Categories

Trzeszczący parkiet: 8 kluczowych wydarzeń pierwszego półrocza na GPW

Fani warszawskiej giełdy nie zaliczą ostatnich sześciu miesięcy do zbyt udanych. Raczej będą chcieli wymazać ten okres z pamięci. Może z wyjątkiem akcjonariuszy spółek gamingowych. Pół roku za nami. Na polskim rynku akcji miał to być okres przynajmniej umiarkowanej hossy, a wyszła nam niestety bessa. Wyciągnąłem z rynku trochę statystyk i przypomniałem sobie kilka kluczowych wydarzeń, które albo mroziły krew w żyłach, albo zaspokajały finansowy apetyt. Oto 8 informacji, które moim zdaniem najlepiej oddają to, co wydarzyło się przy ul. Książęcej w ciągu ostatnich sześciu miesięcy.

Jeden z najsłabszych okresów po 2000 r.
Indeks WIG, reprezentujący szeroki rynek GPW, spadł w pierwszym półroczu o 12,2 proc. Licząc od 2000 r. jest to dopiero szósty taki przypadek. Niestety, skala zniżki plasuje go na trzecim miejscu. Gorzej było tylko w 2001 r., a więc po pęknięciu bańki internetowej (spadek o 21,9 proc.) oraz w 2008 r., czyli po pęknięciu bańki na rynku kredytów hipotecznych (spadek o 26,1 proc.). W grudniu ponoć pękła bańka bitcoinowa, ale kapitalizacja rynku kryptowalut jest wciąż zbyt mała, by posądzać go o istotny wpływ na rynki akcji.

Większość analityków powie dość enigmatycznie, że tegoroczny spadek to efekt wzrostu globalnej awersji do ryzyka. Mówiąc prosto – Trump wywołał handlową burzę na świecie, a w takich sytuacjach kapitał w pierwszej kolejności robi wymarsz z rynków wschodzących, czyli takich, jak Polska. A że jesteśmy relatywnie mniej płynni, to uciekający kapitał sieje dość duże spustoszenie widoczne w formie spadających notowań.

Tylko WIG-media na plusie
Na GPW notowanych jest 14 indeksów branżowych i w pierwszym półroczu tylko jeden był na plusie – ten skupiający przedstawicieli branży mediów. Żeby było śmieszniej – zyskał on zaledwie 1,1 proc., a główna w tym zasługa Wirtualnej Polski, bo waży w portfelu indeksu prawie 50 proc., a jej akcje podrożały od stycznia do czerwca o 4,7 proc. Pozostałe 13 indeksów kończyło półrocze pod kreską, a średnia zniżka wyniosła -13,8 proc. O ponad 20 proc. zanurkowały WIGi reprezentujące sektory – budownictwa, chemii, energetyki i górnictwa. Dodam też, że po ok. 13 proc. straciły też główne indeksy, reprezentujące segment dużych, średnich i małych spółek, czyli odpowiednio WIG20, mWIG40 i sWIG80.

75 proc. spółek pod kreską
Aż 3/4 spółek z szerokiego rynku GPW zakończyło pierwsze półrocze spadkiem notowań akcji. Jego średnia wielkość wyniosła -22,2 proc. Na samym dole tabeli, z przeceną sięgającą 94,3 proc. (prawie się wyzerował) znalazł się znany producent odzieży – Próchnik.

Pozostała ćwiartka dała zarobić, średnio +21,5 proc. Królem półrocza został Vivid Games, którego akcje podrożały o prawie 140 proc.

A skoro już o spółkach mowa, to dodam tylko, że w ciągu pierwszych sześciu miesięcy na GPW zadebiutowało tylko pięć nowych firm, a wycofano ich aż 14. Jak tak dalej pójdzie, to ujemny bilans przestanie być niebawem wyjątkiem od reguły.

Gaming nie zawiódł
Aby przerwać tę litanię giełdowych smutków, jeden pozytyw. Otóż świetnie poradzili sobie w tej pierwszej połowie roku przedstawiciele branży producentów gier. W czubie tabeli, oprócz wspomnianego już Vivid Games, znalazły się także 11 bit studios (+129,,3 proc.), PlayWay (+100 proc.) oraz CD Projekt (+67 proc.). Ten ostatni kontynuuje swój rajd na północ i w mijającym tygodniu po raz pierwszy w historii przebił poziom 200 zł za akcję. Warto tutaj dodać, że symboliczny wymiar miało tegoroczne „przyjęcie“ producenta „Wiedźmina“ do portfela WIG20. Szkoda natomiast, że wciąż nie ma indeksu WIG-gry. Gdyby istniał to w podsumowaniu branżowym z pewnością byłby po pierwszym półroczu liderem.

Trudno nie odnieść wrażenia, że gaming powoli staje się polskim towarem eksportowym, a dla inwestorów bezpieczną przystanią – czymś w rodzaju takiego naszego, lokalnego złota czy franka szwajcarskiego. I choć wielu mówi, że to żadna przystań, a zwykła bańka, to jednak coś w tym jest, że na mocnym minusie są akurat spółki górnicze i energetyczne, a nie gamingowe. Jakimś dziwnym trafem te pierwsze w większości należą do Skarbu Państwa i kadrowe rotacje były tam w ostatnim czasie większe niż w składzie piłkarskiej reprezentacji Polski podczas mundialu w Rosji. Na szczęście politycy w gry komputerowe raczej nie grają, więc deweloperzy mogą spokojnie kodować, a my czekać na kolejne premiery.

Afera z GetBackiem
Pierwsze półrocze, a być może i cały 2018 r., z pewnością zapisze się w pamięci inwestorów, jako czas upadku windykacyjnej spółki. Opisywałem tę historię na łamach HiCash.pl, dlatego przypomnę tylko krótko, że spółka przyjęła zbyt agresywną strategię, zadłużając się na potęgę, by skupować ogromne portfele wierzytelności. Co gorsze dług zaciągała w formie obligacji, które trafiały do Kowalskich, jako rzekomo bezpieczne papiery o wysokim oprocentowaniu. W spółkę “wpompowano” w ten sposób trzy razy więcej kapitału niż w Amber Gold. Gdy pojawiły się pierwsze oznaki problemów, kurs akcji w ciągu kilku dni runął o 50 proc. W połowie kwietnia notowania zostały zawieszone i “lewitują” do dziś. Co więcej – prezes spółki i kilka innych osób ze ścisłego managementu trafili do aresztu. Po drodzę wypadło bowiem kilka „trupów z szafy“ i okazało się, że nie wszyscy w tej firmie mieli uczciwe intencje.

“Trump it up”
Nie da się ukryć, że gospodarz Białego Domu ma w tym roku największy wpływ na nastroje inwestorów. Swoimi tweetami, komentarzami i gestami przebija Angelę Merkel, Theresę May i “cesarza” Korei Północnej razem wziętych. Trump rozpętał wojnę handlową z Chinami i Unią Europejską, w międzyczasie grożąc Wladimirowi Putinowi i Kim Dzong Unowi. Potem sam łagodził swoje stanowisko, albo robili to za niego ludzie z jego administracji. Giełdy natomiast reagowały podwyższoną zmiennością, spowodowaną, o czym wspominałem wyżej, ucieczką kapitału z rynków wschodzących. Od wiosny nie ma w zasadzie komentarza rynkowego, w którym polityka prezydenta USA nie byłaby wymieniana jako stały czynnik ryzyka. Niestety, ale Trump to chyba człowiek spod znaku tych, jak to ładnie w “Mikrotykach” ujął Paweł Sołtys, który “mówi więcej niż trzeba i więcej niż wie”. Gdy taką wadę ma zwykły przechodzień to pół biedy, ale jak ma ją przywódca USA no to “Houston, we…”.

Koniec monetarnej kroplówki

Myślę, że ochotę na giełdowe zakupy zmniejszały też w ostatnich miesiącach czynniki związane z polityką pieniężną największych banków centralnych. Otóż amerykański Fed prawdopodobnie zrealizuje w tym roku cztery podwyżki stóp procentowych, a EBC zakończy w grudniu program skupu aktywów. Być może 2018 r. to rok końca ery taniego pieniądza, który od lat pchał giełdowe wyceny w stronę nieba. Jak EBC odłączy finansową kroplówkę, a inwestorzy w USA zaczną przerzucać pieniądze z parkietu na lokaty, to może nas czekać prawdziwe „sprawdzam“.

Blockchain na GPW
I na koniec powrócę jeszcze na rodzimy parkiet i zaproponuję optymistyczny akcent. Otóż pod koniec czerwca warszawska giełda opublikowała aktualizację swojej strategii. W jej ramach przewidziano sporo rozwiązań technologicznych, w tym platformę do equity crowdfundingu opartą na technologii łańcucha bloków. Giełdy zagraniczne z tą bazą danych „romansują“ już od dłuższego czasu, a niektóre są na tak zaawansowanym poziomie (jak szwajcarski SIX), że chcą wprowadzać alternatywne systemy obrotu dla tokenów. W tym kontekście pomysł GPW interpretuję jako próbę podłączenia się do globalnego trendu. Nie zapominajmy, że giełda to też spółka i musi zarabiać. A skoro koniunktura nie sprzyja, to trzeba szukać innych źródeł zysku. Myślę, że blockchain to słuszny kierunek. Jeśli nawet nie wyjdzie z crowdfundingiem, to spokojnie można go testować na wielu innych polach i szukać swojej przewagi konkurencyjnej.

 
Categories

Blockchain otwiera giełdowe portfele kolejnych polskich inwestorów

Na warszawskiej giełdzie przybywa spółek, które deklarują zaangażowanie w tytułową technologię.W kilku przypadkach tego typu komunikat wywołał spektakularny wzrost kursu akcji. “Blokczejn” może być słowem kluczem na miarę “dotcom”, gamingu czy deweloperki, a jednocześnie… pułapką.

Najświeższym przykładem giełdowego “romansu” z technologią łańcucha bloków jest notowana na NewConnect spółka Merlin. Przedstawiciel branży e-commerce podpisał 6 lipca list intencyjny ze znanym inwestorem Rafałem Zaorskim, szefem Krypto Jam.

Strony zadeklarowały rozpoczęcie prac nad rozwojem technologii blockchain zmierzających do stworzenia innowacyjnego programu lojalnościowego dla klientów grupy opartego na tokenizacji lojalności klientów. Intencją stron jest umożliwienie korzystania z technologii innym podmiotom z rynku e-commerce w Polsce i Europie, a w konsekwencji osiągnięcie pozycji lidera tokenizacji lojalności w Europie – napisano w oficjalnym komunikacie. W dniu jego publikacji kurs akcji Merlina wzrósł o 65,5 proc., z 0,9 zł do 1,49 zł, a na kolejnej sesji cena rosła w porywach do 2,15 zł. Z kolei dzienny wolumen obrotu po raz pierwszy w giełdowej historii tej spółki przekraczał liczbę 750 tys. sztuk.

Zarobić ponad 100 proc. w ciągu dwóch dni i to na bardzo słabym ostatnio warszawskim rynku akcji, to bardzo dobry wynik. I to wszystko dzięki jednemu słowu. Tak jak kiedyś inwestorów elektryzowała końcówka “dotcom” albo wejście w deweloperkę czy branżę gier komputerowych, tak teraz nastał czas “blokczejna”. I tak jak zawsze – część firm faktycznie wykorzystuje nową technologię do rozwijania swojego biznesu, a część zdaje się tylko podłączać pod modę, by zrobić wokół siebie trochę szumu i podbić wyceny akcji.

Hype na blockchain
Pierwszą spółką na rodzimym rynku akcji, która zapowiedziała wejście w okołoblokczejnowe tematy była BitEvil, kierowana przez Marię Belkę, córkę byłego premiera. Na NewConnect firma debiutowała dokładnie rok temu i to ze sporą pompą. Ogłosiła bowiem, że zamierza wprowadzić polską kryptowalutę EraCoin. To wystarczyło, by w dniu debiutu cena akcji zyskała 43 proc. rosnąc z 2,49 zł do 3,56 zł. Co więcej – dwa miesiące później notowania ustanowiły do dziś niepobity historyczny szczyt 8,33 zł.

Można dyskutować, czy wpływ na wzrost kurs miała magia nazwiska szefowej, czy jednak zapowiedź nowego coina. Ja stawiam na to drugie. A żeby było śmiesznie – EraCoin wcale kryptowalutą nie jest, przynajmniej w takim znaczeniu jak bitcoin, litecoin czy dash. Nie jest bowiem oparta na łańcuchu bloków, a jej rzekome “kopanie” to nie rozwiązywanie kryptograficznych zagadek, a tylko poświęcony czas na interakcje z innymi użytkownikami aplikacji, która tego coina obsługuje. EraCoin to właściciwe coś w rodzaju punktów lojalnościowych, które znamy chociażby ze stacji benzynowych. Spółka sprytnie wykorzystała więc modę na kryptotematy, by z przytupem wejść na rodzimy parkiet. Aktualnie jej akcje kosztują 1,5 zł, a więc sporo poniżej ceny z debiutu.

Śladami BitEvil, ale nie tylko marketingowo, ale także realnie – poszły inne spółki giełdowe. MakoLab pracuje nad systemem do identyfikatorów cyfrowych o wysokim poziomie niezaprzeczalności i transparentności, dlatego blockchain wydaje się tutaj idealnym rozwiązaniem. – Cechy tej technologii zwróciły naszą uwagę w kontekście wykorzystania do zabezpieczenia przechowywania danych identyfikacyjnych, szczególnie tych, które są wrażliwe pod kątem zaufania i objęcia gwarancją autentyczności. Takich jak np. identyfikatory cyfrowe instytucji finansowych LEI (Legal Entity Identifier). W obrębie naszych prac wzbogacenie LEI o technologię blockchain to dopiero początek – czytamy na stronie spółki.

