Categories

Twój czas – zasób nieodnawialny

To ostatnia część mojego małego cyklu o oszczędzaniu i budżecie. Tak dużo rzeczy do omówienia, tak mało miejsca. Ostatecznie postanowiłem rozwinąć wątek z poprzedniego tekstu i dzisiaj napiszę wam trochę o najcenniejszym z posiadanych przez nas zasobów – o czasie.

Czas trwoni się nam najłatwiej ze wszystkiego, bo zazwyczaj nie myślimy ile on tak naprawdę jest wart. Rzadko kto liczy sobie ile kosztuje jego czas, problem ten zazwyczaj pojawia się przy negocjowaniu stawki godzinowej albo zarobków miesięcznych w nowej pracy. A warto znać te cyfry wcześniej. Dzięki nim jesteśmy w stanie szybko ocenić, czy coś nam się opłaci, czy może niekoniecznie.

Dobrej metody wyliczenia wartości naszego czasu nie ma, trzeba sobie to jakoś uśredniać. Nie ma sensu tego liczyć z wzoru: pensja/czas pracy, bo to nieprawda. Tak policzymy sobie wyłącznie stawkę godzinową w pracy.

Przeliczanie wartości każdej godziny w dobie też nie jest idealne, bo przecież śpimy. Jakąś formą najlepszego przybliżenia mogłoby być obliczenie wartości godziny aktywności. Liczymy ile średnio śpimy, odejmujemy ten czas od naszej doby i przeliczamy. Sugeruję w ramach jednego miesiąca zrobić takie ćwiczenie i policzyć jak długo średnio w ciągu doby jesteśmy aktywni. Sam korzystam z takiej metody, bo według mnie najmniej przekłamuje.  

Miejmy też świadomość, że czas ludzi, którzy nie pracują nie jest przecież wart 0 zł. Wszyscy mamy znajomych, którzy wybrali taki a nie inny zawód. Robiąc rzeczy pożyteczne zarabiają relatywnie niewielkie kwoty, jak choćby nauczyciele. Dlatego każdy powinien sam zastanowić się jak wycenić swój czas. Być może dojdziecie do wniosku, że jakiekolwiek wyliczenia są na nic i postanowicie uznaniowo stwierdzić, że wasza godzina kosztuje minimum trzy dyszki. Też dobrze, byleby nie przegiąć. Bo przy uznaniu, że godzina naszego czasu warta jest tysiąc złotych, całe nasze dalsze kalkulacje biorą w łeb.

No dobra, załóżmy że wyliczyliśmy sobie koszt naszej godziny i wynosi on dwie dychy. Do czego możemy tę stawkę wykorzystać?

Przede wszystkim do policzenia tego, czy opłaca nam się robić określone rzeczy. Poniżej przykłady z mojego życia. Walnął mi w lodówce termostat, lodówka mroziła, postanowiłem być prawdziwym mężczyzną. Zamówiłem model pasujący do mojej lodówki i sam go wymieniłem. Lodówka zaczęła mrozić jeszcze bardziej. Stwierdziłem, że pewnie coś uszkodziłem podczas montażu i zamówiłem kolejny. Sam wymieniłem. Sytuacja bez zmian. Wezwałem specjalistę, który uświadomił mi, że czujki z moich termostatów były za krótkie i nie sięgały tam, gdzie powinny. Wymienił na jeden z takich, które przyniósł ze sobą, zainkasował 150 ziko, od tamtej pory lodówka działa.

Oczywistym jest, że mój pęd do wiedzy na temat budowy lodówek i chęć zostania bohaterem domu były bez sensu. Straciłem kilkanaście godzin życia na dwukrotny zakup termostatu, wymianę i poszukiwania odpowiedzi dlaczego lodówka dalej działa wadliwie. Doliczamy też koszt zamrożonego jedzenia. Moja chęć zaoszczędzenia na specjaliście kosztowała lekko licząc czterokrotnie więcej od jego wizyty. Oczekiwana wartość oszczędności nie została osiągnięta, zanotowałem za to dużą stratę. Gdybym od razu wezwał magika od lodówek, zapłaciłbym tylko 150 złotych i nauczył się z pierwszej ręki tego, czego nie znalazłem w internecie. A w czasie, który straciłem na wszystkie czynności związane z reperacją własnoręczną, mogłem napisać trzy teksty, które sprzedałbym za stawkę wystarczającą na pokrycie kosztów wizyty złotej rączki. I jeszcze by mi zostało na dodatkowe atrakcje.

Miałem do pomalowania jedno pomieszczenie. Niestety, pełne załomów, wykuszów i trudno dostępnych miejsc. Gdybym własnoręcznie przygotował pokój do malowania (folia, mycie ścian) i zlecił samo pacykowanie, kosztowałoby mnie to 160 złotych plus farba. Normalnie zapłaciłbym ekipie a sam siedział i pisał. Jednak w perspektywie najbliższych 3 miesięcy czeka mnie malowanie dwóch mieszkań. Opłaciło mi się więc kupić narzędzia i pomalować pokój samodzielnie, nawet jeżeli trwało to kilka godzin. Przyda mi się praktyka, wałki i pędzle posłużą jeszcze dwukrotnie (ich koszt rozłoży się na trzy malowania). Gdybym jednak miał w perspektywie wyłącznie malowanie jednego pokoju, praca samodzielna byłaby kosztowo nieopłacalna.

Ale już na przykład własnoręczna wymiana żarówki w samochodzie jednoznacznie mi się opłaciła. W mojej Corolli trudno się dobrać do reflektora z powodu niefortunnego ułożenia akumulatora. Mimo tego po kwadransie prób udało mi się wygrzebać kostkę, zmienić żarówkę i upchnąć wszystko z powrotem w reflektorze. Zaoszczędziłem czas potrzebny na wizytę w warsztacie i pieniądze, które zapłaciłbym za usługę. Przy okazji nauczyłem się, jak to robić, co będzie procentować za każdym następnym razem. Kwadrans mojego czasu kosztował mniej niż wizyta u speców a wiedza na temat pozostanie.

Napisałem to wszystko po to, żebyście w swoich kalkulacjach uwzględniali coś więcej niż tylko to, ile będzie kosztować was zamówienie specjalisty. Znając koszt waszego czasu i wiedząc ile go poświęcicie na określone czynności, będziecie w stanie sprawnie przeliczyć czy nie opłaci się wam zapłacić za czas kogoś innego.

Ten temat jest absolutnie fascynujący i mógłbym o nim godzinami z przykładami, ale objętość mnie blokuje. Dlatego zachęcam do samodzielnych badań nad rzeczywistymi kosztami naszych codziennych aktywności. Gwarantuję wam, że się zdziwicie.

 
Categories

Inwestowanie for dummies

Kolejni sympatyczni celebryci stracili swoje z trudem uskładane oszczędności. Twarzą tej bolesnej historii stała się Jolanta Fraszyńska, która jako jedyna wystąpiła przed obiektywy i powiedziała o niezbyt fortunnej inwestycji w dzieła sztuki. Znowu okazało się, że w Polsce nie istnieje praktycznie żadna edukacja finansowa i ludzie łapią się po raz kolejny na tę samą sztuczkę.

