Categories

Biznes sezonowy – marzenia kontra rzeczywistość

Jeśli chodzi o biznes sezonowy, szkoły są dwie. To może być pewny strzał. Coś, na czym nie da się nie zarobić. Jak tylko trafisz w niszę, po trzech miesiącach będziesz pławił się w hajsie, prestiżu i luksusie. Zbyt dużo huraoptymizmu? Więc urealnijmy to. Biznes sezonowy to ciężka praca, jeszcze ciężej zarobione pieniądze, nierzadko kończymy pod kreską. Ta wersja jest bliższa prawdzie, postaramy się wyjaśnić dlaczego.

Kalendarz nam sprzyja, dzięki niemu mamy okazję do robienia biznesu sezonowego przez cały rok, trzeba się tylko sprytnie na bieżąco przebranżawiać.

Cztery pory roku
Zimą mamy handel używanym sprzętem sportowym (narty, deski, wiązania, kijki etc.) i serwis. Do tego bogactwo towarów związanych ze świętami Bożego Narodzenia, tutaj dobór asortymentu pozostawiam waszej niczym nieskrępowanej wyobraźni.

Na wiosnę chowamy narty na zaplecze i wystawiamy rowery. Co ciekawe, możemy mieć w sklepiku na ekspozycji po sztuce każdego oferowanego modelu,a bieżące zamówienia realizować z magazynów importerów, odpada nam niebagatelny koszt wynajmowania ekstra powierzchni.

Lato to czas kompletnego szaleństwa. Możemy handlować praktycznie wszystkim, ludzie są tak rozluźnieni ładną pogodą, że kupią od nas nawet piasek nad morzem, byle ładnie opakowany. Lista pomysłów jest obszerna: możemy wypożyczać albo sprzedawać hamaki, meble ogrodowe, leżaki plażowe, duże parasole, materace, parawany, koce, karimaty, grille jednorazowe, podpałki, gotowe mięso na grilla, lody, gofry. Możemy otworzyć plażowe SPA – masaż oraz manipedi wymagają od nas tylko znajomości tematu.

Jesienią, gdy młodzież wraca do szkół, otwiera się przed nami świat piórników. Na kilka dni listopadowych możemy dotowarować się zniczami.

Z zupełnie innej beczki
Przy szczególnych okazjach możemy wstawić do wiaderka kilka bukietów ciętych kwiatów. Dni, w których połowa Polaków je kupuje mamy sporo: dzień kobiet, matki, walentynki, zakończenie roku szkolnego czy popularne imieniny.

W związku z wzrastającym patriotyzmem Polaków, możemy zaopatrzyć się w odpowiednio patriotyczną odzież, flagi, proporczyki, nakładki na lusterka samochodów i czapeczki. Okazji też mamy kilka: 1/3 maja, 1 sierpnia, 11 listopada i wszystkie mecze piłkarskiej reprezentacji narodowej rozgrywane w Polsce oraz podczas mistrzostw świata, Europy i spotkań eliminacyjnych.

No i na koniec marzenie połowy mężczyzn – własny lokal na plaży. Do tego pomysłu wrócę w dalszej części tekstu, gdy oddam głos człowiekowi, który na sezonowych lokalach zjadł zęby i zarobił trochę pieniędzy. Tymczasem zaś wróćmy do spraw przyziemnych.

Papierologia urzędowa
Jeżeli chcemy działać legalnie, taka działalność jest trochę bardziej skomplikowana niż „włożę do plecaka dwadzieścia opakowań kremu do opalania, zgrzewkę wody i pojemnik lodów, i zacznę handlować”.

Nie polecam prowadzenia tego typu biznesu bez działalności gospodarczej i odpowiednich pozwoleń tam, gdzie to jest wymagane. Brak wpisu do Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej (CEIDG) grozi grzywną albo więzieniem. Zlekceważenie takich nudnych tematów, jak prowadzenie ewidencji sprzedaży, rejestrów VAT, dokumentacji związanej z kasą fiskalną albo niewystawianie faktur/rachunków, grozi nam wysoką grzywną. Do więzienia za nielegal trafić trudno, ale za niedopatrzenie którejś z wyżej wymienionych formalności zapłacimy mandaty.

Dla przykładu, jeżeli nie będziemy prowadzić ewidencji sprzedaży i ewidencji księgowej, US samodzielnie oszacuje nasze dochody i kwotę należnego podatku. Nie łudźcie się, że ten szacunek będzie dla was łaskawy.

Warto pamiętać, że skarbówka bardzo chętnie kontroluje biznesy sezonowe, zwłaszcza te prowadzone w miejscowościach turystycznych. I nigdy nie możemy być pewni, czy ta miła pani, która kupiła od nas wisiorek z bursztynu nie jest przypadkiem Tajemniczym Klientem, tyle że z Urzędu Skarbowego.

To wszystko kosztuje
Nie zapominajmy również o początkowym wkładzie własnym. Potencjalnie najintratniejsze biznesy mają dość wysokie progi wejścia dla indywidualnego przedsiębiorcy. Próg wejścia oznacza bariery, które musimy pokonać. Czyli założyliśmy działalność, mamy wszystkie niezbędne kwity i księgową, która nam to ogarnie i teraz musimy zainwestować żywą gotówkę.

Używana maszyna do lodów? Znalazłem taką o wydajności 20 litrów na godzinę za 4,5 tys. złotych. Może gofry? Mam gofrownicę za 450 złotych, ale żeby nasz handel miał sens i szedł sprawnie, będziemy potrzebować ich trochę więcej. Może kręcenie waty cukrowej? Używka za 400 złotych jest do wzięcia na allegro. Albo kombinacja wata + popcorn? Już za 2 tysiące złotych mamy ładny, nowy komplecik. I na razie mówię o tanich rzeczach, bo foodtruck albo cokolwiek bardziej skomplikowanego to wydatek rzędu kilkunastu tysięcy złotych.

Do tego dochodzą koszty materiału do wyrobu naszych pyszności, niezbędne papiery i pozwolenia z Sanepidu (co też kosztuje) oraz opłaty za zajęcie kawałka terenu (jeżeli chcemy działać legalnie, do czego gorąco namawiam). Teraz możemy zacząć liczyć koszt jednej porcji i estymować naszą sprzedaż tak, żeby się to nam opłaciło. Niby nic skomplikowanego, ale żeby na koniec nie okazało się, że nikt nie jest zainteresowany porcją lodów za dychę.

Temat od kuchni
Do tej pory mówiłem o kwestiach papierologicznych i finansowych. Prowadzenie własnego biznesu sezonowego wiąże się jednak z innymi aspektami, które są pomijane, lekceważone albo w ogóle niezauważane.

Pozwolę sobie oddać głos gościowi jednemu z naszych programów HiCash Week. Przemysław Dziubłowski to współzałożyciel Cudu nad Wisłą, który zmienił brzeg rzeki i udowodnił, że da się tam robić rzeczy, które nie skończą się kompletną patologią i masowymi protestami mieszkańców.

Na lokal trzeba mieć pomysł od A do Z. Potrzebujemy ściśle określonego profilu naszej działalności. Chyba najistotniejsza, jeżeli chodzi o usługi, jest mocna specjalizacja. Dlatego trzeba starannie wyznaczyć grupę do której chcemy przemówić. Dobrze, jeżeli będziemy docierać do ludzi podobnych do nas samych, bo wtedy czujemy, czy to co robimy jest wiarygodne. No i musimy to lubić, gdyż praca w miejscu, które jest niezgodne z naszą naturą to męka.” – tłumaczy Dziubłowski.

Dużym wyzwaniem jest pogoda. Ona będzie determinować nasze decyzje dotyczące dodatkowych atrakcji. Jeżeli chcemy robić koncerty niebiletowane, musimy mieć plan awaryjny na wypadek burzy. Program, który tworzymy dokoła miejsca musi być spójny, bo mocno buduje jego tożsamość.

Bardzo istotna jest powtarzalność rzeczy, które realizujemy. Klient musi wiedzieć do czego wraca. Jeżeli w poniedziałek mamy stand up albo komediowe improwizacje, nie możemy przerzucać ich w następnym tygodniu na czwartek, a jeszcze w kolejnym na wtorek. Jeżeli gramy koncerty w piątek i sobotę, to niech to będzie piątek i sobota przez cały sezon. Zaskoczony i zdezorientowany klient, który myślał, że dzisiaj będą śmieszki a trafił na koncert jazzowy, nie będzie szczęśliwy.

Musimy pamiętać, że jeżeli otwieramy działalność sezonową i rekrutujemy ludzi, to nasza ekipa będzie tymczasowa. Przyjdą do nas zarobić, a jak zarobią odejdą gdzie indziej albo pojadą na Open’era. Dlatego trzeba poświęcić dużo uwagi podczas rekrutacji. A potem pilnować biznesu.

Od pewnej skali działania musimy zatroszczyć się o bezpieczeństwo naszych gości. Klient, który wie, że jest pod dobrą opieką, będzie do nas wracał.

A teraz książeczka czekowa do ręki i do dzieła.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Bańka spekulacyjna czyli kiedy pęknie?

W prasie Bitcoin, w radio Bitcoin, w telewizji Bitcoin. Jeżeli stare media zainteresowały się Bitcoinem, sprawa jest poważna. Niektórzy nawet twierdzą, że sprawa jest poważna na tyle, że czas na korektę kursu. Określają to mniej grzecznie, jako „golenie baranów” a nie korektę, co oznacza, że akcję na Bitcoinie uznali za bańkę spekulacyjną. Wyjaśnimy ten fenomen.

 

Od razu mówię, że nie zadeklaruję się po żadnej ze stron, chociaż coraz bardziej przychylam się do opcji „Bitcoin jako bańka”. Pochylmy się nad zagadnieniem.

Bańka spekulacyjna nie powstaje w jeden dzień, to trwający jakiś czas proces wzrostu lub spadku cen określonego towaru albo akcji. Proces charakteryzuje się tym, że jest niezrównoważony. Nic nie uzasadnia gwałtownego drożenia Bitcoina, a jednak drożeje. Proces jest również samonapędzający się. To bardzo ważne i działa następująco.

