Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Czego państwo szuka w gospodarce?

Statystyczny Kowalski zapytany o funkcje państwa w gospodarce, ma zazwyczaj do powiedzenia dużo ciepłych słów na temat tego, jakie to są funkcje (przeszkadzanie uczciwemu obywatelowi żyć) i jak są przez państwo realizowane (oględnie mówiąc, realizowane są słabo). No dobra, to jakie właściwie, oprócz przeszkadzania uczciwemu człowiekowi, funkcje sprawuje państwo w gospodarce?

W idealnie kulistym wszechświecie, podstawowym celem polityki gospodarczej państwa jest zwiększenie efektywności ekonomicznej rynku. Państwo musi to robić, bo efektywność podlega wahaniom. Czasami spowodowane są przez recesję, innymi razy przez praktyki monopolistyczne, jeszcze kiedy indziej przez cokolwiek, co ma wpływ na ład i porządek gospodarczy.

Alokacja

Zaczniemy od funkcji alokacyjnej. W tym przypadku rolą państwa jest optymalne rozdysponowanie zasobów w sytuacji, w której mechanizmy rynku doprowadziłyby do ich gorszej alokacji. Odbywa się to przez rozbudowę infrastruktury, tak ekonomicznej, jak i społecznej, odpowiednio prowadzoną politykę strukturalną, politykę prewencyjną (ochrona środowiska).

Teoria głosi, że wolny rynek reguluje się sam a własność prywatna jest najlepsza i prowadzi do optymalnego alokowania zasobów. Nie podejmę się tutaj dyskusji z tym poglądem, bo jako model może i się sprawdza, natomiast w życiu nie chce być tak prosto. Dlatego czasami państwo zauważa, że interes jednostki stoi w jawnej sprzeczności z interesem społeczności lub społeczeństwa i wchodzi z regulacjami. Do zadań państwa należy zatem wybór adekwatnych form własności. Sprywatyzowanie wodociągów i sieci CO grozi drastycznymi podwyżkami cen.

Najważniejszym zadaniem jest wspieranie konkurencji. W sytuacji modelowej państwo powinno dążyć do osiągnięcia stanu konkurencji doskonałej. Może się to odbywać przez zwalczanie praktyk monopolistycznych czy eliminowanie barier wejścia na rynek.

Stabilizacja

Kolejną funkcją jest stabilizacja. Obejmuje ona najważniejsze cele makroekonomiczne, jakie stawia przed sobą państwo. Czyli obniżenie lub wyeliminowanie inflacji i bezrobocia, osiągnięcie i utrzymanie wysokiego tempa wzrostu gospodarczego oraz zachowanie równowagi rynkowej.

Gdy mechanizmy rynkowe nie są w stanie doprowadzić do stanu równowagi, wkracza państwo ze swoją polityką. Do najważniejszych zadań każdego sensownego rządu zalicza się walka z inflacją i bezrobociem oraz ograniczanie recesji. Narzędzia, jakie ma do dyspozycji państwo to polityka fiskalna i monetarna.

Ta pierwsza, zwana również polityką budżetową, służy zaspokojenie popytu państwa na pieniądz i realizację wydatków budżetowych. Do realizacji tych zadań państwo ma bardzo szerokie instrumentarium, do którego zaliczają się podatki, cła, subwencje, obligacje czy poręczenia i gwarancje rządowe.

Polityka monetarna, zwana pieniężną jest najczęściej realizowana przez Bank Centralny i polega na oddziaływaniu na poziom podaży pieniądza oraz kursy walutowe. W tym przypadku państwo korzysta z regulacji oficjalnej stopy procentowej (redyskontowej), sprzedaż lub skup papierów wartościowych i kontrola poziomu rezerw obowiązkowych, czyli rezerw obowiązkowo gromadzonych przez banki.

Do instrumentów pośrednich możemy zaliczyć związane z faktem, że bank centralny kontroluje system bankowy w danym kraju. Oraz perswazję. Tak, bank centralny i rząd mogą formułować nieformalne zalecenia w stronę banków komercyjnych w celu wymuszenia określonych działań.

Redystrybucja

Ostatnią funkcją państwa w gospodarce jest redystrybucja. Obejmuje ona działania mające na celu zmniejszenie nierówności majątkowych i dochodowych, przyczyniające się do wyrównania poziomu życia w społeczeństwie.
Redystrybucji państwo dokonuje przy pomocy następujących narzędzi:

– system podatkowy
– wydatki budżetowe
– składki na ubezpieczenia społeczne

Wydatki najczęściej dotyczą grup społecznych o najniższych dochodach. Poprzez odpowiednie sterowanie strumieniami pieniędzy, państwo może niwelować nierówności, modelować strukturę konsumpcji i oddziaływać na dostęp do takich rzeczy jak oświata, kultura, służba zdrowia, szkolnictwo wyższe czy mieszkania. Redystrybucję realizuje się również przez interwencję w poziom cen kształtujących się na rynku. Może to być kontrola poziomu czynszów czy gwarantowane ceny dla rolników.

Oczywiście głównymi formami pomocy ze strony państwa są różne świadczenia pieniężne. Zaliczymy do nich emerytury, renty, zasiłki chorobowe, inwalidzkie, dla bezrobotnych, dla osób o niskich dochodach, dla niepełnosprawnych i wszelkiego rodzaju dodatki rodzinne i mieszkaniowe.

Spotkałem się z opinią, ze redystrybucyjna funkcja państwa wzbudza mniejsze kontrowersje niż pozostałe dwie. Wydaje mi się, że od momentu wprowadzenia programu 500+ nie jest to prawda.

Niektórzy wymieniają jeszcze czwartą funkcję państwa, ale według mnie kreowanie porządku prawnego jest dużo szersze i stosuje się nie tylko do funkcji gospodarczych. Tym niemniej pamiętajmy, że bez sprawnej legislacji państwo działać nie będzie a prawo reguluje wszystkie aspekty naszego życia.

A za tydzień chyba już czas na bardzo bolesny temat podatków.

 
Categories

Czy biznes rowerowy to żyła złota?

Polacy oszaleli. Co prawda szaleństwo udziela nam się przed każdym sezonem letnim i zimowym, bo w tym roku Crocsy, a w następnym powydzierane jeansy, ale jest kilka evergreenowych punktów naszego szaleństwa. Jednym z nich jest rower.

To w sumie jest niesamowite. Pomimo mrocznych lat okresu transformacji, podczas których cykliści byli uważani za ludzi drugiej kategorii i nieudaczników którzy nie potrafili się w życiu ustawić i kupić sobie zagazowanego Paska w tedeiku, rowery jakoś się trzymały. Natomiast to, co się dzieje przez ostatnie 5 lat, to rowerowa rewolucja.
Na początek liczby, potem kilka podpowiedzi, na koniec porady.

Rynek rowerowy w 2017 roku był wart 1 mld zł, za te pieniądze kupiliśmy prawie 1,2 mln rowerów. Przewidywania na ten rok to 1,1 mld zł wartości i 1,1 mln rowerów. Patrząc na ostatnie 5 lat widać, że ilościowo sprzedaje się coraz mniej rowerów, ale wartościowo rynek rośnie. Zwróćmy też uwagę, że wartość rynku obejmuje tylko rowery nowe, z pominięciem szerokiej oferty rowerów używanych, części zamiennych i akcesoriów.

Rynek używek wycenia się na 400 mln zł, sensownych oszacowań dotyczących części zamiennych i akcesoriów nie znalazłem. Z moich obliczeń wynika, że możemy mówić o kwotach rzędu 200 mln zł. Czyli całościowo ten biznes ma wartość około 1,5-1,8 mld zł. Jest się po co schylić.

Jesteśmy czwartym producentem rowerów w Europie, wyprzedzają nas tylko Włochy, Niemcy i Portugalia. Naliczyłem około 100 polskich firm zajmujących się produkcją rowerów i części. Robimy w Polsce rowery masowe, nietypowe, wyspecjalizowane, towarowe, wielokołowe, riksze, tandemy czy składane na zamówienie. Ba, Polak produkuje w Ghanie rowery, które mają ramę z bambusa.

