Categories

Prototyp vs. Stereotyp. Technologia pomaga przezwyciężać bariery

Fot. Omkaar Kotedia

Każdy z nas pamięta scenę, w której Terminator naprawia sobie dłoń. Rozcina przegub i usprawnia mechanizm poruszający palcami. Wizja ludzkiego ciała wspomaganego i modyfikowanego przez technologię jest wciąż żywą fantazją kultury popularnej obecną w literaturze fantastyczno-naukowej, filmach, komiksach czy grach komputerowych. Wiara, że to właśnie technika da nam nadludzkie możliwości i pozwoli pokonać fizyczne ograniczenia, jak na razie jest pieśnią przyszłości. Jednak już teraz pomaga przezwyciężać barierę jaką jest niepełnosprawność. Bioniczne protezy nie tylko pozwalają normalnie funkcjonować osobom z niepełnosprawnościami, ale i zmieniają ich wizerunek w ogóle, tworząc z nich superbohaterów, jakimi zawsze chcieliśmy być.

Bioniczna proteza jest połączeniem technologii i żywego organizmu człowieka. Porusza się dzięki sygnałowi, jaki mózg wysyła mięśniom. Obecnie na rynku są dwie wiodące firmy: Ossur i Ottobock, którym udało się wypracować określony zestaw gestów i chwytów, pozwalający poradzić sobie z większością codziennych czynności. Mocno robotyczna konstrukcja składa się z kół zębatych, przekładni i śrub, które działają jak maszyna. Większość z nich pokrywa sylikonowa rękawica imitująca ciało, przez co protetyczną kończynę coraz trudniej odróżnić jest od żywego ciała. Takie rozwiązanie wybierają najczęściej te osoby, które swoją niepełnosprawność chcą jak najbardziej ukryć.

Moda na cyborga

Ciekawym zjawiskiem ostatnich lat jest moda na protezy bioniczne, które bawią się konwencją cyborgicznego ciała. Ich producenci celowo odsłaniają mechaniczną konstrukcję urządzenia lub tworzą zupełnie nowe, niezwykłe projekty. Sztandarowym przykładem jest tu firma Alternative Limb Project, która na zamówienie tworzy indywidualne projekty kończyn. Wśród jej realizacji są porcelanowa noga zdobiona kwiatami, ręka owinięta wężem czy “ręka gadżet”, której każdy z palców kryje w sobie inną funkcję – laser, latarkę lub schowek na zapałki. Najbardziej znanym przedsięwzięciem firmy są protezy projektowane dla popowej artystki Victorii Modesty. Futurystyczny, seksowny wizerunek kobiecego ciała uzupełniają niezwykłe, bioniczne protezy nogi artystki, które ostentacyjnie odbiegają od realistycznych przedstawień kończyn. Ostry szpikulec, świecąca lub wysadzana diamentami noga – to tylko nieliczne z niezwykłych projektów, tworzonych specjalnie na zamówienie piosenkarki.

Fot. Ewelina Stechnij

“Forget about your disability” – to hasło, od którego rozpoczyna się teledysk “Prototype” Viktorii Modesty, głoszący narodziny nowej generacji gwiazd muzyki pop, stworzony na potrzeby kampanii “Born to be risky”. Teledysk jest futurystyczną opowieścią o seksownej, silnej kobiecie-cyborgu, która staje się niebezpiecznym symbolem wolności w totalitarnym państwie. Nie przystaje ani do obowiązujących norm, ani systemu, a także wyróżnia się zarówno cielesnością, jak i siłą charakteru. Protetyczna noga – czarny szpikulec – oraz lateksowy kostium i styl pin-up girl stają się jej znakiem rozpoznawczym. Zwykli ludzie widzą w niej superbohaterkę. Chcą ją naśladować i wielbić, organizując wiece na jej cześć, wypisując i tatuując jej inicjały czy podobizny. W jednej ze scen mała dziewczynka, widząc w telewizji rysunkową wersję idolki, odrywa nogę swojej lalce tak, jak gdyby była to zapowiedź buntu i symbol wyzwolenia.

