Categories

Netflix ugina się pod naporem konkurencji? Akcje spadają o 14 proc.

Światowy gigant wśród platform streamingowych podsumował właśnie drugi kwartał tego roku z liczbą nowych subskrybentów o milion mniejszą niż oczekiwano. Niższy od prognoz jest też przychód firmy: w drugim kwartale tego roku wyniósł 3,91 mld dolarów wobec zakładanych 3,94 mld. Ceny akcji zareagowały błyskawicznym spadkiem.

Netflix do niedawna pozostawał złotym dzieckiem giełdy, którego prognozy od wielu kwartałów wzorowo pokrywały się z rzeczywistością, a nawet (jak w pierwszym kwartale tego roku) pozytywnie zaskakiwały inwestorów. Aż do dziś, kiedy to po raz pierwszy przyrost nowych użytkowników platformy nie spełnił oczekiwań. W okresie od kwietnia do czerwca Netflix pozyskał 5,2 mln nowych sukbskrybentów, co jest wynikiem o milion gorszym od oczekiwanego.

Streamingowy gigant rozminął się z prognozami nie tylko na amerykańskim rynku (pozyskał mniej niż milion subsrkybentów wobec 1,2 mln oczekiwanych, ale także słabo wypadł poza matecznikiem – w innych krajach pozyskał 4.6 mln nowych subskrybentów wobec zapowiadanych 5 milionów.

Część analityków twierdzi, że to zły prognostyk dla Netflixa, dla którego przyrost nowych płatnych subskrypcji jest głównym miernikiem rozwoju biznesu. Na wiadomość o spowolnieniu właśnie w tym obszarze giełda zareagowała adekwatnie – czternastoprocentowym spadkiem cen akcji.

“Amazon, Hulu, HBO i inni zyskują udział we wpływach z subskrypcji wideo kosztem Netflixa”- podsumował niefortunny drugi kwartał platformy Paul Verna analityk rynku portalu eMarketer. Są też inne głosy, które przypominają, że podobny, niewytłumaczalny i zarazem przejściowy zniżkę wobec prognoz odnotował Netflix w 2016 roku, co nie wpłynęło na rozwój firmy w kolejnych okresach.

Katastroficzne wizje niektórych obserwatorów rynku studzą też stabline wyniki zainteresowania widzów oryginalnymi produkcjami Netflixa, a to właśnie na rynku własnych produkcji zapowiada się najbardziej zażarta walka pomiędzy streamingowymi gigantami w najbliższym czasie.

 

 
Categories

7 rzeczy, które musisz wiedzieć o ICO

Już sama znajomość skrótu ICO powinna Ci zapewnić coś uznanie w oczach znajomych geeków. Jeśli jeszcze poznasz tych 7 najważniejszych faktów o Initial Coin Offering, to prawdopodobnie będziesz widzieć wystarczająco dużo, żeby brylować w tech światku.

1. ICO (Initial Coin Offering) to sposób, w jaki firmy i osoby mogą zebrać w sieci kapitał na rozwój swoich firm i projektów. Robią to, emitując w sieci tokeny.

2. Tokeny, którymi handluje się w ramach ICO, to nie to samo co kryptowaluta. Tokeny reprezentują wartość istniejących w świecie rzeczywistym dóbr lub usług.

3. Każdy token reprezentuje jakąś wartość określoną przez jego twórcę. Może to być na przykład:

  • equity token, którego kupno zapewnia udział w przyszłych zyskach firmy,
  • security token, który reprezentuje część własności w innych niż firmy dobrach, np. w nieruchomościach czy metalach szlachetnych,
  • utility token, który reprezentuje dostęp do przyszłego produktu lub usługi na prawach pierwszeństwa, ze zniżką lub uprawnienie do kupna wersji kolekcjonerskiej.

4. Tworzenie tokenów stało się możliwe na masową skalę w 2014 roku, kiedy to powstał blockchain Ethereum – kod stojący za kryptowalutą ETH umożliwił tworzenie własnych fragmentów programu określających zasady wymiany wirtualnych tokenów.

5. Kod określający wszystkie warunki transakcji związanej z nabyciem tokenu i dbający o natychmiastową egzekucję zapisów nazywa się smart contract. Mogą być w nim zapisane wszystkie zasady obrotu tokenami i warunki poszczególnych transakcji, np. to jak wiele tokenów może zostać sprzedanych, kto i na jakich warunkach może korzystać z rabatów, kiedy transakcja dochodzi do skutku – może być tak, że jeśli sprzedający nie wypełni jednego z zapisów (np. nie przekaże klucza do nieruchomości), pieniądze zostaną automatycznie zwrócone na konto kupującego.

6. Obrót tokenami to zjawisko nowe, w wielu krajach nie zostało uregulowane prawnie. Stąd dodatkowe ryzyko, którym obarczone są transakcje w ramach ICO.

7. W 2017 roku  firmy na całym świecie za pośrednictwem ICO zebrały finansowanie o wartości ponad 6 mld dolarów. Ze wszystkich przesiębiorstw, które zbierały finansowanie przez ICO, tylko 47 proc. zrealizowała prezentowane inwestorom plany stworzenia produktów i osiągnięcia deklarowanych zysków.

 

 

 
Categories

Z call center do własnej firmy? Sprzedaż, głupcze!

Lekarz, prawnik, niech już choćby dziennikarz! Ale sprzedawca? W Polsce na handlowców czeka sporo dobrze płatnej pracy, ale zawód ciągle nie wzbudza entuzjazmu i nie cieszy się prestiżem. Z Bartoszem Majewskim, doświadczonym handlowcem i szefem firmy Casbeg, próbujemy zdjąć zły urok z branży, rozmawiamy o zwiększaniu sprzedaży w firmie i radzimy, jak stawiać pierwsze kroki w zawodzie handlowca.

 

Agata Kowalczyk, HiCash: – Policzyłeś ile warte były wszystkie transakcje, które dopiąłeś jako handlowiec?Bartosz Majewski, szef Casbeg i doświadczony handlowiec: Ojej. Przestałem liczyć kilka lat temu po przekroczeniu 20 mln złotych.

– Na rynku jest teraz masa ofert pracy dla speców od sprzedaży, ale nie ma speców od sprzedaży. Rzeczywiście firmy nie mają kogo zatrudniać?
– 
Tak, pracujemy z firmami, które rzeczywiście spotykają się z tym problemem i my sami go mamy. Brakuje na rynku wielu handlowców i wydaje mi się, że ta dziura może być porównywalna z brakiem programistów. Firmy mają teraz gigantyczne ssanie na programistów i tak samo jest z handlowcami.

– Gdzie się podziali wszyscy sprzedawcy?
– Po pierwsze, mamy niż demograficzny. Jeżeli mieliśmy dzietność na poziomie 1,3 od połowy lat dziewięćdziesiątych, to młodych ludzi rozpoczynających kariery jest siłą rzeczy mniej niż piętnaście lat temu. Drugi czynnik jest taki, że nikt jak był mały nie chciał zostać handlowcem – ja i moi kumple na pewno nie.

– Dlaczego w liceum nie marzymy o zostaniu handlowcem?
– Bardzo ciągnie się za tym zawodem u nas stereotyp prywaciarza z PRL lub początku lat dziewięćdziesiątych, akwizytora czy gościa, który nie wiadomo skąd ma twój numer, dzwoni do ciebie i próbuje ci wcisnąć jakiś abonament. Ciągle jest więc tak, że jak u cioci na imieninach powiesz, że jesteś handlowcem, to ciocie raczej nie klaszczą. Druga sprawa jest taka, że my w Polsce zupełnie nie mamy tradycji handlowych – często pytam ludzi, czy ktoś w ich rodzinie się tym zajmował i praktycznie nikt nie ma takich tradycji, więc kultura handlowa czy etos kupiecki nie ma u nas historii.