I jeszcze taka ciekawostka na koniec sekcji liczbowej. Kupujemy rocznie więcej rowerów niż samochodów.

Co z tego wynika dla ewentualnych chętnych na prowadzenie sklepu rowerowego. Trochę znam branżę więc mogę powiedzieć, że w naszym klimacie musicie nastawić się na dwa rodzaje działalności: od kwietnia do października rowery a od listopada do marca sprzęt narciarski i snowboardowy. Rower jest u nas sprzętem sezonowym, zimą sprzedaż praktycznie staje, jest trochę ruchu na częściach zamiennych i serwisie, ale z tego trudno utrzymać niewielki sklep. Dlatego niezbędne jest zdywersyfikowanie asortymentu.

Nie da się podać dokładnej liczby sklepów z rowerami, bo nie bardzo wiadomo czy na przykład wliczać do nich hipermarkety, które w swojej ofercie mają tyle tanich rowerów, że deklasują ilością towaru niejeden mały sklepik. Można jednak uznać, że punktów, w których Polak może kupić rower jest w przybliżeniu około 2 tysięcy. Czyli miejsce jeszcze jest, wystarczy wyłożyć pieniądze, wybrać asortyment, którym będziemy handlować, znaleźć dobrego serwisanta (bez niego ani rusz) i można startować.

O dobrej kondycji sklepów zajmujących się sprzedażą sprzętu sportowego, w tym rowerów, świadczą dane dotyczące terminowości regulowania zobowiązań. Tylko 4,7 proc. placówek nie płaci w terminie, co jest całkiem niezłym wynikiem. Dla przykładu wśród producentów napojów czy wyrobów tytoniowych aż 12 proc. przedsiębiorców ma problemy z terminowym regulowaniem bieżących płatności.

O asortyment też nie ma się co bać, producentów rowerów, części, podzespołów i akcesoriów jest mnóstwo. Wystarczy przejechać się na Targi Rowerowe w Kielcach i można sobie wyrobić zdanie o sile polskiego rynku.

W tych kalkulacjach musimy pamiętać o jeszcze jednym. W dużych miastach funkcjonują sieci wypożyczalni rowerów. O tym, jak Polacy pokochali rowery na minuty, niech świadczy sukces warszawskiej sieci Veturilo. Operator Nextbike uruchomił ją w 2012 roku i w ciągu 6 lat te lekko pokraczne rowery zawojowały serca Warszawiaków. W roku 2017 padały kolejne rekordy.

W systemie zarejestrowanych jest 610 tys. użytkowników, którzy mają do dyspozycji 5 tys. rowerów. Od marca do listopada 2017 wykręcili rekord i skorzystali z Veturilo 5,1 mln razy. W sobotę 20 maja rowery były wypożyczane co 2 sekundy. W czerwcu z kolei Warszawiacy wypożyczali średnio 20 rowerów na minutę. Średnio oznacza 24/7.

W tym roku wzrosła liczba stacji klasycznych, kilkanaście swoich dołożyli sponsorzy a na dodatek operator uruchomił 10 punktów z rowerami elektrycznymi. Veturilo rządzi.

Dlatego jeżeli chcemy brać się za handel rowerami w stolicy, musimy uwzględniać nie tylko prognozy rozwoju rynku, ale i plany Nextbike. Wielu, już w tej chwili byłych, sprzedawców myślało, że to okresowa moda, która szybko zgaśnie. Teraz w miejscach, w których mieli sklepy, są tanie ciuchy albo Żabki.

A co dla kupującego, który w końcu przekonał się, że nie całe zło tego świata jest winą cyklistów? Nie powiem, że mój pomysł jest najlepszy, ale sugeruję następujące ruchy. Do jazdy rekreacyjnej za miasto jakiś fajny góral, tutaj do wyboru mamy cały alfabet polskich producentów, od Accenta do Zasada Bikes. Do jazdy po mieście na trochę dłuższych dystansach rower miejski, w tym przypadku bogactwo wyboru również oszałamiające, bo te rowery są od kilku lat bardzo modne. Do dojazdów do pracy w opcji łączonego transportu miejskiego i rowerowego, jakiś zręczny mały składaczek, typu Dahon albo Strida, z którym zmieścimy się nawet w najbardziej zatłoczonym tramwaju.

Żyjemy w najpiękniejszym ze światów, w którym możemy kupić sobie taki rower, jaki sobie zamarzymy. Korzystajmy z tego.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Bezlitosne bezrobocie cz.2

Gdy słyszymy o pozytywnych skutkach bezrobocia, mogą się przydarzyć dwie rzeczy. Gdy mamy pracę, słuchamy z uwagą, kiwamy głową, zgadzamy się lub wchodzimy w spór, jest ciekawie. Gdy jesteśmy bezrobotni, mamy ochotę palić opony i parlament. Też jest ciekawie. Przyjrzyjmy się skutkom bezrobocia, może uda się je przegadać bez udziału butelek z benzyną.

Ale zanim powiem o skutkach, w trzech zdaniach omówię psychologiczne fazy bezrobocia. Na początku pojawia się obawa utraty pracy. Ot, na przykład w firmie pojawiają się plotki o zwolnieniach grupowych. Czujemy się pobudzeni, mamy huśtawki nastrojów i skrajne zmiany stanów emocjonalnych. Z jednej strony szykujemy się na najgorsze, z drugiej myślimy „jestem dobry, zwolnią kogoś innego”.

A potem szef wzywa nas na rozmowę i jest po zawodach. Po utracie pracy przeżywamy szok. Mamy poczucie klęski i krzywdy. Czujemy się bezwartościowi, upokorzeni i przygnębieni. Prawie natychmiast pojawia się lęk przed przyszłością, a przede wszystkim w oczy zagląda widmo konieczności spłaty odsetek frankowego kredytu hipotecznego.

Po kilkunastu dniach rozgaszczamy się w bezrobociu, pojawia się ostrożny optymizm, chwilową przerwę w pracy traktujemy jako tymczasową niedogodność. I robimy sobie urlop od wszystkiego. Gdy go kończymy, wchodzimy aktywnie i z wiarą w sukces, w poszukiwanie odpowiedniej dla nas pracy.

Gdy ją znajdziemy, temat przestaje nas interesować. Gdy poszukiwania pracy się przeciągają, pojawia się pesymizm, rezygnacja, poczucie beznadziei. Tracimy wiarę w siebie, wpadamy w kłopoty finansowe, podupadamy na zdrowiu.

Ostatnia faza to zadomowienie i dopasowanie się do bezrobocia. Towarzyszą temu apatia, izolujemy się od znajomych i społeczeństwa, redukujemy oczekiwania życiowe, zaczynamy realizować program minimum bytowego. Przestają nas interesować jakiekolwiek rzeczy oprócz przeżycia i poszukiwania coraz mniej ambitnej pracy. Bardzo często pojawia się depresja.

Jaki z tego wniosek? Najlepiej nie być bezrobotnym a o pozytywnych skutkach bezrobocia możemy mówić wyłącznie w kategoriach gospodarki lub pracodawcy a nie jednostki. Dla jednostki, poza krótkim urlopem od obowiązków, bezrobocie nie niesie niczego dobrego.

Przepraszam, pomyliłem się. Jest jeden pozytyw dla pracowników. Jeżeli w życiu wypełnionym lękiem, znajdą motywację do samorozwoju, szybko zaczynają się uczyć nowych rzeczy, które pozwolą im utrzymać się w pracy, albo pomogą w poszukiwaniu nowej.

Niewątpliwie rośnie konkurencyjność na rynku pracy. Osoby bezrobotne muszą się rozwijać i kształcić nowe umiejętności. Niestety, ekonomiści zapominają, że osoba apatyczna i bez środków do życia, raczej nie ma sił na głęboki samorozwój.

