Categories

Sezon burz – aplikacje pogodowe

Za oknami gorąco i parno. Klimat się zmienia, pogoda wariuje, słychać już grzmot burzowych chmur. Według doniesień nad Polskę przesuwa się apokalipsa i potop z Niemiec.

Być może niektórzy z was odebrali w piątek około 13:30 dziwnego SMS-a o treści „Uwaga! Dziś gwałtowne burze, silny wiatr i ulewny deszcz. Miejscami grad. Unikaj otwartych przestrzeni, zabezpiecz dobytek. Śledź komunikaty pogodowe.”

Pomimo rozbrajającego kawałka o zabezpieczaniu dobytku, całość brzmiała dość złowieszczo. Sam dostałem ten tekst na dwie komórki w dwóch różnych sieciach. Po chwili guglania okazało się, że jest to pierwsze poważne wykorzystanie Alertu RCB, czyli systemu ostrzegawczego Rządowego Centrum Bezpieczeństwa.

Jak donoszą moje źródła, projekt ISOK, czyli Informatyczny System Osłony Kraju przed nadzwyczajnymi zagrożeniami, którego budowę rozpoczęto w 2010 roku, mógł być gotowy już cztery lata temu. No ale administracja centralna ma swoje potrzeby i z pieniędzy projektowych sfinansowała sprawy niecierpiące zwłoki, jak na przykład remonty. Prace przyspieszono rok temu, gdy podczas burzy na namiot harcerzy obozujących w lesie runęły drzewa, w wyniku czego zginęły dwie osoby a 20 zostało rannych. Pod koniec czerwca b.r. niektórzy odebrali SMS-a „Test Polska”, który chyba sprawdzał czy system działa, wczorajsza wiadomość była pilotażowa. Oficjalnie Alert RCB ma ruszyć 12 grudnia 2018 roku.

Na alert nie trzeba zapisywać, system działa tak, że osoby znajdujące się na obszarze potencjalnego wystąpienia niebezpiecznej sytuacji, mogącej zagrażać ich życiu, otrzymają wiadomość z opisem, lokalizacją i rodzajem zagrożenia i źródłem ostrzeżenia. To czy otrzymamy SMS-a nie zależy od tego, u jakiego operatora mamy numer, ustawa o prawie telekomunikacyjnym nakłada na wszystkich operatorów obowiązek niezwłocznego rozesłania tego typu komunikatów na określonym przez RBC obszarze.

Jako ciekawostkę podam, że ten określony przez RBC obszar nie zawsze działa, bo SMS-y z ostrzeżeniem dostali moi znajomi przebywający w Tel-Avivie, Tallinie i na Łotwie.

Nie musimy się martwić o bezpieczeństwo swoich danych i o RODO. Jeżeli jesteśmy w zasięgu stacji bazowej znajdującej się na obszarze potencjalnego zagrożenia, odbierzemy wiadomość czy tego chcemy, czy nie. SMS jest bezpłatny, nie grożą nam żadne dopłaty za premium. Jeżeli jesteście zainteresowani tematem, odsyłam do FAQ systemu

Ostrzeżenie ma być wysyłane tylko w sytuacjach nadzwyczajnych. Co więc zrobić w sytuacji, gdy chcielibyśmy wiedzieć więcej o mniejszych burzach, bo akurat wywiesiliśmy pranie w ogrodzie? Oczywiście są do tego odpowiednie aplikacje. Przedstawię kilka, ale nie podejmę się zrobienia rankingu. Gdy zapytałem się użytkowników pewnego forum, która z nich jest najlepsza, niechcący rozpętałem gigantycznego flejma, który w chwili gdy piszę ten tekst, rozkręca się niczym klaster burzowy.

Blitzortung.org to w opinii wielu osób zainteresowanych tematem najlepszy serwis o burzach. Gromadzi dane z amatorskich radarów burz od użytkowników z całego świata. Strona wygląda bardzo ascetycznie, ale ponoć nie ma lepszej. Oficjalną aplikacją serwisu jest BlitzortungLive, której prostota jest zachwycająca i polecam ją z całego serca użytkownikom Apple’a.

Ponieważ nie ma jej na Androida, na telefony z tym systemem proponuję Blitzortung Lightning Monitor. Prościutki programik, zajmujący niecałe 2Mb miejsca, dzięki któremu mogę zobaczyć jaka burza zbliża się do miejsca mojego pobytu i z jakim natężeniem biją w tej burzy pioruny.

Storm Radar: Mapa pogody to aplikacja od The Weather Channel. Oferuje nam radar pogodowy o wysokiej rozdzielczości, prognozy pogody do 6 godzin, szlaki burzowe, czas rozpoczęcia burzy, jej siłę i dokładne informacje o jej parametrach (wiatr, grad, tornada, pioruny). No i oczywiście ostrzeżenia przed trudnymi warunkami atmosferycznymi.

Bardzo lubię agregaty danych, dlatego zaproponuję wam również Monitor Burz. Gromadzi on raporty pogodowe z Obserwatorzy.info, Blitzortung, Estofex i Sat24. Sami wybieramy źródło, dzięki intuicyjnej nawigacji szybko możemy porównać dane z różnych usług i uzyskać dokładną informację pogodową. Tak naprawdę to mamy cztery uproszczone aplikacje w jednej. Monitor Burz wygląda nieco archaicznie, ale robi robotę.

A na koniec serwis pogodowy, który jest po prostu bardzo ładny. Wejdźcie na stronę ventusky.com i w panelu po lewej kliknijcie zakładkę „Opady”. Podziękujecie mi później.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Antonim oksymoronu – konkurencja monopolistyczna

Dzisiaj opowiem o ostatniej formie organizacji rynku. Dzisiaj mniej o modelach a więcej o rzeczywistości. Dzisiaj o czymś, co możecie zobaczyć w salonie samochodowym i sklepie wielkopowierzchniowym z artykułami rtv-agd. Dzisiaj opowiem o prawdziwej konkurencji. Konkurencji monopolistycznej.

Konkurencja monopolistyczna nazewniczo może się nam wydać konfundująca. No bo jak to ma działać, że z jednej strony monopol a z drugiej konkurencja? Nazwa oddaje idealnie miejsce, w jakim znajduje się ta forma rynku. Jest w niej kilka elementów z konkurencji doskonałej, trochę z monopolu, a wszystko tworzy nową jakość.

Konkurencja monopolistyczna to przede wszystkim wielu producentów i duża swoboda wejścia i wyjścia na rynek. To zbliża tę strukturę do konkurencji doskonałej. O ile jednak tam towary były identyczne, tak w tym przypadku przedsiębiorstwa wytwarzają produkty mniej lub bardziej zróżnicowane. Oznacza to, że o ile firmy oferują towar mniej więcej tego samego typu, to jednak każdy posiada pewne unikalne cechy, które go wyróżniają i odróżniają od konkurencji. Ot, spójrzmy choćby na rynek samochodów.

Konkurencja ma więc charakter pozacenowy a producenci kładą większy nacisk na reklamę, promocję, zróżnicowane opakowanie, lepszą jakość czy inny kolor. Dzięki tej strategii jeden producent farby lateksowej do kuchni może maszerować pod hasłem „biel bielsza od innych bieli” i oferować towar trochę drożej od konkurencji, która idzie pod sztandarem „biel biała jak śnieg”. Można też podkreślić lepszą wydajność krycia metra kwadratowego albo łatwość mycia ścian zabrudzonych przez pryskający olej.

