Categories

Cztery piwka na stół? Milenialsi mówią “niekoniecznie”

Na określenie kursu, na którym znajdują się ostatnio milenialsi, Amerykanie mają ładne określenie. Killing spree tłumaczy się różnie, może to być morderczy szał, szał zabijania albo seria zabójstw. Tym razem milenialsi przetoczyli się walcem przez rynek piwny. Rozumiecie? Nie interesuje ich małe jasne z pianką. Granice zezwierzęcenia zostały przekroczone.

Z nieba leje się żar, powietrze o gęstości melasy stoi w miejscu i oblepia wszystko, wentylatory nie nadążają go mielić, takie jest gęste. Czy w takiej sytuacji może być coś lepszego od kufla zimnego piwa? Okazuje się, że a i owszem. Młodzież nie chce pić browara, zamiast tego wybiera wino i lepkie drinki. Ich decyzje łatwiej zrozumieć, gdy mówimy o amerykańskim piwie, ale mimo wszystko, źle się dzieje w państwie duńskim.

Rok 2017 przyniósł amerykańskiej branży piwnej dotkliwe ciosy. Penetracja rynku w stosunku do roku poprzedniego zmalała o 1 proc. Piwa rzemieślnicze zbierają coraz większy kawałek sprzedaży i wartościowo ich sprzedaż wzrosła o 5 proc. Sprzedaż piwa z importu podskoczyła o 3,2 proc. Pomimo tych wzrostów, cały rynek spadł o 1,2 proc. Niby nic, ale pamiętajmy, że rozmawiamy tutaj o przemyśle, który w ubiegłym roku był wart 111,4 miliarda dolarów. Co oznacza, że gdzieś się zapodziało 1,34 mld.

Strzał po kieszeni jest bardzo dotkliwy, zwłaszcza w sytuacji, w której branża utrzymuje się na powierzchni głównie dzięki potężnym budżetom reklamowym. Z moich estymacji wynika, że amerykańscy producenci piwa wydali na reklamę w samym USA w 2017 roku około 1,5-2 mld dolarów. Badania wskazują, że reklama nie zwiększa spożycia, buduje natomiast świadomość marki i kreuje przyzwyczajenia konsumpcyjne. Okazuje się, że całe te wydatki psu na budę, bo milenialsi preferują krafty, które najczęściej są produkowane przez lokalnych przedsiębiorców. Tych nie stać na reklamę, ale w sprzedaży pomaga im moda. Korzystają więc z niej ile sił i koszą coraz większy pieniądz. Wspomniałem wcześniej, że wartościowo sprzedaż piw kraftowych skoczyła o 5 proc. Nie powiedziałem natomiast, że krafty mają w tej chwili 23,3 proc rynku piwa w Stanach.

To nie koniec. Miliardy wydane na tworzenie świadomości marki są w przypadku milenialsów pieniędzmi straconymi. Ci niewdzięczni gówniarze oglądają reklamy, po czym wykazują skrajną niewdzięczność i gdy przychodzi do zarekomendowania komuś piwa (a wiemy, jak ważne są testimoniale i rekomendacje znajomych), praktycznie nie wskazują piw koncernowych. Nic tylko krafty i krafty. Ewentualnie koncerniaki zamaskowane jako piwa rzemieślnicze. Taka ciekawostka, milenialsi chętniej niż reszta populacji polecali takie marki jak Stella Artois, Dos Equis XX czy Shock Top. Te nazwy brzmią bajerancko, w odróżnieniu od Budweisera, Heinekena, Coorsa czy Millera, które ewidentnie nie są piwami z ich bajki.

Skoro więc nie chcą pić taniego piwa, co teraz kręci młodzież? Wybaczcie kiepski kalambur, ale to pokolenie winne. Ostatnie badania rynku w USA pokazują, że 79 milionów milenialsów wypiło w 2015 roku 159,6 mln skrzynek wina. Amerykańskie miary muszą się oczywiście różnić od ludzkich, więc wam to przełożę – 159,6 mln skrzynek to 1,92 mld butelek albo 1,44 mld litrów wina. Milenialsi odpowiadają za 42 proc. spożycia wina w Stanach.

A że chętniej sięgają po wino z plastikowymi zatyczkami, zakrętkami albo w kartonach, prawie zabili segment produkujący korki do wina.

A co u nas? Wiadomo, młodzież gardzi koncernowymi piwami, bo jakoś się trzeba wyróżniać. A że przy okazji większość popularnych piw nie nadaje się do picia, mają łatwiej. Nie przekłada się to jednak na wyniki branży. Trzech największych producentów podzieliło miedzy siebie 83 proc. rynku wartego w ubiegłym roku 15,5 mld zł. Polacy piją od kilku lat tyle samo, średnio po 99 litrów rocznie na osobę, co daje nam czwarte miejsce w Europie. Pod względem produkcji zajmujemy w UE miejsce trzecie. Oraz okazuje się, że jesteśmy jednak tradycjonalistami i sięgamy po marki znane i lubiane od lat. Piwa rzemieślnicze mają w Polsce 0,5 proc. rynku. I chociaż to dalej około 75 mln złotych, to jednak krafty, pomimo dynamicznych wzrostów, nie zrobiły u nas szalonej kariery.

Wino sprzedaje się bardzo dobrze wśród milenialsów, ale z rynkiem wartym w ubiegłym roku 2,6 mld złotych ma jeszcze sporo do nadrobienia.

I znowu okazało się, że nasi milenialsi nie są zbyt skuteczni w swoim morderczym szale. W Polsce do śmierci piwa droga daleka, za bardzo nam małe jasne smakuje.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Mówią, że wszystko ma swoją cenę

Czym jest cena wiedzą wszyscy. To ta cyfra napisana na kawałku papieru, która jest zawsze za duża. I w sumie to prawda. My jednak jak zwykle nie pójdziemy na aż taką łatwiznę i zapoznamy się z innymi sprawami związanymi z tematem.

Definicyjnie sprawa jest prosta, cena to określona wartość wyrażona w pieniądzu, będąca równowartością danego dobra. Kupujący musi sprzedającemu zapłacić równowartość ceny, dla sprzedawcy cena stanowi źródło przychodu. O czym jeszcze musimy pamiętać, rozważając o cenach?

Warto mieć świadomość, że wyznacza ona taką wartość dobra, przy której zarówno nabywca, jak i sprzedawca chcą dokonać transakcji. Co oznacza również, że ceny koordynują decyzje rynkowe podejmowane przez nabywców i sprzedawców. Jak być może pamiętamy z odcinków o podaży i popytu, wyższe ceny skłaniają do produkcji, zmniejszają zakupy i kreują podaż. Z kolei niższe pobudzają kupujących, chłodzą produkujących i tworzą popyt.