Inwestor dowiaduje się o Bitcoinie. Kursy przebijają dach, ale wszyscy mówią, że będzie drożeć i jak ktoś nie wsiądzie teraz do tego wagonika, będzie żałował. Rynek oczekuje dalszego wzrostu wartości kryptowaluty, co przyciąga kolejnych inwestorów, którzy są bardzo zainteresowani zyskami. Które niewątpliwie uzyskają inwestując wwłaśnie Bitcoiny. Przecież one już kosztowały kiedyś ponad 18 tys. dolarów za sztukę, na pewno jeszcze zdrożeją! O rany, dzisiaj kosztują niecałe 7 tys. dolarów, warto wejść, gdyby miały ponownie osiągnąć historyczne maksima.

W przypadku bańki spekulacyjnej, wzrostu cen nie uzasadniają czynniki ekonomiczne czy finansowe. Stoi za nimi wyłącznie aspekt psychologiczny. Wzrost cen jest generowany w naszych głowach. Zakładamy, że będzie drożej, wkładamy w to pieniądze i voila – jest drożej! I dopóki będą pojawiać się nowi inwestorzy, będzie drożało. A potem duży zawodnik zaczyna realizować zyski, rzuca towar na rynek i zaczyna się panika oraz duże korekty cen.

To odróżnia bańkę od hossy. W przypadku tej pierwszej po dużych wzrostach następuje pęknięcie bańki, obydwie te rzeczy następują jedna po drugiej. Stan bańki jest tymczasowy, w kategoriach procesów gospodarczych nie trwa długo i kończy się płaczem i bankructwami. Gdy bańka pęka, sytuacja wraca do normalnego stanu wartości danego aktywu czy towaru. W przypadku hossy i prawidłowego wzrostu, wartość danego towaru czy aktywu zmienia się fundamentalnie i odzwierciedla jego faktyczną wartość a nie wyobrażenia inwestorów.

Retrobańki
Przejdźmy do ciekawszej części, w której pokażę kilka klasycznych i znanych baniek spekulacyjnych. Za najstarszą uznaje się tulipomanię. Tulipany trafiły do Europy w XVI wieku. Szczególną popularność osiągnęły w Zjednoczonych Prowincjach Niderlandzkich, zresztą Holandia kojarzona jest z tymi kwiatami do dziś. Elity zaczęły konkurować między sobą, chwałę i sławę zdobywali posiadacze najrzadszych odmian tulipanów. Tulipany rozwijają się dość wolno, więc ceny ruszyły w górę. Cebulki najrzadszych odmian trafiały na licytacje, ludzi ogarnęło szaleństwo.

Na dodatek holenderskie tulipany zaatakowała choroba, która powodowała, że płatki przybierały fantastyczne kształty i kolory, odcienie, pofałdowania, wystrzępienia na krawędziach płatków. Hodowcy i kolekcjonerzy podejrzewali, że choroba rozprzestrzenia się nie przez nasiona a przez cebulki, co wywindowało dodatkowo ich cenę, upodabniając zakupy do loterii. Mogłeś dostać cebulkę, z której wyrósł w miarę normalny kwiat, mogłeś również trafić taką, która dała ci unikalnego tulipana. Ludzie oszaleli jeszcze bardziej.

Kwiaty stały się tak modne i pożądane przez kupujących, że cena cebulek potrafiła wzrosnąć nawet o 2000 proc. w miesiąc. Ludzie inwestowali oszczędności, zaciągali kredyty, w skrajnych przypadkach wyprzedawali majątek tylko po to, żeby móc kupić tulipany i odkuć się z przyszłych zysków. Niektórzy twierdzą, że to gorączce tulipanowej zawdzięczamy pojawienie się kontraktów terminowych i opcji.

Bańka „wystartowała” pod koniec roku 1634, zakończyła się efektownym załamaniem na początku roku 1637. Szczyt przypadł na rok 1636, w którym ktoś kupił cebulkę gatunku Semper Augustus za 6 tys. guldenów. Żeby to osadzić w kontekście, stanowiło to równowartość ok. 40 średnich rocznych zarobków, które wtedy wynosiły 150 guldenów. Pęknięcie pogrążyło gospodarkę Niderlandów w kryzysie na długie lata. Wszystko z powodu kwiatków.

Bańki, które dotknęły Kompanię Mórz Południowych i Kompanię Missisipi miały podobne podłoże – obie spółki emitowały akcje i kusiły inwestorów wizją niebywałych zysków w przyszłości. Zyski miały pochodzić z zamorskiego handlu, w pierwszym przypadku z Ameryką Południową, w drugim głównie z Luizjaną. W obu przypadkach inwestorzy sztucznie napompowali popyt, po czym nastąpiło urealnienie – żadna z Kampanii nie zrealizowała zakładanych zysków i kurs akcji załamał się prawie z dnia na dzień. Efektem były bankructwa tych, którzy nie zdążyli pozbyć się akcji w odpowiednim momencie.

Bańka lat 20-tych zakończyła się Czarnym Czwartkiem 24 października 1929 roku. Wepchnęła gospodarkę Stanów Zjednoczonych w Wielki Kryzys i zniszczyła ją niemalże z dnia na dzień. Kupowanie wszystkiego, łącznie z akcjami na kredyt, zemściło się na Amerykanach wyjątkowo brutalnie.

Klęska dot-comów
Bańkę internetową aka dot-comową starsi z nas oglądali na żywo. Napędził ją rozwój technologii wykorzystujących internet. Spółki inwestujące w rozwiązania oparte o sieć, stały się bardzo szybko przedmiotem zainteresowania inwestorów. Swoją cegiełkę dołożyły fundusze venture capital, które rozrzucały pieniądze na lewo i prawo i oferowały je firmom, które nie miały doświadczenia w branży. Niektórzy śmiali się, że wystarczy w nazwie mieć człon com albo net, żeby dostać kasę. Zdarzały się inwestycje w sam pomysł, bez żadnej wspierającej go infrastruktury.

Za początek bańki uznaje się rok 1995, gdy pojawiła się pierwsza wersja przeglądarki Netscape. W tym roku liczbę użytkowników Internetu oceniało się na 18 mln. Wraz z pojawieniem się Netscape zaczęła lawinowo rosnąć, czyniąc sieć miejscem bardzo perspektywicznym i potencjalnie bardzo intratnym. Na zainteresowanie się kapitału nową technologią wpłynęły również niskie stopy procentowe. Lęk przed „pluskwą milenijną” zmusił użytkowników do wymiany sprzętu i oprogramowania, dodatkowo pompując kurs akcji takich firm jak IBM, Cisco czy Microsoft.

Co więcej, nowopowstające dot-comy oferowały swoim pracownikom absurdalnie wysokie pensje i akcje. Programiści z dnia na dzień zostawali milionerami, bo przecież kurs akcji szybował. Pieniądze reinwestowali w kolejne akcje, pomnażając swój majątek. Przynajmniej na papierze. Gdy w 2000 roku inwestorzy w końcu stracili cierpliwość i powiedzieli „sprawdzamy”, cały ten domek z kart runął z hukiem. Dot-comy bankrutowały w takim tempie, że nie nadążaliśmy sprawdzać, kogo już nie ma na rynku. Niektóre serwisy, działające jeszcze rano, wieczorem się zamykały.

Najlepszym chyba przykładem tego szaleństwa jest firma Think Tools, która osiągnęła wycenę rynkową na poziomie 2,5 mld dolarów, pomimo braku perspektyw na stworzenie jakiegokolwiek działającego produktu.

Natomiast bańkę hipoteczną zakończoną światowym kryzysem pamiętamy wszyscy, zwłaszcza posiadacze kredytów mieszkaniowych we frankach.

Kapitał spekulacyjny gigantycznej wartości krąży po świecie, szukając okazji do zarobku. Kolejna gigantyczna bańka jest kwestią czasu. Niczego się nie uczymy, przez co skazani jesteśmy na powtarzanie ciągle tych samych błędów. Dlatego trzymam się zasady „jeżeli okazja jest zbyt dobra, ktoś prawdopodobnie chce mnie oszukać”. Nie namawiam do zarzucenia inwestowania i wyjazdu w Bieszczady. Sugeruję tylko podążanie za rozsądkiem, a nie za tłumem.

 
Categories

Firmowy kryzys na wesoło? Ogłaszamy nic

Kryzys potrafi dopaść najtwardszego zawodnika. Jedni po zebraniu serii celnych ciosów na szczękę, padają na podłogę i niemrawo próbują się podnieść. Inni odbijają się od lin, zręcznym balansem ciała przepuszczają nad sobą lewy hak i odpowiadają taką kontrą, po której nie pozostaje nic innego, jak złożyć ręce do oklasków. O pierwszym typie zawodników już opowiedziałem. Dzisiaj o tych, którzy z kryzysu wyszli zwycięscy i wzmocnieni.

Dla firmy PepsiCo szczyt sprzedaży Pepsi w USA przypada od czerwca do sierpnia. Za daty graniczne uznaje się Memorial Day (28.05) i Labor Day (pierwszy poniedziałek września). 10 czerwca 1993 roku pojawiło się pierwsze, bardzo niepokojące doniesienie, o tym jakoby ktoś znalazł igłę w puszce Pepsi Diet. W ciągu następnego tygodnia liczba zgłoszeń, w których w napoju pojawiały się igły albo strzykawki, wzrosła do ponad 50 i objęła 23 stany. Sprawa robiła się poważna.

Pomimo strachu klientów, Pepsi nie zdecydowała się na wycofanie towaru z półek sklepowych. Stało się tak dlatego, że zarówno PepsiCo, jak i Agencja Żywności i Leków były pewne, że cała sprawa jest mistyfikacją obliczoną na zaszkodzenie marce. Zamiast tego, Pepsi postanowiła walczyć z kryzysem mediowym przy pomocy mediów. Szefowie zwołali sztab kryzysowy a w roli rzecznika prasowego wystąpił ówczesny prezes amerykańskiego oddziału firmy. Potrafił się wysławiać i bardzo dobrze znał niuanse procesu puszkowania napoju.

A kryzys rozwijał się w najgorszy możliwy dla firmy sposób. Zapewne potraficie sobie wyobrazić, jak pokazywane były strzykawki w Pepsi. Oczywiście, przy pomocy kolażu, na który składała się puszka i strzykawka, nierzadko z igłą. Albo puszka i bardzo dużo strzykawek, nierzadko z igłami. Potrzebne było szybkie i stanowcze działanie. Przypomnijmy sobie wszystkie nasze lęki związane z zastrzykami. Warto też wspomnieć, że wtedy strzykawka kojarzyła się dosyć jednoznacznie z AIDS. Gorszej reklamy dla firmy nie sposób sobie wyobrazić, przebić to mogli chyba wyłącznie krwawi dyktatorzy.

