Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI. Temat: Inflacja, czyli potwór który zjada nasze oszczędności

Dzisiaj postanowiłem napisać kilka słów o inflacji. Oczywiście zanim siadłem do tekstu, poszedłem
poczytać, jakich mądrych słów tym razem używali autorzy haseł i opracowań. I muszę powiedzieć,
że jestem pełen podziwu. Takiego stężenia nieprzyjaznych dla czytelnika sformułowań dawno nie
widziałem. Postaram się więc przetłumaczyć wam podstawowe kwestie na polski.

Gdy zapytamy tzw. przeciętnego Polaka o inflację, odpowie bez wahania „no, to jest wtedy, jak
wszystko drożeje”, a potem może doda „tylko te procenty się nie zgadzają, bo mówią, że jest 1,6
proc. inflacji a u mnie na osiedlu bułki zdrożały o 10 proc.”. Pierwszy człon wypowiedzi, to bardzo
dobra definicja inflacji, drugi wynika z niewiedzy, błędów poznawczych, rozpatrywania inflacji w
długim okresie, dostrzegania wyłącznie wzrostu cen i kilku innych czynników, o których później.

Na razie skoncentruję się na drugiej części wypowiedzi pana Kowalskiego, czyli na tym, jak GUS liczy
inflację. Zżymamy się często, gdy telewizja chwaląc dobre wyniki rządu, mówi że w tym roku inflacja
wynosi 1,2 proc. A przecież robiąc codziennie zakupy widzimy, że masło skoczyło o złotówkę, jajka o
10 groszy na sztuce, chleb lepszej jakości przekroczył pięć ziko a mięso to już w ogóle. I cała ta gadka
o inflacji na poziomie 1,2 proc. to zwykłe kłamstwo i zaklinanie rzeczywistości.

Trochę tak, ale trochę nie. GUS nie może liczyć inflacji tylko na podstawie artykułów spożywczych, bo
one najłatwiej poddają się wahaniom cen. I mogłoby się okazać, że oficjalnie inflacja wyniosła 8 proc.,
bo podrożały truskawki, nabiał i mięso. Dlatego statystycy z GUS-u stworzyli tzw. koszyk inflacyjny, do
którego wrzucili dużo więcej grup produktów. Od razu mówię – dokładnej listy towarów i usług
wchodzących do koszyka nie znamy, bo GUS nie podaje jej do publicznej wiadomości. Znamy
natomiast skład procentowy dużych kategorii.

Na pierwszym miejscu jest żywność i napoje bezalkoholowe, które stanowią 24,36 proc. zawartości
koszyka. Udział tej kategorii od sześciu lat praktycznie się nie zmienił. Następnie idą wydatki związane
z użytkowaniem mieszkania i nośnikami energii, które stanowią 20,35 proc. koszyka. 8,74 proc. to
nasz transport, 6,92 proc. to rekreacja i kultura, 6,19 proc. to koszt alkoholu i papierosów. Ogółem
dużych kategorii jest 12.

Koszyk inflacyjny zmienia się co roku, GUS bada budżety gospodarstw domowych i na tej podstawie
dostosowuje jego zawartość. Zmienia też samochody Daewoo na Skody, pralki Frania na Indesity i
Timexy na Ipady, czyli dostosowuje koszyk do tego, co za oknem mamy my, a nie nasi rodzice.
Gdy znamy wagi poszczególnych kategorii, urząd zaczyna mierzyć ceny 1400 produktów i usług. Bada
je w 35 tys. punktów w całej Polsce, począwszy od hipermarketów, na osiedlowych sklepikach i
kioskach skończywszy. Co miesiąc tworzy notowanie 260 tys. cen z 209-ciu rejonów. To jest
naprawdę tytaniczna praca. Po zebraniu danych, pozostaje już tylko ich odpowiednie zagregowanie,
ważenie i liczenie.

Wspomniałem wcześniej o tym, że w powszechnej opinii wskaźnik inflacji jest nieprawdziwy, bo może
i luksusowe jachty potaniały, ale żywność szybuje w górę. Teraz gdy wiemy, jak wygląda skład koszyka
inflacyjnego, możemy przestać powtarzać ten chwytliwy, ale zupełnie nieprawdziwy bon mot. Spadek
cen jachtów będzie miał znikomy wpływ na wskaźnik cen i poziom inflacji. Żywność z kolei będzie na
nie mocno wpływała, ale pamiętamy o tym, że stanowi ćwiartkę koszyka.

Zapamiętamy, że inflacja to wskaźnik o charakterze przeciętnym a pomiary dotyczą całego kraju, a
nie tylko naszego domu. Jesteśmy również bardziej wrażliwi na zmiany cen artykułów podstawowych
niż kupowanych okazjonalnie. Dlatego mniej nas ucieszy informacja, że potaniały używane Paski w
tedeiku niż to, że chleb nie kosztuje trójki tylko dwójkę.

No i pamiętajmy, jak działają nasze mózgi – jeżeli podrożeje chleb, nabiał, napoje gazowane, jajka, warzywa i wędliny, to nie zauważymy obniżki cen, nawet gdyby objęła większość dóbr w gospodarce, ciągnąc tym samym inflację w dół.

Inflacja to temat szeroki, dlatego wrócimy do niego w przyszłym tygodniu. Opowiem o przyczynach,
skutkach i rodzajach tego zjawiska.

 
Categories

Netflix zmienia nasze zwyczaje

Fot. Unsplash

Gdybym miał wybrać 5 seriali idealnych do weekendowego binge watchingu na Netflixie, byłyby to następujące tytuły:
Stranger Things, bo wszyscy lubimy zaaranżowane na nowo melodie, które już znamy.
Jessica Jones, bo wszyscy lubimy superbohaterów, którzy nie nadużywają swoich mocy, za to mają bardzo ludzkie problemy.
Holistyczna Agencja Dirka Gently’ego, bo to Douglas Adams, którego udało się w końcu dobrze zekranizować.
Seria Niefortunnych Zdarzeń, bo wszyscy lubimy sprytne dzieci skutecznie walczące z przeciwnościami losu i seriami niefortunnych zdarzeń.
Rick & Morty, bo Pickle Rick!

Netflix wyrósł na mocnego zawodnika tak u nas, jak i u siebie w domu. Co prawda budzi mieszane uczucia i często jest przedmiotem żartów, ale skuteczności w dystrybucji nie można mu odmówić. Co prawda niektórzy zarzucają, że produkuje rzeczy kiepskie dla niewymagającego widza, ale za to bezpieczne z punktu widzenia kasy zaś inni twierdzą, że jego oferta pełnometrażowa jest tak stara, że musieli ją transferować z kaset VHS, ale fakty są takie, że Netflix przedefiniował sposób, w jaki oglądamy seriale. Zobaczmy co zmienił w naszym życiu.