W modelowej gospodarce wolnorynkowej ceny kształtują się samoistnie. Im wyższy popyt na dobro, tym wyższa cena. Wiadomo, jeżeli znajdziemy dwustu chętnych na coś, czego można wyprodukować tylko sto sztuk, kupujący będą chcieli płacić więcej. I znowu, jeżeli mamy stu chętnych do zakupu a towaru jest dwieście sztuk, ludzie będą jednak czekać na obniżkę ceny. Będzie ona zgrywać się z podażą i popytem do tego momentu, w którym zostanie osiągnięty punkt równowagi. Producenci produkują dokładnie tyle, na ile jest popyt a wszystkie transakcje zachodzą po optymalnej cenie. No ale to oczywiście model, bo w rzeczywistości mechanizm kreowania cen jest dużo bardziej skomplikowany.

Sprzedający ustalają ceny w oparciu o następujące czynniki:
– strukturę kosztów firmy
– ceny konkurencji
– pozycję konkurencyjną firmy
– strategie marketingowe
– sytuację gospodarczą na rynku
– zdolności produkcyjne

A my, kupujący, albo zaciskamy zęby i płacimy, albo mówimy „nie, to przegięcie” i idziemy kupić tańszy produkt z Chin.

Na koniec wspomnę o funkcjach cen. Pierwszą już sobie ustaliliśmy na wstępie, jest to informacja.
Dzięki cenie możemy określić wysokość swoich dochodów. Informuje nas ona, ile ubędzie nam w portfelu, gdy kupimy telewizor Super Ultra HD z zakrzywionym ekranem. Z kolei sprzedawca, dzięki cenom wie o ile wzrośnie jego przychód po takiej udanej sprzedaży.

Funkcja redystrybucji. Z jednej strony cena jest narzędziem podziału dóbr i usług. Z drugiej służy również do przesuwania dochodów z naszej kieszeni do sakiewki przedsiębiorcy, ale też i do budżetu państwa. Państwo ma do dyspozycji potężne narzędzia redystrybucji – podatki, cła czy dotacje. Dzięki odpowiednio ukształtowanym cenom, transfer ten odbywa się dzień i noc.

Funkcja stymulacyjna. O tym też już pokrótce wspomniałem. Gdy cena jest niska, przedsiębiorcy ograniczają produkcję a klienci chcą kupować. Przy cenach wysokich, popyt spada a rośnie podaż. No i pamiętajmy, że jeżeli przedsiębiorstwo ma ustalony poziom kosztów stałych, wzrost ceny zwiększa opłacalność produkcji. Czasami nawet nie opłaca się zwiększać produkcji, tylko podbić cenę. Oczywiście do poziomu, w którym sprzedaż pozwoli zachować albo zwiększyć poziom rentowności.

Na dużą skalę stymulacyjną funkcję ceny wykorzystuję państwo, zachęcając nas na przykład do kupowania określonych produktów (Dobre Bo Polskie).

W następnym odcinku omówię kolejny fascynujący aspekt ekonomii.

 
Categories

Uff, jak gorąco! Wyparowuje również kasa, i to sporo

Żar leje się z nieba. Taka spiekota w mieście to piekło. W niedzielę trzeba będzie wybrać się nad zalew. Upał daje w kość, wyciąga z nas siły, dramatycznie obniża produktywność i wzbudza w nas nagłą chęć do wyjechania gdziekolwiek, gdzie będzie woda, cień i zimne drinki pod palmą.

Robimy wszystko, żeby nie przedawkować gorąca, bo to boli, zarówno na ciele, jak i na portfelu. Tak, tak, upał to realne koszty, które można przeliczyć na brzęczącą monetę. Ile właściwie kosztuje nas wszystkich ta absurdalna temperatura?

Zimne drinki w pracy

Czy wiecie o tym, że gdy pracujemy w gorące dni, ze strony pracodawcy przysługują nam dodatkowe prawa? Dla nas zysk, dla szefa koszt. Na przykład musi zapewnić pracownikom napoje. W przypadku pracy na otwartej przestrzeni, picie na koszt pracodawcy zaczyna się od plus 25 stopni, w biurze od plus 28. Na dodatek zimne napoje muszą być dostępne cały dzień, a nie tylko od 13 do 14:12. Zrobiłem kilka wyliczeń, których nie należy traktować zbyt poważnie.

W pierwszym kwartale tego roku GUS donosił, że w Polsce jest 13 112 000 pracowników najemnych. Założyłem optymistycznie, że aż połowa szefów zabezpiecza swoim pracownikom wodę. I z tej połowy, aż połowa kupuje wodę a nie sugeruje kranówkę. Policzyłem też, że w taki upał trzeba wypić przynajmniej jedną półtoralitrową butelkę na osobę. I wyszło mi, że przy tych karkołomnych założeniach, pracodawcy w skali kraju dziennie wydają na wodę butelkową 3 mln zł.

Klima, wiatrak, żaluzja i bumelka

To nie koniec naszych upałowych praw. Pracodawca musi chronić nas nie tylko przed odwodnieniem, ale i nadmiernym nasłonecznieniem. Żaluzje, rolety, malowanie szyb specjalną farbą to minimum. Szef może, chociaż nie musi, zainstalować nam klimatyzację albo postawić wiatraczek. Wyliczenia kosztów tych zabezpieczeń się nie podejmuję, ale sprawdzimy ile może kosztować egzekwowanie innego prawa – szybsze odesłanie pracowników do pracy albo ustanowienie przerw na czas najwyższych temperatur. I znowu, to nie obowiązek ale prawo, dlatego poczynimy karkołomne założenia.

Przyjmijmy, że czas największego terroru słonecznego nie przekracza u nas trzech godzin. Nieważne czy będzie to przerwa, czy wcześniejsze wyjście z pracy. Nikt nie wie, ile firm faktycznie decyduje się na takie rozwiązania, dlatego możemy przyjąć co chcemy. Uznam, że podczas największych upałów taka możliwość oferowana jest 20 proc. pracowników. Jeszcze tylko średnia pensja. Tym razem wezmę dane dotyczące zarobków w firmach do 10 osób, które dominują w naszej gospodarce. W roku 2017 średnia stawka godzinowa wyniosła w nich 11,60 zł netto. Z prostego mnożenia wynika, że przerwa albo wcześniejsze wyjście z pracy kosztuje nas dziennie 91,26 mln zł.

Koszty demograficzno-zdrowotne

Fale upałów powodują również koszty, których przeliczyć się nie da. Oprę się na badaniu przeprowadzonym w latach 1960-1990, według którego liczba zgonów wynikających z niewydolności układu krążenia związanych z wysoką temperaturą, wzrosła ze 100 do 550 na 100 tys. mieszkańców. Aktualnie udało się nam „zbić” tę wartość do 450 osób. Oznacza to, że rocznie z powodu upałów tracimy ponad 170 tys. osób. Kwoty nie do wyliczenia, bo jak wycenić koszt bólu po utracie bliskiego?

