Categories

Złote zęby dla zuchwałych

Fot. Unsplash

Gdy gwiazdy amerykańskiego showbizzu od Beyonce po Miley Cyrus zaczęły nosić na zębach złote grille, myśleliśmy, że to mrugnięcie okiem w stronę hip hopowej sceny. Głos ghetta wydobywał się przecież zza rzędów dwudziestokaratowych siekaczy. Historia złotych zębów sięga jednak znacznie dalej niż moda Brooklynu i niesie ze sobą o wiele głębsze znaczenia niż ostentacyjny symbol statusu. Jest w niej też trochę smutny sowiecki rozdział.

 

Odnalezione na dnie zatopionych jaskiń Meksyku czaszki starożytnych Majów szczerzyły się do odkrywców pozostałościami złotych zębów. Eksperci twierdzą, że żyjący trzy tysiące lat temu ludzie nie byli w kwestii obnoszenia się z hajsem lepsi od nas: uśmiech z drogocennego kruszcu miał mówić innym, że jesteś zwycięzcą.

Jednak oprócz walorów estetycznych i trudnego do przeoczenia błysku przypominającego blask monet, złoto było wykorzystywane ze względów praktycznych: jest po prostu bardzo wytrzymałe i… tanie. Mało kto wie, że jest jednym z najtańszych materiałów do wypełniania ubytków. Zanim więc zostało symbolem statusu, było po prostu pragmatycznym wyborem sprzed ery porcelanowych wypełniaczy. Jak awansowało do rangi symbolu? Sęk w tym, że niegdyś fanaberią bogatych było w ogóle zajmowanie się stanem swojego uzębienia.

W latach 80-tych amerykańscy raperzy uczynili złote grille i zęby symbolem bogactwa i władzy. Lśniące grille trafiły do mainstreamu, gdy w 1996 roku wietnamski imigrant Johnny Dang (znany również jako The King of Bling oraz The Grill Master) otworzył w Stanach swoje jubilerskie imperium, w którym można było dostać wszelkie rodzaje nakładek – od złotych serc po diamentowe chmurki. Zanim jednak drogocenne zęby awansowały do rangi symbolu, były widywane na ulicach Bronxu i Brooklynu wśród tych, których ledwie było stać na dentystę

 

Złoto ludzi Wschodu
Nieco inną drogę przeszły złote zęby (bo Sowieci nie uznawali nakładek w postaci grillów, tylko szli na całość) w krajach Bloku Wschodniego, w którym stan uzębienia wołał zawsze o pomstę do nieba.

Tutaj złote zęby były po prostu alternatywą do ich braku. Jeśli były symbolem luksusu, to jednak dość smutnego, naznaczonego piętnem komunistycznej bylejakości.

Dlaczego mieliśmy tak straszne uśmiechy, skoro służba zdrowia – w tym wizyty u dentysty – były darmowe? Problem polegał na tym, że o ile nie brakowało dentystów i złota, to były ostre problemy ze znieczuleniem. Ludzie unikali więc wizyt w gabinetach jak diabła i najczęściej trafiali do nich wtedy, gdy zęby same nie chciały wypadać i już nic poza wyrwaniem nie wchodziło w grę. A gdy zębów nie było, można było wstawić nowe, oczywiście – złote. Zanim więc na Wschodzie złote zęby uzyskały status symbolu bogactwa, świadczyły raczej o odwadze właściciela, który wybrał się do dentysty.

Dziurawe zęby też fajne?
I chociaż złoto od setek lat kojarzy się z wartością, to jednak nie tylko ono zbudowało mit złotych zębów jako manifestacji statusu. Zdaje się, że jako ludzie mamy trochę bzika na punkcie samych zębów.

Weźmy choćby amerykański ideał sukcesu: trudno go sobie wyobrazić bez rzędów równych, śnieżnobiałych zębów. W Stanach na punkcie wyglądu uzębienia mają niemal obsesję, a bielszy od bieli hollywodzki uśmiech stał się obowiązującym standardem. Biedni Brytyjczycy, którym natura zębów nie sprezentowała najlepszych, gdy marzą o karierze za oceanem jak Kate Backinsale czy Simon Cowell, muszą wstawiać idealne implanty.

Ale wygląd zębów to nie tylko fiksacja Amerykanów: Wikingowie uważali, że najokazalej prezentuje się uzębienie z wyżłobionymi poprzecznymi kreskami, zamożni Majowie robili w zębach dziury, które wypełniali (wcale nie ze względów medycznych) zielonym nefrytem, a na Filipinach zakładali na nie takie złote grille, że nie można było w nich mówić.

Dziś najgorętszy trend to diamenty (za jedną dziesięciokaratową nakładkę zapłacimy ponad 100 dolarów). Można też zażyczyć sobie wyrycie w porcelanowym zębie wizerunku psa, dzieci lub znajomych, a pewien mieszkaniec Soczi wydał dwa tysiące dolarów za porcelanowe koronki z wizerunkami Władimira Putina i Donalda Trumpa.

To szaleństwo jakoś nie chce się skończyć.

 
Categories

7 najgorszych inwestycji świata. Bańki, chore wizje i głupota snobów

Kto bogatemu zabroni? Nikt. Jeśli rozliczyliście właśnie PIT i macie lekki niesmak, że jednak trzeba będzie dopłacić, sprawdźcie znacznie gorsze inwestycje.

 

Inwestycje w pierwsze waluty cyfrowe

Timing jest najważniejszy – powtarzają doświadczeni inwestorzy. Zdecydowanie z zegarkiem rozjechali się inwestorzy, którzy w 1999- roku, w którym pękała bańka pierwszych biznesów internetowych, wieszczyli sukces waluty cyfrowej flooz.com. Nie pomógł nawet fakt, że można było nią płacić w Starbucksie. Inwestorzy VC wtopili w projeky ok. 50 milionów dolarów. Część kasy poszła na bardzo złą kampanię banerową z Whoopi Goldberg. A potem nadszedł Bitcoin. 

Tulipanowa ściema
Skoro już jesteśmy przy bańkach – nie gorsza od dot-comów była nadmuchana wartość tulipanów. “Tulipo mania” osiągnęła apogeum (dzięki intensywnej pracy spekulantów)  w 1630 roku, gdy Holendrzy snobowali się na zakup bulw za ponad tysiąc dolarów.

Prostokąty w oleju
Niemal 44 mln dolarów wydał kolekcjoner na obraz nowojorskiego artysty Barnetta Newmana. Nie mnie oceniać, ale jedno wiem na pewno: są to dwa niebieskie prostokąty.


FIFA 2022 w Katarze: najsmutniejsze święto piłki
200 miliardów dolarów wyda Katar na święto piłki nożnej w 2022- dyscypliny, z którą niewiele ma wspólnego. Kasy mają jak lodu, więc nie ma może co żałować. Czeka nas niesamowite widowisko.Przerażające są jednak jego kulisy: media alarmują, że warunki pracy robotników budujących infrastrukturę przypominają obozy pracy, w których umierają tysiące emigrantów pracujących przy budowie stadionów i obiektów hotelowych. Skalę inwestycji oddaje też fakt, że gdyby kasę wydaną na imprezę dostali mieszkańcy Kataru, każdy z nich miałby w kieszeni 720 tys. dolarów więcej.

Maszt w Duszanbe
W stolicy Tadżykistanu władze postawiły wart ponad 10 mln dolarów maszt flagowy. Sęk w tym, że w Duszanbe prawie nie wieje. Flaga na drogocennym maszcie przypomina zwiędłą kotarę. Nastrojów patriotycznych nie wzbudza, ale frustrację mieszkańców – niezmiennie.