PepsiCo zadziałało błyskawicznie i skutecznie. Pierwszym krokiem było pozostawienie towaru na półkach. Drugim tłuczenie mediom do głowy, że proces puszkowania jest całkowicie bezpieczny i niepodatny na jakiekolwiek manipulacje. Trzecią rzeczą było przeprowadzenie błyskawicznego śledztwa, w wyniku którego wykluczono możliwość włożenia strzykawki albo igły do puszki przed jej zamknięciem. Dzięki temu firma zorientowała się, że cała sprawa związana jest z fałszywymi reklamacjami a nie manipulowaniem produktem.

No i rzecz najważniejsza – co zrobić z mediami, które kreują moralną panikę i straszą klientów? Ano należy je wykorzystać po to, by przy ich pomocy odwrócić kierunek narracji. Niby nic nadzwyczajnego i żadna to wiedza tajemna, ale PepsiCo wykonało bardzo dobrą robotę związaną z przekazem. Już 5 dni po pierwszym incydencie pojawił się pierwszy film, pokazujący proces puszkowania napoju. Przy okazji należy wspomnieć, że film robił wrażenie – puszka jest odwracana do góry denkiem, myta wodą pod ciśnieniem, odwracana ponownie i napełniana napojem, wszystko to w czasie poniżej 1 sekundy. Film wyemitowano w 403 stacjach i obejrzało go 187 mln widzów. W sumie PepsiCo wyemitowało 4 filmy, z których największą moc miał ten, w którym wykorzystano obraz z kamery przemysłowej ze sklepu jednego ze sprzedawców z Colorado. Widać na nim, jak kobieta wkłada strzykawkę do otwartej puszki z Pepsi.

Efekty kampanii były spektakularne, konsumenci dali się przekonać, że raporty dotyczące strzykawek i igieł w puszkach napoju były sfabrykowane. Przy okazji aresztowano kilka osób oskarżonych o zgłaszanie fałszywych reklamacji. Jednocześnie wspomniany wcześniej prezes udzielał wywiadów wszystkim programom i mediom informacyjnym. Był nawet u Larry’ego Kinga w CNN. Równolegle trwała akcja informacyjna skierowana do załogi koncernu i jego podwykonawców, sprzedawców, firm butelkujących i puszkujących Pepsi. Wszyscy byli informowani dwa razy dziennie przy pomocy faksu o rozwoju wydarzeń.

Po 11 dniach kryzys został zażegnany. Między 19 a 21 czerwca PepsiCo wypuściło w prasie krajowej następującą reklamę: „Pepsi ma przyjemność ogłosić… nic”. Spadek sprzedaży Pepsi i Pepsi Diet o 2 proc. firma odrobiła w ciągu niecałego miesiąca.

Drugi przykład to firma GitLab, która 31 stycznia 2017 roku usunęła przypadkowo dane części swoich klientów. A ponieważ nieszczęścia zwykle występują parami, nie zadziałały backupy. Firma utraciła dostęp do wielkiej ilości danych, serwis klęknął i nie wstał przez 18 godzin. Wiecie ile to 18 godzin w dobie natychmiastowego dostępu do wszystkiego? Jakoś tak jak od kenozoiku do dzisiaj. Reputacja firmy została bardzo poważnie zagrożona.

Być może umyka nam skala problemu. Postawmy się na chwilę w roli ludzi z GitLab. Nasi klienci powierzyli nam najcenniejszą rzecz – swoją własność intelektualną. Zaufali nam a my to zaufanie zawiedliśmy, tracąc ich dane. Problem dotyczy 5 tysięcy klientów i projektów wartych być może miliardy dolarów. Na domiar złego wśród naszych klientów są takie firmy jak IBM, Sony, NASA czy CERN. Instynkt podpowiada „uciekać, albo schować głowy w piasek i udawać, że nic się nie stało”.

Na szczęście dla siebie, GitLab wybrał inną ścieżkę. Zaczęli od niezwłocznego zakomunikowania problemu i opowiedzenia, co z nim robią. Do komunikacji wykorzystali tweeta, w którym napisali że przeprowadzają odpowiednie prace i że serwis będzie przez jakiś czas offline.

Następnie zrobili najlepszą rzecz, jaką można w takiej sytuacji zrobić. Nie pozostawili ludzi w niepewności, czekając aż inżynierowie rozwiążą problem, tylko utrzymali ciągłą komunikację. Dzień po incydencie opublikowali obszerne wyjaśnienie i poinformowali wszystkich użytkowników co poszło źle i jak planują problem rozwiązać. I od tego momentu komunikacja miała już charakter ciągły. Informowali, odpowiadali na pytania, stworzyli hasztag #HugOps. Ludzie nie gubili się w domysłach, nie robili fermentu w małych grupach, rozlewając go później na szerokie wody Internetu, tylko zgromadzili się na kanałach socialowych GitLab i tam uczestniczyli w rozwiązywaniu problemu na żywo.

Kojarzycie? Firma popełniła błąd i zamiast udawać, że jest najmądrzejsza i wie wszystko najlepiej, zaprosiła zgromadzonych dokoła niej klientów-profesjonalistów do pomocy. I duża część klientów poszła pomagać z wielką radością. Dostali później za to podziękowania od GitLab.

Dość nietypowym posunięciem, było podejście do sprawy z humorem. W takiej sytuacji humor może być pocałunkiem śmierci, ale tweet pracownika, który przypadkowo skasował dane został odebrany przez środowisko z sympatią. Jak tu się złościć na typa, który prawdopodobnie umiera z przerażenia ale zdobywa się na taki wpis: Jeżeli macie problemy ze skalowaniem bazy danych z powodu nadmiaru danych, prawdopodobnie mogę wam pomóc.

Szczere podejście firmy do problemu spowodowało, że reputacja firmy została ocalona. Klienci byli szczęśliwi. Z ich pomocą rozwiązano problem. A przy okazji GitLab stworzył idealny przypadek do analizy na zajęciach z zarządzania kryzysowego. To też duży plus.

Przypadek firmy Johnson&Johnson jest najpoważniejszy w tym zestawieniu. W 1982 roku siedem osób zmarło po przyjęciu super mocnej wersji środka przeciwbólowego Tylenol. Okazało się, że nie było to przedawkowanie. Ktoś otworzył opakowanie, pokrył kapsułki cyjankiem potasu, po czym prawdopodobnie podrzucił je w aptece. Sprzedaż leku zanurkowała.

Firma zadziałała natychmiast. Najpierw rozesłali do wszystkich dystrybutorów i lekarzy ostrzeżenie, żeby leku nie przepisywać, nie polecać i nie sprzedawać. A potem rozpoczęła akcję wycofywania Tylenolu z punktów sprzedaży.

Pomimo tego, że incydenty zdarzyły się w Chicago i jego okolicach, J&J wycofał 31 mln opakowań leku wartych 125 mln dolarów z całych Stanów Zjednoczonych. Na półkach nie pozostała ani sztuka Tylenolu. Równocześnie wstrzymano produkcję i zaprzestano reklamowania go w mediach. Ponadto firma cały czas współpracowała z policją i Agencją Żywności i Leków w celu złapania mordercy, oferując również nagrodę w wysokości 100 tys. dolarów.

Postawienie dobra klientów na pierwszym miejscu zjednało firmie sympatię opinii publicznej i marka nie poniosła takich strat, jakich pierwotnie wszyscy oczekiwali. Tylenol istniej na rynku do dzisiaj.

Po ogarnięciu kryzysu, lek wrócił na półki w opakowaniach odpornych na ingerencję (w tym sensie, że od razu widać, że przy opakowaniu było grzebane) i z kuponami zniżkowymi na 2,50 dolarów. Cała sprawa miała też szerszy zasięg. W 1983 roku Kongres uchwalił prawo, na mocy którego celowe i złośliwe naruszanie opakowań produktów stało się przestępstwem federalnym.

Sprawa ta jest podręcznikowym przykładem tego, jak radzić sobie z kryzysami i jako taka jest podawana za wzór postępowania w takich sytuacjach.

Tajemniczego mordercy nigdy nie złapano.

Jeszcze większą logistycznie akcję musiał przeprowadzić w 1990 roku Perrier. W butelkach wody wykryto toksyczny benzen, na szczęście w dawkach, które nie powodowały ryzyka dla zdrowia. Tak czy inaczej, firma w ciągu tygodnia wycofała z rynku 160 mln butelek swojej wody. Późniejsze szacunki wykazały, że skażonych było tylko 13 butelek z powodu błędu ludzkiego.

Są dwie wersje tej historii. W pierwszej pracownik odpowiedzialny za instalację, zapomniał wymienić filtr. W drugiej, ktoś użył środka zawierającego benzen do czyszczenia linii produkcyjnej.

Pomimo skutecznej akcji i prawie wzorowego zarządzania kryzysem, firma poniosła straty. Obrót jej akcjami został zawieszony na kilka dni a po zażegnaniu kryzysu ich cena spadła o 41 dolarów. Jak możemy się jednak przekonać patrząc na półki sklepowe, straty były chwilowe i woda Perrier jest dalej obecna na półkach sklepowych.

 
Categories

Jest szkoda, nie ma skruchy. Jak polskie marki nie radziły sobie z kryzysami

Kryzys potrafi dopaść najtwardszego zawodnika. Tym razem padło na Green Caffe Nero, którego klienci po zjedzeniu ciast pochorowali się do tego stopnia, że wylądowali w szpitalu. Feralne okazały się trzy rodzaje ciasta z kremem. U zatrutych osób zdiagnozowano salmonellę, były nawet doniesienia o sepsie. Tort bezowy strzelił w wentylator. A prezes sieci kawiarń nagrał przeprosiny. To w Polsce rzadkość jeśli chodzi o kryzysowe sytuacje.

 

Reakcja sieci była błyskawiczna. Pierwsze oświadczenia pojawiły się po pierwszych zgłoszeniach od klientów. Chwilę potem prezes Adam Ringer wydał oświadczenie w formie wideo, w którym przeprosił klientów i wytłumaczył, co się mogło stać. Nie zrzucił winy na dostawców, wziął pełną odpowiedzialność za sprawę, sieć jest w stałym kontakcie z poszkodowanymi i Sanepidem. Adam Ringer zapowiedział wypłatę odszkodowań adekwatnych do poniesionych strat.