Możemy za to spróbować policzyć koszt wyjazdów karetek z powodu zasłabnięć i udarów. W Polsce jest obecnie 228 Szpitalnych Oddziałów Ratunkowych. Nie mam oczywiście dostępu do szczegółowych danych, ale z kawałków informacji odnalezionych w sieci wynika, że w upalne dni dzienna liczba wezwań z powodu temperatur rośnie o 150-200 zgłoszeń. Przyjmując odważne założenie, że karetka wyjeżdża tylko do co drugiego zgłoszenia, i że średni koszt wysłania karetki wzięty z oferty komercyjnej wynosi 300 złotych, dziennie kosztuje to nas 6,8 mln złotych.

Polskie sumienie – węgiel

3 maja 2018 roku padł kolejny rekord dziennego zużycia prądu. Zapotrzebowanie na energię w szczytowym momencie wyniosło 23 680 megawatów. Rekord odnotowano o godzinie 13:15. I oczywiście spodziewane są kolejne, bo pogoda nie odpuszcza. Gdzie tu koszty? Ano tak się składa, że wiele elektrowni jest chłodzonych wodą. Polska energetyka węglowa to największy wodożerca w Polsce, aż 70 proc. poboru wody przypada na nią. Pozostałe 30 proc. obsługuje pozostałe gałęzie przemysłu i nasze zużycie indywidualne. Średnia globalna dla energii pochodzącej z węgla to tylko 6,8 proc., pod tym względem jesteśmy absolutnym rekordzistą świata.

No i w upały robi się problem, bo z jednej strony obniża się poziom wody w rzekach i zbiornikach wodnych, z których czerpią ją elektrownie, a z drugiej bijemy rekordy zapotrzebowania na prąd. Jakby tego było mało, podczas upałów woda jest na tyle ciepła, że nie pozwala na chłodzenie bloków energetycznych. Spada więc ich wydajność i operator sieci może albo ograniczyć dostawy energii, albo dokupić prąd za granicą. To nie koniec nieszczęść, wysokie temperatury to wyższe straty energii na liniach przesyłowych, przy temperaturach powyżej 30 stopni, sięgają one nawet 30 proc.

Dwudziesty stopień zasilania

20 stopień zasilania, który mieliśmy ostatnio w 1989 roku, powtórzył się w 2015. Oznacza on, że duże zakłady produkcyjne dostają tylko tyle energii, żeby bezpiecznie wygasić produkcję i odesłać ludzi do domu. Nikt nie jest w stanie policzyć faktycznych strat dla gospodarki, ale operujemy tutaj na poziomie miliardów złotych. My, jako odbiorcy indywidualni mamy szczęście, że jest rok wyborczy i rząd nie pozwoli na podwyżki cen prądu. Ale poczekajmy jeszcze ze dwa lata i po tym czasie przeanalizujmy bacznie swoje rachunki.

Miejska ściana wody

Na koniec policzę coś mniej poważnego, czyli koszt kurtyn wodnych w Warszawie. Nie wiem, z jakich rozwiązań korzysta miasto, więc przyjąłem, że są to tradycyjne kurtyny strażackie. Jedna zużywa średnio 3 metry sześcienne wody na godzinę. Działają przez 8 godzin, jest ich w sumie 9. Dziennie kosztują nas tylko 2,5 tys. złotych.

Omówiłem tutaj tylko kilka przykładów wpływu pogody na nas i na gospodarkę. Ale już choćby z tych kilku pobieżnych i mocno zaokrąglonych wyliczeń widać, że upały to realny koszt liczony w brzęczącej monecie. Z przykrością stwierdzam, że koszty te ponosimy wyłącznie przeciwdziałając skutkom. Jeżeli nie zaczniemy łożyć na walkę z przyczynami, do końca tego wieku znajdziemy się w takiej sytuacji, że koszt wody dla pracowników będzie naszym najmniejszym zmartwieniem. No ale o społecznych i finansowych kosztach zmiany klimatu opowiem może przy innej okazji.

 
Categories

Sezon burz – aplikacje pogodowe

Za oknami gorąco i parno. Klimat się zmienia, pogoda wariuje, słychać już grzmot burzowych chmur. Według doniesień nad Polskę przesuwa się apokalipsa i potop z Niemiec.

Być może niektórzy z was odebrali w piątek około 13:30 dziwnego SMS-a o treści „Uwaga! Dziś gwałtowne burze, silny wiatr i ulewny deszcz. Miejscami grad. Unikaj otwartych przestrzeni, zabezpiecz dobytek. Śledź komunikaty pogodowe.”

Pomimo rozbrajającego kawałka o zabezpieczaniu dobytku, całość brzmiała dość złowieszczo. Sam dostałem ten tekst na dwie komórki w dwóch różnych sieciach. Po chwili guglania okazało się, że jest to pierwsze poważne wykorzystanie Alertu RCB, czyli systemu ostrzegawczego Rządowego Centrum Bezpieczeństwa.

Jak donoszą moje źródła, projekt ISOK, czyli Informatyczny System Osłony Kraju przed nadzwyczajnymi zagrożeniami, którego budowę rozpoczęto w 2010 roku, mógł być gotowy już cztery lata temu. No ale administracja centralna ma swoje potrzeby i z pieniędzy projektowych sfinansowała sprawy niecierpiące zwłoki, jak na przykład remonty. Prace przyspieszono rok temu, gdy podczas burzy na namiot harcerzy obozujących w lesie runęły drzewa, w wyniku czego zginęły dwie osoby a 20 zostało rannych. Pod koniec czerwca b.r. niektórzy odebrali SMS-a „Test Polska”, który chyba sprawdzał czy system działa, wczorajsza wiadomość była pilotażowa. Oficjalnie Alert RCB ma ruszyć 12 grudnia 2018 roku.

Na alert nie trzeba zapisywać, system działa tak, że osoby znajdujące się na obszarze potencjalnego wystąpienia niebezpiecznej sytuacji, mogącej zagrażać ich życiu, otrzymają wiadomość z opisem, lokalizacją i rodzajem zagrożenia i źródłem ostrzeżenia. To czy otrzymamy SMS-a nie zależy od tego, u jakiego operatora mamy numer, ustawa o prawie telekomunikacyjnym nakłada na wszystkich operatorów obowiązek niezwłocznego rozesłania tego typu komunikatów na określonym przez RBC obszarze.

Jako ciekawostkę podam, że ten określony przez RBC obszar nie zawsze działa, bo SMS-y z ostrzeżeniem dostali moi znajomi przebywający w Tel-Avivie, Tallinie i na Łotwie.