Nieprzypadkowo na wstępie wybrałem tytuły z Netflixa. To dzięki jego pomysłowi narodził się binge watching. Dzięki wrzucaniu całego sezonu hurtem możemy robić sobie maratony samotnie, w parach czy grupach przyjaciół. Oglądanie sezonu ciągiem to fenomen socjologiczny, psychologiczny i towarzyski. Fajniej jest umówić się na nocny maraton „Stranger Things” ze znajomymi niż na jeden odcinek „Gry o tron”.

Netflix pomógł rozwiązać nam dylematy moralne związane z piraceniem treści. Nie musimy już kombinować i usprawiedliwiać się przed sobą i znajomymi. Możemy w końcu za niewielkie pieniądze śledzić ulubione seriale. Dodajmy do tego HBO, które w kwietniu w końcu udostępniło swoje usługi poza kablówkami i mamy komplet na pełnym legalu.

Postawię odważną tezę, że to właśnie Netflixowi zawdzięczamy zmniejszenie skali piractwa w Polsce. Po niezbyt fortunnym starcie, rozszerzył swoją ofertę i stał się pierwszą powszechnie dostępną u nas platformą, oferującą tak bogatą bibliotekę seriali i filmów. Myślę, że to dzięki niemu dzieje się w internecie to, co się dzieje, czyli cuda.

Cuda wyglądają następująco: w 2015 roku filmy i seriale ciągnęło z torrentów 27 proc. internautów, rok później 24 proc. a w 2017 tylko 21 proc. W roku 2017 z serwisów streamingowych korzystało 77 proc. internautów. A 20 proc. płaci za treści w serwisach typu SVOD, czyli takich, w których dostajemy dostęp do całego katalogu w ramach miesięcznego abonamentu.

Netflixowe „oglądaj gdzie chcesz, rezygnuj kiedy chcesz” przedefiniowało sposób płacenia za usługę. 10 proc. zrzuca się ze znajomymi, bo w Netflixie możemy wykupić dostęp na kilka urządzeń. Połowa płaci co miesiąc sama. Za to aż 40 proc. użytkowników płaci za dostęp okazjonalnie, w wybranych miesiącach. Netflix powiedział nam: macie tu filmy i seriale, możecie rzucać we mnie hajsem co miesiąc, ale jak wolicie, to róbcie to raz na kwartał. Rzucamy co miesiąc dużą grupą tak hojnie, że w pierwszym kwartale tego roku osiągnął globalnie 290 mln dolarów zysku, a na całym świecie ma 125 mln odbiorców.

Netflix jest liderem tworzącej się alternatywy dla telewizji. Do ubiegłego roku, pomimo przeniesienia się przez widzów z oglądaniem treści do internetu, telewizja była zadziwiająco stabilnym medium, niepodatnym na zmiany preferencji widzów. Jednak w drugim półroczu 2017 roku czas oglądania telewizji wśród najmłodszej publiczności zmalał aż o 20 minut, do niecałej półtorej godziny dziennie.

Netflixowi udało się w USA coś, co ponoć udać się nie miało prawa. W marcu 2017 roku miał więcej klientów niż najwięksi operatorzy płatnych kablówek, reprezentujący 95 proc. rynku.

Netflix zmienił podejście ludzi do płatnej rozrywki. Od początku roku 2012 kablówki straciły 4 mln subskrybentów. Netflix zyskał 27 mln. Czyli nie przejął klientów tylko rozszerzył ich bazę. Za treści zaczęli płacić ludzie, którzy do tej pory nigdy tego nie robili.

No i niech mi ktoś powie, że Netflix nie zmienia świata.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI. Temat: Podaż

Fot. Unsplash

W dwóch poprzednich odcinkach rozmawialiśmy o popycie. Mówienie o popycie bez wspomnienia o podaży to jakbyśmy mówili o parówkach i nie wspomnieli o musztardzie. To jak jajko bez majonezu, samochód bez kierownicy czy rower bez łańcucha. Jak się już pewnie domyśliliście, te pojęcia są ze sobą nierozerwalnie związane. Nie ma mowy o podaży bez popytu i na odwrót.

 

Dlatego dzisiaj opowiem o podaży, połączę ją z popytem, uzyskamy dzięki temu w miarę pełny obraz a przy okazji nauczymy się ekonomicznej łaciny.

Najkrócej mówiąc podaż to ilość jakiegoś dobra lub usługi, które producent chce wyprodukować po określonej cenie. Wzrost ceny prawie zawsze spowoduje wzrost ilości podaży towaru, bo producenci będą chcieli go zaoferować możliwie jak najwięcej. Spadek ceny spowoduje ruch w przeciwną stronę – ilość podaży spadnie, popyt wzrośnie.

Wyjaśnijmy sobie przy okazji delikatny niuans znaczeniowy, bo wszyscy krzyczą ‘podaż to, podaż tamto’ a mało kto mówi ‘podaż to jedno a ilość podaży to drugie’. Jeżeli chcecie być bardzo dokładni, rozróżniajcie te pojęcia. W języku ekonomistów podaż to związek między cenami a ilościami dóbr dostarczanych przy tych cenach. Będzie to krzywa podaży. Ilość podaży określa ile towaru zaproponują sprzedawcy za konkretną cenę. Będzie to punkt na krzywej podaży. Oczywiście w mediach się upraszcza i wszystko jest podażą – i ta krzywa, i punkty na niej, a czasami nawet obok niej, bo dziennikarze nie muszą się znać na wszystkim.

Wiedząc to wszystko, z łatwością możemy sformułować bardzo ważne prawo ekonomiczne, czyli prawo podaży. Brzmi ono tak: wyższa cena prowadzi do wyższej ilości podaży, niższa zaś do niższej ilości podaży.

Połączmy teraz popyt z podażą. Przy cenie 5 ziko za kajzerkę ilość podaży będzie wysoka a poziom popytu niski, najprawdopodobniej zerowy. Dlatego nikt nie próbuje sprzedawać kajzerki po piątaku. Z kolei przy cenie 5 groszy za sztukę, ilość podaży będzie niska (bo to jednak sprzedaż ze stratą) a poziom popytu bardzo wysoki (kajzerka za pięć groszy to okazja, której nie można przegapić).

Z drugiej strony nikt nie wyprodukuje kajzerki za pięć groszy, bo mu się to nie opłaci. Popyt przebiłby zaś sufit.
Jest jednak taki poziom ceny za kajzerkę, w której kupujący i sprzedający się spotykają i następuje przecięcie krzywych podaży i popytu. To chyba najbardziej znany wykres ekonomiczny świata.

Wszystko działa pięknie przy jednym założeniu. I będzie obiecana łacina. Mówi się, że popyt i podaż zależą od ceny, ceteris paribus.

