 152 państw, w tym m. in. najbogatszy człowiek Indii – Mukesz Ambani.

Jak widać, Estonia nie zwalnia tempa od początku lat 90-tych. Gdy u nas instytucje nadzoru wydają 100 tys. zł na youtuberów, by demonizowali bitcoina, Estonia myśli nad wprowadzeniem własnej kryptowaluty Estcoin. Pod koniec marca miałem okazję brać udział w konferencji BlochainTech Congress, na której prelekcję miał Martin Ruubel, szef Guardtime w Estonii, dostawcy technologii blockchain dla X-Road. Mówił on m. in. o wyzwaniach stojących przed jego krajem, a wśród nich wymieniał przygotowanie alternatywy dla aktualnych zabezpieczeń kryptograficznych na wypadek upowszechnienia komputerów kwantowych. W tym samym czasie polscy politycy spierali się o to, czy Jaruzelski, Kiszczak i Hermaszewski generałami byli, czy nie…

Zapytacie teraz, czy w Polsce możliwe jest wprowadzenie podobnych rozwiązań jak w Estonii? Wątpie. I to nie dlatego, że jeseśmi 40 razy większym krajem. Patrzcie, jaki zasięg mają Google czy Facebook! Niech odpowiedzią będzie to, co usłyszałem na początku marca na SGH podczas konferencji “Blockchain – przełomowa innowacja czy medialny gadżet?”. Jedna z panelistek – Katarzyna Zajdel-Kurowska, członek zarządu Narodowego Banku Polskiego, powiedziała, że nie słyszała jeszcze o skutecznym wdrożeniu technologii blockchain. Jej zdaniem wiele się o tym mówi, ale to wciąż są fazy testowe. Takie stwierdzenia padły na najlepszej uczelni biznesowej w tym kraju i z ust przedstawicielki naszego banku banków, a więc instytucji, która w pierwszej kolejności powinna interesować się technologią rozproszonych rejestrów. No cóż, chyba czas najwyższy złożyć wniosek o e-rezydenturę.

 
Categories

Szychta w kosmosie

Wizje przyszłości z kultowych filmów Ridley’a Scott’a przestają być tylko naukową fikcją. W obliczu kurczących się zasobów na Ziemi, coraz więcej państw i prywtanych firm wdraża projekty eksploracji asteroid. Wartość znajdujacych się na nich surowców liczy się w miliardach dolarów. Firmy, które pierwsze zaczną fedrować w kosmosie, będą w przyszłości finansowymi potęgami.

Pamiętacie statek Nostromo z pierwszej części “Obcego”? Był to transportowiec, który na swoim pokładzie miał 20 mln ton rzadkiej rudy, wydobytej z obiektu kosmicznego o nazwie Thedus. Surowiec ten miał być przetransportowany i wykorzystany na Ziemi. W 1979 r. wizja ta wyglądała bardziej komiksowo niż realnie, ale w 2018 r. wydaje się być całkiem swojska. Po pierwsze dlatego, że ziemskie zasoby większości surowców kurczą się coraz szybciej w obliczu rosnącej populacji ludzkiej, a co za tym idzie rosnącego popytu na urządzenia z owych surowców budowane. 4

Po drugie dlatego, że kilka tygodni temu Elon Musk wysłał w kosmos swoją najcięższą rakietę, umieszczając na jej pokładzie samochód marki Tesla. Mamy więc problem ograniczonych zasobów i technologię, która te zasoby może sprowadzić z kosmosu. Na razie żadna firma nie otworzyła jeszcze kopalni na Księżycu lub asteroidzie, ale mamy na koncie kilka misji z udanym lądowaniem sondy badawczej i zaawansowane badania firm prywatnych. Okazuje się, że asteroid wartych milardy dolarów jest wokół Ziemi niemało. USA i Luksemburg już wdrożyły rozwiązania prawne, które zezwalają ich rodzimym firmom na kosmiczne fedrowanie. Polska także chce dołączyć się do tego wyścigu, o czym świadczą niektóre prywatne inicjatywy. Wygląda na to, że wizja kolonizacji kosmosu powoli zaczyna się realizować.

Wielkie pieniędze, wielkie wyzwania
W kosmicznej przestrzeni krąży cała tablica Mendelejewa. Na asteroidach znajdziemy m. in. złoto, iryd, srebro, osm, pallad, platynę, ren, ruten, wolfram, a także żelazo, kobalt, mangan, molibden, nikiel, aluminium, czy tytan. Cała gama tych metali używana jest w elektronice i przemyśle, stanowiąc surowiec niezbędny do produkcji kluczowych podzespołów m.in. w laptopach i smartfonach. Na Księżycu są duże zasoby helu 3, który może być używany do ekologicznej syntezy termojądrowej, co oznacza możliwość budowania wydajnych elektrowni atomowych bez ryzyka skażeń radioaktywnych.

Okazuje się, że w bezpośrednim sąsiedztwie naszej planety znajduje się wiele bogatych w różne złoża obiektów – asteroid, komet i meteoroid (czyli NEO, od ang. Near Earth Objects). Dzięki misjom oraz zaawansowanym przyrządom pomiarowym wiemy coraz więcej o ich składzie, a serwisy typu http://www.asterank.com/ katalogują obiekty według szacunkowej wartości ich złóż i opłacalności wydobycia. Gdy na wspomnianej stronie posortujemy listę według najbardziej efektywnych kosztowo asteroid, to na trzech pierwszych miejscach wyskakują nam: Ryugu, 1989 ML oraz Nereus. Ich wartość szacowana jest na odpowiednio: 82,8 mld dol., 13,9 mld dol. oraz 4,7 mld dol. Jeśli to was nie przekonuje, to wyobraźcie sobie, że  jedna asteroida o wielkości boiska piłkarskiego może zawierać złoża platyny warte 25-50 mld dol. Do wyobraźni może przemawiać odkrycie, zgodnie z którym wokół gwiazdy 55 Cancri A orbituje planeta Janssen2 mająca osiem razy większą masę niż Ziemia i – według analizy spektralnej – zbudowana jest w jednej trzeciej z… diamentów. Tak na dobrą sprawę nie wiadomo co jeszcze może kryć się na tych obiektach. W styczniu 2018 roku znanych było w ogóle ponad 750 tys. asteroid (w tym ponad 510 tys. ponumerowanych, z czego ponad 21 tys. ma także nazwy własne). Kosmiczni górnicy, o ile taki zawód faktycznie powstanie, raczej nie będą narzekać na brak pracy.

Warto dodać, że potencjał sprowadzania zasobów z kosmosu dostrzegają już wielkie banki. Według ubiegłorocznego raportu Goldman Sachs wydobycie surowców poza naszą planetą staje się coraz łatwiejsze i przede wszystkim tańsze. Przyczyniają się do tego m.in.  SpaceX Elona Muska czy Blue Origin Jeffa Bezosa. – Górnictwo kosmiczne może być bardziej realistyczne, niż nam się wydaje. Woda i metale z grupy platyny występują obficie na asteroidach i mogą wywrócić do góry nogami, od strony technologicznej i ekonomicznej, rynek i przemysł wydobywczy. Wodę łatwo można przemienić w paliwo rakietowe, a gdyby udało się magazynować paliwo na niskiej orbicie Ziemi byłoby to kamieniem milowym w naszym dostępie do kosmosu – czytamy w raporcie. Jego twórcy szacują, że perspektywiczne sondy mogą zostać zbudowane za dziesiątki milionów dolarów, a Caltech (jedna z najlepszych prywatnych technicznych w USA) zasugerowała, że statek kosmiczny “łapiący” asteroidy mógłby kosztować 2,6 miliarda dolarów. Wystarczy, że taki statek „złapałby” jedną z wyżej wymienionych asteroid i inwestycja stałaby się rentowna.