Wszystko to powoduje, że firmy tworzą produkty zaspokajające bardzo podobne potrzeby, ale przez takie różnicowanie, mogą ustalać odrębne ceny na swój towar. Nie jest to już cena jednakowa dla wszystkich, tylko zbiór cen różnych producentów. Pamiętajmy jednak, że nie da się sprzedawać farby w cenie 100 zł, gdy pozostali producenci oferują taką samą ilość za nie więcej niż 50 zł. Handel nie może odbywać się w oderwaniu od innych cen rynkowych, bo to nie zadziała. Producent kontroluje podaż produktu, ale jego wpływ na cenę jest bardzo ograniczony.

I jeszcze słowo o barierach wejścia na rynek. Wspomniałem, że w przypadku konkurencji monopolistycznej ich nie ma i każdy może wejść na rynek. Jest to tylko częściowo prawda. Bo oczywiście w każdej chwili możemy zacząć mieszać farbę i ją sprzedawać. Jednak bez znacznych nakładów na reklamę, która pozwoli nam się przebić do szerszej świadomości, nie mamy tu raczej czego szukać. Pewnie będziemy w stanie działać lokalnie i zabezpieczać farbiarskie potrzeby najbliższych sąsiadów, ale przy tak wąskim rynku, każde jego wahnięcie wykopie nas z niego błyskawicznie.

Na koniec szybko podsumujmy najważniejsze cechy charakterystyczne konkurencji monopolistycznej:

duża liczba firm na rynku
– zróżnicowanie produktu
niewielki wpływ producentów na cenę
niewielkie bariery wejścia na rynek
– na rynku istnieje doskonała informacja

W tym odcinku to wszystko, zamykamy temat form organizacji rynku. Za tydzień omówimy kolejne fascynujące zagadnienie ekonomii.

 
Categories

Komu bilecik? Empik is Going places.

Jeszcze 10 lat temu do Empiku chodziło się po książki, muzykę, filmy, gry i bilety na imprezy. Dzisiaj oferta sieci przypomina asortymentem marakeski suk, książki kulą się lękliwie w kątach, CD-ki z muzyką zniesiono do piwnicy, bo wszyscy słuchają Spotify, filmów nie potrzebujemy, mając Netflixa a gry pudełkowe kupuje się tylko na prezenty, bo Steam zmienił reguły gry. Tylko bilety trzymają się mocno, bo koncerty lubią wszyscy.

Trzeba przyznać, że w tym ostatnim segmencie radzi sobie nad wyraz dobrze. Biletami w Empiku handluje się niczym w XX wieku – przychodzisz, stajesz w kolejce, kupujesz bilet, odchodzisz z kartonikiem. Żadnych wydumanych aplikacji, na stronie brak sekcji biletowej, normalna sprzedaż zza lady. W ten oto starożytny sposób Empik sprzedaje co roku około pół miliona biletów na różne wydarzenia. Jednocześnie według słów prezes Ewy Szmidt-Belcarz, jest najczęściej kojarzonym miejscem zakupu wejściówek. To mocna pozycja.

Prace nad własną platformą sprzedażową trwają i niebawem ma ruszyć multikanałowa bileteria Empik Bilety. Tymczasem firma postanowiła zainwestować pieniądze i wykupiła większościowe udziały w start-upie Going. Muszę przyznać, że ich aplikacja do kupowania biletów zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie.

Going nie jest kolejnym serwisem, w którym mogę sobie tylko wyklikać bilety na listopadowy koncert The Breeders, ale cały kombajn imprezowy. Apka wnętrze ma bogate, polecam poklikać, natomiast za jej najciekawszą opcję uważam możliwość przekazania biletu znajomemu, na przykład w formie prezentu. Oczywiście możemy to zrobić również w tradycyjny sposób, wręczając kartonik, ale jak koncert jest w Gdańsku, my mieszkamy w Warszawie a obdarowywana osoba będzie na imprezę jechać z Białegostoku, ta opcja w Going zdecydowanie upraszcza sprawę.

Aplikację ściągnęło do tej pory 300 tys. osób, z usług portalu goingapp.pl korzysta co miesiąc milion użytkowników. Dominują ludzie młodzi, czyli wymarzony target wszystkich marketerów. Dzięki połączeniu z Empikiem, na rynku powstanie największa pod względem zasięgu platforma sprzedaży biletów, obsługująca wszystkie grupy docelowe. Począwszy od rzucających się na każdą nowinkę młodych ludzi, dla których kupowanie biletu w sklepie jest czynnością nienaturalną, a skończywszy na tradycjonalistach, dla których bilet w komórce to nie bilet i liczy się tylko kartonik, który po koncercie można przypiąć do lodówki albo korkowej tablicy.

Zakup Going realizuje nowa spółka w grupie, Empik Ventures. Inwestycja w ten start up to dopiero początek drogi, gdyż spółka planuje w najbliższych latach wydać 50 mln złotych na rozwój nowych biznesów. Cele wiadome – zwiększenie skali działania i wzrost przychodów. W nieco skostniałych strukturach Empiku szykuje się niezłe zamieszanie. Najwyższy czas.

 
Categories

Historia kołem się toczy. Problemy rocznicowego marketingu

Kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego i kolejne próby zarobienia z tej okazji jakiegoś hajsu albo rozkręcenia kampanii społecznej. Okazja jakich mało, bo nie dość, że wszyscy świętują i jest głośno w mediach, to na dodatek datę rozpoczęcia PW zna chyba każdy, nawet jeżeli mieszkańców stolicy na co dzień nie szanuje.

Jest też kilka innych czynników, które powodują, że na Powstaniu najłatwiej wypłynąć, ale też chyba najłatwiej się przejechać. Opinie na temat tego zrywu są klarowne, mocne i podzielone, jedni mówią „niepotrzebna rzeź”, inni „piękny pokaz polskiego romantyzmu”. Niezależnie od tego, czy jesteśmy za, czy przeciw, powstańców szanują wszyscy od Bałtyku po Tatry. I w tym momencie łatwo wejść na minę. Czy polskie firmy potrafią w ogóle w marketing historyczny? Przyjrzyjmy się.

Zacznę od średnio udanego pomysłu, pokazującego że w przypadku wydarzeń historycznych szczególnie ważnych dla Polaków, trzeba być bardzo delikatnym.

Latający fak Maspexu

Najbardziej spektakularną wpadkę zanotowała firma Maspex, która dwukrotnie postanowiła zdenerwować odbiorców reklamami. 10 kwietnia 2017 roku mogliśmy zobaczyć wesoły plakat, na którym pan z puszką napoju energetycznego przyczepioną do pleców, leci ku świetlanej przyszłości. Całość okraszona jest jeszcze weselszymi hasłami „10 kwietnia Dzień Lotnictwa” oraz „Lecimy nie śpimy”. Rocznicę Powstania Warszawskiego Maspex uczcił równie zabawnie, na zdjęciu widzimy wyprostowany palec środkowy przewiązany wstążką prezentową. Całość okraszono hasłami „1 sierpnia Dzień Pamięci” oraz „Chrzanić to, co było. Ważne to, co będzie”.