Ceteris paribus dosłownie oznacza „inne takie samo”. W języku polskim przyjmuje się zwykle określenie „przy pozostałych warunkach równych/niezmiennych”. Jeżeli nie założymy sobie niezmienności czynników innych niż cena, nasze dywagacje dotyczące poziomów popytu i podaży mogą okazać się nieprawdą.

Na poziom podaży poza ceną wpływa na przykład postęp techniczny, koszty pracy, podatki, akcyza, ceny surowców, warunki naturalne sprzyjające produkcji i wiele innych. Jeżeli zechcemy uwzględnić je wszystkie, możemy zapomnieć o prostym modelu.

Powyższe rozważania podsumuję tak: producent chce sprzedać drogo, nabywca kupić tanio, czasami wolny rynek pozwala im na to, żeby się ze sobą spotkali i obaj dokonali transakcji na zadowalających obie strony warunkach.

 
Categories

Czy Internet wytrwa w seksualnej czystości?

To miał być lekki tekst pod tytułem „W Wordzie nie będzie można pisać brzydkich wyrazów”, ale gdy zacząłem się wgłębiać w temat okazało się, że sprawa jest poważna. Dotyczy bowiem walki z handlarzami żywym towarem, prowadzącej do poważnej cenzury Internetu. Politycy są wszędzie tacy sami. Chcą nam zrobić dobrze, nie interesując się tym, co mamy w temacie robienia nam dobrze do powiedzenia. I bardzo często mówią jedno, gdy chodzi im o coś zupełnie innego. W efekcie przepychają złe prawo. Tak właśnie stało się w przypadku aktu SESTA/FOSTA.

 

Stop Enabling Sex Traffickers Act oraz Fight Online Sex Trafficiking Act to ustawa, którą Donald Trump podpisał w celu przeciwdziałania handlowi żywym towarem w Internecie. Ustawodawcy twierdzą, że chcą dobrze i będą walczyć z niewolnictwem seksualnym. Oczywiście albo są głupi, albo cyniczni. Bo uchwalili prawo, które będzie walczyć ze wszystkim, tylko nie z tym, z czym walczyć miało. Wszystko wskazuje na to, że ich jedynym celem jest walka z prostytucją, której boją się jak diabeł święconej wody. No i przy okazji kolejna cenzura Internetu zawsze smaczna i zdrowa.

Żeby zrozumieć co złego się stało, cofniemy się na chwilę do prehistorii internetu. W 1996 roku uchwalony został Communications Decency Act. Jego sekcja 230 położyła podwaliny pod rozwój Internetu i jest uznawana za jeden z najważniejszych kawałków prawa, jaki kiedykolwiek w odniesieniu do sieci uchwalono. Sekcja 230 stanowi, że żaden dostawca ani użytkownik interaktywnej usługi komputerowej nie będzie traktowany jako wydawca ani autor jakiejkolwiek informacji dostarczonej przez innego dostawcę treści. W skrócie oznacza to zdjęcie z administratorów stron i dostawców usług internetowych odpowiedzialności za treści tworzone przez użytkowników.

Ten drobny z pozoru zapis pozwolił stworzyć Internet w takiej formie, w jakiej go dzisiaj znamy. Akt FOSTA/CESTA tworzy w Sekcji 230 wyłom, orzekając że administratorzy i twórcy stron będą odpowiedzialni, jeżeli na ich stronach znajdą się reklamy albo ogłoszenia dotyczące prostytucji, nawet tej dobrowolnej, odbywającej się za zgodą obu stron. Miała być walka z handlarzami żywym towarem, mamy walkę z prostytucją jako taką. I cenzurę obyczajową.
Jak widać, pierwszą ofiarą nowego prawa została wolność słowa. Walka z seksem w purytańskiej Ameryce przyjmuje karykaturalne wymiary, jak choćby Facebook banujący za brodawkę sutkową, ale ignorujący zgłoszenia stron, na których króluje przemoc. Taka logika stała za poczynaniami osadników z Mayflower, i taka logika rządzi kilkaset lat później. Teraz dzięki nowej ustawie, łatwiej będzie rugować treści seksualne z sieci. O skutkach tego wspomnę później.

Drugą, równie poważną ofiarą tej ustawy stali się pracownicy seksualni. Można stać na rogu ulicy i wsiadać do podjeżdżającego samochodu po to, żeby uprawiać seks za pieniądze. Można również ustawić się z klientem w sieci, sprawdzić go, zobaczyć czy nam odpowiada i dopiero wtedy spotkać się w kontrolowanych warunkach. Jasne, w takim przypadku też istnieje niebezpieczeństwo trafienia na psychopatę, ale jest ono nieporównanie mniejsze niż to, jakie towarzyszy pracy bezpośrednio na ulicy. Teraz wszyscy wyjdą na ulicę albo zejdą do sieciowego podziemia.

No dobra, wolność słowa wielokrotnie zawieszaliśmy, pracownicy seksualni w oczach moralnego społeczeństwa zawsze byli postrzegani jako pariasi, skoncentrujmy się więc może na tym handlu ludźmi. Czy ustawa coś zmieni?

Według słów organizacji, które zajmują się walką z tym procederem, ustawa sprawę pogorszy i utrudni pomoc ofiarom handlu ludźmi. Doprawdy, spore zaskoczenie. Okazuje się, że do tej pory przestępcy się nie musieli aż tak bardzo krygować, dzięki czemu tych najgłupszych można było łatwo zinfiltrować, namierzyć i rozbić siatki handlu żywym towarem. Teraz wszyscy zejdą do podziemia, gdzie służbom będzie trudniej kontrolować ten proceder i z nim walczyć.
Jeżeli przeciwko wprowadzaniu takiego prawa protestują takie organizacje jak American Civil Liberties Union czy Departament Sprawiedliwości, to wiedz, że coś robisz źle. Jeżeli tłum profesorów prawa i liczne organizacje walczące z handlem żywym towarem wysyłają do Kongresu listy, wskazujące na uchybienia dotyczące legalnej strony stanowionego prawa, jego konstytucyjności i potencjalnego łamania praw ludzkich, wiedz że przepchnąłeś fatalną ustawę.

A co to oznacza dla użytkowników sieci niezwiązanych z rynkiem usług seksualnych? Weźmy kilka przykładów z kilkunastu dni po uchwaleniu nowego prawa.

PayPal zablokował pieniądze, jakie powinni dostać pracownicy seksualni od stron, na których działają, i dzięki którym zarabiają. Rozumiecie? PayPal się wystraszył i zablokował legalnie zarobione środki tylko dlatego, że gdzieś tam na stronie ludzie rozmawiali o umawianiu się na seks albo korzystali z seks-kamerek.

Facebook kasuje grupy o tematyce seksualnej.

WordPress usuwa posty i zdjęcia o tematyce seksualnej.