Nie musimy się martwić o bezpieczeństwo swoich danych i o RODO. Jeżeli jesteśmy w zasięgu stacji bazowej znajdującej się na obszarze potencjalnego zagrożenia, odbierzemy wiadomość czy tego chcemy, czy nie. SMS jest bezpłatny, nie grożą nam żadne dopłaty za premium. Jeżeli jesteście zainteresowani tematem, odsyłam do FAQ systemu

Ostrzeżenie ma być wysyłane tylko w sytuacjach nadzwyczajnych. Co więc zrobić w sytuacji, gdy chcielibyśmy wiedzieć więcej o mniejszych burzach, bo akurat wywiesiliśmy pranie w ogrodzie? Oczywiście są do tego odpowiednie aplikacje. Przedstawię kilka, ale nie podejmę się zrobienia rankingu. Gdy zapytałem się użytkowników pewnego forum, która z nich jest najlepsza, niechcący rozpętałem gigantycznego flejma, który w chwili gdy piszę ten tekst, rozkręca się niczym klaster burzowy.

Blitzortung.org to w opinii wielu osób zainteresowanych tematem najlepszy serwis o burzach. Gromadzi dane z amatorskich radarów burz od użytkowników z całego świata. Strona wygląda bardzo ascetycznie, ale ponoć nie ma lepszej. Oficjalną aplikacją serwisu jest BlitzortungLive, której prostota jest zachwycająca i polecam ją z całego serca użytkownikom Apple’a.

Ponieważ nie ma jej na Androida, na telefony z tym systemem proponuję Blitzortung Lightning Monitor. Prościutki programik, zajmujący niecałe 2Mb miejsca, dzięki któremu mogę zobaczyć jaka burza zbliża się do miejsca mojego pobytu i z jakim natężeniem biją w tej burzy pioruny.

Storm Radar: Mapa pogody to aplikacja od The Weather Channel. Oferuje nam radar pogodowy o wysokiej rozdzielczości, prognozy pogody do 6 godzin, szlaki burzowe, czas rozpoczęcia burzy, jej siłę i dokładne informacje o jej parametrach (wiatr, grad, tornada, pioruny). No i oczywiście ostrzeżenia przed trudnymi warunkami atmosferycznymi.

Bardzo lubię agregaty danych, dlatego zaproponuję wam również Monitor Burz. Gromadzi on raporty pogodowe z Obserwatorzy.info, Blitzortung, Estofex i Sat24. Sami wybieramy źródło, dzięki intuicyjnej nawigacji szybko możemy porównać dane z różnych usług i uzyskać dokładną informację pogodową. Tak naprawdę to mamy cztery uproszczone aplikacje w jednej. Monitor Burz wygląda nieco archaicznie, ale robi robotę.

A na koniec serwis pogodowy, który jest po prostu bardzo ładny. Wejdźcie na stronę ventusky.com i w panelu po lewej kliknijcie zakładkę „Opady”. Podziękujecie mi później.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Antonim oksymoronu – konkurencja monopolistyczna

Dzisiaj opowiem o ostatniej formie organizacji rynku. Dzisiaj mniej o modelach a więcej o rzeczywistości. Dzisiaj o czymś, co możecie zobaczyć w salonie samochodowym i sklepie wielkopowierzchniowym z artykułami rtv-agd. Dzisiaj opowiem o prawdziwej konkurencji. Konkurencji monopolistycznej.

Konkurencja monopolistyczna nazewniczo może się nam wydać konfundująca. No bo jak to ma działać, że z jednej strony monopol a z drugiej konkurencja? Nazwa oddaje idealnie miejsce, w jakim znajduje się ta forma rynku. Jest w niej kilka elementów z konkurencji doskonałej, trochę z monopolu, a wszystko tworzy nową jakość.

Konkurencja monopolistyczna to przede wszystkim wielu producentów i duża swoboda wejścia i wyjścia na rynek. To zbliża tę strukturę do konkurencji doskonałej. O ile jednak tam towary były identyczne, tak w tym przypadku przedsiębiorstwa wytwarzają produkty mniej lub bardziej zróżnicowane. Oznacza to, że o ile firmy oferują towar mniej więcej tego samego typu, to jednak każdy posiada pewne unikalne cechy, które go wyróżniają i odróżniają od konkurencji. Ot, spójrzmy choćby na rynek samochodów.

Konkurencja ma więc charakter pozacenowy a producenci kładą większy nacisk na reklamę, promocję, zróżnicowane opakowanie, lepszą jakość czy inny kolor. Dzięki tej strategii jeden producent farby lateksowej do kuchni może maszerować pod hasłem „biel bielsza od innych bieli” i oferować towar trochę drożej od konkurencji, która idzie pod sztandarem „biel biała jak śnieg”. Można też podkreślić lepszą wydajność krycia metra kwadratowego albo łatwość mycia ścian zabrudzonych przez pryskający olej.

Wszystko to powoduje, że firmy tworzą produkty zaspokajające bardzo podobne potrzeby, ale przez takie różnicowanie, mogą ustalać odrębne ceny na swój towar. Nie jest to już cena jednakowa dla wszystkich, tylko zbiór cen różnych producentów. Pamiętajmy jednak, że nie da się sprzedawać farby w cenie 100 zł, gdy pozostali producenci oferują taką samą ilość za nie więcej niż 50 zł. Handel nie może odbywać się w oderwaniu od innych cen rynkowych, bo to nie zadziała. Producent kontroluje podaż produktu, ale jego wpływ na cenę jest bardzo ograniczony.

I jeszcze słowo o barierach wejścia na rynek. Wspomniałem, że w przypadku konkurencji monopolistycznej ich nie ma i każdy może wejść na rynek. Jest to tylko częściowo prawda. Bo oczywiście w każdej chwili możemy zacząć mieszać farbę i ją sprzedawać. Jednak bez znacznych nakładów na reklamę, która pozwoli nam się przebić do szerszej świadomości, nie mamy tu raczej czego szukać. Pewnie będziemy w stanie działać lokalnie i zabezpieczać farbiarskie potrzeby najbliższych sąsiadów, ale przy tak wąskim rynku, każde jego wahnięcie wykopie nas z niego błyskawicznie.

Na koniec szybko podsumujmy najważniejsze cechy charakterystyczne konkurencji monopolistycznej:

duża liczba firm na rynku
– zróżnicowanie produktu
niewielki wpływ producentów na cenę
niewielkie bariery wejścia na rynek
– na rynku istnieje doskonała informacja

W tym odcinku to wszystko, zamykamy temat form organizacji rynku. Za tydzień omówimy kolejne fascynujące zagadnienie ekonomii.

 
Categories

Komu bilecik? Empik is Going places.

Jeszcze 10 lat temu do Empiku chodziło się po książki, muzykę, filmy, gry i bilety na imprezy. Dzisiaj oferta sieci przypomina asortymentem marakeski suk, książki kulą się lękliwie w kątach, CD-ki z muzyką zniesiono do piwnicy, bo wszyscy słuchają Spotify, filmów nie potrzebujemy, mając Netflixa a gry pudełkowe kupuje się tylko na prezenty, bo Steam zmienił reguły gry. Tylko bilety trzymają się mocno, bo koncerty lubią wszyscy.