Polacy, jak zwykle, zdania mają podzielone. Jedni mówią, że sieć świetnie radzi sobie z kryzysem i chwalą przedsięwzięte kroki. Reszta twierdzi, że za późno na płacze, mleko się rozlało, nie trzeba było trzymać ciasta w otwartych displayach, tylko w lodówkach i nic by się nie stało.

Z kawiarniami GCN sympatyzuję, bo lubię ich atmosferę. I uważam, że sprawę ogarniają całkiem dobrze. Jednak życie pokazuje, że niektóre firmy kompletnie nie rozumieją, że w dobie social mediów pożar gasi się wodą a nie benzyną. Poniżej przykłady marek, które nie potrafiły w internety.

Rzadko zdarza się, żeby firma zrobiła sobie tak spektakularny czarny PR, jak Adidas zamalowujący na czarno spory kawał muru Wyścigów Konnych na warszawskim Służewcu. Dla niezorientowanych – ten mur to od lat galeria sztuki graffiti. Starsze prace są zamalowywane, ale na ich miejsce powstają nowe wrzuty. Dlaczego marka żyjąca w znacznej mierze z miejskiej kultury młodzieżowej zamalowała jeden z pomników tej kultury, pozostaje dla wszystkich tajemnicą. Winnych nie znaleziono, bo nikt nie chciał przyznać się do tego świetnego pomysłu. Tłumaczenie Adidasa było tak kuriozalne, że aż nie do wiary. Po fakcie firma tłumaczyła, że potraktowali całą akcję, jako szansę uczczenia sztuki ulicy. Dalej nie wiem, jak planowali uczcić sztukę ulicy, zamalowując jej kilkanaście dzieł. Na tej wpadce Adidas ucierpiał tylko wizerunkowo, bo bojkot klientów skrzykujących się na Facebooku nie wypalił. Jak uczy doświadczenie, takie bojkoty rzadko kiedy odbijają się na sprzedaży.

21 marca 2013 roku wystartowała platforma satelitarna NC+, powstała w wyniku połączenia N i Cyfry+. Po zaprezentowaniu nowej oferty, w sieci zaczęła się burza. Doszły do tego trudności przy rezygnacji z pakietów i przymusowa migracja klientów z N-ki. Na profilu NC+ negatywne komentarze szły w tysiące, administratorzy nie byli w stanie ogarnąć takiego ruchu. Prawie natychmiast pojawiła się strona Anty NC+, na której liczba poirytowanych abonentów rosła lawinowo. Firma nie zrozumiała, że klient, który nie jest w stanie dodzwonić się do BOK-u, przyjdzie z reklamacją na firmowy fanpage. Nie rozumiała też, że wmawianie klientom, że drożej znaczy taniej a gorzej – lepiej, to kiepska strategia komunikacyjna. Ten kryzys pociągnął poważne konsekwencje: nadszarpnięcie wizerunku nowopowstałej marki, zmianę oferty, zwolnienie kilku osób oraz kontrolę UKOiK-u, który miał poważne wątpliwości co do legalności przymusowej migracji klientów.

Maspex, właściciel marki Tiger pokazał, że da się nadwyrężyć wizerunek produktu i wkurzyć tysiące Polaków przy pomocy jednego obrazka. Ludzie znieśli jakoś nagą kobietę na Boże Ciało. Znieśli też Dzień Lotnictwa 10 kwietnia. Cierpliwość skończyła się jednak przy Dniu Pamięci 1 sierpnia i obrazku z fuckiem z kokardką i hasłem „Chrzanić to co było, ważne to, co będzie”. Kryzys zapoczątkowany w social mediach przelał się do głównego nurtu. Środowisko dziennikarskie nie zostawiło na Maspexie suchej nitki. Posypały się oczywiście hasła bojkotu, ale jak wszyscy wiemy, bojkoty skrzykiwane na Facebooku nie działają.

Przedstawiciele marki zareagowali szybko i zrobili wszystko jak należy, ale w przypadku tak grubej rzeczy to nie wystarczyło. Oświadczenie prezesa Maspexu o tym, jak to firma nie kontrolowała obrazków stworzonych przez agencję marketingową, rozbawiło internet. Rozwiązanie umowy z agencją rozbawiło internet jeszcze bardziej. Wycofana została komunikacja marki w social mediach, pod nóż poszło konto na Instagramie, wstrzymano działania na Facebooku.

Do ratowania wizerunku Maspexu zatrudniono Filipa Chajzera, który ogłosił światu, że firma przelała 500 tys. złotych na konto fundacji działającej na rzecz powstańców. Zapowiedziano też działania naprawcze (czymkolwiek miałyby być) oraz czynne wsparcie programu edukacyjnego o PW. Agencja zwolniła ludzi odpowiedzialnych za kreację. Firma Lotos oficjalnie wycofała Tigera ze sprzedaży na swoich stacjach. Orlen zrobił to nieoficjalnie. Z kupowania produktu zrezygnowało też Polskie Radio. I tak skończyło się prymitywne granie na rozkręcenie skandalu i zrobienie buzzu.

Jedną z najbardziej żenujących rzeczy, jakie widziałem w życiu, była grafika reklamująca wódkę Żytnią. Czterech chłopa biegnie, niosąc piątego, przed nimi gna jakiś hipster w okularach, na dole obrazka podpis „KacVegas? Scenariusz pisany przez Żytnią”. W sumie nie byłoby w tym niczego bulwersującego, bo to przecież takie śmieszne, gdyby nie fakt, że za ilustrację posłużyło bardzo charakterystyczne zdjęcie. Wykonał je w 1982 roku Krzysztof Raczkowiak i przedstawia ono grupę ludzi niosących postrzelonego przez milicję członka „Solidarności” Michała Adamowicza. W wyniku ran postrzałowych głowy zmarł kilka dni później.

Polmos przeprosił, agencja przeprosiła i zwolniła pracownicę odpowiedzialną za kreację. A internet i tak wie swoje: cała akcja była próbą ominięcia zakazu reklamowania alkoholu, firma i agencja dokładnie wiedziały co robią, per saldo hajs się będzie zgadzał. Bojkotu nikt nie ogłaszał, bo Żytnia to marka egzotyczna, więc mało kto ją znał.

Chyba najbardziej brutalnym przypadkiem kiepskiego ogarniania kryzysu był niesławny overbooking w United Airlines w kwietniu 2017 roku. Linie lotnicze zawsze robiły więcej rezerwacji niż miały miejsc. Sytuacji, w których na miejscu stawia się komplet pasażerów jest na tyle mało, że liniom się takie działanie opłaca. Jeżeli komplet się stawi, pasażerom oferuje się pieniądze, darmowy nocleg i bilet na następny lot. Z reguły znajdują się chętni, bo jeżeli komuś się nie spieszy i może zarobić, to czemu ma się spieszyć i nie zarobić. Niestety, 9 kwietnia nie było chętnych na zrezygnowanie z lotu. Z jakiegoś powodu linia najpierw wpuściła pasażerów na pokład, a dopiero potem zaczęła kombinować, jakby się tu pozbyć czterech nadmiarowych osób. Wymyślili, że wyproszą przypadkowych pasażerów, bez wnikania w ich racje. Pierwsza trójka wyszła dobrowolnie, czwarty był pan doktor, który leciał do pacjenta i zrezygnować z lotu nie mógł. Został więc wywleczony siłą, przy okazji uderzył twarzą w oparcie fotela. Kryzys rozpoczął się po upublicznieniu nagrania z komórki, na którym widać, jak pokrwawiony pasażer z okularami zsuniętymi na policzki jest wleczony do wyjścia przez nieumundurowanego policjanta.

Przeprosiny prezesa linii opublikowane na Twitterze rozpaliły ludzi do białości. Zamiast w pierwszym zdaniu odnieść się do pokrzywdzonego pasażera, napisał: „I apologize for having to re-accommodate these customers.” Ludzie prawidłowo odczytali gładką korporacyjną gadkę-szmatkę, z której wynikało wszystko, tylko nie troska o klientów, i dali ognia. Zarzucili prezesowi, że nie przeprosił, podszedł do sprawy bez szacunku i fatalnie pomylił się w identyfikacji źródła problemu. Skorzystanie z odpowiedzi prosto z gotowego szablonu kosztowało firmę mnóstwo hajsu. Natychmiast po publikacji filmu, kurs akcji spadł a wraz z nim kapitalizacja firmy. O, bagatela 800 mln dolarów. Nieudolna komunikacja na początku kryzysu spowodowała również konieczność wynajęcia profesjonalistów, którzy sobie z nim poradzili.

I pomyśleć, że wystarczyło się trochę skuteczniej potargować z pasażerami.

Zdarzają się oczywiście działania łagodzące skutki kryzysu w taki sposób, że firma wychodzi po nim wzmocniona. O nich opowiem w następnej części.

 

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI! Wszystko, czego nie wiesz o obrocie akcjami

W ubiegłym tygodniu pisałem o akcjach. Dobrze poszło, w krótkim tekście dałem radę zmieścić ich definicję, prawa i obowiązki wynikające z ich posiadania. Podałem przyczyny emitowania akcji, wyliczyłem ich rodzaje, dużo wiedzy naraz. Zabrakło jednak informacji, co się właściwie z tymi akcjami robi i czy to bezpieczne.

 

Odpowiedź na pierwsze pytanie jest prosta, handluje się nimi. Zakładamy sobie konto w domu lub biurze maklerskim. Gdy jesteśmy naprawdę początkujący, dopiero się uczymy i nie zamierzamy inwestować dziesiątek tysięcy złotych, warto wybrać konto prowadzone bezpłatnie i z niskimi prowizjami od transakcji i darmowymi przelewami z konta do innych banków. Ponadto warto zdecydować się na takie, które pozwala na śledzenie kursów i wykonywanie transakcji w czasie rzeczywistym oraz oferujące analizy i opinie ekspertów.  

Wybieramy, zakładamy i zaczynamy kupować. A potem sprzedawać. W założeniu dobrze byłoby sprzedać drożej niż się kupiło. Do tego dokładamy dywidendę wypłacaną przez niektóre firmy i po roku możemy być jak Wilk z Wall Street. No tyle, że niekoniecznie.

Zwróćcie uwagę, że inwestowanie na giełdzie niektórzy nazywają graniem na giełdzie. Dobrze, gdy jest to gra w brydża. Gorzej, gdy giełda zaczyna przypominać ruletkę. Popatrzmy na plusy i minusy zabawy akcjami.

