Categories

Esport bardziej popularny niż koszykówka? To się musi wydarzyć

Pulę 92 milionów dolarów zgarnęli zawodnicy esportu na międzynarodowych turniejach w 2016 roku. Piętnaście tysięcy biletów na trybuny mistrzostw świata w League of Legends w Berlinie wyprzedało się w mniej niż 10 minut, a dwa lata później finały obejrzało przez internet aż 70 milionów widzów. Żaden sport nie rozwija się w takim tempie jak wirtualne rozgrywki.

Kto gra, kto ma?
W 2019 przychody z esportu na świecie mają – zgodnie z prognozami Lagardère Sports – wynosić 1,9 miliardów dolarów. To niemal dwukrotnie więcej niż w 2015 roku. Od kilku lat przychody w tej działce rosną konsekwentnie o średnio 40 procent rok do roku. Kto zarabia? Głównie zawodnicy, właściciele drużyn, wydawcy gier i organizatorzy turniejów. Kto płaci? Duże marki takie jak Coca Cola, Mountain Dew czy Red Bull. Aż 80 procent przychodów generowanych w esporcie to kasa ze sponsoringu i reklam. Reszta pochodzi z zakładów, nagród, organizacji turniejów, sprzedaży gadżetów i  biletów. 

Przychody w esporcie w 2017 roku
Łącznie: 969 mln dolarów przychodu
38% – sponsoring
22% – reklama
17% – opłaty dla wydawców gier
14% – prawa do transmisji
9% – sprzedaż gadżetów i biletów

dane Lagardère Sports

Cały rynek esportu jest obecnie wyceniany na 493 milionów dolarów (dane za Statista.com).

Kto ogląda?
Nie dziwi zainteresowanie dużych marek esportem, bo szacuje się, że obecnie interesuje się nim 365 mln ludzi na świecie. Do 2020 roku liczba kibiców esportu ma przewyższyć liczbę fanów koszykówki. Rozgrywkami w Counter Strike’a, DOTA 2 czy League of Legends ma być zainteresowanych za dwa lata już ponad 500 milionów osób na świecie. Żaden tradycyjny sport nie zyskuje na popularności w takim tempie.

Firmy inwestujące w esport znajdują  tu kanał dotarcia do najbardziej poszukiwanej obecnie przez reklamodawców publiczności, czyli osób w wieku 21-35 lat, osławnionych milenialsów. To właśnie oni stanowią 38 proc. kibiców esportu. 27 proc. to osoby poniżej 20 roku życia, a starszych niż 35 lat jest ok. 25 proc. Coraz większą grupę widzów wirtualnych rozgrywek  stanowią kobiety- to już 39 procent wszystkich oglądających.

Najwięcej nowej publiczności esport zdobywa w Stanach Zjednoczonych, potem w Europie, a dopiero na trzecim miejscu w mateczniku – Azji. Trzeba dodać, że na tej mapie Polska jest zaznaczona dużą kropką, bo jesteśmy dobrzy w “granie w gry”. Mamy świetnych zawodników i niesamowitą publiczność – zorganizowany w 2017 roku w Katowicach turniej Intel Extreme Masters zgromadził 46 mln widzów i jest w czołówce najlepszych wydarzeń esportowych ostatnich lat.

Przeczytaj też: Pierwsze profesjonalne centrum esportu powstaje w Warszawie. Branża rośnie, czas wejść do gry?

 
Categories

Elon Musk zbawia ludzkość, czy po prostu potrzebuje urlopu?

Być może Elon Musk jest fanem chińskiego sci-fi, być może czytał bestsellerowy Ciemny Las Cixin Liu. Tego nie wiemy. Wiemy za to, że jego najnowszy pomysł podłączenia ludzkiego mózgu do komputera i umożliwienia ludzkości telepatii wygląda jak inspiracja kosmitami z tej bestsellerowej powieści. Musk to wizjoner czy bardzo zmęczony szef firmy z bardzo słabymi wynikami? Nad odpowiedzią muszą bardzo intensywnie zastanawiać się inwestorzy, którzy powierzyli mu sporą kasę.