DropBox i Google Drive usuwają pliki o tematyce seksualnej.

Sekcja Personals na stronie Craiglist została wyłączona.

Reddit zamyka subredity związane z tematyką seksualną i pracownikami tej branży.

Google Play zmienia swoją politykę i kasuje zdjęcia ukazujące zabawki seksualne albo aplikacje kojarzące pary na seks.

Microsoft zmienił również warunki użytkowania. Od teraz używanie obraźliwego języka i wrzucanie niewłaściwej zawartości, jak na przykład nagości, skutkuje zawieszeniem lub banem. Te obostrzenia dotyczą Skype’a, Xboxa i co najzabawniejsze, programów z pakietu Office.

Amerykańscy purytańscy deputowani chcieli walczyć z handlem ludźmi. Wyszło im tak, jak wychodzi wszystkim innym politykom na świecie. Na razie przepisy te nie obowiązują w Europie, ale nie ma pewności, czy duże firmy z centralami w USA zechcą załatwić nas wszystkich za jednym zamachem. Pytanie co zrobi z tym Unia pozostaje otwarte.

 
Categories

Randkowe pole minowe. Kolacja dla dwojga wypada z menu milenialsów

To się normalnie żyć odechciewa. Milenialsi idą przez świat, nie oglądają się na nic i na nikogo a przy okazji niszczą wszystko, co kochamy. Po ubiegłotygodniowym zamachu na wszystko, co dla Amerykanów najważniejsze, dzisiaj przyszedł czas na bezwzględny mord na randkowych obiadach! Co za upadek obyczajów.

 

W czasach mchu i paproci, randkowanie odbywało się nieco inaczej niż dzisiaj. Nie było szybkiego internetu i portali kojarzących ludzi, ludzi trzeba było poznawać na żywo, wymieniać się numerami telefonów, nierzadko stacjonarnych po to, by na końcu wylądować w restauracji na posiłku a potem w kinie. Albo na odwrót.

Dzisiaj sprawy mają się zgoła inaczej. Randkowanie internetowe stało się tak popularne, że chyba tylko w dalekich regionach, gdzie nadal mają internet z modemów, randkuje się w starym stylu. Milenialsi klikają w Tindera, OkCupid czy swojską Sympatię i nie potrzebują wzmożonych spotkań przy świecach. Szkoda im czasu i pieniędzy na siedzenie z kimś, kogo ledwo znają, a wspólne jedzenie posiłku z kimś takim wydaje się im wyrafinowaną formą tortury. Nic dziwnego – według badań przeprowadzonych przez NPD Group aż 57 proc. posiłków Amerykanie spożywają samotnie. Zmienia się również postrzeganie osób jedzących w pojedynkę – kiedyś takie postępowanie stygmatyzowało, dzisiaj jest czymś normalnym. Nic dziwnego, że milenialsi nie mają ciśnienia na umawianie się na randkowe kolacje.

Są inne powody odrzucania tej formy pierwszego spotkania. Na przykład taki, że wspólne wieczerzanie jest przestarzałe. Ten element szarmanckości u mężczyzny nie jest aż tak istotny dla młodych kobiet. A już płacenie przez faceta za posiłek jest niemalże zaproszeniem do łóżka.

Albo wyobraźcie sobie sytuację, w której siedzicie przy pełnodaniowym posiłku z kimś, do kogo nie tylko nie czujecie mięty, ale wręcz was odrzuca. Przy przystawkach pada pierwszy żarcik rodem z męskiej szatni. Podczas jedzenia rosołu warzywnego (nigdy nie zamawiajcie zup z kluskami na pierwszej randce) facet tak energicznie wciąga makaron, że ochlapuje sobie pół twarzy, a kluski zostają mu w brodzie. Gdy na stół wjeżdża befsztyk, okazuje się, że typ miał w dupie to, co do niego pisałaś i nie zorientował się, że od dwunastego roku życia jesteś weganką. Wiesz, że nic z tego nie będzie, ale tkwisz w tym koszmarze, twoja złość i niepokój rosną i jest ci głupio, bo facet wygląda na takiego, który zapłaci. A potem będzie oczekiwał rewanżu. Horror.

Oczywiście, zawsze zostaje opcja upicia się na smutno, bo wtedy wszystkie głupoty wygadywane przez drugą stronę łatwiej znieść, ale w końcu nikt nie chce kończyć dramatycznie nieudanej randki śniadaniem.

Dla większości ludzi jedzenie jest czynnością w jakimś stopniu intymną. Oczywiście nie mówimy tu o wspólnych posiłkach w gronie współpracowników w kantynie zakładowej. Ale jak już siadamy z kimś twarzą w twarz nad talerzem, trzeba bardzo dużego wyczucia co zamówić. Kobieta może nie czuć się komfortowo babrając się w żeberkach. Homar, jakkolwiek luksusowy by nie był, to też brudna robota. Jedzenie ostryg jest seksowne wyłącznie w filmach. W skrócie – wspólny posiłek na pierwszej randce to pole minowe, po którym poruszasz się bez wykrywacza.

No i na koniec najważniejsze. Jedzenie w restauracjach jest drogie. Tinder daje nam przecież możliwość umówienia jednej randki dziennie. Jeżeli jesteśmy zręczni logistycznie, w weekend możemy się ustawić nawet na dwa-trzy spotkania. Wyobraźmy sobie, że w poszukiwaniu drugiej połówki, każdego dnia wyskakujemy z 60-100 złotych, bo tyle trzeba liczyć na dwójkę z napojami. Już po tygodniu nasz budżet miesięczny trzeszczy, po miesiącu musimy brać chwilówkę a po kwartale na kwadrat wjeżdża nam komornik. Takie wydatki dla milenialsów są nie do dźwignięcia.

Dlatego lepiej umówić się w barze na drinka albo kawę. Człowiek nie zbankrutuje a jak sytuacja rozwinie się pomyślnie, zawsze można wyskoczyć coś przekąsić.

Co w Polsce? Ano tym razem nie mamy się czego wstydzić. Nasi milenialsi idą w ślady swoich amerykańskich kolegów i chętniej decydują się na randki nad kawą albo drinkiem, restauracje zostawiając starym ludziom. A i ewentualne odrzucenie mniej boli, gdy zainwestowaliśmy w taki wypad 20 ziko.

 
Categories

Komunia grzechu warta. Podliczyliśmy wydatki na taką uroczystość

Pierwsza Komunia Święta. Doniosłe i ważne wydarzenie w życiu każdej osoby wierzącej. Dziś bardziej przypomina targowisko  próżności i okazję do pokazania się rodzicom i chrzestnym. Również dzieci są bardziej zainteresowane nie przyjęciem opłatka, a tym co dostaną w prezencie. Biznes komunijny kwitnie na całego. Jak odczuje to nasza kieszeń?

