Categories

Student posprząta oceaniczny śmietnik

To z oceanów wyszliśmy na ląd. Tiktaalik, akanto- i ichtiostegi dały początek całemu szeregowi zdarzeń ewolucyjnych, którego ukoronowaniem jest człowiek. I człowiek, poczuwszy się koroną stworzenia i władcą szczytu łańcucha pokarmowego, postanowił się oceanowi, swojej kolebce, odwdzięczyć.

Wrzucając do niego tyle plastikowego śmiecia, że wystarczyło go, między innymi, do uformowania Wielkiej Pacyficznej Plamy Śmieci. Pozwólcie, że poświęcę jej kilka słów.

Mówi się, że dzisiaj nie da się niczego odkryć, bo wszystko już zostało odkryte. Otóż jest to nieprawda, gdyż WPPŚ odkrył w 1997 roku Charles Moore. Wcześniej, bo w roku 1988, jej istnienie postulowali badacze, prowadzący prace na Alasce. Prądy oceaniczne uformowały ją ze śmieci i plastikowych odpadów, i dryfowała sobie przez lata po Pacyfiku, między Kalifornią a Hawajami. Jakiś czas potem okazało się, że ma siostrę, która ma dyżur bardziej na zachód, między Hawajami a Japonią. Potem odkryto jeszcze kilka takich skupisk.

Odnajdywanie takich pływających wysypisk nie jest łatwe, ponieważ to nie jest zwarta konstrukcja powiązana sznurkiem. Koncentracja plastiku w centralnym punkcie Plamy wynosi 100 kg na kilometr kwadratowy, na obwodach jest to zaledwie 10 kg/km2. Dlatego sama nazwa jest nieco myląca. Plama jest w rzeczywistości Zawiesiną.

Nie wiadomo ile tego śmiecia tam jest, ale szacunki mówią, że może to być 50 tys. ton. Są jednak również tacy pesymiści, którzy twierdzą, że pływa 130 tys. ton. Żeby uzmysłowić skalę problemu, posłużę się płetwalem błękitnym, największym znanym stworzeniem na Ziemi. W wersji lżejszej, Plama waży tyle co 263 tys. płetwali. I gdybyśmy je ułożyli, jednego za drugim, to sięgałyby z mojego dużego pokoju na Mokotowie aż do miasta Chattanooga w stanie Tennessee. Jeżeli zaś założymy, że plama jest cięższa, to te płetwale opaszą prawie równo pół równika. A przecież mówimy tu tylko o jednym skupisku plastikowych śmieci, po oceanach pływa tego więcej.

Plama ma powierzchnię 1,6 mln km2. To sześciokrotna powierzchnia Polski albo prawie trzy Francje. Najgorsze w tej pływającej wyspie jest to, że w większości składa się z fotodegradowalnych tworzyw sztucznych. Mają one tę przykrą właściwość, że nie ulegają pełnemu rozkładowi, tylko rozpadają się na pył. I ten pył, tworzący zawiesinę, i większe odpady, trafiają do łańcucha pokarmowego. Negatywne efekty tym spowodowane dotykają ponad 250 gatunków zwierząt.

Świat przyglądał się temu z dużym zainteresowaniem i minimalną aktywnością do 2008 roku. To wtedy ruszyły projekty oczyszczenia oceanu z tego plastiku, które jednak nie przyniosły jakichś zdecydowanych akcji. Dopiero w 2012 roku światu objawił się holenderski student Boyan Slat, który na TEDxDelft opowiedział o swoim projekcie The Ocean Cleanup. Zainteresowały się nim media, zainteresowały się tłumy. Odpalił croundfunding, zebrał 2,2 mln dolarów i zaczął tworzyć urządzenie do likwidacji Wielkiej Zawiesiny.

Projekt jest genialny w swojej prostocie. System 001 to rura o długości sześciuset metrów, do której podwieszone są sieci. Konstrukcja jest pasywna, to znaczy nie ma żadnych silników, które by nią poruszały. Ustawiona w kształt gigantycznej litery U, dryfuje sobie z tym samym prądem, który spowodował nagromadzenie śmieci, i powolutku je zgarnia. Ponieważ wystaje nad powierzchnię, popycha ją wiatr, więc rusza się szybciej od śmieci, dzięki czemu ma szansę je wyłapać. Co jakiś czas do Systemu 001 podpływa statek, który zbiera plastik a odciążona konstrukcja kontynuuje swoją podróż. Na filmie widać, jak to działa.

Twórca ocenia, że w ciągu pięciu lat System 001 będzie w stanie zgarnąć połowę Plamy. Aktualnie zmierza ku wodom testowym, gdzie przez dwa tygodnie będzie bacznie obserwowany. Jeżeli testy pójdą pomyślnie, konstrukcja ruszy w dalszą drogę. 1000 mil, dzielących ją od Wielkiej Pacyficznej Plamy Śmieci ma pokonać w dwa, trzy tygodnie. Myślę, że tej inicjatywie warto nie tylko kibicować, ale i wesprzeć. Zapraszam na stronę projektu, gdzie można wrzucić jednorazową kwotę lub ustawić stałe zlecenie. Nie będą to zmarnowane pieniądze.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Zarabiamy na walutach na Forexie

Bankierzy jej nienawidzą. Jeszcze miesiąc temu była fryzjerką i ledwo wiązała koniec z końcem. Teraz zarabia 1500 euro dziennie, mieszka w luksusowym penthausie i jeździ nowym Ferrari! Chcesz wiedzieć więcej? Ściągnij naszą aplikację do inwestowania, dzięki której szybko dołączysz do grona milionerów.

Chyba każdy z nas zetknął się z podobną reklamą, zmieniają się tylko kwoty dziennych zarobków, poprzednia profesja inwestorki oraz nazwa aplikacji brokera, niezbędnej do zawierania kontraktów na Forexie. Dzisiaj opowiem pokrótce co to jest ten Forex i dlaczego gra na nim to stąpanie po polu minowym.

Forex czyli Foreign Exchange to międzynarodowy rynek walutowy, należący do grupy rynków pozagiełdowych OTC, czyli Over the Counter. Oznacza to, że Forex nie znajduje się w jednym miejscu, nie ma określonej siedziby, jak choćby Warszawska Giełda Papierów Wartościowych i nie jest regulowany przez żadną instytucję powołaną do kontroli rynków finansowych. Pozwala on na globalną wymianę walut i od lat elektryzuje społeczeństwo. Bo cóż to jest za fantastyczne miejsce, gdzie handlujemy walutami i umiejętnie inwestując tysiąc dolarów możemy zarobić w jednej chwili tych tysięcy kilkanaście.

Ułudzie tej chętnie ulegają niedoświadczeni inwestorzy, którym wydaje się, że potrafią ograć rynek i wielkich graczy, i że są w stanie przewidzieć w jakim kierunku pójdzie cena danej waluty. Problem polega na tym, że najczęściej im się to nie udaje. Smutne statystyki przytaczam w ostatniej części tekstu.

Forex kusi bo to największy rynek na świecie. Średnie dzienne obroty w roku 2016 wyniosły 5,1 biliona dolarów. PKB Polski w tym roku wyniósł pół biliona dolarów. PKB średniego, nieźle rozwijającego się państwa stanowił 10 procent średnich dziennych obrotów na Forexie. A ponieważ wiem, że lubicie takie cyferki wspomnę jeszcze, że wartość obrotów z trzech dni, odpowiada całorocznej wymianie handlowej na świecie. Takie porównania i liczby przemawiają do wyobraźni, dlatego ten rynek dynamicznie się rozwija. Od roku 1998 urósł ponad trzykrotnie pod względem obrotów.

Skala obrotów działa na korzyść grających, bo gdy obraca się bilionami dziennie, nikt nie jest w stanie wpływać na kursy walut na Forexie, rzucając na niego duże środki. Nikt bowiem nie dysponuje kwotami zdolnymi wywołać jakiekolwiek wahania. Te są bowiem wywoływane gdzie indziej i wpływają na nie raczej czynniki makroekonomiczne i geopolityczne.

Oprócz gigantycznych pieniędzy, inwestorów kusi dostępność. Forex działa 24 godziny na dobę przez 5 dni w tygodniu. Wystarczy otworzyć rachunek, koniecznie u licencjonowanego brokera, i możemy zacząć grać non stop i prawie bez ograniczeń. A dlaczego bez ograniczeń? Bo możemy skorzystać z dźwigni finansowej.