Efekt był niezupełnie zgodny z oczekiwaniami firmy i oczywisty dla każdego, kto ma w sobie deko przyzwoitości i wrażliwości. W social mediach zawrzało, kilka firm zrezygnowało ze współpracy, sprawę zgłoszono do Komisji Etyki Reklamy. Firma odniosła się do sprawy błyskawicznie, przeprosiła i wpłaciła pół miliona złotych na pomoc żyjącym powstańcom w ramach zbiórki „Pomoc dla Powstańców”.

Cała afera przyniosła jeszcze jeden dobry skutek. Maspex postanowił zrobić coś więcej, niż tylko wpłacić pieniądze na konto i zapomnieć o sprawie. W lutym 2018 roku firma we współpracy z Muzeum Powstania Warszawskiego zorganizowała projekt edukacyjny Parasol Historii. Wspomnienie ’44.

Akcja polegała na publikacji 35 reportaży w 17 najważniejszych polskich mediach. Wszystkie teksty zostały zaopiniowane i zaakceptowane przez MPW. Ponadto Maspex wsparł działalność specjalistycznej Przychodni Fundacji na rzecz Żołnierzy AK, projekt Tablice Pamięci oraz wziął udział w akcji pod hasłem „Paczka dla Bohatera”. W tym przypadku można chyba uznać, że cały proces przyniósł dużo więcej pożytku niż szkody.

Inka, rotmistrz Pilecki i Jacek Gmoch

Projekt #RespectUs miał według mnie potencjał. Pomysłodawcą tej kampanii społecznej byli „młodzi Polacy, którzy nie chcą żyć w kłamstwie”. Głównym celem było wyrażenie sprzeciwu wobec zakłamywania historii oraz ukazywania Polski i Polaków jako kata w czasie II Wojny Światowej (cytat ze strony respectus.pl).

Na stronie akcji można znaleźć trzy filmy, pierwszy pod tytułem #RespectLife jest wyrazem wsparcia dla Alfiego Evansa. Drugi, Respect the truth jest dziwnym materiałem, w którym nadekspresywny i lekko demoniczny lektor opowiada światu po angielsku, jak cierpieliśmy w czasie wojny. Wspomina o rotmistrzu Pileckim, małżeństwie Ulmów i „Ince”. Przekaz każdy musi ocenić sam, anturaż natomiast mnie poraził. Zwłaszcza pokrwawiona aktorka odtwarzająca „Inkę”, która pojawia się w różnych momentach filmu.

Trzeci materiał, #RespectUs to już w ogóle ciężki horror gore. Zakrwawiony narrator przeprasza w imieniu Polaków wszystkich, którzy zrobili nam krzywdę. Zamiast wstrząsu i refleksji dostajemy wyjątkowo ciężki kawałek narracji, która pokazuje nasze krzywdy w ironicznym ujęciu, co mogłoby być ciekawym zabiegiem formalnym, gdyby nie forma, która ten przekaz demoluje dokumentnie.

No i wreszcie rodzynek, który polski Internet obejrzał z niedowierzaniem. Mistrzostwa Świata w piłce nożnej w 2018 roku nie były wydarzeniem historycznym, może poza faktem, że w najlepszej czwórce wystąpiły wyłącznie drużyny europejskie. Impreza stała się pretekstem do zareklamowania nawet najbardziej niezwiązanych z piłką produktów. Z okazji skorzystali również autorzy akcji #RespectUs i nakręcili film, który miał zagrzewać polską drużynę do walki. Efekt okazał się być absolutnie wstrząsający.

Moim zdaniem #RespectUs cierpi na brak spójnej koncepcji i nadmiar zamiłowania do sztucznej krwi. Tak się nie robi akcji społecznych.

Powstanie Mike’a Tysona

Firma Foodcare postanowiła przybliżyć Powstanie Warszawskie ludziom spoza Polski. Wykorzystali do tego byłego pięściarza Mike’a Tysona, który usiadł przed kamerą w koszulce reklamującej pewien napój energetyczny, włożył opaskę powstańczą na ramię i przeczytał do kamery tekst o bohaterskich uczestnikach PW.

Akcja jest siermiężna jak tylko można to sobie wyobrazić. Tyson czyta z promptera, który ustawiono mu obok kamery (taki dziwny zabieg techniczny). Samo czytanie nie idzie mu najlepiej, połyka głoski, zniekształca wyrazy. Jest przedstawicielem dyscypliny sportu propagującej kult siły. Miał wyrok za gwałt. No i ogólnie nie jest chyba najlepszą postacią do mówienia światu o Powstaniu Warszawskim.

Ja jednak byłbym daleki od potępiania w czambuł firmy Foodcare za wykorzystanie ex-boksera. Tyson jest ciągle popularny w Stanach. Mam wrażenie, że choćby z tego powodu jest całkiem niezłym, nawet jeżeli nie do końca dopasowanym, ambasadorem sprawy. Czyta niewyraźnie? No cóż, wychował się w miejscu, gdzie czytanie nie było umiejętnością niezbędną do przeżycia. W zasadzie jedyną uwagę mam do opaski powstańczej na ręku boksera. To jest delikatny temat i głównie z powodu tej opaski, problem z akcją mają powstańcy.

Mało nagłośnionym epizodem tej sprawy jest fakt, że właściciel firmy Foodcare, Wiesław Włodarski zasponsorował artykuł o Powstaniu Warszawskim w „New York Times”. Więc oczywiście możemy się zżymać, że w filmie i pod artykułem promowany jest napój energetyczny, i że cała akcja jest żałosnym przykładem product placementu, ale warto pamiętać również o tym, że przekaz trafił za granicę. No i nie przypominam sobie, żeby któryś z polskich rządów zadał sobie trud wykupienia czegokolwiek w amerykańskiej prasie.

Sosna, Kostek i raczkujący Facebook

Na koniec przykład kampanii nieomal idealnej. Akcja Kumpel z Przeszłości. 1944 Live jest przy okazji chyba najbardziej nagradzanym projektem polskiej reklamy. Celem kampanii zrealizowanej w 2009 roku było przekonanie młodych Polaków do tego, że tematyka historyczna może być interesująca. Projekt zrealizowany na raczkującym wtedy w Polsce Facebooku dotyczył Powstania Warszawskiego.

Autorzy stworzyli dwa fikcyjne profile Sosny i Kostka, pary młodych warszawiaków, którzy przez 63 dni, przez całą dobę, relacjonowali swoją historię z powstańczej Warszawy zupełnie, jakby działa się tu i teraz. Wachlarz wykorzystanych środków był imponujący. Powstał pamiętnik powstańczy, w którym można było obejrzeć zdjęcia, poklikać w ciekawe linki i posłuchać piosenek z tamtych dni. Stworzono quizy, które w 2009 roku były bardzo popularne na Facebooku. Twórcy nakręcili kilka krótkich scenek historycznych z udziałem Sosny i Kostka, w których rekonstruowano walki uliczne podczas Powstania.

Ciekawym pomysłem była akcja uliczna „Zrzuty”, podczas której ludzie obserwujący profile bohaterów mieli znaleźć miejsca zrzutów alianckich (w formie graffiti), sfotografować je i wrzucić na profil Kostka.