Ambitne firmy
Jak widać, kosmiczne górnictwo to gra warta świeczki. W przyszłości może to być jeden z kluczowych dla naszej planety segmentów przemysłu. W Stanach Zjednoczonych już działa kilka firm, które chcą być na tym rynku tym, czym Google jest teraz na rynku internetowym. Przykładowo firma Deep Space Industries, chce zająć się umieszczaniem na orbicie fabryk, zajmujących się przetwarzaniem i pozyskiwaniem kosmicznych surowców. Podobne ambicje ma także Planetary Resources. Jej strategią jest budowa orbitalnych teleskopów, które z dużym wyprzedzeniem wykrywałyby asteroidy i pozwalały na analizę ich składu. W przypadku potwierdzenia występowania odpowiednich złóż w stronę asteroidy wyruszałyby statki kosmiczne, których zadaniem byłoby jej przechwycenie. Co ciekawe, do 2025 r. NASA, przy współpracy w z obiema firmami, chce wysłać na asteroidę ludzi. Będzie to więc misja rodem z filmu „Armageddon”, z tym, że cel podróży będzie zupełnie inny.

Nie śpią też agencje rządowe, czego najlepszym dowodem są wysyłane w kosmos sondy. W 2010 r. japońska agencja kosmiczna Jaxa wysłała na asteroidę 25143 sondę Hayabusa, która pobrała odpowiednie próbki. Z kolei cztery lata temu misję Rosetta zakończyła Europejska Agencja Kosmiczna (ESA). Po raz pierwszy w historii sonda weszła na orbitę komety i umieściła na niej lądownik o nazwie Philae. ESA pokazała, że lądowanie na odległej komecie o średnicy 1,5 km jest możliwe. W misji tej był wątek polski. Otóż nasze placówki badawczo-rozwojowe pod kierownictwem Centrum Badań Kosmicznych PAN uczestniczyły w budowie penetratora MUPUS, jednego z instrumentów badawczych lądownika.

Oczywiście górnictwo kosmiczne jest na razie w fazie testowej. Skład surowcowy asteroid badany jest w większości przypadków z Ziemi przy pomocy tzw. metody widmowej – analizuje się , w jaki sposób od powierzchni asteroidy odbija się światło. Nie jest to metoda bezbłędna, a w obliczu ogromnych kosztów transportu kosmicznego nie można sobie pozwolić na wybór niewłaściwej asteroidy. Dlatego istotnym elementem tego przemysłu jest budowa próbników, które można wysłać na potencjalnie zasobną asteroidę, by pobrać próbki i wysłać z powrotem na Ziemię. Nad zaawansowanymi metodami detekcji i identyfikacji pracuje powołane w marcu 2017 r. polskie konsorcjum górnictwa kosmicznego EX-PL. W jego skład weszły: ABM Space, Cilium Engineering, Creotech Instruments, Sybilla Technologies i PIAP Space. – Jesteśmy coraz bliżej chwili, w której pozyskiwanie surowców z planetoid przestanie być jedynie obiektem rozważań, a stanie się rzeczywistością – mówił kilka miesięcy temu na łamach Business Insider, Mateusz Józefowicz, współzałożyciel ABM Space. Nie byłbym sobą, gdyby nie zasugerował, że warto od czasu do czasu zerkać na profile polskich i amerykańskich firm z branży kosmicznego górnictwa, szukając informacji, czy aby nie planują na przykład – emisji akcji. Myślę, że w perspektywie długoterminowej inwestycje w takie udziały mogą być całkiem opłacalne.

Kto pierwszy, ten lepszy
Przy okazji eksploracji kosmosu nie można zapominać o wątkach etycznych i prawnych. Nauczeni ziemskimi doświadczeniami, wiemy jak kończy się kolonizacja dziewiczych rejonów zasobnych w surowce i siłę roboczą. Człowiek zdolny jest do wszystkiego, więc niewykluczone, że tak jak wyeksploatował Ziemię, tak samo wyeksploatuje to co lata sobie wokół niej. Mało tego istnieje zagrożenie, że kolonizując kosmos sprowadzimy sobie na planetę dodatkowe problemy. Przykładowo – próby przechwycenia asteroid mogą kończyć się zmianą ich trajektorii lotu, a stąd już bliżej do katastroficznej wizji ze wspomnianego filmu „Armageddon”. W tym kontekście bardzo istotne są regulacje prawne. Od 1967 r. istnieje tzw. Traktat o Przestrzeni Kosmicznej, który m.in. zakazuje zawłaszczania ciał niebieskich, a także budowy baz wojskowych i rozmieszczania broni jądrowej w kosmosie. Traktat ten jest uznawany za kosmiczną konstytucję i został podpisany przez 104 państwa. Obiekty kosmiczne są więc niezawłaszczalne i, jak dodaje konstytucja, ich eksploracja ma służyć dobru wszystkich państw.

Jeśli Polacy wylądują na Ryugu, to nie będzie to oznaczać, że nasze granice są teraz od Bałtyku do Ryugu. Będziemy mogli natomiast wydobywać stamtąd surowce i sprowadzać je na Ziemię. Chociaż kwestie komercjalizacji wydobycia, jak to w konstytucjach bywa, nie są szczegółowo wyjaśnione. Dlatego powstają traktaty, które precyzują te zasady. Jednym z budzących sporo emocji jest tzw. Traktat Księżycowy, który mówi m.in. że nie wolno ingerować w obiekty kosmiczne tak, by doszło do zmiany ich krajobrazu, a ponadto wydobywane z nich surowce mają być dobrem wspólnym, a więc bez względu na pochodzenie wydobywającego, surowce mają być dzielone po równo między innymi narodami. Wiadomo teraz skąd te emocje…  

Niewiele państw ratyfikowało ten traktat, a odpowiedzią na brak jasności w kwestiach wydobycia są krajowe regulacje. Jako pierwsze, w 2015 r., własną ustawę asteroidalną opracowały Stany Zjednoczone. Jej główne przesłanie, z punktu widzenia kosmicznych górników, w sposób uproszczony, ale obrazowy wytłumaczył Kamil Muzyka, doktorant w Instytucie Nauk Prawnych PAN, członek National Space Society, na łamach kanału Astrofaza. – Asteroidy są niczyje, tak jak kiedyś było z wielorybami. Nie mogłeś sobie zastrzec prawa do wieloryba, tylko dlatego, że go zobaczyłeś lub wbiłeś w niego harpun. Jeśli go jednak złapałeś, mogłeś wydobywać z niego olej i sprzedawać go na wolnym rynku – mówił. W podobną stronę poszedł także Luksemburg, który w 2017 r. przyjął prawo legalizujące wydobywanie surowców z obiektów kosmicznych. Kraj ten ma ambicje bycia pionierem na tym rynku, co dostrzegają polskie firmy. Wspomniane konsorcjum EX-PL, nie mogąc na razie liczyć na lokalne wsparcie, nawiązało w ubiegłym roku kontakt z Ministerstwem Gospodarki Luksemburga. Nie da się ukryć, że zaczyna się globalny wyścig po kosmiczne złoto. Niebawem nad naszymi głowami będzie odbywać się to, co dotychczas oglądaliśmy na kinowych ekranach. Oby tylko bez niespodzianek w stylu „ósmego pasażera”.

 

 
Categories

Personalne tokeny, czyli jak zmonetyzować… samego siebie

Bentyncoin, Wapniakcoin oraz BKcoin to cyfrowe monety wyemitowane w 2017 r. przez znanych polskich youtuberów: Szczepana Bentyna, Maćka Wapińskiego oraz Patryka Suligę. Brzmi trochę, jak żart, ale wcale nim nie jest. Za zebrane w ICO pieniądze panowie rozwijają swoje produkcje wideo, dostarczając nabywcom tokenów lepszej jakości usługi i jednocześnie scalając swoją społeczność. Czy to początek kolejnej rewolucji w kryptowalutowym środowisku?

Satoshi Nakamoto, twórca bitcoina, chyba nie zdawał sobie sprawy, jakiego technologicznego przełomu dokona jego wynalazek i jak wiele nowych możliwości udostępni usieciowionemu społeczeństwu. Rozwój kryptowalut, adaptacja technologii blockchain do wielu tradycyjnych segmentów gospodarki, emisja cyfrowych nośników wartości (ICO), czy chociażby ewolucja smart kontraktów. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze możliwość stokenizowania własnej osoby. Jest to dosyć młoda idea, która zakłada, że tak jak dziś „wartość” ludzi na rynku ocenia się przez pryzmat uwagi odbiorców, jaką są w stanie na siebie skierować (liczba polubień, udostępnień postów, wyświetleń, subskrypcji, komentarzy), tak w niedalekiej przyszłości będzie to oceniane przez pryzmat wartości ich własnych tokenów. Dzięki coraz łatwiejszemu dostępowi do ICO, każdy z nas może wyemitować swoją personalną monetę, wprowadzić ją na giełdę i codziennie sprawdzać, jak wyceniany jest przez rynek. Na pierwszy rzut oka wygląda to, jak smutna, kapitalistyczna wizja, w której każdy człowiek może być dosłownie zmonetyzowany. Jak się jednak głębiej wgryźć w temat, to idea wydaje się całkiem atrakcyjna i sensowna.

