Categories

Oszczędzanie: kontrola najwyższą formą zaufania

Namęczyliśmy się przy zbieraniu paragonów. Namęczyliśmy się przy kategoryzowaniu wydatków. Namęczyliśmy się przy podliczaniu poszczególnych pozycji i sprawdzaniu salda. Potem, w przypadku deficytu, spociliśmy się ze stresu. Po co właściwie to wszystko było? Na co mi ten budżet?

Wyobraźcie sobie, że wasza pensja to gigantyczny akwen, który powstrzymuje tama Hoovera. Ciągłe strumienie wody, które napędzają generatory, to wasze wydatki w poszczególnych kategoriach. Woda stojąca w zbiornikach retencyjnych to nasze oszczędności, prywatny fundusz emerytalny, prywatny fundusz inwestycyjny, poduszka bezpieczeństwa i co tam sobie jeszcze wymyślimy.

Wszystko trzymamy pod kontrolą, ale nawet w najdoskonalszej tamie mogą pojawić się szczeliny, pęknięcia i nieszczelności. To nasze niekontrolowane, przypadkowe wydatki, których nawet byśmy nie zauważyli, gdybyśmy nie prowadzili budżetu. Dobrze zaplanowany budżet pozwala nam odpowiednio sterować wszystkimi strumieniami i łatać nieszczelności na tyle wcześnie, żeby naszej tamy nie wzięli diabli.

Dobre poznanie struktury własnych wydatków jest kluczem do ich optymalizowania. Dzięki budżetowi będziemy wiedzieli gdzie najbardziej opłaca się oszczędzać. Może zdarzyć się tak, że postanowimy ograniczyć nasze wydatki na jedzenie na mieście i przenieść telefon z abonamentu na prepaid. To pierwsze dało nam 100 złotych oszczędności, drugie 20. Pierwsze wiąże się z tym, że musimy zacząć robić zakupy i gotować sobie częściej w domu. Drugie, po załatwieniu wszystkich formalności, daje nam stałe dwie dyszki ekstra bez wysiłku.

I może paradoksalnie okazać się, że oszczędzenie tych stu złotych nam się nie opłaca. Wymęczyliśmy te oszczędności, pozornie wysokie (1200 zł rocznie!), tracąc tak naprawdę dużo więcej. A mianowicie czas.

Na pierwszym roku studiów, na wykładzie z makroekonomii, wtedy jeszcze doktor Marek Garbicz zadał nam pytanie: jaki jest najcenniejszy zasób świata. Posypały się niepewne odpowiedzi, że diament, że platyna, że wanad i kobalt. Chyba nikt z nas nie wpadł wtedy, że najcenniejszym zasobem jest czas. Nie wymyśliliśmy też, dlaczego tak się dzieje. To proste – to jedyny zasób nieodnawialny.

Zawsze miejcie w pamięci, że czasu zmarnowanego na bezsensowne czynności nie odzyskacie. Wasz czas ma wartość i dlatego dobrze byłoby nie rozmieniać się na drobne. Dam autentyczny przykład, którego analizę opłacalności znalazłem gdzieś na Facebooku. Abstrahuję od tego, czy sytuacja trąca cebulą, czy też nie, bo to nie jest cel naszego ćwiczenia.

Do pracy jeździcie komunikacją, ale czasami wsiadacie też na rower. Średnio rocznie wychodzi 10 dni na miesiąc na rowerze i 10 dni w komunikacji. Autobus zazwyczaj jedzie 22 minuty w jedną stronę, czasami wyrobi się w 19 minut. I jest dylemat – kasować bilet dwudziestominutowy za 3,40 zł i jechać na ryzyku, czy skasować bilet 75-ciominutowy i podróżować w komforcie psychicznym. W skali miesiąca możecie oszczędzić na tańszych biletach 20 złotych. Ale to oszczędność pozorna, bo w trakcie jazdy, zamiast poczytać książkę i trochę zmądrzeć, nerwowo wypatrujemy kontroli. A jak na nią trafimy, to diabli biorą nasze oszczędności z całego roku, bo jeden mandat kasuje je wszystkie. To właśnie możemy śmiało nazwać głupim oszczędzaniem. Być może oszczędziliśmy dwie dyszki, ale wypatrując kontrolera (i w razie wypatrzonej kontroli, wyskakując czasami przystanek wcześniej), kosztem tych drobniaków zmarnowaliśmy nasz czas.

Dlatego sugeruję, żeby oszczędności zacząć szukać wtedy, gdy dokładnie poznacie strukturę swoich wydatków. W przeciwnym wypadku może okazać się, że wasze oszczędzanie jest pozorne. Poświęcacie mu zbyt dużo czasu i energii, które można byłoby wydatkować na robienie tego tam, gdzie ma to sens. Ewentualnie na zarabianie dodatkowych pieniędzy.

Dzięki budżetowi PLANUJECIE swoje wydatki na kolejny miesiąc, zamiast puszczać je na żywioł. Dzięki analizie historycznej, możecie z dobrym prawdopodobieństwem przewidzieć ile wydacie na poszczególne kategorie. W ciągu miesiąca możecie wprowadzić do budżetu korekty, działać reaktywnie a nie pasywnie. Nie czekacie aż młot opadnie, zamiast tego macie nad swoimi pieniędzmi kontrolę.

Wiecie, jakie to fajne uczucie, mieć kontrolę nad hajsem? Polecam.

 
Categories

Niedziela będzie dla nas

Zgodnie z nowym prawem w każdym miesiącu będą dwie niedziele handlowe – pierwsza i ostatnia. Od 1 stycznia 2019 będzie jedna – ostatnia w miesiącu, a od 1 stycznia 2020 roku zacznie obowiązywać bezwzględny zakaz handlu we wszystkie niedziele z wyjątkiem siedmiu w roku. Dużym sieciom handlowym i części pracowników taki zakaz jest nie w smak. I wszyscy szukają sposobu na jego obejście. W myśl zasady ‘nie takie rzeczy już obchodziliśmy’, Polacy wykazali się dużą kreatywnością i patenty sypią się jak z rękawa.

Pociąg do handlu
W ustawie zawarto szereg wyjątków, wśród których znajdują się na przykład obiekty dworcowe. Dlatego niektóre centra handlowe chcą przerejestrować swoje interesy, żeby uzyskać status obiektu infrastruktury kolejowej. Plan taki chce na przykład realizować centrum handlowe w Gdańsku, znajdujące się w pobliżu stacji, a właściwie peronu kolejowego Wrzeszcz. Główne dworce w Krakowie i Poznaniu to też bardziej galerie handlowe niż obiekty infrastruktury kolejowej.