Dźwignia to w dużym skrócie gra za nieswoje pieniądze. Zamiast zawierać kontrakt za 100 dolarów, posiłkujemy się dźwignią 100:1, czyli korzystamy z pożyczki udzielonej nam przez brokera. Co to oznacza? Kupujemy walutę za stówkę, bo akurat tyle mamy pieniędzy. Zmiana kursu waluty o 1 proc. sprawi, że zarobimy (lub stracimy) złotówkę. A teraz przykładamy do tego dźwignię 100:1, dzięki której gramy już kwotą 10 000 zł. I teraz zmiana kursu o 1 proc. to nasz zysk (lub strata) to już 100 zł. Czyli grając bez dźwigni zyskaliśmy 1 proc. z zainwestowanych pieniędzy. Z dźwignią jest to już wzrost o 100 proc., czyli podwojenie włożonego kapitału.

Dźwignia działa fantastycznie w sytuacji, gdy trafiamy. Gdy notowania ruszą przeciwko naszej pozycji, zerujemy rachunek w czasie krótszym niż mrugnięcie okiem. Oczywiście dobrzy brokerzy oferują różnego rodzaju zabezpieczenia dla klientów, ale wiemy, że jak się człowiek uprze, to będzie brnął, aż się zgra. Będę miał o tym wkrótce artykuł.

Warto wiedzieć, że obecnie około 90 proc. transakcji na Forexie ma charakter spekulacyjny. Miejmy świadomość tego, że pływamy w jednym basenie już nawet nie z rekinami a megalodonami inwestycyjnymi.

Nie mam zamiaru nikogo zniechęcać, jeżeli chcecie grać, to wolna wola. Proszę tylko pamiętać o dwóch rzeczach – wybierzcie licencjonowanego brokera, bo oszustów nie brakuje. I nie nadużywajcie dźwigni. A najlepiej na początku nie używajcie jej w ogóle, a potem bardzo oszczędnie.

Na zakończenie wrócę do szans, jakie na Forexie ma indywidualny inwestor. Commodity Futures Trading Commision zbadała grających i okazało się, że przeciętny inwestor traci na nim średnio 15 tys. dolarów, po czym zbiera zabawki i idzie gdzie indziej.

Według danych polskich biur maklerskich, ponad 80 proc. inwestorów indywidualnych ponosi stratę a początkujący inwestor traci cały zainwestowany kapitał w okresie krótszym niż pół roku. Wynika to zazwyczaj z przyjęcia nieprawidłowej metody zarządzania pieniędzmi, podejmowania dużego ryzyka finansowego i angażowania zbyt dużej części kapitału inwestycyjnego. No i oczywiście z korzystania z dźwigni finansowej.

W zgodnej opinii doświadczonych inwestorów indywidualnych (doświadczeni to ci, którzy na Forexie zarabiają), to nie jest impreza dla ludzi, którzy coś tam kiedyś o tym rynku usłyszeli i postanowili zaryzykować. Nie jest to też coś, co można robić z doskoku, bo czasami reagować musimy błyskawicznie. Dlatego jeżeli chcemy grać na Forexie z sukcesami, musimy się wiele nauczyć, w tym zachowywać zimną krew, prawdopodobnie kilkukrotnie wyzerujemy konto a przede wszystkim jest to praca na pełny etat. Z tymi myślami pozostawiam.

W kolejnym odcinku będzie o dobrach i pewnej piramidzie. Zapraszam.

 
Categories

Człowiek nie powinien spędzać życia w pracy

Bez pracy nie ma kołaczy. Praca ludzi wzbogaca. Żadna praca nie hańbi. Człek do pracy stworzon, ptak do lotu. Gdzie praca, pilność na straży, tam się bieda wejść nie waży. Gdy się z chęcią zejdzie praca, tam się hojnie trud opłaca. Kto się do pracy leni, niewart jeść pieczeni. Oszczędnością i pracą ludy się bogacą.

Jak uczą przysłowia, praca to największa z cnót i bez niej głód, chłód i poniewierka. Czy jednak naprawdę musimy pracować tak dużo? Czy dupogodziny przekładają się na efektywność? Czy dwunasta godzina przy biurku ma jeszcze sens? Nie wydaje mi się.

Czy Polacy to pracusie?

Pracujemy długo, chociaż wbrew temu, co lubimy o sobie myśleć, nie jesteśmy europejskimi rekordzistami. Według danych gromadzonych przez Eurostat, sprawy wyglądają tak. W latach 2006-2017 średni czas spędzany w pracy przez pracowników etatowych krajów UE zmniejszył się z 41,9 do 41,3 godziny.

W Europie najdłużej w pracy siedzą Islandczycy (44,6 godziny tygodniowo), w UE, walczący ciągle z kryzysem Grecy (44,4 godziny). Nasze polskie 41,9 godziny daje nam 5 miejsce w UE i 10 w Europie. Na szarym końcu zestawienia jest Litwa, Norwegia i Dania, gdzie czas pracy nie przekracza 40 godzin tygodniowo. Co ciekawe w żadnym z tych trzech krajów czas pracy w ciągu ostatnich 12 badanych lat prawie się nie zmienił, jak pracowali poniżej 40 godzin, tak dalej to robią.

Baw się pracą

Ktoś powie „godzina czy dwie, nie ma o co kopii kruszyć, to w sumie niewielka różnica”. Richard Branson się z tym nie zgadza. Tego pana nie trzeba nikomu przedstawiać, jego firma, Virgin Group inwestuje w ponad 60 biznesów, obsługuje 53 miliony klientów na całym świecie, zatrudnia prawie 70 tys. osób w 53 krajach i ma prawie 22 mld dochodu rocznie. Sam Branson też odłożył kilka groszy, obecnie jego majątek to ponad 5 mld dolarów, co plasuje go na 388 miejscu tegorocznej listy Forbesa.

Nie da się ukryć, że gość coś wie. I o życiu, i o biznesie, i o tej mitycznej, rzadko spotykanej w naturze równowadze między pracą a czasem wolnym. Gorącym orędownikiem i adwokatem uelastycznienia czasu i stylu pracy stał się w 2005 roku, po narodzinach swojego pierwszego dziecka. Do rozwiązań stosowanych w jego firmach, namawia innych przedsiębiorców i liderów biznesu, twierdząc że w dobie takiego rozwoju technologii nie ma powodu, dla którego ludzie mieliby nadal siedzieć w pracy tyle, ile siedzą teraz. I że można być tak samo albo nawet bardziej efektywnym, pracując krócej. Teza dla niektórych nie do przyjęcia i nie do przetrawienia, o czym przekonuje debata z maja b.r. gdy jedna z partii zgłosiła pomysł skrócenia czasu pracy do 35 godzin tygodniowo.

Branson to realista i wie, że kluczowa w tej całej układance jest ciężka praca, ale ciężka praca nie musi oznaczać od razu skoszarowania w zagródkach, doświetlenia ludzi trupim światłem z brzęczących świetlówek i wyłączeniu klimatyzacji w gorący dzień. W swojej książce „The Virgin Way: If It’s Not Fun, It’s Not Worth Doing” pisze, że „zabawa jest jednym z najważniejszych a jednocześnie niedocenianym składnikiem każdego udanego przedsięwzięcia”.

Jak to zorganizować inaczej? 

Branson często podkreśla, że bardzo ważne dla dobrostanu pracownika są takie rzeczy jak relaks, częste ładowanie baterii i spędzanie większej ilości wolnego czasu z bliskimi. Dlatego w swoich firmach pozwala pracownikom na większą elastyczność w podejściu do pracy. Uważa bowiem, że dzięki temu będą szczęśliwsi w życiu, a co za tym idzie, będą szczęśliwsi i bardziej produktywni w pracy.

Virgin oferuje swoim pracownikom nielimitowane dni wolne od pracy. Nikt nie wypisuje wniosków urlopowych, po prostu czujesz, że wolne pozwoli ci się odbudować i robisz sobie urlop. Ile chcesz, bylebyś zrobił swoje. Branson daje też możliwość wykonywania pracy z domu. Ale nie na zasadzie „masz tu laptopa i rób z domu”, bo tak robią wszyscy – według badań aż 43 proc. amerykańskich pracowników wykonuje swoje zadania częściowo zdalnie. Takie podejście to dzisiaj żadna rewolucja. Branson idzie dalej.