Projekt MakoLab ma wartość nieco ponad 2 mln zł, z czego 1,2 mln zł pochodzi z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Zakończenie projektu zaplanowano na grudzień 2018 r. Na wykresie kursu akcji spółki nastroje są raczej zmienne. O ile w drugim półroczu 2017 r. akcje podrożały o 70 proc., to w pierwszym półroczu tego roku ich cena spadła o blisko 30 proc. Być może inwestorzy czekają, aż system będzie gotowy i możliwy do zweryfikowania.

Całkiem niedawno eksperymenty z technologią blockchain zapowiedziała też warszawska giełda (GPW jest spółką akcyjną i jest notowana na główynm parkiecie). Otóż 27 czerwca spółka opublikowała zaktualizowaną strategię #GPW2022, w ramach której podjętych zostanie 14 inicjatyw. Jedną z nich jest platforma Private Market, dedykowana finansowaniu firm na wczesnym etapie rozwoju za pośrednictwem tzw. equitycrowdfundingu. Infrastruktura platformy ma bazować na technologii blockchain.

Rozproszony rejestr jest dla nas bardzo atrakcyjny. Szczególnie dużo sobie obiecujemy po tzw. smart contracts, dzięki którym do obrotu mogą trafić warunki udziału w zyskach danej firmy. Forma private blockchain jest w tym momencie optymalna. Chcemy w ten sposób przetestować jej działanie w środowisku giełdowym – mówił w wywiadzie dla Parkiet TV Marek Dietl, prezes GPW. Nasza giełda zaczęła więc robić to, co giełdy zagraniczne robią już od dawna. Rynek przyjął nowe pomysły całkiem entuzjastycznie. W dniu ogłoszenia #GPW2022 akcje podrożały o 3,6 proc. do 37,55 zł, a na początku lipca cena dochodziła do 38,95 zł.

Nie najlepsze intencje
Technologiczne trendy mają to do siebie, że przyciągają też firmy, które niekoniecznie chcą dać akcjonariuszom udział w innowacyjnym przedsięwzięciu, a raczej zrobić wokół siebie trochę pozytywnego PRu i przy okazji podbić kurs akcji. Być może pamiętacie scenę z “Wilka z Wall Street”, w której główny bohater – Jordan Belfort – wciska przez telefon klientowi akcje firmy z sektora IT, która ma być drugim gigantem na miarę Apple’a, a okazuje się za chwilę, że to zwykła szopa na środku podwórka, którą z IT łączy tylko napis na szyldzie nad wrotami. To są sceny z życia wzięte. To samo grozi nam teraz przy okazji boomu na blokczejn i różne coiny, dlatego warto mieć się na baczności za każdym razem, gdy jakiś giełdowy podmiot informuje, że angażuje się w tego typu projekty.

Lampki ostrzegawcze zapaliły się rynkowym obserwatorom na początku tego roku, gdy takie komunikaty wypuściły trzy spółki z NewConnect – Erne Ventures, Devoran i Novina ASI. Kontrolki nie zaświeciły się dlatego, że spółki te miały bardzo niską wycenę akcji (ok. 1 zł lub mniej), która zawsze sygnalizuje podwyższone ryzyko inwestycji, ale z nieco innych powodów. – Spółki te wiele dzieli, ale łączy m.in. osiąganie niewielkich przychodów, notowanie strat i skłonność do zmieniania nazw i emitowania akcji – pisał wówczas na łamach Pulsu Biznesu Marcel Zatoński. Oczywiście nie przekreślam szans tych firm na to, że wejście w nowe technologie będzie kołem zamachowym ich biznesów, ale niektóre z ich dotychczasowych dokonań, skakanie z jednego branżowego kwiatka na drugi i zachowanie kursu akcji sugerują przynajmniej zachowanie ostrożności.

Otóż Erne Ventures, fundusz inwestujący jak dotąd w przedsięwzięcia z branży gier komputerowych i motoryzacji, ogłosił w styczniu aktualizację swojej strategii, podając w niej plany większego zaangażowania w projekty zapowiadające wdrożenie własnych rozwiązań opartych o blockchain. Na stronie internetowej, w nazwie funduszu, obok dopiski „games“ pojawiło się „blockchains“. W pierwszym momencie cena akcji skoczyła o 22 proc., ale jeszcze na tej samej sesji kurs ustabilizował się zyskując ostatecznie zaledwie 2,7 proc. względem poprzedniej ceny zamknięcia. W tym przypadku magiczne słowo nie wywołało większego entuzjazmu wśród inwestorów. Być może dlatego, że ci ostatni zrazili się wcześniejszym zaangażowaniem funduszu w spółkę Arrinera, która od kilku lat obiecuje nam pierwszy polski samochód wyścigowy i jak dotąd taśmy produkcyjne nie ruszyły. Być może też dlatego, że po pierwszym kwartale w skonsolidowanych wynikach na poziomie zysku netto była strata sięgająca prawie 900 tys. zł. A być może dlatego, że w lutym spółka ogłosiła, że w ramach nowej strategii przejęła spółkę Revitum, czyli sieć placówek diagnostyki medycznej, i zamierza przekształcić ją w… giełdę kryptowalut. To intrygujący pomysł, nie tylko z uwagi na technologiczną transformację, ale także dlatego, że większość, o ile nie wszystkie giełdy kryptowalut wyprowadzają się z naszego kraju z powodu nieprzyjaznych regulacji.

Devoran również ma sporo dokonań na swoim koncie.  Gdy wchodził na NewConnect w 2007 r. nazywał się Viaguara i jego produktem była wódka z guaraną. Później zmienił się w Polsko-Amerykański Dom Inwestycyjny, aby w końcu wejść w deweloperkę i nazwać się Devoran. Na początku tego roku ogłosił z kolei, że angażuje się w nową technologię, m. in. tworzenie rozwiązań i planów marketingowych dla społeczności blockchain oraz budowę zaplecza koparek wykorzystywanych do pozyskiwania kryptowalut. Pojawił się też plan zmiany nazwy na Future Blockchain.

W styczniu kurs akcji spółki wzrósł o 145 proc. do 1,08 zł. Tymczasem od strony finansowej trudno o optymizm. W zeszłym roku skonsolidowany wynik netto wyniósł zaledwie 202 tys. zł. Ponadto spółka znalazła się w ubiegłym roku pod okiem nadzorcy. – W listopadzie rynkowy nadzorca poinformował, że podejrzewa manipulację kursem Devoranu. KNF szczegółowo opisywała podejrzane transakcje z września ubiegłego roku, gdy grupa powiązanych akcjonariuszy miała stosować m.in. takie techniki manipulacyjne, jak ukrywanie własności, sztuczny obrót i „pump & dump” (napompuj i opchnij), podbijając kapitalizację spółki – napisno w Pulsie Biznesu. Aktualnie papiery spółki wycenianie są na parkiecie na 0,11 zł. Czyżby inwestorzy nie wierzyli w kolejną przemianę?

Małą wiarę, przynajmniej patrząc przez pryzmat wykresu kursu akcji (ich cena to ok. 0,33 zł), widać też wśród akcjonariuszy funduszu pożyczkowego Novina. Podobnie jak poprzednik, ta spółka też ma na koncie kilka przeistoczeń. Na New Connect weszła w 2012 r. jako firma „Baby“ planująca budowę sieci kawiarni. Potem zajęła się działalnością inwestycyjną pod nazwą Goldwyn Capital, by w końcu stać się funduszem pożyczkowym, a w styczniu tego roku ogłosić, że zawiązuje nową spółkę „Blockchain Technology“. Przedmiotem działalności tej ostatniej mają być inwestycje wykorzystujące technologię blockchain, w pierwszej kolejności kopanie kryptowalut. To wystarczyło, by w styczniu podbić wyceną walorów o 62 proc. Mało tego, spółka opublikowała na początku roku prognozę, że po 12 miesiącach zarobi na czysto 2,2 mln zł. Ambitnie. Zwłaszcza, że rok ubiegły zamknęła  stratą rzędu 2,86 mln zł. Wygląda na to, że spółka naprawdę zamierza wykopać sporo bitcoinów…

Myślę, że w niedalekiej przyszłości kolejne spółki z NewConnect i GPW będą ogłaszać zaangażowanie w tytułową technologię. Zwłaszcza, że znajduje ona coraz więcej możliwości zastosowania, już nie tylko w systemach płatniczych, ale chociażby w energetyce, logistyce, zarządzaniu siecią sprzedaży itp. Jak pokazują powyższe przykłady, temat jest bardzo nośny i potrafi mocno podbić kurs przynajmniej w krótkim terminie. Nie ma się co dziwić.

Na naszym parkiecie panuje bessa, więc inwestorzy szukają innowacyjnych rozwiązań, które mogą dać wysoką stopę zwrotu. Giełdowa historia pokazuje, że każda hossa miała swojego przewodnika, np. spółki informatyczne lub spółki deweloperskie. Blockchain ma potencjał, by znów dać silny impuls wzrostowy, zwłaszcza, że niektórzy wieszczą tej technologii wywołanie rewolucji większej niż ta związana z powstaniem sieci internetowej. W tym kontekście należy pozytywnie oceniać eksperymenty rodzimych spółek z nową technologią. Liczę na to, że owe eksperymenty nie otworzą przysłowiowych sezamów tylko zarządom owych spółek, ale wszystkim akcjonariuszom i to w dłuższym niż miesięczny terminie.

 

 
Categories

Finansowi guru jadą po bitcoinie. „Trutka na szczury do kwadratu”

O cyfrowych pieniądzach bardzo chętnie wypowiadają się znane osobistości świata biznesu i ekonomii. Ich opinie są bardzo skrajne, w większości negatywne. Przewijają się porównania do baniek spekulacyjnych, czy wręcz globalnych oszustw. Tylko niektórzy widzą w bitcoinie początek monetarnej rewolucji, która uwolni nas od bankowych monopoli.

Tak to już jest, że jak nie mamy własnej opinii na dany temat, to lubimy wspierać się naszymi autorytetami. Słuchamy ich wypowiedzi i przyjmujemy lub nie ich punkt widzenia. W kwestii kryptowalut ten głos autorytetów cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem z kilku powodów.

Po pierwsze, mamy do czynienia z technologiczną nowością, która stanowi realną konkurencję dla pieniądza fiducjarnego. Po drugie, mało kto dobrze zna się na bazach danych i kryptografii, więc nie jest w stanie sam zweryfikować realnej użyteczności technologii blockchain, która za większością kryptowalut stoi. I w końcu po trzecie, kryptowaluty stały się aktywem spekulacyjnym, na którym wiele osób bardzo dużo zyskało i zastanawia się, czy zyska więcej, a jak wiadomo nic tak nie rozbudza emocji, jak możliwość szybkiego dorobienia się.

Znani ekonomiści, inwestorzy i menedżerowie wysokiego szczebla zaczęli więc coraz częściej dzielić się publicznie swoimi opiniami na temat cyfrowych pieniędzy. Z ich wypowiedzi nie wyłania się optymistyczna wizja przyszłości.

Sceptyczni bogacze
Od kilku lat swojej negatywnej opinii na temat bitcoina nie zmienia najbardziej znany inwestor giełdowy i jednocześnie trzeci najbogatszy człowiek na tej planecie – Warren Buffet. Jego zdaniem kryptowalutom bliżej do hazardu niż do inwestowania, a to dlatego, że nie mają one żadnej wewnętrznej wartości.

 – Jeśli kupujesz coś takiego jak bitcoin czy inna kryptowaluta, to tak naprawdę nie posiadasz czegokolwiek, co cokolwiek produkuje. Masz tylko nadzieję, że inny gość zapłaci za to więcej – tłumaczy Buffett.

Na tegorocznym spotkaniu akcjonariuszy jego wehikułu inwestycyjnego – Berkshire Hathaway – dolał oliwy do ognia mówiąc, że bitcoin jest jak „trutka na szczury do kwadratu”.  Jego zdaniem najbardziej popularna kryptowaluta źle skończy i zadeklarował, że jego fundusz nigdy nie zainwestował w tego typu aktywa i nie zamierza tego robić. Tych co znają styl inwestycyjny Buffetta nie dziwią te mocne opinie. Słynie on bowiem z tego, że inwestuje w wartość, a rynek giełdowy zawsze był dla niego miejscem, gdzie może kupić tanio coś wartościowego.

To coś zawsze miało być dla Buffetta weryfikowalne, dlatego znany jest z tego, że często sam posiada produkty spółek, których jest akcjonariuszem i chodzi na spotkania z zarządami, by osobiście sprawdzać kompetencje menedżerów. Jego zdaniem w przypadku bitcoina takich możliwości weryfikacji nie ma, co z automatu wyklucza kryptowalutę z kręgu jego inwestycyjnych zainteresowań.

O ile sceptycyzm Buffetta można poniekąd tłumaczyć jego wiekiem i deklarowaną niechęcią do nowych technologii, to większe zdziwienie budzą opinie jego przyjaciela Billa Gates’a, szefa Microsoftu. Choć kilka lat temu opisywał bitcoina przymiotnikiem „ekscytujący”, to w jednym z ostatnich wywiadów dla CNBC stwierdził, że chętnie zagrałby na bitcoinie na krótko, co oznacza, że spodziewa się spadku notowań.