– Jak trafiłeś do sprzedaży?
– Z przypadku. Trafiałem do tej branży dwa razy. Pierwszą pracę w sprzedaży miałem jako dwunastolatek. Mój tato pracował w gazecie i ja sprzedawałem tę gazetę za złotówkę od sztuki na meczach koszykarskiego Śląska Wrocław. Druga robota handlowa trafiła mi się w 2007, gdzie po prostu wziąłem pierwszą lepszą pracę  jaka mi się trafiła – w call center Lucas Banku [dziś Credit Agricole – przyp.redakcji], gdzie pracowałem przez rok.

Praca w call center to chyba nie jest wymarzone miejsce pracy?
To jest rzeczywiście najbardziej niewdzięczne zajęcie w obsłudze klienta, ale też praca, która bardzo dużo uczy. Fundamenty pracy z klientem przez telefon ma się po tym wpojone i stają się drugą naturą. Nie ma sensu siedzieć w call center przez dziesięć lat, ale na pewno takie doświadczenie się przydaje. Nauczysz się tam rozmawiać z ludźmi.

– Wiszenie na słuchawce nie frustruje?
Frustruje, i to bardzo. Przede wszystkim dlatego, że czujesz się trochę jak w Dniu Świstaka, bo istnieje istotna asymetria ilości rozmów, które ty prowadzisz w stosunku do ilości rozmów, które prowadzi klient. Każda rozmowa z tobą dla klienta jest pierwsza, a każda rozmowa z klientem dla ciebie jest tysięczną. Znasz ją na pamięć.

–  Dziś prowadzisz firmę, która doradza przedsiębiorcom jak sprzedawać. Powiedz, od czego zacząć zmiany, jeśli chcemy, żeby firma zarabiała więcej? Mamy jako tako ułożony ten proces sprzedaży i co powinniśmy zrobić?
– 
Po pierwsze musisz przyjrzeć się temu, ile tematów w tym procesie dochodzi z punktu A do punktu B,  potem z B do C , i dalej do D. Powiedzmy, że w punkcie A zgłasza się do nas 100 osób,a udaje nam się z tego w punkcie B umawiać 50 spotkań. Tu zastanówmy się, czy uda nam się zwiększyć tę liczbę do 80 spotkań. Optymalizujesz każdy kolejny etap, żeby liczby były większe. Pilnujesz tego, żeby to, co jest na końcu, ostateczna wartość transakcji, opiewała na jak największą kwotę przy jak największej marży. Ważny jest też czas. Jeśli umówienie spotkania do tej pory zajmowało nam 6 dni, to jak skrócimy ten czas do 1 dnia, to zamkniemy temat o 5 dni szybciej. Kolejna ważna rzecz: musimy zacząć  przegrywać jak najwięcej i jak najszybciej.

– Mam przegrywać, żeby zarabiać?
– To jest bardzo nieintuicyjne, ale chodzi o to, żebyś jak najmniej czasu spalała na tematy, które i tak nie wyjdą. Dobrze jest ucinać nierokujące tematy w pierwszej rozmowie, żebyś nie musiała wysyłać oferty, umawiać spotkań i inwestować niepotrzebnie dziesięciu godzin pracy. Żeby rozpoznać, które nie rokują, trzeba zadać wiele istotnych pytań przy pierwszym kontakcie. Może na przykład okazać się, że rozmawiamy z klientem, który decyzję o kupnie produktu za 5 tys. podejmuje w siedemnastu krokach w ciągu dziesięciu miesięcy. Wtedy wstajemy od stołu, bo nie mamy tyle czasu.

– Czyli tak: zwiększyliśmy liczbę klientów, która dociera do kolejnych etapów procesu sprzedażowego, skróciliśmy czas dojścia do kolejnych etapów, szybciej odrzucamy klientów, którzy nie rokują i dbamy o to, żeby na końcu wychodziła nam jak największa kwota przy maksymalnej marży. Mamy sukces?
– Jeśli uda nam się zwiększyć te cztery parametry o 30 proc., to mamy poprawę nie o 30 proc, a o cztery razy 30 proc. Zoptymalizujmy to na kilku handlowcach, potem zatrudnimy dodatkowych dziesięciu, a potem stu..

– Na ile praca handlowca się zmieni wraz z rozwojem technologii?  
– Tak naprawdę ta praca stoi na progu gigantycznej zmiany. Wyobraź sobie, że jak wybrali papieża w 2005 roku to na Placu Świętego Piotra była jedna osoba, która robiła zdjęcie telefonem. Po konklawe w 2013 roku zdjęcia robili wszyscy zebrani na Placu św. Piotra. Na następnym wszyscy będą robić to zdjęcie sobie – na tle historycznego wydarzenia. Technologia zmieniła konsumentów. Otworzyła zupełnie nowe pola sprzedaży: Facebook, LinkedIn, Instagram – tam  dzieje się ogromna cześć sprzedaży, a przy tym powoli zamykają się stare kanały, wygasać będzie moim zdaniem m.in. cold calling w wykonaniu call center. Druga duża zmiana to będzie specjalizacja. Kiedyś handlowiec przeprowadzał klienta przez cały proces zakupowy, klient przychodził jak biała kartka. Teraz klient przychodzi do nas wyedukowany: on już sobie produkt wyguglał, sprawdził w porównywarce, na serwisach z opiniami. Teraz handlowiec ma częściej za zadanie sfinalizować proces zakupowy niż go rozpocząć.

Musi wiedzieć więcej niż wyedukowany klient? To znaczy, że na rynku będą potrzebni sprzedawcy-eksperci?
W ubiegłym roku przeczytałem 61 książek. Nie jestem bibliofilem, ja po prostu odpowiadam na potrzeby rynku, a rynek mi mówi, że im bardziej jestem wykształcony w obszarze biznesowym – czytam pozycje głównie z zakresu zarządzania, sprzedaży i marketingu – tym więcej będę zarabiał i tym bardziej będą zadowoleni moi klienci. Ciągłego doszkalania wymagam też od swojego zespołu, bo klient oczekuje kompetencji i porady.

– A co się stanie, gdy na dobre nadejdzie czas automatycznych asystentów, chat botów obsługujących klientów, a rozwój technologii machine learning sprawi, że maszyny będą mogły rozmawiać z klientami?
– To się dzieje od dłuższego czasu. Systematycznie eliminujemy poszczególne elementy procesu sprzedaży i zastępujemy je technologią. Kiedyś w call center musieliśmy wykręcić sobie numer telefonu klienta, a później wprowadzili automatyczne “wykręcacze”, żeby było szybciej. Teraz podobny proces zachodzi w digitalu.

  Wspomniałeś o książkach: co powinien przeczytać ktoś, kto zaczyna swoją karierę w sprzedaży?
 – Jeśli dopiero zaczyna, to polecę podstawy: “Jak zyskać przyjaciół i zjednać sobie ludzi” Dale’a Carnegie – książka o komunikacji międzyludzkiej; Daniel H. Pink i jego “To Sell Is Human” – przyda się szczególnie Polakom, którzy uważają, że sprzedaż to nie jest zajęcie dla ludzi na poziomie i jako trzecia podstawa – stary dobry Cialdini “Wywieranie wpływu na ludzi. Teoria i praktyka”, fenomenalna książka z 1984 roku, która nie przestaje być aktualna.

  • To jeszcze, żeby zachęcić niezdecydowanych: czy w sprzedaży można nauczyć się czegoś, co przyda się w codziennym życiu?
    – Takich rzeczy jest mnóstwo. Jest na przykład tak, że nieważne jak dobra jesteś w sprzedaży, większość Twoich kontaktów z klientami kończy się niepowodzeniem, wyrabiasz więc w sobie fenomenalną odporność życiową na porażki. Można się tego nauczyć, choć czasem płacze się w poduszkę. Druga rzecz bardzo ważna, to jest większa odporność na odrzucenie. Wszyscy się boimy odrzucenia, bo pochodzimy od ludzi, dla których odrzucenie przez stado oznaczało śmierć. Handlowcy są ciągle odrzucani, więc się na tę sytuację uodparniają. Efekt jest taki, że nie znam handlowca, który bałby się podejść i zagadać do nieznajomej kobiety przy barze.