W Warszawie na takie rozwiązanie mogą zdecydować się Złote Tarasy, Galeria Wileńska, Lidl przy skrzyżowaniu Rzeszotarskiej z aleją Solidarności (mieści się na terenie po XIX-wiecznej parowozowni, więc podwójnie mu się należy), Blue City. Południowo-wschodnie wyjście z Arkadii znajduje się 550 metrów od dworca Warszawa Gdańska, trzeba tylko przebić tunel pod ogródkami działkowymi i myjnią. W zasadzie z Galerii Mokotów też nie jest daleko do stacji Służew. Co prawda ustawodawca dodał zapis, że handel na dworcach może odbywać się w związku z bezpośrednią obsługą podróżnych, ale zapis jest na tyle nieprecyzyjny, że można pod to podciągnąć wszystko.

Jarmark na stacji?
W lutym sieć supermarketów Intermarche otworzyła jedną z pierwszych stacji benzynowych działających pod ich logo. Przy stacji będzie sklep, który będzie mógł działać w niedzielę. A w nim klienci, oprócz typowego asortymentu motoryzacyjnego, będą mogli dostać papierosy, alkohol i artykuły spożywcze. Docelowo Intermarche chce otworzyć stacje benzynowe przy każdym supermarkecie sieci, przy którym będzie możliwość ich wybudowania. Ustawodawca zapomniał sprecyzować, jaka może być maksymalna powierzchnia stacji. Więc jestem sobie w stanie wyobrazić galerię handlową z jednym dystrybutorem obok niej.

Ustawa zezwala też otwarcie w niedziele prohibicyjne jarmarków i giełd okolicznościowych. Z tej luki postanowili skorzystać przedsiębiorcy z Lubina. Po konsultacjach przeprowadzonych ze sprzedawcami i mieszkańcami, zarząd tamtejszej giełdy towarowej postanowił otworzyć ją również w niedziele.

Mydło i powidło
Zakaz handlu nie będzie dotyczył piekarni, cukierni i lodziarni, w których przeważająca działalność polega na handlu wyrobami piekarniczymi i cukierniczymi. Przeważająca działalność w jakim znaczeniu? Dziennego obrotu? Wolumenu sprzedaży? Jaki procent sprzedaży ogółem ma stanowić pieczywo? Tego prawodawca znowu nie precyzuje. Tę lukę mogą wykorzystać supermarkety Auchan, Biedronka, Carrefour, Lidl czy Tesco, w których wypieka się pieczywo na miejscu.

Z zakazu handlu są zwolnione placówki, w których przeważającą działalnością jest działalność gastronomiczna. I znowu brak precyzyjnego określenia tego, co ‘przeważająca działalność’ oznacza. Praktycznie w każdej dużej galerii handlowej jest strefa gastronomiczna, nierzadko bardzo duża (Złote Tarasy, Arkadia). Czy to oznacza, że te obiekty nie będą musiały kombinować z byciem obiektem infrastruktury dworcowej i zostaną po prostu dużymi restauracjami?

Podobnie nieprecyzyjny zapis wyłącza z zakazu placówki handlujące kwiatami. Oczami wyobraźni widzę te wielkie kwiaciarnie, w których spomiędzy kwiatów będziemy wydłubywać kajzerki, jogurt i ser żółty.

Ponieważ z zakazu wyłączono również handel w sklepach i na platformach internetowych, niektórzy sprzedawcy już zapowiedzieli, że będą otwierać showroomy. Będziemy mogli w nich przymierzyć ubranie czy buty, obejrzeć sprzęt AGD albo dobrać perfumy. Następnie kupimy te rzeczy w internecie i od ręki odbierzemy je w sklepie. Nie trzeba nawet zatrudniać ekspedientów, wystarczy kilka osób z ochrony. Bo oczywiście ochroniarze mogą pracować w niedziele.

Handlować na swoim
Sam nawet wymyśliłem jeden sposób przechytrzenia ustawodawcy. Z listy wyjątków wybrałem punkt 27, który mówi, że zakaz nie obowiązuje w placówkach handlowych, w których handel jest prowadzony przez przedsiębiorcę będącego osobą fizyczną wyłącznie osobiście, we własnym imieniu i na własny rachunek. Pomyślałem, że duże sieci handlowe mogłyby wypchnąć pracowników na działalność gospodarczą.

Niestety, mój rewolucyjny zapał zgasił radca prawny, Michał Karwasiński. Jak mówi, taki „zatrudniony” przedsiębiorca nie będzie wykonywał czynności handlowych w imieniu własnym i na własny rachunek – gdyż on nie sprzedaje swoich produktów – tylko jako przedsiębiorca świadczy na rzecz właściciela sklepu (we własnym imieniu i na własny rachunek) usługi w postaci np. przenoszenia towarów, obsługi kasy, obsługi klientów itd. Trop słuszny – ale w tym przypadku tacy samozatrudnieni „pracownicy” nie podlegali by pod wyłączenie.

Nie będzie więc tłumów pracowników prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą. I dobrze.

Ogółem katalog wyłączeń liczy sobie 32 punkty, jest w czym przebierać. A jak ustawodawca po dwóch latach połata i pouszczelnia ten bubel prawny, chyba będzie można uderzyć w zapisy znajdujące się w punkcie 2, art. 2, rozdz. 1, w których definiuje się handel. Definicja przyjęta w ustawie określa handel jako proces sprzedaży polegający na wymianie towaru lub wyrobu na środki pieniężne. Co więc z płatnościami kryptowalutami?

– Kryptowaluty nie są środkami pieniężnymi – są to prawa majątkowe. Ustawa nie definiuje towaru – ale przy dychotomicznym podziale na towar i środki pieniężne, kryptowaluty należałoby zakwalifikować bardziej jako towar – komentuje Michał Karwasiński.

Czy zatem zakaz łamałby sklep rozliczający się z klientami wyłącznie w niedzielacoinach? To już pytanie do ustawodawcy, który jak zwykle nie nadążył za Polakami.

 
Categories

Oszczędzanie: zostań strategiem w swoim domu!

W ubiegłym tygodniu zmuszałem was do zapisywania wszystkich wydatków. Dałem co prawda proste narzędzie, które ułatwia tę czynność, ale mimo wszystko to jest jakiś wysiłek. Pora więc opowiedzieć, po co właściwie musimy zadać sobie tyle trudu i skrupulatnie notować cyfry ze wszystkich paragonów.

To proste, bez analizy wydatków nie zaplanujemy sobie sensownie domowego budżetu. A bez zaplanowanego budżetu trudniej będzie nam sterować przepływami pieniędzy. Bez sterowania przepływami pieniężnymi nie jesteśmy w stanie zapanować nad własną kasą. Bez panowania nad własną kasą, nie wiemy dokąd dryfują nasze finanse. A zatem, do roboty.