Galleri New Form ze Szwecji oferowała inwestorom zakup dzieła sztuki. Przy czym z tego, co zrozumiałem, klienci kupowali nie tyle samo dzieło sztuki ile certyfikat na nie. Jolanta Fraszyńska straciła pieniądze, które zbierała na mieszkanie córki. Dlaczego (zdawałoby się) myślący i radzący sobie w wielu aspektach życia człowiek nagle dostaje ataku pomroczności i inwestuje pieniądze w szemrany biznes? Ciągle i ciągle z tego samego powodu.

Oszuści proponują zysk większy niż na rachunku oszczędnościowym czy lokacie, ale nie na tyle wysoki, żeby wzbudzić podejrzenia. Tutaj obiecywali 15-18 proc., niektórym klientom oferowano ponoć 30 proc. Nikt nie zadał sobie pytania skąd będą się brały te zyski. Jeżeli ktoś się spytał, dostawał informację, że po określonym czasie GNF odkupi od nich ich dzieło sztuki. Dlaczego mieliby je odkupić drożej? Nie mam pojęcia. Skąd mieliby wziąć na to pieniądze? Nie wiem. Dlaczego mieliby robić inwestorom prezent, no bo przecież takie odkupienie po cenie wyższej o 20 proc. to nic innego jak prezent? Nie wiem. I wreszcie nikt nie zadał sobie trudu, żeby wejść na stronę https://www.knf.gov.pl/dla_konsumenta/ostrzezenia_publiczne, na której można sprawdzić, czy przypadkiem Komisja Nadzoru Finansowego nie ostrzega przed inwestowaniem w dany biznes. Galleri New Form sąsiaduje tam z takimi firmami, jak Finroyal czy Amber Gold.

Ostateczna kwota przekrętu nie jest znana, mówi się o 300 mln złotych. Sprawa Amber Gold ciągle się toczy, ale niczego nie nauczyła niedzielnych inwestorów. Uwierzyli w wysoki zysk, pewnie bez ryzyka i stracili wszystko. Jak można tego uniknąć? Nie wierzyć w oferty zbyt dobre, by mogły być prawdziwe lub legalne.  

Wysoki zarobek jest oczywiście możliwy, ale to już wyższa szkoła jazdy. Dzisiaj chciałbym napisać kilka zdań o tym, jak można zacząć inwestować bez ryzyka. No dobra, inwestycja to duże słowo, ale od czegoś trzeba zacząć. Na przykład od małych kroków, właściwych wiekowi dziecięcemu. Bo tak się na początku naszej przygody inwestorskiej powinniśmy traktować – jak dzieci, które się uczą.

Inwestowanie w rachunek oszczędnościowy czy nisko oprocentowane lokaty to nie inwestycja – to oszczędzanie, które na dodatek często przynosi nam straty. Już tłumaczę dlaczego. Na stronie http://bdm.stat.gov.pl/ rozwijamy górne menu i wybieramy opcję „Wskaźnik cen”. Patrzymy w ostatnią kolumnę w pierwszym wierszu i dla roku 2017 odczytujemy wynik 102,0. Ponieważ skalą odniesienia do tego pomiaru jest rok poprzedni, oznacza to, że na koniec roku 2017 średnio ceny wzrosły o 2 proc. w stosunku do roku 2016. Co za tym idzie, za to samo 100 złotych możemy teraz kupić odrobinę mniej. Spadła siła nabywcza naszych pieniędzy.

Co to dla nas oznacza w kontekście lokaty bankowej albo oszczędzania na ROR-ze? Ano to, że jeżeli oprocentowanie tych instrumentów finansowych było mniejsze lub równe 2 proc., nasze pieniądze na koniec roku 2017 były warte mniej niż wtedy, gdy je inwestowaliśmy. Straciliśmy, ale przynajmniej nasza lokata była bezpieczna.

Żeby nie tracić, musimy szukać ofert powyżej 2 proc. w skali roku. No, prawie. Musimy pamiętać, że od dochodów kapitałowych płacimy tak zwany podatek Belki, który obecnie wynosi 19 proc. Co oznacza, że jeżeli chcemy przytulić jakiekolwiek zyski, dla aktualnego poziomu inflacji lokata musi być oprocentowana przynajmniej na poziomie 2,5 proc. Do tej wysokości, nasze potencjalne zyski ponad inflację zabierze nam fiskus. Ale przynajmniej wyjmiemy tyle, ile włożyliśmy. Powyżej 2,5 proc. będziemy cieszyć się zyskiem.

Pamiętajmy, że banki lubią oferować nam depozyty kwartalne albo półroczne, ale podają oprocentowanie w skali roku. I atrakcyjne 4 proc. dla lokaty na 3 miesiące nie jest już takie fajne. Warto zwracać uwagę na takie detale i mały druk.

Czyli co? Nie da się sensownie i bezpiecznie inwestować tak, by nie tracić? Jest rozwiązanie i są to obligacje skarbu państwa. Inwestycja pewna, bo gwarantowana przez państwo, jedyna sytuacja, w której nie zobaczymy naszych pieniędzy możliwa jest wyłącznie wtedy, gdy Polska zbankrutuje jako kraj. Ten scenariusz chyba nam na razie nie grozi.

Jeżeli chcemy zainwestować pieniądze na dłuższy okres i nie martwić się o straty, warto przyjrzeć się obligacjom indeksowanym inflacją. Taką formę oferują papiery długoterminowe. W pierwszym rocznym okresie odsetkowym mamy stałe oprocentowanie, w następnych wskaźnik inflacji powiększany jest o określoną marżę, na przykład dla obligacji czteroletnich jest to 1,25 proc. Tak skonstruowana oferta pozwala nam na generowanie stałych, choć niewielkich zysków.

W tej chwili najdłuższy program inwestycji możemy realizować na obligacjach dziesięcioletnich, które mają jeszcze jedną dodatkową zaletę. Jest nią roczna kapitalizacja odsetek. Kapitalizacja oznacza, że nasze zyski nie są nam wypłacane co roku, tylko dopisuje się je do kapitału początkowego. I jedziemy na procencie składanym. Albert Einstein rzekł kiedyś, że procent składany to największe odkrycie wszechczasów w dziedzinie matematyki. Wiedział, co mówi.

Na koniec rozważmy przykład, w którym inwestujemy 100 zł. Ustalmy stały poziom inflacji rocznej 2 proc., marżę 1,5 proc. oraz oprocentowanie w pierwszym roku na poziomie 2,7 proc.

W pierwszym roku pracuje dla nas 100 złotych. W drugim ta stówka plus odsetki naliczone za pierwszy rok i pomniejszone o podatek Belki, czyli 102,2 zł. W trzecim jest to 105,1 zł. W dziesiątym roku na nasze konto pracuje już 127,8 zł. I nasz końcowy zysk będzie naliczony od tej kwoty a nie od startowej stówki. Gdybyśmy wyciągali nasz zysk co roku i przez 10 lat pracowałoby tylko 100 zł, na całej tej operacji zarobilibyśmy o połowę mniej. Policzcie sami.