Kolejnym pozytywnym skutkiem bezrobocia jest możliwość realokacji ludzi z zawodów nieefektywnych i nieopłacalnych do nowoczesnych i efektywnych. Do tego jednak potrzebne są również głębokie przemiany strukturalne gospodarki. Widzieliśmy to u nas po 1989 roku, gdy polikwidowano mnóstwo zawodów fizycznych, a w ich miejsce pojawili się specjaliści do spraw marketingu, przedstawiciele handlowi i PR-owcy.

Bezrobocie oznacza osłabienie pozycji pracowników i związków zawodowych. Maleje presja na wzrost płac. Zmniejsza się popyt na towary i usługi. Wszystko to pomaga walczyć z inflacją.

Gdy rośnie bezrobocie, pracownikom wzrasta motywacja do bardziej efektywnej i solidnej pracy. To prawda, nic tak nie motywuje pracownika do wytężonego wysiłku, jak wiszący nad głową bat.

No i oczywiście gdy widmo bezrobocia zajrzy nam w oczy, jesteśmy bardziej skłonni zainteresować się elastycznymi formami pracy, takimi jak wolontariat, darmowe staże czy zlecenia. Jak mówiłem – pozytywy leżą wyłącznie po stronie pracodawców i gospodarki.

Do negatywnych skutków bezrobocia możemy zaliczyć utratę statusu majątkowego i społecznego, problemy rodzinne, zdrowotne i psychiczne, obniżenie samooceny a w skrajnych przypadkach bezdomność. Jak widać, wszystkie negatywy bierze na siebie pracownik.

Dla porządku warto wspomnieć o rodzajach bezrobocia. Ze względu na czas jego trwania wyróżniamy bezrobocie krótko, średnio i długookresowe, oraz bezrobocie chroniczne. To ostatnie oznacza osoby pozostające bez pracy powyżej roku.

Ze względu na ewidencję, wyróżniamy bezrobocie jawne, czyli tych, którzy rejestrują się w Urzędach Pracy, i bezrobocie ukryte, pozostające poza ewidencją. Nie wszystkim chce się chodzić na niewnoszące niczego wizyty w UP.

Ze względu na stan gospodarki możemy wskazać bezrobocie cykliczne, które jest związane z fazami cyklu koniunkturalnego. Natomiast bezrobocie sezonowe wiąże się zazwyczaj z porą roku i występuje w budownictwie czy rolnictwie. Trudno w zimie zbierać truskawki czy wylewać fundamenty.

Bezrobocie związane ze zmianami technologicznymi i ewolucją procesów produkcyjnych nazywamy bezrobociem strukturalnym. W Polsce w okresie przemian dotknęło ono pracowników górnictwa, hutnictwa, przemysłu włókienniczego i ludzi z PGR-ów. Bezrobocie strukturalne może dotknąć ludzi również z powodu zmian w gustach konsumentów. Dzisiaj aparaty Polaroida kupują już nieliczni.

Bezrobocie technologiczne najkrócej charakteryzuje hasło „zabrali nam pracę”, przy czym nie jest to związane z imigracją ekonomiczną, a z automatyzacją i robotyzacją. Może mieć ono charakter tymczasowy, jeżeli uda się przesunąć ludzi do nowych zajęć, albo stały, jeżeli zrobotyzowaniu uległa cała gałąź gospodarki. Popatrzmy choćby na montownie samochodów, gdzie ludzie są potrzebni wyłącznie do nadzorowania pracy robotów.

W każdym kraju znajdziemy bezrobotnych z wyboru. Niektórym po prostu opłaca się korzystać ze wszystkich dostępnych form pomocy społecznej i jednocześnie pracować na czarno. W przesłanki stojące za takim postępowaniem nie wnikamy, ale mogą się wiązać z niechęcią do nadmiernego wysiłku.

No i na koniec najzdrowszy rodzaj bezrobocia, czyli bezrobocie frykcyjne. Występuje podczas poszukiwania nowej pracy lub zmiany miejsca zamieszkania.

W następnym odcinku poruszymy już przyjemniejsze tematy. 

 
Categories

Workation, czyli prawie wakacje dla bardzo zapracowanych

Na myśl o wakacjach masz niepokoje i biją na ciebie siódme poty? Nie jesteś w stanie wyobrazić sobie przerwy w pracy? Przeraża cię świadomość, że podczas twojej nieobecności, ktoś inny może wkraść się w łaski szefa albo przejąć projekt, nad którym z mozołem pracujesz od pół roku? Czy może myśl o odpoczynku wydaje ci się wstrętna? Workation to rozwiązanie idealne dla ciebie.

Oczywiście wszystkie wymienione we wstępie symptomy są powodem do niepokoju, ale rozumiem, że w zabieganym świecie nie wszyscy mamy czas na wypoczynek. Nowy, gorący trend z Zachodu pozwala nam częściowo pogodzić pracę z koniecznością odcięcia się od niej. Nie jest rozwiązaniem idealnym, bo ciało i umysł wymagają resetu i naładowania akumulatorów, ale jeżeli nie możemy mieć tego, co chcemy, to miejmy przynajmniej cokolwiek.

Workation to połączenie pracy (work) i wakacji (vacation), i oznacza, jak się możemy domyślać, wakacje połączone z pracą. Jest to rozwiązanie idealne dla ludzi pracujących zdalnie, którzy nie musza podbijać codziennie karty pracy i są rozliczani z wyników a nie dupogodzin. Z workation mogą również skorzystać właściciele firm, którzy nie chcą zostawiać biznesu na pastwę pracowników, a swoim dyrektorom ufają nieprzesadnie. Ostatnio z tego rozwiązania korzystają korporacje, organizując w ten sposób pracę swojej załogi.

Żebyśmy dobrze zrozumieli ideę workation. To nie są wakacje, podczas których pracodawca zmusza pracownika do wykonywania zwyczajowych zadań. To raczej inny sposób organizowania pracy, poprzez łączenie jej z wypoczynkiem. Wyobraźmy sobie, że mamy grupę programistów, którzy siedzą w zagródkach bez okien i klepią kod 12 godzin dziennie. Nikt o zdrowych zmysłach nie wytrzyma takiego reżimu pracy przez dłuższy czas. Może więc lepiej wywieźć koderów do ciepłego kraju, dać im mocne łącze i niech pracują stamtąd?

Dla pracownika jest to świetne rozwiązanie, bo podczas takich praco-wakacji nie zużywa urlopu. Pracodawca organizuje zajęcie w ten sposób, że grupa pracuje od 9 do 14. Po 14 ma nakaz wyłączenia komputerów i komórek, i zaczyna wypoczywać. Czy to leżąc nad basenem z książką i zimnym drinkiem, czy to zwiedzając, jeżeli jest co zwiedzać.

Można się zapytać, dlaczego właściwie chcielibyśmy robić coś tak szalonego, jak workation? Badania nie pozostawiają złudzeń – Polacy nie potrafią wypoczywać. W 2017 roku CBOS przeprowadził badanie, według którego wyjeżdżamy na urlop średnio na siedem i pół dnia. Od 2012 roku skróciliśmy swój urlop o dwa dni. Z kolei z badania przeprowadzonego wśród użytkowników Allegro wynika, że w trakcie wakacji aż 81 proc. osób korzysta z internetu. I to jest w porządku, bo skąd wiedzielibyśmy, co mamy zwiedzać na miejscu. Gorzej, że prawie 1/4 klika w internety w celach służbowych.

Bezlitosne są dla nas również statystyki OECD. Na sen i relaks poświęcamy dziennie ledwie 14 godzin. Daje nam to zaszczytne trzecie miejsce wśród krajów OECD. Od końca. Aż 25 proc. z nas pracuje podczas urlopu do 3 godzin dziennie. Nie umiemy wypoczywać, jesteśmy w tym beznadziejni tak, że bardziej się chyba nie da. Gdy przeglądałem badania stwierdziłem, że idea workation jest jakby stworzona dla zapracowanych Polaków. Trzeba zmienić angielską nazwę na naszą. Proponuję prakacje.