Trzeba przyznać, że w tym ostatnim segmencie radzi sobie nad wyraz dobrze. Biletami w Empiku handluje się niczym w XX wieku – przychodzisz, stajesz w kolejce, kupujesz bilet, odchodzisz z kartonikiem. Żadnych wydumanych aplikacji, na stronie brak sekcji biletowej, normalna sprzedaż zza lady. W ten oto starożytny sposób Empik sprzedaje co roku około pół miliona biletów na różne wydarzenia. Jednocześnie według słów prezes Ewy Szmidt-Belcarz, jest najczęściej kojarzonym miejscem zakupu wejściówek. To mocna pozycja.

Prace nad własną platformą sprzedażową trwają i niebawem ma ruszyć multikanałowa bileteria Empik Bilety. Tymczasem firma postanowiła zainwestować pieniądze i wykupiła większościowe udziały w start-upie Going. Muszę przyznać, że ich aplikacja do kupowania biletów zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie.

Going nie jest kolejnym serwisem, w którym mogę sobie tylko wyklikać bilety na listopadowy koncert The Breeders, ale cały kombajn imprezowy. Apka wnętrze ma bogate, polecam poklikać, natomiast za jej najciekawszą opcję uważam możliwość przekazania biletu znajomemu, na przykład w formie prezentu. Oczywiście możemy to zrobić również w tradycyjny sposób, wręczając kartonik, ale jak koncert jest w Gdańsku, my mieszkamy w Warszawie a obdarowywana osoba będzie na imprezę jechać z Białegostoku, ta opcja w Going zdecydowanie upraszcza sprawę.

Aplikację ściągnęło do tej pory 300 tys. osób, z usług portalu goingapp.pl korzysta co miesiąc milion użytkowników. Dominują ludzie młodzi, czyli wymarzony target wszystkich marketerów. Dzięki połączeniu z Empikiem, na rynku powstanie największa pod względem zasięgu platforma sprzedaży biletów, obsługująca wszystkie grupy docelowe. Począwszy od rzucających się na każdą nowinkę młodych ludzi, dla których kupowanie biletu w sklepie jest czynnością nienaturalną, a skończywszy na tradycjonalistach, dla których bilet w komórce to nie bilet i liczy się tylko kartonik, który po koncercie można przypiąć do lodówki albo korkowej tablicy.

Zakup Going realizuje nowa spółka w grupie, Empik Ventures. Inwestycja w ten start up to dopiero początek drogi, gdyż spółka planuje w najbliższych latach wydać 50 mln złotych na rozwój nowych biznesów. Cele wiadome – zwiększenie skali działania i wzrost przychodów. W nieco skostniałych strukturach Empiku szykuje się niezłe zamieszanie. Najwyższy czas.

 
Categories

Historia kołem się toczy. Problemy rocznicowego marketingu

Kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego i kolejne próby zarobienia z tej okazji jakiegoś hajsu albo rozkręcenia kampanii społecznej. Okazja jakich mało, bo nie dość, że wszyscy świętują i jest głośno w mediach, to na dodatek datę rozpoczęcia PW zna chyba każdy, nawet jeżeli mieszkańców stolicy na co dzień nie szanuje.

Jest też kilka innych czynników, które powodują, że na Powstaniu najłatwiej wypłynąć, ale też chyba najłatwiej się przejechać. Opinie na temat tego zrywu są klarowne, mocne i podzielone, jedni mówią „niepotrzebna rzeź”, inni „piękny pokaz polskiego romantyzmu”. Niezależnie od tego, czy jesteśmy za, czy przeciw, powstańców szanują wszyscy od Bałtyku po Tatry. I w tym momencie łatwo wejść na minę. Czy polskie firmy potrafią w ogóle w marketing historyczny? Przyjrzyjmy się.

Zacznę od średnio udanego pomysłu, pokazującego że w przypadku wydarzeń historycznych szczególnie ważnych dla Polaków, trzeba być bardzo delikatnym.

Latający fak Maspexu

Najbardziej spektakularną wpadkę zanotowała firma Maspex, która dwukrotnie postanowiła zdenerwować odbiorców reklamami. 10 kwietnia 2017 roku mogliśmy zobaczyć wesoły plakat, na którym pan z puszką napoju energetycznego przyczepioną do pleców, leci ku świetlanej przyszłości. Całość okraszona jest jeszcze weselszymi hasłami „10 kwietnia Dzień Lotnictwa” oraz „Lecimy nie śpimy”. Rocznicę Powstania Warszawskiego Maspex uczcił równie zabawnie, na zdjęciu widzimy wyprostowany palec środkowy przewiązany wstążką prezentową. Całość okraszono hasłami „1 sierpnia Dzień Pamięci” oraz „Chrzanić to, co było. Ważne to, co będzie”.

Efekt był niezupełnie zgodny z oczekiwaniami firmy i oczywisty dla każdego, kto ma w sobie deko przyzwoitości i wrażliwości. W social mediach zawrzało, kilka firm zrezygnowało ze współpracy, sprawę zgłoszono do Komisji Etyki Reklamy. Firma odniosła się do sprawy błyskawicznie, przeprosiła i wpłaciła pół miliona złotych na pomoc żyjącym powstańcom w ramach zbiórki „Pomoc dla Powstańców”.

Cała afera przyniosła jeszcze jeden dobry skutek. Maspex postanowił zrobić coś więcej, niż tylko wpłacić pieniądze na konto i zapomnieć o sprawie. W lutym 2018 roku firma we współpracy z Muzeum Powstania Warszawskiego zorganizowała projekt edukacyjny Parasol Historii. Wspomnienie ’44.

Akcja polegała na publikacji 35 reportaży w 17 najważniejszych polskich mediach. Wszystkie teksty zostały zaopiniowane i zaakceptowane przez MPW. Ponadto Maspex wsparł działalność specjalistycznej Przychodni Fundacji na rzecz Żołnierzy AK, projekt Tablice Pamięci oraz wziął udział w akcji pod hasłem „Paczka dla Bohatera”. W tym przypadku można chyba uznać, że cały proces przyniósł dużo więcej pożytku niż szkody.

Inka, rotmistrz Pilecki i Jacek Gmoch

Projekt #RespectUs miał według mnie potencjał. Pomysłodawcą tej kampanii społecznej byli „młodzi Polacy, którzy nie chcą żyć w kłamstwie”. Głównym celem było wyrażenie sprzeciwu wobec zakłamywania historii oraz ukazywania Polski i Polaków jako kata w czasie II Wojny Światowej (cytat ze strony respectus.pl).