 
Categories

Tradycyjne banki przegrywają walkę o milenialsów

Finałowa scena filmu „Fight Club” od niemal dwudziestu lat rozgrzewa serca i cieszy wszystkich zadłużonych. Wizja zniszczenia banków, wyzerowania długów i dania ludziom drugiej szansy spodobała się widzom, a film stał się pozycją kultową. W roku 2018 jest wciąż za wcześnie, by puszczać marsz żałobny, jednak katastrofa tradycyjnej bankowości powoli staje się faktem. Do gry weszli bowiem milenialsi, sięgając do szerokiego wachlarza swoich wyrachowanych metod

Gdy dziesięć lat później bankierzy rozpętali kryzys, który wpędził miliony ludzi w nędzę, nastroje się zradykalizowały i podczas protestów na Wall Street mogliśmy dostrzec transparenty z hasłem „jump motherfuckers”. Malowali je młodzi ludzie, którzy nie byli zadowoleni z tego, co finansjera zrobiła z Ameryką i światem. Bankierzy powinni zadrżeć, ale tego nie zrobili. Nie mieli świadomości, że ich branża będzie kolejną, którą zabiją milenialsi.

Może się to wydawać nieprawdopodobne, ale jeszcze 15-20 lat temu bankier to był zawód zaufania publicznego. Szedłem do siedziby banku i powierzałem kolesiowi po drugiej stronie stołu moje pieniądze, wierząc że mnie nie oszuka. I on mnie nie oszukiwał, nie wciskał stu fantastycznych produktów inwestycyjnych albo ryzykownych kredytów. Wszystko zmieniło się w roku 2007, gdy pracownicy banków zamienili się w naganiaczy kredytowych i brokerów narzędzi finansowych, których sami nie rozumieli. Po roku 2009 branża bankowa nie ma już czego u milenialsów szukać.

Oczywiście kontaktu z bankami całkowicie uniknąć się nie da, ale młodzi minimalizują go, jak tylko jest to możliwe. Według badań przeprowadzonych w 2015 roku przez Business Insider, aż 38 proc. amerykańskich milenialsów nie odwiedza oddziału banku a 26 proc robi to rzadziej niż raz w miesiącu. Ledwie 38 proc młodych idzie do banku w celu innym niż wypłata z bankomatu. Połączmy to z faktem, że aktualnie milenialsi to najliczniejsza grupa demograficzna i jednocześnie największa grupa wśród ogółu zatrudnionych. Co mamy? Ano prosty patent na katastrofę bankowości w takiej formie, w jakiej znaliśmy ją przez dekady.

Jak wspomniałem w jednym z poprzednich tekstów, obecne pokolenie młodych Amerykanów jest obciążone największym długiem studenckim w historii. Co oznacza, że większość tradycyjnych produktów oferowanych przez banki ich nie interesuje. Ktoś, kto ma 25 tysięcy dolarów długu na starcie, nie dostanie przecież kredytu hipotecznego. Karta kredytowa, dzięki której będzie mógł zadłużyć się jeszcze bardziej też nie jest mu niezbędna do życia. Pożyczka na samochód? Może najpierw niech ktoś mu zaproponuje sensowny program wyjścia z długu. Niekoniecznie związany z koniecznością założenia konta bankowego i łupienia opłatami na kolejnych etapach refinansowania zadłużenia i jego spłaty.

Młodzi ludzie nie potrzebują bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiem. Bardziej interesuje ich przyjazna bankowość, w której przelewy robi się jednym kliknięciem w komórce albo zbliżając dwa telefony do siebie. Płatność kartą? Po co, skoro możemy to zrobić komórką. Wypłata z bankomatu? Komórka. Inwestycje? Dostęp do naszego portfela akcji przez całą dobę dzięki komórce. Założenie lokaty? Zaznaczenie czterech pól (dane osobowe uzupełniają się automatycznie) i naciśnięcie „Wyślij” w komórce. Refinansowanie pożyczki studenckiej? Na pewno jest do tego jakaś apka.

Milenialsi chcą mieć swój hajs zawsze pod ręką.

Co oferują im tradycyjne banki? Przelew – przeklikaj się przez pięć ekranów a potem wpisz kod ze zdrapki albo tokena. Bankomat? Użyj karty i pamiętaj kolejny PIN. Inwestycje? Proszę wydrukować i wypełnić te wnioski. Pożyczka? A to już w ogóle grubsza sprawa i bez wizyty u konsultanta się nie obejdzie. Trzeba też będzie mieć zaświadczenie z księgowości o dochodach. Młodzi nie mają czasu na takie głupoty, kiedy wszystko inne mogą załatwić kilkoma kliknięciami w ekran smartfona.

Do tego te przeklęte startupy, które brużdżą bankom. W swojej pełnej ciepła i zwięzłości, liczącej 38 stron odezwie do udziałowców, prezes JPMorgan Chase Jamie Dimon powiedział „Krzemowa Dolina nadchodzi”. Setki startupów, tysiące mózgów i miliony monet pracują nad rozwiązaniami alternatywnymi dla tradycyjnej bankowości. Największy lęk wzbudza działka, w której banki operują najaktywniej – pożyczki. Klient może w ciągu kwadransa dostać pożyczkę, której udzielenie zajęłoby bankowi tydzień. Akapit o startupach fintechowych prezes kończy ślicznym zdaniem: And we also are completely comfortable with partnering where it makes sense. Słuchajcie, tak właśnie brzmiał XX wiek. Albo XIX.

W USA walkę o milenialsów tradycyjne banki przegrywają sromotnie. A co słychać u nas? Według danych z badania TGI prowadzonego przez firmę MillwardBrown, aż 3,5 mln osób z grupy wiekowej 15-35 lat nie ma konta bankowego. Tak się w Polsce definiuje wykluczenie finansowe. Przyczyny są częściowo zbadane, częściowo możemy je zgadywać. Młodzież nie chce powierzać bankom pieniędzy, bo im nie ufa. Leży u nas edukacja finansowa.

Według badania „Życie finansowe młodych Polaków”, aż 2/3 badanych nie wie co to jest RRSO a jednocześnie tylko 20 proc ocenia swoją wiedzę jako niedostateczną i ma świadomość braków. Rodzice są zarówno głównymi doradcami finansowymi, jak i źródłem pomocy w razie kłopotów finansowych. Młodzi trzymają się tradycyjnych wzorców postępowania, popełniając błędy poprzednich pokoleń. A w razie kompletnej padaki, zawsze zostaje chwilówka.

W Polsce nie była potrzebna żadna rewolucja, młodzi odwrócili się od banków sami z siebie. Te próbują kusić, oferując pieniądze za założenie konta, ale tak to można zachęcać jedynie łowców okazji a nie łowić lojalnych klientów. I tak to milenialsi powoli zabijają kolejną branżę. Aż strach głośniej odetchnąć.

 
Categories

Oszczędzanie: kontrola najwyższą formą zaufania

Namęczyliśmy się przy zbieraniu paragonów. Namęczyliśmy się przy kategoryzowaniu wydatków. Namęczyliśmy się przy podliczaniu poszczególnych pozycji i sprawdzaniu salda. Potem, w przypadku deficytu, spociliśmy się ze stresu. Po co właściwie to wszystko było? Na co mi ten budżet?