 

Najpierw z pieniędzy wyskakują rodzice. Garnitur albo sukienka to minimum 200 złotych, buty, wianek dla dziewczynki, alba, różaniec, książeczka i świeca też kosztują. W sumie na dzień dobry trzeba wyłożyć 500-1000 złotych tylko po to, żeby dziecko jakoś wyglądało. Jedna parafia powie „nie kupujcie dzieciom wymyślnych kreacji”, inna powie „nie wnikamy”. Rodzice oczywiście zrobią po swojemu, bo nie będzie mi mówił wikary jak mam żyć, i jak ubierać swoją pociechę. Dlatego tysiąc łatwo może rozmnożyć się do dwóch, trzech a nawet pięciu. Kreacja szyta na zamówienie kosztuje tyle, ile suknia ślubna.

Potem zapraszamy gości. Jeżeli rodzice mają siłę stać przy kuchni i przez dwa dni tłuc schabowe, i mieszać sałatkę jarzynową, można zamknąć się w tysiącu na jedzenie, i kolejnym tysiącu na prezent dla dziecka. Jeżeli rodzicom nie chce się siekać jarzyn, zapraszają gości do restauracji. Oczywiście rezerwację trzeba zrobić z odpowiednim wyprzedzeniem, bo w weekendy okołokomunijne lokale mają stuprocentowe obłożenie. Koszt jednej osoby to przeciętnie stówka, w przypadku bardziej ekskluzywnych restauracji może sięgać i pół tysiąca, wszystko zależy od zamożności i fantazji rodziców. Oczywiście możliwe jest domówienie fontanny czekoladowej, łabędzia lodowego czy nawet znanego z wesel kącika ze swojskim jedzeniem. To kolejne 500-1000 złotych wydane na frykasy, które zadowolą i dzieci, i podpitych wujków.

Gościom wysyła się czasami zaproszenia, ale to doprawdy grosze w ogólnym rozrachunku. Ładne druczki i wysyłkę możemy sobie załatwić już za stówkę. Oczywiście mówimy tu o kameralnym przyjęciu dla najbliższej rodziny i przyjaciół, powiedzmy 20 osób. Dla hurtowników, którzy zapraszają po stu gości, zaproszenia będą dużo droższe.

Rok temu prasę obiegły fotki dziewczynki, którą rodzice dostarczyli pod kościół z fantazją – białą karetą. Taka przyjemność zaczyna się średnio od 1,5-2 tysięcy złotych. Niektórzy rzutcy przedsiębiorcy oferują nawet karety w kolorze czarnym. Myślę że takie szybkie, sezonowe przebranżowienie z pogrzebów na komunie, jak najlepiej świadczy o przytomności krajowych biznesmenów.

Jeżeli dziecko nie przepada za śmiesznym zapachem końskiej grzywy, można je podrzucić pod bramę kościoła limuzyną. Szczególnie popularne są długie, eleganckie białe bryki typu Hummer Lincoln Navigator, które czasami widujemy w sobotnie wieczory, wiozące pijaną młodzież z imprezy na imprezę. W nocy partybus, w dzień elegancki samochód podstawiający dziecko na komunię. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że firmy wynajmujące mają skuteczne środki czyszczące. Koszt w granicach 400-600 złotych za godzinę. Jeżeli chcemy usługę kompleksową czyli kościół-restauracja-dom, możemy liczyć się z wydatkiem rzędu 2-3 tysięcy. A jak jeszcze zechcemy takimi limuzynami podrzucić i odwieźć gości, to chyba taniej będzie sobie jedną kupić.

No i na koniec najważniejszy element całej tej zabawy, czyli goście przynoszący najlepsze prezenty na świecie.

Serwis ceneo.pl przeprowadził badanie, z którego wynika, że w tym roku Polacy planują wydać na prezent komunijny 500 złotych. Rodzice i chrzestni przeznaczą nawet do 1000 złotych. Prawie co drugi prezent zostanie kupiony w internecie.

Nie do końca zatraciliśmy rozum, 1/3 badanych stwierdziła, że wystarczy prezent do dwustu złotych, czyli w cenie talerza w restauracji (przeciętny koszt jednego gościa). Ankietowani wybrali też najpopularniejsze prezenty. Na prowadzeniu rowery i gotówka, ale z roku na rok coraz mocniej przebija się elektronika. Co ciekawe trudno zabić stare przyzwyczajenia komunijne i aż 30 proc. badanych jako najlepszy prezent wybrało zegarki. Przy czym rodzice chętniej kupują smarwatche.

Jedna czwarta badanych jeszcze mocniej wróciła do korzeni i planuje kupić deskorolkę albo hulajnogę. W tym roku mogą stać się hitem, bo wróciły do łask. Oczywiście w wersji z napędem elektrycznym, bo po co dziecko ma się pocić.

Biznes komunijny, według bardzo ostrożnych wyliczeń, jest wart ok. 3 mld złotych, które wydajemy na dewocjonalia, stroje, dodatki, ozdoby, wynajęcie restauracji, prezenty i pieniądze w kopertach. Bardzo mi się podoba, jak skutecznie zamieniliśmy duchowe przeżycie w festiwal konsumpcji. Tak trzymać!

 
Categories

Majówka bez grilla. 6 propozycji dla geeków na długi weekend

W tym roku mamy wyjątkowo długi Wielki Weekend. Jeżeli uda nam się wyprzedzić kolegów z działu przy pisaniu wniosku urlopowego, możemy byczyć się przez 9 dni! Pogoda ma dopisywać, ale jeżeli nie jesteście ciepłolubni i przy temperaturach powyżej 20 stopni zaczynacie przeklinać klimat i modlić się o klimatyzator, mam coś dla was. Zamiast wyjeżdżać gdzieś bez sensu, proponuję wam obejrzenie kilku filmów i seriali.

Zadałem sobie trudne zadanie, bo proponuję wam wyłącznie filmy, które są ładne wizualnie albo mają ładne tytuły z takimi słowami jak lato, słońce, majówka, wiosna albo szczęście. Nie chcę bowiem, żebyście się podczas oglądania umartwiali. Kilka pozycji ma swoje lata a przynajmniej jedna pochodzi z czasów, gdy niektórych czytelników nie było jeszcze na świecie.

Na początek wyjątkowo brutalnie odjechany serial pt. „Happy”. Obejrzałem i powiem wam, że tak porytej historii dawno nie widziałem. W trakcie pikniku dla dzieci, Wyjątkowo Zły Święty Mikołaj porywa małą Hailey. Ma ona niewidzialnego przyjaciela o imieniu Happy. Gdy ten orientuje się, że dziewczynce grozi niebezpieczeństwo, natychmiast udaje się na poszukiwanie kogoś, kto będzie zdolny jej pomóc.