Tokenizacja w praktyce
Wyobraź sobie, że prowadzisz kanał na YouTubie, na przykład prezentujący podcasty dotyczące nauki programowania w kilku bazowych językach (C++, HTML). Używasz do tego budżetowej kamerki, mikrofonu i programu do tworzenia animacji. Okazuje się jednak, że masz dydaktyczny dryg, z miesiąca na miesiąc przybywa ci subów, a twoja skrzyka mailowa pęka w szwach od maili typu: “Kiedy pojawi się odcinek o Linuxie?”. Twój kanał skupił wokół się siebie całkiem pokaźną społeczność, a twoi odbiorcy domagają się nowych, lepszych materiałów. Chcesz im tego dostarczyć, ale najzwyczajniej nie masz czasu. Kanał nie jest twoim źródłem utrzymania, tylko dodatkowym hobby, sposobem, by podzielić się z innymi swoją wiedzą. Pieniądze z reklam są marne, a nie chcesz szukać prywatnych sponsorów, gdyż istnieje ryzyko, że zechcą oni ingerować w treść podcastów, a ty przestaniesz być wiarygodnym, niezależnym twórcą. Wątpię byś finansownie uzyskał z funduszy unijnych, od anioła biznesu, albo jakiegoś banku. Zwłaszcza, że istnieje tu spore ryzyko, że inwestycja prędko się nie zwróci, a być może nawet nigdy. Ponadto nie jest w twoim interesie dołączenie do grona zadłużonych. Kanał prowadzisz przecież z pasji i chęci realizowania idei powszechnego dostępu do wiedzy.

W takiej sytuacji emisja personalnych tokenów wydaje się idealnym rozwiązaniem. Z pomocą platformy do przeprowadzania ICO postanawiasz wyemitować 21 mln własnych coinów, z ceną emisyjną 1 gr za token. O emisji informujesz oczywiście swoich odbiorców na kanale, sugerując, że mogą oni bezpośrednio wziąć udział w rozbudowie twojego projektu i dostarczeniu im tego, czego oczekują. Wystarczy, że założą aplikację z portfelem dla różnych kryptowalut (takich multiwalletów jest coraz więcej) i zakupią twoje tokeny podczas emisji. Nikt nie musi tu wykładać dużych kwot. Załóżmy, że masz 200 tys. subskrybentów i połowa z nich wyda na twoje tokeny symboliczną złotówkę (każdy kupi po 100 tokenów). To daje 100 tys. zł dofinansowania, które z pewnością wystarczy, by zatrudnić specjalistę od animacji i nabyć szybszy komputer, i zadbać o udźwiękowienie. Aby uatrakcyjnić emisję, tokeny mogą mieć też opcje konwertowania na inne wartościowe rzeczy związane z twoim projektem (np. wymiana na produkty, które kiedyś wprowadzisz, jak książka, film pełnometrażowy, pierwszeństwo w dostępie do nowych treści, spotkanie face to face, udział w zyskach z reklam, etc.). Ponadto pamiętajmy, że token stanowi, jakkolwiek to brzmi, swego rodzaju udział w twojej osobie. Jest to o tyle istotne, że między twórcami (w tym przypadku youtubowymi), a odbiorcami istnieje specyficzna, sieciowa więź i owym odbiorcom może zależeć na zacieśnianiu tej relacji, czy chociażby odwzajemnianiu się za dostarczanie wartościowej wiedzy.

Po zakończeniu ICO i sprzedaniu 10 mln tokenów, część pozostałych możesz wprowadzić na giełdę, na której twoimi coinami, będzie można obracać jak akcjami na tradycyjnej giełdzie papierów wartościowych. Nie ma takich platform wiele (jeszcze). Przykładowo – tokeny wspomnianych na początku youtuberów notowane sa na coinbe.net. Lwią część pozostałych tokenów zachowujesz dla siebie w kilku celach. Po pierwsze –  możesz je trzymać, licząc na to, że ich giełdowa wycena będzie rosnąć wraz z rozwojem twoich projektów, a ty będziesz mógł je upłynniać czerpiąc gotówkę na dalszy rozwój. Po drugie – tokeny mogą działać jak program lojalnościowy – możesz co jakiś czas rozdawać je w ramach różnych akcji, np. token za suba, token za udostępnienie filmu, etc. Możliwości jest wiele. Wszystko będzie miało jednak sens tylko wtedy, gdy twoja społeczność będzie ci ufać i wierzyć w rozwój twojej działalności. Wówczas w ich interesie jest posiadanie takich tokenów, szerowanie twoich treści i w dłuższej perspektywie zarabianie na ich giełdowej wycenie lub korzystanie z opcji konwersji na inne produkty. Ty zatem musisz dbać o jakość materiałów i regularną aktywnosć na kanale. Można więc powiedzieć, że dzięki personalnej tokenizacji zwiększasz lojalność swoich odbiorców, jednocześnie zobowiązując się wobec nich, że będziesz rozwijał swoją twórczość. Wypadkową tych dwóch czynników może być zwiększanie zasięgu twojego kanału.

Coiny youtuberów
Trudno powiedzieć, czy personalne tokeny mają przed sobą świetlaną przyszłość. Jest to młoda idea, ściśle związana ze środowiskiem kryptowalut, z którym to regulatorzy cały czas mają nie lada zagwozdkę. Dotychczasowe, presonalne ICO pokazały jednak, że potencjał tego rozwiązania jest niemały. Szczepan Bentyn, youtuber nazywający siebie kryptowalutowym ewangelistą, wyemitował 21 mln Bentyncoinów. 3,5 mln rozdał znajomym, a 0,5 mln wprowadził do giełdowego obrotu (na giełdzie Ether Delta). O wejściu na giełdę poinformował na swoim kanale i w 2,5 godziny nabywców znalazło 300 tys. jego coinów. – Po sprzedaży tokenów otrzymałem od ludzi kilkadziesiąt tysięcy złotych i w pierwszym momencie się przeraziłem. Było to dla mnie niespodziewane i nie wiedziałem czego ludzie w zamian oczekują. Czułem, że zaciągnąłem dług, który chcę jak najszybciej spłacić. I tak stałem się uczestnikiem własnego rynku, gdzie kupuję i sprzedaję własne tokeny – tak opisywał swoje pierwsze wrażenia Bentyn. Za pozyskane pieniądze zakupił sprzęt i wynajął operatora i montażystę. Co ciekawe, jego tokeny sprzedawane były na początku za kilka groszy, a w szczytowym momencie osiągnęły wycenę 1,9 zł za sztukę. Bańka w końcu pękła, ale nie zraziło to ponoć jego społeczności. Bentyn uważa, że spoglądając na giełdową wycenę swoich tokenów dostaje realny wyznacznik swojej rynkowej wartości i jest to dla niego o wiele lepszy wskaźnik i motywator, niż lajki na Facebooku.

Okazuje się jednak, że nie trzeba siedzieć w kryptowalutowym środowisku, by znaleźć nabywców swoich tokenów. Świadczą o tym przykłady Maćka Wapińskiego, prowadzącego kanał “Wapniak”  oraz Patryka Suligi prowadzącego kanał “Bez kanału”. Pierwszy zebrał w ICO 110 tys. zł, a drugi w dwa dni sprzedał tokeny za ponad 50 tys. zł. – Jeśli wierzysz we mnie (Patryka), że rozwinę projekt o nazwie “Bez kanału” to masz szansę dać mi kredyt zaufania w ramach którego będę chciał zwiększyć wartość Bez kanału i BKcoina – deklaruje pod swoim filmem Suliga. Jak widać wielu subskrybentów takiego kredytu z chęcią udziela. Nie są to zawrotne kwoty, ale nie oszukujmy się – chodzi przecież o dofinansowanie indywidualnej działalności twórczej, a nie wielkiego giełdowego konsorcjum. Wydaje mi się, że do youtuberów personalna tokenizacja, jako alternatywa dla crowdfundingu, pasuje jak ulał. Zwłaszcza, że nie chodzi o sfinansowanie jednego projektu, ale pomoc w rozwoju długoterminowego planu działalności.