Sosna i Kostek w czasie trwania kampanii zdobyli ponad 4000 przyjaciół i najważniejszym efektem była silne zaangażowanie tych ludzi. Na profilach toczyły się żywe dyskusje, młodzież przeżywała historię dwójki bohaterów i finalnie śmierć jednego z nich. Zasięgi wykroczyły daleko za Facebooka, o akcji mówiono w telewizyjnych i radiowych programach informacyjnych oraz pisano w prasie. Rzecz jasna kampania wzbudziła zainteresowanie branżowe i wspomniały o niej polskie i zagraniczne serwisy marketingowe.

Co najciekawsze, kampanię zrealizowano praktycznie beznakładowo, wszyscy biorący udział w projekcie pracowali za darmo. No i wykorzystano medium, które nie było wtedy w Polsce popularne, w 2009 roku większość ludzi ciągle jeszcze klikało w Naszą Klasę. Agencja San Markos, która stworzyła projekt zaryzykowała i się opłaciło. Jak wspomniałem na początku, akcja Kumpel z Przeszłości jest uznawana za modelowy przykład wykorzystania marketingu historycznego i nowego medium. Naliczyłem 20 nagród dla twórców, ale moja lista może nie być pełna.

Lista kampanii wykorzystujących historię jest oczywiście dalece niepełna, starałem się opisać najgłośniejsze z nich. I widać, że poruszanie się w tej przestrzeni wymaga finezji, kreatywności, i co najważniejsze, wielkiej wrażliwości. Przed marketerami jeszcze dużo nauki, dobre wzorce na szczęście już mają.

PS Na zdjęciu otwierającym materiał mamy przykład reklamy, o której nie napisałem, bo nie pozwoliło mi na to zażenowanie.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Cywilizowany monopol

W poprzednim odcinku opowiedziałem o tym, gdzie się skarżyć na monopol i dlaczego konkurencję doskonałą możemy oglądać wyłącznie w bajkach Disneya. Na dzisiaj obiecałem kolejną formę organizacji rynku, tym razem bliższą temu, co widzimy za oknem. No to wyjrzyjmy.

Taką formą możliwą do zaobserwowania na co dzień jest oligopol. Jest on formą pośrednią między monopolem a konkurencją monopolistyczną, o której opowiem w następnej części. Najważniejsze cechy charakterystyczne oligopolu to:

– liczba producentów działających na rynku nie przekracza kilkunastu

producenci mogą kształtować podaż całej gałęzi, w której operują, co oznacza, że mają znaczny wpływ na cenę rynkową

– pomiędzy uczestnikami rynku zazwyczaj nie występuje konkurencja cenowa

– rywalizacja na rynku odbywa się przez obniżanie kosztów produkcji, reklamę i promocję, dodatkowe usługi, poprawę jakości, różnicowanie wyglądu produktu czy doskonalenie wyrobów

W przypadku oligopolu przedsiębiorcy mogą podjąć szereg działań dotyczących kształtowania ceny. Mogą na przykład prowadzić walkę o zajęcie dominującej pozycji na rynku na własną rękę.  Firmy mogą również zdecydować się na zawarcie porozumienia w formie jawnej i legalnej, jak fuzja, trust lub koncern, oraz tajnej i nielegalnej, jak kartel czy zmowa cenowa.  Szybko je sobie omówimy.

Syndykat prowadzi scentralizowaną politykę cen i zbytu, wyznacza uczestnikom limity produkcyjne.
Trust
to porozumienie, w którym uczestnicy tracą niezależność gospodarczą i prawną, wnoszą do trustu kapitał i w zależności od wkładu, otrzymują udział w zyskach.
Koncern
to forma organizacji skupiająca przedsiębiorstwa o odrębnej osobowości prawnej należące do jednego właściciela.
Fuzja
z kolei stanowi dobrowolne połączenie majątku kilku firm w jeden organizm. Przedsiębiorcy zakładają, że w wyniku połączenia ich sytuacja się polepszy.
Konglomerat
polega na połączeniu kilku firm o odrębnych profilach działalności, z różnych branż i świadczących różnego rodzaju usługi, mające na celu osiągnięcie wyższej rentowności, zdywersyfikowanie źródeł dochodu właścicieli i ograniczenie ryzyka strat finansowych związanych ze zmianami koniunktury w poszczególnych branżach.

Nielegalną w wielu państwach formą działalności jest kartel. Jest to umowa przedsiębiorstw posiadających decydujący wpływ w tej samej lub podobnej gałęzi gospodarki. Cel istnienia kartelu jest jeden – całkowita kontrola nad rynkiem oraz regulacją cen, podaży i popytu.

Żeby nie wikłać się w nielegalne biznesy, nie tracić własnej tożsamości czy wdawać się w wycieńczającą walkę konkurencyjną, uczestniczy oligopolu mogą zdecydować się na przywództwo cenowe, polegające na tym, że najsilniejszy przedsiębiorca określa cenę. 

Jest kilka modeli przywództwa cenowego.
Pierwszy to model dominującej firmy, który odnosi się do tych przemysłów, w których jest jedna duża firma i kilka małych. Małe przejmują cenę określoną przez przywódcę i po niej prowadzą sprzedaż.
Przywództwo efektywnej firmy występuje w sytuacji, w której rolę przywódcy pełni firma mająca najniższe koszty. Wielkość firmy nie ma tutaj żadnego znaczenia.
Przywództwo barometryczne to sytuacja, gdy przywództwo przejmuje firma mająca najlepsze wyczucie sytuacji rynkowej i życzeń pozostałych firm z branży.

W następnej części omówię ostatnią formę organizacji rynku, jaką jest konkurencja monopolistyczna.

 
Categories

Mydło, nożyce, papier – milenialsi nie chcą już niczego

To niewiarygodne jaką bezwzględność, zezwierzęcenie i brak poszanowania zdobyczy wolnego rynku prezentują milenialsi. O tym, że dokonują zamachu na fundamenty naszego dobrobytu, już pisałem. Zagrożona jest prawda, piękno, sprawiedliwość i sen o sukcesie. Ale co im mydło zawiniło? Wolą brudni chodzić? Nie do wiary.

Schemat jest ciągle taki sam. Przychodzą młodzi, bezczelni, bez tabu i obciążeń, po czym zaczynają demolkę. A my nie rozumiemy co się dzieje, bo przecież za komuny było ciężko, młodzi nie doceniają tego, co teraz mają i kto normalny nie chciałby używać płynu do płukania tkanin? Jak byliśmy młodzi w sklepach był tylko proszek IXI a ubrania się płukało w zimnym potoku. Teraz luksusy młodzi mają i ich nie chcą. Dlaczego?

Nawet porządnie zjeść nie potrafią. Już nawet pomijamy fakt, że w domu żywią się wyłącznie kanapkami i o porządnym obiedzie nie słyszeli, bo wolą jeść burgery na mieście. Ale jak już jedzą i kogoś zaproszą, to zamiast użyć eleganckich serwetek, wolą korzystać z papierowych ręczników. To po prostu niesmaczne jest.

I tak sobie narzekamy na kolejne przewiny milenialsów, nie dopuszczając do głowy takiej myśli, że może oni mają trochę racji. I ten ich pragmatyzm mógłby nas czegoś nauczyć.