Turkmeńskie Las Vegas
Zazwyczaj inwestycje od czapy są ideą fix ekstrawaganckich polityków. W głowie jednego z nich zrodził się pomysł na świątynię kiczu w Awaza, która ma się stać superatrakcją Turkmenistanu. Realizuje go konsekwentnie od 2012 roku, ku oburzeniu krajan i zdziwieniu świata. Nad Morzem Kaspijskim wyrósł prawdziwy marmurowo-neonowy gargamel resortów: trochę Dubaj, trochę Las Vegas, w porywach aspirujący do Monte Carlo. Już dziś jest największym centrum konferencyjnym świata. Może pomysł na kolejną firmową imprezkę, hm?

Yaba, daba, doo!
Zachcianki to podobno potrzeby szlachty. Jedną z nich postanowili spełnić przyjaciele malezyjskiego sułtana, którzy ufundowali mu replikę pojazdu Freda Flinestone’a z “Jaskiniowców”, jego ulubionej bajki. Trochę szkoda, że pojazd ma silnk i nie będzie napędzany siłą sułtańskich nóg.

 
Categories

Twój biznes nie zarabia? To może być dobry znak

Najważniejszym celem biznesu jest zarabianie. Podobno dobry przedsiębiorca powinien mieć wręcz na tym punkcie obsesję. Zanim jednak poddamy się z powodu braku zysków; zastanówmy się, czy zbudowaliśmy jakąkolwiek wartość. Coraz częściej mówimy o biznesach, w których kasa ze sprzedaży produktu przychodzi późno albo takich, które są gigantami, choć nie sprzedają wcale. Czy biznes musi więc zarabiać? Szkoły są dwie.

Dyskusję o tym, czy najważniejszym celem firmy jest kasa, twardzi biznesowi gracze ucinają twierdzeniem, że biznes jest od zarabiania. I rzeczywiście, dla wielu biznesów, zyski ze sprzedaży produktu powinny być najważniejszym celem i miernikiem tego, czy interes ma sens.

Jednak w przypadku biznesów internetowych sytuacja tak oczywista nie jest.

– Zawsze w biznesie jest jakiś parametr wzrostu: może to być wzrost przychodów, ale może to być też liczba aktywnych użytkowników. W tym drugim wypadku jest też wiele parametrów pośrednich: ilość założonych triali, ilość zostawionych danych czy powracalność użytkowników – tłumaczy Konrad Latkowski, który specjalizuje się w rozwijaniu internetowych biznesów w modelu B2B. Jego zdaniem, jeśli produkt jest skierowany do klienta biznesowego, to jednak sprzedaż powinna być priorytetem. – W przypadku produktu B2B, szczególnie w modelu SaaS, rozdawanie czegoś za darmo mija się z celem, bo tracisz możliwość zweryfikowania, czy wycena produktu jest dobra i czy przekaz twojego produktu jest jasny dla klientów – mówi.

Trudno też wyobrazić sobie, żeby odroczyć w czasie zarabianie na sklepie internetowym. Tutaj asortyment ma się szybko sprzedawać, musimy więc jak najszybciej zaoferować produkt klientowi docelowemu.

Kasa przyjdzie potem
Jest też jednak inne podejście i grupa biznesów, dla których szybka monetyzacja byłaby pocałunkiem śmierci. Chodzi przede wszystkim o duże biznesy internetowe oparte na usługach skierowanych do odbiorcy niebiznesowego (B2C). Wiele z nich za główny cel stawia sobie budowanie wartości firmy przez zwiększanie bazy użytkowników. Nawet jeśli nie do końca wiadomo jak tę wartość będzie można sprzedać.

Historia największych biznesów internetowych pokazała, że taka strategia może się znacznie bardziej opłacać. To model biznesowy Facebooka, Instagrama, YouTube’a czy polskiego startupu o największym globalnym sukcesie na koncie – Brainly (Zadane.pl). Polski gigant pomimo dziewięciu lat istnienia na rynku, 38,5 milionów dolarów pozyskanych z inwestycji i ponad 100 milionów użytkowników w 35 krajach świata wciąż nie ma modelu biznesowego.

Pierwszy raz o monetyzacji krakowski startup zaczął nieśmiało myśleć dopiero pięć lat po starcie (wraz z pierwszą inwestycją 9 mln dolarów pozyskanych od funduszu General Catalyst). Jednak nadrzędnym celem pozostawał u nich nie zysk, a rozwój mierzony liczbą użytkowników – uczniów z całego świata, którzy na platformie Brainly pomagają sobie w rozwiązywaniu zadań domowych. Za liczbą użytkowników popłynęła ogromna kasa od inwestorów, ale znaczna część tworzonych przez nich treści jest za darmo (model freemium). I choć od niedawna firma testuje dodatkowy odpłatny dostęp premium, to wciąż – jak przyznaje szef Brainly Michał Borkowski – nie ma ostatecznie ustalonego modelu biznesowego.

Jest więc w internecie przestrzeń dla biznesów (ogromnych biznesów!), dla których najlepszymi miernikami wartości rynkowej są wskaźniki inne niż zysk: przede wszystkim liczba i stopień zaangażowania użytkowników. Trudno się dziwić, że coraz częściej do stwierdzenia, że biznes musi na siebie zarabiać od pierwszego dnia, dodaje się znaczące “nie zawsze” – zbyt wiele mamy przykładów gigantycznych biznesów, które powstały zupełnie inaczej.

Takie biznesy zazwyczaj w pewnym momencie wchodzą na jedną z trzech ścieżek monetyzacji:

  • model reklamowy: sprzedawanie reklam, których odbiorcami są nasi użytkownicy (tak działa Facebook czy YouTube);
  • wersja freemium i premium: podstawowa usługa pozostaje bezpłatna (freemium), ale oferujemy użytkownikom coś ekstra, za co pobieramy opłatę (model premium usługi z dodatkowymi funkcjonalnościami lub treści bez reklam jak Twitch); Taki scenariusz zwykle łączy się z modelem subskrypcyjnym usługi.
  • patent z produktem pobocznym: sprzedajemy swoim użytkownikom inny produkt niż ten, na którym zbudowaliśmy społeczność. Ten model doskonale rozumieją YouTuberzy czy producenci filmowi, którzy sprzedają fanom ubrania i akcesoria.

Jak te biznesy utrzymują się przy życiu przez te wszystkie lata, gdy gonią cele inne niż finansowe? Czy można prowadzić firmę bez pieniędzy? Jeśli nie masz bogatych rodziców ani góry oszczędności, to jedyną opcją pozostają zewnętrzni inwestorzy. To za ich kasę rozwija  się wielu internetowych gigantów od PayPala po Spotify.

Polscy startupowcy radzą sobie coraz lepiej”- skomentowały media informację, że aż 62 proc. polskich firm technologicznych w 2017 roku finansowało się wyłącznie z własnych przychodów (dane Fundacji Startup Poland). Czy jednak samodzielność naszych przedsiębiorców świadczy o tym, że jesteśmy bliżej do tworzenia nowoczesnych firm o globalnym zasięgu? Niekoniecznie.

 

 
Categories

Młodzi polscy przedsiębiorcy nie chcą już iść na ostro. Rozmawiamy z mediatorką, która od 18 lat pomaga rozwiązywać biznesowe spory

Mediacje w sporach gospodarczych są szybkie, tanie (kosztują maksymalnie 2 tys. zł), skuteczne i niezbędne, jeśli chce się utrzymać relację. A biznes to relacje. Polscy przedsiębiorcy chyba to zrozumieli, bo coraz częściej zamiast do sądu idą do mediatora. O tym, jak to działa rozmawiam z Magdaleną Grudziecką, jedną z najbardziej doświadczonych w Polsce mediatorek w sprawach gospodarczych.