Niewątpliwą zaletą inwestowania w akcje jest szansa na ponadprzeciętne zyski, jakich nie da nam lokata czy rachunek oszczędnościowy. Trzeba jednak cały czas pamiętać, że jest to szansa. Czyli nic pewnego. Dlatego hodowanie wewnętrznego przekonania, że na giełdzie tylko zyskamy, może skończyć się sporym zawodem.

Niektóre spółki wypłacają dywidendy swoim akcjonariuszom. Jeżeli mamy akcje takich firm, możemy cieszyć się dodatkowym przychodem.

Duża różnorodność branż, w których działają spółki akcyjne pozwala nam na inwestowanie w rzeczy, na których się znamy. Każdy znajdzie coś pod siebie, coś w czym czuje się mocny. Oczywiście znajomość branży nie musi przełożyć się na nasz sukces inwestycyjny, ale zwiększajmy swoje szanse grając na tym boisku, na którym czujemy się pewnie.

Rzecz, o której wiele osób zapomina – emocje. Mogą być przyjemne, mogą być negatywne, ale grając na giełdzie możemy poczuć to coś, co czujemy, gdy postawiliśmy resztkę kasy na czarną siedemnastkę a krupier kręcąc kołem, puszcza kulę w ruch. Pamiętamy jednocześnie o tym, że emocje nie powinny być naszym doradcą. Do tego wątku wrócę jeszcze na końcu.

Same plusy?
No dobra, a gdzie wady? Bo na razie ta giełda wydaje się całkiem fajną sprawą: są pieniądze, są dodatkowe pieniądze z dywidendy, są emocje, z czasem pojawi się jacht, czerwony dywan i gorące modelki. Co może pójść nie tak?

Według mnie największą trudnością w obrocie akcjami jest konieczność ciągłego uczenia się giełdy. Jasne, spadki kursów potrafią dać w kość a patrzenie, jak kurczy się wartość naszego portfela jest doznaniem bolesnym. Jednak dla niektórych inwestorów przeszkodą nie do przeskoczenia może być wymóg ciągłego poszerzania swojej wiedzy. Bez tego nie ma mowy o sensownym inwestowaniu.

Jak wspomniałem przed chwilą, straty bolą. Z tego powodu gra na giełdzie nie jest wskazana dla ludzi o małej odporności psychicznej. Wpadamy wtedy w panikę, słuchamy podszeptów gadziej części mózgu, która mówi „uciekaj”. W tej zabawie bez zimnej krwi daleko nie zajedziemy.

W przypadku inwestycji giełdowych możemy zapomnieć o gwarancji regularnych zysków. Wiem, że to banał, ale niektórzy zdają się nie pamiętać o tym, że kursy akcji mogą się zmieniać w dwóch kierunkach.

Trend is your friend. NOT
Giełda raczej nie jest wskazana dla ludzi ze skłonnościami do zachowań ryzykownych, nałogów i hazardu. Uzależnienie od giełdy jest tematem trudno poddającym się badaniu, bo opierałoby się na deklaracjach samych zainteresowanych. Można natomiast wskazać zachowania, które sugerują uzależnienie. Są to lęki, niepokoje i problemy ze snem. Ludzie uzależnieni nie potrafią wyobrazić siebie w roli innej niż inwestor. Uporczywie myślą o sprawach finansowych, co przekłada się na nieumiejętność wypoczywania, odprężenia. No i obniża się tolerancja na przeżywanie złości. Gdy inwestor, który do niedawna był stoikiem, zaczyna toczyć pianę z byle powodu, oznacza to, że źle się dzieje.

Jak pokazują badania psychologów behawioralnych, jednym z najsilniejszych nałogów są nieregularne wzmocnienia. Mogą to być kary (strata), jak i nagrody (zyski). Inwestor nie wie kiedy i jakie wzmocnienie dostanie.

No i na koniec najważniejsza wada. Od zysków na giełdzie musimy zapłacić 19 proc. podatku.

Moja sugestia jest więc taka. Dużo czytać i analizować, korzystać ze szkoleń, uczyć się rzeczy bardziej skomplikowanych niż standardowe formułki typu „trend is your friend” czy „kupuj, gdy leje się krew”.

Początkującym inwestorom polecam trening na wirtualnej giełdzie. To chyba najlepszy sposób na sprawdzenie siebie w sytuacjach krytycznych, ocenę własnych możliwości, nabycie doświadczenia i naukę, bez ponoszenia jakiegokolwiek ryzyka. Kilka miesięcy grania wirtualnymi pieniędzmi może nam tylko pomóc w staniu się w miarę przytomnym inwestorem.

Szerokości!

 
Categories

Jak kupować, to tylko w necie i na promocji. Tak to się robi w Polsce

Umarła gotówka, niech żyje plastik! Jak zakupy, to tylko w Internecie! Wygoda i brak nachalnych sprzedawców są najważniejsze! E-sklepy najlepsze! Promocje już na mnie nie działają! Jako Polacy bardzo lubimy myśleć o sobie, jak o bardzo nowoczesnych obywatelach, którym knowania marketingowców i technologia już niestraszne Trochę tak, a trochę nie.

 

Jako konsumenci przebyliśmy długą drogę. Od systemu reglamentacyjnego i pustych półek, przez czasy umiarkowanego dobrobytu, aż po obecny, nieco ostentacyjny nadmiar. Od portfeli grubo wypchanych bezwartościowymi pieniędzmi, przez etap bycia przeddenominacyjnymi milionerami, aż po powszechne płatności kartami i telefonami komórkowymi. Jako społeczeństwo konsumpcyjne, rozwinęliśmy się błyskawicznie. A drapieżny kapitalizm i ekspansywna bankowość przemodelowały nasze nawyki zakupowe do tego stopnia, że Polak z roku 2000 patrzyłby na nas dzisiaj jak na kosmitów.

Pokochaliśmy karty płatnicze, debetowe, bankomatowe i kredytowe. Pod koniec ubiegłego roku mieliśmy ich prawie 38 mln, w tym 30 mln zbliżeniówek. Zmieniają one to, jak zachowujemy się na zakupach. Według badań, gdy przychodzi do płacenia kartą, w naszym koszyku znajduje się zawsze dużo więcej rzeczy od tego, co mieliśmy na liście zakupów. Już w latach 70-tych naukowcy dowiedli, że osoby korzystające z kredytówki lub karty debetowej w ramach jednej transakcji zwykle wydawały więcej od rozliczających się w gotówce. Jest to związane z tym, że szybciej zapominamy o wydanych sumach, gdy nie przypomina nam o nich ubytek kasy z portfela.

Schemat „a może jeszcze to mi się przyda” realizuje przy terminalu płatniczym prawie każdy z nas, brak gotówki w portfelu luzuje nam wiele hamulców. W efekcie zaczęliśmy kupować więcej nie dlatego, że potrzebujemy albo nas stać. Z kartą robimy to, bo możemy.

Rozwinięta bankowość internetowa i błyskawiczne darmowe przelewy zmieniły nie tyle nasze zwyczaje zakupowe, co płatnicze. Jeszcze 10 lat temu Poczta Polska była tym miejscem, w którym najchętniej płaciliśmy rachunki. Dzisiaj robi to na niej ledwie 22 proc. Polaków, reszta wybiera płatności przy kasach sklepowych albo przelewy internetowe. Według danych Krajowej Izby Rozliczeniowej, roczna wartość płatności kartą, smartfonem albo przelewem internetowym wynosi 4,5 bln złotych. To bardzo dużo pieniędzy, których nie trzeba już przewozić opancerzonymi furgonetkami, bo zamiast tego mkną sobie po światłowodzie.

Jednak największą zmianą, jaką obserwujemy w ciągu kilku ostatnich lat, jest wzrost popularności zakupów internetowych. Polubiliśmy je do tego stopnia, że brak e-sklepu to obecnie bardzo duże faux pas towarzyskie. Jesteśmy społeczeństwem pragmatycznym, dlatego przez jakiś czas testowaliśmy zakupy w sieci. Sprawdzaliśmy czy to aby bezpieczne, czy sprzedawca na pewno wyśle towar, czy towar nie będzie gorszej jakości niż w sklepie klasycznym i czy cyberprzestępcy nie ukradną nam naszych pieniędzy. Gdy przekonaliśmy się, że oszustwa zdarzają się nie częściej niż w przypadku sklepów stacjonarnych, rzuciliśmy się tłumnie na kupowanie online.

Według badań ponad 12 mln Polaków kupuje w e-sklepach. Kierują się przede wszystkim wygodą, możliwością zaoszczędzenia pieniędzy i większym wyborem, niż w tradycyjnym sklepie. Po krótkim okresie testowania nowego wynalazku, zrozumieliśmy że zakupy w sieci są nie tylko bardziej komfortowe, ale bezpieczniejsze i mniej skomplikowane. Próbowaliście kiedyś znaleźć drożdże piekarskie w supermarkecie?

Polacy mają zwyczaj, że na większe zakupy chodzą przygotowani. Tylko 14 proc. robi je na fristajlu, pozostali tworzą listę, przeglądają strony i gazetki, i porównują ceny w różnych miejscach. Jednak nawet najlepiej przygotowana lista i wybranie najtańszego sklepu stacjonarnego nie uchroni nas przed męką chodzenia miedzy półkami i zastanawiania się, w której alejce jest interesujący nas towar. Dlatego sklepy internetowe wygrywają walkę ze stacjonarnymi, aczkolwiek nie na wszystkich polach.

Podczas przygotowań do zakupów, u klienta bardzo często obserwuje się efekt ROPO. To skrót od Research Online, Purchase Offline i znaczy dokładnie to, co znaczy. Polega on na wyszukiwaniu produktów w Internecie, a następnie kupowaniu ich w normalnych sklepach. Jednak dotyczy to zakupów w określonych branżach. Efekt ROPO najsilniej oddziałuje w przypadku materiałów budowlanych i wykończeniowych, odzieży, dodatków, akcesoriów oraz sprzętu RTV i AGD. Jednak i tutaj Internet przyniósł zmianę, w wyniku której pojawił się efekt odwróconego ROPO. Czyli szukamy w sklepach a kupujemy przez Internet. Dotyczy to przede wszystkim kosmetyków, perfum i obuwia.