Kult zdrowego ciała, szczupłej sylwetki i młodości w sposób oczywisty marginalizuje te wizerunki, które nie dają się w prosty sposób – za pomocą operacji plastycznych czy komputerowych obróbek – dopasować do obowiązującego reżimu piękna. Takimi obrazami są najczęściej ciała ludzi z niepełnosprawnościami, chorych i starych. Na tym tle wizerunek, który tworzy Modesta przy pomocy bionicznych protez pozwala zbudować całkiem nowy obraz osób niepełnosprawnych i przywrócić je społeczeństwu. Futurystyczne wzory protez nie starają się niczego ukryć, a podkreślają i wydobywają indywidualizm jej użytkownika. Wzrost ich popularności to szansa na wydobycie osób niepełnosprawnych z cienia, możliwość przywrócenia im pewności siebie i wiary, w to że ich inność to wartość. Wizjonerskie protezy szczególnie ważną rolę do odegrania mają wśród dzieci. Po co naśladować ludzkie ciało, skoro można stać się postacią z przyszłości? Ulubionym superbohaterem o wyglądzie Terminatora, Robocopa czy postaci Major z Ghost in the Shell.

Fot. Omkaar Kotedia

Firm robiących niezwykłe protezy, takich jak Alternative Limb Project czy Open Bionics jest więcej. Skoro więc wybór protez bionicznych jest tak duży – czemu ich użytkowników jest wciąż tak mało? Jak zwykle w takich przypadkach odpowiedź jest jedna – cena. Przeciętna bioniczna proteza to aż 40 tysięcy dolarów. Co więcej, nawet jeśli technologiczna kończyna jest trwalsza od „żywego ciała”, to trzeba pamiętać, że bez niego nie funkcjonuje i jest wciąż od niego całkowicie zależna. Protetyczny element ciągle jeszcze nie tworzy jedności z ciałem i nie pozwala na tak swobodne poruszanie się co ten, który jest żywy. Ma też wiele ograniczeń takich jak nienaturalny chwyt, trudność w podnoszeniu ciężarów czy podstawowa ilość gestów.

Co na to startupy?

Tu z pomocą może przyjść polski startup vBionic. Dwa lata temu firma zasłynęła na rynku dziecięcą wersję bionicznej protezy udostępnionej opensourcowy przez japońską firmę Exiii. Jej dodatkową zaletą jest fakt, że pozwalała poruszać wszystkimi palcami, każdym z osobna. Jak mówi założyciel vBionic, Bartosz Rajewski:

Jako startup chcemy rozwiązywać problemy, chcemy działać prospołecznie. To, że istnieje produkt za 40 tys dolarów, nie znaczy, że problem zniknął. Na Ziemi nadal są ludzie, którzy nie mają rąk, podczas gdy samochody latają na Marsa.

Obecne vBioninc pracuje nad innowacyjnym rozwiązaniem, które ma szansę otworzyć nowe możliwości osobom niepełnosprawnym.

Jak mówi Rajewski:

To co obecnie jest na rynku to takie robotyczne chwytaki. My postanowiliśmy zejść do podziemia i wymyślić wszystko od nowa. Robimy rękę, która ma zachowywać się jak prawdziwa – mamy kości, więzadła, ścięgna, mięśnie. Chcemy zrobić ją może trochę bardziej nieprzewidywalną, ale i naturalną, bo takie właśnie są ręce. Naszym zadaniem nie jest więc nauczenie jej chwytu kubka, bo wierzymy że jeśli nasz proteza będzie najbliższa ręce ludzkiej, sama sobie z tym poradzi. Dodatkowo mamy nadzieję, że nasz produkt będzie znacznie tańszy.

Polski startup vBionic

Jak wygląda przyszłość?

Marzeniem protetyki jest móc dogonić żywe ciało. Wielu badaczy uniwersyteckich pracuje nad stworzeniem protez kontrolowanych przez centralny układ nerwowy. Dzięki sygnałom, odbieranym i dekodowanym przez elektrody, możliwe byłoby sterowanie protezą. Jak twierdzi jednak Bartosz Rajewski brain-machine interface dopiero przed nami, bo sygnały z mózgu są bardzo skomplikowane, zaszumione i niejednoznaczne, a w tej chwili nie ma urządzenia, które mogłoby je prawidłowo odbierać. Chyba, że za pomocą wszczepiania.

Czy kiedyś sztuczna ręka będzie tak sprawna, jak ta, która jest prawdziwa? Według Rajewskiego tak, choć zadanie jakim jest dorównanie naturze jest bardzo trudne

Potężny procent mózgu zużywany jest na nasze zdolności manualne – czucie, odruchy itd. Odtworzenie tak złożonego mechanizmu biologicznego to ogromny problem z punktu widzenia technicznego. Sama ręka dobrze zmotoryzowana niewiele nam da. Musimy umieć oceniać odległość od przedmiotu, wiedzieć co i kiedy złapać, a gdy jest za gorące, puścić. Czy stworzymy urządzenie, które będzie to wszystko rozwiązywało? Na pewno. Pytanie tylko kiedy. Wszystko się miniaturyzuje, przyspiesza i usprawnia, ale, by dojść do 100% ręki mogą nam pomóc jedynie sieci neuronowe, dzięki którym jedna ręka , będzie mogła nauczyć drugą. Zakładając czujniki na zdrową rękę, po tygodniu wgramy jej zachowania do ręki protetycznej. Ale to już futuryzm.