Wyobrażam sobie, że personalne tokeny nie będą domeną tylko twórców youtube’a. W czasach, gdy sieć daje możliwość każdej pojedynczej osobie rozwoju swojego bloga, strony, czy muzycznego profilu, tokenizacja może być istnym motorem napędowym indywidualnej twórczości i przedsiębiorczości. Myślę, że niejeden fan byłby w stanie wyłożyć kilka złotych na wsparcie swojego ulubionego esportowca, licząc na jego sukcesy i wzrost popularności. Niejeden czytelnik bloga chciałby wspomóc swojego ulubionego komentatora, licząc na wzrost jego zasięgu. Niejeden meloman chciałby dofinansować ulubionego dj’a, który wrzuca swoje kawałki na soundcloud i chciałby wydać album i puszczać sety w berlińskich klubach. Takich przykładów można mnożyć.

Zawsze jest jakieś, ale…
Tydzień temu pisałem tutaj, że wyemitowano już mnóstwo bezwartościowych monet zwanych shitcoinami. I od razu nasuwa się skojarzenie, że personalne tokeny tylko zasilą szeregi takiego chłamu. Jest to możliwe, zwłaszcza jak prawdziwą intencją emitenta będzie tylko wzbogacenie się. Podkreślam jednak, że tokenizacja pasuje do twórców, którzy już mają pewną pozycję w sieci, mierzoną liczbą stałych odbiorców. Trudno mi sobie wyobrazić, by ryzykowali oni swoją reputację i lojalność owych odbiorców tylko dla kilkudziesięciu złotych. Z drugiej strony nikomu nieznany twórca nie będzie miał szans na tego typu dofinansowanie, a zbudowanie sobie społeczności wymaga czasu i wysiłku. W tym kontekście wydaje mi się, że o wiele łatwiej jest tutaj oddzielić ziarno od plew i trudniej o wpadnięcie w sidła oszustów.

Wątpliwości, jak to zwykle przy pieniądzach bywa, może budzić też kwestia giełdowych notowań i związane z nimi ryzyko spekulacji. Po pierwsze, jak to w przypadku Bentycoina było, może dojść do nadmuchania spekulacyjnej bańki, która pęknie, a ci co kupowali na górce będą pod kreską. Niestety taka jest natura rynków. Chciwość nierzadko pcha wyceny do poziomów zupełnie oderwanych od fundamnetów i trzeba się z tym liczyć. Wydaje mi się, że personalne tokeny to nie inwestycja na krótki termin, ale raczej na ultradługi. Liczymy na długofalowy rozwój jakiegoś twórcy, więc ewentualnych profitów z trzymania tokenów również należy spodziewać się w bardziej odległej perspektywie. Po drugie, istnieje ryzyko braku płynności. Sam Bentyn podkreślał, że rynek jego monet był bardzo płytki, a więc nie było tam na tyle dużo ofert kupna i sprzedaży, by swobodnie obracać tokenami. To normalne, przy tak niszowych emisjach (choć i na GPW codziennie średnio o 10 do 20 proc. akcji nie znajduje żadnego nabywcy, ani zbywcy). Dlatego też fajnie by było, gdyby tokeny miał dodatkową funkcję konwersji na inne dobra. Personalna tokenizacja jest młodą ideą i będzie zapewne ewoluować. Przyszłość pokaże, w którym kierunku to podąży. Nie będę jednak zaskoczony, jeśli wielu znanych w sieci twórców będzie posiadać swoją własną, cyfrową monetę.

 
Categories

Shithappens w świecie cyfrowych tokenów

Na rynku kryptowalut powstały setki bezwartościowych tokenów, tworzonych dla żartu lub w celu zwykłego oszustwa. Taki na przykład putincoin to po prostu “jokecoin”. Najlepsze jest jednak to, że jego rynkowa kapitalizacja sięga 4,7 mln dol. Takich absurdów jest więcej, co z jednej strony śmieszy, ale z drugiej psuje reputację całego rynku.

Swoboda działań i brak regulacji rynku cyfrowych nośników wartości to ogromna szansa dla młodych przedsiębiorców, którzy nie mogą liczyć na finansowanie tradycyjnymi metodami. Initial Coin Offering (ICO), o którym pisałem kilka tygodni temu na łamach HiCash.pl daje dostęp do dużego kapitału w zasadzie każdemu, kto ma pomysł na biznes i chce go rozwijać. Może bowiem wyemitować swój token i wprowadzić go na kryptowalutową giełdę. Dla mnie to świetna idea znosząca finansowe bariery. Ale jak pokazuje praktyka – dla wielu to kolejna szansa, by albo zrobić sobie jaja, albo nabić innych w przysłowiową butelkę. Na rynku powstają tzw. jokecoiny, shitcoiny, a nawet spamcoiny, które są zupełnie bezwartościowe. Czasem, ale nie zawsze, łatwo je zidentyfikować po nazwie, np. sexcoin, czy stalincoin, albo po logo, np. wprost shitcoin, który w logo ma stolec. Co jeszcze śmieszniejsze – niektórzy je kupują, windując ich giełdową kapitalizację nawet do milionowych kwot. Skala kryptowalutowych “hehszków” jest niemała. Szacuje się, że w latach 2013-2015 takich shitcoinów powstawało kilka każdego dnia. Część “umarła”, a część jeszcze całkiem nieźle “egzystuje”.

Tokenowa zimna wojna
“Putincoin został stworzony, by oddać hołd ludowi i prezydentowi jednego z najwspanialszych krajów świata: Rosji! Putincoin będzie oferował wiele możliwości dla spółek, traderów, osób prywatnych, projektów społecznych jak również technologię, usługi i aplikacje, które będą mogły być darmowo użytkowane przez każdego na tej planecie” – tak rzekomą ideę stojącą za prezydenckim tokenem opisywali jego twórcy na swojej stronie internetowej (obecnie trudną ją odpalić). Sam gospodarz Kremla, choć znany jest z różnych nietypowych hobby, raczej za tym projektem nie stał, a przynajmniej nigdy go nie skomentował. Emitentom tego tokena nie przeszkodziło to jednak, by wykorzystać wizerunek prezydenta, który zdobi wirtualną monetę.

Mało tego, na YouTubie umieścili też swój rapsong dotyczący putincoina. Trzeba przyznać, że poziom żartu jest tutaj naprawdę wysublimowany. Zastanawiam się tylko, kto i dlaczego kupował te tokeny. Jak można zobaczyć na stronie coinmarketcap.com putinowy token notowany jest od lipca 2016 r. Wyemitowano go w ilości 2 mld sztuk, a na początku jego cena wynosiła 0,000142 dol. W szczytowym momencie w 2017 r. notowania skoczyły do 0,0432 dol. dając kapitalizację na poziomie 8,7 mln dol. Obecnie cena i kapitalizacja wynoszą odpowiednio: 0,01197 dol. i 4,7 mln dol.

Jak można się domyślać – skoro Rosja ma swojego putincoina, to Stany Zjednoczone muszą mieć swojego trumpcoina. Ten ostatni, jak czytamy na jego stronie, powstał by wspierać obecnego gospodarza Białego Domu i pomóc mu sprawić, by Ameryka znów stała się wielka. Grupą docelową tego tokena są amerykańscy patrioci. Na YouTubie ma nawet własny kanał, który subskrybuje 347 osób, a trzy filmiki, które są na tym kanale obejrzano łącznie 83 tys. razy. Trumpcoin ma już dwa lata, ale jest troche mniej popularny niż konkurent zza dawnej, żelaznej kurtyny. W obrocie jest go mniej (6,6 mln dol.) i kapitalizacja wynosi tylko 0,75 mln dol.