Nick Sax to były policjant, który żadnej pracy się nie boi. Poznajemy go, gdy realizuje kontrakt na zabicie braci Scaramucci. W trakcie roboty dostaje zawału, budzi się w karetce i zdaje sobie sprawę z tego, że przed oczami lata mu mały, niebieski jednorożec. Ten sam, który przyjaźni się z Hailey. Gdy Nick rusza dziewczynce na pomoc, zaczyna się dziwaczna, krwawa i brutalna jazda bez trzymanki.

Serial powstał na podstawie komiksu i spodoba się głównie ludziom, którym nieobce jest mroczne poczucie humoru. Pierwszy sezon liczy marne osiem odcinków i da nam w sumie 5 godzin i 40 minut rozrywki, czyli od przebudzenia do obiadu. Do obejrzenia na Netflixie.

Następnie proponuję film stary, ale doskonały. Do tego ma świetny tytuł oryginalny, który nasi dystrybutorzy zarżnęli bez prawa łaski. „Eternal Sunshine of the spotless mind” to piękna historia miłosna. Po jednej z kłótni Clementine zrywa z Joelem. Chwilę po zerwaniu, poddaje się zabiegowi usunięcia wszystkich wspomnień związanych ze swoim byłym (to taka fantastyka bliskiego zasięgu). Joel się wkurza i postanawia odpłacić pięknym za nadobne. Idzie poddać się podobnej terapii, jednak w trakcie orientuje się, że nadal kocha Clementine i nie chce o niej zapominać. Dlatego musi ocalić od zapomnienia swoje wspomnienia.

Krótkie streszczenie brzmi banalnie, ale sam film jest cudownie zakręconą historią. Nie wystraszcie się tego, że scenariusz napisał Charlie Kaufman, film jest zaskakująco lekki w porównaniu z jego innymi dokonaniami. No i można się przekonać, że Jim Carey jest świetnym aktorem dramatycznym. Polecam. Do obejrzenia na Netflixie.

Moja następna propozycja to „Baywatch”, czyli Słoneczny Patrol. Jeżeli pamiętacie serial, wiecie czego się spodziewać po filmie pełnometrażowym. Jeżeli nie pamiętacie, to spodziewajcie się pięknych, opalonych i zgrabnych ludzi, biegających po plaży w zwolnionym tempie. Jest jakaś fabuła, ale czy naprawdę interesuje nas zła bizneswomen, której knowania zagrażają przyszłości zatoki w sytuacji, w której po plaży biegają piękne opalone kobiety i przystojni, muskularni mężczyźni? Nie wnikajcie, dobrze się bawcie, pomaga usunięcie jednej półkuli mózgowej. Film do obejrzenia na HBO.

Little Miss Sunshine to bardzo śmieszna komedia, w której okrutnie przeklinają. Dlatego, wbrew tytułowi, nie należy oglądać jej z dziećmi, bo można się zabawnie przejechać. Mała Olive wygrywa kwalifikację do finału konkursu piękności Little Miss Sunshine. Jej dysfunkcyjna rodzina postanawia, że będą jej towarzyszyć w drodze do Kaliforni, gdzie odbywa się impreza. Pakują się wszyscy do starego Volkswagena i ruszają w road trip.

Będziecie się bawić. O jak będziecie się dobrze bawić. Wszystko w tym filmie jest doskonałe – obsada, historia, reżyseria, dialogi, zdjęcia. Do obejrzenia w internecie.

Luc Besson potrafi robić dobre kino rozrywkowe z dużym rozmachem, udowodnił to „Piątym Elementem”. Teraz na Showmaxie możemy oglądać jego kolejny duży film „Valerian i Miasto Tysiąca Planet”. Valerian ma pretekstowy scenariusz, niezbyt porywające dialogi a fabuła jest naiwna i trzeszczy. Jest to jednak zapierające dech w piersiach, przepiękne widowisko, które należy oglądać tak, jak „Baywatch” – z wyciętą albo wyłączoną jedną półkulą mózgu. Najlepiej tą odpowiadającą za krytyczne spojrzenie. Według mnie to idealny film na majówkę, nie przemęczymy się, próbując rozkminić kto zabił i obejrzymy przepiękne widowisko. Jak dla mnie to idealny przepis na wieczór filmowy. Aha, precelki pozwalają przetrwać każdy seans.

Na koniec coś z naszego podwórka. Film „Wielka Majówka” jest stary, ale bardzo jary. Nasz bohater, Rysiek daje nogę z zakładu opiekuńczego. Włamuje się do willi, gdzie znajduje reklamówkę pełną pieniędzy. Jedzie do Warszawy, na Centralnym poznaje hochsztaplera Julka, logują się w hotelu Victoria i zaczyna się słodko-gorzki balet. Bardzo dobry film z czasów, gdy potrafiliśmy kręcić dobre filmy, mające scenariusz i dobrą obsadę. Dodatkowym smakołykiem jest udział w filmie Kory i zespołu Maanam. Polecam, do obejrzenia w Internecie.

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI Fuck logic, czyli dlaczego kupujemy coś co jest drogie i niepotrzebne

W ubiegłym tygodniu powiedziałem kilka słów o popycie i czynnikach, które wpływają na jego poziom. Okazuje się jednak, że czasami popyt zachowuje się w sposób nieobliczalny, zdający się przeczyć zasadom logiki. Ekonomiści na wszystko znaleźli wytłumaczenie.

Zaczniemy od elastyczności popytu i żeby za bardzo nie mieszać pozostaniemy przy elastyczności cenowej. Wyobraźmy sobie, że odłożyliśmy pieniądze na nową komórkę. Niestety, w dniu premiery producent ogłosił, że w związku z wielkim zainteresowaniem ich nowym sprzętem, robi skok na kasę i podnosi cenę o 42 proc. Są możliwe dwa scenariusze.

Tak drastyczna podwyżka ceny powoduje, że dużo osób rezygnuje z zakupu telefonu i idzie do konkurencji. Wzrost ceny spowodował spadek popytu. O takim zachowaniu mówimy „popyt elastyczny”.  Czyli taki, w którym zmiana ceny powoduje zmianę poziomu popytu.

Może się również zdarzyć tak, że bardzo chcemy mieć nową komórkę. Podobnie jak miliony podobnych nam fanów produktu. Nie zważając na zwiększoną cenę, kupujemy telefon. Pomimo wzrostu ceny, popyt utrzymał się na takim samym poziomie, albo nawet wzrósł. O takim popycie mówimy, że jest nieelastyczny albo sztywny. Zmiana ceny nie wpłynęła na jego poziom.

Gdy znamy już podstawowe zachowania popytu, możemy przyjrzeć się pewnym paradoksom, zdającym się przeczyć logice. Wszystko w nich tłumaczy natura ludzka.