Wyjątkowe projekty protez przypominają, że każdy z nas ma oczywiste prawo do decydowania i kształtowania swojego wizerunku w taki sposób, w jaki czujemy się ze sobą dobrze. Bioniczne protezy, nawet jeśli jeszcze niedoskonałe, pozwalają normalnie funkcjonować osobom z niepełnosprawnościami. Co więcej, przełamują stereotypy, przywracając ludziom to, co najważniejsze, czyli godność.

Our biomedical engineer Iga is on the way to OTWorld Trade Show and Congress in Leipzig/Germany. We can't wait to see what are the latest orthopaedic trends and solutions.Meanwhile her 3d scanned hand stays home as it has to do it's everyday excercises 😉

Opublikowany przez vBionic 14 maja 2018

 
Categories

Wielcy mistrzowie vs. sztuka młodych. Czy stać nas na inwestowanie w sztukę?

Rynek sztuki ma się podobno coraz lepiej. Sprzedaż dzieł w Polsce w zeszłym roku wzrosła o 28%, padły też dwa rekordy. Pierwszym był obraz „Zabicie Wapowskiego w czasie koronacji Henryka Walezego” (3,7 mln zł), kolejnym, pastel „Macierzyństwo” (4,3 mln zł). Świetnie mają się obrazy wielkich mistrzów. A co ze sztuką  młodych? Czy warto w nią inwestować?

Według raportu dóbr luksusowych za zeszły rok, 27% bogatych Polaków inwestuje w sztukę. Bogaty Polak jest jednak dość konserwatywny, bo 84% z tych inwestycji to obrazy, 4% rzeźba, grafika i rysunek, a 2% to fotografia i ceramika. Najchętniej kupuje sztukę dawną, polskiego pochodzenia i sprawdzonego nazwiska. Dlaczego? Bo to pewna inwestycja. Malczewskiego ani Matejki już raczej nie przybędzie, chyba, że ktoś odnajdzie go w zapomnianej piwnicy lub odzyska dzieło utracone w czasie wojny. Niezależnie od tego, ich wartość wciąż będzie rosła.

Coraz mocniej stoi też sztuka współczesna. W zeszłym roku w pierwszej dziesiątce transakcji aukcyjnych znalazły się dzieła Magdaleny Abakanowicz i Wojciecha Fangora. Warto przypomnieć, że sztukę współczesną datujemy od końca II Wojny Światowej, a wymienione prace to obrazy i rzeźby pochodzące z lat 50 i 70., więc trudno mówić o odważnych decyzjach inwestycyjnych.  

W zeszłym roku padł jeszcze jeden ważny rekord – aż 105 aukcji młodej sztuki. Używając określenia „młodej sztuki”, mówimy o dziełach studentów lub absolwentów szkół artystycznych bez dużego dorobku i „nazwiska”. Oprócz tradycyjnych technik częstymi środkami wyrazu młodych jest fotografia, grafika, wideo i performance. Dużą wartością ich sztuki jest zdolność do komentowania świata przy pomocy najbardziej aktualnych i naturalnych dla nas nośników. Jest więc duża szansa, że ją zrozumiemy. Jeśli nie należymy do bogaczy, warto wspomnieć o jeszcze jednej ogromnej zalecie – przystępnych cenach. Prace młodych artystów możemy kupić od kilkudziesięciu złotych do kilkudziesięciu tysięcy i to w miejscach innych niż tradycyjne domy aukcyjne.

Na rynku znajdziemy coraz więcej oddolnych akcji, takich jak Targowisko Sztuki, które od dziesięciu lat działa w Arkadach Kubickiego. Jak mówi jego organizatorka i artystka Dorota Godhlewska, „plusem i zarazem minusem miejsc takich jak Targowisko sztuki jest brak galerii. Nikt nie powie nam, czy to co chcemy kupić jest dobre, więc wybrać trzeba samemu. Ale galeria to też minimum stuprocentowy narzut. Omijając ją, więcej zarabia artysta, więcej też zostaje w kieszeni klienta”.