Słowo o skali – nie ma sensu analizować ani tworzyć budżetu na podstawie danych z jednego miesiąca. Wyobraźmy sobie, że w lutym mamy urodziny i robimy domówkę. Jak to wpłynie na pozycje ‘jedzenie’, ‘alkohol’ i ‘rozrywka’? Ano pewnie wzrosną o 20-30 proc., w zależności od tego jak bardzo planujemy się pokazać przed znajomymi. Żeby uniknąć takich odstających danych, a przy okazji uśrednić sobie wydatki w kategoriach, zbieramy dane z przynajmniej kwartału a najlepiej półrocza.

Załóżmy, że zebraliśmy dane dotyczące naszych sześciomiesięcznych wydatków i mamy podzielone je na kategorie. Co z tym dalej robimy? Trzeba budżet rozliczyć i sprawdzić, czy mamy deficyt, czy nadwyżkę. I odpowiednio do sytuacji zareagować. Pamiętajmy – nie jesteśmy państwem, w przypadku deficytu nie możemy dodrukować pieniędzy, pozostaje tylko zadłużanie się. Zadłużać się nie chcemy.

W pierwszym kroku patrzymy, jak procentowo w naszych dochodach rozkładają się poszczególne kategorie. Są różne szkoły, ale co do zasady wszyscy zgadzają się, że suma wydatków stałych (rata kredytu, czynsz, opłaty eksploatacyjne) nie powinna przekraczać 50-60 proc. wpływów. Sytuacja, w której dociśnięty wysokim kursem franka płacisz wysoką ratę kredytu, która przekracza połowę twoich dochodów, nie zwalnia cię z prowadzenia budżetu. Powiem więcej, zwłaszcza w takim położeniu należy trzy razy oglądać każdą złotówkę. Pozostałe kategorie rozważcie we własnych sercach i dopasujcie do potrzeb.

W statystycznym domu na jedzenie wydaje się 25 proc. środków, my możemy się żywić na mieście i będzie to 35 proc.  Albo na przykład zrezygnowaliśmy z kupowania biletów do kina i weszliśmy do programu ‘Unlimited’, dzięki czemu urwaliśmy z pozycji ‘kultura’ 5 proc. I dodatkowe 5 proc. w kategorii ‘telekomunikacja’ przy przejściu z abonamentu na pre-paida. Narzucanie sobie sztywnych ram nie ma sensu, optymalizacją wydatków w ramach kategorii zajmiemy się później.

Dzięki asystentowi mBankowemu możemy sobie do naszego pliku budżetowego przenieść tyle kategorii, ile chcemy. Jeżeli wydatki spisujemy ręcznie, trzeba sobie liczbę kategorii zmniejszyć, żeby się nie zniechęcić. Jak się wdrożymy, będziemy bawić się w takie detale, jak napoje gazowane, niegazowane i alkoholowe. Tymczasem zostajemy przy napojach ogółem.

Darmowych narzędzi do robienia budżetu domowego jest mnóstwo. Przy wyborze zwróćcie uwagę na to, czy program/aplikacja zbiera dane lokalnie, na waszym komputerze albo komórce, czy trzyma na swoich serwerach. To drugie rozwiązanie, jakkolwiek byłoby pozabezpieczane, jest dla mnie dyskwalifikujące. Nie widzę powodu, dla którego przy zadaniu tak prostym jak budżet, ktoś musiał trzymać moje dane finansowe u siebie.

Sam korzystam z Excela, dlatego nie polecę żadnego konkretnego rozwiązania. Oparłem się na nim, bo szybko liczy wszystko, czego potrzebuję. Od razu mówię, że niepotrzebna jest do tego żadna filozofia, wystarczy umiejętność wpisywania cyferek w okienka i liczenie sum, różnic oraz procentów.

Spisujemy sobie wszystkie wydatki miesięczne, to akurat łatwe. Uwzględniamy wydatki nieregularne, to akurat trochę skomplikowane, ale do ogarnięcia. Uzyskaną kwotę odejmujemy od naszych miesięcznych wpływów. Bang! Jeżeli mamy nadwyżkę, możemy ją zaoszczędzić albo zainwestować. Jeżeli saldo jest ujemne, musimy szybko pomyśleć, z czego pokryć różnicę.

Jak policzyć wydatki nieregularne? Ano przybliżeniami. Jest to zadanie jednorazowe, więc warto się do niego przyłożyć. Lecą tu wszystkie wydatki okazjonalne i te o regularności rzadszej niż miesiąc. Będą to wakacje, ubezpieczenie i przegląd samochodu, ubrania, koncerty i festiwale, szkolna wyprawka dla dzieci, ubezpieczenie mieszkania, lekarstwa, reperacje roweru czy koszt biletów kwartalnych (chyba, że jeździmy na miesięcznych, wtedy wpada nam to do budżetu regularnie). Te pozycje warto przemyśleć dokładnie. Estymujemy ile wydamy na każdą z tych rzeczy rocznie. Dla przykładu przegląd samochodu to akcja jednorazowa o znanym z grubsza koszcie, wydatki na leki zależą od sytuacji. Po spisaniu wszystko sumujemy a potem dzielimy przez 12. Albo przez 10, bo i łatwiej to zrobić, i lepiej mieć te wydatki uwzględnione w budżecie górką.

I to wszystko, przynajmniej na razie. Za tydzień opowiem co możemy sobie z takim budżetem zrobić.

Przeczytaj też: Oszczędzanie: budżet, głupcze!

 
Categories

Dom za 1 euro w słonecznej Hiszpanii, zamek we Włoszech? Oferty za jeden uśmiech. Szczerbaty

Czy chcielibyście kupić posiadłość w Hiszpanii za 1 euro? A może zabytkowy, kamienny dom na Sardynii? Coś bliżej? Półtorej godziny jazdy samochodem od Rzymu wystarczy? W ostateczności coś w północnej Francji, na dalekich przedmieściach Lille. Dla ludzi działających z rozmachem, jest do wzięcia ponad 200 włoskich zamków. Marzenia na wyciągnięcie ręki, będzie tylko drożeć, kto teraz nie kupi, będzie żałował. Zmień swoje życie za jedno euro – tyle mówi reklama. A jak jest naprawdę? Sprawdzam.

Jeżeli oferta jest zbyt piękna, by mogła być prawdziwa, jest prawdopodobnie oszustwem. W tym przypadku oszustwo to zbyt mocne słowo, bo kwota jednego euro ma przyciągnąć uwagę ludzi. Gdy to się uda, pojawiają się warunki dodatkowe i pewne niedogodności, o czym za chwilę.

Dom za euro? Jest kilka “ale”
Niektóre rejony Europy Zachodniej borykają się z narastającym problemem wyludniania się wsi i mniejszych miast. Młodych nic w takich miejscach nie trzyma, wolą szukać pracy w mieście. Starsi wymierają. Nie ma komu mieszkać w pustostanach, dlatego władze kilku włoskich miast m.in. Ollolai, Patrica, Carrega Ligure czy Gangi, postanowiły zaoferować nabywcom domy za 1 euro. W ślad za nimi poszli Francuzi i Hiszpanie. Jednak we wszystkich ofertach jest haczyk. A właściwie cały kłąb haczyków.