  • – Nieźle. Coś czuję, że tym argumentem wywołamy nową falę kadr w sprzedaży [śmiech]. Bardzo dziękuję za rozmowę.
    – Dzięki!
 
Categories

Mniej keszu na firmowym koncie? Nadchodzi split payment

Kto się zagapił, może mieć w wakacje problemy z płynnością finansową. Od 1 lipca każdy przedsiębiorca w Polsce będzie mógł płacić metodą split payment (model podzielonej płatności MPP). Chociaż przez pierwsze pół roku metoda będzie nieobowiązkowa, to środki z tytułu VAT będą trafiały na oddzielne konta większości polskich firm. I będzie nimi można płacić wyłącznie VAT dostawcom, bądź rozliczać się z fiskusem. Mniejsze firmy muszą przestać myśleć o swoich przychodach jako kwotach brutto.

O co chodzi w split payment? 7 najważniejszych faktów


1. 1 lipca każdy bank do firmowego rachunku rozliczeniowego z automatu utworzy konto VAT. Każdy przedsiębiorca będzie miał jedno takie konto, nawet jeśli ma wiele rachunków firmowych. O uruchomienie kolejnych kont będzie mógł wnioskować do banku.

2. Faktura z tytuły dostawy towarów i/lub świadczenia usług będzie mogła być od 1 lipca zapłacona w modelu split payment. O użyciu tej metody płatności zdecyduje płatnik. Split payment dotyczy wyłącznie rozliczeń pomiędzy przedsiębiorcami.

3. Przelew w modelu split payment będzie wymagał zaznaczenia w komunikacie przelewu, że decydujemy się na płatność tą metodą. W danych przelewu trzeba będzie wpisać kwotę brutto i NIP odbiorcy.

4. Przelew realizowany w modelu split payment na kwotę 123 zł brutto wygląda tak, że 100 zł (kwota netto) trafia na konto podstawowe firmy, a 23 zł (kwota podatku VAT) na konto VAT-owskie (kwota zostanie podzielona przez bank).

5. Środkami z konta VAT-owskiego przedsiębiorca może zapłacić innemu przedsiębiorcy (kwotę VAT z faktury) lub użyć ich do rozliczeń z fiskusem.

6. Metoda split payment nie dotyczy płatności gotówkowych i płatności kartą kredytową.

7. Metodą podzielonej płatności nie zapłacimy też, jeśli rozliczamy się w walucie innej niż złotówka lub jeśli jedna ze stron transakcji ma konto w banku, który nie jest zarejestrowany w Polsce.

 

 
Categories

Kotlety z in vitro jeszcze w tym roku

Do końca tego roku na sklepowe półki trafi mięso wyhodowane w laboratoriach. Naukowcy potrafią już na masową skalę tworzyć kotlety bez konieczności powoływania do życia całego zwierzęcia. Rolnictwo komórkowe przyspiesza i przewiduje się, że przewróci do góry nogami przemysł spożywczy tak jak robotyzacja przewraca fabryki.

 

Kilka mikroskopijnych komórek – tyle wystarczy, żeby stworzyć w laboratorium udko z kurczaka, antrykot czy rybie dzwonka. Warunek jest jeden: komórki muszą się błyskawicznie dzielić – tak, żeby w krótkim czasie móc stworzyć masę mięśniową, która trafi na talerze. I okazuje się, że przy obecnym stanie nauki wyizolowanie odpowiednich komórek z żywego zwierzęcia i stworzenie z nich gotowych fragmentów mięsa nie stanowi już problemu. Po raz pierwszy w historii jesteśmy naprawdę blisko zakończenia hodowania zwierząt na mięso.

W 1931 roku Winston Churchill wypowiedział prorocze zdanie: “Powinniśmy odejść od absurdalnego hodowania całego kurczaka na rzecz tworzenia w odpowiednich warunkach samej piersi czy skrzydła”. Poważnie prace nad wyprodukowaniem mięsa bez zwierząt ruszyły na początku tego stulecia. Prym wiedli holenderscy naukowcy ochoczo dotowani przez holenderski rząd. Inicjatywę wspierały od początku organizacje walczące o prawa zwierząt z PETA na czele, która w 2008 roku wyznaczyła nagrodę w wysokości miliona dolarów dla pierwszej firmy, która do 2012 roku wyprodukuje sztuczne mięso.

Cała nadzieja w startupach
Pierwszego burgera ze sztucznie wyhodowanego mięsa zjedzono w 2013 roku w Londynie. Mięso powstało w laboratoriach Uniwersytetu w Maastricht. Trzy pierwsze osoby, które go spróbowały uznały, że jest za suchy i brakuje mu smaku. Szef projektu dr Mark Post twierdził wówczas, że naukowcy potrzebują jeszcze około dekady, żeby sztuczne mięso udoskonalić i wprowadzić je do sklepów. Niedługo po tej deklaracji opuścił mury uczelni i założył startup Mosa Meat, w którym kontynuuje badania nad sztucznym mięsem. To dzięki udoskonalonym przez jego zespół metodom produkcji, laboratoryjne mięso będzie można sprzedawać w miarę przystępnych cenach – ma być jedynie dziesięciokrotnie droższe od tradycyjnego.

Szanse na nowopowstającym rynku wywęszyły też inne startupy – izraelski SuperMeat, który zebrał finansowanie na platformie crowdfundingowej oraz trzech graczy w Dolinie Krzemowej: Memphis Meats, które dotąd skupiało się głównie na pracach nad sztucznym drobiem, Finless Foods majstrujące przy rybach i JUST, Inc. najbardziej wszechstronne, najlepiej dokapitalizowane i prawdopodobnie pierwsze, które wprowadzi sztuczne mięso do sprzedaży komercyjnej – chce to zrobić do końca tego roku.

Również w tym roku spodziewamy się, zgodnie z zapowiedzią  firmy Perfect Day. wprowadzenia na rynek pierwszego mleka, które nigdy nie spotkało się z krową.

Pożegnanie z krowami
Idea komórkowego rolnictwa zdaje się łączyć wszystkich: od wegetarian przez wielbicieli zwierząt po zagorzałych mięsożernych. Nosem kręcą tylko przedstawiciele tradycyjnego przemysłu i… niektórzy kucharze. “Sztuczne mięso jest przeciwnością wszystkiego w co wierzę. Traktuję je jak wroga za każdym razem, gdy sprawia, że rozmawiamy o jedzeniu jak substancji odżywczej  bez uwzględnienia szczęścia, radości i magii jaką daje” – mówił Anthony Bourdain i dodawał, że zanim sięgniemy po sztuczne mięso powinniśmy zacząć mniej marnować tego, które hodujemy i wykorzystywać nie tylko wybrane kawałki zwierząt. Ale tej rewolucji nie da się już zatrzymać.

Rolnictwo komórkowe to przyszłość przemysłu spożywczego, za którym ostatecznym argumentem jest stale rosnąca konsumpcja mięsa, co przy nieefektywności jego wytwarzania (choćby pod względem przestrzeni potrzebnej do produkcji paszy zwierzęcej) i dramatycznych skutkach dla środowiska (produkcja zwierzęca odpowiada za emisję aż kilkunastu procent szkodliwych gazów cieplarnianych) wydaje się być jedynym rozsądnym rozwiązaniem.