Ponieważ z umęczonego i niewypoczętego pracownika pożytek jest dużo mniejszy niż ze zrelaksowanego, pracodawcy coraz śmielej przyglądają się tej egzotycznej idei. Na dobrą sprawę jedynym minusem takiego rozwiązania są koszty wysłania zespołu do ciepłych krajów. Z drugiej strony mogą się one zwrócić już podczas wyjazdu, bo jak uczy doświadczenie, produktywność zespołów rośnie wtedy bardzo mocno.

Są też inne plusy prakacji. Poprawiają się relacje między ludźmi z zespołu, rośnie integracja, ludzie zaczynają się lepiej rozumieć i dogadywać. Poprawia się motywacja i koncentracja w czasie pracy, większość osób chce skończyć zadanie w krótszym czasie, żeby nie zostawiać sobie rzeczy na następny dzień. A przypominam, że podczas prakacji w pracy siedzi się przez 4-5 godzin dziennie. Bardzo ważne jest również budowanie pozytywnego wizerunku firmy w oczach pracowników. Zarówno tych obecnych, jak i przyszłych. Kto by nie chciał pracować w firmie, która raz do roku wysyła wszystkich na miesiąc na Malediwy?

No dobra, to gdzie się kopnąć na prakacje, jeżeli już zdecydujemy się na tego typu formę częściowego wypoczynku? Należy pamiętać o kilku podstawowych zasadach:

– Dopasowujemy aurę na miejscu nie tylko pod wypoczynek, ale i pod pracę. Wspomniane Malediwy brzmią doskonale, ale jak się tam wybierzemy między majem a listopadem, możemy załapać się na ulewne deszcze. Wysoka temperatura w połączeniu z wilgotnością, zabiją każdą produktywność i pokrzyżują nasze plany wypoczynkowe.

– Jakkolwiek interesujące może wydawać się zagubione miasto w sercu Kambodży, musimy pamiętać o infrastrukturze umożliwiającej pracę. Będziemy zatem potrzebować szybkiego łącza i dostępu do sali konferencyjnej na wypadek, gdybyśmy musieli przeprowadzić telekonferencje z klientem na tyle zasadniczym, że przeszkadza mu widok kąpiących się ludzi w tle.

– Unikamy pory monsunowej, terenów aktywnych sejsmicznie, zagrożonych powodzą, uderzeniem tsunami i wszystkimi atrakcjami pogodowymi, które uniemożliwią nam tak pracę, jak i wypoczynek. Wizytę w strefie działań wojennych zaplanujmy sobie na czas normalnego urlopu.

– Wiem, że to zabrzmi źle, ale planując prakacje, rozważmy wyjazd w miejsce, w którym nie ma rodzin z dziećmi. W czasie normalnych wakacji nie mam z tym problemu. Natomiast dziecko w pracy to zły pomysł, o czym kilkukrotnie się przekonałem. Nie da się być efektywnym, gdy dwie zagródki obok płacze nieprzewinięty bobas.

Jeżeli nie możesz pokonać wroga, przyłącz się do niego. Jeżeli nie jesteś w stanie wypoczywać, bo ciągle pracujesz, pracuj i wypoczywaj jednocześnie. Od siebie mogę dodać tylko tyle, że tekst ten powstał podczas Open’era. Kolejne prakacje zaliczone.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: To straszne bezrobocie

Bezrobocie jest wtedy, gdy człowiek w wieku produkcyjnym, zdolny, gotowy i chętny do pracy, oraz aktywnie jej poszukujący, nie jest w stanie jej znaleźć. I tutaj niektórzy pewnie zakrzykną: no ale przecież wszędzie szukają chętnych do pracy, widziałem kartkę na drzwiach w pobliskiej Biedronce, że dają etat, socjal i benefit. To jak w ogóle może być bezrobocie?

O tym za chwilę. Dla jednych bezrobocie to koszmar, pesymizm, fatalizm, rezygnacja i apatia. Dla innych to jedynie powód do wzruszenia ramion. Dzisiaj przyjrzymy się jego naukowej definicji, przełożymy ją sobie na polski i porozmawiamy o jego przyczynach. Ale najpierw wyjaśnimy pułapki rozumowania zasygnalizowane w poprzednim akapicie.

Gdybyśmy żyli w gospodarce centralnie planowanej i ręcznie sterowanej, w której człowieka bezrobotnego kieruje się do pracy na front, na którym akurat pracowników brakuje, bezrobocia faktycznie by nie było. Przyszło nam jednak żyć w gospodarce w miarę wolnorynkowej, w której bezrobotny ma wybór, czy pozostać bez pracy, czy podjąć taką, która mu nie odpowiada.

Przyczyn nieodpowiadania pracy może być dużo. Wyobraźmy sobie sytuację, w której namawiamy korporacyjnego pracownika niskiego szczebla do zajęcia miejsca za kasą w supermarkecie. Jeżeli nie będzie miał noża na gardle, prawdopodobnie nie przystanie na naszą propozycję. Jego decyzję mogą warunkować na przykład czynniki finansowe – suma miesięcznych wydatków stałych, z których nie może zejść, jest wyższa niż maksymalna pensja kasjera. Taki człowiek będzie szukał pracy, w której zarobi na te koszty stałe a nie takiej, dzięki której przeżyje, ale wpadnie w spiralę zadłużenia.

Na przeszkodzie mogą stać również czynniki psychologiczne. Ktoś, kto skończył studia, pracował na stanowisku wymagających specjalnych umiejętności i wiedzy, cieszył się jakimś prestiżem, nieprędko zdecyduje się na pracę, która według jego standardów, będzie niewymagająca, zbyt prosta a nawet urągająca poziomowi jego kompetencji.

Dlatego często ludzie decydują się nie podejmować gorzej płatnej czy mniej prestiżowej pracy i nie ma w tym żadnego paradoksu. Co więcej, w każdej gospodarce, nawet centralnie planowanej, istnieje tak zwana naturalna stopa bezrobocia większa od zera. Wliczymy do niego zarówno tych, którzy nie chcą wykonywać pracy poniżej swoich umiejętności, jak również osoby o niskich kwalifikacjach, które wykonują monotonne, nieciekawe zajęcia. Dla nich czasowa przerwa w pracy może być sposobem na przeczekanie i ucieczkę od nudy i zamułki.

Gdy już sobie wyjaśniliśmy na czym polega błąd mądrości wygłaszanych przez wujka Janka na rodzinnej imprezie, możemy przejść do przyczyn bezrobocia. Jest ich wiele, wybierzemy te najważniejsze.

Wysokie koszty pracy pracodawców mogą powodować likwidację miejsc pracy albo zahamowanie tworzenia nowych. To odwieczny problem, który jest regularnie rozgrywany przez polityków. Podobne problemy może tworzyć nieelastyczne i opresyjne dla pracodawców prawo pracy. Tu jest duże pole do popisu dla aktualnego prawodawcy.

Niedopasowanie popytu i podaży na określony rodzaj pracy, czyli tak zwane bezrobocie strukturalne. W Polsce okresu przełomu politycznego mieliśmy wielu robotników nisko wykwalifikowanych i rolników. Gdy zaczęły padać duże zakłady pracy, PGR-y i małe gospodarstwa rolne, na rynku pracy pojawiła się duża grupa rolników i robotników, przy znacznie zmniejszonym zapotrzebowaniu na te zawody.

Czasami praca nie widzi się z pracownikami z powodów geograficznych. Bo co z tego, że możemy dostać pracę na platformie wiertniczej na Morzu Północnym, jeżeli oznacza to długą rozłąkę z bliskimi. W tym przypadku powodem bezrobocia jest ograniczona mobilność potencjalnych pracowników.

Reglamentacja pracy, czyli system państwowych i korporacyjnych pozwoleń oraz licencji na pracę. W tym przypadku tworzy się bariery wejścia, które zmniejszają liczbę pracowników mogących wykonywać dany zawód. Powoduje to oczywiście wzrost bezrobocia wśród tych zawodów i spadek konkurencyjności w dotkniętej takimi regulacjami branży. Prawnik po studiach potrzebuje aplikacji a lekarz musi zrobić specjalizację.