Z ciekawości sprawdziłem, czy ktoś zdecydował się na projket “dudacoin”. Niestety w sieci brak informacji o kryptowalucie gospodarza Belwederu. No cóż – Polska zawsze miała problem z nadążaniem za nowymi technologiami.

Seksualne konotacje
Na liście “heheszkowych” tokenów sporo jest takich, które odwołują się do tematów seksu i cielesności. Wspomniany sexcoin to nic w porównaniu z analcoinem, fuckcoinem czy chociażby fellatiocoinem. Apropo tego ostatniego – na forum bitcointalk.org można znaleźć stare linki do jego white paper (dokument informujący o parametrach i celach emisji tokenów). Cała wymieniona trójka już nie istnieje, ale są takie, które przetrwały i bywa o nich głośno. Mowa na przykład o titcoinach. Ta kryptowaluta powstała ponad trzy lata temu po to, by umożliwić osobom korzystającym z usług dla dorosłych płacenie za nie w anonimowy sposób. Titcoin ma nawet swoją stronę na Wikipedii, gdzie dowiadujemy się m. in. że w 2015 r. otrzymał dwie nominacje do nagród XBIZ, które wyróżniają firmy odgrywające istotną rolę w branży rozrywki dla dorosłych. Titcoin ma na Twitterze 4090 obserwujących. Jego notowania, podobnie jak innych omawianych wyżej tokenów, przypominają wykres EKG z licznymi zawałami. Na początku wyceniany był na tysięczne części dolarów, ale w styczniu tego roku cena skoczyła w porywach do ponad 0,5 centa. W obrocie jest obecnie prawie 50 mln titcoinów, a ich kapitalizacja sięga 700 tys. dol. Przy okazji branży erotycznej warto wspomnieć o ostatnim newsie portalu bitcoin.com, według którego striptizerki w Las Vegas przyjmują płatności w bitcoinach. Robią to poprzez wytatuowany na ciele kod QR, w którym zakodowany jest oczywiście adres bitcoinowego portfela.

Absurd goni absurd
Wśród shitcoinowych projektów nie brakuje też mocnych kontrowersji. Rok temu w San Franciso został wyemitowany ponzicon informując potencjalnych nabywców, że “jest to pierwszy na świecie legalny schemat Ponziego”. Ktoś wcisnął ludziom dla żartu potencjalną piramidę finansową, a oni i tak się skusili. Twórca wycofał się potem z projektu twierdząc, że “żart wymknął się spod kontroli”.

Podejrzewam, że w Polsce nie przeszedł by jesuscoin, satyryczna kryptowaluta, która obiecuje ludzion “outsourcing grzechów” i “decentralizację Jezusa Chrystusa”. Na świecie się jednak całkiem nieźle przyjął. Ruszył w lutym tego roku. Choć nie ma żadnej fundamentalnej wartości to ludzie i tak go nabywają, jako zupełną nowość i zapewne przez końcówkę “coin” w nazwie (jak kiedyś wystarczyło, że spółka miała w nazwie “.com” i inwestorzy pchali się na giełdę po jej akcje drzwiami i oknami). Tylko w pierwszym dniu notowań tych tokenów ich cena skoczyła z 0,000086 dol. do 0,0014 dol., a więc 15-krotnie. W obrocie jest obecnie 15,4 mld jesuscoinów o łącznej wartości 3,3 mln dol. Twórca tego projektu tak bardzo wczuł się w rolę, albo ma tak specyficzne poczucie humoru, że niczym ewangelista napisał na stronie “I byłaby kryptowaluta i byłoby to piękne, a Pan powiedziałby do ciebie – kupuj jesuscoina…”.

Gdzie ziarno, gdzie plewa
Historie shitcoinów powodują niewątpliwie uśmiech, ale z drugiej strony zalewanie rynku takimi fejkami jest dla niego bardzo szkodliwe. To trochę, jak spamowanie skrzynki mailowej, przez które nie można dokopać się do istotnych wiadomości. Efekt z jednej strony jest taki, że ci, którzy mogli pozyskać kapitał na fajną działalność, nie pozyskali go, bo znikęli w gąszczu shitów. Takie ryzyko grozi na przykład bananacoinom, za którymi stać może całkiem ciekawy biznes. Jak czytamy na stronie tego projektu jest to plantacja w Laosie, której celem jest rozszerzenie produkcji organicznych bananów Lady Finger. Każdy bananacoin reprezentuje cenę eksportową za kilogram bananów z tego gospodarstwa. Nigdy nie ma pewności, że to wypali, ale brzmi na pewno bardziej realnie i obiecująco niż „outsourcing grzechów”.

W środowisku kryptowalut istnieje wprawdzie długa lista tzw. martwych coinów. W 2017 r. było na niej blisko 150 różnych projektów. Szkopuł w tym, że duża ich część przeżywa, co stanowi zagrożenie dla inwestorów. – Czasami dobry marketing, komunikacja oraz zaangażowanie społeczności wokół danego projektu pozwala tym tworom istnieć zdecydowanie dłużej, niż mogłoby się wydawać – pisze w książce „Kryptowaluty” Szczepan Bentyn, youtuber specjalizujący się w tej tematyce. Jeśli więc ktoś planuje wejść na ten rynek, to niech pamięta, że często dochodzi tam do „ataku shitów” i nie zawsze łatwo się przed nim obronić.

 

 
Categories

Z warszawskiej giełdy uchodzi powietrze

W lutym na warszawskiej Wall Street wyraźnie spadła aktywność inwestorów. Z rynku wycofują się nie tylko ci ostatni, ale też i spółki, o czym świadczy rosnąca liczba wezwań do sprzedaży akcji. W dużej mierze winne są roszady w zarządzie, której trwają od kilku lat. A giełda to nie jakiś klub Ekstraklasy, gdzie trenera można sobie wymieniać co sezon.

W 2017 r. z parkietu warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych wycofano rekordową liczbę spółek – 20, a nowych przybyło tylko 15 i to pomimo całkiem dobrej koniunktury. Z kolei w połowie minionego miesiąca przytrafiły się na GPW dwie sesje, podczas których łączna wartość akcji, które zmieniły właściciela nie przekroczyła nawet 400 mln zł (w całym 2017 r. średnia wyniosła 940 mln zł na sesję). Ten ujemny bilans i mizerne obroty to, przynajmniej na razie, raczej wyjątek niż reguła. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że ich pojawienie się nie jest do końca przypadkowe. Jest to jeden z wielu objawów rozległego schorzenia, które trapi polski rynek akcji od kilku lat.

Na razie objawy pojawiają się sporadycznie i jeszcze są niegroźne, ale jak zostaną zbagatelizowane, to w przyszłości giełda przestanie być ważnym elementem naszego gospodarczego ekosystemu. A byłaby to spora strata. Piszę to jako człowiek od wielu lat komentujący wydarzenia na tym rynku i analizujący zachowanie poszczególnych spółek. Uważam, że nieodpowiedzialne jest zachowanie Skarbu Państwa, który ma pakiet kontrolny akcji GPW i w ostatnich latach dokonuje zmian na czołowych stanowiskach zarządu średnio raz na rok. W takich warunkach nie da się opracować i wdrożyć skutecznej strategii, która sprosta wyzwaniem lokalnego i globalnego świata finansów.

Gdzie się podziali polscy inwestorzy?

Zacznijmy od niepokojących objawów postępującej marginalizacji warszawskiego parkietu. W zasadzie od dołka bessy z 2009 r. roczna wartość obrotów na GPW jest relatywnie stabilna i waha się w przedziale 166-236 mld zł. Dla porównania – podczas hossy 2002-2007 wartość ta wzrosła z 24 do 231 mld zł. Relatywnej stabilizacji ulega też liczba transakcji na sesję. W latach 2009-2017 wzrosła tyko o 57 proc., a w okresie 2002-2007 o niemal 500 proc. Z kolei liczba rachunków inwestycyjnych osiągnęła swoje apogeum – 1,5 mln – w 2012 r. i od tamtej poru oscyluje przy wielkości o 100 tys. niższej. Od czterech lat straty na działalności podstawowej, czyli pośrednictwie w handlu, notują też domy maklerskie. Tylko w zeszłym roku dołożyły do interesu 115 mln zł i gdyby nie inne segmenty działalności (dystrybucja funduszy, rynek forex, itp.) to stałyby się nierentowne.  Dane te sugerują, że od kilku lat nie przybywa nam GPW inwestorów. A bez nich ten giełdowy parkiet raczej życiem tętnił nie będzie.