Wspomniane we wstępie dalekie przedmieścia Lille to w rzeczywistości miasto Roubaix, borykające się ostatnimi laty z biedą, wyludnieniem, bezrobociem, narkotykami i przestępczością. Domy za euro są mocno zniszczone, więc w remont trzeba zainwestować około 100 tys. złotych i trzeba go skończyć przed upływem roku. W trakcie prac w domu nie można mieszkać, potem trzeba w nim pozostać przez kilka lat, koniecznie z rodziną. A na koniec okazuje się, że dużo taniej wychodzi kupić sobie w tym miejscu mieszkanie, które nie jest w ofercie jednoeurowej, ale nie wymaga kosztownej renowacji.

Pozostałe propozycje obwarowane są podobnymi klauzulami. W każdym przypadku trzeba ponieść koszty renowacji, restauracji, remontu a czasami wręcz odbudowy domu. Biorąc pod uwagę konieczność walki z nieznaną nam formą biurokracji, od razu musimy powiększyć budżet o miejscowego prawnika. Będzie nam też potrzebny dobry tłumacz, który objaśni nam wszelkie umowy. Sam remont to koszt od osiemdziesięciu tysięcy złotych wzwyż. Wszystko to w miejscach, które niekoniecznie są lokalizacjami naszych marzeń, a ich jedyną zaletą jest to, że leżą poza granicami Polski.

Jasne, jeżeli trafimy na interesującą miejscówkę w zabytkowym mieście albo znajdziemy coś nietypowego, po zainwestowaniu możemy nawet potroić wartość nieruchomości. Tylko nie jestem do końca przekonany że odrestaurowany dom na hiszpańskim zadupiu będzie aż tak atrakcyjny dla potencjalnego nabywcy, że tę trzykrotność zobaczymy na oczy. Zresztą podpisując umowę, z reguły deklarujemy, że przez kilka lat będziemy w danym miejscu mieszkać. Ergo – nasze potencjalnie inwestycyjne domy są przez chwilę niesprzedawalne.

No dobra, to kto w końcu inwestuje w te domy? Bo ktoś jednak się na nie decyduje, w Ollolai wyprzedały się do połowy lutego b.r.  Według mnie są to albo mieszkańcy sąsiednich większych miast, którzy w takich domach mogą sobie zrobić letniskową daczę (i tak pewnie nikt nie będzie sprawdzał, czy faktycznie w tym domu mieszkają), albo milionerzy, którzy inwestują duże pieniądze w przebudowę i otwierają w takich miejscach luksusowe hotele, spa i miejsca wypoczynku. Taka inwestycja to żyła złota dla całego miasta. Dlatego pewnie nikt nie będzie zbyt restrykcyjnie egzekwował regulaminów.

Co więc zostaje dla nas, biednych Polaków? Na przykład program „Przedsiębiorcza Polska Wschodnia – Turystyka”. Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju dało pieniądze, przewidziany budżet wynosi 200 mln złotych. BGK realizujący wspomniany projekt, rozda je mikro, małym i średnim przedsiębiorstwom, działającym w branży turystycznej i okołoturystycznej. Teraz najlepsze – wsparcie udzielane będzie na obszarze makroregionu, w skład którego wchodzą województwa tzw. Ściany wschodniej. Dzięki temu wszyscy mamy szanse na realizację marzenia, któremu każdemu pracownikowi korporacji przynajmniej raz w życiu przemknęło przez głowę.

Może by tak rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady?

Teraz możecie to zrobić za pieniądze państwa.

 
Categories

Znikające branże. Nie takie wieczne te diamenty

Marylin Monroe śpiewała o tym, jak to diamenty są najlepszymi przyjaciółmi dziewczyny. W siódmej części przygód Bonda, diamenty były wieczne. Syn Lennona narysował swoją koleżankę Lucy, na niebie wśród diamentów i dostaliśmy wielki przebój Lucy in the Sky with Diamonds. Rihanna śpiewała, że jesteśmy piękni, jak diamenty na niebie. Wszystko to niestety przeminie, jak łzy w deszczu. Milenialsi bezlitośnie zabijają te najszlachetniejsze z kamieni szlachetnych.

Kiedyś było lepiej. Pierścionek zaręczynowy bez diamentu się nie liczył. Prezenty z okazji rocznicy ślubu też były dobrą okazją do wciśnięcia komuś kamyka. Ostrza wierteł – diament. Luksusowe torebki – wysadzane diamentami. Biżuteria – wszędzie diamenty. Komu to przeszkadzało? Wiadomo – młodym.

Dwudziestoparolatkowie nie upierają się, żeby pierścionki zaręczynowe ani biżuteria ogółem była z diamentami, im wystarczą podobnie wyglądające zamienniki albo inne, tańsze kamienie szlachetne. Wszystko to oczywiście dzieje się pod warunkiem, że milenialsi zdecydują się na zakup biżuterii. Bo młodzież teraz jest taka dziwna, że zamiast inwestować w pierścień, woli wyjechać w podróż, zainwestować w ekologiczny startup albo kupić nowego MacBooka. Status manifestują raczej nową torebką niż dwoma karatami. A jak już zdecydują się w końcu na zaręczyny zamiast konkubinatu, wybierają tańsze kamienie.

Statystyki mówią same za siebie. W roku 2016 sprzedawcy ze światowej stolicy diamentów, Antwerpii ogłosili, że średni poziom zysku dla transakcji waha się od 0,1 do 0,4 proc. Tak jakby nie za dobrze. Na domiar złego młode pokolenie przejmuje się etyczną stroną biznesu. I odkąd obejrzeli „Krwawy diament” z Leonardo di Caprio, zaczęli czepiać się takich detali, jak niewolnicza praca w kopalniach diamentów czy finansowanie konfliktów zbrojnych pieniędzmi z ich sprzedaży. Od tego niedaleko do dzieci-żołnierzy i krwawych rzezi w Afryce. Nagle okazało się, że młodzież nie dość, że interesuje się tym, co dzieje się na Czarnym Lądzie, to jeszcze się tym przejmuje. Branża diamentowa była bardzo zaskoczona tymi faktami.

No i wreszcie kwestia dochodów. Mówi się, że obecne pokolenie Amerykanów jest pierwszym w historii, które ma gorzej niż ich rodzice. Ci, którzy mieli szczęście trafić na studia, na rynek pracy trafiają zadłużeni pożyczkami studenckimi. Według ostatnich raportów Studentaid.ed.gov i National Student Loan Data System dotyczących pożyczek studenckich, 44,2 mln młodych Amerykanów jest zadłużonych łącznie na 1,48 biliona dolarów. Nie pomyliłem się, tłumacząc z angielskiego. To nie miliardy, to biliony dolarów. Ci, którzy studiów nie skończyli, długów nie mają. Tak samo, jak nie mają szans na dobrze płatną pracę. Dla tego pokolenia diamenty nie są przedmiotami żadnej potrzeby i jeżeli już na coś odkładają, to raczej na dom niż na kamyki.