Brak równowagi między kierunkami kształcenia a zapotrzebowaniem na określony zawód. Pamiętacie wysyp magistrów marketingu i zarządzania? Dzisiaj mamy ich tak wielu, że rynek nie jest w stanie ich wchłonąć. Aktualnie rośnie nadprodukcja absolwentów kierunków informatycznych. Kto wie, za kolejne dziesięć lat możemy mieć nadprodukcję lekarzy.

Automatyzacja i restrukturyzacja przyczyniają się do likwidacji miejsc pracy wymagających niższych albo bardzo wąska wyspecjalizowanych kwalifikacji. Mówi się, że nie ma się co bać robotów zabierających pracę w montowniach, bo dzięki nim wszyscy w końcu będziemy dostawać pieniądze tylko za to, że jesteśmy.

Sezonowe lub stałe ograniczenie produkcji określonych towarów lub wykonywania usług z powodu braku zainteresowania ze strony konsumentów. Sezonowość dotyka na przykład pracujących w rolnictwie. Permanentność zniszczyła prawie całkowicie walkmany, winyle i wideo.

Na dzisiaj tyle, w następnym odcinku opowiem o rodzajach bezrobocia i jego skutkach.

 
Categories

Ile można wydać w Polsce na festiwale? Policzyliśmy

Sezon koncertowo-festiwalowy w pełni. Jak co roku, stajemy przed takim wyborem, że żałujemy dwóch rzeczy: braku pieniędzy na wszystkie wydarzenia, które chcielibyśmy zobaczyć i braku umiejętności bilokacji, która pozwoliłaby nam znaleźć się w dwóch miejscach o jednym czasie. Oczywiście po to, żeby zobaczyć wszystkie wydarzenia, które nas interesują.

I jak co roku zadaję sobie to samo pytanie. Czy organizatorów nie poniósł nadmierny entuzjazm, i czy nie mamy tego dobra za dużo? Czy to już ten moment, że dostajemy więcej, niż jesteśmy w stanie zjeść i zaczynamy się dławić? A może wręcz przeciwnie, jest miejsce na kolejne duże festiwale? Popatrzmy jak to wygląda.

Policzyłem imprezy, które odbędą się do końca roku. W sumie organizatorzy zaplanowali 75 koncertów i festiwali. Lista jest dalece niepełna, gdyż wybrałem tylko duże wydarzenia i koncerty w miarę popularnych zespołów. Maksymalne natężenie wydarzeń jest w lipcu, w którym mamy do wyboru 34 imprezy na terenie całego kraju. W sierpniu zwalniamy i organizatorzy proponują nam 15 wydarzeń, od września do grudnia kolejne 26.

Załóżmy, że interesujemy się różnorodną muzyką, jesteśmy magikami i damy radę odwiedzić wszystkie. W lipcu oznacza to dla nas 7700 złotych na same karnety i bilety. Nie liczę kosztów transportu, pobytu na miejscu i jakiegoś skromnego jedzenia, bo w takim przypadku trzeba tę kwotę co najmniej podwoić.

Rzecz jasna nikt poza dziennikarzami muzycznymi nie jeździ na wszystkie imprezy, ale w sezonie letnim, hardkorowy fan imprez musi liczyć się ze sporymi wydatkami. Ceny biletów na lipcowe koncerty i festiwale wahają się od 70 złotych za najtańszy bilet na koncert zespołu Tremonti, do 750 złotych na trzydniowy festiwal muzyki tanecznej Sunrise. Cieszący się niezasłużoną opinią najdroższej imprezy w Polsce Open’er przestaje być taki drogi, gdy skojarzymy, że trwa 4 dni i najtańszy karnet za 579 złotych to koszt dwóch-trzech koncertów dużych gwiazd. A gdy zestawimy go z jednodniowym Młyn Jazz Festiwal, kosztującym w najtańszej wersji 559 złotych, wypada całkiem tanio. Jednak nie na tyle tanio, żeby nie wyrwać w naszych portfelach sporej dziury.

Oczywiście zbrodnią byłoby narzekać, że w końcu możemy w kraju oglądać zespoły światowego formatu, ale w lipcu i sierpniu dochodzi do absurdalnych sytuacji. Podczas Open’era odbywa się pięć innych festiwali i dwa koncerty. Jeżeli ktoś ma siłę, to może przeskoczyć z Gdyni do Warszawy na Rolling Stonesów, bo grają na zakładkę. Między 10 a 17 lipca odbywa się pięć festiwali i trzy koncerty. 27 lipca z kolei zaczynają się 3 festiwale a w Krakowie gra Iron Maiden.

Na początku sierpnia Przystanek Woodstock skleja się z OFF-em, w połowie spotykają się dwie fajne imprezy rockowe: Cieszanów Rock Festival i Czad Festival plus Kraków Live Festival. A przez cały miesiąc mamy co drugi dzień jakąś imprezę.

Tutaj zrobię mały wtręt – majątek zbije ktoś, kto zrobi aplikację, która będzie agregowała te wszystkie imprezy, podliczała automatycznie koszty karnetu, biletu, noclegów oraz wybierała optymalne połączenia między miastami, w których coś się dzieje. W tej chwili nawigowanie między nimi wymaga sporego arkusza excelowego.

Mamy więc z jednej strony fana, który tłucze się z jednego koncertu na drugi i jedzie z jednego festiwalu na kolejny. Z drugiej strony stoją organizatorzy, którzy widzą, że wakacyjna rozrywka to świetny biznes.
Praktycznie żaden z organizatorów nie podaje bilansu imprezy, ale wnioskując po kolejnych edycjach można zakładać, że się to opłaca. I tu pojawia się dość ciekawy wątek sponsorów tytularnych i bardzo ciekawy wątek współpracy organizatorów z miastami.

Sponsorzy są na takich imprezach rzeczą tak oczywistą, że praktycznie przestajemy rejestrować ich obecność a zaczynamy reagować na kolory. Pomarańczowy Orange Festival. Do niedawna zielony Heineken Open’er. Fioletowy i pomarańczowy Woodstock, który co prawda nie ma w tytule nazwy żadnego sponsora, ale widać na nim pomarańczowy balon Allegro i fioletowe barwy Playa.

Ciekawą sprawą jest wpływ festiwalu na miasto i miasta na festiwal. Zwłaszcza interesująca jest ta druga kwestia. Festiwale mogą budować tożsamość miasta, no bo z czym nam przede wszystkim kojarzy się nam Opole? Na kilka dni w roku angażują mieszkańców, o czym łatwo było przekonać się w zamierzchłych czasach choćby w Jarocinie. Budują markę miasta bo kto oprócz żeglarzy mazurskich słyszał o Mrągowie, gdy jeszcze nie odbywał się w nim Piknik Country?

Lista korzyści jest jeszcze dłuższa. Miasto na festiwalu najczęściej zarabia, promuje się, aktywizuje mieszkańców, daje im święto w okresie pozaświątecznym. Często możemy spotkać się ze sformułowaniem „miasto tętni życiem”. I jest to fajne. Podczas festiwalu na wsparcie mogą liczyć rodzimi artyści. Impreza daje miastu i jego mieszkańcom impuls do dalszych działań w obszarach pozornie z festiwalem niezwiązanych.