Z punktu widzenia inwestora indywidualnego nie podoba mi się to, że od ciężko zarobionych na giełdzie pieniędzy muszę jeszcze odprowadzać 19-proc. podatek Belki. Wierzcie mi, ale inwestowanie na rynku akcji to ciężka harówka, porównywalna z prowadzeniem biznesu. Zwłaszcza gdy, tak jak w ostatnich latach, nie ma na tym rynku wyraźnego, długoterminowego trendu wzrostowego, a pojawiające się od czasu do czasu przypływy optymizmu nie „podnoszą wszystkich łodzi jednakowo”. Znaleźć dobrą spółkę, zainwestować w nią kapitał i trzymać go bez względu na wahania kursowe to nie lada wyzwanie. A jak się uda, to skarbówka zabierze ci z zysku jedną piątą. Mało tego, biuro maklerskie przy zakupie akcji pobierze kilkuprocentową prowizję, a jak chcesz mieć lepszy dostęp do notowań to jeszcze musisz dokupić dodatkowy abonament. Już na starcie ręce opadają. A przecież to wszystko dzieje się w czasach, gdy dzięki sieciom internetowym mamy dostęp do coraz tańszych metod inwestowania, jak chociażby opisywane przeze mnie na łamach HiCash.pl pożyczki społecznościowe, czy inwestycje w cyfrowe środki płatnicze, a być może niebawem pojawią się zdecentralizowane rynki, bazujące na technologiach rozproszonych rejestrów, które zupełnie wyeliminuję koszty pośredników.

Gdybym natomiast miał się postawić w roli zagranicznego inwestora, który zazwyczaj interesuje się dużymi spółkami z GPW (te z indeksu WIG20), to też nie miałbym powodów do entuzjazmu. Tak się składa, że duża część tych największych firm jest kontrolowana przez Skarbu Państwa. Mowa głównie o spółkach z branży energetycznej (np. PGE), paliwowej (np. PKN Orlen) czy finansowej (np. PZU). To oznacza, że polityka często wkrada się do tych spółek. Gdyby jeszcze wkradała się tam w celu realizacji obiecujących planów rozwoju to nie miałbym nic przeciwko. Szkopuł w tym, że coraz częściej chodzi o partykularne interesy i obsadzanie obiecanych kiedyś, komuś stołków. Zagranica chce stabilności i perspektyw zysku, a otrzymuje roszady kadrowe i perspektywę jeszcze większej niepewności.

Po stronie inwestorów jest jeszcze jeden istotny problem – reforma emerytalna przeprowadzona przez poprzedni rząd. W jej wyniku, jak to niektórzy mają w zwyczaju mówić, „zaorane” zostały Otwarte Fundusze Emerytalne (OFE), które z naszych składek generowały spory popyt na akcji notowane na GPW (czy nam się to podobało, czy nie). Abstrahując już od tego, czy OFE w ogóle powinny w Polsce zostać wprowadzone, faktycznie były one solidnym dostawcą regularnej płynności na rodzimy parkiet. A im wyższa płynność, tym lepsze możliwości kupowania i sprzedawania dużych pakietów akcji po atrakcyjnych cenach.

Znikające spółki

Zanik popytu to jedna strona opisywanego tutaj schorzenia. Druga to wycofywanie spółek z obrotu. Cóż z tego, że będą chętni na zakup akcji danej firmy, skoro nie będzie jej na parkiecie? A zeszły rok, o czym wspominałem na początku, był rekordowy pod względem liczby wycofań – było ich 20. Głośno było chociażby o decyzji Michała Sołowowa, jednego z najbogatszych Polaków, o ściągnięciu z giełdy Synthosu, który ma kapitalizację 6,5 mld zł i jest notowany na GPW od grudnia 2004 r. Co gorsza na ten rok też szykuje się sporo wezwań, a w ciągu dwóch ostatnich miesięcy żadna spółka nie weszła na parkiet.

Jako główne przyczyny wyprowadzki z parkietu spółki podają wysokie koszty utrzymywania na rynku oraz restrykcyjne obowiązki informacyjne, w tym unijne rozporządzenie MAR, określane przez niektórych jako „koszMAR”. Z kolei brak nowych debiutów wiąże się m.in. z wysokimi kosztami całej operacji przygotowania emisji akcji, z długim procesem oczekiwania na zgody regulatorów, a przez to długim czekaniem na dofinansowanie. Ponadto, a może przede wszystkim, rynek kapitałowy ewoluuje i rynki akcji to nie jedyne miejsca, w których można pozyskać duży kapitał na rozwój swojej firmy. I nie mam tu wcale na myśli tylko ICO, ale chociażby platformy equitycrowdfundingowe, dotacje unijne, fundusze PE/VC, aniołów biznesu, a także relatywnie tani kredyt w dobie niskich stóp procentowych.

Jak widać, warszawski rynek akcji ma poważne problemy. Nie jest w tym odosobniony. Szkopuł w tym, że w ostatnich latach niewiele zostało zrobione, by tym problemom zapobiegać. W mojej opinii jest to efekt roszad w zarządzie, których od 2013 r. było po prostu za dużo.

Gdzie jest zarząd?

Wiesław Rozłucki tworzył i rozwijał warszawska giełdę od 1991 do 2006 r. W ciągu 15 lat zbudował nie tylko jeden z największych parkietów Europy Środkowo-Wschodniej, ale przede wszystkim instytucję zaufania publicznego, kojarzoną z transparentnością i nowoczesnością. Jego następca – Ludwik Sobolewski, pełnił funkcję prezesa od 2006 r. do 2013 r. i w tym czasie także zdołał wprowadzić kilka istotnych zmian, jak chociażby otwarcie małego parkietu, czyli NewConnect i przygotowanie do wprowadzenie nowego systemu transakcyjnego UTP. Kolejni prezesi byli już wymieniani tak szybko jak trenerzy klubów ekstraklasy. Adam Maciejewski, Paweł Tamborski i Małgorzata Zaleska nie zagrzali miejsca nawet na dwa lata, nie mówiąc już o Jarosławie Grzywińskim, który był p. o. prezesa przez kilka miesięcy 2017 r. Nawet gdyby wszyscy oni chcieli wprowadzić na GPW systemowe zmiany, to najzwyczajniej nie mieli by na to czasu. W efekcie kończyło się to projektami raczej kosmetycznymi niż strukturalnymi, jak wprowadzanie nowych indeksów i instrumentów, udostępnienie usługi kolokacji (możliwość instalowania swoich serwerów blisko serwerów giełdy), uruchomienie akceleratora dla startupów, czy serie road shows po głównych miastach Polski w celu zachęcania firm do wchodzenia na warszawski parkiet. A w otoczeniu rosnącej konkurencji potrzebne są zmiany, które czymś nas wyróżnią na globalnym rynku i przyciągną zarówno emitentów, jak i inwestorów.

W 2017 r., gdy zagraniczne giełdy wprowadzały eksperymentalne platformy obrotu bazujące na technologii blockchain, my zastanawialiśmy się kogo na stanowisko prezesa wytypuje Skarb Państwa. Kiedy zagraniczne giełdy wprowadzały kontrakty na bitcoina, my wycofywaliśmy się z pomysłu na polską kryptowalutę, a Ministrą Cyfryzacji przestała być Anna Streżyńska. W takich warunkach trudno o skuteczne zarządzanie instytucją, która dla zachowania konkurencyjności musi mieć stabilne władze, długoterminową strategię i przede wszystkim być otwartą na nowe technologie. I nie jest to przecież nic odkrywczego. Mam nadzieje, że Skarb Państwa przejrzy w końcu na oczy, dostrzeże potencjał tkwiący na warszawskiej Wall Street i podejmie odpowiedzialne decyzje.

 
Categories

Innowacyjność nie zna granic. 10 nietypowych pomysłów na biznes

Odstraszacz kun, sztuczne rzęsy, a może gadżet erotyczny analizujący nasze doznania seksualne? Na rynku nie brakuje startupów z oryginalnymi pomysłami. Niektóre z nich bez problemu znajdują inwestorów i rozkręcają swoją działalność.