Wyobraźcie sobie, że wasza pensja to gigantyczny akwen, który powstrzymuje tama Hoovera. Ciągłe strumienie wody, które napędzają generatory, to wasze wydatki w poszczególnych kategoriach. Woda stojąca w zbiornikach retencyjnych to nasze oszczędności, prywatny fundusz emerytalny, prywatny fundusz inwestycyjny, poduszka bezpieczeństwa i co tam sobie jeszcze wymyślimy.

Wszystko trzymamy pod kontrolą, ale nawet w najdoskonalszej tamie mogą pojawić się szczeliny, pęknięcia i nieszczelności. To nasze niekontrolowane, przypadkowe wydatki, których nawet byśmy nie zauważyli, gdybyśmy nie prowadzili budżetu. Dobrze zaplanowany budżet pozwala nam odpowiednio sterować wszystkimi strumieniami i łatać nieszczelności na tyle wcześnie, żeby naszej tamy nie wzięli diabli.

Dobre poznanie struktury własnych wydatków jest kluczem do ich optymalizowania. Dzięki budżetowi będziemy wiedzieli gdzie najbardziej opłaca się oszczędzać. Może zdarzyć się tak, że postanowimy ograniczyć nasze wydatki na jedzenie na mieście i przenieść telefon z abonamentu na prepaid. To pierwsze dało nam 100 złotych oszczędności, drugie 20. Pierwsze wiąże się z tym, że musimy zacząć robić zakupy i gotować sobie częściej w domu. Drugie, po załatwieniu wszystkich formalności, daje nam stałe dwie dyszki ekstra bez wysiłku.

I może paradoksalnie okazać się, że oszczędzenie tych stu złotych nam się nie opłaca. Wymęczyliśmy te oszczędności, pozornie wysokie (1200 zł rocznie!), tracąc tak naprawdę dużo więcej. A mianowicie czas.

Na pierwszym roku studiów, na wykładzie z makroekonomii, wtedy jeszcze doktor Marek Garbicz zadał nam pytanie: jaki jest najcenniejszy zasób świata. Posypały się niepewne odpowiedzi, że diament, że platyna, że wanad i kobalt. Chyba nikt z nas nie wpadł wtedy, że najcenniejszym zasobem jest czas. Nie wymyśliliśmy też, dlaczego tak się dzieje. To proste – to jedyny zasób nieodnawialny.

Zawsze miejcie w pamięci, że czasu zmarnowanego na bezsensowne czynności nie odzyskacie. Wasz czas ma wartość i dlatego dobrze byłoby nie rozmieniać się na drobne. Dam autentyczny przykład, którego analizę opłacalności znalazłem gdzieś na Facebooku. Abstrahuję od tego, czy sytuacja trąca cebulą, czy też nie, bo to nie jest cel naszego ćwiczenia.

Do pracy jeździcie komunikacją, ale czasami wsiadacie też na rower. Średnio rocznie wychodzi 10 dni na miesiąc na rowerze i 10 dni w komunikacji. Autobus zazwyczaj jedzie 22 minuty w jedną stronę, czasami wyrobi się w 19 minut. I jest dylemat – kasować bilet dwudziestominutowy za 3,40 zł i jechać na ryzyku, czy skasować bilet 75-ciominutowy i podróżować w komforcie psychicznym. W skali miesiąca możecie oszczędzić na tańszych biletach 20 złotych. Ale to oszczędność pozorna, bo w trakcie jazdy, zamiast poczytać książkę i trochę zmądrzeć, nerwowo wypatrujemy kontroli. A jak na nią trafimy, to diabli biorą nasze oszczędności z całego roku, bo jeden mandat kasuje je wszystkie. To właśnie możemy śmiało nazwać głupim oszczędzaniem. Być może oszczędziliśmy dwie dyszki, ale wypatrując kontrolera (i w razie wypatrzonej kontroli, wyskakując czasami przystanek wcześniej), kosztem tych drobniaków zmarnowaliśmy nasz czas.

Dlatego sugeruję, żeby oszczędności zacząć szukać wtedy, gdy dokładnie poznacie strukturę swoich wydatków. W przeciwnym wypadku może okazać się, że wasze oszczędzanie jest pozorne. Poświęcacie mu zbyt dużo czasu i energii, które można byłoby wydatkować na robienie tego tam, gdzie ma to sens. Ewentualnie na zarabianie dodatkowych pieniędzy.

Dzięki budżetowi PLANUJECIE swoje wydatki na kolejny miesiąc, zamiast puszczać je na żywioł. Dzięki analizie historycznej, możecie z dobrym prawdopodobieństwem przewidzieć ile wydacie na poszczególne kategorie. W ciągu miesiąca możecie wprowadzić do budżetu korekty, działać reaktywnie a nie pasywnie. Nie czekacie aż młot opadnie, zamiast tego macie nad swoimi pieniędzmi kontrolę.

Wiecie, jakie to fajne uczucie, mieć kontrolę nad hajsem? Polecam.

 
Categories

Niedziela będzie dla nas

Zgodnie z nowym prawem w każdym miesiącu będą dwie niedziele handlowe – pierwsza i ostatnia. Od 1 stycznia 2019 będzie jedna – ostatnia w miesiącu, a od 1 stycznia 2020 roku zacznie obowiązywać bezwzględny zakaz handlu we wszystkie niedziele z wyjątkiem siedmiu w roku. Dużym sieciom handlowym i części pracowników taki zakaz jest nie w smak. I wszyscy szukają sposobu na jego obejście. W myśl zasady ‘nie takie rzeczy już obchodziliśmy’, Polacy wykazali się dużą kreatywnością i patenty sypią się jak z rękawa.

Pociąg do handlu
W ustawie zawarto szereg wyjątków, wśród których znajdują się na przykład obiekty dworcowe. Dlatego niektóre centra handlowe chcą przerejestrować swoje interesy, żeby uzyskać status obiektu infrastruktury kolejowej. Plan taki chce na przykład realizować centrum handlowe w Gdańsku, znajdujące się w pobliżu stacji, a właściwie peronu kolejowego Wrzeszcz. Główne dworce w Krakowie i Poznaniu to też bardziej galerie handlowe niż obiekty infrastruktury kolejowej.

W Warszawie na takie rozwiązanie mogą zdecydować się Złote Tarasy, Galeria Wileńska, Lidl przy skrzyżowaniu Rzeszotarskiej z aleją Solidarności (mieści się na terenie po XIX-wiecznej parowozowni, więc podwójnie mu się należy), Blue City. Południowo-wschodnie wyjście z Arkadii znajduje się 550 metrów od dworca Warszawa Gdańska, trzeba tylko przebić tunel pod ogródkami działkowymi i myjnią. W zasadzie z Galerii Mokotów też nie jest daleko do stacji Służew. Co prawda ustawodawca dodał zapis, że handel na dworcach może odbywać się w związku z bezpośrednią obsługą podróżnych, ale zapis jest na tyle nieprecyzyjny, że można pod to podciągnąć wszystko.