Traktuje mianowicie swoich pracowników jako odpowiedzialnych dorosłych, którzy sami najlepiej wiedzą, jak najwygodniej organizować sobie pracę. Stąd szalony pomysł na to, żeby pozwolić ludziom brać wolne wtedy, kiedy chcą. W końcu sami wiemy, ile czasu zajmie nam wykonanie danej pracy. Dlaczego zatem siedzieć od 9 do 17 pięć dni w tygodniu, gdy możemy w poniedziałek zostać do 14 i ogarnąć poweekendową depresję, we wtorek i środę pocisnąć i zakończyć projekt, w czwartek szlifować i robić poprawki z domu, a w piątek mieć ekstra dzień wolny.

Fajne biura otwierają już teraz prawie wszyscy. To oczywiste i samym przyjaznym miejscem pracy nie zachęcimy utalentowanych ludzi. Ale gdy pozwolimy im samodzielnie organizować sobie zajęcie, to jest to zupełnie inna rozmowa. Dostęp do technologii pozwala na dużo lepsze wykorzystanie czasu poświęcanego pracy. Ot, choćby taki drobiazg jak dojazdy do biura. Nie ma sensu męczyć się w porannym szczycie, lepiej pospać dłużej, wyjść z psem, do pracy przyjechać w południe, wyjść o 15 i dokończyć ją w domu. Oszczędzamy na dojazdach, jesteśmy mniej zmięci po ośmiu godzinach w biurze i pracujemy skuteczniej. A pracodawca oszczędza na kosztach prowadzenia biura.

A kiedy u nas te cuda?

Udało mi się kiedyś uskładać 56 dni urlopowych. Na jego wykorzystanie miałem 7 miesięcy. Wziąłem wolne na wszystkie przerwy świąteczne, pojechałem na trzytygodniowy rejs a i tak zostało mi do zużycia 20 dni. Wymyśliłem w porozumieniu z szefową system, w którym od września do grudnia miałem wszystkie piątki wolne. Chyba nigdy nie byłem bardziej wypoczętym, szczęśliwym i produktywnym pracownikiem. Pełne trzy dni weekendu to jedno. Wzrost produktywności to drugie – jestem typem człowieka, który nie lubi zostawiać sobie zadań na następny tydzień. I nie zostawiałem, wszystko było gotowe na czwartek na 18 (pracowałem od 10, żeby ominąć poranne korki i skrócić dojazdy), bieżączkę wpadającą w piątek robiłem w poniedziałek. Najlepsze 4 miesiące w pracy. To oczywiście anecdata, ale od tamtej pory nie wierzę już w stary system pracy. 

Stoimy na progu kolejnej rewolucji. Technologia nie zabierze nam pracy. Pozwoli natomiast wykonywać ją sprawniej, szybciej i skuteczniej. A co najważniejsze będziemy pracować krócej za te same pieniądze, jakie wynegocjowaliśmy sobie na rozmowie kwalifikacyjnej. System ośmiogodzinnego dnia pracy w biurze będzie w niektórych branżach odchodził do lamusa. Fajnie, że pierwsze duże kroki na tej drodze robi jeden z moich ulubionych biznesmenów. Wiedziałem, że Branson to facet ze świetnymi pomysłami.

Chociaż u nas pewnie będziemy musieli na te cuda poczekać trochę dłużej.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Embargo na cygara

Czasami jakiś wyjątkowo niesympatyczny reżim podpada wspólnocie międzynarodowej i trzeba dać mu nauczkę. Zdarza się, że nauczka przybiera brutalną formę wojny, częściej jednak załatwia się to w białych rękawiczkach i karze dany kraj sankcjami gospodarczymi. Czy to w ogóle ma sens? Zdania są podzielone.

Sankcje to kary nałożone na gospodarkę podpadniętego kraju. Czasami są odpowiedzią na łamanie praw człowieka, innymi razy retorsją w konflikcie handlowym, mogą być też narzędziem prowadzenia polityki międzynarodowej.

Sankcje pierwszego rodzaju, czyli wynikające z łamania praw człowieka, dotknęły reżim Saddama Husajna, RPA prowadzące politykę apartheidu, Syrię Assada czy rząd Jaruzelskiego po wprowadzeniu stanu wojennego. Przykładem sankcji w konflikcie handlowym może być aktualna wojna celna USA z Chinami. Z kolei sankcje jako narzędzie prowadzenia polityki zostały zastosowane przez kraje OPEC po wojnie Jom Kippur (embargo na ropę naftową na USA i sojuszników Izraela) czy przez Japonię, po kolejnej próbie jądrowej rządu Indii.

Co ciekawe, przeszukując internet, znalazłem embargo będące wynikiem złego traktowania nie ludzi a zwierząt. Australia nie importuje bydła z Indonezji z powodu brutalnych metod uśmiercania zwierząt, stosowanych przez indonezyjskie rzeźnie.

Sposobów uprzykrzania życia przy pomocy sankcji jest kilka.

– wysokie cła, czyli tak naprawdę wojna celna. Nie możemy mówić o sankcjach w sytuacji prowadzenia normalnej polityki celnej.

– ograniczenia monetarne, obejmujące na przykład zamrożenie kont bankowych. Takie nieprzyjemności regularnie dotykają co bardziej niesympatycznych dyktatorów i watażków.

– embargo, czyli zakaz importu lub eksportu określonych towarów. Jest to ograniczenie handlu, ale też i innych stosunków z określonym państwem, oraz jego bojkot na arenie międzynarodowej. Embargo jest traktowane jako szczególny środek odwetowy, oferujący szeroki wachlarz możliwości.

W ramach embarga można tworzyć limity ilościowe na import/eksport. Można nakładać specjalne opłaty i podatki. Przejmuje się lub aresztuje frachty, zamraża aktywa, ogranicza transfer określonych technologii. Chyba najczęściej słyszymy słowo embargo w zestawieniu „embargo na broń”. Oznacza to, że społeczność międzynarodowa nie sprzedaje broni państwom zaangażowanym w konflikt zbrojny.

Oczywiście embargo ma sens tylko wtedy, gdy nakłada się je na państwo słabe ekonomiczne i robi to albo kraj silniejszy, albo całość lub część wspólnoty międzynarodowej. W przeciwnym przypadku embargo jest zwykłą beczką śmiechu. 

Co do skuteczności sankcji i embarga, zdania są podzielone. Jedni twierdzą, że działają i pozwalają wymóc na rządach państw nimi dotkniętych pewne ustępstwa polityczne lub humanitarne. Inni uważają, że rząd wyżywi się sam a sankcje uderzają tylko i wyłącznie w obywateli danego kraju, najsilniej w tych najbiedniejszych i najsłabszych. Skłaniam się ku tej drugiej opinii.

W następnym odcinku poruszę kolejne fascynujące kwestie ekonomiczne.

 
Categories

Dostarczymy to panu hurtowo

Dzień dobry, to co poprzednim razem u was zamawiałem było bardzo smaczne. Chciałbym do was zabrać dziewczynę na kolację, gdzie jesteście, bo na stronie nie ma takiej informacji? Jak to nigdzie? To skąd to jedzenie? Dark kitchen? Jak dark, to ja jednak podziękuję. Do widzenia.

Rewolucja w dostawie jedzenia dzieje się na naszych oczach. Foodtech kipi od nowych pomysłów. Nowe sposoby zamawiania i dowozu zmieniają rynek, i kształtują nasze zachowania związane z kuchnią. Wszystko zaczęło się 8 lat temu. Zamieszany był w to między innymi faks.

Gdzie kucharek sześć
Pierwszy portal agregujący oferty wielu lokali, Szama.pl powstał w 2004 roku w Trójmieście. Dwa lata później w Warszawie startuje NetKelner.pl. Obie platformy z mozołem budują bazę lokali, ale dla niektórych na tak rewolucyjny krok jest jeszcze za wcześnie, dlatego liczy ona kilkaset sztuk. W 2010 roku na rynku debiutują Pyszne.pl i Pizzaportal.pl. A potem zaczyna się karnawał fuzji, przejęć, konsolidacji i wykupów. Pizzaportal wchłania Szamę, NetKelnera, Foodpandę i Delivero, czyli cztery z pięciu największych platform. A dwa lata po starcie, sam zostaje przejęty przez Delivery Hero. Trzy miesiące później Pyszne sprzedaje wszystkie udziały grupie yd. yourdelivery. Sytuacja na rynku ustala się na jakiś czas.