“Kochanie, nie zapomnij wstawić komórki”
Najtęższe biznesowe głowy ze Scottem Gallowayem (szef L2 i wykładowca-wizjoner biznesu na nowojorskim Stern)  na czele prognozują, że to właśnie “spożywka” będzie areną kolejnych rewolucyjnych zmian gospodarczych. Wystarczy spojrzeć, jak płyną ostatnio pieniądze w wielkim biznesie: Tyson Foods, jedna z największych na świecie firm przetwarzających mięso, uruchomiła w 2016 roku fundusz VC, który z zapałem inwestuje w mniejszych graczy zajmujących się laboratoryjną hodowlą mięsa. Od dwóch lat intensywnie na tym rynku inwestuje jedzeniowy gigant – fundusz New Crop Capital, którego portfolio wygląda dziś jak spis treści do tego, co będzie się działo z naszym jedzeniem w najbliższej przyszłości.

Nowe technologie niezwykle przyspieszyły prace nad pozyskiwaniem mięsa i białka zwierzęcego alternatywnymi metodami. Innowacje doczekały się nawet  własnej nazwy – FoodTech. Jaki będzie następny krok w tym szaleńczym wyścigu? Najpewniej jedzenie z komórek będziemy hodować sobie sami w domu. I choć brzmi to dziś  jak sci-fi, to jeszcze kilkanaście lat temu kosmosem wydawało się to, że będziemy badać swoje DNA przy pomocy szybkich testów z internetu.

Te zmiany oznaczają ogromne wyzwania dla polskiej gospodarki, w której tradycyjny przemysł spożywczy wytwarza dziś ok. 3 proc. PKB i tworzy miejsca pracy dla 15 proc. wszystkich pracujących Polaków (dane GUS).

 
Categories

Rahim Blak: człowiek, którego kupisz w sieci

Jego pomysły kupują nawet ci, których wkurza. Na polskiej scenie młodych przedsiębiorców pojawił się niczym metoryt – pewny siebie showman, południowiec z duszą artysty, odważny innowator i pragmatyk robiący biznes na chłodno. A ostatnio też człowiek, który sprzedaje na internetowej giełdzie samego siebie. Kim jest Rahim Blak, który w tym roku zawojował polski marketing?

 

Agata Kowalczyk, HiCash: Chcesz być polskim Garym Vaynerchukiem?
Rahim Blak, edrone: Powiem szczerze: wierzę, że osiągnę więcej niż Gary. Chciałbym oczywiście mieć tak dużą firmę i taką rozpoznawalność na świecie jak on, ale – w książce “Ask Gary Vee” Gary mówi, że żałuje, iż prowadząc agencję, nie stworzył własnych technologii. To własna technologia pozwala zbudować skalowalny biznes. Ja taką technolgię stworzyłem. Jedna z moim firm – edrone, to jest od początku zbudowany CRM dla sklepów internetowych. Już dzisiaj jest firmą globalną z oddziałami w Brazylii, Indiach czy Berlinie. Ja w samym edronie widzę potencjał stworzenia większej firmy niż agencja Garego. Nie chcę, żeby to zabrzmiało arogancko, ale prędzej chciałbym być polskim Elonem Muskiem, z ktorym łączy mnie ambicja i chęć podbicia świata.

Poza tym nie chcę być jak ktoś, bo to by oznaczało, że kogoś naśladuję, a ja mam jednak duszę artysty i dla mnie najważniejsze w życiu jest bycie oryginalnym. Kiedy jestem oryginalny, to jestem sobą, wprowadzam coś nowego do świata.

Jednak to skojarzenie z Garym nie daje mi spokoju. Coś Cię łączy z Garym oprócz charyzmy i aktywości w mediach społecznościowych?
Na pewno wiele nas łączy: on jest z Białorusi, ja jestem z Macedonii. Tak jak ja otworzył agencję, która zaczynała od social mediów. Jesteśmy też przedsiębiorcami, którzy przemawiają i mamy podobny rodzaj ekspresji. Nie powiedziałbym jednak, że ktoś kogoś naśladuje. To zbieżność przypadkowa.

Ostatnio wszędzie Cię pełno. Co się nagle stało?
Wcześniej mnie nie było, bo prowadziłem firmy: agencję social media, potem współtworzyłem edron i wiele innych przedsięwzięć, które były mniej lub bardziej udane. Doszedłem do prawie stu pracowników, za chwilę będę ich miał prawie stu pięćdziesięciu. To jest jednak praca w cieniu. Długo sądziłem też, że budowanie marki osobistej to jest strata czasu, jakiś objaw narcyzmu. Dopóki nie okazało się, że to wzmacnia markę pracodawcy, przyciąga klientów i ma potencjał biznesowy.

Robisz dużo szkoleń, a na scenie czujesz się jak ryba w wodzie. Uczyłeś się tego?
Nigdy nie uczyłem się technik, bo one z jednej strony mogą pozwolić ci robić coś lepiej, ale
z drugiej zabijają oryginalność. Czasami niedoskonałości są lepsze. Dla mnie najważniejsze jest bycie twórcą, bycie artystą. Uważam, że człowiek uczy się tylko w jeden sposób: przez doświadczenie. Mam za sobą po prostu bardzo dużo wystąpień, bo w swojej firmie byłem sprzedawcą i zawsze jeździłem do klientów, przemawiałem na spotkaniach networkingowych, dziś zdarza mi się mieć dwie konferencje dziennie.

Porozmawiajmy o Twojej najświeższej inicjatywie – RahimCoinie. Wypuściłeś tokeny personalne, dzięki którym ludzie mogą kupić udziały w Tobie.
To nie są typowe tokeny personalne. Nie są powiązane ze mną jako osobą, a z moim majątkiem, czyli zamiast firmy sprzedaję siebie jako przedsiębiorcę prowadzącego firmy.

Skąd pomysł, że coś takiego może się przyjąć?
Wywodzę się ze środowisk startupowych i jako startupowiec miałem do czynienia z różnymi funduszami inwestycyjnymi. Zauważyłem, że inwestują one w startupy, za którymi stoją konkretni ludzie. Wysnułem wniosek, że gdyby te fundusze inwestowały w ludzi, którzy na przestrzeni swojego życia mogą podjąć 20 prób zbudowania startupów, to mieliby większe szanse na sukces. Zawsze myślałem o tym, że jeśli w wieku pięćdziesięciu lat się skeszuję, to zostanę inwestorem, ale będę inwestował w ludzi, nie w firmy. To się bardziej opłaca, to jest prosta matematyka.

Ma to sens, szczególnie, że jak przychodzi po pieniądze do inwestora startup na bardzo wczesnym etapie, to bardzo często to ten właśnie zespół, ludzie w projekcie, są jego największą wartością.
Tak. Po pierwsze: ważny jest zespół, a po drugie: ci ludzie często podejmą kilkanaście prób. Ja mam cztery firmy, a inwestor cztery lub pięć lat temu zainwestował w jedną z moich spółek, i to akurat tą najsłabszą. Mówiłem mu: zainwestuj we mnie, nie w spółkę, ale mnie nie posłuchał. Gdyby to zrobił, byłby teraz bogaty. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że tak jak to się dzieje w świecie sztuki, będę inwestował w ludzi. Artyści, gdy podpisują z kuratorem umowę, to tylko jedną rzecz mają obiecać – że przez resztę życia będą malować. Wtedy to, co namalują później, wpłynie na cenę obrazu, który stworzą teraz.

Jak wpadłeś na to, że właśnie emisja personalnych tokenów jest dobrą formą do wprowadzenia w życie takiego inwestowania?
Pewnego dnia spotykałem ludzi, którzy zaczęli mi mówić o personalnych tokenach, o tym, że ludzie emitują swoje tokeny w sieci. I że te tokeny potem są na blockchainowych giełdach, czyli w rejestrze rozproszonych danych. Powiedzieli, że token oznacza wartość emitenta. Popatrzyłem na te tokeny personalne celebrytów i influencerów i się pytam: gdzie jest ta wartość? Celebryta na przykład emituje token, żeby ten, kto go kupi mógł pójść na jego koncert. No super. Ktoś kupuje mój token, żeby zostać moim fanem? Ja tego nie rozumiem.