Jarmark na stacji?
W lutym sieć supermarketów Intermarche otworzyła jedną z pierwszych stacji benzynowych działających pod ich logo. Przy stacji będzie sklep, który będzie mógł działać w niedzielę. A w nim klienci, oprócz typowego asortymentu motoryzacyjnego, będą mogli dostać papierosy, alkohol i artykuły spożywcze. Docelowo Intermarche chce otworzyć stacje benzynowe przy każdym supermarkecie sieci, przy którym będzie możliwość ich wybudowania. Ustawodawca zapomniał sprecyzować, jaka może być maksymalna powierzchnia stacji. Więc jestem sobie w stanie wyobrazić galerię handlową z jednym dystrybutorem obok niej.

Ustawa zezwala też otwarcie w niedziele prohibicyjne jarmarków i giełd okolicznościowych. Z tej luki postanowili skorzystać przedsiębiorcy z Lubina. Po konsultacjach przeprowadzonych ze sprzedawcami i mieszkańcami, zarząd tamtejszej giełdy towarowej postanowił otworzyć ją również w niedziele.

Mydło i powidło
Zakaz handlu nie będzie dotyczył piekarni, cukierni i lodziarni, w których przeważająca działalność polega na handlu wyrobami piekarniczymi i cukierniczymi. Przeważająca działalność w jakim znaczeniu? Dziennego obrotu? Wolumenu sprzedaży? Jaki procent sprzedaży ogółem ma stanowić pieczywo? Tego prawodawca znowu nie precyzuje. Tę lukę mogą wykorzystać supermarkety Auchan, Biedronka, Carrefour, Lidl czy Tesco, w których wypieka się pieczywo na miejscu.

Z zakazu handlu są zwolnione placówki, w których przeważającą działalnością jest działalność gastronomiczna. I znowu brak precyzyjnego określenia tego, co ‘przeważająca działalność’ oznacza. Praktycznie w każdej dużej galerii handlowej jest strefa gastronomiczna, nierzadko bardzo duża (Złote Tarasy, Arkadia). Czy to oznacza, że te obiekty nie będą musiały kombinować z byciem obiektem infrastruktury dworcowej i zostaną po prostu dużymi restauracjami?

Podobnie nieprecyzyjny zapis wyłącza z zakazu placówki handlujące kwiatami. Oczami wyobraźni widzę te wielkie kwiaciarnie, w których spomiędzy kwiatów będziemy wydłubywać kajzerki, jogurt i ser żółty.

Ponieważ z zakazu wyłączono również handel w sklepach i na platformach internetowych, niektórzy sprzedawcy już zapowiedzieli, że będą otwierać showroomy. Będziemy mogli w nich przymierzyć ubranie czy buty, obejrzeć sprzęt AGD albo dobrać perfumy. Następnie kupimy te rzeczy w internecie i od ręki odbierzemy je w sklepie. Nie trzeba nawet zatrudniać ekspedientów, wystarczy kilka osób z ochrony. Bo oczywiście ochroniarze mogą pracować w niedziele.

Handlować na swoim
Sam nawet wymyśliłem jeden sposób przechytrzenia ustawodawcy. Z listy wyjątków wybrałem punkt 27, który mówi, że zakaz nie obowiązuje w placówkach handlowych, w których handel jest prowadzony przez przedsiębiorcę będącego osobą fizyczną wyłącznie osobiście, we własnym imieniu i na własny rachunek. Pomyślałem, że duże sieci handlowe mogłyby wypchnąć pracowników na działalność gospodarczą.

Niestety, mój rewolucyjny zapał zgasił radca prawny, Michał Karwasiński. Jak mówi, taki „zatrudniony” przedsiębiorca nie będzie wykonywał czynności handlowych w imieniu własnym i na własny rachunek – gdyż on nie sprzedaje swoich produktów – tylko jako przedsiębiorca świadczy na rzecz właściciela sklepu (we własnym imieniu i na własny rachunek) usługi w postaci np. przenoszenia towarów, obsługi kasy, obsługi klientów itd. Trop słuszny – ale w tym przypadku tacy samozatrudnieni „pracownicy” nie podlegali by pod wyłączenie.

Nie będzie więc tłumów pracowników prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą. I dobrze.

Ogółem katalog wyłączeń liczy sobie 32 punkty, jest w czym przebierać. A jak ustawodawca po dwóch latach połata i pouszczelnia ten bubel prawny, chyba będzie można uderzyć w zapisy znajdujące się w punkcie 2, art. 2, rozdz. 1, w których definiuje się handel. Definicja przyjęta w ustawie określa handel jako proces sprzedaży polegający na wymianie towaru lub wyrobu na środki pieniężne. Co więc z płatnościami kryptowalutami?

– Kryptowaluty nie są środkami pieniężnymi – są to prawa majątkowe. Ustawa nie definiuje towaru – ale przy dychotomicznym podziale na towar i środki pieniężne, kryptowaluty należałoby zakwalifikować bardziej jako towar – komentuje Michał Karwasiński.

Czy zatem zakaz łamałby sklep rozliczający się z klientami wyłącznie w niedzielacoinach? To już pytanie do ustawodawcy, który jak zwykle nie nadążył za Polakami.

 
Categories

Oszczędzanie: zostań strategiem w swoim domu!

W ubiegłym tygodniu zmuszałem was do zapisywania wszystkich wydatków. Dałem co prawda proste narzędzie, które ułatwia tę czynność, ale mimo wszystko to jest jakiś wysiłek. Pora więc opowiedzieć, po co właściwie musimy zadać sobie tyle trudu i skrupulatnie notować cyfry ze wszystkich paragonów.

To proste, bez analizy wydatków nie zaplanujemy sobie sensownie domowego budżetu. A bez zaplanowanego budżetu trudniej będzie nam sterować przepływami pieniędzy. Bez sterowania przepływami pieniężnymi nie jesteśmy w stanie zapanować nad własną kasą. Bez panowania nad własną kasą, nie wiemy dokąd dryfują nasze finanse. A zatem, do roboty.

Słowo o skali – nie ma sensu analizować ani tworzyć budżetu na podstawie danych z jednego miesiąca. Wyobraźmy sobie, że w lutym mamy urodziny i robimy domówkę. Jak to wpłynie na pozycje ‘jedzenie’, ‘alkohol’ i ‘rozrywka’? Ano pewnie wzrosną o 20-30 proc., w zależności od tego jak bardzo planujemy się pokazać przed znajomymi. Żeby uniknąć takich odstających danych, a przy okazji uśrednić sobie wydatki w kategoriach, zbieramy dane z przynajmniej kwartału a najlepiej półrocza.

Załóżmy, że zebraliśmy dane dotyczące naszych sześciomiesięcznych wydatków i mamy podzielone je na kategorie. Co z tym dalej robimy? Trzeba budżet rozliczyć i sprawdzić, czy mamy deficyt, czy nadwyżkę. I odpowiednio do sytuacji zareagować. Pamiętajmy – nie jesteśmy państwem, w przypadku deficytu nie możemy dodrukować pieniędzy, pozostaje tylko zadłużanie się. Zadłużać się nie chcemy.