Neuralink ma być nowym produktem Elona Muska. Zapowiedział go co prawda w wywiadzie, podczas którego sztachnął się raz blantem, ale świat technologiczny zbyt dobrze zna Muska, żeby wątpić w to, że prezes Tesli przejdzie od słów do czynów. O tym, że biznes to dla robienie rzeczy ważnych udowodnił m.in. uparcie próbując wysłać w kosmos własnej produkcji rakietę Falcon Heavy. Po nieudanych próbach i szemraniach niedowiarków, udało się ją wysłać poza ziemską orbite i szybuje ona właśnie gdzieś w okolicach Marsa. To otworzyło nowy rozdział w wymyślonym przez fantastyków, a wdrażanym przez Muska szalonym pomyśle przesiedlenia części ludzkości na inną planetę lub przynajmniej umożliwienia nam takiej wycieczki.

Baza na Marsie. Fotografia pochodzi z prezentacji Elona Muska podczas 68. Międzynarodowego Kongresu Astronautycznego

Mało kto wie, że inne eakiety wyprodukowane przez SpaceX, kosmiczną firmę Muska, latają w kosmos niemal co miesiąc, świadcząc komercyjne usługi dla NASA oraz rządowych programów kosmicznych USA i Australii m.in. współtworząc nawigację satelitarną nowej generacji czy  ambitny plan zbierania i przekazywania na Ziemię  danych pogodowych niemal w czasie rzeczywistym. SpaceX ma więc – obok wdrażania  nieco wystrzelonego w kosmos pomysłu międzyplanetarnych podróży – również stronę biznesową. A przemysł kosmiczny to poważny i na pewno przyszłościowy biznes.

Musk wybiera projekty, których horyzont czasowy jest bardzo odległy. Mają szansę zwrócić się po wielu latach prób, badań i nieuniknionych porażek. Czy jego inwestorzy będą mieli wystarczająco dużo cierpliwości? Na pewno zastanawiają się, czy ich  pupil to genialny, dalekowzroczny wizjoner biznesu i czarny koń technologii przyszłości, czy zwykły marzyciel?

Naiwniak, wizjoner, wariat
Podstawowym projektem biznesowym Muska pozostaje Tesla produkująca elektryczne samochody.  I to właśnie ona budzi najwięcej wątpliwości. Gdy Tesla powstawała  w 2003 roku pomysł elektrycznego samochodu ładowanego w gniazdku wydawał się tak odległy, że Musk twierdzi, że dawał firmie tylko 10 proc. szans na sukces. Ale rynek uwierzył w opowiadaną przez niego – już jako CEO firmy historię o nowoczesnej sieci elektrycznej, która zrewolucjonizuje branżę motoryzacyjną. Wartość firmy rosła w oczach, a wielu analityków chętnie wskazywało Teslę jako dobrą opcję  inwestycyjną.

Czarne chmury nad Teslą zbierały się od jakiegoś czasu, ale to początek 2018 roku wzbudził najwięcej wątpliwości do przyszłości biznesu Muska. Przede wszystkim – wyniki finansowe. Musk nie dowiózł prognozowanej liczby modeli S Tesli – w tym roku miał zacząć sprzedawać 5 tys.  tygodniowo, a w pierwszych trzech miesiącach roku udało mu się sprzedać  9,8 tys. samochodów. W marcu okazało się, że 123 tys. sedanów modelu S ma wadliwy system wspomagania kierownicy i wracaj na taśmę. Ceny akcji Tesli w marcu po raz pierwszy od roku spadły poniżej 300 dolarów za sztukę. Bilans jest taki, że Tesla nie zarobiła jeszcze ani grosza, a wydaje – jak policzył Bloomberg – ponad 6 tys. dolarów na minutę i poprzedni rok zamknęła z długiem w wysokości 10 miliardów dolarów.