Od kilku lat w Polsce panuje prawdziwa moda na zakładanie startupów. Swego czasu nie było dnia, by w Warszawie jakiś bilbord nie informował mnie, że gdzieś odbywa się konferencja dotycząca młodej, innowacyjnej przedsiębiorczości. Jako dziennikarz specjalizujący się w działce finansowej, siłą rzeczy uczestniczyłem w niektórych z tych wydarzeń. Dzięki temu miałem okazję poznać naprawdę nietypowe pomysły na biznes. Część z nich chciałbym tutaj w skrócie opisać. Są one bowiem dowodem na to, że z pozoru bardzo awangardowy i niszowy pomysł może okazać się strzałem w dziesiątkę. Białostocki raper LUC recytuje w jednej z piosenek, że „Polacy kombinowanie mają przyspawane do plemników”. Zobaczcie zatem, jak dobrze nasi rodacy, i nie tylko oni, potrafią kombinować…

Erotyczny gadżet z aplikacją
Poprawa jakości życia seksualnego ludzi na całym świecie, w prosty i naturalny sposób, dzięki wykorzystaniu wiodących technologii – taką szczytną misję mają do zrealizowania założyciele polskiego startupu Lovely Inc. Ich produkt to gadżet erotyczny w postaci elastycznego pierścienia ze specjalną wkładką wibrującą. Nie jest to jednak zwykła zabawka do poprawy seksualnych doznań. Gadżet ten zawiera sensor ruchu i poprzez bluetooth wysyła aplikacji Lovely Ap dane dotyczące stosunku. Na podstawie tych danych oraz przy uwzględnieniu ankiet i wywiadów udzielonych w aplikacji przez partnerów, algorytm dobiera dopasowaną dla pary poradę. – Wszystkie porady w Lovely App zostały przygotowane przez współpracujących z nami seksuologów. Porady występują w formie sugestii nowych pozycji, technik stymulacji oraz innych kwestii związanych z seksem (gra wstępna, urozmaicanie pożycia, komunikowanie pragnień) i są generowane przez Lovely App po każdym stosunku – czytamy w opisie produktu. W 2016 r. Lovely Inc. został wybrany najlepszym startupem hardware’owym na festiwalu technologicznym Tech Open Air w Berlinie. W zeszłym roku na platformie crowdway.pl firma zebrała 1,64 mln zł od 143 inwestorów. A wydawałoby się, że w Polsce kwestie seksu, nie mówiąc już o erotycznych urozmaiceniach pożycia, to absolutny temat tabu.

Odstraszacz dzikusów
Nie wiem ile osób spotkało się z intruzem w postaci leśnej kuny, która lubi zakradać się pod maski samochodów i siać spustoszenie w instalacjach elektrycznych i warstwach izolacyjnych. Okazuje się jednak, że na tyle dużo, by startup Kunagone opatentował odstraszacz dzikiej zwierzyny w postaci wyzwalacza naturalnych zapachów psa. Ten ostatni jest bowiem naturalnym wrogiem kun. Produkt polskiego startupu to coś w rodzaju pudełka zapachowego, zawierającego włosie czworonożnego przyjaciela poddane obróbce termicznej, z dodatkiem wosku roślinnego z nutą zapachową dodatkowo odstraszającą dzikie zwierzęta. Wystarczy go ponoć umiejscowić w atakowanym obiekcie i problem mamy z głowy. Jedna sztuka kosztuje niecałe 10 zł, a 24-pak 210 zł. W 2017 r. firma sprzedała 20 500 sztuk swojego produktu. Aktualnie Kunagone zbiera kapitał na platformie equitycrowdfundingowej Beesfund. W ostatni wtorek, po 8 z 60 dni zbiórki, 33 akcjonariuszy wyłożyło na stół 19 tys. zł. Celem jest 400 tys. zł. Trudno powiedzieć, czy uda się zebrać całą kwotę, ale trzeba przyznać, że pomysł, choć nie bazuje na nowych technologiach, jest bardzo oryginalny. Być może jest on nastawiony na trend urbanizacyjny, w którym coraz więcej mieszkańców miast przenosi się na ich przedmieścia, gdzie łatwiej spotkać dziką zwierzynę.

 

Doklej sobie rzęsy
– Znaleźliśmy idealną okazję biznesową w bardzo nieoczekiwanym miejscu i musieliśmy nauczyć się wszystkiego od samego początku – mówili w wywiadzie dla portalu fintek.pl Paweł i Karol Wojciechowscy, dwaj byli bokserzy, którzy odnaleźli swoją niszę w branży kosmetycznej i założyli firmę Noble Lashes. Panowie postanowili wprowadzić na rynek szeroki wachlarz sztucznych rzęs oraz rozmaite akcesoria do ich pielęgnacji. W ofercie znajdziemy m. in. rzęsy jedwabne, wykonane z jedwabnych protein pochodzenia naturalnego, jak również rzęsy z domieszką włókna syntetycznego. Twórcy Noble Lashes chwalą się na swojej stronie, że ich produkt jest lekki, naturalnie wygięty, świetnie wygląda i jednocześnie nie obciąża naturalnych rzęs. Wydaje się, że pomysł świetnie wpisuje się w postępujący na świecie trend poprawy własnej urody, a przy tym – w przeciwieństwie do niektórych operacji plastycznych – nie jest inwazyjny dla ludzkiego organizmu. Firma nie narzeka na brak odbiorców. Swoje produkty eksportuje do ponad 30 krajów.

Skarpety a’la bułka z masłem
Okazuje się, że pomysł na biznes nie musi być wcale bardzo wyszukany. Swojej niszy można wciąż szukać w branży odzieżowej. Tak zrobiło trzech kumpli ze szkolnej ławki, którzy założyli Spox Sox, czyli firmę produkującą skarpetki o nietypowych wzorach. Panowie chcieli stworzyć alternatywę dla drogich produktów znanych marek, jednocześnie wnosząc w życie swoich klientów trochę więcej kolorytu. Ich produkty mają bowiem bardzo oryginalny design i równie oryginalne nazwy. W ofercie znalazłem m. in. takie oto modele: bordowa rozeta, co ma piernik do wiatraka, bułka z masłem, moda na sukces, czy ślepy jak kret. Para takich skarpet kosztuje 20 zł. Wydaje mi się, że w dobie odzieżowych sieciówek i chińskiej bylejakości, taki pomysł ma szansę powodzenia. Zwłaszcza, że na rynku pojawia się coraz więcej unikatowych marek odzieżowych sprzedających swoje produkty w sieci i cieszą się coraz większą popularnością klientów. Spox Sox zaczynał na przełomie 2015/2016 r. i już może pochwalić się kilkoma sukcesami. – Wysłaliśmy nasze kolorowe skarpetki do ponad 30 krajów na pięciu kontynentach. Przez ten czas sprzedaliśmy kilkadziesiąt tysięcy par skarpet, a do produkcji zużyliśmy przędzę bawełnianą liczoną w tonach – mówił w 2017 r. w wywiadzie dla portalu mambiznes.pl Bartosz Balcarek, jeden z założycieli firmy.

Moda dla czworonga
Z branżą odzieżową, choć skierowaną do zupełnie innego klienta niż Spox Sox, wiąże się także firma Warsaw Dog. Zajmuje się ona produkcją modowych akcesoriów dla… psów. Szelki, smycze i obroże tworzone są pod hasłem  #psiehajfaszyn i mają wyróżniać się na ulicy unikalnymi wzorami, inspirowanymi aktualnymi trendami i modą uliczną. Produkty są tworzone lokalnie przy wykorzystaniu usług polskich dostawców, a ich projektowaniem zajmują się absolwenci Akademii Sztuk Pięknych.