Agata Kowalczyk, HiCash: Z czym polscy przedsiębiorcy przychodzą do mediatorów?
Magdalena Grudziecka, mediator Polskiego Centrum Mediacji: Najczęściej są to sprawy o zapłatę. Czasem merytoryczne dotyczące tego, czy i w jaki sposób została wykonana usługa.

A młody biznes korzysta z mediacji?
Młodzi przedsiębiorcy na pewno częściej decydują się na mediację niż starsi. Widzą, że rozmowa może przynieść lepsze efekty.. Najczęściej spory młodego biznesu to konflikty wynikające z niedopowiedzenia na początku działalności tego, jak będzie wyglądała współpraca, na przykład tego, ile kto pracy włoży w firmę. Czasem są to sprawy dotyczące rozliczeń finansowych, zwłaszcza jeśli zaczynają pojawiać się pierwsze pieniądze. Wtedy strony inaczej zaczynają rozumieć swój wkład: na przykład jeśli praca odbywała się w czyimś mieszkaniu, to ta osoba chce mieć większy udział w zyskach. Pierwszy sukces finansowy często przerasta młode firmy.

W jakich sytuacjach przedsiębiorcy trafiają do mediatora? Sami się zgłaszają?
Teoretycznie powinni zgłaszać się sami: od 2016 roku, składając pozew do sądu, powód powinien zawrzeć w nim informację, że podjął próbę polubownego rozwiązywania sporu. Niestety, doświadczenie pokazuje, że najczęściej to sprowadza się do tego, że przedsiębiorca wysłał wezwanie zapłaty, a druga osoba się nie odezwała. Gdy sprawa trafi już do sądu, sędziowie mają obowiązek pokazania przedsiębiorcom mediacji jako korzystnej formy rozstrzygnięcia sporu. Sądy kierują więc sprawy do mediacji w okresie pomiędzy pozwem a pierwszą rozprawą [uczestnicy muszą się na nią zgodzić – przyp. red.] Czasem wniosek o mediację składa strona już podczas rozprawy.

Czyli sędziowie w Polsce namawiają przedsiębiorców na mediacje?
Zmienia się trochę spojrzenie na wymiar sprawiedliwości. Uczymy się tego na przykład od Kanadyjczyków, gdzie podejście sędziów jest takie, że najlepsze dla ludzi jest rozwiązanie konfliktu oparte na działaniu stron – negocjacji czy rozmowach przy wsparciu mediatora. Takie rozwiązanie konfliktu nie wiąże się z zerwaniem relacji.

Kiedy opłaca się pomyśleć o mediacji?
Na pewno wtedy, gdy istnieją obawy, że nie będzie można wyegzekwować długu. Dużo lepiej się porozumieć, bo jeśli ludzie wspólnie coś ustalają, to jednocześnie zobowiązują się do czegoś. Pokazują to doświadczenia amerykańskich sądów.

W mediacji też sprawdzamy swoje słabe i mocne strony, czyli weryfikujemy to, czy rzeczywiście wygrana w sporze  jest stuprocentowa, tak jak nam się na początku wydawało. Może się okazać, że lepiej znaleźć rozwiązanie, które będzie akceptowane przez obie strony.

Jaką mamy gwarancję, że takie porozumienie będzie wiążące?
Ugodę mediacyjną można zawsze bez kosztów potwierdzić sądownie i  wtedy ma moc postanowienia sądowego, czyli może prowadzić m.in. do egzekucji komorniczej, jeśli strona nie będzie się z ustaleń wywiązywała.

Ugoda nie może być też bajką pisaną na papierze: nie może zawierać zdań warunkowych (jeśli ty zrobisz to, to ja zrobię coś innego), a tylko wzajemne zobowiązania i konkretne terminy oraz konsekwencje ich niedotrzymania. Ugoda wychodząca z mediacji to czysty formalny dokument.

Jak często przedsiębiorcom w Polsce udaje się dogadać?
Jeśli  mówimy o sytuacji, gdy strony zgadzają się wziąć udział w mediacji, to ok 70-80 proc. sporów kończy się ugodą. Są też sytuacje, gdy sąd kieruje do mediacji, ale strony nie chcą się poddać tej procedurze, dlatego tu statystyki są gorsze: ugodą kończy się ok. 50 proc. spraw.

Na czym polega rola mediatora?
Mediator musi stworzyć taką atmosferę, żeby stronom chciało się chcieć porozumieć. W mediacjach obowiązują zasady takie jak dobrowolność, poufność, zasada akceptowalności – strony mają na przykład prawo do zmiany mediatora. Mediator nie narzuca rozwiązań, jest bezstronny, ale doprowadza do rozmowy i ją porządkuje. Tak przeformułowuje komunikaty, żeby strony mogły się zrozumieć, pilnuje też, żeby rozmowa nie schodziła na tematy poboczne. Strony mediacji zgadzają się co do podstawowych reguł, na przykład takiej, że słuchają się wzajemnie, nie przerywają sobie – to są narzędzia, które pomagają mediatorowi prowadzić procedurę.

Mediator ma też do dyspozycji narzędzia takie jak pytania adwokata diabła, czyli nie tylko pokazywanie korzyści porozumienia, ale też konsekwencji sytuacji, gdy strony się nie porozumieją. Podpowiada stronom różne możliwe rozwiązania, pytając “a co jeśli…”. Dzięki temu, że nie jest zaangażowany w konflikt, widzi sytuację znacznie szerzej, może więc otworzyć nowe szuflady,  inne pomysły na rozwiązanie sporu niż te, które widzą strony. Ważną rolą mediatora jest niwelowanie emocji stron, bo wtedy rozmowa może przynieść rezultaty.

Jakie przygotowanie powinien mieć mediator?
Potrzebne są kompetencje społeczne, one przydają się głównie w pierwszym etapie mediacji. To umiejętność komunikowania się, znajomość technik mediacyjnych, ale też spokój wewnętrzny. W Japonii mediatorem może być to tylko osoba po czterdziestym roku życia. Ważne jest więc doświadczenie i płynący z niego dystans. Sama, gdy zaczynałam pracę mając trzydzieści lat, byłam bardziej emocjonalna i zaangażowana, a czasem bardziej chciałam rozwiązać konflikt niż jego strony. Potrzebna jest też oczywiście wiedza prawna, żeby umieć zadawać pytania, które są potrzebne (w bardziej skomplikowanych sprawach mediatorzy korzystają z pomocy pełnomocników zawodowych),

Czy przedsiębiorcy w Polsce sobie nie ufają?
Rzeczywiście tak jest, ale to wynika z tego, że nie działa wymiar sprawiedliwości. Jeśli zdarza się jakiś problem, to zwykle bardzo długo dochodzi się do rozwiązania. Dlatego ludzie zaczynają się zabezpieczać, żeby nie doprowadzić do takich sytuacji. To się zmienia u młodych ludzi i wynika moim zdaniem z większego poczucia bezpieczeństwa pokolenia, które ma jednak większe oparcie w rodzicach niż przedsiębiorcy z lat dziewięćdziesiątych. Mają dokąd wrócić, gdyby coś im nie wyszło.

Z drugiej strony są startupy, które zwykle współpracują na zasadzie “jakoś to będzie”. To jest chyba sytuacja, gdy zaufania mamy za dużo?
To jest pytanie o to, czy wolimy stracić 5 tys. z przyjacielem, czy nie stracić z wrogiem. Może nie wszystko warto zapisywać, ale na pewno warto powiedzieć sobie o warunkach współpracy. I w sytuacji, gdy pojawiają się pierwsze pęknięcia od razu rozmawiać , nie czekać aż zrobi się wielki rów. Największym błędem jest to, że gdy sytuacja staje się niezbyt jasna, to unikamy rozmowy i uznajemy, że jakoś to będzie. Wiele osób wpada w myślenie: to ja jeszcze lepiej będę pracował, czyli w fazę cierpienia, po której  niestety przychodzi zwykle faza zemsty. W tym momencie zachowania drugiej strony widzimy już wyłącznie negatywnie i bardzo trudno wtedy usiąść do stołu.