Na stronie akcji można znaleźć trzy filmy, pierwszy pod tytułem #RespectLife jest wyrazem wsparcia dla Alfiego Evansa. Drugi, Respect the truth jest dziwnym materiałem, w którym nadekspresywny i lekko demoniczny lektor opowiada światu po angielsku, jak cierpieliśmy w czasie wojny. Wspomina o rotmistrzu Pileckim, małżeństwie Ulmów i „Ince”. Przekaz każdy musi ocenić sam, anturaż natomiast mnie poraził. Zwłaszcza pokrwawiona aktorka odtwarzająca „Inkę”, która pojawia się w różnych momentach filmu.

Trzeci materiał, #RespectUs to już w ogóle ciężki horror gore. Zakrwawiony narrator przeprasza w imieniu Polaków wszystkich, którzy zrobili nam krzywdę. Zamiast wstrząsu i refleksji dostajemy wyjątkowo ciężki kawałek narracji, która pokazuje nasze krzywdy w ironicznym ujęciu, co mogłoby być ciekawym zabiegiem formalnym, gdyby nie forma, która ten przekaz demoluje dokumentnie.

No i wreszcie rodzynek, który polski Internet obejrzał z niedowierzaniem. Mistrzostwa Świata w piłce nożnej w 2018 roku nie były wydarzeniem historycznym, może poza faktem, że w najlepszej czwórce wystąpiły wyłącznie drużyny europejskie. Impreza stała się pretekstem do zareklamowania nawet najbardziej niezwiązanych z piłką produktów. Z okazji skorzystali również autorzy akcji #RespectUs i nakręcili film, który miał zagrzewać polską drużynę do walki. Efekt okazał się być absolutnie wstrząsający.

Moim zdaniem #RespectUs cierpi na brak spójnej koncepcji i nadmiar zamiłowania do sztucznej krwi. Tak się nie robi akcji społecznych.

Powstanie Mike’a Tysona

Firma Foodcare postanowiła przybliżyć Powstanie Warszawskie ludziom spoza Polski. Wykorzystali do tego byłego pięściarza Mike’a Tysona, który usiadł przed kamerą w koszulce reklamującej pewien napój energetyczny, włożył opaskę powstańczą na ramię i przeczytał do kamery tekst o bohaterskich uczestnikach PW.

Akcja jest siermiężna jak tylko można to sobie wyobrazić. Tyson czyta z promptera, który ustawiono mu obok kamery (taki dziwny zabieg techniczny). Samo czytanie nie idzie mu najlepiej, połyka głoski, zniekształca wyrazy. Jest przedstawicielem dyscypliny sportu propagującej kult siły. Miał wyrok za gwałt. No i ogólnie nie jest chyba najlepszą postacią do mówienia światu o Powstaniu Warszawskim.

Ja jednak byłbym daleki od potępiania w czambuł firmy Foodcare za wykorzystanie ex-boksera. Tyson jest ciągle popularny w Stanach. Mam wrażenie, że choćby z tego powodu jest całkiem niezłym, nawet jeżeli nie do końca dopasowanym, ambasadorem sprawy. Czyta niewyraźnie? No cóż, wychował się w miejscu, gdzie czytanie nie było umiejętnością niezbędną do przeżycia. W zasadzie jedyną uwagę mam do opaski powstańczej na ręku boksera. To jest delikatny temat i głównie z powodu tej opaski, problem z akcją mają powstańcy.

Mało nagłośnionym epizodem tej sprawy jest fakt, że właściciel firmy Foodcare, Wiesław Włodarski zasponsorował artykuł o Powstaniu Warszawskim w „New York Times”. Więc oczywiście możemy się zżymać, że w filmie i pod artykułem promowany jest napój energetyczny, i że cała akcja jest żałosnym przykładem product placementu, ale warto pamiętać również o tym, że przekaz trafił za granicę. No i nie przypominam sobie, żeby któryś z polskich rządów zadał sobie trud wykupienia czegokolwiek w amerykańskiej prasie.

Sosna, Kostek i raczkujący Facebook

Na koniec przykład kampanii nieomal idealnej. Akcja Kumpel z Przeszłości. 1944 Live jest przy okazji chyba najbardziej nagradzanym projektem polskiej reklamy. Celem kampanii zrealizowanej w 2009 roku było przekonanie młodych Polaków do tego, że tematyka historyczna może być interesująca. Projekt zrealizowany na raczkującym wtedy w Polsce Facebooku dotyczył Powstania Warszawskiego.

Autorzy stworzyli dwa fikcyjne profile Sosny i Kostka, pary młodych warszawiaków, którzy przez 63 dni, przez całą dobę, relacjonowali swoją historię z powstańczej Warszawy zupełnie, jakby działa się tu i teraz. Wachlarz wykorzystanych środków był imponujący. Powstał pamiętnik powstańczy, w którym można było obejrzeć zdjęcia, poklikać w ciekawe linki i posłuchać piosenek z tamtych dni. Stworzono quizy, które w 2009 roku były bardzo popularne na Facebooku. Twórcy nakręcili kilka krótkich scenek historycznych z udziałem Sosny i Kostka, w których rekonstruowano walki uliczne podczas Powstania.

Ciekawym pomysłem była akcja uliczna „Zrzuty”, podczas której ludzie obserwujący profile bohaterów mieli znaleźć miejsca zrzutów alianckich (w formie graffiti), sfotografować je i wrzucić na profil Kostka.

Sosna i Kostek w czasie trwania kampanii zdobyli ponad 4000 przyjaciół i najważniejszym efektem była silne zaangażowanie tych ludzi. Na profilach toczyły się żywe dyskusje, młodzież przeżywała historię dwójki bohaterów i finalnie śmierć jednego z nich. Zasięgi wykroczyły daleko za Facebooka, o akcji mówiono w telewizyjnych i radiowych programach informacyjnych oraz pisano w prasie. Rzecz jasna kampania wzbudziła zainteresowanie branżowe i wspomniały o niej polskie i zagraniczne serwisy marketingowe.

Co najciekawsze, kampanię zrealizowano praktycznie beznakładowo, wszyscy biorący udział w projekcie pracowali za darmo. No i wykorzystano medium, które nie było wtedy w Polsce popularne, w 2009 roku większość ludzi ciągle jeszcze klikało w Naszą Klasę. Agencja San Markos, która stworzyła projekt zaryzykowała i się opłaciło. Jak wspomniałem na początku, akcja Kumpel z Przeszłości jest uznawana za modelowy przykład wykorzystania marketingu historycznego i nowego medium. Naliczyłem 20 nagród dla twórców, ale moja lista może nie być pełna.

Lista kampanii wykorzystujących historię jest oczywiście dalece niepełna, starałem się opisać najgłośniejsze z nich. I widać, że poruszanie się w tej przestrzeni wymaga finezji, kreatywności, i co najważniejsze, wielkiej wrażliwości. Przed marketerami jeszcze dużo nauki, dobre wzorce na szczęście już mają.