Odkąd na rynku pojawiło się Zalando, zakup odzieży czy obuwia przestał być obarczony jakimkolwiek ryzykiem. Firma przyjmuje zwroty bez zadawania zbędnych pytań a na dodatek robimy je za darmo. To jest ten moment, w którym sklep internetowy zaczyna przypominać stacjonarny z tym tylko wyjątkiem, że proces kupowania i przymierzania trwa trochę dłużej niż zwykle. Zalando nauczyło nas, że warto kupować więcej niż jedną sztukę tego samego produktu po to, żeby przymierzyć, porównać a na koniec zrealizować zwrot nadmiarowych zakupów. W roku 2017 robiło tak 15 proc. badanych, rok wcześniej tylko 6 proc.

Jednak nie tylko Internet modeluje nasze nawyki. Zmiany jakie przez ostatnie 15 lat poczyniła w naszych głowach polityka promocyjna, są imponujące. Według raportu przygotowanego przez KPMG, aż 49 proc. Polaków zwleka z decyzją zakupową do czasu startu promocji lub wyprzedaży w sklepach. Uwielbiamy promocje sezonowe, z których najchętniej skorzystałoby 88 proc. badanych. Natomiast analizując najchętniej kupowane towary, można by uznać, że sklepy obuwnicze, odzieżowe i perfumerie sprzedają rzeczy wyłącznie podczas wyprzedaży i promocji.

Płatność kartą albo zakupy przez Internet w połączeniu z promocją to mieszanka wybuchowa. Pod wpływem impulsu zakupowego i emocji kupujemy dużo więcej, niż chcieliśmy. Co drugi badany przyznał, że w trakcie zakupów podczas promocji, kupił inne, nieplanowane wcześniej rzeczy. Łatwość, z jaką dajemy sobą manipulować jest trochę przerażająca. Sprzedawcy nie powiedzieli ostatniego słowa. Najciekawsze wciąż przed nami.

 

 

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Akcje spółki. A na co to komu?

W poprzednim odcinku opisałem pokrótce obligacje, dzisiaj zajmiemy się bardzo podobnymi (ale jednak różnymi) papierami wartościowymi. Akcje, bo o nich mowa, rozpalają wyobraźnię początkujących inwestorów, którzy wierzą, że to właśnie im uda się strzał życia, zainwestują w dołku, wyjdą na szczycie i będą mogli wachlować się plikami Sobieskich.


Definicja akcji jest porywająca niczym instrukcja obsługi pralki po węgiersku, więc przetłumaczę wam ją na polski. Akcja to papier wartościowy, dzięki któremu zyskujemy jako akcjonariusz uczestnictwo w spółce. Nabywamy też prawa i obowiązki akcjonariusza. Pojedziemy po kolei, najpierw prawa majątkowe, jakie daje nam posiadanie akcji.

Dzięki nim mamy prawo do dywidendy. Jest to udział w tej części zysku spółki, który został przeznaczony do podziału między akcjonariuszy. Oczywiście może się zdarzyć, że spółka zysk reinwestuje i dywidendy nie będzie. Mamy też prawo do udziału w podziale majątku spółki w przypadku jej likwidacji. Te dwa prawa nie mogą nam zostać odebrane ani przez statut, ani uchwałę akcjonariuszy.

Kupując akcję zyskujemy też prawo do poboru akcji w przypadku nowej emisji. To prawo może już zostać ograniczone lub wyłączone, jeżeli leży to w interesie spółki. To były prawa majątkowe, teraz szybko przelecimy przez prawa niemajątkowe, dzięki którym dostajemy bierne prawo głosu. Oznacza to, że możemy zostać wybrani do zarządu albo rady nadzorczej.

Mamy również prawo uczestniczyć w walnym zgromadzeniu. Jednocześnie dostajemy prawo do zaskarżania uchwał zgromadzenia. Skarżyć możemy uchwały niezgodne z prawem, sprzeczne ze statutem, godzące w interes spółki, służące pokrzywdzeniu akcjonariuszy czy sprzeczne z dobrymi obyczajami.

Możemy żądać udzielenia informacji na walnym zgromadzeniu lub poza nim. I najciekawsze według mnie prawo niemajątkowe, czyli możliwość wystąpienia z powództwem o naprawieniem szkody wyrządzonej spółce, w sytuacji gdy spółka takiego powództwa nie wytoczy.

Jak widać posiadanie akcji daje nam mnóstwo praw. A jakie mamy obowiązki? Musimy za akcje zapłacić, a w przypadku gdy akcja nakłada na nas obowiązek świadczenia niepieniężnego, musimy je zrealizować.

Może nam się wydawać, że akcja jest akcja. Otóż niekoniecznie, prawo polskie wyróżnia aż osiem ich rodzajów, z których omówię najciekawsze. Akcje imienne i na okaziciela. Te pierwsze dają uprawnienia tylko tej osobie, która jest wskazana na akcji z imienia, nazwiska bądź nazwy firmy. Akcje na okaziciela to te, które wszyscy kojarzymy jako akcje. Czyli wszelkie prawa wynikające z ich posiadania przysługują temu, kto trzyma je w portfelu. A właściwie w systemie komputerowym, bo aktualnie akcje mają zazwyczaj postać zdematerializowaną.

Mamy też akcje uprzywilejowane, które są przy okazji akcjami imiennymi. Jak sama nazwa wskazuje, dają nam przywileje dotyczące wybranych albo wszystkich praw wynikających z akcji. Może to być na przykład wyższy udział w dywidendzie albo więcej głosów na walnym.

I na koniec akcje nieme, które nie dają nam prawa głosu na walnym, ale w zamian za to dostajemy przywilej wyższej dywidendy i pierwszeństwo w jej wypłacie. Czyli mamy ograniczone prawa niemajątkowe a uprzywilejowane majątkowe.

Akcje gotówkowe, aportowe, założycielskie i takie, do których przypisany jest obowiązek powtarzających się świadczeń niepieniężnych wymieniam dla porządku, bo one nas interesować nie będą.

Po co spółki emitują akcje? Ano po to, żeby pozyskać środki na inwestycje i dalszy rozwój. To samo ma miejsce w przypadku obligacji, ale jak pamiętamy z poprzedniej części, obligacje nie dają nam tak szerokich praw majątkowych, jak akcje.

Historycznie rzecz biorąc, akcje to leciwy papier. Prekursorem była pierwsza międzynarodowa korporacja, czyli Holenderska Kompania Wschodnioindyjska, która wyemitowała akcje ponad 400 lat temu. Zebrane pieniądze dyrektorzy zainwestowali mądrze, czyniąc ze swojej korporacji prawdziwą potęgę, konkurującą bez kompleksów z Wielką Brytanią i ich Brytyjską Kompanią Wschodnioindyjską. O skali ich działania niech świadczą liczby: mieli 150 statków handlowych, 40 okrętów, 50 tys. pracowników i dziesięciotysięczną armię.

Dzięki akcjom prywatna firma mogła w końcu pozwolić sobie na wydatki, na które do tej pory było stać jedynie państwo.

W kolejnym odcinku opowiem o tym, gdzie kupować akcje i że ich posiadanie daje nam tyle samo szans co ryzyk.

 
Categories

Tanie wakacje. Jak zwiedzić świat za skandalicznie małe pieniądze?

Wakacje. Znowu ruszymy w Polskę i w świat, żeby zwiedzać, oglądać, zachwycać się i lenić. My, Polacy nie bronimy się przed wypoczynkiem. Lubimy wyciągnąć się na leżaku na plaży i naładować akumulatory przed powrotem do pracy. To, czego nie lubimy to przepłacać.

 

Według badań co roku na urlop rusza około 60 proc. Polaków. W tej grupie połowa wybiera wypoczynek zagraniczny. W roku 2016 na takie wyjazdy wydaliśmy 33,6 mld złotych, w tym 20,6 mld na wyjazdy długookresowe (powyżej pięciu dni). W trakcie podróży zagranicznych najwięcej zapłaciliśmy za transport (6,7 mld),  zakwaterowanie (5,6 mld) i wyżywienie (4,5 mld). Do talerza nikomu nie będziemy zaglądać, bo każdy na wczasach je co chce i za ile chce. Ale na zakwaterowaniu i lotach możemy łatwo zrobić duże oszczędności, nie jest wymagany wielki wysiłek a jedynie chwila wolnego czasu.

Zacznijmy od tego, że jest drogie podróżowanie, tanie podróżowanie i skandalicznie tanie podróżowanie. Gdy mamy dużo pieniędzy, rezerwujemy lot dokładnie w to miejsce, w które chcemy lecieć i na konkretny termin. I się nie przejmujemy.

Gdy chcemy podróżować tanio, musimy zdobyć się już na pewną elastyczność. Być może trzeba będzie przesunąć o tydzień urlop. Być może trzeba będzie zdecydować się na ekscentryczny termin od wtorku do następnej środy. No i być może zamiast wizyty w Hiszpanii trzeba będzie zdecydować się na południe Francji.

Gdy chcesz podróżować skandalicznie tanio, zapominasz o tym, że znajdziesz lot na dokładnie ten okres, w którym chcesz gdzieś lecieć. Zapominasz też o bardzo tanich lotach w miejsce, do którego chcesz lecieć. Bo skandalicznie tanio lecisz nie tam, gdzie chcesz, tylko tam, gdzie powiedzie cię linia lotnicza.

Pierwszy krok w drodze do elastyczności uczyniliśmy, teraz poszerzamy swoją strefę komfortu. Bardzo tanie latanie wymaga mobilności i żeby polecieć gdzieś dalej, musimy wybrać połączenie z przesiadkami. Albo start nie spod domu, tylko z Lwowa. Lub Amsterdamu. I wtedy Tokio za siedem stówek jest możliwe.

Jak już się pogodzimy z faktem, że nasz urlop nie będzie od linijki tylko na spontanie, przechodzimy do spraw technicznych.

Rzeczą najprostszą i podstawową są wyszukiwarki połączeń. Do wyboru mamy w tej chwili mnóstwo narzędzi: Cheapflights, Flipo, Fly4free, Google flights, Kayak, Momondo, Skyscanner. To żadna wiedza tajemna, wszyscy z nich korzystają. Tylko czasami mam z tymi wszystkimi wyszukiwarkami jeden problem. Coraz częściej oferują mi konkretny lot drożej niż na stronie przewoźnika. Dlatego sugeruję, żeby nie ograniczać się li tylko do wyszukiwarek i czesać również strony linii lotniczych.