 No to jaką wartość Ty oferujesz tym, którzy kupią Twój token?
Kupującym RahimCoiny daję udział w swoich zyskach. Czym się różni mój token personalny? Ja się nie czuję ani influencerem, ani celebrytą. Ja przede wszystkim jestem przedsiębiorcą. Inwestując we mnie, dajesz mi pieniądze, a ja za to założę 20 biznesów, z których być może dwa będą jednorożcami. Mało tego, ja wprowadzam już swój majątek, który przez różne fundusze jest wyceniany na prawie sto milionów złotych, bo jest to agencja i jest to edrone. Co łączy te biznesy? Ja. Więc kupując token, inwestujesz we mnie.

Jak się emituje taki token?
Wejście na giełdę blockchainową zajęło mi 25 minut. Wejście na tradycyjną giełdę zajęłoby mi rok. W nocy wprowadziłem siebie na giełdę, a następnego dnia – 22 maja, ogłosiłem przedstawiłem pomysł na InfoShare. Połowa sali mnie wyśmiała, bo nie zrozumiała, a ja wychodzę po prelekcji i patrzę: osiem osób kupiło moje tokeny. Stwierdziłem, że nigdy nie miałem tak dynamicznie rozwijającego się biznesu. Powstała szybka wycena na 60 mln zł i codziennie od kilku tygodni sprzedaję te moje akcje. Wow.

Nie obawiasz się, że założysz jeszcze wiele dochodowych biznesów i w pewnym momencie nie będziesz chciał się zyskami dzielić w ramach RahimCoinów?
Ja to rozumiem tak: jeśli wystawiasz coś na sprzedaż, czego nie chcesz sprzedawać, to nabiera to jeszcze większej wartości. Już dzisiaj mogę gwarantować odkup moich tokenów przeze mnie, pojawił się również pomysł, aby zagwarantować ich odkup przez moich spadkobierców po mojej śmierci, co chciałbym zapisać w testamencie. Ja bardzo nie chcę RahimCoinów sprzedawać i dlatego one mają swoją cenę. Jeśli ktoś teraz chce, żebym za zrobienie strony zapłacił tymi coinami, to ja wolę zapłacić normalnymi złotówkami, bo mi jest RahimCoin’ów szkoda.

 

A myślałeś o sytuacji, w której z jakichś powodów nie będziesz mógł tych tokenów odkupić i już nigdy nie staniesz się właścicielem siebie?
Na giełdzie mamy te same problemy, tylko bardziej zbiurokratyzowane.

Ale jednak sprzedając projekt, a nie siebie, masz nad tym nieco większą kontrolę.
Umówmy się, że ja nie sprzedaję swojego życia prywatnego, moich dzieci, ani prywatnego majątku. Ja sprzedaję moje biznesy, które łączy moja osoba. W takim ujęciu zawsze sprzedajesz siebie. Jakbym wystawił firmę na giełdę, to też akcjonariusze by się spodziewali tego, że ja będę jej prezesem. Na giełdzie mamy te same problemy, tylko bardziej zbiurokratyzowane.

Udostępniasz właścicielom tokenów swoje dane medyczne. To są bardzo wrażliwe i osobiste dane. Nie czułeś, że przekraczasz jakąś granicę?
Uważam, że jeśli ktoś inwestuje we mnie, to ja staję się głównym aktywem mojej organizacji. Ja jako to główne aktywo jestem podatny na różne problemy zdrowotne i informacja o mojej kondycji jest bardzo ważna. Ja dbam o swoje zdrowie, współpracuję z dietetyczką, muszę być w formie, żeby na przykład po nieprzespanej nocy z dziećmi przejechać 500 km do Poznania, zrobić 10 godzin szkoleń i po powrocie wykąpać jeszcze dzieci.

Jednak są sytuacje, w których informacja o Twoim zdrowiu może negatywnie wpłynąć na wycenę twoich udziałów…
Ja przy tworzeniu personalnego tokena mówię wyłącznie językiem korzyści. Niektórzy mnie pytają, po co ja dzielę się majątkiem, skoro token sprzedałby się bez tego. No ok, tylko ja się pytam, po co ktoś ma to kupić? Ja muszę robić to, co jest dobre dla inwestorów. Przyznam, że też trochę prowokuję: po tym jak wrzuciłem post o tym, że będę publikował swoje badania lekarskie, wiele osób go hejtowało, ale prawda jest taka, że zaraz po tym sporo kupiło udziały.

 A więc to prawda: nieważne jak mówią, byle mówili?
 Wszystko chyba tak działa. Jak powiedział Steve Jobs: “jeśli chcesz, żeby cię wszyscy lubili, to sprzedawaj lody, a nie bądź liderem”. Ja nie mogę się podobać wszystkim, po prostu robię swoje, zawsze będzie się komuś nie podobać. To jak z wystąpieniami. Dopóki połowa ludzi mówi, że są fajne, a połowa, że nie, to jest dobrze, a ja skupiam się na tych, którym się to podoba. Jestem południowcem, mam taki rodzaj ekspresji, która nie każdemu leży. Robię swoje. Liderzy nie mogą być konformistami.

Kolejny projekt to…
Pierwsza na świecie giełda blockchain dedykowana markom osobistym i przedsiębiorcom.

Kiedy?
W 2019.

Powodzenia i dzięki za rozmowę!
To był dooobry wywiad. Dzięki, do zobaczenia!

 
Categories

Boty nasze wyborcze

Zaczęło się. Kampania do wyborów samorządowych nabiera tempa. I po raz kolejny w historii polskich elekcji do walki o głosy wyborców stają fałszywe konta, które w serwisach społecznościowych z zaskakującym zaangażowaniem rozsiewają polityczne treści. O prowokację łatwo jak nigdy, o sens coraz trudniej.

Specjalistka od wizerunku w sieci Anna Mierzyńska przeprowadziła analizę ilościową kont, które rozpowszechniały na Twitterze treści związane z najważniejszymi kandydatami na włodarzy stolicy w zbliżających się wyborach samorządowych (o stanowisko obok Jakiego z PiS walczy Trzaskowski reprezentujący PO). Następnie sprawdziła najaktywniejszych internautów opowiadających się po każdej ze stron. Okazało się, że sześć spośród dziesięciu najbardziej zaangażowanych po stronie Jakiego użytkowników to zautomatyzowane boty. Najbardziej aktywny z nich produkował 45 tweetów dziennie.

Po “akcji warszawskiej” temat botów w polityce (tzw. polibotów) nie czekał długo na odgrzanie, bo nie minęło kilka dni, a “Gazeta Polska” doniosła, że zautomatyzowane, zarządzane z jednego miejsca przekazy pochodzące z fałszywych kont wspierają na Twitterze przemysł futrzarski. Część z nich została założona w listopadzie ub. roku czyli właśnie wtedy, gdy do Sejmu trafił projekt zakazu hodowli zwierząt na futra.

To nie jest początek przygody polskiej polityki ze światem sztucznych kont w mediach społecznościowych – to na kampanii z 2015 roku uczyliśmy się, że algorytm w internecie może podszywać się pod osoby. Od tamtego czasu sporo wody upłynęło w Wiśle i w Potomaku, a spece od marketingu politycznego dostali kilka ważnych lekcji tego, jak się robi  współczesną kampanię przy wsparciu botów, trolli i fake newsów – z ostatnią kampanią prezydencką w Stanach na czele. Szykujmy się na najgorsze,

Prowokacja? Bardzo proszę
Jest jedna bardzo ważna cecha botów. O ile łatwo wyśledzić sieć sztucznych, głoszących jedną ideę i wspierających się wzajemnie kont, to bardzo trudno wskazać ich źródło. Do tej pory politycy wykorzystywali tę słabość w kampaniach w mało wysublimowany sposób: rozprzestrzeniali pochwały na swój temat i szykany na temat politycznych przeciwników. Ale  w miarę jak społeczeństwo staje się bardziej wyedukowane w temacie, schemat działania również będzie się zmieniał, i aż kusi użycie botów jako narzędzia prowokacji.