A co u nas? Ostatni raport KPMG „Rynek dóbr luksusowych w Polsce edycja 2017” pokazuje, że krajowy rynek biżuterii jest wart 409 mln zł i regularnie rośnie. Przy czym napędzają go w większości najbogatsi. Milenialsów w Polsce diamenty nie interesują.

W sumie trudno im się dziwić, w końcu diament to taki bardziej sprasowany węgiel.

 
Categories

Sinup: idź i grzesz więcej!

Naginamy reguły, grzeszymy i robimy rzeczy moralnie wątpliwe przez całe życie. Czasami to drobiazg, czasami coś większego. Łamiemy dietę, odpuszczamy dzień ćwiczeń, przesadzamy z imprezą, ściągamy na egzaminie albo łamiemy szóste przykazanie. Życie. Co jednak, gdybyśmy mogli to wszystko odpokutować, przy okazji robiąc coś dobrego? Jest na to startup.

Twórcy aplikacji Sinup nieźle to sobie wszystko obmyślili. Wymaga się od nas altruizmu, odwołuje się do naszych najlepszych cech charakteru, świat oczekuje, że będziemy krystaliczni, dobrzy, uprzejmi, uczesani i pogodni. Na dłuższą metę tak się nie da, sprawdziłem. Prędzej czy później znakomita większość z nas upada. Dzięki aplikacji Sinup możemy podzielić się naszym upadkiem ze światem, znaleźć pociechę wśród podobnych sobie i wpłacić pieniądze na wybraną akcję charytatywną.

W Sinupie nie chodzi o wielkie przewiny, tylko o małe grzeszki. Rzeczy, z którymi czujemy się niekomfortowo. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy na diecie, łamiemy się, zjadamy tabliczkę czekolady i dopóki cukier działa, jest nam dobrze. Gdy uderzają w nas wyrzuty sumienia, Sinup na ratunek.

Sinup wielu wyda się bardzo kontrowersyjny, a sama idea może zostać podważona. Słyszałem już, że zachęcamy do robienia rzeczy niewłaściwych. Jednak działa to nieco inaczej: jeżeli ktoś źle się czuje z powodu złamania diety, to znaczy, że na tej diecie był. Jeżeli ktoś źle się czuje bo nic nie robił cały dzień, to znaczy, że w inne dni ciężko pracuje – mówi jeden z twórców apki, Jacek Strupiński

Obiecaliśmy sobie, że zmniejszymy trochę nasze imprezowe tempo, po czym lądujemy na imprezie w nocy z piątku na niedzielę. Mamy kaca i czujemy się podle, Sinup na ratunek. Odpuściliśmy sobie dzień na siłowni. Zjedliśmy całą pizzę zamiast połowy. Nie chciało nam się wyjść wieczorem z psem. W każdej z tych sytuacji czujemy się niekomfortowo. Sinup pozwala nam redukować dyskomfort przez drobny akt dobroci.

Sinup podkreśla te grzeszki po to, żeby były tylko wyjątkiem, a nie ciągłym postępowaniem. W ten przewrotny sposób staramy się promować zdrowe funkcjonowanie, a chwile słabości zamieniać w ukojenie oraz pożyteczne uczynki – wyjaśnia Strupiński

Aplikacja nie będzie skomplikowana. Użytkownik będzie miał dostęp do trzech paneli – Feed, Donate i Profile. W pierwszym wiadomo, społeczność jest najważniejsza. A drugiej będzie można dopasować swój występek do jednego z 6 grzechów, wybrać fundację, kwotę i wykonać datek. Ostatni panel to historia naszych uczynków, wynik i podstawowe dane osobowe. Będzie też można zaprosić do aplikacji znajomych.

Premiera Sinup na AppStore planowana jest w połowie kwietnia.

Aplikacja nie ma żadnego kontekstu religijnego.

 
Categories

Oszczędzanie: budżet, głupcze!

W poprzednich odcinkach wrzuciłem kilka podpowiedzi prostych, łatwych i w miarę przyjemnych. Powód był jasny, nie chciałem zaczynać mojego kąta porad od rzeczy żmudnej, nudnej, dla większości osób trudnej i w mniemaniu większości niepotrzebnej. Gdybym zaczął od budżetu i zapisywaniu wydatków, nikomu nie chciałoby się doczytać tekstu do końca.

Niestety, jeżeli chcemy poważnie traktować oszczędzanie, musimy o tym pomyśleć. Można oczywiście odkładać bez zaplanowanego budżetu. Sposoby na to pokazałem w pierwszych dwóch częściach. Niestety, mało kto potrafi z żelazną dyscypliną co miesiąc odkładać określoną kwotę, niezależnie od niespodziewanych wydatków i wpadek finansowych. Trzeba mieć w sobie gotowość na czasowe pogorszenie jakości życia w sytuacji, gdy musimy kupić awaryjnie pralkę. Nagła dziura w finansach mogłaby skłonić do odpuszczenia sobie jednej raty oszczędności. I właśnie tutaj z pomocą przychodzi nam dobrze zrobiony budżet.

Planowanie budżetu zaczynamy od skrupulatnego spisywania naszych wydatków. Jeżeli chcemy mieć z tego jakikolwiek pożytek, musimy uwzględnić wszystkie wydatki. Myślę, że sensowna skala czasowa to minimum pół roku. Po tym czasie będziesz wiedzieć na czym stoisz, poznasz udział swoich kosztów stałych, zorientujesz się, ile wydajesz na balety a ile na kulturę, i gdzie będzie można próbować przyciąć.

Do spisywania wydatków wystarczy kartka papieru i ołówek, ale ja postanowiłem skorzystać z uroków bankowości internetowej. Mam konto w mBanku. Do niego przypiąłem kartę płatniczą, z której korzystam w programie oszczędzania mimochodem (to ten, w którym bank odkłada za mnie 10 proc. wartości każdej transakcji).

Pomocny dla nas będzie oferowany przez bank podział transakcji na kategorie. Jest ich 11, plus dodatkowe 57 podkategorii. Dzięki temu każdej transakcji jesteśmy w stanie dość dokładnie przypisać miejsce wśród naszych wydatków. Bank przydziela kategorie automatycznie, jednak na początku warto je korygować, aż się nauczy, że zakupy pod blokiem to nie jedzenie na mieście tylko żywność. Pod koniec miesiąca dostaniemy elegancki wykres, dzięki któremu jednym rzutem oka ogarniemy, jak wygląda struktura naszej rozrzutności.