W pierwszym kroku patrzymy, jak procentowo w naszych dochodach rozkładają się poszczególne kategorie. Są różne szkoły, ale co do zasady wszyscy zgadzają się, że suma wydatków stałych (rata kredytu, czynsz, opłaty eksploatacyjne) nie powinna przekraczać 50-60 proc. wpływów. Sytuacja, w której dociśnięty wysokim kursem franka płacisz wysoką ratę kredytu, która przekracza połowę twoich dochodów, nie zwalnia cię z prowadzenia budżetu. Powiem więcej, zwłaszcza w takim położeniu należy trzy razy oglądać każdą złotówkę. Pozostałe kategorie rozważcie we własnych sercach i dopasujcie do potrzeb.

W statystycznym domu na jedzenie wydaje się 25 proc. środków, my możemy się żywić na mieście i będzie to 35 proc.  Albo na przykład zrezygnowaliśmy z kupowania biletów do kina i weszliśmy do programu ‘Unlimited’, dzięki czemu urwaliśmy z pozycji ‘kultura’ 5 proc. I dodatkowe 5 proc. w kategorii ‘telekomunikacja’ przy przejściu z abonamentu na pre-paida. Narzucanie sobie sztywnych ram nie ma sensu, optymalizacją wydatków w ramach kategorii zajmiemy się później.

Dzięki asystentowi mBankowemu możemy sobie do naszego pliku budżetowego przenieść tyle kategorii, ile chcemy. Jeżeli wydatki spisujemy ręcznie, trzeba sobie liczbę kategorii zmniejszyć, żeby się nie zniechęcić. Jak się wdrożymy, będziemy bawić się w takie detale, jak napoje gazowane, niegazowane i alkoholowe. Tymczasem zostajemy przy napojach ogółem.

Darmowych narzędzi do robienia budżetu domowego jest mnóstwo. Przy wyborze zwróćcie uwagę na to, czy program/aplikacja zbiera dane lokalnie, na waszym komputerze albo komórce, czy trzyma na swoich serwerach. To drugie rozwiązanie, jakkolwiek byłoby pozabezpieczane, jest dla mnie dyskwalifikujące. Nie widzę powodu, dla którego przy zadaniu tak prostym jak budżet, ktoś musiał trzymać moje dane finansowe u siebie.

Sam korzystam z Excela, dlatego nie polecę żadnego konkretnego rozwiązania. Oparłem się na nim, bo szybko liczy wszystko, czego potrzebuję. Od razu mówię, że niepotrzebna jest do tego żadna filozofia, wystarczy umiejętność wpisywania cyferek w okienka i liczenie sum, różnic oraz procentów.

Spisujemy sobie wszystkie wydatki miesięczne, to akurat łatwe. Uwzględniamy wydatki nieregularne, to akurat trochę skomplikowane, ale do ogarnięcia. Uzyskaną kwotę odejmujemy od naszych miesięcznych wpływów. Bang! Jeżeli mamy nadwyżkę, możemy ją zaoszczędzić albo zainwestować. Jeżeli saldo jest ujemne, musimy szybko pomyśleć, z czego pokryć różnicę.

Jak policzyć wydatki nieregularne? Ano przybliżeniami. Jest to zadanie jednorazowe, więc warto się do niego przyłożyć. Lecą tu wszystkie wydatki okazjonalne i te o regularności rzadszej niż miesiąc. Będą to wakacje, ubezpieczenie i przegląd samochodu, ubrania, koncerty i festiwale, szkolna wyprawka dla dzieci, ubezpieczenie mieszkania, lekarstwa, reperacje roweru czy koszt biletów kwartalnych (chyba, że jeździmy na miesięcznych, wtedy wpada nam to do budżetu regularnie). Te pozycje warto przemyśleć dokładnie. Estymujemy ile wydamy na każdą z tych rzeczy rocznie. Dla przykładu przegląd samochodu to akcja jednorazowa o znanym z grubsza koszcie, wydatki na leki zależą od sytuacji. Po spisaniu wszystko sumujemy a potem dzielimy przez 12. Albo przez 10, bo i łatwiej to zrobić, i lepiej mieć te wydatki uwzględnione w budżecie górką.

I to wszystko, przynajmniej na razie. Za tydzień opowiem co możemy sobie z takim budżetem zrobić.

Przeczytaj też: Oszczędzanie: budżet, głupcze!

 
Categories

Dom za 1 euro w słonecznej Hiszpanii, zamek we Włoszech? Oferty za jeden uśmiech. Szczerbaty

Czy chcielibyście kupić posiadłość w Hiszpanii za 1 euro? A może zabytkowy, kamienny dom na Sardynii? Coś bliżej? Półtorej godziny jazdy samochodem od Rzymu wystarczy? W ostateczności coś w północnej Francji, na dalekich przedmieściach Lille. Dla ludzi działających z rozmachem, jest do wzięcia ponad 200 włoskich zamków. Marzenia na wyciągnięcie ręki, będzie tylko drożeć, kto teraz nie kupi, będzie żałował. Zmień swoje życie za jedno euro – tyle mówi reklama. A jak jest naprawdę? Sprawdzam.

Jeżeli oferta jest zbyt piękna, by mogła być prawdziwa, jest prawdopodobnie oszustwem. W tym przypadku oszustwo to zbyt mocne słowo, bo kwota jednego euro ma przyciągnąć uwagę ludzi. Gdy to się uda, pojawiają się warunki dodatkowe i pewne niedogodności, o czym za chwilę.

Dom za euro? Jest kilka “ale”
Niektóre rejony Europy Zachodniej borykają się z narastającym problemem wyludniania się wsi i mniejszych miast. Młodych nic w takich miejscach nie trzyma, wolą szukać pracy w mieście. Starsi wymierają. Nie ma komu mieszkać w pustostanach, dlatego władze kilku włoskich miast m.in. Ollolai, Patrica, Carrega Ligure czy Gangi, postanowiły zaoferować nabywcom domy za 1 euro. W ślad za nimi poszli Francuzi i Hiszpanie. Jednak we wszystkich ofertach jest haczyk. A właściwie cały kłąb haczyków.

Wspomniane we wstępie dalekie przedmieścia Lille to w rzeczywistości miasto Roubaix, borykające się ostatnimi laty z biedą, wyludnieniem, bezrobociem, narkotykami i przestępczością. Domy za euro są mocno zniszczone, więc w remont trzeba zainwestować około 100 tys. złotych i trzeba go skończyć przed upływem roku. W trakcie prac w domu nie można mieszkać, potem trzeba w nim pozostać przez kilka lat, koniecznie z rodziną. A na koniec okazuje się, że dużo taniej wychodzi kupić sobie w tym miejscu mieszkanie, które nie jest w ofercie jednoeurowej, ale nie wymaga kosztownej renowacji.

Pozostałe propozycje obwarowane są podobnymi klauzulami. W każdym przypadku trzeba ponieść koszty renowacji, restauracji, remontu a czasami wręcz odbudowy domu. Biorąc pod uwagę konieczność walki z nieznaną nam formą biurokracji, od razu musimy powiększyć budżet o miejscowego prawnika. Będzie nam też potrzebny dobry tłumacz, który objaśni nam wszelkie umowy. Sam remont to koszt od osiemdziesięciu tysięcy złotych wzwyż. Wszystko to w miejscach, które niekoniecznie są lokalizacjami naszych marzeń, a ich jedyną zaletą jest to, że leżą poza granicami Polski.