No i bardzo często dzięki festiwalowi mieszkańcy dostają jak najbardziej namacalne pamiątki po nim. Miasto Busko-Zdrój zyskało szkołę muzyczną im. Krzysztofa Pendereckiego. Po imprezach pozostają instalacje, rzeźby, murale, książki wydane specjalnie na festiwal. Oraz oczywiście polepsza się miejska infrastruktura, bo włodarze naszych miast, jak chyba wszyscy Polacy, mają tę miłą cechę, że zastaw się a postaw się. Więc w parku pojawi się ławka i fontanna, festiwalowy amfiteatr zyskuje drugą młodość a fronty kamieniczek na rynku dostają nowy tynk.
Myślę, że takie imprezy jak Gouadupa w Baligrodzie, Cieszanów Rock Festiwal czy Rock na Bagnie w Goniądzu wzięły się właśnie z takiego dobrego myślenia gospodarzy małych miast, którzy zrozumieli, że dobrze jest mieć swój festiwal. Czy ktoś 10 lat temu kojarzył co to Strzelinko i Dolina Charlotty? Teraz gdy widzimy te nazwy, od razu wiemy, że zagra tam gwiazda światowego formatu.

Możemy więc trochę sobie ponarzekać, że za dużo i za drogo, ale to będzie narzekanie na zasadzie „za dużo w jednym terminie” i „drogo, ale za tyle fajnych gwiazd, to jak darmo”. Dlatego już w najbliższą środę pakuję mandżur i jadę na Open’era. Potem szybki powrót do Warszawy na Stonesów, żal po Body Count, których musiałem odpuścić, ukoję lipcowym koncertem Combichrist. A w sierpniu widzimy się na Pol’and’Rocku poprzednio znanym jako Woodstock. Do zobaczenia na trasie.

 
Categories

Sprawdziliśmy: aplikacje naprawdę nas podsłuchują! Non stop

Pisałem już o aplikacji La Liga, która była tak sprytna, że bez wiedzy użytkownika nasłuchiwała, czy w tle nie leci nielicencjonowana transmisja sportowa. A że przy okazji włączała sobie geolokalizację, jej użytkownicy stawali się nieświadomymi szpiegami. Gdy zacząłem zagłębiać się w temat, otchłań wejrzała we mnie.

 

Jeżeli nie znasz angielskiego i klikasz OK na wszystko, masz prawdopodobnie na telefonie albo tablecie przynajmniej jedną aplikację, która korzysta z twojego mikrofonu w celach innych, niż ci się wydaje.

Aplikacja ta nasłuchuje przez cały czas odgłosów otoczenia, nagrywa je i na koniec serwuje ci reklamy dostosowane do tego, co akurat oglądasz w telewizji. Być może również w kinie albo w restauracji, bo aplikacja przestaje słuchać wyłącznie wtedy, gdy wyłączysz telefon. Wszystko to oczywiście dla twojego dobra, bo przecież dostajesz lepiej dopasowane reklamy i nie wiemy na co właściwie narzekasz człowieku.

Co ciekawe, udzielając zgody na wykorzystanie mikrofonu, w niektórych przypadkach nie wiesz, na co właściwie się zgadzasz. Zakładasz optymistycznie, że mikrofon jest do czegoś potrzebny, być może będziesz mógł sterować głosem albo coś nagrać. Nie podejrzewasz, że aplikacja od razu odpali nasłuch i będzie zbierać próbki głosów.

Jedną z firm, która oferuje tego typu oprogramowanie jest startup Alphonso. Zasada działania jest prosta. Jak już damy dostęp do naszego mikrofonu, aplikacja rejestruje dźwięki z otoczenia. Na szczęście nie wszystkie, ale marną pociechą znajduję fakt, że słucha tylko głosów z reklam, programów telewizyjnych i filmów. Czasami również lokalizuje miejsce dzięki czemu wie, że to czego słucha jest filmem, który oglądamy w kinie.

Wszystko to oczywiście dla hajsu, bo informacje te służą lepszemu dopasowywaniu reklam wyświetlających się nam w aplikacji, którą mieliśmy nieszczęście zainstalować. Nasłuch odbywa się na przykład przez gry, które nie potrzebują dostępu do mikrofonu. Producent prosi o niego tylko i wyłącznie po to, żeby nas słuchać i często nas o tym wyraźnie nie informuje. Najmniej sympatyczną rzeczą w tym wszystkim jest celowanie w dzieci. Z oprogramowania Alphonso korzystają bowiem producenci z pozoru niewinnych gier kierowanych do najmłodszych.

Wpuścilibyście do domu dziwnego typa, który podsłuchiwałby wasze dzieci w ich pokoju? Z przykrością stwierdzam, że to zrobiliście, instalując grę dla waszego milusińskiego.

Firma Alphonso odmawia podania liczby osób, których słucha. Odmawia również ujawnienia nazw około tysiąca gier, mesendżerów, aplikacji socialmediowych i wszystkich innych, w których wykorzystuje się jej oprogramowanie. Przedstawiciele firmy tłumaczą to oczywiście tajemnicą handlową i knowaniami konkurencji. Można jednak znaleźć niektóre z tych aplikacji, wpisując w sklepie Google Play frazę „Alphonso automated” albo „Alphonso software”. Przetestowałem trzy gry, każda poprosiła mnie o dostęp do mikrofonu, żeby mogła nasłuchiwać otoczenia. Przynajmniej tyle się developerom chwali, że się nie kryją tylko pytają. Przynajmniej niektórzy.

Bo oczywiście były przypadki, gdy byliśmy szpiegowani bez naszej wiedzy. No dobra, nie my a Amerykanie, ale nie mamy gwarancji, że tej zarazy w innym wydaniu nie ma też u nas.

W lutym 2017 roku firma Vizio podpisała ugodę, na mocy której zapłaciła 2,2 mln dolarów. Vizio sprzedaje telewizory, które możemy podłączyć do internetu. Ich urządzenia zbierały bez wiedzy użytkowników dane dotyczące oglądanych programów i sposobu oraz czasu ich oglądania. Jeszcze gorszą rzeczą była analiza zachowań gospodarstwa domowego przy pomocy wszystkich urządzeń podłączonych do internetu w ramach konkretnego adresu IP. Mogło to być coś bardzo niewinnego, ale równie dobrze dane mogły dotyczyć tego, czy ktoś wszedł na stronę Nike po obejrzeniu w telewizji spotu reklamującego obuwie. I w drugą stronę, to znaczy czy reklama w internecie zachęciła użytkowników do włączenia serialu lub filmu. No i rzecz najważniejsza z biznesowego punktu widzenia, czyli wrzucanie ludziom na urządzenia reklam bazujących na tym, co oglądali w telewizji.

Oprogramowanie w telewizorach Vizio odpalało się domyślnie i nie informowało użytkownika o tym, że zbiera sekundę po sekundzie dane dotyczące jego nawyków związanych z oglądaniem telewizji. Jeżeli klient miał starszy model, w którym oprogramowania nie było, doinstalowywało się zdalnie i informowało o tym użytkownika krótkim komunikatem, wyświetlającym się na ekranie przez całe 50 sekund.

Prezes Vizio zarzekał się, że te informacje nigdy nie były skojarzone z informacjami umożliwiającymi zidentyfikowanie użytkownika po nazwisku albo po danych kontaktowych. Tylko co z tego, jeżeli Vizio udostępniało adresy IP firmom agregującym dane, a te umożliwiały dopasowanie płci, wieku, dochodu, statusu małżeńskiego, wielkości gospodarstwa domowego, wykształcenia czy wartości domu. Po co komu nazwiska, gdy ma takie informacje?

Znajomi śmieją się ze mnie, że mam zaklejoną kamerę w moim laptopie a do komputera stacjonarnego nie podłączyłem jej w ogóle. Być może już czas na to, żeby przestać się śmiać, wyhodować w sobie małą paranoję i założyć, że ktoś albo coś przez cały czas na nas patrzy. Albo słucha.

 
Categories

Drżyjcie pracodawcy, idą młodzi roszczeniowi

Dawno nie odwiedzaliśmy naszych przyjaciół milenialsów. Pytacie co tym razem zbroili? Odpowiedź jest wstrząsająca – zabijają pracę taką, jaką znamy. Rozumiecie? Zabierają nam nasz styl pracy. Nie ma dla nich żadnych świętości.