Pamiętam jak jedna z założycielek firmy – Zosia Kwiatkowska, mówiła w 2017 r., podczas finału konkursu CVC Young Innovator Awards, że klienci firmy pytali, czy do akcesoriów dla czworonogów można dokupić gadżety z tej samej linii, ale dedykowane właścicielowi. Na sali zrobiło się wesoło, ale założyciele Warsaw Dog potraktowali to pytanie poważnie i wprowadzili również linię akcesoriów dla ludzi, w tym m.in. nerkę spacerową, woreczek na smakołyki, czy kupownik (czyli pojemnik na woreczki do sprzątania). – Dwa lata temu, rozpoczynając działalność, skorzystaliśmy z rządowego programu „Wsparcie w Starcie”. Od samego początku Warsaw Dog jest przedsięwzięciem rentownym i stale dynamicznie rozwija się w nowych kierunkach. Aktualnie na zespół składają się cztery osoby, ale firma przewiduje, że stworzenie linii produktów dla ludzi pozwoli na stworzenie kolejnych miejsc pracy – mówiła podczas wspomnianej konferencji Zosia Kwiatkowska. Muszę przyznać, choć to oczywiście kwestia gustu, że produkty Warsaw Dog są całkiem ładne i jako właściciel czworonoga nie dziwie się, że ktoś chce po prostu ozdobić nieco swojego pupila.

Senior też DJ
Na wspomnianym finale konkursu CVC Young Innovator Awards zetknąłem się także z innym bardzo ciekawym projektem. To Dancing Międzypokoleniowy, czyli inicjatywa Pauliny Braun, która za cel obrała sobie przeciwdziałanie wykluczeniu osób starszych ze względu na wiek oraz łącznie pokoleń. Jak podkreślała twórczyni projektu – Dancing uczy tolerancji i odwagi życiowej, inspiruje do rozwijania swoich pasji niezależnie od wieku. Paulina Braun prowadzi start-up w ramach działań Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości w Warszawie. Bazowym działaniem jest organizacja potańcówek w modnych, stołecznych klubach. Ale na tym nie koniec.

W ramach projektu prowadzona jest także Senior Djs Academy, czyli akademii, w której seniorzy uczą się zawodu didżeja. Firma prowadzi też agencję castingową, z której można „wynająć” seniorów do produkcji filmowo-telewizyjnych seniorów. Jeśli nie wierzycie w powodzenie tego projektu, to zajrzyjcie na profil Dancingu na Facebooku, a tam znajdziecie zajawki różnych inicjatyw, w które zaangażowani byli seniorzy, w tym m. in. współpraca w telewizjami i youtuberami. Inicjatywa Pauliny Braun jest odpowiedzią na zachodzące zmiany demograficzne i problem starzejącego się, polskiego społeczeństwa. Pisałem już na łamach HiCash.pl o tym zjawisku (tzw. srebrne tsunami) zwracając uwagę na perspektywiczność biznesów wychodzących naprzeciw czekających nas wiekowych problemów.

Wraca moda na leżakowanie
Z ważnym problemem, a mianowicie permanentnym zmęczeniem dotykającym zapracowanych osób, próbuje zmierzyć się Magdalena Filcek, właścicielka wrocławskiej Kawiarenki Snu. W ostatni wtorek na portalu mambiznes.pl natknąłem się na informację, że w stolicy Dolnego Śląska otwiera ona pierwszą tego typu miejscówkę na świecie – Vinci Power Nap. Kawiarenka reklamuje się jako miejsce idealne do relaksu i regeneracji. Skierowane jest przede wszystkim dla pracowników korporacji, średnich i małych przedsiębiorstw. – Dziś ładujemy baterie telefonów, samochodów. czas pomyśleć też o nas – ludziach – mówiła w wywiadzie dla mambiznes.pl Magdalena Filcek. Podobno ma nam wystarczyć 20 min, by naładować akumulatory i z werwą wrócić na open space naszego korpo.

Relaks w takiej kawiarence nie oznacza, że dostaniemy tylko kojo i budzik, ale przede wszystkim jest tam innowacyjny system regeneracji bazujący na integracji sensorycznej. Jak można przeczytać w opisie firmy, dzięki autorskiej aranżacji wnętrza i wykorzystaniu zawieszonych w przestrzeni chust, sprawia, że odpoczynek przypomina ciału kołysanie w ramionach mamy, przytulanie, bezwzględną akceptację. W kawiarence wykorzystano instalacje oddziałujące na wszystkie ludzkie zmysły, w tym m. in. delikatny półmrok, specjalnie skomponowana ścieżka dźwiękowa, czy też orzeźwiający tlen. W przedszkolu leżakować kazano nam obowiązkowo, może to najwyższy czas, by taki obowiązek wprowadzić także w firmach. Zwłaszcza, że obie strony będą miały z tego pożytek – pracownik lepsze samopoczucie, a pracodawca efektywnego podwładnego.

Od mema do waluty
W świecie kryptowalut także istnieją interesujące i awangardowe pomysły. Jednym z nich, wprawdzie nie polskim, jest niewątpliwie dogecoin, czyli cyfrowy token, którego nazwa wywodzi się od popularnego w sieci mema o nazwie „pieseł”. Wydawać by się mogło, że tak jak mem, tak i inspirowany nim token będzie żartem. Twórcy dogecoina postanowili jednak wykorzystać modę na psa rasy Shiba, by stworzyć cyfrowy środek płatniczy z jego wizerunkiem. Chcieli w ten sposób dotrzeć do szerszego grona odbiorców niż bitcoin (było to w grudniu 2013 r.), tworząc walutę przywołującą przyjemne, wręcz rozrywkowe skojarzenia. Bitcoina przebić się nie udało, ale wielu użytkowników memowej waluty chwali sobie ją za prostotę. – Z powodu dość luźnego podejścia projekt nie rozwija się zbyt dynamicznie. Nie jest jednak martwy, gdyż sporo użytkowników wciąż wydobywa dogecoina – czytam na portalu bithub.pl. Jak na żartobliwe podejście do biznesu, „piesełcoin” całkiem nieźle sobie radzi. Jego rynkowa kapitalizacja, według portalu coinmarketcap.com, sięga blisko 900 mln dol.

Patent na gwałciciela
– Kiedy Sandra Seilz została napadnięta przez trzech pijanych mężczyzn podczas joggingu w jednym z lokalnych zagajników, napastnicy byli o krok od zdarcia z niej ubrania. Uratował ją przypadkowy przechodzień, dzięki któremu udało jej się uciec. Ale doskonale zdawała sobie sprawę, co jej groziło – czytam w serwisie innpoland.pl. Ta sytuacja skłoniła ofiarę do zaprojektowania Safe Shorts , czyli ochronnych spodenek, które zabezpieczają intymne miejsca kobiecego ciała przed atakiem napastnika. Są one wykonane z tego samego materiału, co kamizelka kuloodporna, posiadają system szyfrowanych zamków, a także wbudowany system alarmowy emitujący dźwięk o mocy 130 decybeli. Rozwiązania te są możliwie do zaadaptowania także do innych rodzajów garderoby, nie tylko do sportowej. Pomysł wydaje się całkiem obiecujący, zwłaszcza, że niedawna akcja #metoo uświadomiła wszystkim o jakiej skali zjawisku mamy do czynienia. Warto dodać, że mimo wysokiej ceny 149 euro, pierwsza partia Safe Shorts rozeszła się w Niemczech w oka mgnieniu.

Udekoruj swój tron
I na koniec prawdziwy hit, ale bez happy endu, czyli sedesy.com. Kilka lat temu można było przeczytać o tym startupie, który sprzedawał akcesoria do „tronów”. Były to głównie unikatowe deski klozetowe i śmieszne naklejki oraz tabliczki na drzwi. – To się nazywa znaleźć swoją niszę! Sedesy.com jak sama nazwa wskazuje jest to sklep „z akcesoriami” do „tronów” które powinny być godne króla. Nie dość, że serwis jest stylistycznie z tak zwanym „jajem” to jeszcze ma kilka ciekawych produktów, choć trzeba przyznać że asortyment jest na razie ograniczony – pisał w 2010 r. na portalu antyweb.pl Grzegorz Marczak. Pomysł był niewątpliwie awangardowy, ale chyba nie wypalił. Pod wspomnianym adresem nie ma już bowiem sklepu z adekwatnymi akcesoriami. Szkoda. Ale takie są biznesowe realia. Nie każdy może być „królem sedesów”, jak ojciec Laski, bohatera filmu „Chłopaki nie płaczą”. Opisane jednak wyżej pomysły pokazują, że „królami życia” można zostać na wiele innych sposobów.