Wystarczy kupić skromną, wartą kilka tysięcy złotych kampanię przeprowadzoną przez boty na korzyść swojego oponenta. Najlepiej, żeby była kwadratowa w przekazie i na kilometr zalatywała podpuchą. Potem temat sztucznych kont wystarczy umiejętnie podsunąć i wykorzystać fakt, że o źródle kampanii realizowanych przez boty wnioskujemy tylko po treści przekazu. Jeśli będzie wychwalała naszego przeciwnika, wykrycie podstępu stanie się praktycznie niemożliwe – tak przynajmniej twierdzą spece z Oksfordu, którzy nad propagandą w sieci pracują w specjalnie powołanym do tego zespole.

Facebook chce zapobiegać takim praktykom m.in. przez konieczność wskazywania zlecającego kampanie reklamowe o treściach politycznych. Wprowadzenie zmian technologiczny gigant zapowiadał już w styczniu, ale sprawdziliśmy to – w polskiej wersji serwisu jeszcze nie działa. No i zmiana dotyczy tylko treści płatnych, więc nie dotyczy sztucznych kont, z których nadają boty.

To tylko automatyzacja?
Nie wszystkie próby wykorzystania technologii do komunikacji w kampanii wyborczej muszą polegać na manipulacji – zaznaczają spece z Oksfordu. Pojawiają się też głosy, że wykorzystanie botów do komunikacji politycznej to po prostu automatyzacja działań, które w polityce wykorzystywane są od lat.

Czym różnią się wykrzykujące zaprogramowane hasła boty od ludzi spędzanych na wiece, polityków recytujących mantry partyjnych “przekazów dnia” czy internetowych słupów wykorzystywanych dotąd w kampanijnych szeptankach? Na pewno spece od kampanii wyborczych nie wymyślili niczego nowego. Po prostu wykorzystali nowe narzędzia do zwiększenia zasięgu starych sztuczek.

W czym więc problem? Internetu żal. Jaki sens ma dla przeciętnego użytkownika branie udziału w dyskusjach w sieci zaspamowanych przez roboty? Może użytkownicy też powinni zautomatyzować swoje aktywności w mediach społecznościowych i zaprogramować sobie boty tak, żeby wypowiadały się na kilka interesujących ich tematów, na przykład “globalne ocieplenie”, “weganizm”, “legalizacja marihuany”, i pójść sobie na spacer.

Świetny pomysł, prawda? Moglibyśmy zabierać głos, jednocześnie nie biorąc udziału w debacie. Jaka oszczędność czasu! Tylko, czy gdy już to wszystko zoptymalizujemy i zautomatyzujemy to będzie to miało jakikolwiek sens? W zrobotyzowanym świecie komunikacji już nikt nikogo do swoich racji nie przekona, bo nikt nikogo nie będzie miał szansy wysłuchać. Tak będzie wyglądał koniec publicznej debaty w internecie i koniec roli sieci jako współczesnej Agory.

Kłopot polega na tym, że nie umiemy teraz skutecznie wykrywać botów – nasz oręż jest skromny w starciu z armią sztuczniaków. Zanim więc nie wymyślimy jakiegoś zautmatyzowanego sposobu na wycinanie ich z publicznej debaty, jesteśmy skazani na ręczne zgłaszanie wszystkich podjerzanych kont. Co Wam podczas najbliższej kampanii wyborczej serdecznie polecam.

 
Categories

Klient idealny? Zombie na dopaminowym haju

Technologia przeszła długą drogę od zwykłych narzędzi, które miały wesprzeć człowieka mocą obliczeniową i szybkim transferem do mechanizmów, które realnie wpłynęły na życie, przekonania i zachowania każdego z nas. Pytanie dziś nie brzmi już czy tak jest, tylko czy jesteśmy skazani na rolę bezwolnych pacynek.

 

Zarówno planując serwisy internetowe, jak i ulice, twórcy chcą wpływać na nasze zachowania. W serwisie chodzi o to, żeby po dodaniu produktu do wirtualnego koszyka klient przeszedł do strony płatności, czy – jak w wypadku serwisów społecznościowych – sprawdzał powiadomienia częściej niż kilka razy dziennie. Architektom projektującym jezdnię chodzi o to, żeby piesi przechodzili przez nią wyłącznie na pasach, a kierowcy zwalniali w wyznaczonych miejscach. Sprzedawcy w sklepach wykorzystują techniki perswazyjne, żeby sprzedać nam produkt.

Dlaczego więc oburzamy się, gdy okazuje się, że twórcy internetowych serwisów takich jak Facebook stosują perswazję? Okazuje się, że technologia z właściwą sobie precyzją optymalizuje procesy doprowadzania nas do podjęcia jedynie słusznej decyzji czy wywołania konkretnego zachowania. Wykorzystując do tego najnowszą wiedzę z zakresu budowy i działania mózgu jest w stanie kierować naszym życiem, pozostawiając nas w błogim przekonaniu, że decyzje podejmujemy sami.

Superużytkownik
Wraz z aferą Cambridge Analytica i przesłuchaniami Marka Zuckerberga w Kongresie pod strzechy trafiła wiedza o tym, jak wiele serwisy takie jak Facebook o nas wiedzą i jak bardzo ta wiedza jest wykorzystywana, żeby wpływać na nasze zachowania i decyzje. “Czy serwisy społecznościowe zatrudniają firmy konsultingowe, które pomagają im w wytworzeniu u użytkowników pętli odpowiedzi dopaminowej po to, żeby nie opuszczali platformy?”- pytał Zuckerberga podczas przesłuchania senator Ben Sesse.

“Nie, nie mówimy o tym w ten sposób i nie w ten sposób budujemy nasze zespoły produktowe” – odpowiadał Zuckerberg. Ale praktyka projektowania najnowocześniejszych aplikacji i usług internetowych każe wątpić, że Facebook nic o związkach zaangażowania użytkowników z poziomem wydzielanej przez ich organizm dopaminy nie wie.

Słowom Zuckerberga przeczą słowa byłego pracownika Facebooka Chamatha Palihapitiya, który w grudniu ubiegłego roku przyznał, że zmaga się z poczuciem winy w związku ze swoją pracą w serwisie i tworzeniem narzędzia, które “niszczy fundamenty, na których zbudowane jest społeczeństwo”. O zburzenie podstaw publicznej dyskusji i współpracy, dezinformację i rozprzestrzenianie nieprawdziwych treści oskarżył wywoływane przez to narzędzie krótkotrwałe cykle zachodzące w mózgu powiązane z wydzielaniem dopaminy. “Nie zdajecie sobie z tego sprawy, ale jesteście programowani” – ostrzegał widzów podczas wywiadu dla telewizji CBS.

O co chodzi z tą dopaminą?
Dlaczego w świecie technologii i w ogóle w biznesie unika się dopaminowego tematu? Bo temat jest grząski. I to bardzo. Dopamina to co prawda bardzo lubiana przez nasz mózg substancja, wydzielamy ją sobie na przykład podczas jedzenia i seksu, ale regulujący jej wydzielanie tzw. układ nagrody może się wymknąć spod kontroli.  Wtedy zamieniamy się w poszukujące dopaminowych strzałów zombie.

Cała zabawa z układem nagrody polega na tym, że działa on w dwóch fazach: przygotowania i konsumpcji. Przy czym, co najciekawsze, najwięcej dopaminy (czyli przyjemności) dostarcza nam mózg, gdy czekamy na nagrodę. Ten mechanizm nieustannie pobudzają w nas czerwone cyferki przy powiadomieniach na Facebooku.