Mało tego, w marcu tego roku w wywiadzie dla portalu Reddit.com Gates krytykował kryptowalutę za jej rzekomą anonimowość, dzięki której staje się ona świetnym narzędziem dla terrorystów i handlarzy narkotyków. Choć wielu zarzucało mu niedoinformowanie i brak wiedzy, to Gates swojego stanowiska nie zmienił i pozostaje sceptycznie nastawiony do bitcoina.

Inni panowie o zasobnych portfelach także w mocnych słowach wypowiadają się na temat cyfrowych pieniędzy. – Kryptowaluta jest oszustwem – powiedział wprost Jamie Dimon, prezes JP Morgan Chase,  na konferencji Delivering Alpha. Jego zdaniem bitcoin nie ma żadnej realnej wartości, jest gorszy od cebulki tulipana i skończy podobnie jak ona w XVII w.

Dla kontrastu warto dodać, że CEO Goldman Sachs Lloyd Blankfein przyznał niedawno, że bitcoin jest po prostu nie dla niego i nie posiada, żadnej kryptowaluty, ale dodał, że byłoby zbytnią arogancją mówienie, że bitcoin nie ma przyszłości. CEO Goldmana uważa, że skoro pieniądz fiducjarny istnieje na podstawie pewnej umowy społecznej na linii rząd – społeczeństwo, to dlaczego i kryptowaluty nie miałyby mieć swojego własnego konsensusu.

Takim „optymistą” nie jest Mark Cuban, miliarder, właściciel zespołu NBA Dallas Mavericks, który w wywiadzie dla Vanity Fair powiedział, że „jeżeli inwestujesz w bitcoina, to przygotuj się, że wszystko stracisz”. Co ciekawe – tych ostatnich słów nie do końca podziela chyba George Soros. Choć na tegorocznej konferencji w Davos mówił, że bitcoin to bańska spekulacyjna, która pęknie najszybciej ze wszystkich w historii, to w kwietniu dowiedzieliśmy się z Bloomberga, że jego rodzinna firma Soros Fund Management zamierza handlować kryptowalutami. Jak widać w finansach niekoniecznie liczy się to co myślisz, tylko to czy możesz na czymś zarobić…

Warto przywołać dość stonowane na tle powyższych stanowiska Marka Zuckerberga, szefa Facebooka i Jacka Dorsey’, szefa Twittera. Ten pierwszy widzi w technologiach szyfrowania i kryptografii narzędzia do transferu władzy od systemów scentralizowanych do zdecentralizowanych, czyli bezpośrednio do ludzi. Można więc się domyślać, że atrakcyjna wydaje mu się idea twórcy bitcoina – Satoshi Nakamoto – który stworzył swoją kryptowalutę, by uwolnić ludzi od finansowych pośredników.

Zuckerberg w swoich postanowieniach na 2018 r. umieścił m.in. obserwowanie nowych technologii związanych z cyfrowymi pieniędzmi, pod kątem wykorzystania ich w jego serwisach. Z kolei wspomniany Dorsey uważa wprost, że bitcoin to pieniądz internetu, a ten ostatni zasługuje na to, by mieć własną, odrębną walutę. Na tegorocznej konferencji Consensus w Nowym Yorku szef Twitter powiedział, że „ kryptowaluty to przyszłość legalnych środków płatniczych”. Nie jest tylko pewien, czy ta przyszłość należy właśnie do bitcoina, czy jednak do któregoś z jego konkurentów.

Podzieleni ekonomiści
Czy nam się to podoba, czy nie – kryptowaluty zdołały już całkiem nieźle zadomowić się w świecie finansów. Mają swoje odrębne platformy transakcyjne, bankomaty, fundusze w nie inwestujące, a także kontrakty terminowe notowane na tradycyjnych rynkach (CME, CBOE). Mało tego – wiele gigantów finansowych, jak Goldman Sachs, Fidelity czy Deustche Boerse, zamierza wprowadzić do swoich ofert produkty na kryptowalutach oparte.

Skoro więc cyfrowe pieniądze powoli wchodzą do mainstreamu, to tym bardziej ciekawe wydaje się zdanie ekonomistów na ich temat. Okazuje się, że i w tym środowisku cyfrowe pieniądze budzą sporo emocji.

Nouriel Roubini, który zasłynął tym, że po kilku nieudanych próbach w końcu przewidział kryzys (akurat ten duży, który zaczął się w 2007 r.), bardzo mocno skrytykował bitcoina podczas tegorocznej konferencji Milken Institute Global w Los Angeles. – Nie ma tutaj żadnej decentralizacji, to zwykły „bullshit”. A blockchain to tylko ulepszony arkusz kalkulacyjny – mówił podczas panelu pt. „Kryptowaluty: irracjonalny entuzjazm czy nowy wspaniały świat?”.

Ludzi, którzy bitcoina kupowali w szczycie notowań pod koniec 2017 r. , Roubini nazwał frajerami. Jego ostre słowa wywołały falę krytyki ze strony oponentów. – Przypomina mi to sprzedawcę koni, który twierdzi, że nie potrzebujemy silników spalinowych – odpowiadał Bill Barhydt, szef startupu ABRA, który stworzył jeden z portfeli kryptowalutowych.

Zdecydowanie bardziej wyważony, ale również krytyczny w temacie jest Robert Shiller, noblista, autor książki „Zwierzęce instynkty”. Jego zdaniem bitcoin będzie kolejnym nieudanym eksperymentem w dziedzinie finansów. – Praktycznie nikt poza działami informatyki nie potrafi wyjaśnić, jak dokładnie funkcjonują kryptowaluty. Ta tajemnica tworzy aurę ekskluzywności, nadaje zalet nowemu rodzajowi pieniądza i napełnia wielbicieli rewolucyjnym zapałem. Nie ma w tym nic nowego i podobnie jak w przypadku poprzednich innowacji monetarnych pozornie fascynująca historia może nie wystarczyć – powiedział w maju w wywiadzie dla CNBC. Kilka dni temu w rozmowie z dziennikarzami Bloomberga opisywał bitcoina w kategoriach bardziej behawioralnych, nazywając go społecznym ruchem, w którym panuje „epidemia entuzjazmu”. Swoją wypowiedź spuentował tym, że bitcoin to dla niego bańka spekulacyjna, jednak asekuracyjnie dodał, że nie oznacza to, że wartość tej kryptowaluty spadnie do zera.

Zdecydowanie bardziej wyważone i jednocześnie mniej emocjonalne, a bardziej merytoryczne jest stanowisko Christine Lagarde, szefowej Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW). Na łamach bloga WTF umieściła ona wpisy pokazujące zarówno pozytywne, jak i negatywne jej zdaniem strony kryptowalut (m. in. „An Even-handed Approach to Crypto-Assets”). W wywiadach podkreśla, że nierozsądnym byłoby odrzucenie kryptowalut. Ich popularność i rozwój technologii za nimi stojących skłaniają do głębszej analizy, zarówno pod kątem potencjalnych zalet i ryzyk.

Lagerde zwraca chociażby uwagę na szybkość i niskie koszty transakcji, z drugiej strony ostrzegając przed niestabilnością i wysoką zmiennością notowań. Co ciekawe, nie uważa ona, by rozwiązania z zakresu technologii blockchain wyeliminowały instytucję pośrednika z globalnego obiegu pieniądza. Raczej spodziewa się korzystnej dla wszystkich dywersyfikacji usług dzięki rozwojowi fintechów, a także adaptacji rozwiązań stosowanych w kryptowalutach do tradycyjnych systemów (co zresztą już się dzieje).

Stanowisko szefowej MFO to niewątpliwie ważny głos w całej globalnej dyskusji. Niektórzy komentatorzy uważają, że to jej pozytywny wpis na blogu wywołał kwietniowy skok notowań bitcoina do 8 tys. dol.  Niewykluczone. W końcu, jak widać powyżej, większość z największych „gadających głów” jest sceptycznie nastawiona do bitcoina, więc każdy liczący się, pozytywny głos w temacie stanowi jakiś promyk nadziei dla entuzjastów cyfrowych pieniędzy. Profilaktycznie ostrzegam tylko, by nie traktować każdej pozytywnej opinii jakiegoś guru, jako sygnał do kupna bitcoina.

 
Categories

Finansowi giganci prognozują, kto wygra mundial w Rosji

To już niemal tradycja, że ekonomiści banków przed każdym piłkarskim turniejem przepuszczają przez swoje modele dane dotyczące drużyn i typują zwycięzców. Niektóre z tych modeli wskazują nawet, że Polska będzie czarnym koniem rozpoczynających się właśnie mistrzostw.

 

Oglądaliście film “Moneyball” z Bradem Pittem w roli głównej? To historia menedżera baseballu, który jako pierwszy w historii zaczął kompletować skład drużyny nie na podstawie rynkowej wyceny czy popularności graczy, ale na podstawie analizy statystycznej ich wyników z przeszłości. Jego asystent stworzył modele, które uwzględniały mnóstwo zmiennych (od liczby zaliczonych baz, po skuteczność odbicia piłki), nadawały im różne wagi i szeregowały zawodników według ich statystycznie najmocniejszych stron.

Tym sposobem na każdą pozycję dobierano optymalnego zawodnika i uzyskiwano skład, który zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa miał największą szansę na triumf. I choć na początku większość ekspertów kpiła z tej metody, uznając, że komputer nigdy nie zastąpi dobrego trenera czy łowcy głów, to później wspomaganie się takimi narzędziami podczas selekcji stało się normą. Nie tylko w baseballu, ale chociażby w piłce nożnej.

Sztab polskiej reprezentacji ma swojego szefa banku informacji, który analizuje przeciwnika pod każdym kątem i przekazuje piłkarzom szczegółowe dane na temat ich rywali. W analizie statystyk sportowych, podobnie jak w analizie danych giełdowych, można znaleźć swoją przewagę. Wiedzą o tym doskonale tytułowi giganci, dlatego przed piłkarskimi turniejami próbują zaadaptować swoje modele do sportowych danych i wytypować zwycięzców. Wiadomo oczywiście, że po drodze do finału wydarzyć się może mnóstwo rzeczy i układ sił może ulec zmianie, ale te prognozy zawsze cieszą się sporą popularnością, karmią rozpalone oczekiwania kibiców i są szeroko komentowane. Zobaczmy zatem do kogo zdaniem ekonomistów trafi puchar świata.

Bankierzy patrzą szklane kule
Zdaniem ekonomistów szwajcarskiego banku UBS, murowanym faworytem całego turnieju są nasi zachodni sąsiedzi. Używając modelu ekonometrycznego stosowanego przy selekcji akcji w departamencie inwestycyjnym, wyliczyli oni, że szansa na to, że Niemcy drugi raz z rzędu sięgną po puchar świata wynosi aż 24 proc.

Wiemy dużo o Mistrzostwach Świata, ponieważ FIFA podaje harmonogram gry, zasady turnieju i układ gier z wyprzedzeniem. Mamy dostęp do wielu danych i wiemy dużo więcej o tym, co chcemy modelować, niż w przypadku rynków finansowych – mówi Michael Bolliger, szef alokacji aktywów rynków wschodzących w UBS. Jego zdaniem, które poparte jest tworzeniem prognoz dla 10 ostatnich turniejów, jest kilka kluczowych zmiennych, które wpływają na skuteczność modeli predykcyjnych, w tym m. in. wyniki meczów kwalifikacyjnych w ostatnich 12-18 miesiącach (miara obecnej skuteczności), oceny Elo (ranking stosowany do określenia mocy reprezentacji narodowych w piłce nożnej), historyczne osiągnięcia drużyn (jako czynnik emocjonalny, wspierający pewność siebie zawodników), a także przewaga kibiców (najlepiej grać u siebie). Ponadto do modelu zawsze wprowadza się element losowy, by zostawić margines na niespodzianki.

Niestety w wynikach modelu UBS jest zła wiadomość dla nas. Otóż Dean Turner, ekonomista z UBS Wealth Management, uważa, że ​​Anglia powinna radzić sobie lepiej niż w poprzednim turnieju i ma 67 proc. szans na dojście do fazy ćwierćfinałowej. Zakładając, że to z Polską spotka się w 1/8, a taki scenariusz jest możliwy z uwagi na układ tabeli, to nasi zakończą przygodę w Rosji na czterech meczach.

Na Niemców stawiają też ekonomiści Commerzbanku, ale na tę prognozę należy patrzeć z przymrużeniem oka, bowiem niewykluczona jest tu pewna stronniczość. O tę ostatnią nie można posądzać bankierów z ING, bo Holandia nie dostała się na mundial. Analitycy „Śląskiego” prognozują, że na najwyższym stopniu podium będzie Hiszpania. Zastanawiam się tylko, czy panowie eksperci zdążyli uwzględnić w swoich modelach fakt, że w ostatnich dniach prezes hiszpańskiego związku piłki nożnej zwolnił selekcjonera – Julena Lopetegui’a. Ten ostatni podpisał bowiem kontrakt na trenowanie Realu Madryt nie informując o tym wcześniej swoich szefów ze związku.

Jeszcze innego zwycięzcę, a mianowicie Brazylię, typują eksperci Goldman Sachs. Ponoć mocno przyłożyli się do swoich prognoz, bowiem wykorzystali algorytm sztucznej inteligencji, tworząc 200 tysięcy modeli i milion symulacji przebiegu turnieju. Szczegółowy przebieg fazy pucharowej według najbardziej prawdopodobnego scenariusza widać na obrazku poniżej (liczby przy drużynach to średnia liczba goli, jakie może zdobyć w meczu dana ekipa). Niestety także tutaj Polska kończy przygodę w 1/8 finału, odpadając po potyczce z Belgami.