Jasne, jeżeli trafimy na interesującą miejscówkę w zabytkowym mieście albo znajdziemy coś nietypowego, po zainwestowaniu możemy nawet potroić wartość nieruchomości. Tylko nie jestem do końca przekonany że odrestaurowany dom na hiszpańskim zadupiu będzie aż tak atrakcyjny dla potencjalnego nabywcy, że tę trzykrotność zobaczymy na oczy. Zresztą podpisując umowę, z reguły deklarujemy, że przez kilka lat będziemy w danym miejscu mieszkać. Ergo – nasze potencjalnie inwestycyjne domy są przez chwilę niesprzedawalne.

No dobra, to kto w końcu inwestuje w te domy? Bo ktoś jednak się na nie decyduje, w Ollolai wyprzedały się do połowy lutego b.r.  Według mnie są to albo mieszkańcy sąsiednich większych miast, którzy w takich domach mogą sobie zrobić letniskową daczę (i tak pewnie nikt nie będzie sprawdzał, czy faktycznie w tym domu mieszkają), albo milionerzy, którzy inwestują duże pieniądze w przebudowę i otwierają w takich miejscach luksusowe hotele, spa i miejsca wypoczynku. Taka inwestycja to żyła złota dla całego miasta. Dlatego pewnie nikt nie będzie zbyt restrykcyjnie egzekwował regulaminów.

Co więc zostaje dla nas, biednych Polaków? Na przykład program „Przedsiębiorcza Polska Wschodnia – Turystyka”. Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju dało pieniądze, przewidziany budżet wynosi 200 mln złotych. BGK realizujący wspomniany projekt, rozda je mikro, małym i średnim przedsiębiorstwom, działającym w branży turystycznej i okołoturystycznej. Teraz najlepsze – wsparcie udzielane będzie na obszarze makroregionu, w skład którego wchodzą województwa tzw. Ściany wschodniej. Dzięki temu wszyscy mamy szanse na realizację marzenia, któremu każdemu pracownikowi korporacji przynajmniej raz w życiu przemknęło przez głowę.

Może by tak rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady?

Teraz możecie to zrobić za pieniądze państwa.

 
Categories

Znikające branże. Nie takie wieczne te diamenty

Marylin Monroe śpiewała o tym, jak to diamenty są najlepszymi przyjaciółmi dziewczyny. W siódmej części przygód Bonda, diamenty były wieczne. Syn Lennona narysował swoją koleżankę Lucy, na niebie wśród diamentów i dostaliśmy wielki przebój Lucy in the Sky with Diamonds. Rihanna śpiewała, że jesteśmy piękni, jak diamenty na niebie. Wszystko to niestety przeminie, jak łzy w deszczu. Milenialsi bezlitośnie zabijają te najszlachetniejsze z kamieni szlachetnych.

Kiedyś było lepiej. Pierścionek zaręczynowy bez diamentu się nie liczył. Prezenty z okazji rocznicy ślubu też były dobrą okazją do wciśnięcia komuś kamyka. Ostrza wierteł – diament. Luksusowe torebki – wysadzane diamentami. Biżuteria – wszędzie diamenty. Komu to przeszkadzało? Wiadomo – młodym.

Dwudziestoparolatkowie nie upierają się, żeby pierścionki zaręczynowe ani biżuteria ogółem była z diamentami, im wystarczą podobnie wyglądające zamienniki albo inne, tańsze kamienie szlachetne. Wszystko to oczywiście dzieje się pod warunkiem, że milenialsi zdecydują się na zakup biżuterii. Bo młodzież teraz jest taka dziwna, że zamiast inwestować w pierścień, woli wyjechać w podróż, zainwestować w ekologiczny startup albo kupić nowego MacBooka. Status manifestują raczej nową torebką niż dwoma karatami. A jak już zdecydują się w końcu na zaręczyny zamiast konkubinatu, wybierają tańsze kamienie.

Statystyki mówią same za siebie. W roku 2016 sprzedawcy ze światowej stolicy diamentów, Antwerpii ogłosili, że średni poziom zysku dla transakcji waha się od 0,1 do 0,4 proc. Tak jakby nie za dobrze. Na domiar złego młode pokolenie przejmuje się etyczną stroną biznesu. I odkąd obejrzeli „Krwawy diament” z Leonardo di Caprio, zaczęli czepiać się takich detali, jak niewolnicza praca w kopalniach diamentów czy finansowanie konfliktów zbrojnych pieniędzmi z ich sprzedaży. Od tego niedaleko do dzieci-żołnierzy i krwawych rzezi w Afryce. Nagle okazało się, że młodzież nie dość, że interesuje się tym, co dzieje się na Czarnym Lądzie, to jeszcze się tym przejmuje. Branża diamentowa była bardzo zaskoczona tymi faktami.

No i wreszcie kwestia dochodów. Mówi się, że obecne pokolenie Amerykanów jest pierwszym w historii, które ma gorzej niż ich rodzice. Ci, którzy mieli szczęście trafić na studia, na rynek pracy trafiają zadłużeni pożyczkami studenckimi. Według ostatnich raportów Studentaid.ed.gov i National Student Loan Data System dotyczących pożyczek studenckich, 44,2 mln młodych Amerykanów jest zadłużonych łącznie na 1,48 biliona dolarów. Nie pomyliłem się, tłumacząc z angielskiego. To nie miliardy, to biliony dolarów. Ci, którzy studiów nie skończyli, długów nie mają. Tak samo, jak nie mają szans na dobrze płatną pracę. Dla tego pokolenia diamenty nie są przedmiotami żadnej potrzeby i jeżeli już na coś odkładają, to raczej na dom niż na kamyki.

A co u nas? Ostatni raport KPMG „Rynek dóbr luksusowych w Polsce edycja 2017” pokazuje, że krajowy rynek biżuterii jest wart 409 mln zł i regularnie rośnie. Przy czym napędzają go w większości najbogatsi. Milenialsów w Polsce diamenty nie interesują.

W sumie trudno im się dziwić, w końcu diament to taki bardziej sprasowany węgiel.

 
Categories

Sinup: idź i grzesz więcej!

Naginamy reguły, grzeszymy i robimy rzeczy moralnie wątpliwe przez całe życie. Czasami to drobiazg, czasami coś większego. Łamiemy dietę, odpuszczamy dzień ćwiczeń, przesadzamy z imprezą, ściągamy na egzaminie albo łamiemy szóste przykazanie. Życie. Co jednak, gdybyśmy mogli to wszystko odpokutować, przy okazji robiąc coś dobrego? Jest na to startup.

Twórcy aplikacji Sinup nieźle to sobie wszystko obmyślili. Wymaga się od nas altruizmu, odwołuje się do naszych najlepszych cech charakteru, świat oczekuje, że będziemy krystaliczni, dobrzy, uprzejmi, uczesani i pogodni. Na dłuższą metę tak się nie da, sprawdziłem. Prędzej czy później znakomita większość z nas upada. Dzięki aplikacji Sinup możemy podzielić się naszym upadkiem ze światem, znaleźć pociechę wśród podobnych sobie i wpłacić pieniądze na wybraną akcję charytatywną.