Co na to Musk? Obiecuje, że Tesla zacznie zarabiać już w trzecim kwartale tego roku. I wykonuje coraz bardziej nerwowe i niepokojące ruchy. – Jego zachowanie źle wpływa na wizerunek marki (…) Wierzymy, że Tesla zasługuje na lepsze przywództwo – skomentował w CNN sytuację w firmie Romit Shah, analityk rynku, który do niedawna rekomendował swoim klientom akcje Tesli, a w ten wtorek po raz pierwszy przy nazwie firmy napisał  “No Longer Investable”.

Bo problemy finansowe to niejedyne kłopoty Muska. Jeden z najbardziej znanych CEO na świecie tweetuje 15 razy dziennie. Zdarzają mu się niewybredne uwagi, jak ta, gdy jednego z nurków zaangażowanych w ewakuację drużyny chłopców z zatopionej na północy jaskini nazwał “pedo-guyem” tylko dlatego, że podważył on skutecznosć zaprojektowanej przez Muska łodzi, która miała uratować chłopców. To zaangażowanie Muska w coraz to nowe projekty zaczyna martwić i coraz bardziej wygląda na przykrywanie realnych problemów Tesli.

Człowiek konta maszyna
W gęstniejącej atmosferze pojawia się kolejny genialny (?) pomysł Muska: należąca do niego firma Neuralink ma w ciągu kilku miesięcy ogłosić produkt, który pomoże podłączyć człowieka do supermocy komputerów i sprawić, że jako superczłowiek będzie nie będzie musiał konkurować ze sztuczną inteligencją, a wykorzysta ją do swoich potrzeb. “Już teraz jesteśmy cyborgami” – stwierdził Elon Musk w podcaście “Joe Rogan Experience” i tłumaczył, że już dziś posiłkujemy się technologiami na przykład korzystając z wiedzy, do której dostęp dają nam na przykład nasze telefony. Musk chce po prostu skrócić drogę przesyłania danych z urządzeń do mózgu instalując w nim specjalne implanty. Implanty miałyby być odpowiednikiem wszystkich innych interfejsów (urządzeń, które pomagają połączyć ze sobą dwa inne urządzenia).

Takie bezpośrednie połączenie mogłoby, zgodnie z wizją Muska, odbywać się – niczym u pozaziemskich przybyszów z chińskiego sci-fi – pomiędzy mózgami poszczególnych osób. Nie musielibyśmy już ze sobą rozmawiać. Musk twierdzi, że stosowanie tej technologii stanie się możliwe w ciągu najbliższych 10 lat. Specjaliści od technologii  pod rękę ze specami od mózgu twierdzą jednak, że nie ma szans na tak szybkie wdrożenia. Wsadzenie w ludzki mózg implantu wymaga operacji medycznej, a urządzenia  lat testów i badań klinicznych zapewniających ich bezpieczeństwo (m.in. prób wykonywanych na zwierzętach).

Czy Musk po raz kolejny przestrzelił wyłącznie z terminem dowiezienia swojego superproduktu, czy kompletnie odkleił się od rzeczywistości i szybuje już po jakiejś kosmicznej orbicie? Dowiemy się jesienią 2028 roku. Do zobaczenia!

 
Categories

Grafen czeka na swojego Jobsa. Na razie jest fajna kurtka

Grafen miał być materiałem, który wywoła technologiczną rewolucją na miarę krzemu. Tymczasem ultracienki materiał o niesamowitych właściwościach wciąż czeka na tęgie mózgi, które znajdą dla niego rynkowe zastosowania. Właśnie wyprodukowano pierwszą kurtkę, która sprytnie wykorzystuje jego zalety. Czy przetrze szlaki kolejnym produktom?

Grafenowa kurtka wyprodukowana przez amerykańską firmę Vollebak kosztuje 695 dolarów i działa jak  supertermofor. To dlatego, że wzmocniony grafenem nylon potrafi nie tylko pobierać ciepło, ale również je magazynować. Doskonale je też przewodzi, czyli jest w stanie przesłać ciepło wytworzone w okolicach klatki piersiowej do bardziej wyziębionych części ciała, na przykład – jeśli założymy kaptur – ogrzeje nam głowę.