Z bankierami Goldmana nie zgadzają się bankierzy innego giganta Citi. Ich zdaniem bowiem Brazylia odpadnie w półfinale, a więc powtórzy się historia sprzed czterech lat. Chociaż wątpię, by wynik był ten sam. Wówczas przecież Niemcy wbili Canarinhos aż siedem bramek i to na ich własnym terenie.

Chociaż każdy z wymienionych banków stosuje nieco inną metodologię, to widać wyraźnie, że w ścisłym gronie faworytów umieszczają w zasadzie te drużyny, które wymieni niemal każdy przechodzień, który interesuje się choć trochę piłką nożną. Mowa przecież o Brazylii, Hiszpanii i Niemcach, a więc o futbolowych gigantach. Nietrudno typować te drużyny, nawet w ciemno, bowiem to one sięgały po puchar w pięciu na siedem ostatnich turniejów. Jako „giełdziarz” pokuszę się więc o tezę, że całe te skomplikowane algorytmy dają wynik podobny do wyniku prostej metody mówiącej, że „trend is your friend”. Skoro w ostatnich latach triumfowały właśnie te trzy ekipy, to i teraz mają najwyższe szanse na powtórzenie sukcesu.

Polska czarnym koniem
Z punktu widzenia polskiego kibica najciekawsze predykcje przeprowadzili ekonomiści japońskiego banku – Nomura. Ich symulację widać na poniższym obrazku.

W tym scenariuszu Polska dociera aż do półfinału, a więc powtarza sukcesy z pamiętnych lat 1974 i 1982. W walce o finał odpada niestety z Hiszpanią. Skąd taki optymizm w kwestii poczynań kadry Nawałki wśród japońskich bankierów? Okazuje się, że w swoich modelach zastosowali nieco inne podejście niż wyżej wymienione banki.

Zamiast skupiać się na modelach ilościowych opartych na rankingach, zastosowaliśmy bardziej jakościowe podejście, biorąc pod uwagę rozwój każdej drużyny, a także dokładnie analizując składy zespołów – piszą w raporcie. Bankierzy Nomury stworzyli wskaźnik mierzący tzw. momentum, czyli postęp na przestrzeni ostatnich czterech lat. W przypadku naszej drużyny faktycznie był on dość imponujący. W ładnym stylu awansowaliśmy do EURO2016 i dotarliśmy do ćwierćfinału, a następnie wygraliśmy eliminacje do mundialu w Rosji.

W zasadzie era Adama Nawałki to pasmo sukcesów, zwłaszcza jak porówna się ostatnie kilka lat do okresów poprzednich, gdzie w grupach eliminacyjnych nie mogliśmy pokonać takich ekip jak Macedonia czy Słowenia. Bankowcy Nomury zdają się to dostrzegać. W swoim raporcie wśród przewag naszego zespołu wymieniają m. in. wysokie miejsce w rankingu FIFA (obecnie ósme), dwunaste pod względem wartości miejsce zespołu wśród drużyn, które przyjechały do Rosji (wartość naszej kadry to 260 mln euro), skuteczny atak i dobrych bramkarzy, klasę Lewandowskiego, sporo graczy z czołowych europejskich lig. Obawy bankierów budzą: słabsza formacja defensywna i linia pomocy, grupowi rywale – Kolumbia i Senegal i prawdopodobieństwo spotkania Anglii i Niemiec w drodze do półfinału. Wypadkowa tych czynników daje nam w modelu Nomury największe szanse na bycie… czarnym koniem tego turnieju (patrz diagram poniżej). Tuż za nami w tym zestawieniu jest Peru.

Oczywiście każdy z polskich kibiców marzy o tym, by nasi dotarli jak najdalej, ale uśredniając prognozy ekonomistów chyba najbardziej realnym scenariuszem jest wyjście z grupy. Wszystko co uda się ugrać ponad to, będzie niezwykle miłą niespodzianką. A pierwszy mecz na mundialu pokazał, że to może być turniej niespodzianek. W meczu tym zmierzyły się dwie najniżej rozstawione drużyny całego turnieju – gospodarz, czyli Rosja oraz Arabia Saudyjska. Światowe media zapowiadały nudny mecz, a tymczasem Sborna rozgromiła rywala 5:0 i pewnie wywalczyła na inaugurację trzy punkty.

 
Categories

10 gwiazd światowego formatu, które romansują z kryptowalutami

Cyfrowe nośniki wartości wchodzą na salony. Coraz więcej aktorów, sportowców i celebrytów informuje świat, że albo posiadają bitcoiny, albo inwestują w przedsięwzięcia związane z technologią blockchain, albo… zamierzają wyemitować swój token personalny.

 

Zanim przejdziemy do wyliczanki, kilka słów wprowadzenia. Pisałem kilka tygodni temu na łamach HiCash.pl o tzw. tokenach personalnych („Personalne tokeny, czyli jak zmonetyzować… samego siebie”), zwracając uwagę, że cyfrowe nośniki wartości mogą być niebawem dostępne dla każdego, a szczególnie dla osób aktywnie działających w mediach tradycyjnych i społecznościowych. Nie minęło wiele czasu, a już słyszymy o projektach typu tokenstars.com czy Global Crypto Offering Exchange, a więc platformach, na których takie tokeny będzie można emitować lub wystawić na sprzedaż.

To kolejny etap tej kryptowalutowej ewolucji – zaczęło się od bitcoina, który miał zastąpić pieniądz fiducjarny, a powoli wkraczamy w etap, gdzie każdy może się stokenizować, czyli wyemitować własny, cyfrowy pieniądz, a po jego giełdowym kursie szacować swoją wartość i popularność. Na razie taką monetyzacją samego siebie zainteresowane są głównie gwiazdy, bo nie ma się co oszukiwać – dzięki swoim zasięgom, mogą znaleźć wielu nabywców tokenów i dzięki temu uzyskać naprawdę wiarygodną wycenę swojej osoby. Mało tego – taki token staje się świetnym narzędziem marketingowym, bo może być wymienialny na towary i usługi, jakie jego emitent będzie w stanie zaoferować swoim fanom. Ponadto może być też źródłem dodatkowego dochodu, gdyż można go sprzedać na giełdzie i wymienić na tradycyjne pieniądze lub np. bitcoina. Potencjał jest tutaj spory i wiele znanych osób zdaje się go powoli zauważać. Oto lista wybranych 10 gwiazd, które już zapowiedziały emisję własnych monet, albo mocno angażują się w kryptowalutową branżę.

John McAfee

Twórca znanego oprogramowania antywirusowego już od dłuższego czasu nie ukrywa swojej sympatii do kryptowalut. O ich świetlanej przyszłości jest przekonany do tego stopnia, że w dyskusji na Twitterze zadeklarował nawet zjedzenie własnego prącia w telewizji publicznej, jeśli kurs bitcoina nie wzrośnie w ciągu trzech lat do 0,5 mln dol. W minionym tygodniu ponownie zaskoczył świat informacją, że zamierza wypuścić własną kryptowalutę o nazwie – „McAfee Redemption Unit” (MRU). Co ciekawe MRU będzie mieć fizyczną postać banknotów z hologramem o siedmiu różnych nominałach od 1 do 500 jednostek. Na większości banknotów ma widnieć podobizna nikogo innego, tylko emitenta. Wartość nominalna 1 MRU to 9,95 dol. i można ją będzie wymienić na 1 min spotkania z McAfee. Zgodnie z założeniami do obrotu ma trafić łącznie 6 050 000 jednostek MRU, co przy założeniu, że emitent będzie przeznaczał na spotkania 10 godzin dziennie, daje łącznie okres 27 lat potrzebny na wypełnienie całości zobowiązań. To się nazywa lojalność wobec fanów.

Michael Owen

Były napastnik Liverpoolu i piłkarskiej reprezentacji Anglii ogłosił niedawno, że inwestuje w singapurską platformę do handlu i emisji tokenów Global Crypto Offering Exchange. Mało tego zamierza na niej wyemitować własne tokeny. W wywiadzie dla CNBC powiedział, że kariera sportowca jest krótka i po jej zakończeniu trzeba czymś się zająć. Zdaniem piłkarza cyfrowe nośniki wartości to świetny sposób na interakcje z fanami. Owen chce, by jego żetony były wymienialne m. in. na prywatne filmy szkoleniowe, darowizny na cele charytatywne, a nawet możliwość wykupienia czegoś w rodzaju video-konwersacji ze swoim idolem. Podczas konferencji w Hong Kongu podane zostały szczegóły emisji, w tym cena nominalna jednego OwenCoina, wynosząca 10 dol.

Manny Pacquiao

W tę samą platformę handlową co Michael Owen inwestuje także jeden z najlepszych bokserów ostatniego stulecia – popularny Pacman. Podobnie, jak angielski piłkarz, tak i Filipińczyk chce przy tej okazji wyemitować swoją walutę. Będzie to „PAC Token”, wymienialny m. in. na live streamingi oraz różne gadżety związany z bokserem. Pacquiao powiedział w jednym z wywiadów, że poprzez emisję chce też wyrazić swoje poparcie dla uregulowania cyfrowych pieniędzy. Ma to o tyle duże znaczenie, że jest on członkiem filipińskiego senatu. Wyobrażacie sobie na przykład, że senator Kogut emituje swojego CockCoina? To byłby dopiero znak postępu…

Ashton Kutcher

Znany amerykański aktor od dawna interesuje się kryptowalutami. Przykładowo – już w 2014 r. tweetował na temat ethereum, a więc rok przed emisją drugiego po bitcoinie, najbardziej popularnego cyfrowego nośnika wartości. Na razie nie słychać nigdzie o KutcherCoinie, ale wiadomo, że aktor zainwestował w kilka branżowych przedsięwzięć. Mowa m. in. o Bitpay, a więc firmie płatniczej, która wykorzystuje technologię blockchain.  O tej ostatniej Kutcher wypowiada się w samych superlatywach. – Ta sama infrastruktura, która zbudowała bitcoina, może być wykorzystana zabezpieczając przemysł dla dobra całej ludzkości – mówił w jednym z wywiadów. Warto dodać, że fundusz Kutchera Sound Ventures wspiera Unikrn, internetową platformę zakładów eSportowych, która rok temu uruchomiła własną kryptowalutę UnikoinGold, która może służyć do obstawiania wydarzeń.

Melanie Brown (Mel B)

Była piosenkarka brytyjskiego zespołu Spice Girls, była pierwszym twórcą w branży muzycznej, który zaakceptował płatności w bitcoinach. Mel B zrobiła to bowiem już w 2013 r., nawiązując przy tej okazji współpracę w firmą Cloud Hashing. – Uwielbiam to, w jaki sposób nowa technologia ułatwia nam życie. Jest to dla mnie bardzo ekscytujące, że bitcoin, a więc jedna waluta, jednoczy moich fanów na całym świecie – komentowała swoją decyzję. Wielu innych muzyków poszło w jej ślady, ale tytuł pionierki będzie należał do niej.


Lionel Messi

Jeden z najlepszych piłkarzy świata został ambasadorem marki Sirin Labs, czyli producenta smartfonów przeznaczonych dla inwestorów kryptowalutowych. Urządzenia te spełniają wysokie standardy bezpieczeństwa, skrojone na miarę ery blockchaina, i za pomocą jednego kliknięcia mogą zmieniać się z koparki w mobilny portfel. Token firmy – SRN, zdrożał w ciągu doby o 16 proc. w reakcji na informację, że Messi zagra w reklamie firmy. Trudno się dziwić, skoro post piłkarza na Instagramie i Facebooku dotarł do 90 mln użytkowników.

Gwyneth Paltrow

Znana aktorka została w zeszłym roku doradcą startupu Abra, który tworzy mobilny portfel do przechowywania 25 różnych kryptowalut, w tym m. in. bitcoina, ethereum, i dasha. Współpraca została nawiązana przy okazji emisji jednego z odcinków programu „Planet of the Apps”. W ramach pomocy firmie, Paltrow zorganizowała m. in. videokonferencję z Brianem Chesky, współtwórcą znanego portalu Airbnb.

Jamie Foxx

Znany aktor (m.in. z filmu „Django”) promował w zeszłym roku na swoim twitterze Cobinhood. Jest to projekt giełdy kryptowalutowej, w której nie ma prowizji transakcyjnych. Co ciekawe, Foxx tak mocno zaangażował się w reklamę emisji tokenów, że CEO Cobinhood, musiał wkrótce przepraszać za zachowanie aktora, gdyż prezentowana przez niego oferta przedsprzedaży była niezgodna z white paperami giełdy.

 

The Game

Amerykański raper jest właścicielem apteki z marihuaną w Kalifornii i wpadł rok temu na pomysł, by umożliwić ludziom nabywanie jego towaru przy pomocy technologii blockchain. Dzięki niej użytkownicy mogliby ominąć wiele ograniczeń występujących na wolnym rynku, a jednocześnie robić deale bardzo szybko. – Dzięki blockchain przygotowujemy rewolucje w świecie cannabis – pisał na swoim twitterze muzyk. W tym celu nawiązał współpracę z firmą Paragon, które wyemitowała tokeny PRG w liczbie prawie 165 mln.

Floyd Mayweather Jr.