 
Categories

Polscy spece od mózgu walczą o kasę na swój projekt. Każdy nasz klik to dolary płynące na ich konto

Polski NeuroDevice walczy o milion dolarów w międzynarodowym konkursie dla młodych firm, które rozwiązują ważne społeczne problemy. Ich urządzenie pomaga przywrócić możliwość mówienia, czytania i rozumienia mowy osobom, które straciły tę umiejętność w wyniku udarów i różnych uszkodzeń mózgu. To ostatni dzwonek, żeby wspomóc swoim klikiem zespół polskich specjalistów od badań nad mózgiem. Każdy klik to dla nich realna kasa. Głosowanie trwa do 25 kwietnia.

NeuroDevice to zespół polskich naukowców i inżynierów, którzy od 13 lat pracują nad produktami medycznymi. Opracowali m.in. metodę terapii zaburzeń mowy przez stymulację mózgu prądem elektrycznym i ubrali to rozwiązanie w zgrabny produkt. Headset NeuroDevice wygląda niepozornie, niczym designerski gadżet. To lekki, plastikowy headset, który chory po prostu zakłada na głowę. Opaska zapewnia, że prąd będzie stymulował właśnie te obszary mózgu, które są odpowiedzialne za mowę.

Naukowcy i inżynierowie z NeuroDevice wierzą, że ich urządzenie ma nie tylko potencjał rynkowy, ale poprawi jakość wielu ludzi, których brak możliwości komunikowania się ze światem wyklucza ze społeczeństwa. Na afazję, czyli najczęściej pojawiające się zaburzenie umiejętności mówienia zapada rocznie na świecie aż pięć milionów osób. W Polsce co osiem minut ktoś dostaje udaru mózgu, który jest najczęstszą przyczyną zaburzenia.

To, co jest najważniejsze dla pacjentów i lekarzy, którzy pracują z ludźmi chorymi na afazję jest fakt, że stosowanie NeuroDevice znacznie obniża koszty terapii. Producenci urządzenia uważają, że koszty spadają nawet o jedną trzecią.

Projekt można wesprzeć do 25 kwietnia w ramach międzynarodowego konkursu The Venture

Każdy klik to kasa płynąca na konto zespołu.

Polacy w konkursie walczą po raz trzeci. Wcześniej do światowego finału dotarł zespół Migam oferujący wirtualne tłumaczenia języka migowego oraz NexBio – inteligentne rozwiązanie, dzięki któremu rolnik może przy pomocy swojego smartfona sprawdzić, jakimi drobnoustrojami zagrożone są jego uprawy i dzięki temu stosować mniej chemicznych środków ochrony roślin.

 
Categories

Sztuczna inteligencja nas uratuje? Na razie pierze w rzece

Podczas przesłuchania w Kongresie, na większośc pytań o to, w jaki sposób Facebook rozwiąże problemy pojawiających się w serwisie treści nawołujących do nienawiści, Mark Zuckerberg odpowiadał: rozwiąże to sztuczna inteligencja (AI – artificial intelligence). Za każdym razem gdy padało “AI” przewracałam oczami i szłam po herbatę. Patrząc na to, jak wyglądają rynkowe wdrożenia sztucznej inteligencji, naprawdę trzeba być człowiekiem wielkiej wiary (albo głupoty), żeby myśleć, że na dniach będziemy mogli pozwolić algorytmom podejmować takie decyzje.

Po każdej niemal rozmowie z szefem firmy, której rozwiązanie jest oparte o “sztuczną inteligencję”, zbieram szczękę z podłogi. Widzę świat oczami przyszłości, w której boty zastępują call center, wirtualni tłumacze przekładają z chińskiego na nasze w czasie rzeczywistym (nauka języków obcych staje się fanaberią), a procesy w firmie są tak zautomatyzowane, że jako ludzie kontakt z klientem mamy wyłącznie wtedy, gdy zasila nasze firmowe konto.

Im dalej w las, tym z reguły ciemniej. W odsłonie drugiej rozmawiam z klientami lub ludźmi od technologii w tej samej firmie i okazuje się, że tak tak, to będzie działało “tylko jeszcze”, “ale” i “tutaj będzie”. Wszystkie te “tylko” i “ale” składają się na wizję przyszłości, która jest fajna, ale na teraz to zwyczajnie nie działa.

Technologiczna rzeczywistość części firm wygląda tak, że za interfejsem rozwiązania opartego o sztuczną inteligencję stoi szef firmy, który kręci korbką. Tak, w miejsce korbki będą kiedyś zaawansowane algorytmy; tak, tutaj będzie się to rozwijało jak tylko pozyskamy wystarczająco dużo danych. Rozumiem, że uczenie się maszyn, które jest jedną z podstawowych technik analizy danych leżącą u podstaw sztucznej inteligencji, odbywa się na danych. Kłopot w tym, że wiele firm nie ma pomysłu skąd te dane pozyskać lub chce je pozyskiwać od własnych klientów. Czy ci klienci to wytrzymają? Ja wymiękam.

Mieliście okazję prowadzić kiedyś komunikację z chatbotem (automatycznym konsultantem) jakiejś firmy? “Nazywam się Ania. Jestem automatyczną konsultantką banku XY. Chciałabym zadać ci kilka pytań. Nie jestem człowiekiem, więc nie wszystko zrozumiem…” – usłyszałam ostatnio w słuchawce. Chwila, czy nie miało być tak, że sztuczna inteligencja to taka, która potrafi przejść Test Turinga? Test przechodzi taka maszyna, która potrafi komunikować się z człowiekiem w taki sposób, że nie odróżniamy tej rozmowy od pogawędki z człowiekiem. Ania z banku XY spaliła swoją szansę już na starcie, a mnie szkoda czasu na takie pogawędki.

Komunikacja to nie są warcaby
Jęk zawodu ludzkości rozległ się po raz pierwszy, gdy w szachy z maszyną przegrał arcymistrz Kasparov. Długo przed ofensywą maszyn broniła się popularna w Azji gra Go, która wymaga sporej porcji intuicji i kreatywności – bastion padł w 2016 roku, gdy stworzony przez Google’a Alpha Go pokonał mistrza Lee Sedola. Maszyna nie tylko analizowała miliony możliwych pozycji i ruchów, ale też powiązała moc obliczeniową z elementami sztucznej inteligencji, które wprowadziły  elementy procesu decyzyjnego podobnego do ludzkiego.

Nieco dłużej broniły się warcaby, ale i one zostały mistrzowsko rozegrane przez maszyny. Jednak są takie gry, w które “maszyny nie umią”. Chodzi o te, w których nie wszystkie informacje są podane na tacy oraz istnieje w nich element tak mglisty i niezerojedynkowy jak komunikacja międzyludzka. Dlatego maszyna jak dotąd nie wygrała z człowiekiem w brydża?

W brydżu bariery dla sztucznej inteligencji są dwie – po pierwsze karty są zakryte i znane tylko osobie, która trzyma je w ręku. Nie wszystkie dane są więc podane na tacy tak jak w grach planszowych, a podejmowanie decyzji przy niepełnych danych (bardzo ludzkie doświadczenie!) czy blefowanie (w innym ujęciu: działanie na przypał) to dla algorytmów poważny kłopot.. Druga sprawa – w brydżu partnerzy wysyłają sobie przy stole sygnały tak, żeby ich komunikaty nie zostały odczytane przez innych graczy. Taki poziom komunikacyjnej subtelności jest na teraz poza zasięgiem maszyn, nawet tych superinteligentnych.