Jeżeli nie mamy sprecyzowanych planów a chcielibyśmy polecieć w jakieś fajne miejsce, pozwólmy innym poszukać za nas. Można dodać na Facebooku do obserwowanych takie profile jak Tanie Loty, Fly4Free czy Mleczne Podróże . Nie są to jakieś oszałamiające promocji, ale po pierwsze robotę odwala za nas ktoś inny, po drugie czasami można tam coś jednak trafić.

Wracając do wątku linii lotniczych. Zapiszcie się do ich newsletterów. To prawdziwe bogactwo najświeższych informacji. Żeby podróżować za złotówkę, trzeba być na bieżąco. Wiele linii oferuje regularne promocje, sezonowe wyprzedaże i informuje o nowo uruchomionych trasach. Praktycznie u każdego przewoźnika pierwsze rejsy w nowe miejsca można dostać w cenach tak bardzo okazyjnych, że nie uwierzycie.

Przyglądając się uważnie ofertom linii lotniczych możemy znaleźć tzw. błędy rezerwacyjne. To jest wtedy, gdy w wyniku błędu ludzkiego lub systemu komputerowego do oferty trafiają przeloty za ułamek ceny. Możemy trafić na „przeceny” rzędu nawet 80 proc. Bardzo rzadko zdarza się, żeby przewoźnik takie bilety anulował, straty finansowe na takim locie można odrobić w dobę, straty wizerunkowe mogą być niepowetowane. Ale tutaj potrzebujemy szczęścia i refleksu. No i oczywiście nie ma co liczyć, że będzie to ten kierunek i ten termin, który zaplanowaliśmy z wyprzedzeniem.

Programy lojalnościowe. Niektórzy słysząc pytanie „czy jest karta Biedronki” dostają drgawek, inni zapisują się do wszystkiego, co wpadnie im w ręce. W tym przypadku warto przystępować do tych programów, które pozwalają zbierać mile. Jak ich nazbieramy dużo, możemy je wymienić na darmowe loty, które normalnie wymagałyby od nas zaciągnięcia kredytu.

Często za odbyty lot można dostać nawet do 100 proc. mil. Ale to raczej w klasie biznes. Odpalamy excela i orientujemy się, że dopłata do biznesu na długiej trasie da nam taki bonus, że opłaci nam się teraz zapłacić więcej, żeby za mile uzyskane w ten sposób odebrać sobie później jeszcze więcej. Planujmy w dłuższej perspektywie a nie tylko w ramach jednej podróży.

Fora internetowe to niewyczerpane źródło informacji. Wiem, że wszyscy teraz siedzą na Facebooku i chodzenie po obcych stronach nie bardzo ich kręci, ale warto poszukać miejsc, gdzie ludzie którzy zęby zjedli na tanich podróżach dyskutują i dzielą się wiedzą.

Latanie z bagażem podręcznym obniża koszty i gwarantuje, że nasze rzeczy zawsze dolecą z nami, czego nie możemy być pewni w przypadku bagażu lądującego w luku.

Pamiętajmy, że miesiące wakacyjne to najgorsza pora na tanie podróżowanie. Pamiętajmy również, że trzaskający mróz u nas to miłe 25 stopni w innych strefach klimatycznych. Wszyscy to niby wiedzą, a i tak 40 proc. podróży zagranicznych w 2016 roku wykonaliśmy między czerwcem a sierpniem. Indeks sezonowości zmniejsza się, ale i tak w kwietniu czy w listopadzie nie ruszamy się praktycznie z domu.

Połączenia z przesiadkami to temat rzeka. Tutaj wspomnę tylko o tym, że w USA albo w Azji możemy często spotkać się z sytuacją, że taniej jest dolecieć do dużego portu, na który trafiliśmy promocję, ale nie jest on naszym celem. Do celu bowiem polecimy tanimi liniami lokalnymi. Na niektórych kierunkach nie fiksujmy się na osiągnięciu mety już w pierwszym skoku, bo najczęściej przepłacimy.

Niektóre linie specjalizują się w lotach w określonych, bardzo konkretnych kierunkach. Jeżeli jesteśmy fanami Bliskiego Wschodu, to najszybciej znajdziemy tanie połączenie na stronie przewoźnika Pegasus. W trzy minuty wyklikałem przelot we wrześniu, w obie strony do Tel-Avivu za 400 złotych. Lot jest z Berlina, do którego możemy pojechać autobusem albo poszukać taniego połączenia lotniczego. Autobus w obie strony kosztuje 200 zł, co razem daje sześć stówek. Oczywiście taka drożyzna wzbudzi śmiech u wyjadaczy, ale w porównaniu z ofertami z wyszukiwarek lotów to taniocha.

Wbrew powszechnej opinii, półroczne wyprzedzenie wcale nie gwarantuje najniższej ceny.

Nie latajmy w weekendy, planujmy urlop od środy do następnego czwartku.

Polowanie na promocje to sport. Schodzą w kilka minut, wygrywa najszybszy, nagroda jest warta wysiłku. Włączcie powiadomienia z facebookowych profili wyszukiwarek tanich lotów.

Nie skreślajcie biur podróży. W ich ofercie można znaleźć bardzo tanie przeloty czarterowe, zazwyczaj są to oczywiście lasty, więc ta metoda nie nadaje się do podróży pieczołowicie zaplanowanych i rozrysowanych.

Przelot w tę i z powrotem jest oczywiście komfortowy. Ale jak chcemy fruwać tanio, zapoznajmy się z terminem Open Jaw. To połączenie, w którym lądujemy w jednym miejscu, ale wracamy do domu już z innego. Rozwiązanie idealne w przypadku zwiedzania objazdowego. Jeżeli chcemy obejrzeć kawałek Stanów Zjednoczonych, lądujemy na JFK a potem prujemy w dowolnie wybranym kierunku wynajętym samochodem (przy czym obowiązkowe jest posiadanie międzynarodowego prawa jazdy) i nie przejmujemy się tym, czy wyrobimy się ze wszystkim, żeby na czas wrócić do Nowego Jorku. Bo widzicie, będziemy wracać do kraju z Nowego Orleanu czy dokąd nas poprowadzi droga. Oczywiście takie latanie wymaga dużo więcej planowania, ale też daje dużo więcej swobody w podróży. I jest tańsze.

Jeżeli chodzi o sam pobyt na miejscu, to wiele wam nie podpowiem. Sam korzystam z serwisów Booking i Airbnb, które zna każdy.

Jeżeli na Booking szukamy hotelu, interesujące nas oferty należy bezwzględnie sprawdzić bezpośrednio w hotelu. Bardzo często u źródła jest taniej.

Jeżeli nie szukacie luksusów, rozejrzyjcie się za hostelami. Dla najbardziej oszczędnych podróżników pozostaje couchsurfing, który ma te zalety, że jest praktycznie darmowy i daje okazję poznania fantastycznych ludzi.

Pamiętajmy, że wszędzie możemy negocjować cenę już na miejscu.

Jeżeli wyjeżdżamy w miesiącach wakacyjnych i chcemy wynająć na miejscu samochód, zróbmy to dużo wcześniej. I tak będzie drogo, ale nie aż tak, jak dwa tygodnie przed wylotem. Jeżeli podróż zaplanowaliśmy na listopad, nie ma pośpiechu. W terminach mniej turystycznych, wypożyczalnie niemalże dopłacają, żebyśmy wzięli od nich auto i rezerwować można praktycznie z dnia na dzień. W tym roku byłem na tygodniowym urlopie w kwietniu i z zaledwie kilkudniowym wyprzedzeniem samochód wynajęliśmy za 218 złotych.

Jeżeli chcemy, żeby nasza podróż była naprawdę tania, pamiętajmy o ubezpieczeniu się. To zaskakujące, jak często ludzie zapominają o tej podstawowej rzeczy. Ewentualnie wybiera ubezpieczenie, które jest źle dopasowane. Czytajmy warunki, dopasujmy warunki polisy do ryzyka i charakteru naszej wycieczki. Jeżeli chcemy wypoczywać pod palmą, nie ma sensu przepłacać za polisę uszytą dla turystów planujących sportowy wyjazd.

Podczas wyjazdów do Unii karta EKUZ jest czymś tak oczywistym, jak pieniądze w portfelu.

Szerokości!

PS. Podczas pisania tekstu nieocenionymi radami służyły mi trzy podróżniczki, które znają temat jak mało kto. Dlatego z tej strony chciałem podziękować Katarzynie Maniszewskiej, Małgorzacie Morańskiej i Reginie Skibińskiej za cierpliwe znoszenie mojego nerwowego ględzenia i wyrozumiałość, gdy zadawałem nie do końca przytomne pytania.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Obligacje. Bezpieczne inwestycje, na których możemy dużo stracić

Ponieważ od kilku tygodni głośno o firmie GetBack, dzisiaj napiszę kilka zdań o obligacjach. Niektórzy cały czas myślą, że jeżeli papier nazywa się „obligacja” to jest bezpieczny i można go kupować w ciemno. Jak uczy przykład niefortunnie inwestujących w GetBack, nie zawsze i nie do końca.

Najkrócej mówiąc, obligacje są formą pożyczania pieniędzy z rynku w formie innej niż pożyczka, kredyt czy emisja akcji. Trudno ocenić, czy wyemitowanie obligacji jest łatwiejsze od pozyskania kredytu komercyjnego, na pewno są one tańsze.

Co do definicji, obligacja jest papierem wartościowym, w którym strona emitująca stwierdza, że jest dłużnikiem nabywcy, zwanego elegancko obligatariuszem. Emitent zobowiązuje się do spełnienia określonego świadczenia, najczęściej pieniężnego. Co oznacza, że po określonym terminie wykupi od nas taką obligację, płacąc nam jej cenę i dodatkową premię. Ta premia to zysk kupującego.

Obligacje ze świadczeniem niepieniężnym mogą dotyczyć na przykład przeznaczenia obligacji komunalnej na wykup mieszkania od gminy i uzyskania zniżki w cenie.

Obligacje możemy sobie dzielić w zależności od tego, jaki mają okres wykupu, na ich wartość sprzedaży, dodatkowe opcje, poziom ryzyka inwestycyjnego i emitenta. Skoncentruję się na tych dwóch ostatnich.

W powszechnej świadomości pokutuje przekonanie, że obligacje emituje Skarb Państwa i z tego powodu są to papiery bezpieczne. O tym, jak bezpieczne były kwity wyemitowane przez Grecję czy ostatnio Argentynę i Wenezuelę, możemy się przekonać, patrząc na to co się tam działo lub aktualnie dzieje. Ale zasadniczo to prawda, że obligacje państwowe są bezpieczne, gdyż całe kraje stają się niewypłacalne bardzo rzadko.