Żeby nasz system zadziałał, konto oferujące takie ułatwienia powinno być kontem-matką, z którego wychodzą nasze wszystkie płatności. To do niego musimy mieć podpięte płatne usługi, z niego wypłacamy z bankomatu i regulujemy ratę kredytu. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby to z niego wychodził cały ruch do sieci naszych innych kont, z których płacimy np. czynsz albo abonament (pisałem o tym w ubiegłym tygodniu). Wystarczy wtedy stałe zlecenia przypisać do odpowiedniej kategorii i wszystko robi się z automatu.

Na początku wszystkie transakcje trzeba dokładnie analizować i ewentualnie zmieniać im kategorie. System dość sprawnie się uczy, dzięki czemu po miesiącu mamy ogarniętą większość ruchu na koncie. Aktualizacje potrzebne bywają wyłącznie podczas zakupów okazjonalnych. Te zresztą system rozpoznaje bardzo dobrze, ostatnio bez pudła przypisał mi do odpowiednich sklepów elektronikę, ubrania i buty, oraz jedzenie poza domem. Ten patent załatwia nam 95 proc. roboty związanej z analizą.

Ostatniego dnia miesiąca siadam do komputera, uruchamiam excela i przerzucam sobie do niego wszystkie wydatki z konta w podziale na kategorie. Najpiękniejsze w tym systemie jest to, że bank już powrzucał wszystkie płatności do odpowiednich przegródek, ja tylko muszę wpisać kwotę łączną. Zrobienie analizy moich miesięcznych wydatków zajmuje mi dzięki temu niecałą godzinę raz w miesiącu.

W sytuacji, gdy płacę za coś gotówką, biorę paragon i spisuję z niego rzeczy do excela na bieżąco. Im mniej transakcji hajsem, tym mam łatwiejszą robotę przy spisywaniu wydatków.

Dokładna analiza wydatków to punkt wyjścia do stworzenia dobrego, działającego budżetu. O tym w kolejnej części, tymczasem idę uczyć system, że Tiger to nie odzież i obuwie.

 
Categories

Doping w esporcie: szybciej, wyżej, mocniej!

Co ma wspólnego e-sport z phishingiem? Z pozoru nic. Pierwsze to rozrywka, drugie – przestępstwo. Okazuje się jednak, że są wśród nas mądrzy ludzie, którzy wykorzystują sztuczną inteligencją i zaawansowaną biometrię behawioralną do bardzo słusznego celu: walki z wyłudzeniami i nieuczciwą rywalizacją e-sportową.

Ci mądrale to ludzie z firmy Nethone, a ich projekty to Nethone ATO i Elympics. Pierwszy z nich dotyczy wyłudzeń haseł i oszustw, drugi zaś inteligentnie połączy graczy w pary i zapobiegnie dopingowi w esporcie.

Z esportem jest zupełnie jak z tym zwyczajnym. Maksyma „szybciej, wyżej, mocniej” obowiązuje w nim tak samo, każdy chce być lepszy, szybszy i silniejszy od przeciwnika. Czasami jest to trudne, nawet gdy wymiatamy w grze. Na przykład, gdy zawiedzie algorytm parowania graczy i stajemy do pojedynku z gościem o dziesięć poziomów wyższym, który wbija nas w piach areny w dwie sekundy. Ewentualnie z kimś, kto kupuje przedmioty w grze za realne pieniądze, podczas gdy my cieszymy się grą w trybie „freemium”.

Dlatego tak ważne dla jakości rozgrywki jest odpowiednie dobranie drugiego gracza. Nie chcemy, żeby odbiegał od nas zbytnio poziomem, fajnie gdyby prezentował podobne umiejętności, tak by gra nie była męczarnią, tylko przyjemnością. Bo co innego jest przegrać po wyrównanej walce, a co innego paść od jednego strzału przepakowanego Seby na dokupionych sterydach.

System Elympic zakłada zastosowanie sztucznej inteligencji, która będzie analizować zachowania, umiejętności i historię każdego gracza. To załatwi temat łączenia z rywalami o porównywalnych parametrach.

Drugim zadaniem będzie sprawdzanie, czy gracz nie korzysta podczas rozgrywki z oszustw. Cyfrowy doping może mieć różne oblicza. Czasami niebywale dyskretne. Kto zauważy, że doinstalowaliśmy do gry mały program, dzięki któremu nasz celownik zgrywa się z głową przeciwnika o 0,3 dziesiąte sekundy szybciej niż celownik przeciwnika z naszą? Kto zwróci uwagę, że skaczemy odrobinę wyżej, ale na tyle, żeby robiło różnicę? Albo biegamy trochę szybciej? Wpadają oszuści popadający w ostentację. Tacy, którzy stosują automatyczne celowanie i dwukrotnie szybszy bieg. Popłaca subtelność, minimalne zmiany, które jednak od pewnego poziomu zaawansowania robią kolosalną różnicę. Wyścig oszustów z administratorami serwerów trwa. 

Esport przyciąga coraz większą grupę chętnych. Nie ma jednak niczego bardziej frustrującego od rozgrywania pojedynku z ewidentnym oszustem, który na dodatek faktem stosowania dopalaczy się chwali. W niektórych grach część „ułatwień” była tak powszechna, że ci, którzy ich nie stosowali byli w mniejszości. Na razie edoping nie stanowi powszechnej plagi, ale historia uczy, że takie rzeczy najlepiej dusić w zarodku.

Walka z tego typu oszustwami jest trudna. Jak skontrolować, czy gracz siedzący w Brazylii czy Szwecji nie ułatwia sobie rozgrywki? Jest to cholernie trudne i niewdzięczne zadanie. Elympics ma stanowić przełom. Sztuczna inteligencja analizująca styl gry i zachowanie gracza w czasie rzeczywistym będzie w stanie udaremnić nawet najbardziej wyrafinowane próby oszustwa. Dzięki temu esport ma szansę przyciągnąć jeszcze więcej chętnych. Oraz sponsorów, którzy nie będą musieli się obawiać edopingowych skandali.

O tym, jak bardzo skuteczna potrafi być AI, przekonali się niedawno fani gry Dota 2. Podczas turnieju The International 2017, Danil ‘Dendi’ Ishutin, członek mistrzowskiej drużyny Na’Vi, jeden z najlepszych zawodników świata, zmierzył się ze sztuczną inteligencją. Inżynierowie ze startupu OpenAI, wyszkolili ją w dwa tygodnie, po czym spuścili ze smyczy.

‘Dendi’ to jeden z najbardziej kreatywnych zawodników świata. Prezentuje nieortodoksyjny styl gry, dysponuje świetnymi umiejętnościami technicznymi i tworzy nieoczywiste i zaskakujące kompozycje przedmiotów wykorzystywanych przez postaci. W DOTA2 tnie od lat. Sztuczna inteligencja uczyła się gry 2 tygodnie, po czym wyskoczyła z mistrzem na solo.