Z twarzy podobny całkiem do nikogo
Facebook (a także inni technologiczni giganci) intensywnie pracują teraz nad jeszcze innym aspektem, który ma przybliżyć maszyny do ludzi: chodzi o umiejętność rozpoznawania twarzy i obrazów w ogóle. Maszyny umieją już mniej więcej rozpoznawać pismo i mowę (coraz lepsze, choć wciąż niedoskonałe Siri, Alexa czy Google Assistant). Naszedł czas na obrazy. Przyznaję, że zdobycze technologii rozpoznawania obrazów i twarzy są równie imponujące, co przerażające pod względem kalibru popełnianych przez nie błędów.

Imponująco wyglądają przeanalizowane przez oprogramowanie zdjęcia tłumu, na których system sam jest w stanie wskazać, która osoba jest poszukiwanym przestępcą, która znanym VIP-em, co na obrazie jest pozostawionym bagażem, a który obiekt reprezentuje staruszkę wymagającą pomocy.

Problemy pojawiają się wtedy, gdy trzeba zinterpretować obraz w dość nieoczywistym kontekście. Algorytmy działają tak, że dzielą każdy obraz na małe kwadraciki, analizują co na nich jest i wypluwają interpretację. Popełniane przez nie błędy trochę przypominają różne cuda, gdy ludzie w pniu drzewa lub zacieku na oknie widzą twarze świętych. I tak algorytm jest w stanie uznać ludzkie kolano lub goły brzuch za twarz – rzeczywiście czasem fałdki tak jakoś się układają… Miewa też problem z perspektywą i określeniem wielkości obiektów, gdy na zdjęciu nie ma punktu odniesienia:  uznaje, że człowiek na tle góry to są dwa obiekty o tych samych rozmiarach lub że ptak jest samolotem. Trochę słabo.

Okazuje się, że sztuczna inteligencja nie tylko popełnia krytyczne błędy, których my nigdy byśmy nie popełnili. Raz po raz rozwiewa też marzenia o tym, że będzie bardziej  od nas sprawiedliwa, bezstronna, pozbawiona uprzedzeń. Algorytmy dyskryminują: okazuje się, że nie rozpoznają na zdjęciach twarzy innych niż białe. Sprawę nagłośniła absolwentka MIT Joy Buolamwini, gdy okazało się, że jako Afroamerykanka  jest rozpoznawana przez oprogramowanie na zdjęciach tylko wtedy, gdy założy białą maskę. Pominięcie osób o innym niż biały kolorze skóry wynika z tego, że algorytmom dano do tej pory analizować głównie twarze o jasnym kolorze skóry. Decyzję o tym podjął człowiek i trudno przenieść odpowiedzialność za to na maszynę.

Problem jest szerszy, dlatego Joy Buolamwini walczy dziś z dyskryminacją i uprzedzeniami w świecie algorytmów w organizacji Algorythmic Justice League.

Połowa ekspertów od sztucznej inteligencji twierdzi, że technologia zastąpi ludzi do 2040 roku. Druga połowa, że jeszcze wcześniej. Ja natomiast uważam, że wiele jeszcze wody upłynie zanim będziemy w stanie zaufać algorytmom w  podejmowaniu naprawdę ważnych decyzji w najistotniejszych społecznie sprawach. A decyzja o tym, czy ktoś w naszym serwisie jest dyskryminowany, nawołuje do nienawiści na tle rasowym czy religijnym do takich właśnie należy. Czekanie aż AI rozwiąże palące problemy społeczne, które dzieją się tu i teraz,  jest naprawdę nieodpowiedzialne, panie Zuckerberg.

 
Categories

Zuckerberg w Kongresie, programiści w popłochu. Zmiany w API Facebooka i Instagrama

Podczas gdy Mark Zuckerberg przygotowywał się do przesłuchania przed amerykańskim Kongresem ws. Cambridge Analytica, programiści w wielu firmach próbowali wygrać wyścig z czasem, żeby dostosować się do nagłych zmian API Facebooka i Instagrama. Wiele firm nie zdążyło i czasowo musiało wyłączyć swoje usługi. Po raz kolejny okazało się, że o przewadze konkurencyjnej na dzisiejszym rynku decyduje to, kto ma lepsze zasoby programistów.

Ostatnie pół roku było prawdziwą próbą dla firm, które pracują na danych z Facebooka i Instagrama. Oba serwisy znacznie podkręciły tempo zmian dotyczących nowych przepisów o ochronie danych osobowych, które już od maja zaczną obowiązywać w całej Unii Europejskiej.

Nagle w kalendarz zmian wskoczyły również inne modyfikacje w API obu serwisów, które – trudno wysunąć inne wnioski – koncern Zuckerberga prawdopodobnie chciał zakończyć przed dwudniowym przesłuchaniem Marka w amerykańskim Kongresie (10 i 11 kwietnia). To właśnie kwestia ochrony danych osobowych użytkowników Facebooka miała być tematem rozmów kongresmenów z szefem technologicznego giganta.

Kogo dotknęły wprowadzone naprędce zmiany? Odczuły to przede wszystkim dwie kategorie firm: te, które zarządzają treściami w mediach społecznościowych dla zewnętrznych klientów i takie, które monitorują i analizują dane dotyczące tego, co pojawia się w mediach społecznościowych na temat marek, takie jak Brand24 czy Sotrender.

Wiele polskich firm zajmuje się też zarządzaniem komunikacją dla marek w wielu kanałach społecznościowych jednocześnie (w marketingu mówią: komunikacją ominchannelową). Takie firmy z reguły pracują na zbudowanych przez siebie systemach, które pozwalają z jednego miejsca wrzucać posty i prowadzić komunikację z użytkownikami z jednego miejsca, bez konieczności przelogowywania się na przykład pomiędzy Facebookiem i Instagramem.

Takie firmy z FB czy Instagramem łączą się za pomocą interfejsu – API. To wtyczka, przez którą firmy zewnętrzne mogą połączyć się z Facebookiem, żeby w łatwy sposób pobrać te dane, którymi technologiczny gigant zdecyduje podzielić się z innymi graczami na rynku. I to właśnie ten model współpracy z  firmami zewnętrznymi w ramach API uległ zmianie po aferze z firmą Cambridge Analyltica odpowiedzialną za internetową reklamę w ramach kampanii Donalda Trumpa (więcej o sprawie na HiCash). Wątpliwości opinii publicznej wzbudził przede wszystkim fakt, że nie do końca wiadomo, jakie dane i komu udostępnia Facebook (i należący do tego samego koncernu Instagram).

Zmiany w API Facebooka. Co się zmieniło?
Przede wszystkim pula danych, jaką udostępnia Facebook: mniej jest danych dot. facebookowych wydarzeń oraz informacji o grupach i aktywności użytkowników z nimi związanych.

Zmiany w facebookowych grupach
Dla użytkowników oznacza to przede wszystkim to, że po zmianach nie można zarządzać komunikacją w grupach, korzystając z zewnętrznych narzędzi do zarządzania treścią.

Zmiany w wiadomościach na Facebooku
Ci którzy zarządzali wiadomościami prywatny z poziomu zewnętrznej platformy przed 4 kwietnia, będą mogli robić to nadal. Ci, którzy chcieliby się wpiąć po tej dacie, na teraz nie mogą korzystać z tej funkcjonalności.