Wspominałem wcześniej o faksie. W początkowym okresie działalności Pyszne i Pizzaportal działały na zasadzie call center. Ludzie składali zamówienie na stronie a pracownicy portali przekazywali je do odpowiednich restauracji telefonicznie, mailowo, sms-em, a bywało że nawet faksem. Co, jak się możemy domyślać, w miarę zwiększania skali działania, potęgowało chaos. Zdarzały się zamówienia pomylone, czasami ktoś je odebrał i nie puścił do realizacji, klienci się frustrowali, portale zbierały kiepskie recenzje. Nie tworzyło to dobrego klimatu do rozwijania działalności. Dlatego trzeba było zmienić paradygmat.

W lokalach, które miały podpisane umowy z platformami, zaczęły pojawiać się sprytne maszynki. Klient składa zamówienie przez portal. W restauracji, którą wybrał, terminal drukuje paragon z informacją kto zamówił, co zamówił, należnością i adresem dostawy. Pracownik lokalu wciska enter, klient dostaje powiadomienie ile czasu zajmie realizacja jego zamówienia. Czysto, schludnie, bez pomyłek. Osoba obsługująca terminal przyjmuje zamówienie w ciągu kilkunastu sekund, zwiększa się przepustowość i można realizować więcej dostaw. Wszyscy wygraliśmy.

Ale jak to? Mam zapłacić przed dostawą?
Samo uruchomienie terminali usprawniło proces przyjmowania zamówień, teraz trzeba było zachęcić ludzi do sprawnych płatności. Lech Kaniuk, pomysłodawca i twórca Pizzaportal wspomina, że na początku ludzie nie chcieli płacić kartą przed otrzymaniem posiłku. Wyraźnie było widać trend – za pierwsze 2-3 dostawy klient płacił gotówką. Ludzie chcieli mieć pewność, że jedzenie w ogóle dojedzie i czy będzie jadalne. Dopiero gdy orientowali się, czy wszystko jest w porządku, podpinali kartę. I w tym momencie zazwyczaj zostawali regularnymi użytkownikami portalu. Można uznać, że zamawianie jedzenia przez telefon pchnęło mocno do przodu rynek płatności internetowych.

Przed pośrednikami stoi jeszcze jedno zadanie. Muszą przekonać do siebie ludzi zamawiających jedzenie klasycznie, przez telefon. Nie ma jednoznacznych badań, ale ocenia się, że w Polsce jedzenie przez telefon w dalszym ciągu zamawia od 60 do 80 proc. klientów. Do podziału między Pyszne i Pizzaportal jest więc bardzo duży rynek.

Patrząc na agregatory z punktu widzenia konsumenta, widać że próbują go przyciągnąć szybkością i łatwością złożenia zamówienia. Gdy mamy tam konto z podpiętą kartą, jedyna trudność to decyzja co chcemy dzisiaj zjeść. Reszta działań właściwie nie wymaga niczego poza kilkoma kliknięciami, system załatwia za nas większość roboty. Platforma działa niczym lep na muchy – gdy nas skusi i zaczniemy z niej korzystać, nie opłaca nam się zamawiać bezpośrednio w lokalu, bo to trwa za długo i na dodatek musimy rozmawiać przez telefon z obcym człowiekiem, co dla niektórych bywa przeszkodą nie do pokonania.

Logistyka, głupcze!
No dobra, przyciągnęliśmy ludzi, zmotywowaliśmy ich do regularnego korzystania z naszego serwisu. Klienci podpięli kartę, klikają, zamawiają a potem wkurzają się, że mieli czekać na jedzenie maksymalnie godzinę, a dojechało po dwóch i nadawało się tylko do wyrzucenia. Możemy mieć idealną platformę, najlepsze lokale w ofercie, niskie ceny i dobre jedzenie, ale jeżeli nie dowieziemy go na czas, cały nasz wysiłek bierze w łeb. Gniew zamawiającego ściąga na siebie zarówno platforma, jak i lokal. Bo klienta nie interesuje, kto mu to właściwie dowiózł. Przecież nie zastanawiamy się, czy Pyszne ma własną flotę dostawców, czy za dowóz odpowiada restauracja. Przyjechało za późno i zimne, jedna gwiazdka, wypad z sekcji ulubione, pizzę od dzisiaj będę zamawiał u innego Włocha.

O tym, jak ważna dla ludzi jest punktualność nie trzeba nikogo przekonywać. W przypadku jedzenia jest ona czynnikiem krytycznym, bo nie po to zamawiamy do domu, żeby jeść zimne i niesmaczne. A jak zamawiam, bo mam gości, to przecież nie będę odgrzewał pięciu czy sześciu porcji, bo zwyczajnie nie mam ku temu możliwości kuchennych. Nie mam też ochoty testować jakości dowozu kolejnej restauracji, bo kosztuje mnie to za dużo nerwów (mój rekord to dwie godziny czekania, trzy telefony i finalnie skasowanie zamówienia przez restaurację). Pojawiła się więc nisza i kwestią czasu było jej zapełnienie.

Uber Eats Uber Alles
Pomyślmy tylko, kto ma prawie gotową aplikację, gotową flotę samochodową i zmysł biznesowy otwarty na nowe możliwości? W 2014 roku powstaje Uber Fresh, przemianowany potem na Uber Eats. Do Polski wchodzi w 2017 roku i klienci mają jeszcze wygodniej. Podczas gdy działające klasycznie Pyszne i Pizzaportal muszą opierać się na dostawcach restauracji zgromadzonych na platformach, Uber ma swoją ekipę kurierów ii może zaoferować dużo szybszy czas dostawy.

Nic więc dziwnego, że Polacy coraz chętniej korzystają z tego rozwiązania. W tej chwili w miastach, w których Uber Eats działa, ma w ofercie ponad tysiąc lokali, oferującej praktycznie wszystkie kuchnie i smaki świata. Czas dostawy z reguły nie przekracza 30 minut. Na dodatek w aplikacji na bieżąco widzimy, którędy aktualnie zasuwa dostawca. No i najważniejsze – Uber Eats dowiezie nam jedzenie z restauracji, która nie ma dowozu własnego. To niesamowite ułatwienie dla klienta, który nabrał akurat ochoty na Big Maka z frytkami i duża wygoda dla lokalu, który nie musi się przejmować transportem a wyłącznie jakością potrawy.

Dostarczaj albo giń
Dla dobrze zorganizowanej i sprawnie działającej restauracji, realizacja zamówień na wynos nie będzie kwestią „być albo nie być”, ale może stanowić bardzo przyjemny bonus. Dostawa rozszerza ofertę, tworzy nową grupę klientów i może generować dodatkowe zyski. Co jednak robić, gdy lokal nie ma opcji dostawy? Może zacząć tworzyć własną logistykę. Zatrudnić dostawcę z samochodem, płacić mu, wymyślić własny system dowozu. Tylko co czynić w sytuacji, gdy w ciągu kwadransa spłynie pięć zamówień na wynos? Jeden dowoziciel się nie wyrobi, choćby potrafił latać. I właśnie wtedy klient czeka na dostawę ponad dwie godziny. No to jak myślicie, zamówi tam jeszcze kiedykolwiek jedzenie? Nie wspomnę nawet o sytuacji, w której kierowca ma awarię samochodu albo zdrowia, bo wtedy system wali się kompletnie.

Dlatego wygodniej zlecić dowóz na zewnątrz. Ot, choćby firmie Stava, która obstawia wyłącznie ostatni element składający się na zamówienie jedzenia na wynos. Stava ma wiedzę, jak dobrze dowozić, więc restaurator nie musi się martwić o rzeczy, na których się przecież nie musi znać. Za określoną stawkę przekazuje dowóz firmie zewnętrznej i ma święty spokój. W trójkącie klient-restauracja-dostawa wygrywają wszyscy, chociaż oczywiście niektórych kosztuje to trochę więcej pieniędzy.