Widzimy czerwoną ikonkę powiadomienia i już wiemy, że ktoś zareagował na nasz wpis, ale jeszcze nie wiemy, czy to like, czy może ikonka “wrrr”. Nie wiemy, czy dostaliśmy nagrodę czy karę. Mamy 50 proc. szans i jesteśmy na tyle dziwnym gatunkiem, że najprzyjemniej czujemy się właśnie wtedy. Nie wtedy, gdy prawdopodobieństwo uzyskania nagrody wynosi 80 proc. – nasz mózg kocha rosyjską ruletkę: ma być pół na pół.  Wtedy poziom dopaminy jest najwyższy.

Serwowanie w krótkich cyklach naszemu mózgowi następujących po sobie faz oczekiwania na nagrodę i nagrody sprawia, że oddajemy swoje życie w szpony dopaminowego cugu. Stajemy się superuzależnionymi superużytkownikami.

Tak działa na nas Facebook, Instagram, Tinder, LinkedIn czy Snapchat. Tak wciągają nas gry komputerowe i hazard. Im więcej wiedzy o mózgu i jego działaniach na poziomie neurobiologii mają firmy, tym łatwiej jest im kierować naszymi zachowaniami bez potrzeby przekonywania nas do czegokolwiek.

Czy nasza sytuacja jako użytkowników i konsumentów jest dziś beznadziejna? Nie do końca. Naszą bronią jest wiedza – tak łatwo dostępna dziś w internecie. Tylko jeśli  na poziomie naukowym zrozumiemy sami siebie, jak działamy i co nami kieruje, będziemy w stanie sami siebie chronić przed niechcianą perswazją. I znów poczujemy się jak homo sapiens, człowiek myślący, a nie człowiek- pacynka

Więcej o działaniu dopaminy 

Więcej o kaptologii czyli technikach perswazyjnych w technologii

 

 
Categories

Na testy genetyczne wydajemy już 88 mln zł rocznie. Płacimy, choć nie zawsze wiemy za co

Ze śliny wróżymy swoją przyszłość, na podstawie wymazu z policzka ustalamy, czy naszych przodków nie przywiało ze stepów Mongolii, a z plam na pościeli dowiadujemy się o zdradach partnerów. Okazuje się, że Polacy pokochali testy DNA. W ciągu dwóch lat wysokość wydatków na nie wzrosła u nas o 120 mln w skali roku! Brak regulacji sprawia jednak, że ten rynek to w Polsce prawdziwy Dziki Zachód.

“Podejrzewając swojego partnera lub partnerkę o niewierność, warto wykonać szybki test zdrady” – zachęca jedna z firm oferujących laboratoryjne badanie, które za niecały tysiąc złotych wykrywa, czy na przedmiotach (pościeli, bieliźnie) nie znajduje się przypadkiem sperma kochanka. Jest też w stanie sprawdzić, czy pochodzi ona od osoby, którą o bycie kochankiem podejrzewamy (to już na podstawie porównania z mikrośladami zostawionymi przez podejrzanego na niedopałku papierosa czy szklance). Choć oferta to kontrowersyjna, to jest tylko jedną z setek usług oferowanych w internecie przez polskie firmy i laboratoria zajmujące się analizą próbek DNA.

Okazuje się, że w Polsce rynek testów DNA kwitnie. W 2015 roku wydaliśmy na nie 80 mln złotych, a w 2017 już 200 mln (w tym 46 proc. wydatków pokrył NFZ). Nie odstajemy od światowego trendu: do 2020 roku globalny rynek testów genetycznych ma być wart 340 mln dolarów. Popyt rośnie, więc i pomysłów na komercyjne wykorzystanie genetyki jest coraz więcej.  

Zdrowie najważniejsze
Niemal połowa z około miliona wykonywanych w Polsce rocznie testów to profesjonalne badania pod egidą NFZ – refundowane są m.in. badania w kierunku raka piersi, jelita, autyzmu, niepłodności, mukowiscydozy, celiakii, nietolerancji laktozy czy głuchoty wrodzonej. Ale wielu – w tym najnowszych metod mikromacierzy aCGH, w koszyku świadczeń nie ma. Polacy chętnie szukają medycznych nowinek w Internecie i badają się na własną rękę.

Z własnej kieszeni kupujemy głównie testy,  które mówią nam, czy jesteśmy w grupie ryzyka zachorowań na niektóre nowotwory, sprawdzamy też nasze predyspozycje do występowania alergii. Wśród popularnych wyborów Polaków znajdziemy również bardzo pragmatyczne zastosowania genetyki: testy na ustalenie ojcostwa, wspomniane testy zdrady, czy testy genealogiczne, które powiedzą nam co nieco o pochodzeniu naszych przodków. Wydajemy na nie jednorazowo od 85 zł do 2800 zł.

Hitem stały się  kompleksowe przeglądy genetyczne. W odpowiedzi na przesłaną próbkę śliny dostaniemy za nieco ponad tysiąc złotych raport o naszych genach: dowiemy się, czego nie powinniśmy jeść, a czego naszemu organizmowi brakuje, czy mamy gen otyłości, wrodzoną empatię lub czy istnieje u nas ryzyko wystąpienia schizofrenii. Przez internet, łatwo i szybko.

Kolejny kierunek rozwoju komercyjnej genetyki to personalizowanie oferty pod DNA klienta. Najbardziej znanym jak dotąd przykładem jest vinome.com, które dobiera klientowi wina nie na podstawie prostackich referencji w stylu: wytrawne, półwytrawne, czerwone lub białe, a na podstawie informacji zawartych w próbce przesłanego przez nich DNA.

Polska – biała plama na mapie genetyki
Co zaskakujące, na dynamicznie rosnącym polskim rynku mamy bardzo mało specjalistów od wykonywania profesjonalnych badań genetycznych. Według Najwyższej Izby Kontroli w pięciuset laboratoriach (również sądowych) pracują w Polsce tylko 352 osoby ze specjalnością laboratoryjna genetyka kliniczna.

Taka mała liczba specjalistów każe bacznie przyglądać się ofertom i sprawdzać, czy placówki, które wykonują testy mają jakiekolwiek certyfikaty.

W Polsce brakuje też regulacji zapewniających jakość i bezpieczeństwo oferowanych na rynku badań.

W kwietniu br. w sprawie wolnej amerykanki na komercyjnym rynku usług badań genetycznych w Polsce i braku kontroli nad jakością oferowanych testów genetycznych zwrócił się do Ministra Zdrowia Rzecznik Praw Obywatelskich. Ale prace nad polską ustawą o badaniach biomedycznych i bankowaniu, która uporządkowałaby rynek, ślimaczą się od kilku lat. Tym razem Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że projekt ustawy trafi do Rady Ministrów do września tego roku.

O czym warto pamiętać kupując test DNA?

  • Nie tylko geny decydują o rozwoju choroby – w większości przypadków ogromny wpływ na ich rozwój ma nasz styl życia. Geny to nie wyrok.
  • Nie wszystkie choroby nowotworowe są dziedziczne – tylko 10 proc. rodzajów raka to choroby uwarunkowane genetycznie, o rozwoju znacznej większości decyduje nasz styl życia.
  • Standardowe testy wykrywają tylko najpopularniejsze mutacje genów – a wiele chorób rozwija się, gdy powstanie odpowiednia konfiguracja wielu sekwencji genotypu. Można więc sobie niepotrzebnie napędzić stracha.
  • Sprawdź, kto i w jaki sposób przechowuje dane o Twoim DNA – dane dotyczące predyspozycji do chorób zakodowane w Twoim DNA to najbardziej wrażliwe dane na świecie, które byłyby niezłym kąskiem, chociażby dla banków udzielających kredyty. Najważniejsze jest to, żeby dane były szyfrowane przez laboratoria wykonujące badania, a szyfrowanie potwierdzał odpowiedni certyfikat. Chodzi o to, żeby firma, u której zamawiamy badanie, w żadnym momencie nie mogła przypisać wyników do Twojego nazwiska lub adresu IP. Niestety, z raportu NIK wynika, że ochrona tych danych w Polsce wciąż kuleje.
  • Wyniki testów genealogicznych są uzależnione od tego, jak dużo i jakiego materiału genetycznego zostało przebadane wcześniej (jeśli nie ma w puli informacji na przykład o sekwencjach DNA osób z Hiszpanii, badanie nie wykaże nam iberyjskich korzeni). Warto sprawdzić geny, których populacji są możliwe do wykrycia w konkretnym badaniu.