Zmiany w wyszukiwaniu na Facebooku
Korzystając z zewnętrznego narzędzia do zarządzania treścią na Facebooku, nie można wyszukiwać innych stron i użytkowników – z poziomu zewnętrznej platformy nie będzie więc można np. otagować innych użytkowników Facebooka w poście.

Zmiany w API Instagrama. Co się zmieniło?
Na Instagramie zmiany też wiążą się z ograniczeniem aktywności, które będzie możliwych z poziomu zewnętrznej platformy. To m.in.:

  • brak możliwości sprawdzenia czy dany użytkownik obserwuje Twój profil na Instagramie,
  • brak możliwości korzystania z funkcji follow i unfollow,
  • niemożliwe będzie również wyświetlenie pełnych danych profilu i aktywność przy postach wyszukanych przez hashtagi lub oznaczenia lokalizacji.

Więcej informacji o zmianach w API Facebooka i Instagrama 

 
Categories

Na rynku kryptowalut jazda bez trzymanki. Ministerstwo straszy i uspokaja

W ciągu ostatniego tygodnia obracający kryptowalutami Polacy zmieniali się z dnia na dzień z krezusów w bankrutów. Wszystko za sprawą kolejnych komunikatów Ministerstwa Finansów dotyczących sposobu opodatkowania przychodów z kryptowalut. Blady strach padł na tych, którzy mieli na koncie dużo transakcji: nowy podatek w najlepszym wypadku oznaczałby dla nich kres marzeń o lamborghini.

Giełda kryptowalut Bitmarket24 ogłosiła w tym tygodniu, że została kupiona przez spółkę w Londynie. Kryptowalutowy biznes ucieka z kraju. Nic dziwnego, kolejne kroki naszego rządu pokazują, że Polska nie rozumie i boi się rynku kryptowalut. To, co Ministerstwo Finansów zaproponowało ostatnio jako interpretację przepisów podatkowych w kontekście obrotu kryptowalutami sprawiło, że wielu bitcoiniarzom życie stanęło przed oczami.

– Odnoszę wrażenie, że polski rząd porywa się z motyką na słońce, a jedynymi, którzy na tym stracą będziemy my wszyscy, Polacy. Polska to “porodówka” świetnych programistów. Nie ulega wątpliwości, że technologia blockchain [na której opiera się obrót kryptowalutami – przyp.red.] to kolejna z rewolucji, którą ze spokojem można porównywać do tej przemysłowej lub do tej, którą dał nam internet. Postępowanie rządu RP to patrzenie krótkofalowe. Zacznijmy od tego, że Polska mogłaby być, biorąc pod uwagę nasz potencjał intelektualny, zagłębiem blockchaina porównywalnym z szwajcarskim Zug, co mogłoby w efekcie ściągnąć do Polski kapitał międzynarodowych korporacji, takich jak chociażby Microsoft, IBM czy Facebook – mówi Tomasz Limiszewski, który zbiera podpisy pod petycją do polskiego rządu na stopregulacjom.pl.

Nie bez przyczyny technologie rozwijają się tam, gdzie władze jak najmniej ingerują w innowacyjne obszary. Żeby eksperymentować i rozwijać nowoczesne technologie, trzeba mieć pole do eksperymentów. To dlatego Londyn stał się centrum nowoczesnej bankowości ze swoim liberalnym podejściem do technologicznych i biznesowych nowinek. Dalczego to ważne w kontekście kryptowalut? To właśnie ten obszar jest kuźnią talentów technologii, która już wkrótce może stanowić o konkurencyjnej  przewadze wielu branż, na czele z finansową – mowa oczywiście o blockchainie.

O CO CHODZI Z TYM BLOCKCHAINEM?
Zastanawialiście się, dlaczego w świecie, w którym jesteśmy w stanie przesyłać obraz na drugi koniec świata w czasie rzeczywistym, nasze przelewy dochodzą do odbiorcy często dopiero następnego dnia? Ponieważ każdy przelew musi zostać zaakceptowany przez bank. Wszystko dla bezpieczeństwa transakcji i samego pieniądza – każda transakcja internetowa musi być zaksięgowana, żeby nie zdarzyła się sytuacja, że ten sam pieniądz został zaksięgowany w dwóch miejscach. To niestety trwa. Odpowiedzią na to wyzwanie jest blockchain, który – w przeciwieństwie do tradycyjnego rejestru bankowego – jest zdecentralizowanym rejestrem danych. Dzięki blockchainowi Informacje o transakcji nie muszą być przesyłane do banku, tylko trafiają najkrótszą drogą do jednego z wielu komputerów pełniących rolę węzłów w blockchainowej sieci. Dublowaniu wartości zapobiega to, że każdy węzeł błyskawicznie przesyła dane do wszystkich innych węzłów w sieci. Zapis każdej kolejnej transakcji jest możliwy tylko w węźle, w którym historia transakcji pokrywa się z tym, co zapisane jest na wszystkich innych komputerach. Jeśli ktoś próbowałby zmienić zapis transakcji, na którymś z komputerów, sieć natychmiast wykryje modyfikację. Dzięki blockchainowi po raz pierwszy w historii mamy wreszcie szanse na bezpieczne i szybkie transakcje. Tak skonstruowany system może spowodować rewolucyjne zmiany nie tylko w obrocie pieniądzem, ale też na przykład w administracji publiczne, czy służbie zdrowia – wszędzie tam, gdzie mamy bardzo duże ilości danych, które muszą być szybko aktualizowane przez wielu użytkowników, niezmienialne,  łatwo dostępne i jednocześnie bardzo bezpieczne.

Wiele krajów na świecie, chcąc rozwijać tę technologię, tworzy preferencyjne warunki dla rozwoju kryptowalut, rozumiejąc, że świat krypto to zagłębie dobrze wyszkolonych ekspertów od blockchaina. A ci mogą się przydać.

Podatkami w kryptowaluty
Sposób, w jaki Polska zdecyduje się opodatkować kryptowaluty jest ważnym sygnałem tego, czy nasz rynek jest przyjazny rozwojowi krypto. Preferencyjne warunki dot. obrotu krytpowalutami w marcu wprowadziły nawet konserwatywne w kwestiach finansowych Niemcy – transakcje do 600 euro w ogóle nie są objęte podatkiem, a wszystkie ponad tę kwotę mogą być zwolnione z podatku, jeśli użytkownicy będą trzymać kryptowalutę dłużej niż rok.

Tymczasem u nas bałagan. Najpierw Ministerstwo Finansów twierdziło, że kryptowaluty należy rozliczać jak dochody z praw majątkowych. Potem sporządziło definicję “waluty cyfrowej”, do której ta forma rozliczenia nie pasuje. I wreszcie 4 kwietnia poinformowało, że nie tylko trzeba opodatkować transakcje kryptowalutami jak dochody z praw majątkowych, ale jeszcze do budżetu państwa musi trafić 1% z każdej transakcji sprzedaży i wymiany walut na giełdzie (to w ramach PCC – podatku od czynności cywilno-prawnych).  Gdy rozległ się lament, ministerstwo napisało na Twitterze:

Najgorszym sygnałem dla środowiska kryptowalut w pierwszym komunikacie Ministerstwa była informacja o tym, że trzeba będzie odprowadzić podatek od każdej transakcji:

– Dla traderów oznacza nic innego jak zamknięcie rynku. Bo jak inaczej nazwać konieczność zapłacenia 20 tysięcy złotych podatku z tytułu PCC, dla osoby, która wchodziła na rynek z kapitałem 10 tysięcy złotych i w ciągu miesiąca dokonuje 200 transakcji? A co z osobami, które mają podpięte pod API giełd boty, wyszukujące korzystnych par walutowych? Takie boty czasami generują po 1000 transakcji dziennie – mówi Tomasz Limiszewski.