Quo vadis branżo?
W tej chwili sytuacja wygląda następująco: duże agregatory lokali nie mają własnej logistyki i opierają się na dostawach realizowanych przez restauracje. Firmy logistyczne wożą jedzenie tym lokalom, które nie mają swoich dostawców. Pośrodku tego wszystkiego działają hybrydy typu Uber Eats, który z jednej strony jest agregatorem, a z drugiej firmą logistyczną. Zatem na logikę system powinien zatem migrować w stronę dużych agregatorów z rozbudowanym transportem własnym. Czyli model Uber Eats na dopalaczach.

No dobra, a gdzie w tym wszystkim restauratorzy? Nie czarujmy się, to wszystko jest biznes i trudno oczekiwać sentymentów. Platformy i firmy logistyczne będą grały pod siebie, bo dla mocnego zawodnika, obsługującego kilka tysięcy lokali, zerwanie współpracy z kimś, komu się układ nie podoba, nie będzie stanowiło problemu. Na razie na szczęście nie ma sygnałów, że współpraca z Pyszne, Pizzaportalem, Stavą czy Uber Eats zrujnowała komuś biznes. I dopóki w obrotach lokalu najważniejszą pozycją budżetową są goście przy stolikach, nie powinno dziać się źle.

Na co komu stolik?
We wstępie rzuciłem kryptyczne zdanie o dark kitchen. To stosunkowo nowy pomysł, który z powodzeniem przyjął się na kilku rynkach światowych i powoli wchodzi do Polski. Po co otwierać lokal, zatrudniać kelnerów, kucharzy, pomocników kucharzy i płacić za wynajem powierzchni, gdy można otworzyć wirtualną restaurację? Czy to nie fantastyczny pomysł biznesowy? Sama kuchnia, która przygotowuje posiłki dostępne wyłącznie w dostawie? Klientowi nie robi różnicy, czy obsłuży go restauracja rzeczywista, czy nieistniejąca, ma być smacznie, niedrogo i dowiezione na czas. W Warszawie w sierpniu b.r. wystartował taki projekt. Nazywa się Aroha Bowl i oferuje nowozelandzkie poké bowl wypełnione ryżem aroha, warzywami i owocami morza. Jest też opcja wegańska.

W Wielkiej Brytanii pomysł realizuje Deliveroo, w Stanach nowojorska Green Summit Group. Możliwości są nieograniczone. Przecież jedna kuchnia, która nie ma na głowie zamówień ze stolików, może na kilku stanowiskach przygotowywać sushi, dania kuchni polskiej, włoską pizzę, jedzenie wegańskie, kurczaka tikka masala i gulasz wołowy.

I co jeszcze wymyślicie?
Z dietą pudełkową zetknął się chyba każdy, kto próbuje się odchudzać albo nie ma czasu na gotowanie, a nie chciałby żywić się wyłącznie produktami od Pana Kanapki. W tej chwili firm oferujących catering dietetyczny jest na naszym rynku około 400. Nie jest to najtańsza zabawa, któregoś dnia usiadłem i policzyłem, że w sensownej ofercie wydawałbym miesięcznie o 500 złotych więcej na osobę niż kosztuje mnie to obecnie. I mówię wyłącznie o jedzeniu od poniedziałku do piątku. Weekendy mam zbyt nieprzewidywalne, żebym ryzykował zamawianie jedzenia, które miałoby się marnować. Jednak po liczebności firm oferujących takie rozwiązania widać, że chętnych nie brakuje.

Niektórzy idą jeszcze dalej i zamiast gotowego posiłku możemy sobie zamówić składniki niezbędne do jego wykonania. Firma Just Chopped oferuje odmierzone i odważone produkty, dzięki którym możemy samodzielnie ugotować proste acz efektowne potrawy. W zestawie o nazwie grillowane żeberka z miodem i warzywami znajdziemy żeberka, odpowiednią przyprawę do mięsa, miód, sos sojowy, kolby kukurydzy, ziemniaki i ketchup. Sól, oliwę, patelnię i miskę musimy zorganizować we własnym zakresie. Jedno kliknięcie przerzuca nas do strony z przepisem, w którym krok po kroku, w prosty sposób mamy wyjaśnione co i w jakiej kolejności robić. Porcja jest obliczona na dwie osoby.

Zalety takiego pomysłu? Koszt porównywalny z ceną posiłku na mieście, świeże składniki, odmierzone ilości, dzięki którym niczego nie wyrzucamy, dostawa pod drzwi, wygoda. Wady? Jest pewnie drożej niż gdy sami robimy zakupy. No i nie jest to opcja dla kogoś, kto wszystko kupuje u zaprzyjaźnionego rolnika i dba o wysoką jakość tego, co wkłada do garnka.

Właśnie, à propos zaprzyjaźnionego rolnika. Na platformie Rano Zebrano, możemy zamówić świeże produkty z lokalnych gospodarstw rolnych. Z dostawą do domu. Dzięki wycięciu całego łańcucha pośredników, oferowane ceny są całkiem sensowne i możemy mieć na stole zerwane poprzedniego dnia pomidory taniej, niż gdybyśmy je kupili na jednym z modnych bazarów. Nawet uwzględniając koszty dostawy.

O projektach typu Frisco czy Szopi nawet nie wspominam, bo znają i lubią je wszyscy. Zresztą zakupy przemysłowo-spożywcze z dostawą do domu są obecnie tak popularne, że czasami na parkingu pod moim blokiem stoi więcej dostawczaków niż samochodów lokatorskich.

Klient oszołomiony
Jak widać, rynek dostaw jest wszechstronny i bogaty. Nam, jako konsumentom, pozostaje jedynie wyciągnąć portfel i wybrać coś dla siebie. Na naszych oczach dzieje się kolejna (r)ewolucja. Komórki zlikwidowały problem „nie ma mnie pod telefonem, dzwoń wieczorem”. Internet rozpuszczony w powietrzu pozwolił nam na ciągłe przebywanie w sieci. Amazon zmienił fundamentalnie to, jak kupujemy w sieci. Uber przeorał rynek taksówek, Facebook i Instagram pozwolił transmitować swoje życie na żywo, a Netflix dał natychmiastowy dostęp do całych sezonów serialowych i wykreował zjawisko binge-watchingu. Wybaczcie, że piszę takie truizmy, ale te wszystkie rzeczy w sposób mniej lub bardziej zauważalny zmieniły nasze życiowe nawyki. Rewolucyjne pomysły spowodowały ewolucyjne zmiany. Dzisiaj opowieści o tym, jak to z siecią łączyliśmy się przy pomocy modemu a na premierę serialu w Polsce czekaliśmy dwa lata, brzmią jak rasowe science fiction. A mówimy tu o rzeczach, które działy się ledwie 20 lat temu. W sumie jedno pokolenie.

To, co dzieje się na szeroko rozumianym rynku dostaw jedzenia kreuje nowe trendy i powoli, ale skutecznie modyfikuje nasze postawy i przyzwyczajenia. I być może za 10 lat, odbierając klucze od nowego mieszkania, zadysponujemy tylko stanowisko pod ekspres do kawy. Bo jedzenie ktoś nam dostarczy pod drzwi.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Mechanizmy, które napędzają dumping

W poprzednim odcinku zatrzymaliśmy się na metodach, jakimi dysponuje państwo walczące z dumpingiem, dzisiaj dokończymy dzieła. Opiszę rodzaje dumpingu i opowiem krótko o nowym spojrzeniu na niego.

Wyróżniamy trzy główne rodzaje dumpingu, ale nie w każdym przypadku państwo uruchamia maszynę retorsyjną.

Dumping sporadyczny to sporadyczne sprzedawanie za granicę produktu po cenach niższych od kosztów. Wynika z sytuacji nadzwyczajnych. Wyobraźmy sobie sytuację, gdy na rynku wewnętrznym drastycznie spada popyt. Czasami taniej będzie sprzedać towar, nawet w cenie niższej niż koszt wytworzenia, niż go magazynować, czekając na odwrócenie koniunktury. Ten dumping, jeżeli nie zdarza się regularnie, nie powoduje zazwyczaj reakcji kraju, do którego te towary trafiają.

Dumping stały lub trwały to sprzedaż towaru za granicę po cenie niższej niż na rynek krajowy. Wyobraźmy sobie sytuację, w której popyt krajowy jest dużo mniej elastyczny niż popyt na rynku zagranicznym. W takiej sytuacji u siebie możemy sprzedawać produkt drogo. Jeżeli chcemy dokonać ekspansji do kraju, w którym popyt jest bardzo elastyczny, musimy obniżyć cenę. W tym przypadku państwo może potraktować takie działanie jako przejaw normalnej konkurencji monopolistycznej i nie reagować.