Weźmy te nieszczęsne kostki mydła, których sprzedaż w 2015 roku osunęła się w Stanach o 2 proc. I już alarm, że milenialsi zabijają tradycyjne mydło i chodzą brudni. No dobra, to że chodzą brudni sobie wymyśliłem. Dość powiedzieć, że młodzież dostała kolejną odznakę ‘wzorowego mordercy’, bo to na pewno przez nich był spadek o te 2 proc.

Nikt nie zająknął się, że jednocześnie cały rynek mydła oraz produktów do kąpieli wzrósł o 2,7 proc. I że w dalszym ciągu 2/3 Amerykanów używa mydła w kostce. I że powody odwracania się od takiego mydła są w jakiś sposób racjonalne, bo aż 60 proc. konsumentów w wieku 18-24 lat uważa, że mydło po użyciu pokryte jest bakteriami. I się go po prostu brzydzą. Nie chcą używać go do mycia również z powodu niewygody, gdyż uważają, że mydło w płynie jest wygodniejsze.

Ogólnie cały ten segment rośnie, ale wszyscy uczepili się, jak pijany płotu jednej informacji – młodzi brzydzą się mydła i to przez nich spadek sprzedaży. Podczas gdy tak naprawdę milenialsi kupują mydło w płynie i wydają na nie więcej pieniędzy niż na te cholerne, niewygodne kostki.

Weźmy płyn do płukania tkanin. Jego sprzedaż spada od ponad dekady, ale dopiero ostatnio znaleziono winnych. Są nimi oczywiście milenialsi. Jest tylko jeden problem – większość z nich nie wie, co to w ogóle jest za wynalazek. A ci, którzy wiedzą, rezygnują bo nie czują różnicy. Miało zmiękczyć a nie zmiękcza, no to po co płacić za to hajs? Dodajmy jeszcze, że coraz więcej ubrań sportowych, bardzo popularnych wśród młodzieży, ma na metkach napisane wprost: nie używać środka do zmiękczania. No i wreszcie warto wspomnieć, że milenialsi zwracają większą uwagę na zawartość środków chemicznych używanych w kosmetykach i środkach czystości, więc nie będą dokładać sobie kolejnej chemii nieorganicznej na ciało.

Na koniec obejrzyjmy te nieszczęsne serwetki papierowe. Do końca lat pięćdziesiątych, Amerykanie używali serwetek z materiału. Papierowe zaczęły wygrywać wygodą i ceną, nie trzeba ich prać, suszyć i prasować, a po użyciu lądują w koszu. Dominowały przez 50 lat a potem zaczęło się dziać coś dziwnego. Przyszli milenialsi i stwierdzili, że usta po posiłku można równie dobrze otrzeć papierowym ręcznikiem. Zresztą młodzi i tak częściej jedzą posiłki na mieście, wiec w ogóle nie mają potrzeby dopisywać do listy zakupowej papierowych serwetek. A jak mają bardziej oficjalną okazję, decydują się na serwetki z materiału. Po posiłku można je uprać, wysuszyć, włożyć do szafy i zawsze są pod ręką, gdy znienacka odwiedzą ich rodzice. Pragmatyzm i wygoda przede wszystkim.

I tak to właśnie wszystko wygląda. Milenialsi niby mordują bez litości kolejne gałęzie przemysłu, ale zawsze mają na to w miarę sensowne wytłumaczenie. Często dużo bardziej sensowne, niż byśmy tego oczekiwali. Może dajmy im w końcu spokój?

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Przyjdzie monopol i nas zje

Ale oni wykorzystują pozycję monopolisty i robią co chcą! To skandal, przecież tak nie może być i się nie godzi! Ile razy słyszeliście lub czytaliście taki tekst? Ludzie narzekają na praktyki monopolistyczne, ale co to właściwie jest ten monopol i czy rzeczywiście można się na niego gdzieś poskarżyć?

Poskarżyć można się wolnemu rynkowi i to chyba jedyna instancja. Czasami, zwłaszcza w gospodarkach silnie regulowanych, wkracza państwo i próbuje z monopolem walczyć, ale dopóki ten płaci podatki, nie ma co liczyć na zmianę przepisów. I płacimy jak za zboże. Czas najwyższy, żebyśmy sobie opowiedzieli o formach funkcjonowania rynku. Dzięki temu zrozumiemy dlaczego produkty Apple’a tyle kosztują.

W gospodarce wolnorynkowej wyróżniamy kilka struktur, pierwszą z nich jest konkurencja doskonała. Ma kilka cech wyróżniających.

Duża ilość kupujących i sprzedających. Jednak, żeby mówić o konkurencji doskonałej, na rynku nie może funkcjonować żaden podmiot dominujący. Gdyby taki był, mógłby oddziaływać na cenę. A założeniem konkurencji doskonałej jest to, że siła oddziaływania na rynek pojedynczego uczestnika jest na tyle niewielka, że nie może on samodzielnie wpłynąć na poziom ceny.

Zakłada się identyczność produktu. Wszystko jest takie samo, dlatego nabywcom wszystko jedno od kogo kupią produkt.

Nie ma barier wejścia i wyjścia. Każdy może więc na rynek wejść kiedy chce, i kiedy zechce może go opuścić. Brak barier instytucjonalnych, technicznych, patentowych etc., które uniemożliwiałyby rozpoczęcie działalności.

Wszyscy uczestnicy rynku dysponują doskonałą i pełną informacją dotyczącą produktu, jak i jego ceny obecnej i w przyszłości.

Uznaje się, że konkurencja doskonała jest taką formą funkcjonowania rynku, w której wszystkie siły rynkowe działają w pełni efektywnie. I jak się być może domyślacie, jest to model stosowany zazwyczaj do celów analitycznych.

Czyste rynki doskonale konkurencyjne w rzeczywistości nie istnieją, chociaż niektóre z nich są bliskie spełnienia założeń konkurencji doskonałej. Ekonomiści często podają przykład rynki produktów rolnych. Byłaby to prawda, gdyby nie rozwinięty system kontraktacji, dopłat, interwencji oraz ceny minimalne na produkty. W praktyce znalezienie przykładu rynku doskonale konkurencyjnego jest szalenie trudne.

Drugą formą organizacji rynku jest monopol. To sytuacja przeciwna do konkurencji doskonałej i charakteryzuje się następującymi, niesympatycznymi dla nas, cechami.

Jest jeden sprzedający albo jeden kupujący. Tak, ta druga sytuacja też się zdarza i takie zjawisko nazywamy monopsonem, lub monopolem popytowym.

Monopolista sam tworzy cenę na swój produkt. A ponieważ w sytuacji czystego monopolu nie występują substytuty, może swoją cenę narzucić kupującym. A ci decydują się ją płacić.

Monopolista dysponuje siłą monopolową. Jest to proces, w którym producent może podnosić ceny rynkowe przez zmniejszenie podaży.

Istnieje doskonała informacja o rynku. Monopolista zna popyt na swój towar, dzięki czemu może przy jego pomocy manipulować ceną.

Nie ma swobody wejścia i wyjścia na rynek. Blokowanie może odbywać się przy pomocy różnych narzędzi. Monopolista może być na przykład jedynym właścicielem danego zasobu. Państwo może mu przyznać prawo wyłączności na sprzedaż produktu lub usługi. Jest właścicielem patentu. Do uruchomienia produkcji potrzebne są bardzo duże pieniądze. Ewentualnie monopolista może operować w takiej skali, że inni zwyczajnie nie zmieszczą się już na rynku.