Stawiało to wiele osób zarabiających na mikrotransakcjach w sytuacji, w której obracając na giełdach kwotą 15 tys. złotych mogliby zapłacić pół milion podatku. PCC płaciłoby się również wtedy, gdy transakcje nie przyniosłyby realnych zysków.

Ale opodatkowanie każdej transakcji to nie jedyny karkołomny pomysł, którym Ministerstwo Finansów postraszyło 4 kwietnia kryptowalutowców. Pod górkę mieliby też przedsiębiorcy prowadzący księgowość na podstawie księgi przychodów i rozchodów. “W wydanych obecnie zaleceniach resort finansów postanowił zrobić wszystko, aby wręcz uniemożliwić rozliczanie zysków z obrotami kryptowalutami. I – niestety – zrobił to w taki sposób, że zaszkodzi przede wszystkim sobie”- stwierdził ekspert portalu wGospodarce.pl Marek Siudaj.

W efekcie tej zadymy znów nie do końca wiadomo, jak wygląda kwestia opodatkowania przychodów z obrotu kryptowalutami. W oczekiwaniu na kolejną interpretację przepisów, na pewno można zacząć pisać czynny żal do urzędu skarbowego.

To już wojna?
Bardzo złym sygnałem dla środowiska rozwijającego kryptowaluty było odejście z rządu  w 2017 roku Anny Streżyńskiej, która w lipcu 2016 powołała przy Ministerstwie Cyfryzacji zespół ds. bitcoina i blockchaina. Eksperci i praktycy pracowali nad stworzeniem w Polsce rozsądnych warunków do rozwoju tej technologii, a nawet planowali specjalne kierunków studiów, które miały kształcić blockchainowych specjalistów.

Niedługo po feralnej dymisji gruchnęła wiadomość, że prężnie rozwijający technologię Polski Akcelerator Technologii blockchain pod egidą Instytutu Wiedzy i Innowacji stracił patronat Ministerstwa Cyfryzacji po tym jak ogłosił, że pracuje nad kryptozłotówką (nie oficjalną, ale tyle wystarczyło, żeby wywołać urzędniczą histerię). Ostatecznie oliwy do ognia dolał sam premier Mateusz Morawiecki, który podczas szczytu ekonomicznego w Davos porównał rynek kryptowalut do piramidy finansowej i zapowiedział regulacje. W świecie, w którym kraje takie jak Szwecja czy Estonia z własnej inicjatywy planują  tworzyć kryptowaluty, nerwowe ruchy naszego rządu dziwią.

Środowisko kryptowalutowe na ruchy administracji patrzy z uwagą. Rynek wciąż jest nowy, więc nie do końca wpasowuje się w istniejące przepisy. Można je więc interpretować i na korzyść, i na niekorzyść osób obracających kryptowalutami – ostatnia  interpretacja Ministerstwa Finansów zdecydowanie należała do tych drugich.

Głównym argumentem rządu przeciwko rynkowi kryptowalut jest ryzyko prania brudnych pieniędzy, jakie widzi w świecie krytpowalut. Jednak waluty cyfrowe to tylko 4 proc. wszystkich wypranych na świecie pieniędzy. Warto też dodać, że rejestr blockchainowy zdecydowanej większości krytpowalut umożliwia odtworzenie wszystkich transakcji, więc w wypadku podejrzenia popełnienia przestępstwa dojście do historii transakcji nie powinno stanowić problemu. Gorzej rzecz ma się z anonimowymi walutami typu Monero, w których nie da się przypisać transakcji do jej uczestników. Tym bardziej jednak nie da się nałożyć na taką transakcję podatku. Może jednak nie warto, walcząc z jednym zjawiskiem, ubijać całego rynku?

 
Categories

Turkus zmieni polskie firmy na takie, w których będzie się chciało pracować?

Od ponad roku w większych miastach Polski przedsiębiorcy spotykają się na Turkusowych Śniadaniach. Coraz więcej osób chce wiedzieć, jak zbudować firmę bez szefa, a w zasadzie taką, w której szefem jest każdy. Czym są turkusowe firmy – coachingową ściemą czy sposobem na nowoczesną organizację?

Chcemy zmienić polski rynek pracy. Może to brzmi górnolotnie, ale wiele osób dostrzega, że sposób w jaki zorganizowane są teraz firmy po prostu nie działa. Połowa ludzi zatrudnionych w Polsce, szuka obecnie zatrudnienia. To o czymś świadczy – mówi Łukasz Socz Solarski, organizator wrocławskich Turkusowych Śniadań.

Czy turkusowy model działa? Ci, którzy go wprowadzili uważają, że działa; inni powtarzają: utopia. Najszybciej pomysł  wprowadzają firmy IT, ale sprawdza się podobno równie dobrze wśród pracowników sezonowych. Na pewno myślenie o miejscu pracy się zmienia.

Gdy kilkadziesiąt lat temu Microsoft stawiał korty tenisowe swoim programistom, wszyscy na rynku się śmiali. Teraz strefy z piłkarzykami czy konsolami w pracy nie są niczym nadzwyczajnym – mówi Łukasz.

Turkusowe czyli jakie?
Teoria turkusowych organizacji wywodzi się z wydanej w 2015 roku książki “Pracować Inaczej” (ang. Reinventing Organizations), która podzielił organizacje ze względu na style zarządzania na:

  • czerwone, na których czele stoi prawdziwy boss, który zarządza swoimi ludźmi przez strach i władzę (popularne w grupach przestępczych);
  • bursztynowe – sztywna hierarchia i procesy, każdy zna swoje miejsce. Tak działa na przykład Kościół Katolicki;
  • pomarańczowe – organizacje nastawione na zysk, w którym człowiek jest zasobem do realizacji celu (czy też producentem mandaysów). To model wciąż pokutujący w niektórych korporacjach;
  • zielone – organizacje, które widzą w pracowniku już nie tylko siłę roboczą, ale zaczyna go traktować podmiotowo. Mówi się o demokracji, parnterstwie – jak w ruchach spółdzielczych;
  • turkusowe – pojawiają się na końcu jako najbardziej dojrzałe formy organizacji, w których nie ma hierarchii, a pracownicy chcą i potrafią podejmować samodzielne decyzje zamiast wykonywać polecenia szefa. Człowiek ma nie tylko pracować, ale też realizować się przez pracę. wedle zasady: pracować by żyć, a nie: żyć by pracować. W założeniu pracownik ma być bardziej zadowolony, a firma lepiej się rozwijać. Brzmi jak plan!

Przede wszystkim: odpowiedzialność
Odpowiedzialność i zaufanie – to dwie wartości, bez których turkus w firmie nie zawita. Potrzebne jest zaufanie do szefa (bo ten gdzieś jednak na końcu jest, choćby w osobie głównego właściciela) i zespołu, że wszyscy gramy do tej samej bramki i chcemy, żeby firmie wiodło się jak najlepiej. – Lider musi być bardzo świadomą osobą, która wie co to jest inteligencja emocjonalna i na co dzień ją stosuje– mówi Łukasz i poleca grę Evolution of Trust  o tym, dlaczego warto budować zaufanie.

O firmach turkusowych mówi się, że same sobą zarządzają, co oznacza, że szef nie jest najlepiej poinformowaną osobą, a rolą pracowników nie jest wyłącznie wypełnianie jego poleceń. Pracownicy potrafią podejmować decyzje w ramach zespołów, których liderami stają się osoby najbardziej kompetentne w temacie.