Dumping agresywny lub łupieżczy to sytuacja opisana wcześniej. Celem takiego działania jest eliminacja konkurencji, zdobycie rynku cenami niższymi od kosztów wytworzenia, monopolizacja rynku i podwyższenie cen w celu realizacji zysków. Ten rodzaj dumpingu uznawany jest za nieuczciwą konkurencję i zazwyczaj spotyka się z reakcją państwa padającego jego ofiarą. Bywa też cenną nauką dla konsumentów, którzy mogą na własnej skórze przekonać się, że tanio czasami nie znaczy dobrze.

Oprócz klasycznego dumpingu produktowego, wyróżnia się czasami kilka innych, niezwiązanych bezpośrednio z towarem.

Dumping socjalny polega na wykorzystaniu niższych kosztów produkcji w kraju eksportującym. Mogą one wynikać na przykład z dłuższego dnia pracy, niskiej płacy albo wykorzystania pracy niewolniczej.

Dumping walutowy wynika z ogólnej sytuacji gospodarczej kraju eksportera i siły jego waluty. Gdy kurs waluty spada w stosunku do innych, maleje też cena eksportowanego towaru.

Dumping kredytowy ma miejsce wtedy, gdy banki krajowe udzielają przedsiębiorstwom importującym kredytów na bardzo dogodnych warunkach.

Jak pisałem wcześniej, dumping, przynajmniej teoretycznie, dotyczy dóbr importowanych. Jednak coraz więcej ekonomistów odchodzi od podstawowej definicji i klasyfikacji dumpingu, i rozszerza go na działania wyłącznie w obrębie rynku wewnętrznego. W ramach tego podejścia, naukowcy wskazują inne rodzaje dumpingu.

Dumping obronny występuje, gdy firma chce odstraszyć i zniechęcić potencjalnych konkurentów do wejścia na zajmowany przez nią rynek. Jest to działanie wyprzedzające.

Dumping skali. Producent obniża cenę po to, żeby osiągnąć korzyści skali w przyszłości (wzrost produkcji, spadek kosztów jednostkowych) lub wykorzystać w pełni swoje możliwości produkcyjne.

Dumping tworzenia nowego rynku to sytuacja, w której firma wchodzi na rynek z nowym produktem, zazwyczaj zaawansowanym technologicznie. Oferując niską cenę, producent zapewnia sobie duży udział w rynku, odstrasza konkurentów (dumping ochronny), może stać się w krótkim czasie liderem rynku w produkcji nowego towaru.

Dumping frontalny, polegający na zaatakowaniu lidera rynku. Atakujący sprzedaje poniżej kosztów, jego celem nie jest maksymalizacja zysku tylko sprzedaży i walka o prymat rynkowy.

Dumping strategiczny, polegający na redukowaniu silnej pozycji konkurentów. Nie stoją jednak za nim chęci ustanowienia monopolu.

Nie ukrywam, że takie rozszerzenie definicji dumpingu bardzo mnie cieszy. Jeżeli się przyjmie, nikt z nas nie będzie już popełniał błędów w tej materii. W następnym odcinku zajmiemy się kolejnym fascynującym zagadnieniem ekonomicznym.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Dumping to dobra cena, która wychodzi klientom na złe

O cenach dumpingowych słyszymy średnio raz w tygodniu. W dziewięciu przypadkach na dziesięć określenie to jest użyte nieprawidłowo i dotyczy sytuacji, które zgodnie z definicją, dumpingiem nie są. Już tłumaczę.

W powszechnym rozumieniu, cena dumpingowa oznacza taką cenę, która jest znacząco niższa od tego, co oferuje konkurencja. I wszyscy wiedzą, że takie działanie ma na celu wycięcie jej do ziemi. Dla firm działających na danym rynku taka sytuacja nie jest komfortowa, bo nie da się w nieskończoność sprzedawać po kosztach albo nawet poniżej nich. Dla klienta wręcz przeciwnie, wojna cenowa w wydaniu dumpingowym to okazja do tego, żeby kupować najtaniej. Niestety, wynik takiego starcia w dłuższej perspektywie jest korzystny wyłącznie dla sprzedawcy oferującego ceny dumpingowe. Wytłumaczę ten mechanizm w dalszej części. 

Jak wspomniałem na wstępie, słowo dumping (ang. zrzucać, zarzucać rynek towarami)  jest najczęściej wykorzystywane nieprawidłowo. Dziennikarze używają go do opisania każdego towaru sprzedawanego dużo taniej niż towary działającej aktualnie na rynku grupy producentów. Czyli przyszedł Uber i dał dumpingowe stawki, wycinając konkurencję taksówkarską.

Zgodnie z definicją, o dumpingu można mówić w przypadku towarów i usług importowanych. Nie jest więc klasycznym dumpingiem sprzedawanie warzyw prosto z ulicy taniej, niż identycznego asortymentu (wszak wszystko przyjeżdża z giełdy w Broniszach) w warzywniaku. Tutaj mówimy wyłącznie o dużo niższych cenach.

Natomiast dumping to mechanizm, w którym na rynek, na którym rozsiadło się wygodnie kilku producentów, wchodzi nowa firma zagraniczna. I bez dania racji, zaczyna sprzedawać towar po cenie o 30 proc. niższej od najtańszego egzemplarza oferowanego w tym segmencie. Patrzymy na ceny, po jakich oferuje go nasz zagończyk u siebie i widzimy, że u nas sprzedaje taniej niż na swoim rynku wewnętrznym. To dumping cenowy. A jak sprzedaje poniżej kosztów wytworzenia, to mamy dumping kosztowy. Jest to praktyka niebezpieczna i zagraża najczęściej przemysłowi krajowemu.

Jak wspomniałem wcześniej, jeżeli państwo nie interweniuje i sytuacja taka potrwa dłużej, przegrani są wszyscy, oprócz firmy dumpingującej. Konkurencja nie jest w stanie przetrwać długo takiego naporu niskich cen i pada. W tym samym czasie klienci są zachwyceni i kupują taniej, bo po co przepłacać? Gdy konkurencji zabraknie, zaczyna się czas żniw.

Cena towaru szybuje sobie w górę, klienci wściekli, no bo jak to, miało być już zawsze tak tanio, dumpingujący wygrywa i kosi dużo pieniędzy. Skuteczne państwo stara się nie dopuszczać do takich sytuacji i ma ku temu takie narzędzie, jak cła czy zobowiązania cenowe. Przelećmy szybko przez działania antydumpingowe, jakie można podjąć w stosunku do atakującego.

Na dzień dobry można przyłożyć cłem antydumpingowym, które usuwa jego niekorzystne skutki i wyrównuje szanse w walce konkurencyjnej.

Przedsiębiorstwo oskarżone o dumping nie chce paść ofiarą cła, więc zobowiązuje się, że podniesie ceny przynajmniej do minimalnych rynkowych.

Państwo może ustalić kwoty importowe dla dumpingowanego towaru.

Wreszcie państwo może zastosować środki tymczasowe, czyli nałożyć cło tymczasowe albo depozyt gotówkowy w wysokości naliczonego i nałożonego cła antydumpingowego.

W następnym odcinku opowiem o rodzajach dumpingu i o tym, jak ekonomiści zaczynają opisywać nim również sytuacje wyłącznie w ujęciu rynku wewnętrznego. 

 
Categories

Cztery piwka na stół? Milenialsi mówią “niekoniecznie”

Na określenie kursu, na którym znajdują się ostatnio milenialsi, Amerykanie mają ładne określenie. Killing spree tłumaczy się różnie, może to być morderczy szał, szał zabijania albo seria zabójstw. Tym razem milenialsi przetoczyli się walcem przez rynek piwny. Rozumiecie? Nie interesuje ich małe jasne z pianką. Granice zezwierzęcenia zostały przekroczone.

Z nieba leje się żar, powietrze o gęstości melasy stoi w miejscu i oblepia wszystko, wentylatory nie nadążają go mielić, takie jest gęste. Czy w takiej sytuacji może być coś lepszego od kufla zimnego piwa? Okazuje się, że a i owszem. Młodzież nie chce pić browara, zamiast tego wybiera wino i lepkie drinki. Ich decyzje łatwiej zrozumieć, gdy mówimy o amerykańskim piwie, ale mimo wszystko, źle się dzieje w państwie duńskim.