I na koniec gorzka wisienka na torcie. Nie wszystkie romanse gwiazd ze światem kryptowalut kończą się szczęśliwie. Utytułowany bokser promował w ubiegłym roku ICO firmy Centra Tech, którą założyli Robert Farkas i Sohrah ‘Sam’ Sharma. Panowie zebrali ponad 32 mln dol. od tysięcy inwestorów, którzy byli przekonani, że inwestują w kryptowalutową kartę płatniczą, której powstanie wspierać miały giganty Visa i Mastercard. Sam Mayweather na swoim Instagramie umieścił zdjęcie z przykładową kartą, pisząc jednocześnie, że można go nazywać „Floyd Crypto Mayweather”. Miesiąc temu amerykańska Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) stwierdziła, że było to zwykłe oszustwo, a twórcy firmy zostali aresztowani. Mayweather okazał się więc twarzą zwykłej piramidy finansowej…

Zdjęcia pochodzą z serwisu Wikipedia.
 
Categories

10 krajów otwartych na blockchain i kryptowaluty. Dlaczego nie ma tam Polski?

W tytułowych technologiach coraz więcej mniejszych i biedniejszych państw dostrzega szanse na zrobienie cywilizacyjnego skoku. Świadczą o tym przyjazne regulacje i podatkowe zachęty dla branżowych biznesów. U nas trend jest zdecydowanie odwrotny…

 

Przy okazji konferencji BlockShow Europe 2018 organizator opublikował swój ranking europejskich krajów najbardziej przyjaznych tytułowym innowacjom. W badaniu przeanalizowano otoczenie polityczne, regulacyjne i biznesowe w 48 krajach Starego Kontynentu. Państwa oceniane były według kilku kryteriów: regulacje procesu ICO, klasyfikacja kryptowalut, jako środka płatniczego, opodatkowanie cyfrowych nośników wartości. W zestawieniu znalazły się m.in. małe państewka jak Malta i Gibraltar, a także nasz sąsiad… Białoruś. Niestety, Polski w zestawieniu nie ma, co chyba śmiało możemy zawdzięczać Ministerstwu Finansów, KNF i NBP.

Czołówka rankingu
Kilka słów o wynikach badania. Na pierwszym miejscu uplasowała się Szwajcaria. W podsumowaniu rankingu zwracano uwagę na pozytywne trendy regulacyjne w kantonie Zug, który często nazywany jest „Doliną Crypto”, bo to właśnie tam znajduje się siedziba takich projektów, jak Ethereum Foundation, Tezos, Dfinity, Bancor, czy ShapeShift. Twórcy badania podkreślają, że Szwajcaria posiada stabilny, przewidywalny i zdecentralizowany system polityczny, niskie podatki, przyjazne warunki prowadzenia działalności gospodarczej oraz przychylność nadzoru wobec startupów przeprowadzających ICO.

Na pudle znalazły się też Giblartar i Malta. Okazuje się, że te dwa małe państewka zauważyły szanse jakie stwarza technologia łańcucha bloków i kryptowaluty, i prężnie działają nad regulacjami. Przykładowo Komisja Usług Finansowych Gibraltaru już na początku tego roku zaproponowała ramy regulacyjne dla firm korzystających z blockchaina i pracujących z cyfrowymi walutami. Gibraltar chce się pozycjonować, jako bezpieczne miejsce dla tego typu biznesów, z klarownym ustawodawstwem.

Podobnie robi Malta, która właśnie opracowuje regulacje, dotyczące w szczególności handlu kryptowalutami. Będą one obejmować działalność brokerów, giełd i funduszy zaangażowanych w tego typu aktywa. Ponadto rząd pozwala zagranicznym firmom płacić podatek w wysokości tylko 5 proc. Nic więc dziwnego, że jedne z największych giełd na świecie przenoszą tu swoje siedziby, w tym polski BitBay. W najlepszej dziesiątce, na kolejnych miejscach znalazły się odpowiednio: Wielka Brytania, Dania, Niemcy, Portugalia, Holandia, Finlandia, a listę zamyka wspomniana Białoruś.

Skazani na podwykonawstwo
Obecność w zestawieniu naszego wschodniego sąsiada może dziwić najbardziej, bowiem w powszechnej świadomości nie jawi się on, jako innowacyjny kraj, a jego prezydenta prędzej widzielibyśmy w starej Wołdze niż w autonomicznej Tesli. Pozory, jak to często bywa, lubią mylić. Białoruś znalazła się w TOP 10 m. in. dzięki dekretowi “O rozwoju gospodarki cyfrowej” oraz licznym korzyściom dla firm kryptowalutowych zarejestrowanych w krajowym parku High-Tech.

Nie będę zaskoczony, gdy w kolejnej odsłonie rankingu znajdzie się Ukraina, która działa m. in. na polu wykorzystania blockchaina w służbie zdrowia i zapowiada wprowadzenie własnej kryptowaluty. Nie zdziwię się również, jeśli w tej czołowej dziesiątce wciąż nie będzie Polski. I proszę nie zrozumieć mnie źle. Nie chodzi o to, że Białoruś czy Ukraina uchodzą w moim mniemaniu za gorsze kraje od naszego. Chodzi mi to, że ich rządy zauważają szanse na to, by z gospodarek podwykonawcy stać się gospodarkami dostawcy innowacyjnych rozwiązań. Takiego transferu można dokonać relatywnie szybko wtedy, gdy pojawia się rewolucyjna technologia związana bezpośrednio ze światem cyfrowym (patrz przykład Estoniil).

Tymczasem, czy nam się to podoba czy nie, Polska wciąż zamiast projektować i eksportować własne auta, składa auta zagranicznych koncernów lub tylko niektóre ich elementy. Jeśli ktoś nie wierzy, to odsyłam do raportu Fundacji Kaleckiego: “Kapitał zagraniczny w Polsce: czy jesteśmy gospodarką poddostawcy?”.

Oczywiście nie ma gwarancji, że blockchain czy bitcoin to pewniaki do zrobienia cywilizacyjnego skoku. Szkopuł w tym, że my nawet nie dajemy sobie szansy, by sprawdzić, czy taki skok jest możliwy. Działania naszych regulatorów i nadzorców doprowadziły bowiem do tego, że firmy uciekają do bardziej przyjaznych krajów. Świetnie widać to na przykładzie wspomnianej już przez mnie giełdy BitBay.

Jak żyć, premierze?
Wyobraź sobie, że od sześciu lat prowadzisz w Polsce giełdę kryptowalut, czyli udostępniasz ludziom z całego świata platformę do wymiany jednych kryptowalut na inne kryptowaluty, a także walut fiducjarnych na kryptowaluty. Do tego niezbędne są rachunki bankowe, zarówno w walutach obcych (jak euro czy dolar), jak również w złotym, bowiem musisz gdzieś deponować pieniądze wpłacane na giełdowe konta. Tymczasem na początku roku banki zaczynają wypowiadać ci umowy, powołując się na argument, że działalność w zakresie obrotu walutami wirtualnymi uniemożliwia skuteczne monitorowanie aktywności klienta i ustalenie źródła pochodzenia środków na rachunkach (jakby gotówka zawsze na to pozwalała…). W ten sposób tracisz możliwość przyjmowania wpłat od klientów.

Okazuje się, że to nie do końca zła wola banków, bowiem w zasadzie w ich interesie jest utrzymywanie stale zasilanych niemałymi kwotami rachunków (zwłaszcza, że od kilku lat mają stałego klienta). To bardziej efekt ostrzeżeń KNF oraz podciągnięcia kryptowalut pod ustawę o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu, w której po raz pierwszy wprowadzono definicję waluty wirtualnej, nazywając ją “cyfrowym odwzorowaniem wartości”.

Przypomnijmy też, że nadzorca razem z NBP zaaranżował akcje “Uważajnakryptowaluty” w ramach, której opłacono kilku znanych youtuberów, by zniechęcali do rynku krypto (teraz planowana jest kolejna tego typu kampania). Mało tego, patrząc już od strony klientów giełdy, kryptowaluty w sensie podatkowym zakwalifikowane zostały jako prawa majątkowe i podlegają opodatkowaniu PCC. Dla aktywnych spekulantów oznacza to konieczność odprowadzenia do fiskusa ogromnych kwot, często przekraczających te zainwestowane, oraz wypełnienie góry druczków. I w takich właśnie warunkach przyszło działać m. in. giełdzie BitBay.

Podczas Polskiego Kongresu Bitcoin, który odbył się dwa tygodnie temu w Warszawie, jej prezes – Sylwester Suszek, oficjalnie zapowiedział przenosiny na Maltę, deklarując, że jako jedyny z polskich przedstawicieli branży wstrzymywał się z przeprowadzką tak długo. Inni już dawno się przenieśli albo, jak np. Abucoins, nie zdążyli i ogłosili zakończenie działalności. Szkoda. Zwłaszcza, że żadna z tych firm nie domagała się specjalnego, preferencyjnego traktowania, a tylko klarownych i uczciwych reguł gry. A trudno grać, jeśli zasady są niejasne, asymetryczne i co chwile zmieniane.

Jeśli w przyszłości okaże się, że faktycznie bitcoin to piramida finansowa lub jedna wielka pralnia brudnych pieniędzy, to polski nadzór i regulatorzy będą światowymi autorytetami w dziedzinie wykrywania finansowych przekrętów związanych z branżą krypto. Jeśli jednak tak się nie okaże, to cóż – zmienią się tylko czasy, a ludzie w urzędach będą ci sami. A Polska, jak podwykonawcą jest, tak będzie nadal.

 
Categories

GetBack, czyli misseling, manipulacja informacjami i spadające noże w jednym

Ponad 9 tys. Kowalskich może posiadać obligacje tytułowej spółki o łącznej wartości sięgającej 2,59 mld zł. Część z nich od kilku tygodni raczej się nie wysypia, bo są powody, by sądzić, że spółka swoich długów nie odda. O sprawie robi się coraz głośniej i pojawiają się coraz to nowe wątki. Niewykluczone, że na naszych oczach znów wyrasta coś na kształt “bursztynowego złota”.

 

Zanim przejdziemy do wałów, misselingu, manipulacji informacjami i spadających noży, pozwólcie, że krótko opiszę czym zajmuje się GetBack i jak to się stało, że jeszcze kilka miesięcy temu był gwiazdą na parkiecie GPW, a teraz wszyscy uczestnicy polskiego rynku kapitałowego woleliby, żeby to był tylko zły sen. Otóż GetBack to spółka windykacyjna, czyli w uproszczeniu – kupuje cudze długi za określoną część ich nominalnej wartości, a potem sama próbuje je odzyskać. Od razu zaznaczmy, że to już nie są czasy, gdy odzyskiwanie oznaczało nachodzenie, pogróżki, a czasem coś gorszego, tylko raczej są to metody mediacyjne lub droga sądowa. Większość wierzytelności w portfelach GetBacku pochodzi z sektora bankowego. Na drugim miejscu są roszczenia ze spółek telekomunikacyjnych, a wierzytelności od firm pożyczkowych, czyli prawdopodobnie najgorszy sort długu, to ułamek biznesu. Firma działa od 2012 r. i trzeba przyznać, że rosła jak na drożdżach.

W latach 2014-2016 roczny przychód wzrósł z 107,5 mln zł do 422,7 mln zł, a zysk netto z 44,3 mln zł do 200,3 mln zł. Spółka dynamicznie zwiększała zakres swojej działalności o czym najlepiej świadczy fakt, że nominalna wartość zakupionych przez nią długów wynosiła w 2014 r. 5,3 mld zł, a trzy lata później już 19 mld zł. Co istotne, by mieć pieniądze na kupowanie obcych długów GetBack sam emitował dług w postaci obligacji. Brzmi to trochę dziwnie, ale to całkiem normalne, że na potrzeby prowadzonego biznesu, jaki by on nie był, trzeba się zadłużać. Zgodnie z danymi KNF łączna wartość obligacji GetBacku, zarówno z ofert publicznych jak i prywatnych, sięga 2,59 mld zł. Dodajmy, że w międzyczasie, spółka zadebiutowała na warszawskiej giełdzie, emitując 20 mln  nowych akcji, za które dostała 370 mln zł od 4 tys. inwestorów. Jak widać, grube pieniądze przelewały się przez windykacyjną spółkę. I to wszystko do niedawna wydawało się działać niemal jak szwajcarski zegarek. Według ostatniego dostępnego raportu na stronie GetBack (za 3 kwartał 2017 r.), spółka zarobiła na czysto od stycznia do września 2017 r. 181 mln zł, a więc była blisko poprawy rocznego wyniku z 2016 r.

Piękniej być nie może
Swoim urokiem GetBack uwiódł wszystkich. W kwietniu 2017 r. spółka złożyła prospekt emisyjny w KNF, w połowie czerwca był już zatwierdzony (średnio trwa to 118 dni), a w lipcu firma była już na parkiecie. Analitycy biur maklerskich od razu zabrali się za wydawanie pozytywnych rekomendacji. Przykładowo: Vestor DM dawał “akumuluj”, a Haitong Bank i DM mBanku “kupuj”. W ciągu dwóch miesięcy od IPO papiery podrożały o 50 proc. W akcje spółki zapakowali się nie tylko drobni inwestorzy, ale także sporo instytucji. Nie licząc głównego udziałowca – funduszu Abris, są w akcjonariacie m. in. OFE Nationale-Nederlanden, JP Morgan Asset Management, a także OFE MetLife. Pozytywne oceny wystawiały też spółce agencje raitingowe. Jeszcze w lutym tego roku S&P Global Ratings podwyższyła perspektywę ratingu GetBack do “pozytywnej” ze “stabilnej”.

Jak świeże bułeczki rozchodziły się także obligacje GetBacku. Sprzedawały je duże instytucje finansowe. Sporą aktywność na tym polu wykazywały m. in. Lion’s Bank, Idea Bank, Bank Handlowy i Alior. Papiery oferowały też m.in. DM PKO BP, Haitong Bank, Polski Dom Maklerski i Michael/Ström.