Gdy myślimy o zespołowym podejmowaniu decyzji, od razu nasuwają się wizje trwających w nieskończoność spotkań, podczas których tak naprawdę nie jesteśmy w stanie podjąć żadnej decyzji  – Zawsze pojawiają się jacyś mikromenedżerowie służący dobrą radą co do kierunku i tacy, którzy uważają, że już podjęta decyzja jest błędna. Rozwiązaliśmy to prostą zasadą: jeżeli masz dobrą radę, to znaczy, że się angażujesz w rozwiązanie problemu. Połowa osób dających dobre rady zniknęła, bo wiedziały, że nia mają czasu na  takie zaangażowanie. To znacznie przyspieszyło proces decyzyjny – mówi Jan Zborowski z SoftwareMill, firmy, która zasady turkusowego zarządzania wprowadziła w swoim 40-osobowym zespole programistów.

Zobacz ostatni odcinek HiCash Week, w którym gościem był Jan Zborowski

I jeszcze jedna ważna rzecz: branie odpowiedzialności jest możliwe tylko wtedy, gdy zespoły mają pewność, że za błędne decyzje nie poniosą kary, Turkusowe firmy wierzą, że odpowiedzialność za podejmowane decyzje powinna być egzekwowana inaczej: tłumaczymy, dlaczego myśleliśmy, że decyzja jest dobra (nawet, jeśli nie była), podsumowujemy i minimalizujemy straty.

Dewiza brzmi: “każdy może podjąć każdą decyzję, jeżeli weźmie za nią odpowiedzialność i nikt nie zgłosi stanowczego weta”.

Zaangażowanie kosztuje?
Firmy już dawno zorientowały się, że najlepszy pracownik to zaangażowany pracownik.  Turkusowe organizacje nie odkryły tu koła na nowo. Wiele z nich jest w stanie za to zaangażowanie zapłacić, dzieląc się z pracownikami zyskami.

Wiele “turkusowych” decyduje się na całkowitą przejrzystość płac i wyników finansowych firmy.  Ludzie wiedzą ile zarabiają, ale przede wszystkim: ile zarabia firma, ile zarabia poszczególny dział i jak są opłacane poszczególne projekty. Efektem jest to, że  mają pełną informację, mogą więc podejmować decyzje, które są opłacalne – tłumaczy Solarski.

Oczywiście, trudno sobie wyobrazić, żeby z dnia na dzień ujawnić wszystkie finanse firmy bez potężnego trzęsienia ziemi w organizacji. Dlatego ci przedsiębiorcy, którzy przeszli tę drogę mówią: po kolei. Najpierw open booking, czyli ujawnienie finansów firmy. – Jak już ludzie się zaadaptują z informacjami o budżecie  firmy, można pójść dalej i pokazać jak wyglądają poszczególne projekty czy działy – mówi Solarski, To trudny proces, w którym istnieje też ryzyko fuck-upów. Jakich? Część ludzi może tej zmiany z jakichś powodów nie zaakceptować i odejść.Zawsze warto się zastanowić, czy akurat naszą firmę w tym momencie stać na to ryzyko.

Doskonałym podręcznikiem budowania turkusowej firmy jest książka wieloletniego przedsiębiorcy Andrzeja Jeznacha pod tytułem “Szef, który ma czas. Ewolucja zarządzania – dziennik budowy turkusowej firmy”. Opowiada ona historię firm, które krok po kroku zmieniały swoje podejście

Ciekawi Cię nowy model zarządzania? Przeczytaj:

  1. F. Laloux – Pracować Inaczej
  2. A. Jeznach – Szef, który ma czas
  3. Semler – Maverick
  4. Robertson – Holacracy
 
Categories

Płyty winylowe sprzedają się coraz lepiej. Branża dziękuje hipsterom

Branża muzyczna to jedna z najbardziej zmienionych przez technologię. Gwiazdy, które startują nie w wytwórniach, a na YouTubie; streaming muzyki zamiast kupowania płyt – tych zmian nie da się powstrzymać. W kontrze rośnie jednak inny trend – rok do roku rośnie sprzedaż winyli, również w Polsce. Wartość rodzimego rynku czarnych krążków szacuje się na 15 mln złotych. Jest potencjał na biznes, ale dla wytrwałych.

W pierwszym półroczu 2017 roku sprzedaż płyt winylowych w Polsce, wg danych ZPAV, wzrosła o 70 proc. w stosunku do ubiegłego roku. W poprzednich latach branża też mogła pochwalić się kilkudziesięcioprocentowymi wzrostami. Trend nie jest zaskoczeniem, bo w Stanach winyle sprzedają się coraz lepiej nieprzerwanie od kilkunastu lat.

2017 był w Ameryce najlepszym rokiem dla winyli od czasów boomu lat osiemdziesiątych. Pod koniec roku Delloite prognozował, że wartość sprzedanych w Stanach krążków osiągnie  miliard dolarów, doganiając tym samym najlepszy w historii rok 1981. Nie oznacza to jednak, że płyt sprzedaje się tyle samo co w czasach, gdy na topie było Queen, AC/DC i Bon Jovi. Są po prostu znacznie droższe.

Winyle powracają więc do gry, ale w zupełnie nowej odsłonie: jako produkt luksusowy podbity przez pokolenie coraz lepiej zarabiających hipsterów. Trzeba jednak przyznać, że w dobie rozwijającego się streamingu muzyki rynek czarnych płyt pozostanie niszą. Ich sprzedaż na świecie to wciąż tylko 15 proc. wszystkich nośników fizycznych i tylko 6 proc. wpływów ze sprzedaży muzyki w ogóle (dane Delloite).

Walka o polskie skarby winylowe trwa
Dowodów na to, że dobre wiatry zawiały dla tradycyjnych nośników nie trzeba szukać daleko. Po tym jak Biedronka i Lidl rozpoczęły sprzedaż winyli, nie ma wątpliwości: jest rynek również w Polsce.

W 2015 roku za ponad 8 mln złotych Warner Music Poland przejęła kultowe polskie wydawnictwo wytwórni Polskie Nagrania “Muza”, która ogłosiła upadłość dwa lata wcześniej. Dorobek płyt winylowych tej firmy to historia polskiej muzyki od Mieczysława Fogga po Kabaret Starszych Panów. Do tego cenione na świecie wydania polskiego jazzu i muzyki poważnej. Dziś ofertę winyli Polskiej Muzy znajdziemy – dobrze wyeksponowaną! – w salonach Empik wraz z ofertą gramofonów.

Stracony potencjał w postaci sprzedanej za śmieszną kwotę Polskiej Muzy wyczuł nasz rząd, który we wrześniu 2017 roku podjął negocjacje w sprawie odkupienia dorobku wytwórni od Sony Music Polska. Pod koniec ubiegłego roku wiceminister kultury Paweł Lewandowski określił  szanse na odzyskanie Polskiej Muzy jako bardzo duże. Potwierdził też, że obie strony ustaliły już cenę.

Dobry biznes? Tak, dla pasjonatów
– Myślę, że na rynku sprzedaży płyt cały czas jest dużo pola. Także zachęcam innych do zabierania się za to – mówi Krzysztof Nieporęcki, który od 26 lat sprzedaje płyty w słynnym warszawskim antykwariacie HeyJoe. – Jest trochę ludzi, którzy zabierają się za sprzedaż płyt, bo to się opłaca – dodaje – i tym bym raczej odradzał, bo to nie jest aż takie zyskowne jak się wydaje. Natomiast wszystkim, którzy się płytami pasjonują, polecam, żeby oprócz słuchania, zajęli się też sprzedażą. Jest w tym przyszłość.

– Przepis na sukces w tym biznesie? Pasja plus szczęście – radzi pan Krzysztof.

Pełna rozmowa o sprzedaży płyt i polskim boomie płytowym z Krzysztofem Nieporęckim