Przykłady prawie czystych monopoli to wydobycie diamentów, produkcja Coca-Coli albo koleje w Polsce. Prawie czyste, bo we wszystkich przypadkach występują substytuty. Chińczycy produkują masowo diamenty syntetyczne, możemy napić się Pepsi-Coli a na Openera pojechać własnym samochodem. No i umówmy się, w dobie globalizacji zostanie prawdziwym monopolistą jest praktycznie niemożliwe, a na pewno szalenie trudne.

Na dzisiaj to wszystko, w kolejnym odcinku opowiem o pozostałych dwóch, bliższych rzeczywistości formach organizacji rynku.

 
Categories

6 najlepszych miejsc na prakacje

Dwa tygodnie temu wspomniałem o fantastycznym wynalazku dla zapracowanych, czyli o prakacjach. Jeżeli ktoś tekstu nie czytał, wyjaśnię szybko, że chodzi o taki wyjazd wakacyjny, podczas którego trochę pracujemy, trochę wypoczywamy, trochę się bawimy, trochę rozwiązujemy kreatywnie problemy, trochę zaznajemy nocnego życia i porannego bólu głowy, i trochę podbijamy swoją produktywność.

Opisałem wtedy zjawisko, ale zabrakło najważniejszego. Zabrakło najlepszych miejsc, w których tego typu wypoczynek ma sens. Wybrałem sześć lokalizacji, po jednej dla każdego kontynentu, oprócz Antarktydy. Tam jest bardzo słaby internet.

Afryka
Port Louis, Mauritius


W przypadku Afryki długo zastanawiałem się, czy przypadkiem nie wysłać was do Cape Town, ale finalnie zdecydowałem się na Port Louis.
Prowadząc umiarkowanie oszczędny tryb życia można tu przeżyć miesiąc za ok. 7 tys. złotych. Prędkość internetu nie poraża, ale też wstydu nie ma, średnio wyciągniemy 10 Mb/s, co powinno wystarczyć do większości zastosowań. W mieście możemy znaleźć dużo darmowych hot-spotów i klikać bezkosztowo. Jeżeli nie musimy pchać przez łącze gigabajtów danych, poradzimy sobie bez problemu. Na miejscu znajdzie się również kilka miejsc, z których możemy pracować, jeżeli znudzi się nam hotel. Świeże, czyste powietrze, miła sercu temperatura i dobra pogoda, przyzwoita opieka medyczna w razie potrzeby oraz zadowalające bezpieczeństwo, sprawiają że to dobry wybór. Tam gdzie trzeba dogadamy się po angielsku, miejscowi są przyjaźnie nastawieni do przyjezdnych. Jest klimatyzacja. Dla spragnionych uciech i rozrywki, istnieje tu życie nocne. Może nie takie, jak w Amsterdamie, ale jak poszukamy, to znajdziemy.

Ameryka Południowa
Hawana, Kuba


Ameryka Południowa boryka się z poważnym problemem związanym z bezpieczeństwem. W wielu tekstach, jako najlepsze miasto do prakacji na tym kontynencie wymienia się Medellin, no ale skojarzenia z kartelem narkotykowym mogą zmiękczyć kolana. Dlatego zamiast Medellin, wybrałem piękną i bezpieczną Hawanę. Miesiąc damy radę przeżyć tam za 6 tysięcy złotych a jedyne wady tego miasta to wolny internet i brak darmowego wifi. Poza tym świetne miejsce do pracy i wypoczynku, aczkolwiek jeżeli zajmujesz się montażem filmów, to na miejscowych łączach nie uradzisz.
W Hawanie można na przykład bawić się w carspottera, bo po Kubie jeździ więcej amerykańskich oldtimerów niż po Stanach. Można zadać sobie odrobinę trudu, wypożyczyć samochód i przejechać wyspę, bo Kuba to przecież nie tylko stolica. A w przerwach między zwiedzaniem, poznawaniem ludzi, próbami rozpoznania, którą walutą zapłaciliśmy, a którą nam wydali i jedzeniem lodów, popracujemy w klimatyzowanym pokoju hotelowym,

Ameryka Północna
Montreal, Kanada


Wszyscy myślą, że jak startupy, przestrzenie do wspólnej pracy, inkubatory przedsiębiorczości i szybki internet, to koniecznie Krzemowa Dolina. Otóż niekoniecznie, bo o ile infrastrukturalnie jest tam idealnie, to koszty są w stanie położyć finansowo całe nasze przedsięwzięcie. Montreal natomiast nie ustępuje pod względem infrastruktury prakacyjnej najlepszym miastom USA, jest od nich natomiast prawie o połowę tańszy. Miesiąc jesteśmy w nim w stanie przeżyć za 8,5 tys. złotych, podczas gdy w pobliskim Nowym Jorku miesiąc kosztowałby nas 18,5 tys. złotych. Montreal wygrał w moim rankingu również z innego powodu. Do fajnych miejsc w USA jest z niego bardzo blisko. Do NYC będziemy jechać około sześciu godzin, do Filadelfii siedem, do Bostonu niecałe pięć. A jak ktoś lubi Stephena Kinga i zechce odwiedzić jego rodzinne miasto Bangor w stanie Maine, zrobi to w pięć i pół godziny.

Australia i Oceania
Wellington, Nowa Zelandia


Nie wybrałem żadnego australijskiego miasta, bo wiecie co jest w Australii? Na przykład żyje w niej 21 spośród 25 najbardziej jadowitych węży świata. Uradują się też miłośnicy pająków, bo znajdą tam aż 2400 gatunków, w tym 50 zabójczych dla człowieka. Tam nawet dziobak jest jadowity, a zabić nie próbuje nas chyba tylko koala.
Wellington ma nam do zaoferowania wszystko, czego możemy potrzebować na prakacjach, czyli bardzo szybki internet, mnóstwo darmowych hot-spotów w mieście, stosunkowo niewielki koszt przeżycia miesiąca, wynoszący niecałe 9 tys. złotych oraz mnóstwo fantastycznych miejsc do wypoczynku i co-workingu. Miejscowi są bardzo przyjaźni, wszędzie dogadamy się po angielsku, jest bezpiecznie, powietrze jest czyściutkie, a trawa zielona. A jak trafimy w trakcie sezonu rugby, możemy popatrzeć na Wellington Hurricanes. Aktualnie ośmiu graczy tej drużyny jest w składzie All Blacks, więc wysoki poziom rozgrywek gwarantowany.
Jedyne na co możemy narzekać to nieco ograniczona oferta nocnych zabaw i hulanek, aczkolwiek jak mawiają, szukajcie a znajdziecie.