Kurtka Vollebak

Wystarczy przed wyprawą w góry położyć kurtkę na słońcu lub kaloryferze. Potem zakładamy ją tak, żeby grafenowa strona przylegała do ciała i materiał będzie stopniowo oddawał zgromadzone ciepło. Wystarczy wywrócić ją na drugą stronę, a zamiast grzać, zacznie nas chłodzić. Dodatkowym plusem kurtki jest to, że na grafenowej powierzchni nie mogą rozwinąć się bakterie.  Wiatrówka jest też lekka, wodoodporna i tworzona przy pomocy lasera, więc pozbawiona szwów. Tylko jedna z właściwości niezwykłego grafenu musiała w procesie produkcji zostać poskromiona: przewodzenie energii elektrycznej. Tym samym pomysłowy duet braci Tidball oszczędził swoim klientom  przypadkowych elektrowstrząsów.

Twórcy kurtki chcieliby za to, żeby ich produkt zainspirował innych do wymyślania kolejnych praktycznych zastosowań grafenu. To dlatego, że chociaż ulracienki materiał przewodzący energię ma niesamowity potencjał, wciąż jeszcze nie znalazł dla siebie miejsca wśród produktów codziennego użytku.

Bracia Tidball, twórcy outdoorowej marki Vollebak. Żródło: Vollebak.com

Polska Dolina Grafenowa?
W rozwój grafenu od 2010 roku zaangażowały się ośrodki badawcze z całego świata: również z Polski. Choć w naukowym wyścigu znajdowaliśmy się w peletonie i – dzięki pracy naukowców z Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych i 65 mln dofinansowania – udało się opantentować metodę wytwarzania wysokiej jakości grafenu, to do tej pory nie zbudowaliśmy w Polsce z niego kompletnych produktów. Finansów wystarczyło jedynie na zamknięcie fazy badań. Kolejne 37,6 mln zł mają trafić do Centrum Grafenu i Innowacyjnych Nanotechnologii dopiero w tym roku.

To, co do tej pory udało się nam wprowadzić na rynek, to półprodukty – Instytut Technologii Materiałów Elektronicznych sprzedaje na przykład arkusze grafenu o rozmiarach 50×50 cm. Bardziej zaawansowanych produktów, które przełożyłyby się na duże zyski, na razie brak. Przełomem może być zapowiedziana przez rodzimą firmę FreeVolt na ten rok premiera paneli słonecznych wykorzystujących grafen. Produkt – jak zapowiadają – ma zrewolucjonizować rynek energetyki słonecznej.

Nobel za taśmę klejącą
Historia grafenu zasługuje na znacznie lepsze zakończenie. Zaczęła się przecież fantastycznie: za odkrycie tego materiału w 2010 roku przyznano Nobla dwóm naukowcom z uniwersytetu w Manchesterze, którzy pozyskali grafen przy użyciu… taśmy klejącej.

Ten przyjęty z zachwytem materiał to nic innego jak znany nam z ołówków grafit, tylko w wersji slim: zbudowany tylko z jednej warstwy atomów. Długo naukowcy nie wierzyli w istnienie czegoś tak cienkiego, a jednocześnie zachowującego właściwości fizyko-chemiczne lepsze od królującego w przemyśle krzemu.

Tymczasem wystarczyło przykleić do grafitu taśmę klejącą, a następnie przykleić do niej kolejną taśmę i następną – tak żeby uzyskiwać na niej coraz cieńsze warstwy grafitu. I tak powstała wreszcie ultracienka powłoka, która nadal wykazywała właściwości przydatne do tworzenia maleńkich, ale bardzo wydajnych procesorów (nawet tysiąc razy wydajniejsze od krzemowych), do produkcji ekranów (grafen jest przezroczysty), w medycynie m.in. do produkcji sprężynek udrażniających żyły u pacjentów z miażdżycą oraz w wielu innych dziedzinach.

Teraz przed grafenem najtrudniejsza faza – komercjalizacji. Tak naprawdę to te firmy, które zbudują w oparciu o przełomowy materiał kompletne, gotowe do wejścia na rynek produkty, wygrają grafenową rewolucję. Apple nie wynalazło przecież ani dotykowego ekranu, ani bezprzewodowego internetu, a “jedynie” ubrało dostępne technologie w atrakcyjny produkt. Grafen wciąż czeka na swojego Jobsa.