Rok 2017 przyniósł amerykańskiej branży piwnej dotkliwe ciosy. Penetracja rynku w stosunku do roku poprzedniego zmalała o 1 proc. Piwa rzemieślnicze zbierają coraz większy kawałek sprzedaży i wartościowo ich sprzedaż wzrosła o 5 proc. Sprzedaż piwa z importu podskoczyła o 3,2 proc. Pomimo tych wzrostów, cały rynek spadł o 1,2 proc. Niby nic, ale pamiętajmy, że rozmawiamy tutaj o przemyśle, który w ubiegłym roku był wart 111,4 miliarda dolarów. Co oznacza, że gdzieś się zapodziało 1,34 mld.

Strzał po kieszeni jest bardzo dotkliwy, zwłaszcza w sytuacji, w której branża utrzymuje się na powierzchni głównie dzięki potężnym budżetom reklamowym. Z moich estymacji wynika, że amerykańscy producenci piwa wydali na reklamę w samym USA w 2017 roku około 1,5-2 mld dolarów. Badania wskazują, że reklama nie zwiększa spożycia, buduje natomiast świadomość marki i kreuje przyzwyczajenia konsumpcyjne. Okazuje się, że całe te wydatki psu na budę, bo milenialsi preferują krafty, które najczęściej są produkowane przez lokalnych przedsiębiorców. Tych nie stać na reklamę, ale w sprzedaży pomaga im moda. Korzystają więc z niej ile sił i koszą coraz większy pieniądz. Wspomniałem wcześniej, że wartościowo sprzedaż piw kraftowych skoczyła o 5 proc. Nie powiedziałem natomiast, że krafty mają w tej chwili 23,3 proc rynku piwa w Stanach.

To nie koniec. Miliardy wydane na tworzenie świadomości marki są w przypadku milenialsów pieniędzmi straconymi. Ci niewdzięczni gówniarze oglądają reklamy, po czym wykazują skrajną niewdzięczność i gdy przychodzi do zarekomendowania komuś piwa (a wiemy, jak ważne są testimoniale i rekomendacje znajomych), praktycznie nie wskazują piw koncernowych. Nic tylko krafty i krafty. Ewentualnie koncerniaki zamaskowane jako piwa rzemieślnicze. Taka ciekawostka, milenialsi chętniej niż reszta populacji polecali takie marki jak Stella Artois, Dos Equis XX czy Shock Top. Te nazwy brzmią bajerancko, w odróżnieniu od Budweisera, Heinekena, Coorsa czy Millera, które ewidentnie nie są piwami z ich bajki.

Skoro więc nie chcą pić taniego piwa, co teraz kręci młodzież? Wybaczcie kiepski kalambur, ale to pokolenie winne. Ostatnie badania rynku w USA pokazują, że 79 milionów milenialsów wypiło w 2015 roku 159,6 mln skrzynek wina. Amerykańskie miary muszą się oczywiście różnić od ludzkich, więc wam to przełożę – 159,6 mln skrzynek to 1,92 mld butelek albo 1,44 mld litrów wina. Milenialsi odpowiadają za 42 proc. spożycia wina w Stanach.

A że chętniej sięgają po wino z plastikowymi zatyczkami, zakrętkami albo w kartonach, prawie zabili segment produkujący korki do wina.

A co u nas? Wiadomo, młodzież gardzi koncernowymi piwami, bo jakoś się trzeba wyróżniać. A że przy okazji większość popularnych piw nie nadaje się do picia, mają łatwiej. Nie przekłada się to jednak na wyniki branży. Trzech największych producentów podzieliło miedzy siebie 83 proc. rynku wartego w ubiegłym roku 15,5 mld zł. Polacy piją od kilku lat tyle samo, średnio po 99 litrów rocznie na osobę, co daje nam czwarte miejsce w Europie. Pod względem produkcji zajmujemy w UE miejsce trzecie. Oraz okazuje się, że jesteśmy jednak tradycjonalistami i sięgamy po marki znane i lubiane od lat. Piwa rzemieślnicze mają w Polsce 0,5 proc. rynku. I chociaż to dalej około 75 mln złotych, to jednak krafty, pomimo dynamicznych wzrostów, nie zrobiły u nas szalonej kariery.

Wino sprzedaje się bardzo dobrze wśród milenialsów, ale z rynkiem wartym w ubiegłym roku 2,6 mld złotych ma jeszcze sporo do nadrobienia.

I znowu okazało się, że nasi milenialsi nie są zbyt skuteczni w swoim morderczym szale. W Polsce do śmierci piwa droga daleka, za bardzo nam małe jasne smakuje.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI: Mówią, że wszystko ma swoją cenę

Czym jest cena wiedzą wszyscy. To ta cyfra napisana na kawałku papieru, która jest zawsze za duża. I w sumie to prawda. My jednak jak zwykle nie pójdziemy na aż taką łatwiznę i zapoznamy się z innymi sprawami związanymi z tematem.

Definicyjnie sprawa jest prosta, cena to określona wartość wyrażona w pieniądzu, będąca równowartością danego dobra. Kupujący musi sprzedającemu zapłacić równowartość ceny, dla sprzedawcy cena stanowi źródło przychodu. O czym jeszcze musimy pamiętać, rozważając o cenach?

Warto mieć świadomość, że wyznacza ona taką wartość dobra, przy której zarówno nabywca, jak i sprzedawca chcą dokonać transakcji. Co oznacza również, że ceny koordynują decyzje rynkowe podejmowane przez nabywców i sprzedawców. Jak być może pamiętamy z odcinków o podaży i popytu, wyższe ceny skłaniają do produkcji, zmniejszają zakupy i kreują podaż. Z kolei niższe pobudzają kupujących, chłodzą produkujących i tworzą popyt.

W modelowej gospodarce wolnorynkowej ceny kształtują się samoistnie. Im wyższy popyt na dobro, tym wyższa cena. Wiadomo, jeżeli znajdziemy dwustu chętnych na coś, czego można wyprodukować tylko sto sztuk, kupujący będą chcieli płacić więcej. I znowu, jeżeli mamy stu chętnych do zakupu a towaru jest dwieście sztuk, ludzie będą jednak czekać na obniżkę ceny. Będzie ona zgrywać się z podażą i popytem do tego momentu, w którym zostanie osiągnięty punkt równowagi. Producenci produkują dokładnie tyle, na ile jest popyt a wszystkie transakcje zachodzą po optymalnej cenie. No ale to oczywiście model, bo w rzeczywistości mechanizm kreowania cen jest dużo bardziej skomplikowany.

Sprzedający ustalają ceny w oparciu o następujące czynniki:
– strukturę kosztów firmy
– ceny konkurencji
– pozycję konkurencyjną firmy
– strategie marketingowe
– sytuację gospodarczą na rynku
– zdolności produkcyjne

A my, kupujący, albo zaciskamy zęby i płacimy, albo mówimy „nie, to przegięcie” i idziemy kupić tańszy produkt z Chin.

Na koniec wspomnę o funkcjach cen. Pierwszą już sobie ustaliliśmy na wstępie, jest to informacja.
Dzięki cenie możemy określić wysokość swoich dochodów. Informuje nas ona, ile ubędzie nam w portfelu, gdy kupimy telewizor Super Ultra HD z zakrzywionym ekranem. Z kolei sprzedawca, dzięki cenom wie o ile wzrośnie jego przychód po takiej udanej sprzedaży.

Funkcja redystrybucji. Z jednej strony cena jest narzędziem podziału dóbr i usług. Z drugiej służy również do przesuwania dochodów z naszej kieszeni do sakiewki przedsiębiorcy, ale też i do budżetu państwa. Państwo ma do dyspozycji potężne narzędzia redystrybucji – podatki, cła czy dotacje. Dzięki odpowiednio ukształtowanym cenom, transfer ten odbywa się dzień i noc.

Funkcja stymulacyjna. O tym też już pokrótce wspomniałem. Gdy cena jest niska, przedsiębiorcy ograniczają produkcję a klienci chcą kupować. Przy cenach wysokich, popyt spada a rośnie podaż. No i pamiętajmy, że jeżeli przedsiębiorstwo ma ustalony poziom kosztów stałych, wzrost ceny zwiększa opłacalność produkcji. Czasami nawet nie opłaca się zwiększać produkcji, tylko podbić cenę. Oczywiście do poziomu, w którym sprzedaż pozwoli zachować albo zwiększyć poziom rentowności.