Azja
Chiang Mai, Tajlandia


Azja to idealne miejsce na prakacje, a Tajlandia jest w niej najpopularniejsza. Przede wszystkim z powodu kosztów, miesiąc w Chiang Mai przeżyjemy za 3,4 tys. złotych. Miasto oferuje w miarę szybki internet, sporo darmowych hot-spotów w terenie, ciszę, spokój i dużo miejsc, z których możemy sobie popracować kilka godzin dziennie. Dla Europejczyka szokujący może być sposób organizacji ruchu ulicznego oraz niezbyt wysoki poziom opieki zdrowotnej, dlatego w Chiang Mai lepiej nie chorować i nie wypożyczać samochodu. Na szczęście spacery, nie dość że są zdrowe, to jeszcze darmowe. Po godzinach możemy zwiedzać świątynie buddyjskie, których w mieście jest aż 40. Wieczorem wizyta na malowniczym nocnym bazarze, potem trochę w miasto, żeby znaleźć odrobinkę zapomnienia, rano szybki trekking w pobliskie góry. A jak wybierzemy się do Tajlandii w kwietniu, będziemy mogli zobaczyć co to znaczy dobra i huczna zabawa podczas święta Songkran, które jest tradycyjnym tajlandzkim Nowym Rokiem.

Europa
Belgrad, Serbia


Wszyscy wiedzą, że europejską stolicą startupów jest Berlin, ale jego wadą może być dla niektórych dość wysoki koszt życia. Amsterdam, Barcelona i Lisbona, czyli kolejne centra startupowe są również wymagające cenowo. A Belgrad nie dość, że ładny, to jeszcze tani. Miesiąc przeżyjemy w nim za niecałe 5 tys. złotych, co w porównaniu z siedemnastoma tysiącami w Amsterdamie wygląda całkiem rozsądnie.
Infrastrukturę niezbędną podczas prakacji znajdziemy w Belgradzie bez problemu, wifi jest bardziej niż solidne, miejskie hot-spoty na czarną godzinę obecne. Dużo miejsc do co-workingu, ponoć najlepszy jest Smart Office przy Placu Republiki. Po godzinach mamy mnóstwo miejsc do poznania, możemy też poleżeć na plaży nad rzeką albo udać się w miasto. Wielu turystów twierdzi, że Belgrad to nocna stolica Serbii, oprócz tego, że oczywiście jest również tytularną stolicą kraju. Jeżeli tylko nie będziemy się wdawać w dyskusje o wojnie w byłej Jugosławii, Serbowie są bardzo przyjaźni dla turystów. Bardzo dobre miejsce na prakacje.

Nie ma się co czaić, pakujemy laptopa i jedziemy. Przygoda życia czeka.

 
Categories

Chroń komórkę przed złą aplikacją

Mam wrażenie, że nie ma miesiąca bez jakiejś mniejszej lub większej afery dotyczącej wykradania danych lub nadużywania zezwoleń przez aplikacje. Głośna sprawa Cambridge Analityca, o której słyszał każdy i cichsza aferka z podsłuchującą nas aplikacją hiszpańskiej ekstraklasy. Niedawno okazało się, że przyznanie aplikacjom prawa do wglądu do naszej skrzynki pocztowej, zostało przez niektórych deweloperów potraktowane jako zgoda na czytanie naszej korespondencji. Generalnie jest słabo i trzeba się bronić! Ale jak?

Przykro mi to stwierdzić, ale dla przeciętnego użytkownika smartfona, pełna obrona jest niemożliwa i można tylko minimalizować ewentualne wpadki. Większość ludzi nie będzie grzebać w systemie operacyjnym komórki czy pisać sobie samodzielnie aplikacji, bo się na tym nie znają. Dlatego zanim zaczniemy się bronić przed inwazją w naszą prywatność, należy odpowiedzieć sobie na jedno ważne pytanie.

Czy ta inwazja nam w ogóle przeszkadza?
Może się okazać, że prywatność traktujemy jak walutę, którą płacimy za dostęp do darmowych aplikacji i usług. I wtedy żadna ochrona nie jest nam potrzebna, bo nie mamy niczego do ukrycia i niczego się nie boimy. W takim układzie sugerowałbym tylko, żeby nie instalować na komórce wirusów, trojanów i ransomware, bo to niezdrowe i może nas kosztować sporo pieniędzy i nerwów. Warto też mieć drugą, czystą komórkę, jeżeli decydujemy się na bankowość mobilną czy jakiekolwiek działania związane z naszymi pieniędzmi. I na niej nie instalować już niczego podejrzanego.

W takim wydaniu życie jest proste, łatwe, przyjemne, niczym się nie trzeba przejmować, klikamy OK, OK, Dalej, Tak, OK, Tak i instalujemy małe aplikacje robiące śmieszne rzeczy, na przykład wydające pierdzące odgłosy. A że przy okazji daliśmy aplikacji dostęp do mikrofonu, naszej książki adresowej, listy kontaktów z Facebooka i maili? Trudno, tak musi być. A pierdzenie jest takie śmieszne.

Co jednak gdy nie chcemy, żeby deweloperzy nas słuchali, czytali nasze maile i analizowali przeglądane strony, oczywiście wyłącznie dla naszego dobra? Trzeba zachować czujność, zadać sobie odrobinę trudu i wyhodować zdrową paranoję.

Za każdym razem gdy zamierzam zainstalować aplikację do użytku własnego a nie testów na potrzeby pisania kolejnego tekstu, zadaję sobie pytanie: czy na pewno jej potrzebuję? I od dłuższego czasu okazuje się, że niekoniecznie. Najczęściej okazuje się aplikacja ma mi posłużyć tylko kilka razy. Jak mam za kilkukrotną przygodę zapłacić deweloperowi na przykład moją historią przeglądanych stron, adresem mailowym i podstawowymi danymi demograficznymi, wolę mu podziękować.

Zdarza się, że aplikacji potrzebuję do czegoś, co mogę zrobić innymi narzędziami. I tak naprawdę kolejny fantastyczny, pełen kolorowych animacji i fajnych ikonek program do robienia list zakupów i „tudusów” nie jest mi potrzebny, gdy mam Keepa albo Google Docs.

Co jednak w sytuacji, gdy program jest mi niezbędny i nie mam na komórce niczego, czym mógłbym go zastąpić? Wtedy właśnie zaczyna się ta mniej wygodna i przyjemna część zabawy, czyli poszukiwania programu optymalnego.

Każdy, kto lubi robić testy porównawcze wie, że taka praca to nie są rurki z kremem tylko pot, krew i łzy. Sam tak mam, wiem jakie to cierpienie, dlatego proponuję rozwiązanie prostsze niż rozbudowany arkusz Excela z punktami przyznawanymi w poszczególnych kategoriach i dodatkowo wprowadzonych wagach tych kategorii.

Zdefiniujcie swoje potrzeby. Znajdźcie pięć programów, które pozwolą wam te potrzeby zrealizować. Obejrzyjcie oceny w sklepach. A na koniec przeanalizujcie, jakich uprawnień oczekują od was te aplikacje. I wybierzcie tę, która będzie chciała od was najmniej dostępów do rzeczy potencjalnie wrażliwych.

Jeżeli okaże się, że nie ma żadnych sensownych alternatyw i trzeba dać aplikacji bankowej dostęp do waszych wakacyjnych fotek, pamiętajcie że możecie później te uprawnienia wycofać. Pamiętajcie jednak, żeby nie cofnąć uprawnień niezbędnych do prawidłowego działania programu, nawigacja bez dokładnej lokalizacji działa średnio.

Nie musicie być deweloperami i znać się na programowaniu, żeby zorientować się, że jeżeli aplikacja wydająca pierdzące odgłosy chce od was dostępu do waszych kontaktów na Facebooku, coś może być nie tak, ale już proszący o to Instagram robi sens.