PS Na zdjęciu otwierającym materiał mamy przykład reklamy, o której nie napisałem, bo nie pozwoliło mi na to zażenowanie.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Cywilizowany monopol

W poprzednim odcinku opowiedziałem o tym, gdzie się skarżyć na monopol i dlaczego konkurencję doskonałą możemy oglądać wyłącznie w bajkach Disneya. Na dzisiaj obiecałem kolejną formę organizacji rynku, tym razem bliższą temu, co widzimy za oknem. No to wyjrzyjmy.

Taką formą możliwą do zaobserwowania na co dzień jest oligopol. Jest on formą pośrednią między monopolem a konkurencją monopolistyczną, o której opowiem w następnej części. Najważniejsze cechy charakterystyczne oligopolu to:

– liczba producentów działających na rynku nie przekracza kilkunastu

producenci mogą kształtować podaż całej gałęzi, w której operują, co oznacza, że mają znaczny wpływ na cenę rynkową

– pomiędzy uczestnikami rynku zazwyczaj nie występuje konkurencja cenowa

– rywalizacja na rynku odbywa się przez obniżanie kosztów produkcji, reklamę i promocję, dodatkowe usługi, poprawę jakości, różnicowanie wyglądu produktu czy doskonalenie wyrobów

W przypadku oligopolu przedsiębiorcy mogą podjąć szereg działań dotyczących kształtowania ceny. Mogą na przykład prowadzić walkę o zajęcie dominującej pozycji na rynku na własną rękę.  Firmy mogą również zdecydować się na zawarcie porozumienia w formie jawnej i legalnej, jak fuzja, trust lub koncern, oraz tajnej i nielegalnej, jak kartel czy zmowa cenowa.  Szybko je sobie omówimy.

Syndykat prowadzi scentralizowaną politykę cen i zbytu, wyznacza uczestnikom limity produkcyjne.
Trust
to porozumienie, w którym uczestnicy tracą niezależność gospodarczą i prawną, wnoszą do trustu kapitał i w zależności od wkładu, otrzymują udział w zyskach.
Koncern
to forma organizacji skupiająca przedsiębiorstwa o odrębnej osobowości prawnej należące do jednego właściciela.
Fuzja
z kolei stanowi dobrowolne połączenie majątku kilku firm w jeden organizm. Przedsiębiorcy zakładają, że w wyniku połączenia ich sytuacja się polepszy.
Konglomerat
polega na połączeniu kilku firm o odrębnych profilach działalności, z różnych branż i świadczących różnego rodzaju usługi, mające na celu osiągnięcie wyższej rentowności, zdywersyfikowanie źródeł dochodu właścicieli i ograniczenie ryzyka strat finansowych związanych ze zmianami koniunktury w poszczególnych branżach.

Nielegalną w wielu państwach formą działalności jest kartel. Jest to umowa przedsiębiorstw posiadających decydujący wpływ w tej samej lub podobnej gałęzi gospodarki. Cel istnienia kartelu jest jeden – całkowita kontrola nad rynkiem oraz regulacją cen, podaży i popytu.

Żeby nie wikłać się w nielegalne biznesy, nie tracić własnej tożsamości czy wdawać się w wycieńczającą walkę konkurencyjną, uczestniczy oligopolu mogą zdecydować się na przywództwo cenowe, polegające na tym, że najsilniejszy przedsiębiorca określa cenę. 

Jest kilka modeli przywództwa cenowego.
Pierwszy to model dominującej firmy, który odnosi się do tych przemysłów, w których jest jedna duża firma i kilka małych. Małe przejmują cenę określoną przez przywódcę i po niej prowadzą sprzedaż.
Przywództwo efektywnej firmy występuje w sytuacji, w której rolę przywódcy pełni firma mająca najniższe koszty. Wielkość firmy nie ma tutaj żadnego znaczenia.
Przywództwo barometryczne to sytuacja, gdy przywództwo przejmuje firma mająca najlepsze wyczucie sytuacji rynkowej i życzeń pozostałych firm z branży.

W następnej części omówię ostatnią formę organizacji rynku, jaką jest konkurencja monopolistyczna.

 
Categories

Mydło, nożyce, papier – milenialsi nie chcą już niczego

To niewiarygodne jaką bezwzględność, zezwierzęcenie i brak poszanowania zdobyczy wolnego rynku prezentują milenialsi. O tym, że dokonują zamachu na fundamenty naszego dobrobytu, już pisałem. Zagrożona jest prawda, piękno, sprawiedliwość i sen o sukcesie. Ale co im mydło zawiniło? Wolą brudni chodzić? Nie do wiary.

Schemat jest ciągle taki sam. Przychodzą młodzi, bezczelni, bez tabu i obciążeń, po czym zaczynają demolkę. A my nie rozumiemy co się dzieje, bo przecież za komuny było ciężko, młodzi nie doceniają tego, co teraz mają i kto normalny nie chciałby używać płynu do płukania tkanin? Jak byliśmy młodzi w sklepach był tylko proszek IXI a ubrania się płukało w zimnym potoku. Teraz luksusy młodzi mają i ich nie chcą. Dlaczego?

Nawet porządnie zjeść nie potrafią. Już nawet pomijamy fakt, że w domu żywią się wyłącznie kanapkami i o porządnym obiedzie nie słyszeli, bo wolą jeść burgery na mieście. Ale jak już jedzą i kogoś zaproszą, to zamiast użyć eleganckich serwetek, wolą korzystać z papierowych ręczników. To po prostu niesmaczne jest.

I tak sobie narzekamy na kolejne przewiny milenialsów, nie dopuszczając do głowy takiej myśli, że może oni mają trochę racji. I ten ich pragmatyzm mógłby nas czegoś nauczyć.

Weźmy te nieszczęsne kostki mydła, których sprzedaż w 2015 roku osunęła się w Stanach o 2 proc. I już alarm, że milenialsi zabijają tradycyjne mydło i chodzą brudni. No dobra, to że chodzą brudni sobie wymyśliłem. Dość powiedzieć, że młodzież dostała kolejną odznakę ‘wzorowego mordercy’, bo to na pewno przez nich był spadek o te 2 proc.

Nikt nie zająknął się, że jednocześnie cały rynek mydła oraz produktów do kąpieli wzrósł o 2,7 proc. I że w dalszym ciągu 2/3 Amerykanów używa mydła w kostce. I że powody odwracania się od takiego mydła są w jakiś sposób racjonalne, bo aż 60 proc. konsumentów w wieku 18-24 lat uważa, że mydło po użyciu pokryte jest bakteriami. I się go po prostu brzydzą. Nie chcą używać go do mycia również z powodu niewygody, gdyż uważają, że mydło w płynie jest wygodniejsze.

Ogólnie cały ten segment rośnie, ale wszyscy uczepili się, jak pijany płotu jednej informacji – młodzi brzydzą się mydła i to przez nich spadek sprzedaży. Podczas gdy tak naprawdę milenialsi kupują mydło w płynie i wydają na nie więcej pieniędzy niż na te cholerne, niewygodne kostki.