Na dużą skalę stymulacyjną funkcję ceny wykorzystuję państwo, zachęcając nas na przykład do kupowania określonych produktów (Dobre Bo Polskie).

W następnym odcinku omówię kolejny fascynujący aspekt ekonomii.

 
Categories

Uff, jak gorąco! Wyparowuje również kasa, i to sporo

Żar leje się z nieba. Taka spiekota w mieście to piekło. W niedzielę trzeba będzie wybrać się nad zalew. Upał daje w kość, wyciąga z nas siły, dramatycznie obniża produktywność i wzbudza w nas nagłą chęć do wyjechania gdziekolwiek, gdzie będzie woda, cień i zimne drinki pod palmą.

Robimy wszystko, żeby nie przedawkować gorąca, bo to boli, zarówno na ciele, jak i na portfelu. Tak, tak, upał to realne koszty, które można przeliczyć na brzęczącą monetę. Ile właściwie kosztuje nas wszystkich ta absurdalna temperatura?

Zimne drinki w pracy

Czy wiecie o tym, że gdy pracujemy w gorące dni, ze strony pracodawcy przysługują nam dodatkowe prawa? Dla nas zysk, dla szefa koszt. Na przykład musi zapewnić pracownikom napoje. W przypadku pracy na otwartej przestrzeni, picie na koszt pracodawcy zaczyna się od plus 25 stopni, w biurze od plus 28. Na dodatek zimne napoje muszą być dostępne cały dzień, a nie tylko od 13 do 14:12. Zrobiłem kilka wyliczeń, których nie należy traktować zbyt poważnie.

W pierwszym kwartale tego roku GUS donosił, że w Polsce jest 13 112 000 pracowników najemnych. Założyłem optymistycznie, że aż połowa szefów zabezpiecza swoim pracownikom wodę. I z tej połowy, aż połowa kupuje wodę a nie sugeruje kranówkę. Policzyłem też, że w taki upał trzeba wypić przynajmniej jedną półtoralitrową butelkę na osobę. I wyszło mi, że przy tych karkołomnych założeniach, pracodawcy w skali kraju dziennie wydają na wodę butelkową 3 mln zł.

Klima, wiatrak, żaluzja i bumelka

To nie koniec naszych upałowych praw. Pracodawca musi chronić nas nie tylko przed odwodnieniem, ale i nadmiernym nasłonecznieniem. Żaluzje, rolety, malowanie szyb specjalną farbą to minimum. Szef może, chociaż nie musi, zainstalować nam klimatyzację albo postawić wiatraczek. Wyliczenia kosztów tych zabezpieczeń się nie podejmuję, ale sprawdzimy ile może kosztować egzekwowanie innego prawa – szybsze odesłanie pracowników do pracy albo ustanowienie przerw na czas najwyższych temperatur. I znowu, to nie obowiązek ale prawo, dlatego poczynimy karkołomne założenia.

Przyjmijmy, że czas największego terroru słonecznego nie przekracza u nas trzech godzin. Nieważne czy będzie to przerwa, czy wcześniejsze wyjście z pracy. Nikt nie wie, ile firm faktycznie decyduje się na takie rozwiązania, dlatego możemy przyjąć co chcemy. Uznam, że podczas największych upałów taka możliwość oferowana jest 20 proc. pracowników. Jeszcze tylko średnia pensja. Tym razem wezmę dane dotyczące zarobków w firmach do 10 osób, które dominują w naszej gospodarce. W roku 2017 średnia stawka godzinowa wyniosła w nich 11,60 zł netto. Z prostego mnożenia wynika, że przerwa albo wcześniejsze wyjście z pracy kosztuje nas dziennie 91,26 mln zł.

Koszty demograficzno-zdrowotne

Fale upałów powodują również koszty, których przeliczyć się nie da. Oprę się na badaniu przeprowadzonym w latach 1960-1990, według którego liczba zgonów wynikających z niewydolności układu krążenia związanych z wysoką temperaturą, wzrosła ze 100 do 550 na 100 tys. mieszkańców. Aktualnie udało się nam „zbić” tę wartość do 450 osób. Oznacza to, że rocznie z powodu upałów tracimy ponad 170 tys. osób. Kwoty nie do wyliczenia, bo jak wycenić koszt bólu po utracie bliskiego?

Możemy za to spróbować policzyć koszt wyjazdów karetek z powodu zasłabnięć i udarów. W Polsce jest obecnie 228 Szpitalnych Oddziałów Ratunkowych. Nie mam oczywiście dostępu do szczegółowych danych, ale z kawałków informacji odnalezionych w sieci wynika, że w upalne dni dzienna liczba wezwań z powodu temperatur rośnie o 150-200 zgłoszeń. Przyjmując odważne założenie, że karetka wyjeżdża tylko do co drugiego zgłoszenia, i że średni koszt wysłania karetki wzięty z oferty komercyjnej wynosi 300 złotych, dziennie kosztuje to nas 6,8 mln złotych.

Polskie sumienie – węgiel

3 maja 2018 roku padł kolejny rekord dziennego zużycia prądu. Zapotrzebowanie na energię w szczytowym momencie wyniosło 23 680 megawatów. Rekord odnotowano o godzinie 13:15. I oczywiście spodziewane są kolejne, bo pogoda nie odpuszcza. Gdzie tu koszty? Ano tak się składa, że wiele elektrowni jest chłodzonych wodą. Polska energetyka węglowa to największy wodożerca w Polsce, aż 70 proc. poboru wody przypada na nią. Pozostałe 30 proc. obsługuje pozostałe gałęzie przemysłu i nasze zużycie indywidualne. Średnia globalna dla energii pochodzącej z węgla to tylko 6,8 proc., pod tym względem jesteśmy absolutnym rekordzistą świata.

No i w upały robi się problem, bo z jednej strony obniża się poziom wody w rzekach i zbiornikach wodnych, z których czerpią ją elektrownie, a z drugiej bijemy rekordy zapotrzebowania na prąd. Jakby tego było mało, podczas upałów woda jest na tyle ciepła, że nie pozwala na chłodzenie bloków energetycznych. Spada więc ich wydajność i operator sieci może albo ograniczyć dostawy energii, albo dokupić prąd za granicą. To nie koniec nieszczęść, wysokie temperatury to wyższe straty energii na liniach przesyłowych, przy temperaturach powyżej 30 stopni, sięgają one nawet 30 proc.

Dwudziesty stopień zasilania

20 stopień zasilania, który mieliśmy ostatnio w 1989 roku, powtórzył się w 2015. Oznacza on, że duże zakłady produkcyjne dostają tylko tyle energii, żeby bezpiecznie wygasić produkcję i odesłać ludzi do domu. Nikt nie jest w stanie policzyć faktycznych strat dla gospodarki, ale operujemy tutaj na poziomie miliardów złotych. My, jako odbiorcy indywidualni mamy szczęście, że jest rok wyborczy i rząd nie pozwoli na podwyżki cen prądu. Ale poczekajmy jeszcze ze dwa lata i po tym czasie przeanalizujmy bacznie swoje rachunki.

Miejska ściana wody

Na koniec policzę coś mniej poważnego, czyli koszt kurtyn wodnych w Warszawie. Nie wiem, z jakich rozwiązań korzysta miasto, więc przyjąłem, że są to tradycyjne kurtyny strażackie. Jedna zużywa średnio 3 metry sześcienne wody na godzinę. Działają przez 8 godzin, jest ich w sumie 9. Dziennie kosztują nas tylko 2,5 tys. złotych.

Omówiłem tutaj tylko kilka przykładów wpływu pogody na nas i na gospodarkę. Ale już choćby z tych kilku pobieżnych i mocno zaokrąglonych wyliczeń widać, że upały to realny koszt liczony w brzęczącej monecie. Z przykrością stwierdzam, że koszty te ponosimy wyłącznie przeciwdziałając skutkom. Jeżeli nie zaczniemy łożyć na walkę z przyczynami, do końca tego wieku znajdziemy się w takiej sytuacji, że koszt wody dla pracowników będzie naszym najmniejszym zmartwieniem. No ale o społecznych i finansowych kosztach zmiany klimatu opowiem może przy innej okazji.