Bardzo lubię paradoks Veblena. Dotyczy dóbr luksusowych i klasy próżniaczej. Czasami bowiem okazuje się, że zwiększenie ceny na dany towar powoduje nie spadek a wzrost popytu na niego. Ale wyłącznie wśród najzamożniejszych grup społecznych. Taka konsumpcja na pokaz, w myśl zasady „stać mnie”. Jedyną przyczyną takiego zachowania jest chęć pokazania swojego statusu społecznego. Jak się nietrudno domyślić paradoks Veblena dotyczy dóbr bardzo drogich i może obejmować dzieła sztuki, biżuterię czy rzadkie samochody.

Na przeciwnym biegunie leży efekt Giffena. Ekonomiści do tej pory dyskutują, czy występuje on faktycznie w przypadku całych grup społecznych, my przyjmiemy sobie wygodne założenie, że na pewno dotyczy naszych indywidualnych wyborów. Dotyczy on dóbr podstawowych i konsumentów o niskich dochodach. Wzrost cen takich dóbr powoduje wzrost popytu. Giffen wniosek sformułował obserwując rynek po podwyżce cen chleba. Najbiedniejsi ludzie zwiększyli liczbę kupowanych bochenków, najprawdopodobniej bojąc się kolejnych podwyżek. No i trudno znaleźć podobny cenowo substytut chleba, który nieprzypadkowo jest naszym podstawowym pożywieniem.

Harvey Leibenstein opisał kolejne dwa dziwne zachowania, nazywając je odpowiednio efektem snoba i owczego pędu.

Efekt snoba obserwujemy gdy część grupy nabywców nie kupuje towaru, nawet jeżeli jego cena znacznie spada. Robią to nie dlatego, że znaleźli jeszcze tańszy substytut. Główną przesłanką jest tutaj chęć odcięcia się od plebsu. Tacy (nie)kupujący dążą do uzyskania statusu lepszego klienta i dlatego podejmują decyzje wbrew większości. Jak się nietrudno domyślić efekt snoba dotyczy produktów powszechnych, szeroko dostępnych i stosunkowo tanich.

Z kolei efekt owczego pędu mamy wtedy, gdy część konsumentów jest gotowa kupować produkt nawet po znacznie zawyżonych (z ich punktu widzenia) cenach tylko dlatego, że kupują go inni. Efekt dotyczy przede wszystkim szerokiej grupy towarów związanych z obowiązującą modą. Najlepszym przykładem jest tutaj Iphone. Dla części kupujących jest on zdecydowanie poza ich zdolnościami majątkowymi. Ale kupują go, chcąc uzyskać określony prestiż w grupie rówieśniczej.

W tym tygodniu to wszystko, kończymy z popytem i będziemy oglądać inne zjawiska.

 
Categories

Amerykański koszmar. Milenialsi nie chcą własnego „m” (ani mieszkania, ani małżonka)

Jeżeli miałbym zdefiniować elementy składające się na „american dream”, byłoby to małżeństwo, dwójka dzieci, dobra praca, samochód i dom z ogrodem na przedmieściach. Plus oczywiście powrót do wieku niewinności, który Amerykanie utracili w wyniku wojny wietnamskiej, ale to się nie uda. Milenialsi dokonują brutalnego zamachu na wszystkie filary i godzą w podstawy amerykańskiego stylu życia. Wstyd!

W czwartym kwartale roku 2017 własne mieszkanie/dom posiadało 64,2 proc. Amerykanów. Jednocześnie wśród ludzi poniżej 35 r.ż. ten odsetek wyniósł zaledwie 36 proc. Dla odmiany wśród seniorów mających powyżej 65 lat jest to aż 79 proc.

Podaję te wszystkie nudne liczby, żeby łatwiej było zrozumieć co się dzieje. Starzy Amerykanie mają domy. Młodzi Amerykanie nie. Co robią młodzi? Kolejną rewolucję. Część z nich oczywiście wynajmuje własny kąt i odsetek wolnych lokali pod wynajem jest bardzo silnie skorelowany z odsetkiem ludzi posiadających domy. Ale jednocześnie dzieje się rzecz dziwna i wcześniej w takiej skali niespotykana – młodzi zaczęli wracać do gniazda. Niektórzy nawet go nie opuszczają.

Obecnie aż 32 proc. ludzi w wieku 18-34 żyje w domu rodzinnym. Ostatni raz podobna rzecz zdarzyła się w 1940 roku, gdy USA było w przededniu wojny. Jednocześnie odsetek osób żyjących ze współmałżonkiem lub partnerem jest najniższy w historii i wynosi 32 proc. Sytuacja jak we Włoszech lub Hiszpanii.

Milenialsi nie są przeciwni ani kupowaniu domów, ani instytucji małżeństwa. Na drodze do tych celów staje im jednak codzienność i brak pieniędzy. Miejsca pracy obsadzili ludzie z pokolenia 35+ wśród których bezrobocie wynosi około 3 proc., podczas gdy w grupie 25-34 lata jest to 4,2 proc.

Prawdziwa bomba kryje się w niepozornym wskaźniku, nazwanym underemployment. W USA oznacza on pracę, która nie wymaga ukończonych studiów, czyli taką w której ponad połowa osób nie ma przynajmniej licencjatu. Otóż taką pracę wykonuje w Stanach Zjednoczonych 43 proc. świeżo upieczonych absolwentów wyższych uczelni.

Wisienką na tym torcie jest rekordowy poziom zobowiązań wynikających z kredytów studenckich, o czym kilkukrotnie w innych tekstach wspominałem. Młodzi ludzie wchodzą w życie zadłużeni, idą do niskopłatnej pracy, z której nie utrzymaliby się, gdyby nie wrócili do rodzinnego domu. Ameryka to rzeczywiście kraj wielkich możliwości.

Milenialsi mają oczywiście ambicje kupienia własnego domu, bo kto chciałby mieszkać w wieku 30 lat z rodzicami? Niestety, banki nie mają ofert dostosowanych do ich McPracy. Nawet gdyby miały, młodzi ludzie nie mają oszczędności wymaganych jako wkład własny przy zakupie mieszkania. Ostatnim gwoździem do trumny są rosnące ceny nieruchomości. Na przykład w 20 największych metropoliach Ameryki osiągnęły poziom niewiele niższy od tego sprzed kryzysu.

Ach, byłbym zapomniał. Jednocześnie w kosmos wystrzeliły ceny najmu, bo tak działa wolny rynek.

Nie ma pracy, nie ma pieniędzy. Nie ma pieniędzy, nie ma kredytu. Nie ma kredytu, nie ma mieszkania. Nie ma mieszkania, nie ma małżonka. Z amerykańskiego snu nie zostało nic, wszystkiemu winni milenialsi.

A co u nas?