Jednak obligacje może emitować również samorząd terytorialny, a o bankructwo gminy już łatwiej. Najciekawszym i potencjalnie najbardziej zyskownym papierem spośród obligacji są obligacje korporacyjne, emitowane przez przedsiębiorstwa. Na nich można zarobić najwięcej, ale też najłatwiej stracić. Nawet duża, stabilna firma może popaść w kłopoty i się wyłożyć, o czym świadczy choćby przykład firmy GetBack.

Jak wspomniałem, obligacje można też podzielić ze względu na poziom ryzyka inwestycyjnego. Tutaj na pomoc przychodzą nam agencje ratingowe, które oceniają firmy i instrumenty finansowe właśnie ze względu na ryzyko. Zaufanie do agencji zostało podkopane podczas kryzysu finansowego w roku 2008, gdy przyznawały najwyższe oceny papierom ryzykownym a nawet śmieciowym. Niestety, na razie nie wymyślono niczego lepszego, więc bazujemy na ich ratingach.

I tak z jednej strony mamy obligacje wolne od ryzyka albo oceniane bardzo wysoko, których emitentami są rządy państw i organizacje ponadnarodowe. Na przeciwnym biegunie są tzw. obligacje śmieciowe. Inwestycje w nie są niebywale ryzykowne, ale jednocześnie mogą przynieść ponadprzeciętny zysk. I od naszej strategii inwestycyjnej zależy na jaki sposób zarabiania się zdecydujemy – bezpiecznie ale z niewielką premią, czy raczej duże ryzyko z nadzieją na duże pieniądze.

Czym się różnią obligacje od akcji?
No dobra, mówimy o tych obligacjach, a czym niby one się różnią od akcji? Jedno i drugie to papier wartościowy, możemy w nie inwestować, gdzie różnice?

Obligacje nie dają posiadaczowi żadnych uprawnień względem emitenta, dotyczących współwłasności firmy, wypłacanej dywidendy czy możliwości uczestniczenia w walnych zgromadzeniach. Kupując obligacje nie zyskujemy ani władzy, ani wpływu, ani prawa do wypłaty dywidend. Jak wspomniałem na wstępie, emisja obligacji jest jednym z wielu sposobów finansowania i stanowi alternatywę dla kredytu albo pożyczki.

Jaki pożytek ma z tego emitent? Pozyskuje pieniądze taniej i łatwiej niż z kredytu. Ma możliwość ustalenia oprocentowania, częstotliwości wypłaty odsetek czy możliwości wcześniejszej częściowej lub całkowitej spłaty obligacji. Dla kupującego z kolei obligacja to możliwość uzyskania odsetek wyższych od tych z lokat bankowych.

Inwestowanie w obligacje jest dość bezpieczną grą, ale miejmy świadomość, że na niej też możemy stracić. Zwłaszcza w sytuacji, gdy namawia nas na nie „doradca” inwestycyjny, który zapomina wspomnieć, że nasze pieniądze pożyczymy nie państwu a firmie. Pamiętajcie – zawsze dopytujcie o szczegóły, drobny druk czytajcie przynajmniej trzy razy a lista ostrzeżeń publicznych KNF waszym najlepszym przyjacielem.

 
Categories

E-mobilność nadejdzie, czy tego chcemy, czy nie. Kiedy i za ile?

Pojazdy elektryczne przyszłością są i basta. Ropa i benzyna to przeżytek. Tradycyjne paliwa dewastują środowisko. Tylko prąd nas uratuje. Stacje ładowania będą na każdym rogu Polski gminnej i powiatowej. Pędzimy w świetlaną przyszłość bez spalin, benzo(a)pirenu, pyłu zawieszonego, CO2 i innych trucizn. Tyle, że wolniej od reszty.

 

Cała Dolina Krzemowa jeździ Teslami. Nie miałbym nic przeciwko, by w jej ślady poszły Warszawa, Toruń czy nawet Zgierz. Do prac zerwali się parlamentarzyści. Jest projekt ustawy, a jego założenia wydają się bardzo optymistyczne. Jednak na przeszkodzie stoją, jak zwykle pieniądze. Zobaczmy jak to w skrócie wygląda, skoncentruję się na transporcie indywidualnym.

27 kwietnia 2017 roku opublikowany został projekt ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Proponuje się w nim konkretne formy realizacji i kalendarz wprowadzania przepisów, które mają zachęcać nas do przechodzenia na zeroemisyjne formy transportu. Jednocześnie formułuje zasady zapewnienia odpowiedniej infrastruktury, czyli punktów ładowania. Brzmi ładnie, ale na przeszkodzie stoją, jak zwykle pieniądze.

Jeżeli chodzi o infrastrukturę, zapłaci za wszystko sektor energetyczny, samorządy, zarządy dróg samorządowych i krajowych. Czyli kasa wyfrunie z naszych kieszeni w takiej (podatki), czy innej (podwyższone opłaty za prąd) formie. Do pojazdów elektrycznych ma się stopniowo przesiadać administracja państwowa i samorządowa (za nasze pieniądze). Czarno widzę te przetargi. Zwiększyć ma się liczba autobusów elektrycznych w transporcie publicznym, co mnie cieszy. No i oczywiście wsparcie ma być skierowane do ewentualnych kierowców indywidualnych, chętnych na zakup elektryka.

Projekt zakłada możliwość odpisu z tytułu amortyzacji, pojazdy elektryczne mają mieć zerową akcyzę, być może gminy wprowadzą strefy zeroemisyjne, do których elektryki wjadą za darmo. Kolejne zachęty to miejsca parkingowe tylko dla pojazdów elektrycznych i gazowych oraz zwolnienie ich z opłat za parkowanie w strefach płatnych. Rozważa się też wpuszczenie tego typu samochodów na buspasy.

Założenia dotyczące rozwoju światowego segmentu aut elektrycznych są optymistyczne. Bank Morgan Stanley prognozuje, że do 2025 roku ich sprzedaż na świecie sięgnie 7 mln sztuk rocznie, co zwiększy ich udział do 7 proc. pojazdów na drogach. Bardziej optymistyczne szacunki banku Exane BNP Paribas mówią nawet o 11 proc. Byłby to gigantyczny skok, bo w tej chwili globalnie wskaźnik ten wynosi poniżej 1 proc.

Od elektryczności odwrotu nie ma, niektóre z najbardziej brutalnych projektów przewidują wprowadzenie regulacji uniemożliwiających rejestrację pojazdów spalinowych. W awangardzie prze Norwegia, która przymierza się do tego od roku 2025. Niemcy z kolei szykują ten ruch na rok 2030. Dlatego nie ma sensu pytać czy elektromobilność indywidualna się upowszechni, bardziej zasadne jest pytanie „kiedy?”. Oraz „za ile?”.

Ministerstwo Energii zakłada optymistycznie, że upowszechnienie aut elektrycznych nastąpi stosunkowo szybko i już w roku 2025 po polskich drogach ma bezszelestnie sunąć milion bryczek na prąd. W 2016 roku zarejestrowano u nas 556 samochodów elektrycznych.

Pozwólmy tej liczbie wybrzmieć. Pięćset pięćdziesiąt sześć aut, które stanowią 0,4 proc. ogółu samochodów elektrycznych zarejestrowanych w 2016 roku w UE. Jednocześnie auta elektryczne w 2016 stanowiły 0,1 proc. ogółu samochodów zarejestrowanych w Polsce. Tego typu pojazdy to ekstrawagancja i margines marginesów.

Przyczyny są proste – brak zachęt finansowych, premiujących chętnych do zakupu elektryków. Brak infrastruktury do ładowania, mamy tylko 300 punktów w całym kraju. No i niska świadomość ekologiczna rodaków, którzy dla oszczędności potrafią wyciąć zużyty katalizator i filtr cząstek stałych. Nie będzie przecież Polak montował do dwudziestoletniego szrota nowych elementów, kosztujących tyle, co jego bryka.

Czyli oczywiście elektromobilność to przyszłość. Wiele wskazuje na to, że dotrze do nas  trochę później niż u sąsiadów z UE. No bo drogo. Samochody elektryczne są w ramach tej samej klasy pojazdu prawie dwukrotnie droższe od spalinowych. Jeżeli chcemy sobie policzyć koszty eksploatacji elektryka, musimy uwzględnić różnicę w cenie. I nawet jeżeli sprzedawca da nam dobrą promocję a koszt przejechania 100 km na prądzie jest dużo niższy niż na benzynie, to w perspektywie kilkuletniej samochód elektryczny jest droższy od spalinowego.

Zespół Doradców Gospodarczych TOR opracował w maju 2017 roku raport, który podsumowuje sytuację w Polsce. Znalazło się w nim również porównanie kosztów jazdy oboma typami aut. Analiza zakłada ceny katalogowe samochodów, zakup na kredyt, trzyletni okres umowy, wkład klienta w wysokości 10 proc. ceny pojazdu, przebieg roczny 20 tys. km (wynika to z badań IBRIS) i pomija koszty ubezpieczenia. Co oznacza, że koszt przejechania 1 km uwzględnia koszty raty miesięcznej oraz średniego kosztu paliwa i ładowania na 100 km.

W takim układzie koszt przejechania 1 km zwykłym samochodem wynosi 1,37 zł a elektrykiem 1,77 zł. Czyli jest o 29 proc. droższy. Gdyby rząd wprowadził ulgi za zakup aut elektrycznych i na przykład odpuścił akcyzę, koszt 1 km wyniósłby 1,72 zł. Niewiele lepiej. A gdyby fiskus darował nam i akcyzę i VAT? Wtedy 1 km kosztowałby 1,41 zł. I dopiero wtedy wszystko zaczęłoby mieć sens.

Projekt ustawy zakłada subwencjonowanie zakupu elektryków. Jeżeli rząd faktycznie zdecyduje się na wdrożenie projektu elektromobilności, uruchomi system bezpośrednich zachęt, obejmujący zwolnienie z akcyzy i podatku VAT, i zacznie rozbudowywać sieć punktów ładowania, kierowcy kupujący nowy samochód mogą zacząć rozważać wybór pojazdu elektrycznego. W przeciwnym wypadku wszystkich nas zabije smog.

Na zdjęciu Tesla Roadster ze stajni Elona Muska, źródło: Tesla.com