Pierwsze starcie trwało niecałe sześć minut i zakończyło się zwycięstwem AI. Podczas pojedynku ‘Dendi’ bodaj sześciokrotnie powtórzył „this guy is scary” a po walce widać było, że jest zaskoczony tym, jak dobrze gra bot. Drugi pojedynek był jeszcze krótszy, człowiek ponownie przegrał. Do trzeciego meczu nie doszło a ‘Dendi’ był zszokowany tym, jak bardzo ludzko momentami zachowywał się komputerowy gracz.

Wszystkich, którzy chcieliby zobaczyć, jaki poziom prezentuje zawodnik, który uległ AI zapraszamy do Katowic na IEM. Turniej Dota2 w weekend 24-25.02, CS:GO i SC2 tydzień później. Widzimy się.

 
Categories

Oszczędzanie: Za hajs banku baluj

W dwóch poprzednich częściach pokazałem wam, jak przekazać trudny obowiązek oszczędzania w ręce banku, i w jaki sposób zablokować odłożone pieniądze. Dzisiaj zaproponuję zbudowanie pierwszej w waszym życiu piramidy finansowej. W dobrym tego słowa znaczeniu, bo zarobimy uczciwie.

Budowanie naszej piramidy może chwilę potrwać, bo zależy od tego, jakie promocje oferują banki. Widzicie, bankowcom skończyły się pomysły na przyciąganie nowych klientów indywidualnych. Nikt nie jest w stanie zaproponować korzystnej lokaty. W dobie wszechobecnych płatności kartą, sieć bankomatów nikogo nie interesuje. Darmowe przelewy? Ma je chyba każdy. Brak opłat za kartę? No raczej. Aplikacja mobilna? Wiadomo. BLIK? Oczywiście. Czym zatem mają nęcić nas banki?

Bank płaci za otwarcie konta
Zdesperowani marketingowcy wymyślili, że warto byłoby rzucić w klienta gotówką. Dosłownie. I zaczęli rzucać. Na rynku jest masa propozycji otwarcia konta w zamian za pieniądze, zniżki w dużych sklepach czy kupony na Allegro. Banki rozdają również karty kredytowe za hajs, ale tutaj zalecam pewną ostrożność. Kredytówki są świetnym źródłem taniego kredytu, jednak trzeba wiedzieć dokładnie jak z nich korzystać.

Po znalezieniu odpowiednio zyskownej promocji, uważnie wczytujemy się w jej regulamin. Głupio byłoby zorientować się poniewczasie, że darmocha jest przez pierwszy kwartał a później bank zaczyna nas łoić potrójnymi opłatami za oddychanie. Jeżeli wszystko, łącznie z hajsem się zgadza a warunki są dla nas do spełnienia, otwieramy sobie konto bankowe. I czekamy na następną promocję.

Jednocześnie zaczynamy sobie rozrysowywać miesięczne przepływy środków między kontami. Załóżmy, że w warunkach promocji jest konieczność comiesięcznego wpływu 1500 złotych i realizacji dwóch przelewów. Wtedy z naszego głównego konta ustawiamy stałe zlecenie na przelew tej kwoty na konto promocyjne.

Następnie zerkamy w kalendarz naszych zobowiązań i patrzymy, czy mamy jakiś termin w okolicach 7-go każdego miesiąca. Jeżeli tak, ustawiamy stałe zlecenie z konta promocyjnego. A drugie, powrotne na nasze konto główne. W tym momencie nasze konto promocyjne zaczyna zarabiać na siebie podwójnie. Inkasujemy nagrody z nowego banku i już nigdy nie spóźnimy się z płatnościami. Co oznacza brak opłat za zwłokę? Brak opłat za zwłokę oznacza zysk.

Żonglerka przelewami
Z biegiem czasu i uruchamianiem przez banki nowych promocji, nasza struktura będzie się rozbudowywać i zmieniać. Być może uda się wam połączyć nowe konta nie w piramidę a w koła. Czyli macie trzy promocje wymagające comiesięcznych wpłat na konto. Wrzucacie kasę na pierwsze konto, z niego ustawiacie przelew na drugie, z drugiego na trzecie i tak dalej. Liczba kont w kręgu jest dowolna, ale według mnie im więcej, tym zabawniej.

Cały ten proces wymaga od nas trzech rzeczy.

*Dokładnego sprawdzenia warunków promocji – chcemy przecież uniknąć późniejszych opłat za cokolwiek, co może zjeść nasz zysk.

*Terminowego przelewania środków – to załatwią nam stałe zlecenia, których ustawienie to chwila.

*Wyszukiwania nowych promocji – to załatwiają za nas liczne strony zbierające i analizujące takie propozycje.

Po zakończeniu promocji i wypłaceniu premii, trzeba odpowiedzieć sobie na jedno ważne pytanie – czy potrzebujemy takiego konta? Jeżeli nie, bo na przykład nie robimy z niego żadnego ruchu, zamykamy. Praktycznie wszystkie promocje są dla nowych klientów banku. Jeżeli będziemy w nim mieli konto z poprzedniej akcji, nie skorzystamy z nich. Szkoda kasy.

Na co jeszcze czekacie? Poszukajcie stron o zarabianiu na bankach, odpalajcie notes albo Excela i do roboty. Pieniądze same się nie zarobią.

 
Categories

Dziurawe portfele ministrów. Prześwietlamy majątki polskich polityków

Nowy rząd ukonstytuował się w styczniu i od razu zabrał się dziarsko do roboty. Po drodze był co prawda zgrzyt z Anną Streżyńską, ale teraz nikt już nie sypie piasku w tryby i ministrowie pracują dla naszego dobra. I pojawia się pytanie, czy stery władzy poszły w ręce ludzi, którzy mając dbać o nasze dobra, potrafią zatroszczyć się o swoje. Obejrzałem oświadczenia majątkowe części członków gabinetu.

W kilku przypadkach pokiwałem głową z uznaniem, w kilku uśmiechnąłem się lekko, w jednym popłakałem się ze śmiechu. Zacznijmy od trójki wiceprezesów Rady Ministrów.

Beata Szydło sytuację ma stabilną z tendencją rosnącą, ponoć lepiej radzi sobie jej małżonek. Była pani premier w ciągu ostatnich trzech lat powiększyła swoje oszczędności w złotówkach, odłożyła ekstra 80 euro, prawie podwoiła wartość swojej polisy ubezpieczeniowej i dała radę pozbyć się jednego samochodu. Ziemi nie przybyło, kredytów nie ma, całkowita wartość wykazanego majątku wynosi 1 mln zł, z czego 25 proc. to gotówka.