Do niedawna było lepiej. Przychodziło się do pracy na 9:00, wychodziło jak tam się projekty ułożyły, czasami o 17:00, ale częściej bliżej 20:00. Nikt o płatne nadgodziny nie pytał, szef był nam jak ojciec, gdy trzeba surowy i pasa nie szczędził, czasami pochwalił dobrym słowem. W jednej firmie przepracowywało się minimum 5 lat, o podwyżkach się nie rozmawiało, bo czasem była skromna bo skromna, ale jednak premia roczna. Integracje z funduszu socjalnego, raz do roku duża impreza firmowa, dopłaty do karty Multisport i podstawowej opieki zdrowotnej. Nikt nie narzekał.

I komu to przeszkadzało?

Wiadomo. Roszczeniowym milenialsom, którym dogodzić się nie da. I okazuje się, że nie kręci ich ani ośmiogodzinny dzień pracy, ani bezproduktywne siedzenie w biurze. Na hasło „nadgodziny” reagują śmiechem, chcą podwyżek po pół roku pracy, integracja przy piłkarzykach i piwie ich nie interesuje, hierarchiczną strukturę korporacyjną mają w głębokiej pogardzie i na dodatek kwestionują autorytety oraz stan zastany, jakby się na wszystkim znali najlepiej. Przecież tak nie można.

Erozja starego systemu pracy postępuje na wielu polach. Weźmy na przykład takie modne hasło, jak „work-life balance”. Niby się zgadzaliśmy, że rozdzielamy sobie te pola, a potem niepostrzeżenie zaczęliśmy odbierać telefony po godzinach i przychodzić do pracy w sobotę, żeby podciągnąć zaległości. Milenialsi potrafią być tak uparci przy rozdzielaniu pracy od życia prywatnego, że nie spełniają oczekiwań szefa starej daty, który oczekuje, że telefon będzie odebrany nawet w sobotę o 21:37 a odpowiedź na maila wysłanego w niedzielę o 7:42 wyląduje na jego skrzynce najdalej o 8:15. Nic z tego, według raportu „Młodzi na rynku pracy” aż 88 proc. młodych ludzi oczekuje możliwości integracji życia zawodowego i prywatnego. I traktują to śmiertelnie poważnie. 

Doszło do tego, że nawet rekruterzy się skarżą. Kończą się czasy dostosowywania terminów rozmów kwalifikacyjnych pod oferującego pracę. Dzisiaj trzeba zmienić zasady i dopasować się do kalendarza kandydata. Tak się nie da pracować.

Obecne pokolenie jest najlepiej wykształcone w historii Polski. Jasne, możemy narzekać na płytkość programów nauczania i spadający poziom wyższych uczelni, ale milenialsi mają dyplom ukończenia studiów, przynajmniej jeden język obcy i obcykanie w nowych technologiach, w otoczeniu których się wychowali, i do których błyskawicznie się adaptują. I z tego coś już można rzeźbić, bo łatwiej młodego nauczyć, niż starego oduczyć.

Co najgorsze, młodzież ma świadomość swojej wartości. A co jeszcze gorsze, młodych bez kredytu trudniej zastraszyć w pracy. Nie da się mobbingować kogoś, kto w każdej chwili może wstać, rzucić papierem i wyjść z nieprzyjaznego, toksycznego związku z pracodawcą. Zresztą częste zmiany pracy to rzecz, do której pracodawcy też się muszą zacząć przyzwyczajać. Młodzi nie będą siedzieć w robocie, w której nauczyli się wszystkiego, czego mogli się nauczyć.

Milenialsi często poruszają tak egzotyczne tematy jak cele i inicjatywy społeczne podejmowane przez ewentualnego albo aktualnego pracodawcę. Chce im się przykuwać do drzew, siedzieć w hospicjach i angażować się w wolontariat pracowniczy. A tu poruta, bo w firmie jedyny wolontariat pracowniczy to bezpłatne staże dla studentów.

No i na koniec rzecz najgorsza, niczym zdradziecki sztych sztyletem w plecy. Praca sama w sobie nie stanowi dla milenialsów nagrody, nie jest też wystarczającą motywacją, żeby rzucili się na nią z wdzięcznością i robili to, co powiedział pan kierownik. Młodzi nie żyją, żeby pracować, tylko pracują, żeby żyć. Trudno ich zmotywować karierą, pieniędzmi czy uznaniem w oczach szefa. To nie ta bajka.

Mikrozarządzanie nie sprawdza się w obliczu bandy bezczelnych studentów, których nie interesują wskazówki i zarządzenia pana kierownika. Oni potrzebują mieć wpływ na sposób, w jaki ten cel zostanie osiągnięty. Czyli oczekują większej wolności, możliwości sprawdzania się i samodzielnego podejmowania decyzji. Na domiar złego, 74 proc. oczekuje elastycznego czasu pracy, co oznacza, że chcą pracować z domu! A przecież każdy wie, że praca w domu, to nie jest prawdziwa praca. Panowie kierownicy całkowicie tracą kontrolę nad pracownikiem, co powoduje u nich niemałą konfuzję. Jak to? Zaufać pracownikowi? Tak się nie godzi.

Możemy próbować się bronić, ale cudów nie ma i z demografią pan nie wygrasz. W 2025 roku 75 proc. siły roboczej będą stanowić szeroko pojmowani milenialsi. I pracodawcy zaczną mieć bardzo poważny problem. Bo albo się dostosują do nowego paradygmatu, albo zginą. Nie ukrywam, że ta druga perspektywa bardzo mnie cieszy. 

Dane pochodzą z analizy “Młodzi na rynku pracy” wykonanej przez Forum Odpowiedzialnego Biznesu.

 
Categories

Wielki Brat patrzy, mały braciszek słucha

Niby się człowiek przyzwyczaił, że korporacje wchodzą mu w życie z brudnymi buciorami, ale okazuje się, że panowie w garniturach nie pokazali jeszcze wszystkiego, na co ich stać i nie powiedzieli swojego ostatniego słowa. Gwałt na naszej prywatności przybiera coraz bardziej niepokojące formy.

Jesteś kibicem. Instalujesz sobie oficjalną aplikację hiszpańskiej Primera Division. La Liga jest bardzo wygodna. Pozwala śledzić wyniki spotkań, prezentuje statystyki, składy, wiadomości i bardzo smakowite fotogalerie. Obejmuje nie tylko ligę hiszpańską, ale również 12 innych. Teraz, gdy skończyły się rozgrywki krajowe, możemy oglądać Mundial. Wszystko jest eleganckie, przejrzyste, czytelne, szybkie i w sumie nie byłoby się do czego przyczepić, gdyby nie jeden drobiazg.

Otóż twórcy aplikacji postanowili wykorzystać jej użytkowników jako nieświadomych swojej roli szpiegów. I zrobili to bardzo perfidnie.

Mam zwyczaj przeglądania, jakich dostępów potrzebuje aplikacja. I jeżeli mały programik, który ma mi mierzyć interwały, prosi o dostęp do mojego mikrofonu, kontaktów, aparatu fotograficznego i sms-ów, wiem że to prawdopodobnie jakaś szemrana opcja. Przyznam się jednak ze wstydem, że gdy instaluję aplikacje oficjalne, albo należące do szanowanych firm, moja czujność siada. W ten właśnie sposób pozwoliłem zaciągnąć Facebookowi moje kontakty telefoniczne.

Ludzie instalujący La Liga uwierzyli, że wszystko jest w porządku. I na tej wierze okrutnie się przejechali. Aplikacja wymagała dostępu do mikrofonu i geolokalizacji. Wbrew temu, co piszą jej twórcy, po drodze wcale nie pytała się, czy pozwalam jej to włączyć. Na obu urządzeniach, na których ją przetestowałem, zrobiła to domyślnie. I żeby te opcje wyłączyć, trzeba było poklikać w ustawieniach telefonu. Być może Hiszpanie mają jakieś inne wersje, w moim przypadku przyznała sobie domyślnie wszystkie uprawnienia.