Badania zlecają różne instytucje, wyniki nieco się różnią, ale nie aż tak, żeby nie dało stworzyć się syntetycznego portretu milenialsów. Ponad połowa mieszka nadal z rodzicami. Ponad 40 proc. rodziców przyznaje się do udzielania dorosłym dzieciom pomocy finansowej. Robota słaba, własny kąt drogi, bank nie da kredytu a wynajem to wyrzucanie pieniędzy w błoto. A zatem wprowadźmy się do rodziców!

I efekt jest taki, że w samodzielnym mieszkaniu żyje 35 proc. ludzi do 35 roku życia. Związki małżeńskie zawieramy w okolicach trzydziestki, o pięć lat później niż w latach 90-tych. Tym razem udało nam się Amerykę nie tylko dogonić, ale nawet trochę przegonić. Brawo my!

 

 
Categories

W SZKOLE NIE MÓWILI. Temat: Popyt

Mam wrażenie, że głównym powodem leżącej u nas edukacji ekonomicznej i finansowej jest to, że specjaliści używają do jej objaśniania skomplikowanych definicji, a populiści sięgają po chwytne hasełka typu „podatki to kradzież” albo „krzywa Laffera tłumaczy wszystko”. Brakuje natomiast narracji środka i języka, który w prosty, ale nie prostacki sposób tłumaczyłby pojęcia i procesy. Dam przykład.

Nominalna definicja popytu brzmi porywająco. Jest to bowiem funkcyjna zależność między ceną produktu a jego ilością, którą skłonni są zakupić nabywcy. Na tę skłonność składa się chęć, którą determinują nasze preferencje, oraz ekonomiczna możliwość, będąca pochodną naszej siły nabywczej. Zwróćmy uwagę na to, że popyt to funkcja. Natomiast wielkość popytu to konkretna ilość dobra, jaką konsumenci chcą kupić przy danej cenie. Na razie wszystko jest jasne, zrozumiałe i ogólnie tip top, prawda?

Popyt na dany produkt w ujęciu mikroekonomicznym jest funkcją ceny tego produktu i jest wyznaczany przy założeniu danych determinant…

Oszczędzę wam reszty tych wspaniałości. Jak pewnie zauważyliście, nawet w podejściu do tak prostego klocka ekonomii jakim jest popyt, króluje podejście akademickie. Pojęcie należy objaśnić w sposób maksymalnie uczony, żeby ktoś nie pomyślał, że trywializujemy. Efektem takiego działania jest to, że wszyscy zainteresowani poszerzeniem swojej wiedzy, odbijają się od ściany mądrych słów, składających się w dość bełkotliwą całość. Umówmy się – normalni ludzie tak nie mówią. Dlatego postanowiłem zostać głosem normalnych ludzi i przetłumaczyć to wszystko z mądrego na polski.

Zacznijmy od tego, że mówiąc o popycie, zazwyczaj używamy skrótu myślowego. O co chodzi? Zazwyczaj przez popyt rozumiemy ilość towaru, jaką chcemy kupić przy określonej cenie. Ta definicja nie określa popytu tylko wielkość popytu. Jeżeli ktoś zechce błysnąć w towarzystwie, może zapamiętać, że popyt to funkcja a wielkość popytu to ilość towaru. I wystarczy.

Zazwyczaj słyszymy, że popyt zależy od ceny. Co jest oczywiście prawdą, bo nie damy w sklepie 15 ziko za butelkę piwa koncernowego. Pamiętajmy jednak o innych czynnikach, które omówię poniżej.

Świetna okazja, uncja złota po 3000 złotych! Jest to oczywiście kapitalna okazja, ale wyłącznie dla ludzi, którzy dużo zarabiają. Popyt na złoto w grupie o niskich dochodach nie zmieni się, bogaci rzucą się na taką okazję jak wilki i popyt wzrośnie. Czyli pierwszą determinantą popytu poza ceną, są dochody nabywcy.

Świetna okazja, pióro Parkera za 200 złotych! No fajnie, ale za piątkę mogę kupić długopis BIC, który będzie mi służył dopóty, dopóki ktoś mi go nie podprowadzi. Popyt na pióra Parkera wzrośnie wyłącznie wśród ludzi, którzy chcą wydać 200 ziko na pióro Parkera, zamiast piątaka na BICa. Cena subsytutu to kolejny czynnik wpływający na popyt.

Świetna okazja, samochód osobowy za 5000 złotych! Biere za gotówkę, szykuj pan umowę. Problem jest jednak taki, że paliwo, które pozwoli przejechać nim 100 km, kosztuje 200 złotych. Kupujecie taki samochód? Paliwo to dobro komplementarne dla samochodu. Inaczej – uzupełniające. Jak nie zalejemy baku, to samochód będziemy pchać albo trzymać przed domem i się nim chwalić. Cena towarów uzupełniających jest następnym czynnikiem kształtującym popyt.

Świetna okazja, dobra kurtka zimowa za 200 złotych! Bo ja wiem? Na logikę, kurtki zimowe mogą jeszcze potanieć i nie ma się co napinać, kupię sobie w lipcu. Tutaj już zaczyna się lekkie wróżenie z fusów, bo nasze przewidywania dotyczące poziomu cen w przyszłości mogą być nietrafne, ale i tak są kolejnym ważnym czynnikiem wpływającym na popyt.

Świetna okazja, płaszcze przeciwdeszczowe dobrej jakości za 50 złotych! W Polsce odbyłaby się o nie walka, na pustyni Atacama moglibyśmy je przecenić do złotówki, a i tak pewnie nie byłoby chętnych. Czynniki geograficzne są bardzo ważne.

Świetna okazja, nowy Mitsubishi Pajero za 30 tys. złotych! W Polsce odbyłaby się o nie walka. Świetna okazja, nowy Mitsubishi Pajero za 100 tys. peso! W Meksyku nikt nie kupi samochodu o takiej nazwie, bo Pajero znaczy po hiszpańsku onanista. Czynniki społeczne i preferencje konsumentów to następny czynnik wpływający na popyt.

Świetna okazja, metr kwadratowy nowego mieszkania za 4000 złotych! W Warszawie odbyłaby się o nie pewnie walka, w strefie objętej wojną albo w Somalii taka oferta zostałaby odebrana jako kiepski żart. Dlatego w analizach dotyczących popytu musimy zawsze uwzględniać sytuację polityczną i gospodarczą.

Zostały mi jeszcze czynniki demograficzne, ale wymyśliłem wyłącznie tani depilator dla mężczyzn. Dlatego raczej obejdzie się bez przykładu.

Mam nadzieję, że dzięki brawurowym przykładom, zagadnienia dotyczące popytu stały się odrobinę bardziej zrozumiałe. W następnym odcinku opowiem o elastyczności i o sytuacjach, w których popyt zachowuje się, jak pijany nastolatek na domówce.