Piotr Gliński żywot wiedzie najwidoczniej hulaszczy, bo w niezłym tempie przejada oszczędności. Przejadanie oszczędności na pensji wiceprezesa RM to niezłe osiągnięcie. Poza tym wiedzie mu się całkiem nieźle, cały majątek wycenił na 2,5 mln zł, z czego 2 mln to jego czterystumetrowy dom. Do spłacenia zostało mu 5 tys. zł kredytu, dziwne że nie zrobił tego jedną większą wpłatą. Zaimponowało mi, że jako jedyny w ramach majątku ruchomego wykazał sztukę. Konkretnie obraz Edwarda Dwurnika, wart 20 tys. zł. Przejrzałem ofertę prac artysty i wychodzi na to, że premier Gliński ma na ścianie kawał malunku, przynajmniej metr na półtora.

Desant krakowski, czyli Jarosław Gowin nie ma niczego poza czterdziestoma tysiącami w gotówce, domem i mieszkaniem. Znaczy ma pewnie miłość bliskich, uznanie swoich wyborców i giętki kręgosłup, ale w zakresie majątku nie dzieje się nic. Ani samochodu, ani sztuki, ani kultury. Dom i mieszkanie warte są 650 tys. zł. Premierowi Gowinowi w tempie tysiąca złotych miesięcznie rosną oszczędności. Nie powiem, żeby to był imponujący wynik, mam znajomych zarabiających pół tego, co on a odkładających dwa razy więcej. Słaby prognostyk.

Nasza ulubiona pani minister od edukacji Anna Zalewska w Sejmie tej kadencji dostała pionowego startu. W ostatnim oświadczeniu okazało się, że po raz pierwszy udało jej się odłożyć pieniądze, solidne 20 tys. zł. Kupiła 3,86 ha ziemi wartej 387 tys. zł. Wymieniła stare Clio na nowego Kadjara. I czując wiatr w żaglach, dobrała kilka drobnych kredytów, z których do spłacenia zostało jej marne 100 tys. zł. Łącznie wykazała majątek o wartości 700 tys. zł, w tym tylko 180 tys. za mieszkanie. Gdyby pani minister tak dobrze dbała o stan polskiego szkolnictwa, jak troszczy się o stan swojego posiadania, nie martwiłbym się losem przyszłych pokoleń uczniów.

Minister energii Krzysztof Tchórzewski zabrał się do zarabiania pieniędzy tak mocno, że aż ciśnie się na usta słaby żart. Na początku kadencji miał trochę oszczędności i kredyt, teraz ma 104 tys. oszczędności, dwa samochody i zero kredytu. Jako jedyny posiada coś na kształt portfela akcji, są w nim papiery Avivy, Aegona i BZWBK. I rosną! Łączna wartość wykazanego majątku to 824 tys. zł, duża część to dom warty 350 tys.

Minister infrastruktury Andrzej Adamczyk ma stabilną sytuację, akcje Polskiego Holdingu Nieruchomości, 6 działek, Passata i od niedawna magistra. Do tego 174 tys. oszczędności, ładny, duży dom i małe mieszkanie. Wszystko warte w sumie prawie 1 mln zł, z czego większość to wartość nieruchomości (prawie 600 tys. zł).

U zastępcy Antoniego Macierewicza też nieźle. Mariusz Błaszczak w stosunku do początku kadencji zwiększył swoje oszczędności o 50 proc. i ma odłożone już 290 tys. zł. Tutaj z kolei taka ciekawostka – wszystkie kolejne oświadczenia wyglądają, jakby były kserami z roku poprzedniego, zmienia się jedynie kwota odłożonych pieniędzy. Łączny majątek ministra Mariusza wynosi 1,22 mln zł, z czego większość to mieszkania i dwie działki.

Ministrowie Ziobro, Jurgiel i Brudziński na pewno kserują swoje oświadczenia. U tego pierwszego nieznacznie zmienia się jedynie wysokość gotówki odłożonej w złotówkach, w tym roku jest to 136 tys. zł. Reszta składników majątku bez zmian, bo i nie ma się co zmieniać. Ani akcji, ani polis ubezpieczeniowych, ani żadnych ruchomości minister Ziobro bowiem nie posiada. Jego majątek wart jest 1,02 mln zł plus 1850 euro.

Poseł Jurgiel ma podobnie. Zmienia mu się jedynie wysokość oszczędności, które w tym roku dobiły do 150 tys. zł. Poza tym dom, działka i samochód, łącznie 670 tys. zł, nuda.

Joachim Brudziński ma 207 tys. oszczędności, polisę na 24 tys., dom wart 230 tys. i Volvo za 75 tys. zł. Muszę powiedzieć, że chętnie bym dom w zadeklarowanej wartości odkupił, 230 tysięcy za 120 metrów to bardzo dobra oferta, nawet jeżeli dom jest ruiną. Do tego minister zaciągnął pożyczkę w Kancelarii Sejmu RP na 20 tys. zł, którą sprawnie spłacił. Temat pożyczek z Sejmu jest dość ciekawy. Gdy analizowałem oświadczenia innych posłów, rzuciło mi się w oczy to, jak wielu posłów z nich korzysta. W sumie nie dziwię się, za 3 proc. na rok albo 4 proc. na dwa sam bym zaciągał.

Pośmiałem się przy oświadczeniu Teresy Czerwińskiej, która jest ministrem finansów. Owszem, majętna kobieta. Ma 62 tys. złotych, 58 tys. euro, 36 tys. dolarów i 260 franków. To szanuję. Rozbawiło mnie natomiast, że z dwoma kredytami hipotecznymi w wysokości odpowiednio 320 tys. zł i 99 tys. franków, jest najbardziej zadłużonym członkiem rządu.

No i kuriozum w postaci ministra-członka RM Mariusza Kamińskiego. W pierwszym oświadczeniu tej kadencji, minister wykazywał 2 tys. zł oszczędności, mieszkanie warte 300 tys. zł oraz kredyt na 85 tys. Od tamtej pory oszczędności wyparowały, mieszkanie dalej kosztuje 300 tys. zł a kredyt się chyba nie chce spłacać, bo ciągle jest go tyle samo. Myślę, że operacja „Top Secret” jest związana z charakterem pracy ministra. Koordynator służb specjalnych nie powinien zdradzać niczego, w tym stanu posiadania.

Na koniec sam premier. Mateusz Morawiecki ma tak przepięknie zdywersyfikowany stan posiadania, że żywię podziw. Szef rządu ma liczne nieruchomości: dom 150m2, dom 100m2, segment 180m2 w szeregowcu, działka rolna 2 ha i wpłacona rata na mieszkanie o powierzchni 74m2. Do tego 2,5 mln oszczędności i 13 711 akcji banku BZ WBK, którego był prezesem. Ich wartość wynosi prawie 5 mln zł. Jednak wszystkie akcje premier przeznaczył do sprzedaży. Z takim majątkiem nieruchomym i pieniędzmi, można pozytywnie i jasno patrzeć w przyszłość kraju.

Wnioskując po tym, jak ogarniają własne finanse, członkowie rządu w większości wyglądają na przytomnych polityków, nadających się do sprawowania funkcji. Ale tylko z tego punktu widzenia.