 

 

 
Categories

Będziesz zwycięzcą? Jak mówcy motywacyjni wciskają nam ściemy

Mówienie o szczęściu w biznesie stało się niepopularne, bo każdy dziś chce być zwycięzcą i wszystko zawdzięczać sobie. Iluzję podsycają ci, którzy sukces już odnieśli i chcą nam sprzedać receptę na niego w formie prostej niczym przepis na pomidorową. Tymczasem naukowcy przekonują, że oprócz naszej osobistej motywacji, naszego “chcenia”,  istnieje też rzeczywistość, której sporą częścią rządzi przypadek.

 

Co jest największym czynnikiem sukcesu firm i ludzi? “Timing” – odpowiadają doświadczeni przedsiębiorcy, czyli po polsku: bycie w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Tylko co to znaczy? Kiedy jest ten właściwy czas? Czy przypadkiem pod terminem “timing” nie ukryliśmy zwykłego szczęścia, które jest zupełnie poza sferą naszego wpływu? Może bardzo boimy się tego, że wbrew temu, co wkładają nam do głowy mówcy motywacyjni, tak naprawdę bardzo dużo rzeczy jest poza naszym wpływem?

“10 nawyków ludzi sukcesu”, “7 rzeczy, których nie robią milionerzy” – takie tytuły to dzisiaj w internecie murowane clickbaity. Klikamy, bo gdzieś po cichu wierzymy, że jeśli będziemy jeść, czytać i robić to co Bill Gates, to zostaniemy Billem Gatesem.

W odpowiedzi spore grono naukowców każe nam się puknąć w czoło. I, tak jak Robert Frank, profesor ekonomii na Uniwersytecie Cromwell, mówią że o sukcesie decyduje również przypadek, czyli szczególny zbieg okoliczności zewnętrznych, niezależnych od talentu, predyspozycji i ciężkiej pracy.

Frank udowadnia to matematycznie. Podaje m.in. przykład dwóch grup składających się ze 100 tys. sportowców o różnych predyspozycjach i umiejętnościach  – w jednej o zwycięstwie decydują wyłącznie one, w drugiej dwa procent czynników decydujących o zwycięstwie stanowi szczęście losowo rozłożone pomiędzy sportowców. Co się okazuje? W pierwszej grupie wygrywają najlepsi, w drugiej wygrywają osoby, które miały po prostu więcej szczęścia.

Cyborgi na ścieżce sukcesu
Spragnieni sukcesu, robimy wszystko, żeby jak najwcześniej zacząć go kontrolować. Niedouczone dzieci, źle prowadzone firmy i kompletny brak zrozumienia samych siebie – takie efekty zdaniem Annie Murphy Paul, autorki książki “The Cult of Personality Testing”, osiągamy nadmiernie ufając coraz popularniejszym testom predyspozycji. W założeniu mają nam one pomóc rozpoznać nasze mocne strony i  rozwijać się w tych dziedzinach, w których mamy szansę na sukces , ale zdaniem autorki  dzieje się coś zupełnie odwrotnego.

Miliony ludzi na świecie na podstawie przeprowadzanych w dzieciństwie testów predyspozycji podejmuje (zwykle przy udziale rodziców) decyzje o wyborze ścieżki edukacji i kariery. Annie Murphy Paul uczula jednak, że testy te nie uwzględniają natury człowieka, która przede wszystkim jest zmienna w czasie i  miejscu oraz targana sprzecznymi motywacjami. Zbyt wcześnie wprowadzając dzieci na wąską ścieżkę rozwoju, nie programujemy ich sukcesu, tylko zwyczajnie je ograniczamy.

Zamiast zwycięzców wychowujemy frustratów, którym nie dane będzie właściwe ludziom błądzenie i radość dochodzenia do celów metodą własnych prób i błędów.

Piekło benchmarków
Jeśli ludzie sukcesu nie są zaprogramowanymi na sukces maszynami, to może są czarnymi łabędziami, które nieoczekiwanie pojawiają się nie wiadomo kiedy i nie wiadomo gdzie? O niedocenianym wpływie niewiadomych pisze Nassim Nicholas Taleb w swojej pasjonującej książce “Czarny Łabędź. O skutkach nieprzewidywalnych zdarzeń”.

Taleb to były broker opcji, który rynek finansowy zna od podszewki. Twierdzi, że takich nieoczekiwanych zdarzeń jest na nim więcej niż spece od finansów chcieliby przyznać. I że z niezrozumiałym uporem stale je ignorujemy, nie mogąc się pogodzić z tym, że zarówno rynkiem, jak i życiem, kieruje głównie losowość. Wciąż ufamy tylko swoim obserwacjom, a więc temu co znamy. Idąc tą logiką: im mamy więcej danych o życiu Steve’a Jobsa, tym bardziej ufamy, że możemy jego sukces powtórzyć. Pomijamy przy tym wszystkie inne możliwe ścieżki osiągnięcia sukcesu tylko dlatego, że nie mamy dla nich odpowiednich “benchmarków”.

Autor “Czarnego Łabędzia” zauważył jeszcze jedną interesującą prawidłowość: gdy już wydarzy się coś, czego zupełnie nie przewidywaliśmy, mamy tendencję do racjonalizowania przeszłości. Nagle wydaje nam się, że właśnie coś takiego przeczuwaliśmy lub że do tego niezwykłego celu doprowadziła nas sekwencja działań składająca się na jasny przyczynowo-skutkowy ciąg. Może właśnie podobną iluzję próbują nam sprzedać mówcy motywacyjni, którzy chcą nas nauczyć, jak  powinniśmy żyć, żeby osiągnąć sukces?

Zwycięzco, jest nadzieja
Trochę to jednak smutne, że nasze życie w tak dużym stopniu targane jest różnymi nieprzewidywalnymi zdarzeniami i zależne od enigmatycznego szczęścia. Czy możemy coś z tym wszystkim zrobić?  Czy to znaczy, że możemy po prostu leżeć na kanapie i czekać aż się nam sukces przydarzy? Nie do końca.

Nikt nie twierdzi, że życiem kieruje wyłącznie przypadek. Psychologowie donoszą, że jednym z najważniejszych aspektów rozwoju osobistego jest zrozumienie tego, na co ma się rzeczywisty wpływ, a na co nie. Wtedy możemy naprawdę skupić się na pracy, która ma sens i odrzucić wszelkie omnipotentne sny o wielkości oparte o nasze fantazje  i oczekiwania co do rzeczy, na które wpływu nie mamy. One przyniosą nam jedynie frustrację i rozgoryczenie. To tak jakby Adam Małysz, będąc w szczytowej formie wierzył, że umie jeszcze zaklinać wiatr. Czy skakałby równie dobrze, gdyby jego uwaga skupiała się nie tylko na technicznych aspektach skoku, ale też na “kontrolowaniu” wiatru?

Na pewno nie zaszkodzi nam wczesne wstawanie, zdrowe odżywianie czy samodyscyplina. Dopóki nie uwierzymy, że właśnie dzięki temu wszyscy jak jeden mąż staniemy się zwycięzcami-milionerami.