W Sinupie nie chodzi o wielkie przewiny, tylko o małe grzeszki. Rzeczy, z którymi czujemy się niekomfortowo. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy na diecie, łamiemy się, zjadamy tabliczkę czekolady i dopóki cukier działa, jest nam dobrze. Gdy uderzają w nas wyrzuty sumienia, Sinup na ratunek.

Sinup wielu wyda się bardzo kontrowersyjny, a sama idea może zostać podważona. Słyszałem już, że zachęcamy do robienia rzeczy niewłaściwych. Jednak działa to nieco inaczej: jeżeli ktoś źle się czuje z powodu złamania diety, to znaczy, że na tej diecie był. Jeżeli ktoś źle się czuje bo nic nie robił cały dzień, to znaczy, że w inne dni ciężko pracuje – mówi jeden z twórców apki, Jacek Strupiński

Obiecaliśmy sobie, że zmniejszymy trochę nasze imprezowe tempo, po czym lądujemy na imprezie w nocy z piątku na niedzielę. Mamy kaca i czujemy się podle, Sinup na ratunek. Odpuściliśmy sobie dzień na siłowni. Zjedliśmy całą pizzę zamiast połowy. Nie chciało nam się wyjść wieczorem z psem. W każdej z tych sytuacji czujemy się niekomfortowo. Sinup pozwala nam redukować dyskomfort przez drobny akt dobroci.

Sinup podkreśla te grzeszki po to, żeby były tylko wyjątkiem, a nie ciągłym postępowaniem. W ten przewrotny sposób staramy się promować zdrowe funkcjonowanie, a chwile słabości zamieniać w ukojenie oraz pożyteczne uczynki – wyjaśnia Strupiński

Aplikacja nie będzie skomplikowana. Użytkownik będzie miał dostęp do trzech paneli – Feed, Donate i Profile. W pierwszym wiadomo, społeczność jest najważniejsza. A drugiej będzie można dopasować swój występek do jednego z 6 grzechów, wybrać fundację, kwotę i wykonać datek. Ostatni panel to historia naszych uczynków, wynik i podstawowe dane osobowe. Będzie też można zaprosić do aplikacji znajomych.

Premiera Sinup na AppStore planowana jest w połowie kwietnia.

Aplikacja nie ma żadnego kontekstu religijnego.

 
Categories

Oszczędzanie: budżet, głupcze!

W poprzednich odcinkach wrzuciłem kilka podpowiedzi prostych, łatwych i w miarę przyjemnych. Powód był jasny, nie chciałem zaczynać mojego kąta porad od rzeczy żmudnej, nudnej, dla większości osób trudnej i w mniemaniu większości niepotrzebnej. Gdybym zaczął od budżetu i zapisywaniu wydatków, nikomu nie chciałoby się doczytać tekstu do końca.

Niestety, jeżeli chcemy poważnie traktować oszczędzanie, musimy o tym pomyśleć. Można oczywiście odkładać bez zaplanowanego budżetu. Sposoby na to pokazałem w pierwszych dwóch częściach. Niestety, mało kto potrafi z żelazną dyscypliną co miesiąc odkładać określoną kwotę, niezależnie od niespodziewanych wydatków i wpadek finansowych. Trzeba mieć w sobie gotowość na czasowe pogorszenie jakości życia w sytuacji, gdy musimy kupić awaryjnie pralkę. Nagła dziura w finansach mogłaby skłonić do odpuszczenia sobie jednej raty oszczędności. I właśnie tutaj z pomocą przychodzi nam dobrze zrobiony budżet.

Planowanie budżetu zaczynamy od skrupulatnego spisywania naszych wydatków. Jeżeli chcemy mieć z tego jakikolwiek pożytek, musimy uwzględnić wszystkie wydatki. Myślę, że sensowna skala czasowa to minimum pół roku. Po tym czasie będziesz wiedzieć na czym stoisz, poznasz udział swoich kosztów stałych, zorientujesz się, ile wydajesz na balety a ile na kulturę, i gdzie będzie można próbować przyciąć.

Do spisywania wydatków wystarczy kartka papieru i ołówek, ale ja postanowiłem skorzystać z uroków bankowości internetowej. Mam konto w mBanku. Do niego przypiąłem kartę płatniczą, z której korzystam w programie oszczędzania mimochodem (to ten, w którym bank odkłada za mnie 10 proc. wartości każdej transakcji).

Pomocny dla nas będzie oferowany przez bank podział transakcji na kategorie. Jest ich 11, plus dodatkowe 57 podkategorii. Dzięki temu każdej transakcji jesteśmy w stanie dość dokładnie przypisać miejsce wśród naszych wydatków. Bank przydziela kategorie automatycznie, jednak na początku warto je korygować, aż się nauczy, że zakupy pod blokiem to nie jedzenie na mieście tylko żywność. Pod koniec miesiąca dostaniemy elegancki wykres, dzięki któremu jednym rzutem oka ogarniemy, jak wygląda struktura naszej rozrzutności.

Żeby nasz system zadziałał, konto oferujące takie ułatwienia powinno być kontem-matką, z którego wychodzą nasze wszystkie płatności. To do niego musimy mieć podpięte płatne usługi, z niego wypłacamy z bankomatu i regulujemy ratę kredytu. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby to z niego wychodził cały ruch do sieci naszych innych kont, z których płacimy np. czynsz albo abonament (pisałem o tym w ubiegłym tygodniu). Wystarczy wtedy stałe zlecenia przypisać do odpowiedniej kategorii i wszystko robi się z automatu.

Na początku wszystkie transakcje trzeba dokładnie analizować i ewentualnie zmieniać im kategorie. System dość sprawnie się uczy, dzięki czemu po miesiącu mamy ogarniętą większość ruchu na koncie. Aktualizacje potrzebne bywają wyłącznie podczas zakupów okazjonalnych. Te zresztą system rozpoznaje bardzo dobrze, ostatnio bez pudła przypisał mi do odpowiednich sklepów elektronikę, ubrania i buty, oraz jedzenie poza domem. Ten patent załatwia nam 95 proc. roboty związanej z analizą.

Ostatniego dnia miesiąca siadam do komputera, uruchamiam excela i przerzucam sobie do niego wszystkie wydatki z konta w podziale na kategorie. Najpiękniejsze w tym systemie jest to, że bank już powrzucał wszystkie płatności do odpowiednich przegródek, ja tylko muszę wpisać kwotę łączną. Zrobienie analizy moich miesięcznych wydatków zajmuje mi dzięki temu niecałą godzinę raz w miesiącu.

W sytuacji, gdy płacę za coś gotówką, biorę paragon i spisuję z niego rzeczy do excela na bieżąco. Im mniej transakcji hajsem, tym mam łatwiejszą robotę przy spisywaniu wydatków.

Dokładna analiza wydatków to punkt wyjścia do stworzenia dobrego, działającego budżetu. O tym w kolejnej części, tymczasem idę uczyć system, że Tiger to nie odzież i obuwie.