Czym więc kierować się wybierając sztukę młodych? Nawet jeśli o kupnie dzieła myślimy wyłącznie w kategoriach inwestycji, najlepiej kierować się intuicją i wybierać to, co nam się podoba. Dobrze jest też mieć też wiedzę na temat rynku sztuki, śledzić konkursy, galerie i wystawy, które się liczą. Wiedzieć w którą stronę idzie obecnie sztuka i jakie są trendy. Dobrym przykładem może tu być plakat, który w ostatnich latach staje się coraz bardziej modny. Dzięki temu od razu umiemy ocenić czy ktoś ma warsztat, czy ma swój określony styl i świeże spojrzenie” – wyjaśnia Godhlewska.

Jeśli mamy wyczucie, jest duża szansa, że artysta, którego prace kupiliśmy za niewielkie pieniądze, zyska uznanie, a ceny jego prac pójdą w górę. “Mam taki obraz, który kupiłam kiedyś na allegro, a teraz ta artystka stała się rozpoznawalna i jego wartość wzrosła. To duża satysfakcja” – wspomina organizatorka Targowiska Sztuki. Taki sposób inwestowania w sztukę jest coraz bardziej popularny wśród młodych, którzy się bogacą. Zakup dzieła często towarzyszy urządzaniu mieszkania, któremu chcą nadać indywidualny charakter.


Na tym tle sztuka wideo i performance wypada raczej blado. Zdaniem Godhlewskiej, tego typu nośniki to bardziej budowanie historii twórcy niż rynku. Sprzedają się rzeczy namacalne i tradycyjne. W przypadku wideo, bardzo ciężko jest zatrzymać oryginał dzieła. Kiedyś podobnie myślano o grafice, której nie uznawano sztukę, właśnie przez to, że można ją było powielać. W takich dziełach treścią jest wykonana praca. Sam nośnik nie ma żadnej wartości. A skoro go nie widać, trudno jest poczuć, że się go ma”.  

Choć trudno liczyć na zmianę w myśleniu o kolekcjonowaniu, coraz łatwiej jest znaleźć alternatywne miejsca i sposoby sprzedaży sztuki. Dorota Godhlewska przyznaje, że dla niektórych Targowisko jest jedynie miejscem rozdawania wizytówek i początku rozmowy o dziele, którego finalizacja dzieje się już w Internecie. Ludzie nie boją się kupić przedmiotu, który jest dobrze sfotografowany i opisany.  Duży potencjał w przeniesieniu transakcji do sieci to po raz kolejny szansa na ominięcie dużych narzutów galerii.

Ciekawym przykładem inwestycji w sztukę o niskim poziomie ryzyka może być internetowa galeria Maecenas”. Głównym celem nowej platformy jest stworzenie internetowego rynku, na którym miłośnicy sztuki mogą kupić udziały w słynnych obrazach. Wszystko odbywa się za pośrednictwem zdecentralizowanej platformy opartej na systemie blockchain. Taki sposób myślenia o sprzedaży dzieł po raz kolejny otwiera drogę dla małych inwestorów, którzy do tej pory byli wykluczeni z wielkiego rynku sztuki.

Rynek sztuki staje się więc coraz bardziej otwarty. Na młodych artystów, nowe formy sprzedaży i przede wszystkim – na nas.

 

 

 
Categories

Polski projekt Shoetopia: wydrukujmy sobie buty

Dziś luksusowe produkty nie kojarzą się raczej z recyklingiem. Wykorzystanie technologii na rzecz ekologii wiązałoby się nie tylko ze zmianą spojrzenia na świat modowych wartości, ale i jej estetyki. Rewolucyjne hasła Stelli McCartney czy Vivienne Vestwood nawołujące do porzucania naturalnych skór i futer jakoś lepiej wyglądają na murach niż w Vogue. A jednak coraz więcej jest oddolnych ruchów i projektów, które stoją w opozycji do wielkich domów mody. Także w Polsce, czego przykładem jest projekt Shoetopia.

“Green is the new black” to nośne hasło mody etycznej, zmierzającej do świadomej i odpowiedzialnej konsumpcji. Rodzaj trendu czy nowej postawy społecznej, który nie tyle zastępuje, co rozwija się równolegle do oficjalnego rynku. Składa się na niego sposób produkcji, sprzedaży, eksploatacji, przechowywania czy transportu odzieży. W każdym z tych elementów kluczowe znaczenie może mieć wykorzystanie nowoczesnych technologii. To właśnie one otwierają nieznane dotąd drogi myślenia o modzie, pozwalają na realizację tego, co jeszcze kilka lat temu było jedynie wizją projektanta.