Oferta wydawała się atrakcyjna – oprocentowanie średnio 5 proc. lub wyższe w zależności od parametrów obligacji, a emitent to spółka giełdowa, nadzorowana przez KNF, z pozytywnymi rekomendacjami biur maklerskich i agencji ratingowych. W porównaniu z lokatą na 2 proc. taka oferta naprawdę mogła wydawać się atrakcyjna. W tym kontekście nie dziwi fakt, że opchnięto tych papierów łącznie za prawie 2,6 mld zł. Mało kto na całym rynku wyrażał zaniepokojenie, że firma nadmiernie się zadłuża w relacji do skali swojej działalności. Być może kojąco działał fakt, że lider rynku Kruk od lat działa bardzo dobrze, a na jego akcjach inwestorzy zarabiali krocie (w sześć lat walory podrożały z 40 zł do 350 zł). Albo gorsza wersja – wizja łatwego i niemałego zysku z  papierów dłużnych skutecznie uśpiła analityczną czujność. Trudno jednoznacznie ocenić. Problem w tym, że działający bardzo efektywnie, a może raczej efektownie mechanizm nagle się zaciął, a być może wręcz zatarł..

A miało być tak pięknie
Pierwszy poważny zgrzyt pojawił się na początku marca 2018 r., gdy GetBack podał informację, że zamierza przeprowadzić kolejną emisję akcji (w dwóch transzach, 20 mln i 50 mln akcji) i zebrać z rynku aż 1 mld zł. Pieniądze te miały zostać przeznaczone na obniżenie wskaźników zadłużenia oraz na inwestycje w nowe portfele wierzytelności. Zapotrzebowanie na tak ogromną kwotę musiało wywołać niepokój inwestorów, czego najlepszym odzwierciedleniem był spadek kursu akcji spółki. Tylko w marcu przecena wyniosła 53 proc., a wykres zaczął przypominać “spadający nóż”.

– Jesteśmy jedyną firmą z branży, która ma międzynarodowe ratingi. One mówią wprost: jesteśmy najlepszą firmą, jeżeli chodzi o płynność. Dzisiaj mamy kolejkę inwestorów, którzy chcą nam pożyczać pieniądze. Nie ma żadnego problemu z płynnością. To, co musimy zrobić, to strategicznie firmę ustabilizować, aby jej akcje kosztowały nie 12, 18 czy 20 zł, ale by były warte ponad 40 zł – zapewniał wówczas w mediach prezes spółki Konrad Kąkolewski. Zainteresowanie kupnem tych akcji wyraziły ponoć m. in. trzy firmy inwestycyjne z Izraela, a także dotychczasowy, główny udziałowiec Abris. Te informacje trochę tonowały nastroje i sprawiały, że notowania akcji chwilowo zwyżkowały. Optymizm był jednak krótkotrwały. Na marcowym walnym zgromadzeniu akcjonariuszy okazało się, że jeden z potencjalnych inwestorów zagranicznych przerwał rozmowy z GetBackiem i przegłosowano, że na razie dojdzie tylko do emisji pierwszej transzy (głosowanie nad drugą transzą zostało przełożone). Co ciekawe, mimo całej tej burzy agencje ratingowe cały czas utrzymywały relatywnie dobre oceny dla spółki, pozytywnie oceniając plany nowej emisji akcji.

Na początku kwietnia pojawia się jednak kolejny, niepokojący zgrzyt. Notowane na GPW Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych Quercus, które miało w swoich funduszach obligacje GetBacku za 80,5 mln zł, postanowiło je wykupić – w połowie za pieniądze spółki, w połowie za własne pieniędze szefa Sebastiana Buczka, zdejmując tym samym ryzyko z klientów funduszy i przerzucając je na akcjonariuszy. Buczek to jeden z autorytetów na polskim rynku kapitałowym, więc jego ruch musiał wzbudzać kolejne wątpliwości dotyczące kondycji spółki. Zwłaszcza, że na łamach Pulsu Biznesu sugerował, że spółka potrzebuje 200 mln zł szybkiego dofinansowania i powinna obniżyć oprocentowanie swoich obligacji.

– Jego porady odbieram trochę jako końskie zaloty, abyśmy objęli współpracą również Quercus TFI. Jestem otwarty na te zaloty, tylko niech Sebastian Buczek zmieni metody. Dajemy mu bardzo dobre warunki na obligacjach i są one wykupowane w terminie – ripostował Kąkolewski podczas spotkania z dziennikarzami. Podkreślano cały czas, że model działania firmy jest właściwy i dementowano informacje, że potrzeba natychmiastowego zastrzyku gotówki. Chyba coraz więcej osób nabierało wątpliwości, bo krajowe domy maklerskie rakiem zaczęły wycofywać się ze swoich pozytywnych rekomendacji i wysokich cen docelowych dla papierów windykacyjnej firmy. Wydawanie rekomendacji zawiesił m. in. Vestor DM.

Kolejna petarda pojawia się w poniedziałek rano 16 kwietnia. GetBack podał oficjalny komunikat, w którym twierdził, że wynegocjował z Polskim Funduszem Rozwoju i bankiem PKO BP finansowanie o charakterze kredytowo-inwestycyjnym w wysokości 250 mln zł. Kilka dni wcześniej nie były potrzebne żadne pieniądze, a nagle pojawia się informacja, że polskie instytucje wyłożą kasę na stół. Szkopuł w tym, że kilka godzin później i PFR i PKO BP zdementowały te informacje. Mało tego PFR poinformował, że zawiadomi niezwłocznie Komisję Nadzoru Finansowego o potencjalnym ryzyku manipulacji kursem akcji GetBack poprzez rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji na temat udziału PFR w negocjacjach. Do tego bonus – Quercus TFI poinformował w tym samym czasie, że zarząd GetBack zwrócił się z prośbą do firmy o przesunięcie terminu wykupu obligacji z 13 na 18 kwietnia (chodziło o papiery o wartości 10 mln zł).

Notowaniami akcji na GPW i obligacji na Catalyst bujało tak mocno, że giełda zawiesiła obrót i do dziś nie odwiesiła.

Po rewelacjach z PFR i PKO BP rada nadzorcza odwołała Kąkolewskiego ze stanowiska prezesa, a jej przewodniczący – Kenneth William Maynard z rozbrajającą szczerością stwierdził, że potrzebuje kilku tygodni, by zapoznać się z sytuacją spółki. Pod koniec kwietnia, z komunikatu KNF dowiadujemy się, że łączna wartość nominalna niewykupionych w terminie obligacji GetBacku (stan na 25 kwietnia) wynosi 88,26 mln zł. Ponadto łączna wartość niewypłaconych w terminie odsetek sięgała 3,32 mln zł. W relacji do całej wartości wyemitowanych obligacji (prawie 2,6 mld zł) to wciąż niewiele, ale po takiej burzy, jaka przeszła przez te spółkę słuszne są obawy, że może dojść do upadłości, a obligatariusze nie odzyskają swoich pieniędzy.

Kowalskiemu zawsze wiatr w oczy
Jest maj 2018 r., notowania akcji i obligacji GetBack wciąż są zawieszone, w prokuraturze trwa postępowanie, spółka przesunęła publikacje raportu rocznego, a Kąkolewski i Abris grożą sobie nawzajem sądem. W międzyczasie okazuje się, że spółka zataiła fakt, że część emitowanych przez nią obligacji miała opcję wcześniejszego wykupu, tzn. obligatariusz mógł przed terminem zapadalności zwrócić się do firmy o zwrot pieniędzy. To oznacza, że zadłużenie raportowane jako długoterminowe wcale długotermionwym nie było. A im krótsza realna zapadalność, tym trudniej obsługiwać taki dług.

Nie wiadomo ile takich trupów jeszcze wypadnie z tej szafy, ale 9000 Kowalskich na pewno nie jest do śmiechu. Z ich relacji na forach i w mediach dowiadujemy się, że obligacje były im sprzedawane, jako bezpieczne aktywa, pewne tak, jak bankowy depozyt. Z niektórych wpisów wynika, że sprzedawcy wciskali Kowalskim papiery zapewniając ich o bezpieczeństwie inwestycji, zupełnie nie zważając na stan wiedzy nabywcy i jego profil ryzyka.

Nie wiem, jak wam, ale mnie to przypomina scenę z filmu “Big Short”, jak dwóch nażelowanych gugusiów przechwala się głównemu bohaterowi, ilu to osobom wcisnęli hipoteki. Za sprzedaż obligacji sprzedawca dostawał zapewne niemałą prowizję, więc zależało mu na wolumenie. Jeśli kwestie missellingu zostaną niektórym instytucjom udowodnione, to można się spodziewać zbiorowych pozwów. Przypominam bowiem, że nie mówimy tutaj o milionach, ale o miliardach.

Kluczowe pozostaje pytanie, kto jest winny całej tej finansowej farsie? Oczywiście, w sieci pojawiły się już teorie spiskowe, że wszystko było zaplanowane i jest to klasyczna piramida finansowa. Trudno mi sobie to wyobrazić, by ktoś skoordynował tak duży wał i wciągnął w to ogromną część uczestników polskiego rynku kapitałowego, od banków, przez domy maklerskie, po inwestorów instytucjonalnych i indywidualnych.

Poszedłbym raczej innym tropem. – W 2017 r. spółka kupiła portfele wierzytelności warte 1,9 mld zł i finansowała to głównie poprzez emisje obligacji. Koszt tych ostatnich można szacować nawet na około 10 proc. To była więc zbyt agresywna strategia rozwoju. Mało która firma wytrzymałaby taki model działania – wyjaśniał niedawno w Parkiet TV Buczek. Zarząd chyba po prostu za bardzo uwierzył w swoją strategię, myślał może, że wynalazł finansowe perpetum mobile. Ignorując jednak sygnały ostrzegawcze dotyczące możliwej utraty płynności, uruchomił lawinę długu, która przybrała gigantyczne rozmiary.

Kąkolewski nadal twierdzi, że w 30 dni jest w stanie uzdrowić spółkę. Nie wiem czy ktoś mu uwierzy, ale to pokazuje, jako mocno był i jest przekonany o swojej skuteczności. Trudno w tym momencie przewidzieć finał tej sprawy i jej ostateczne konsekwencje. W majówkę dowiedzieliśmy się, że zarząd GetBacku złożył wniosek o otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego. Bez względu jednak na to, czy uda się uratować spółkę czy nie, powinna to być ważna lekcja dla polskiego rynku kapitałowego. I nie chodzi mi tylko o postępowanie zarządu. Sprawa namnożyła i jeszcze namnoży wiele pytań… Dlaczego nikt wcześniej nie zareagował? Skąd tyle pozytywnych rekomendacji i ratingów? Dlaczego KNF zajął się sprawą tak późno? Jak to jest, że przewodniczący rady nadzorczej nie wie, co się dzieje w firmie, której niejako przewodniczy? Dlaczego ludzie wciąż dają sobie wmówić, że można dobrze zarobić bez ponoszenia ryzyka? Dlaczego, dlaczego, dlaczego…

 
Categories

Wymiotujący wielbłąd kluczem do inwestycyjnego sukcesu?

Patrzycie czasem na chmury i wydaje wam się, że układają się w znajome kształty – twarze, przedmioty, rośliny etc.? Podobne rzeczy dzieją się na wykresach cen akcji. Analitycy dostrzegają na nich różne kształty, od tytułowego garbatego ssaka po porzucone dzieci. Owe kształty to tzw. formacje. Co najlepsze – niektóre z nich mają czasem moc prognostyczną.

Zanim opiszę kilka intrygujących formacji cenowych, chciałbym na wstępie wytłumaczyć skąd one się w ogóle wzięły. Otóż jedną z najbardziej popularnych metod analitycznych na rynkach finansowych jest analiza techniczna. Jest to narzędzie statystyczne, za pomocą którego interpretuje się zmiany cen na wykresach. Nie liczy się tutaj kondycja finansowa spółki, tylko to, jak zachowuje się kurs jej akcji. \=

Przykładowo, analizuje się zakres wahań kursu w danym okresie, czyli zmienność. Ta ostatnia jest często traktowana jako miara ryzyka, dzięki czemu można na jej podstawie ustawić zlecenia kupna i sprzedaży oraz dobrać optymalną wielkość kapitału do pojedynczej transakcji. W arsenale analizy technicznej jest cała masa wskaźników statystycznych, od prostych średnich kroczących (uśrednienie cen z danego okresu) po skomplikowane oscylatory uwzględniające zmiany cen i obrotu. Wśród techników są m. in. fani włoskiego matematyka – Fibonacciego, którzy patrzą na wykres cen przez pryzmat słynnych proporcji liczbowych. Są też jednak tacy, którzy wykresy analizują tylko na podstawie formacji, a więc tych dziwnych kształtów, w które układają się notowania.

W podejściu tym wychodzi się z założenia, że jeśli jakaś formacja poprzedzała w przeszłości określoną zmianę kursu akcji, to jej kolejne pojawienie się będzie zwiastunem takiego samego zachowania. To taka naczelna zasada techników, mówiąca po prostu, że historia lubi się powtarzać. I choć temu podejściu akurat najdalej do naukowego uzasadnienia, to właśnie ono jest najbardziej popularnym segmentem analizy technicznej. Sprzyja mu barwne nazewnictwo, łatwość stosowania i spory subiektywizm podczas identyfikacji kształtu. Ponadto poszukiwanie różnych schematów w mocno losowym zbiorze danych jest naszą głęboko zakorzenioną przypadłością.