Weźmy płyn do płukania tkanin. Jego sprzedaż spada od ponad dekady, ale dopiero ostatnio znaleziono winnych. Są nimi oczywiście milenialsi. Jest tylko jeden problem – większość z nich nie wie, co to w ogóle jest za wynalazek. A ci, którzy wiedzą, rezygnują bo nie czują różnicy. Miało zmiękczyć a nie zmiękcza, no to po co płacić za to hajs? Dodajmy jeszcze, że coraz więcej ubrań sportowych, bardzo popularnych wśród młodzieży, ma na metkach napisane wprost: nie używać środka do zmiękczania. No i wreszcie warto wspomnieć, że milenialsi zwracają większą uwagę na zawartość środków chemicznych używanych w kosmetykach i środkach czystości, więc nie będą dokładać sobie kolejnej chemii nieorganicznej na ciało.

Na koniec obejrzyjmy te nieszczęsne serwetki papierowe. Do końca lat pięćdziesiątych, Amerykanie używali serwetek z materiału. Papierowe zaczęły wygrywać wygodą i ceną, nie trzeba ich prać, suszyć i prasować, a po użyciu lądują w koszu. Dominowały przez 50 lat a potem zaczęło się dziać coś dziwnego. Przyszli milenialsi i stwierdzili, że usta po posiłku można równie dobrze otrzeć papierowym ręcznikiem. Zresztą młodzi i tak częściej jedzą posiłki na mieście, wiec w ogóle nie mają potrzeby dopisywać do listy zakupowej papierowych serwetek. A jak mają bardziej oficjalną okazję, decydują się na serwetki z materiału. Po posiłku można je uprać, wysuszyć, włożyć do szafy i zawsze są pod ręką, gdy znienacka odwiedzą ich rodzice. Pragmatyzm i wygoda przede wszystkim.

I tak to właśnie wszystko wygląda. Milenialsi niby mordują bez litości kolejne gałęzie przemysłu, ale zawsze mają na to w miarę sensowne wytłumaczenie. Często dużo bardziej sensowne, niż byśmy tego oczekiwali. Może dajmy im w końcu spokój?

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Przyjdzie monopol i nas zje

Ale oni wykorzystują pozycję monopolisty i robią co chcą! To skandal, przecież tak nie może być i się nie godzi! Ile razy słyszeliście lub czytaliście taki tekst? Ludzie narzekają na praktyki monopolistyczne, ale co to właściwie jest ten monopol i czy rzeczywiście można się na niego gdzieś poskarżyć?

Poskarżyć można się wolnemu rynkowi i to chyba jedyna instancja. Czasami, zwłaszcza w gospodarkach silnie regulowanych, wkracza państwo i próbuje z monopolem walczyć, ale dopóki ten płaci podatki, nie ma co liczyć na zmianę przepisów. I płacimy jak za zboże. Czas najwyższy, żebyśmy sobie opowiedzieli o formach funkcjonowania rynku. Dzięki temu zrozumiemy dlaczego produkty Apple’a tyle kosztują.

W gospodarce wolnorynkowej wyróżniamy kilka struktur, pierwszą z nich jest konkurencja doskonała. Ma kilka cech wyróżniających.

Duża ilość kupujących i sprzedających. Jednak, żeby mówić o konkurencji doskonałej, na rynku nie może funkcjonować żaden podmiot dominujący. Gdyby taki był, mógłby oddziaływać na cenę. A założeniem konkurencji doskonałej jest to, że siła oddziaływania na rynek pojedynczego uczestnika jest na tyle niewielka, że nie może on samodzielnie wpłynąć na poziom ceny.

Zakłada się identyczność produktu. Wszystko jest takie samo, dlatego nabywcom wszystko jedno od kogo kupią produkt.

Nie ma barier wejścia i wyjścia. Każdy może więc na rynek wejść kiedy chce, i kiedy zechce może go opuścić. Brak barier instytucjonalnych, technicznych, patentowych etc., które uniemożliwiałyby rozpoczęcie działalności.

Wszyscy uczestnicy rynku dysponują doskonałą i pełną informacją dotyczącą produktu, jak i jego ceny obecnej i w przyszłości.

Uznaje się, że konkurencja doskonała jest taką formą funkcjonowania rynku, w której wszystkie siły rynkowe działają w pełni efektywnie. I jak się być może domyślacie, jest to model stosowany zazwyczaj do celów analitycznych.

Czyste rynki doskonale konkurencyjne w rzeczywistości nie istnieją, chociaż niektóre z nich są bliskie spełnienia założeń konkurencji doskonałej. Ekonomiści często podają przykład rynki produktów rolnych. Byłaby to prawda, gdyby nie rozwinięty system kontraktacji, dopłat, interwencji oraz ceny minimalne na produkty. W praktyce znalezienie przykładu rynku doskonale konkurencyjnego jest szalenie trudne.

Drugą formą organizacji rynku jest monopol. To sytuacja przeciwna do konkurencji doskonałej i charakteryzuje się następującymi, niesympatycznymi dla nas, cechami.

Jest jeden sprzedający albo jeden kupujący. Tak, ta druga sytuacja też się zdarza i takie zjawisko nazywamy monopsonem, lub monopolem popytowym.

Monopolista sam tworzy cenę na swój produkt. A ponieważ w sytuacji czystego monopolu nie występują substytuty, może swoją cenę narzucić kupującym. A ci decydują się ją płacić.

Monopolista dysponuje siłą monopolową. Jest to proces, w którym producent może podnosić ceny rynkowe przez zmniejszenie podaży.

Istnieje doskonała informacja o rynku. Monopolista zna popyt na swój towar, dzięki czemu może przy jego pomocy manipulować ceną.

Nie ma swobody wejścia i wyjścia na rynek. Blokowanie może odbywać się przy pomocy różnych narzędzi. Monopolista może być na przykład jedynym właścicielem danego zasobu. Państwo może mu przyznać prawo wyłączności na sprzedaż produktu lub usługi. Jest właścicielem patentu. Do uruchomienia produkcji potrzebne są bardzo duże pieniądze. Ewentualnie monopolista może operować w takiej skali, że inni zwyczajnie nie zmieszczą się już na rynku.

Przykłady prawie czystych monopoli to wydobycie diamentów, produkcja Coca-Coli albo koleje w Polsce. Prawie czyste, bo we wszystkich przypadkach występują substytuty. Chińczycy produkują masowo diamenty syntetyczne, możemy napić się Pepsi-Coli a na Openera pojechać własnym samochodem. No i umówmy się, w dobie globalizacji zostanie prawdziwym monopolistą jest praktycznie niemożliwe, a na pewno szalenie trudne.

Na dzisiaj to wszystko, w kolejnym odcinku opowiem o pozostałych dwóch, bliższych rzeczywistości formach organizacji rynku.