A potem już leci z górki, bo sposób szpiegowania jest bardzo prosty. Idziesz do swojego ulubionego lokalu, bierzesz piwko, siadasz przy barze i oglądasz mecz swojej drużyny. A w tym czasie aplikacja słucha. I geolokalizuje. Następnie zaś do baru wpadają inspektorzy i walą domiary za nielegalną emisję meczu. Nieświadomie wsypałeś swoich kumpli tylko dlatego, że uwierzyłeś hiszpańskiemu PZPN-owi.

Federacja piłkarska tłumaczy się, że na nielegalnych transmisjach traci 150 milionów euro rocznie. I to właśnie z powodu hajsu La Liga włączyła funkcję szpiegowania. Oczywiście nie obyło się bez tradycyjnych w takich sytuacjach zapewnień, że wszystko odbyło się za wiedzą i zgodą użytkowników. Gdyż jak powszechnie wiadomo, wszyscy czytają warunki użytkowania aplikacji, zakładając że ktoś może zechcieć szpiegować przez nasze urządzenie.

Cała ta sprawa jest wyjątkowo obrzydliwa. Instalujemy w dobrej wierze aplikację od zaufanego dostawcy. I dostajemy takie kukułcze jajo. Sprawą ma zająć się hiszpański urząd ochrony danych. Jeżeli udowodni twórcom aplikacji poważne naruszenie prawa, może nałożyć karę w wysokości do 20 mln euro. Nie znam hiszpańskich uwarunkowań, ale mam nadzieję, że federacja zapłaci maksymalną kwotę.

Przy okazji warto wspomnieć o cudach, które dzieją się w App Store i Google Play. Gdy rano instalowałem aplikację na Androida i iOS, obejrzałem oceny z ostatniego tygodnia. Nie przesadzę, jeżeli powiem, że w obu przypadkach dominowały „jedynki”. Sprawdziłem je ponownie przed chwilą. W App Store nie ma praktycznie żadnej negatywnej recenzji, na Googlu zostały dwie. To się nazywa sprawne zarządzanie kryzysowe.

Aha, zapomniałem dodać. Federacja zapewnia, że szpieguje wyłącznie Hiszpanów i reszta świata może spać spokojnie. Ja tam nie wiem, ale i tak wyłączyłem aplikacji dostęp do mikrofonu i geolokalizacji. Tak na wszelki wypadek.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Cykle koniunkturalne

Gospodarka zmienną jest. Widzimy to na każdym kroku: zmienia się bezrobocie, kurs złotego czy inflacja. Czasami stopa życiowa nam rośnie, częściej spada. Dzisiaj przyjrzymy się temu, jak gospodarka się waha.

A waha się cały czas. Zmienna dynamika w obu kierunkach (bo może rosnąć, ale i spadać) przekłada się na wahania koniunkturalne. Gdy weźmiemy wahania koniunkturalne i skleimy je z grubsza chronologicznie, otrzymamy cykl koniunkturalny, o którym wam dzisiaj opowiem.

Zmiany cyklu mierzymy przy użyciu najważniejszych mierników gospodarczych. O niektórych pisałem w poprzednich tekstach, więc będzie trochę łatwiej. Te mierniki to inflacja (znacie), indeksy giełdowe (trochę znacie), bezrobocie (mam nadzieję, że nie zaznaliście), PKB, inwestycje, zmiany cen, wielkość eksportu i importu, zyski przedsiębiorstw i poziom zamożności społeczeństwa.

Wahania koniunkturalne dotyczą wszystkich otwartych gospodarek, przy czym warto pamiętać o tym, że nie muszą odbijać się w równym stopniu na wszystkich dziedzinach gospodarki. Kryzys, który uderzył w nas w 2009 roku spowodował na przykład rozkwit firm oferujących szybkie pożyczki, bez pytania o dochody i wnikania w historię kredytową. Chwilówki przeżyły prawdziwy boom, podczas gdy nasza gospodarka doznała nokautu.

Cykl, jak sama nazwa wskazuje, ma fazy.

Kryzys/recesja – pojawia się nadwyżka podaży, związana z likwidacją zapasów. Jednocześnie maleją inwestycje przedsiębiorstw. Powoduje to spadek zapotrzebowania na pracę. Rośnie bezrobocie, spada wynagrodzenie i ceny. Maleje produkcja i popyt, obniżają się zyski przedsiębiorstw, spada zapotrzebowanie na kredyt. Spadają ceny akcji, hamuje inflacja.

Depresja – kończy się ruch wskaźników w niekorzystnych kierunkach, ale pozostają one na niekorzystnych gospodarczo poziomach. Pamiętajmy, żeby nie mówić „kończą się spadki” w sytuacji, w której bezrobocie rosło.

Ożywienie – zaczyna się ruch w dobrym kierunku, gospodarka rozwija się. Jest to najczęściej związane ze spadkiem bezrobocia i wzrostem popytu, produkcji, inwestycji i płac.

Rozkwit – wzrost wyhamowuje, mierniki gospodarcze osiągają maksima (bądź minima, jak bezrobocie) i utrzymują się na korzystnym poziomie. Oczywiście nieuniknione i jak najbardziej naturalne są drobne zmiany, gospodarka to, jak już wiemy, dynamiczny twór.

Wymienione powyżej fazy dotyczą cyklu klasycznego. Współczesne cykle koniunkturalne upraszcza się do dwóch faz: kryzysu/recesji i ożywienia. Ich charakterystyki pozostają takie same, jak w przypadku cyklu klasycznego.

Cykle mają różną długość trwania. Naukowcy obserwowali je od lat i stworzyli ogólną charakterystykę.

Najkrótszym znanym cyklem gospodarczym jest cykl tygodniowy i znany jest jako „efekt poniedziałku”. Występuje na giełdach papierów wartościowych. Dla dużej ich części, w poniedziałek notuje się ujemne stopy zwrotu. Niektórzy badacze uważają, że występuje jeszcze krótszy cykl dzienny, i motywują to tym, że kursy rosną na pół godziny przed zakończeniem sesji.

Dłuższy jest 28-dniowy cykl handlowy, odkryty w latach 30. ubiegłego wieku na rynku pszenicy. Obserwuje się go na różnych rynkach, w tym giełdach. Najwyższe miesięczne stopy zwrotu obserwuje się w ciągu 3-4 pierwszych dni cyklu.

Następny cykl jest również cyklem krótkim i nosi nazwę cyklu Kitchina. Trwa od 3 do 4 lat, może dotyczyć zmian cen surowców, zapasów, cen hurtowych czy krótkookresowych stóp procentowych.

Dwa następne cykle, to cykle średnie.

Cykl Juglara trwa, w zależności od cytowanych źródeł od 6 do 11 lat. Jest związany z dekoniunkturą na rynku bankowym, zmianami inflacji, bezrobocia, inwestycji i PKB.

Cykl Kuznetsa, trwający od 15 do 23 lat, związany jest z segmentem budownictwa, wahaniami stopy wzrostu ludności oraz procesami migracyjnymi, determinowanymi przez zjawiska gospodarcze. Cykl ten nazywany jest czasami cyklem reinwestycyjnym.

Nieco dłuższe są cykle Kondratiewa. Trwają od 45 do 60 lat, ich głównymi przyczynami są innowacje, nowe odkrycia naukowe i techniczne, ale też wojny, rewolucje, wielkie migracje i spowodowane nimi zmiany demograficzne.

Ekonomia wyróżnia też cykle naprawdę długotrwałe.

Cykl Wagemana trwa ok. 150 lat i jest związany z kształtowaniem stóp procentowych. Najdłuższy cykl Wheelera, trwający ok. 500 lat ma związek z narodzinami i upadkami światowych imperiów.

Cykle możemy też podzielić z punktu widzenia zasięgu geograficznego. W takim ujęciu powiemy o cyklu światowym, regionalnym (UE, NAFTA) i krajowym.

Na koniec warto wspomnieć, że cykle o różnych długościach trwania mogą się na siebie nakładać. Fajnie jest, gdy kumulują się efekty ożywienia. Gdy jednak nałożą się na siebie kryzysy, wszyscy mamy problem.