– Poszukiwanie schematu w przypadkowych danych jest podstawową funkcją naszego mózgu – tak podstawową, że nie musielibyśmy się ograniczać do nazwy homo sapiens, czyli “człowiek rozumny”; bez obaw moglibyśmy nazwać się homo formapetens, czyli “człowiek poszukujący schematów”. Chociaż większość zwierząt wykazuje zdolność do identyfikacji schematów, człowiek jest pod tym względem wyjątkowo uparty i zdeterminowany – pisał w książce “Twój mózg, twoje pieniądze” Jason Zweig. W skrajnej postaci ten upór w porządkowaniu chaosu może skutkować rysowaniem tytułowych wielbłądów na wykresach giełdowych. Trudno ocenić jaka jest realna, prognostyczna wartość tego typu tworów, ale jedno jest pewne – mają one sporą wartość rozrywkową.

Ekwilibrystka analityka
Wymiotujący wielbłąd to formacja całkiem nowa i stworzona zupełnie dla jaj. Kilka lat temu taki żart zrobiła sobie dziennikarka Financial Times – Katie Martin. Rysowała na różnych wykresach wielbłądy i umieszczała je na swoim profilu na Twitterze. Formacja ta miała zwiastować spadki cen.

Drwinę wiele osób potraktowało poważnie – wielbłąd na wykresie złota był pokazywany w telewizji CNBC , a kilka miesięcy temu wielu fanów kryptowalut rozpoznało go na wykresie kursu bitcoina. Mało tego dziennikarka była w mediach podpisywana jako szefowa Vomiting Camel Asset Management. Żart trochę wymknął się spod kontroli, a jego twórczyni pisała w jednym z artykułów, że osobom stosującym wielbłąda w swoich inwestycyjnych poczynaniach życzy dużo szczęścia, bo na pewno będzie im potrzebne.

Podejrzewam, że wymiotujący wielbłąd pani Martin na długo wejdzie do kanonu analitycznych, giełdowych żartów i zajmie miejsce obok m. in. spadających noży, odbić zdechłego kota czy słynnych batmanów. Pierwszego określenia używa się w odniesieniu do mocno spadających cen akcji. Najlepiej zobaczyć taką sytuację na aktualnym wykresie firmy GetBack (na przykład tu ). Drugi zwrot odnosi się do gwałtownych, spekulacyjnych odbić notowań, występujących po równie gwałtownych zniżkach. Sprawcami takiego odbicia są zazwyczaj ci, którzy próbują łapać spadający nóż. Komiksowego bohatera natomiast rysuje się na wykresach wtedy, gdy lokalne szczyty cenowe układają się podobnie do kształtu jego maski, jak na przykład na wykresie firmy Alcoa.

Z ciekawostek tego typu przypominam sobie wesołą twórczość Jacka Borawskiego, analityka technicznego Domu Maklerskiego BPS, który kilka lat temu wykres producenta insuliny – Biotonu, przerobił na Dom Kultury „Bioton”. Takich analitycznych heheszków nie brakuje, ale raczej mało kto traktuje je poważnie. Obok nich istnieje jednak cała gama formacji, które wprawdzie mają dosyć wesołe i oryginalne nazwy, ale w praktyce są często uwzględniane w poważnych analizach, a wiele aplikacji analitycznych umożliwia ich automatyczną identyfikację. Najbogatszym arsenałem zdecydowanie dysponują Japończycy.

Świecowa poezja
Analiza techniczna w Kraju Kwitnącej Wiśni opiera się na wykresach świecowych, czyli zamiast tradycyjnej linii łączącej ceny zamknięcia, mamy małe prostokąty (tzw. korpusy), ciemne lub jasne, które u dołu i u góry mają wypustki. Wielkość korpusu pokazuje zakres wahań. Jasny kolor oznacza wzrost, ciemny spadek, górny knot to cena maksymalna, a dolny minimalna. Jedna świeca reprezentuje zazwyczaj jedną sesję. W zależności od tego, jak zachowuje się cena podczas sesji, świeca może przyjmować różne kształty. Dlatego też nadano im różne nazwy, w tym m. in. wisielec i młot (mały korpus, długi dolny knot), spadająca gwiazda (mały korpus, długi górny knot), nagrobek doji (cena zamknięcia równa cenie otwarcia, a więc świeca ma poziomą kreskę zamiast korpusu i długi górny knot). Najciekawsze są jednak nazwy układów kilku świec. Na przykład dwie świece z dużymi korpusami o różnych kolorach to zasłona ciemnej chmury, trzy białe lub trzy czarne świece z rzędu to biali żołnierze lub czarne kruki. Istnieje też formacja porzuconego dziecka, czyli mała świeczka, wyraźnie oddalona od dwóch sąsiednich.

Bogate i barwne nazewnictwo sprawia, że analityczne komentarze mają w sobie nutkę poezji, a giełdowy laik może doszukiwać się tam ukrytych znaczeń i drugich den. Wszystkie te formacje mają jednak swoje osobne, konkretne interpretacje i w zależności od tego, w jakiej fazie trendu się pojawią, zwiastują spadek lub wzrost ceny. Oprócz świec Japończycy bardzo chętnie korzystają ze wspomnianych wcześniej średnich kroczących i również mają bardzo oryginalne nazwy dla ich wzajemnych układów. Gdy średnia liczona dla mniejszej liczby sesji przecina od dołu tą liczoną dla większej liczby sesji, to mówimy o tzw. formacji złotego krzyża, która zapowiada zwyżki. Gdy przecięcie następuję w przeciwnym kierunku, to mówimy o krzyżu śmierci, który – jak łatwo się domyślić – zapowiada spadki.

Gdzie ta głowa i ramiona?
Zachodnia szkoła analizy technicznej także ma w swoim arsenale ciekawe formacje cenowe. Najpopularniejszą jest głowa z ramionami, czyli trzy sąsiadujące ze sobą szczyty, przy czym te po bokach (ramiona) są położone niżej od środkowego (głowa), a linia łącząca ich podstawy to tak zwana linia szyi. Taki człekokształt na wykresie to zwiastun spadków, a jego odwrócona wersja jest zapowiedzią zwyżek. Gdy zajrzycie do leksykonu formacji to dojdziecie pewnie do wniosku, że analitycy techniczni inspiracji szukali w przeróżnych dziedzinach i miejscach.

Występowanie na wykresach prostokątów, trójkątów i kwadratów to nie efekt zamiłowania do piosenek Dawida Podsiadły, ale zapożyczenia z geometrii płaskiej. Widać też inspiracje kuchenne, bowiem na wykresach giełdowych spotkamy spodki, filiżanki z uchem lub bez ucha, a czasem nawet fajki. Lista różnych schematów jest naprawdę długa, a próba ich usystematyzowania wymaga nie lada wysiłku. Podejmował go m.in. Thomas N. Bulkowski,  amerykański inwestor, autor książki „Analiza formacji na wykresach giełdowych”.

Warto w tym miejscu dodać, że i Polacy mają swój spory wkład w koloryt giełdowych technikaliów. Otóż w 2010 r. analityk Paweł Suchomski wydał książkę „Cykle planetarne na giełdzie”. Był to jedyny spec zajmujący się w naszym kraju astrologią finansową, czyli badaniem zależności między położeniem planet, a zmianami kursów akcji. Z jego analiz wynikało, że pojawianie się punktów zwrotnych na wykresach giełdowych indeksów jest mocno skorelowane na przykład z ułożeniem Jowisza i Słońca względem Ziemi.

Kto się śmieje, ten się śmieje
Opisywane wyżej analityczne formacje w pierwszej reakcji wywołują raczej szyderczy uśmiech niż naukową zadumę. Trzeba jednak pamiętać, że w strategii inwestycyjnej nie liczy się jej akademickie zaplecze, ale to, czy daje ona zarobić. Dlatego wielu inwestorów wykorzystuje te narzędzia w bardzo dochodowy sposób. Przeprowadzają bowiem badania statystyczne na danych historycznych i sprawdzają, jaka jest skuteczność poszczególnych sygnałów w danym okresie. Jeśli udaje się uzyskać statystyczną przewagę nad rynkiem (trafność i relacja zysku do straty dają dodatnią wartość oczekiwaną), to można z takich sygnałów zbudować strategię inwestycyjną. Tak robił chociażby znany amerykański analityk Richard Donchian, fan średnich kroczących.

– Użytkownicy systemu Donchiana osiągali regularnie znaczące zyski w latach siedemdziesiątych, ale ten sam system przynosił poważne straty w drugiej połowie następnej dekady, gdy trendy nie były już tak zdecydowane – pisze w książce „Komputerowa analiza rynków terminowych” Charles LeBeau. Z kolei wspomniany Bulkowski przeanalizował na potrzeby swojej publikacji setki wykresów i na tej podstawie opracował ranking skuteczności poszczególnych formacji.

Podobnie żmudną pracę wykonywał Suchomski – nie szukał powiązań przyczynowo skutkowych między ruchem planet a ruchem kursów, tylko korelacji między tymi zmiennymi. Gdy okazywały się one zadziwiająco wysokie, to mógł wykorzystywać to w swoich modelach inwestycyjnych.

Znalezienie takich statystycznych anomalii na wykresach to trochę tak, jakbyśmy w kasynie znaleźli wybrakowane koło ruletki, w którym kulka z większym prawdopodobieństwem wypada w jednym fragmencie koła. Dopóki właściciel nie naprawi mechanizmu, dopóty możliwe będzie skubanie kasyna na kasie. Podobnie jest na giełdzie. Jeśli tytułowy wielbłąd stanie się bardzo popularną formacją i wiele osób uwierzy w jego sprawczą moc, to stanie się on na jakiś czas samospełniającą się przepowiednią. Wtedy zamiast się śmiać, lepiej będzie zagrać pod garbatego ssaka i zarobić.

 
Categories

Polacy pokochali gry komputerowe i akcje ich producentów

Na głównym parkiecie warszawskiej giełdy notowanych jest sześć spółek gamingowych, a na NewConnect kolejnych jedenaście. Pod względem stóp zwrotu z akcji, niektóre z tych firm mogą konkurować z kryptowalutami. Może warto się nimi zainteresować?

Ostatni raport firmy Newzoo pokazał, że w 2017 r. przychody polskich producentów gier przekroczyły łącznie 500 mln dol. To 23 wynik na świecie. Wypadliśmy lepiej niż m.in. Belgia, Szwajcaria, Dania, Finlandia, Szwecja i Norwegia. Branża rozwija się bardzo dynamicznie, co widać najlepiej po liczbie firm obecnych na parkiecie warszawskiej giełdy. Na głównym rynku GPW notowanych jest sześć spółek:  CD Projekt, 11 bit studios, PlayWay, Vivid Games, Artifex Mundi oraz CI Games. Ich łączna kapitalizacja, czyli liczba wyemitowanych akcji pomnożona przez cenę akcji, wynosi obecnie 13,3 mld zł.

Na NewConnect mamy jedenastu przedstawicieli branży: Bloober Team, Cherrypick Games, Forever Entertainment, Huckleberry Games, iFun4all, Jujubee, QubicGames, Macro Games, The Farm 51, T-Bull i świeżo upieczony debiutant The Dust. Ich łączna kapitalizajca to 0,5 mld zł. Co więcej – w kolejce na debiut czekają kolejne firmy z tej branży – Ten Square Games i Aidem Media. Gracze mają więc w czym wybierać, podobnie jak giełdowi inwestorzy. Ci ostatni, zwłaszcza cierpliwi, mogli na akcjach spółek gamingowych wykręcić w ostatnich latach zawrotne stopy zwrotu. Zobaczcie sami…

Pokaźne zyski z akcji dużych graczy
Najpierw weźmy pod lupę spółki notowane na GPW, a więc większe i bardziej płynne. Średnia stopa zwrotu z ich akcji, licząc od zamknięcia sesji w dniu debiutu do środy 18 kwietnia, wynosi 1500 proc. Rekordzista – 11 bit studios dał zarobić aż 6380 proc., co oznacza, że z tysiaka zainwestowanego  niecałe osiem lat temu (spółka zadebiutowała w październiku 2010 r.) zrobiłyby się prawie 64 tysiaki. Ponad 1000 proc. dały zarobić także CD Projekt i Vivid Games, a PlayWay 110 proc. Dodać należy, że ten ostatni jest jeszcze młodziakiem, bo jego giełdowy staż to niecałe 2 lata. Z całej szóstki pod kreską są Artifex Mundi i CI Games, odpowiednio -64 proc. i 20 proc. Porównując straty do zysków, można  powiedzieć, że wymiar kary jest sporo mniejszy od nagrody. To chyba dlatego wielu analityków rynkowych już od dłuższego czasu mówi, że to bańka spekulacyjna, na wzór amerykańskich dot-comów z końca lat 90-tych. Jak na złość jednak, bańka nie chcę pęknąć.

Jak weźmiemy pod lupę tylko ostatnie 12 miesięcy, to okazuje się, że na sześciu analizowanych tutaj spółkach można było średnio zarobić 10,3 proc. Dla porównania – indeks WIG wzrósł w tym samym czasie tylko o 2,3 proc. Uczciwie trzeba przyznać, że w tym krótszym ujęciu czasowym trafność wynosiła już 50 proc., bowiem trzy spółki zarobiły w ciągu ostatniego roku, a trzy straciły (patrz wykres). To jednak dowód na to, że następuje pewna rotacja potencjału i nie mamy do czynienia z nieprzerwanym, spekulacyjnie napędzanym wzrostem.