Zuzanna Gronowicz i Barbara Motylińska, absolwentki wydziału wzornictwa przemysłowego na warszawskim ASP, stworzyły projekt Shoetopia – butów konstruowanych przy użyciu drukarki 3D. Już sama nazwa konceptu zwraca uwagę na wielkie wyzwanie, jakim jest stworzenie obuwia, które byłoby alternatywą dla milionów par rocznie sprowadzanych z Chin.

Shoetopia to projekt, w którym próbujemy zaangażować użytkownika w proces kreacji i produkcji własnych butów. Stoi za tym nasze ukryte marzenie dotyczące tego, jak chciałybyśmy, żeby w przyszłości myślano o projektowaniu, czyli w bardziej odpowiedzialny środowiskowo sposób – mówi Barbara Motylińska.

Początki były jednak trudne, bo jak dodaje: – Nasza ścieżka do realizacji marzeń była bardzo pokrętna. Zaczynałyśmy od wycieczki do praskich rzemieślników, żeby zobaczyć, jak wygląda ręczna produkcja w małej skali. Ostatecznie drogi doprowadziły nas właśnie do druku 3D. Raz, że przy jego pomocy można było użyć biodegradowalne materiały, a dwa, że rozwiązywały problemy transportu i wysyłki. Użycie tej technologii umożliwiłoby nam w przyszłości również całkowite pominięcie stadium produkcji w fabryce.

mat. Shoetopia
mat. Shoetopia

Dzięki specjalnie zaprojektowanej aplikacji mobilnej, potencjalny klient będzie mógł idealnie dobrać je do rozmiaru swojej stopy, wybrać wzór i kolorystykę. Projektantki chciałyby, żeby w docelowej aplikacji można było wpisać swój wzrost i wagę, a to już krok w stronę biomechanicznej personalizacji. – Użytkownik mógłby również wykonać zdjęcia rzutów swojej stopy lub ją zeskanować, tworząc jej trójwymiarowy model. Mogłoby mieć to swoje odzwierciedlenie w specjalnie wyprofilowanej wkładce – dodaje Motylińska.

Sama struktura buta powstaje bez potrzeby użycia kleju, przy wykorzystaniu biodegradowalnych filamentów bezpośrednio nadrukowywanych na wełniane i bawełniane tkaniny. Dzięki temu końcowy projekt w postaci pliku moglibyśmy wysłać do pobliskiej drukarni 3D.

Dzięki specjalnej aplikacji mamy więc szansę zaprojektować swoje wymarzone, idealnie dopasowane buty.
Wierzymy, że dzięki świadomości wszystkich elementów procesu, w którym bierzemy udział, pomiędzy użytkownikiem a produktem buduje się inny, o wiele głębszy związek – mówi Motylińska. W prosty, przystępny sposób dostajemy więc szansę kupowania tylko tego, co naprawdę nam się podoba i co jest potrzebne.

mat. Shoetopia
mat. Shoetopia

To pomysł dający nam realne narzędzia walki z nadprodukcją, a co za tym idzie, ogromną ilością odpadów i zanieczyszczeń, bo w ciągu mijającej właśnie sekundy na wysypisko śmieci trafiła ciężarówka wypchana ubraniami. Buty, które nosimy obecnie, są najczęściej produkowane z tak dużej ilości materiałów, że nie da się ich poddać recyklingowi. Może więc zamiast 10 par kolorowych nike-ów i conversów, które stylowo rozpadają się co sezon, moglibyśmy mieć jedną, ukochaną parę butów z wymiennymi częściami. Pytanie tylko, czy rzeczywiście chcemy?

Projektantki Gronowicz i Motylińska proponują nam nowy sposób myślenia o naszych potrzebach i rolach w świecie mody. Utopijne jest tu nie tyle założenie technologiczne – bo potrzebne narzędzia już mamy – co ideowe.

mat. Shoetopia

Największym wyzwaniem jesteśmy my sami: klienci, których potrzeby nigdy się nie kończą. Wiele jednak zależy też od projektantów. Marki wykorzystujące nowoczesne rozwiązania, twierdzą, że sukces komercyjny odniosą tylko Ci, którzy odpowiadają aktualnym modom. A na naszą etyczność raczej nikt tu nie liczy. Zastępowanie dostępnych materiałów, tworzenie nowych, niezwykłych form czy rozpowszechnianie alternatywnych sposobów produkcji zda egzamin tylko wtedy, gdy będzie nam się podobać i gdy będzie nas na nie stać. Mówiąc krótko: gdy będzie modne i przystępne.