Zanim zaczniemy podchodzić do instalowania programów z głową, warto wcześniej wykonać audyt tego, co mamy na komórce i jakie uprawnienia daliśmy poszczególnym aplikacjom. Można to zrobić z poziomu ustawień telefonu, można ściągnąć program, który zrobi to za nas. Sam korzystam z doskoku z Permission Friendly Apps, w którym sprawdzam czy po aktualizacji aplikacja nie przyznała sobie ponownie uprawnień, które jej zabrałem. Nie jest ona jednak optymalna, bo nie można z jej poziomu tych uprawnień cofnąć i trzeba to robić w ustawieniach. Zdecydowałem się na takie a nie inne rozwiązanie, bo ten programik nie chciał ode mnie niczego i ma dobry system rankingowy. Mi to wystarczy, wy możecie rozejrzeć się za innym menadżerem uprawnień.

Warto dbać o kontrolowanie tego, co wrzucamy do naszej komórki. Pamiętajmy, że to od jakiegoś czasu nie jest tylko telefon. Nierzadko mamy na niej ważny kawałek swojego życia. Dbajmy o to, żeby go nieodwołalnie nie stracić. To straszliwie boli.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Czego państwo szuka w gospodarce?

Statystyczny Kowalski zapytany o funkcje państwa w gospodarce, ma zazwyczaj do powiedzenia dużo ciepłych słów na temat tego, jakie to są funkcje (przeszkadzanie uczciwemu obywatelowi żyć) i jak są przez państwo realizowane (oględnie mówiąc, realizowane są słabo). No dobra, to jakie właściwie, oprócz przeszkadzania uczciwemu człowiekowi, funkcje sprawuje państwo w gospodarce?

W idealnie kulistym wszechświecie, podstawowym celem polityki gospodarczej państwa jest zwiększenie efektywności ekonomicznej rynku. Państwo musi to robić, bo efektywność podlega wahaniom. Czasami spowodowane są przez recesję, innymi razy przez praktyki monopolistyczne, jeszcze kiedy indziej przez cokolwiek, co ma wpływ na ład i porządek gospodarczy.

Alokacja

Zaczniemy od funkcji alokacyjnej. W tym przypadku rolą państwa jest optymalne rozdysponowanie zasobów w sytuacji, w której mechanizmy rynku doprowadziłyby do ich gorszej alokacji. Odbywa się to przez rozbudowę infrastruktury, tak ekonomicznej, jak i społecznej, odpowiednio prowadzoną politykę strukturalną, politykę prewencyjną (ochrona środowiska).

Teoria głosi, że wolny rynek reguluje się sam a własność prywatna jest najlepsza i prowadzi do optymalnego alokowania zasobów. Nie podejmę się tutaj dyskusji z tym poglądem, bo jako model może i się sprawdza, natomiast w życiu nie chce być tak prosto. Dlatego czasami państwo zauważa, że interes jednostki stoi w jawnej sprzeczności z interesem społeczności lub społeczeństwa i wchodzi z regulacjami. Do zadań państwa należy zatem wybór adekwatnych form własności. Sprywatyzowanie wodociągów i sieci CO grozi drastycznymi podwyżkami cen.

Najważniejszym zadaniem jest wspieranie konkurencji. W sytuacji modelowej państwo powinno dążyć do osiągnięcia stanu konkurencji doskonałej. Może się to odbywać przez zwalczanie praktyk monopolistycznych czy eliminowanie barier wejścia na rynek.

Stabilizacja

Kolejną funkcją jest stabilizacja. Obejmuje ona najważniejsze cele makroekonomiczne, jakie stawia przed sobą państwo. Czyli obniżenie lub wyeliminowanie inflacji i bezrobocia, osiągnięcie i utrzymanie wysokiego tempa wzrostu gospodarczego oraz zachowanie równowagi rynkowej.

Gdy mechanizmy rynkowe nie są w stanie doprowadzić do stanu równowagi, wkracza państwo ze swoją polityką. Do najważniejszych zadań każdego sensownego rządu zalicza się walka z inflacją i bezrobociem oraz ograniczanie recesji. Narzędzia, jakie ma do dyspozycji państwo to polityka fiskalna i monetarna.

Ta pierwsza, zwana również polityką budżetową, służy zaspokojenie popytu państwa na pieniądz i realizację wydatków budżetowych. Do realizacji tych zadań państwo ma bardzo szerokie instrumentarium, do którego zaliczają się podatki, cła, subwencje, obligacje czy poręczenia i gwarancje rządowe.

Polityka monetarna, zwana pieniężną jest najczęściej realizowana przez Bank Centralny i polega na oddziaływaniu na poziom podaży pieniądza oraz kursy walutowe. W tym przypadku państwo korzysta z regulacji oficjalnej stopy procentowej (redyskontowej), sprzedaż lub skup papierów wartościowych i kontrola poziomu rezerw obowiązkowych, czyli rezerw obowiązkowo gromadzonych przez banki.

Do instrumentów pośrednich możemy zaliczyć związane z faktem, że bank centralny kontroluje system bankowy w danym kraju. Oraz perswazję. Tak, bank centralny i rząd mogą formułować nieformalne zalecenia w stronę banków komercyjnych w celu wymuszenia określonych działań.

Redystrybucja

Ostatnią funkcją państwa w gospodarce jest redystrybucja. Obejmuje ona działania mające na celu zmniejszenie nierówności majątkowych i dochodowych, przyczyniające się do wyrównania poziomu życia w społeczeństwie.
Redystrybucji państwo dokonuje przy pomocy następujących narzędzi:

– system podatkowy
– wydatki budżetowe
– składki na ubezpieczenia społeczne

Wydatki najczęściej dotyczą grup społecznych o najniższych dochodach. Poprzez odpowiednie sterowanie strumieniami pieniędzy, państwo może niwelować nierówności, modelować strukturę konsumpcji i oddziaływać na dostęp do takich rzeczy jak oświata, kultura, służba zdrowia, szkolnictwo wyższe czy mieszkania. Redystrybucję realizuje się również przez interwencję w poziom cen kształtujących się na rynku. Może to być kontrola poziomu czynszów czy gwarantowane ceny dla rolników.

Oczywiście głównymi formami pomocy ze strony państwa są różne świadczenia pieniężne. Zaliczymy do nich emerytury, renty, zasiłki chorobowe, inwalidzkie, dla bezrobotnych, dla osób o niskich dochodach, dla niepełnosprawnych i wszelkiego rodzaju dodatki rodzinne i mieszkaniowe.

Spotkałem się z opinią, ze redystrybucyjna funkcja państwa wzbudza mniejsze kontrowersje niż pozostałe dwie. Wydaje mi się, że od momentu wprowadzenia programu 500+ nie jest to prawda.

Niektórzy wymieniają jeszcze czwartą funkcję państwa, ale według mnie kreowanie porządku prawnego jest dużo szersze i stosuje się nie tylko do funkcji gospodarczych. Tym niemniej pamiętajmy, że bez sprawnej legislacji państwo działać nie będzie a prawo reguluje wszystkie aspekty naszego życia.

A za tydzień chyba już czas na bardzo bolesny temat podatków.