Nie chcę tutaj oczywiście wychwalać spółek gamingowych pod niebiosa i „naganiać” na ich akcje. Zwracam tylko uwagę, że branża cały czas rośnie w siłę i może stanowić ciekawą alternatywę inwestycyjną. Zwłaszcza, jak ktoś gra w gry wymienianych tutaj producentów. Pisałem kiedyś na łamach HiCash.pl, że najlepiej inwestować w to co znamy i w co wierzymy. Jeśli więc ktoś regularnie kupuje gry jakiegoś producenta, jest ich entuzjastą i potrafi ocenić profesjonalizm i potencjał deweloperów, to z pewnością łatwiej będzie mu nabyć akcje danej spółki i przede wszystkim trzymać je w portfelu w oczekiwaniu, że jakość produktu przełoży się na wyniki operacyjne i długoterminowy rozwój biznesu.

Warto w tym miejscu dodać, że w spółki gamingowe wierzą inwestorzy instytucjonalni, czyli towarzystwa funduszy i fundusze emerytalne. Świadczy o tym fakt, że w  akcjonariacie każdej z sześciu analizowanych wyżej spółek są TFI lub OFE mające co najmniej 4,5 proc. udziałów. Wśród tych instytucji są m.in. Nationale-Nederlanden, TFI PZU czy OFE Aviva BZ WBK. Nie wiem, czy zarządzający grają w gry i dlatego kupują akcje tych spółek, ale znani amerykańscy inwestorzy, jak np. William O’Neil, zwykli mawiać, że obecność instytucjonalnego gracza w akcjonariacie spółki to po prostu dobry sygnał. Jeden z wielu, ale dobry.

Mniejszy parkiet, większe ryzyko
To, że ktoś produkuje gry komputerowe czy mobilne nie oznacza od razu, że jego akcje to łakomy kąsek. O ile stopy zwrotu szóstki z GPW robią wrażenie, to jedenastka z NewConnect już taka atrakcyjna się nie wydaje. Nie licząc poniedziałkowego debiutanta – The Dust, średnia stopa zwrotu z akcji dziesięciu firm gamingowych notowanych na małym parkiecie (licząc od zamknięcia w dniu debiutu do środy 18 kwietnia) wynosi tylko 51 proc. Na dziesięć spółek sześć jest pod kreską, ze średnią stratą 48 proc. W tym gronie jest Macro Games, którego papiery potaniały od IPO aż o 97 proc. To oznacza, że gdybyśmy to tutaj ulokowali tysiaka, a nie w akcjach 11 bit studios, to teraz mielibyśmy na koncie 30 zł. Za jeden walor tej firmy trzeba teraz płacić 4 gr, co oznacza, że zmiana kursu o 1 gr przekłada się na 25-proc. zmianę na zainwestowanym kapitale. A mawiają, że to kryptowaluty i forex są prawdziwą jazdą bez trzymanki…

Przykład Macro Games jest oczywiście skrajny, ale niech będzie przestrogą dla wszystkich czytelników. Po ponad 50 proc. od debiutu straciły też Qubic Games i Huckelberry Games. Z kolei iFun4all jest 38 proc. w plecy, pomimo faktu, że w jego akcjonariacie ponad 5-proc. udziały mają TFI Quercus i TFI Trigon. Warto pamiętać, że na NewConnect trafiają firmy mniejsze, na wcześniejszym etapie rozwoju i z reguły o relatywnie niższej płynności notowań. To łącznie sprawia, że wyższe jest ryzyko inwestycyjne i wyższa potencjalna zmienność notowań. Często może się zdarzyć, że liczba ofert kupna i sprzedaży będzie tak mała, że nie będziemy mogli nabyć lub zbyć interesującej nas liczby akcji, a nawet najmniejsza transakcja będzie mocno wpływać na poziom rynkowego kursu. Jeśli więc w ogóle do giełdy podchodzicie bardzo ostrożnie i selektywnie, to do NewConnect róbcie to z dwa razy większym natężeniem.

Nieuczciwym byłoby jednak demonizowanie małego parkietu. Wracając do branży gier, oprócz wymienionych wyżej słabeuszy są tu również mocniejsze podmioty. Przykładem The Farm 51, który w sześć lat dał zarobić akcjonariuszom 268 proc. i zdobył zaufanie inwestorów instytucjonalnych – mBank i TFI Skarbiec mają po 4,5 proc. udziału w akcjonariacie. Z kolei ubiegłoroczny debiutant – Cherrypick Games zyskał w pięć miesięcy 34 proc. i ponad 5-proc. jego walorów ma TFI Altus. Podobną stopą zwrotu za ostatnie miesiące może pochwalić się także Blobber Team. Jak widać, jest w czym wybierać także na małym parkiecie. Niebawem łącznie na GPW i NewConnect będzie 19 reprezentantów branży, a nieoficjalnie mówi się o kolejnych planach upublicznienia firm z tego sektora. Chyba nie będzie przesadą, jeśli stwierdzę, że powoli gry stają się naszym flagowym towarem narodowym. Już nawet nie tylko w sensie samych produktów, ale chociażby patrząc przez pryzmat e-sportu – katowickiego turnieju Intel Extreme Masters i świetnych drużyn. Warszawska giełda zaczęła to chyba powoli zauważać. Późno, ale jednak.

Pozytywny i nieco symboliczny wydźwięk ma fakt, że kilka tygodni temu producent Wiedźmina wszedł do indeksu WIG20 (kosztem Asseco Poland). Wskaźnik ten ma swoich szeregach 20 najbardziej płynnych i największych spółek na GPW. To coś w rodzaju giełdowej loży vipów. Wejście w te szeregi CD Projektu to lekki ukłon w stronę całej branży. Ja się cieszę, bo WIG20 zdominowany jest przez banki oraz spółki węglowe i paliwowe, a więc taką trochę „inwestycyjną konserwę”. Może firma braci Kicińskich przetrze szlaki innym spółkom, będzie takim klinem w tej zabetonowanej loży blue chips. Zastanawiam się tylko dlaczego giełda nie stworzyła jeszcze osobnego indeksu dla branży. WIG-gry byłby dobrym narzędziem do analizy i oceny kondycji sektora. Ktoś powie, że sześć to za mało spółek na osobny, sektorowy indeks? WIG-chemia ma w portfelu tylko pięć podmiotów i działa… Chyba nawozy azotowe w niczym nie ustępują grom komputerowym.

 
Categories

Jest kraj, w którym przedsiębiorcy mają zaufanie do urzędu

Rozmowa z Jarosławem Siekierskim, przedsiębiorcą pomagającym zakładać spółki w Estonii.

Na czym polega wasza działalność w Estonii?
W Estonii zajmujemy się… pomocą przy rozpoczęciu oraz prowadzeniu firmy w Estonii. Nasze usługi skupiają się wokół: utworzenia estońskiej spółki, wynajęcia wirtualnego biura, założenia konta w estońskim banku oraz pomocy księgowej przy prowadzeniu firmy, do której należy także zaliczyć coroczne raporty finansowe. Poza tym oferujemy także dodatkowe indywidualne usługi związane z estońskim biznesem zależne od potrzeb klientów.

Od jak dawna działacie i jak w ogóle wpadłeś na ten pomysł?
Estonią zainteresowałem się już kilka lat temu. Dużo czytałem o tym, jak się prowadzi biznesy na całym świecie i Estonia na tym tle wypada bardzo korzystnie. Dodatkowym atutem jest jej bliskie położenie względem Polski. Pomysł na otwieranie spółek pojawił się, gdy zobaczyłem, jak łatwo można prowadzić biznes w tym kraju. Znalazłem odpowiednie biuro księgowe z siedzibą w Tallinnie, które zajmuje się wszystkimi sprawami klientów na terytorium Estonii.

Mały, postsowiecki kraj… to nie brzmi, przynajmniej w pierwszym, odruchowym odczuciu, zachęcająco. I raczej nie sugeruje, że łatwo będzie otwierać tam firmy.
Panują tam przyjazne warunki, jeśli chodzi o prawo i podatki. Estoński system jest na tyle klarownie i mądrze skonstruowany, że nie musimy się znacznie zagłębiać w annały tamtejszej jurysdykcji, żeby bezpiecznie prowadzić biznes. Poza tym tamtejsi urzędnicy są bardzo pozytywnie nastawieni i zawsze chętnie odpowiadają na wszelkie pytania bądź wątpliwości. A to dla mnie bardzo ważne, żeby za plecami czuć przyjacielskie nastawienie zamiast podejrzliwego, szukającego tylko powodu żeby tylko mi zaszkodzić “przeciwnika”.

Rozumiem, że estoński urzędnik, to ktoś zupełnie inny niż ten, do którego przyzwyczailiśmy się w Polsce?
Relacja z urzędnikiem estońskim opiera się na zaufaniu do petenta oraz jej głównym celem jest pomoc dla zainteresowanego. Oni po prostu są tam po to, żeby pomóc innym robić swój biznes i żeby ten proces przebiegał jak najsprawniej. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy chciałem zarejestrować spółkę do VAT, a urzędnik zapytał “Czy na pewno chce Pan się zarejestrować przed wystawieniem faktury do innego estońskiego podmiotu – jeśli wystawi Pan fakturę przed rejestracją nie będzie musiał Pan płacić VAT od tej transakcji – przecież przysługuje Panu jeszcze zwolnienie”!

Jakiego typu firmy zakładacie?
Pomagamy nie tylko w prowadzeniu standardowych spółek z ograniczoną odpowiedzialnością, ale również spółek akcyjnych. Nasza kancelaria zajmuje się również przeprowadzaniem ICO na kryptowalutach, wraz z przygotowaniem wszelkich dokumentów do tego potrzebnych. Dzięki naszej elastyczności i indywidualnemu podejściu do każdego klienta udało się nam założyć już ponad 100 spółek w Estonii.

Czy pod względem łatwości zakładania firmy i jej prowadzenia Polska bardzo odbiega od Estonii?Ułatwień dla przedsiębiorców jest tam mnóstwo, jeśli spojrzymy na nie ogólnikowo, a pewnie jeszcze więcej znajdzie dla siebie wielu indywidualnych przedsiębiorców. Wymienię kilka, moim zdaniem najważniejszych:

    1. Bardzo przejrzyste i jasne regulacje prawne
    2. Brak podwójnego opodatkowania
    3. Brak ZUS
    4. Brak podatku CIT aż do momentu wypłaty dywidendy
    5. Możliwość wysyłania dokumentów w formie elektronicznej
    6. Podmioty niezarejestrowane do VAT mogą wysyłać dokumenty dotyczące spółki raz na rok
    7. Brak uciążliwych kontroli podatkowych
    8. Zwrot VAT następuje w ciągu kilku dni i nie powoduje automatycznej kontroli z urzędu skarbowego

Zaznaczam jednak, że Estonia nie należy do grupy krajów zwanych “rajami podatkowymi” i nie należy jej tak postrzegać.

Czy można oszacować, mniej więcej, jakie oszczędności z tytułu podatków i składek osiąga przedsiębiorca w Estonii w porównaniu do Polski?
Wszystko zależy od skali działalności. W Polsce standardowy przedsiębiorca jest opodatkowany stawką 19 proc. podatku od dochodów w każdym roku podatkowym. W Estonii ten podatek nie występuje aż do wypłaty dywidendy. Proszę sobie wyobrazić, że prowadzimy identyczny biznes w Polsce i w Estonii. Nasz dochód to 100 000 zł. W Estonii całą kwotę możemy przekazać na inwestycje w rozwój firmy, w Polsce jedynie 81 000 zł. Im większa skala dochodów lub im większy czas działania przez spółkę estońską, tym większą przewagę mamy nad firmami z Polski.

Estonia słynie z pełnej cyfryzacji rozwiązań administracyjnych. Czy Estończycy nie mają z tym problemu, chociażby ze względu na kwestie zaufania? Wolą ufać aplikacji, niż urzędnikowi, z którym mogą porozmawiać w cztery oczy?
Z tego co obserwuję, ludzie mają całkowite zaufanie do e-urzędu. Uważam, że są wręcz zadowoleni z tego faktu, że większość spraw mogą załatwić bez wychodzenia z domu, o każdej porze dnia, oraz z każdego miejsca na Ziemi. Poza tym, ograniczając tutaj czynnik ludzki, mamy mniejsze szanse, że jakiś dokument zostanie zgubiony, podpis będzie niewyraźny, a słowo urzędnika okaże się niezgodne z rzeczywistym faktem. A tak, mamy wszystko udokumentowane i to w jednym miejscu.


Czy masz szacunkowe dane na temat tego, jak dużo Polaków zakłada biznes w Estonii? Czy to jest jakiś rosnący trend?
Jak przystało na kraj, któremu zależy na cyfryzacji, mamy stały dostęp do statystyk odnośnie wniosków o e-rezydencję, zakładanie firm i wiele innych. Jeśli chodzi o składanie wniosków o e-rezydencję w Estonii, Polacy są na 18 miejscu, a jeśli chodzi o zakładanie firm to na miejscu 14. (link do statystyk). Z własnego doświadczenia też widzę, że z miesiąca na miesiąc dostajemy coraz więcej zapytań o założenie spółki w Estonii.

Dla wielu krajów Estonii staje się wzorem pod względem adaptacji nowoczesnych technologii. Czy estońskie rozwiązania można przenieść na polski grunt?
Ciężko mi to sobie wyobrazić, aczkolwiek bardzo bym tego chciał. Być może zmiany będą następować powoli, ale w takim tempie nie mamy nawet najmniejszych szans dogonić kraje takie jak Estonia czy Singapur.