 

 
Categories

Zbuduj sobie chałupę – jaskiniowe DIY podbija sieć

Filmik z człowiekiem, który przenosi się do epoki kamienia łupanego i przy pomocy kawałka kija i skały buduje sobie chałupę, obejrzało na YouTubie ponad 54 miliony osób. “Jestem przekonany, że gdyby dać mu wystarczająco dużo czasu, zbudowałby tym IPhone’a” – skomentował jeden z oglądających. Ale Primitive Technology to nie jedyny kanał promujący technologiczny powrót do korzeni. Czyżbyśmy zatęsknili za prostym, zrozumiałym światem przodków?


W czasach, gdy w sklepach możemy dostać wszystko: od jednorazowego grilla, po obrane, umyte i pokrojone warzywa, hitem sieci staje się człowiek, który składa siekierkę z kija i kamienia, lepi garnki i buduje chaty z gliny. Świetnie poradziłby sobie w ekipie neandertalczyków. Może z tym małym wyjątkiem, że nasz współczesny jaskiniowiec zarabia już na YouTubie. I to nieźle. Jego filmy na kanale Primitive Technology od 2015 roku były odtwarzane już 579 milionów razów.

Na filmach współczesnego jaskiniowca nie ma fajerwerków: na każdym z nich widzimy mężczyznę bez koszulki, który krząta się wśród drzew i przy akompaniamencie śpiewu ptaków wypala cegły,   plecie z trawy buty lub wymyśla sposób na ogrzewanie podłogowe w domu ulepionym ze znalezionych w lesie kamieni i własnej roboty cementu. “Ta chata jest lepsza niż mój obecny dom” – zachwyca się jeden z setek milionów widzów.

Twórca kanału, który przenosi oglądających do australijskiego buszu, to John Plant – trzydziestoparolatek, absolwent Wydziału Nauk Ścisłych i wielbiciel przyrody. Twierdzi, że budowanie rzeczy z tego, co znajdzie w lesie,  traktuje jak hobby. Na co dzień żyje jak wszyscy – mieszka w nowoczesnym budynku, je normalne posiłki i sprzedaje ubezpieczenia. Nie spodziewał się, że jego filmiki DIY zdobędą taką popularność w sieci.

Tymczasem w sieci rośnie liczba tutoriali  spod znaku “primitive tech”, które od filmików “preppersów” (ludzi przygotowujących się na koniec świata) różnią się tym, że pokazują nie tylko to, jak wykonać schron, broń czy łódź, ale przede wszystkim skupiają się na tworzeniu od zera przedmiotów codziennego użytku. W Polsce co prawda bardziej przyjęły się militarne techniki survivalowe, ale leśne DIY nieźle radzi sobie i u nas: Universal Survivial, Ekwipunek Dźwigany Codziennie czy Bushcraftowy to kanały, które mają już od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy wyświetleń.

 
Categories

Coraz więcej zagranicznych spółek, mało innowacji

Już 16 procent wszystkich nowych spółek w Polsce to firmy zakładane przez obcokrajowców – wynika z danych KRS. Biznes chcą robić u nas głównie przedsiębiorcy z Ukrainy i Białorusi. Niestety, większość zakładanych przez nich  firm to wciąż jednoosobowe działalności lub pośrednictwa pracy. Tymczasem Polsce marzy się napływ zagranicznych innowacyjnych firm technologicznych, które przyciągałyby nad Wisłę inwestorów i tworzyły atrakcyjne miejsca pracy, m.in. dla wciąż odpływających z kraju polskich programistów.

W pierwszej połowie tego roku w Polsce zarejestrowano 3658 spółek z zagranicznym kapitałem. Najwięcej, bo aż 45 procent na Mazowszu. To znaczy, że mamy obecnie około 66 tysięcy takich firm. Czym się zajmują? Głównie handlem, mechaniką samochodową, budownictwem i transportem. Gorzej nam idzie przyciąganie młodych innowacyjnych spółek – tylko 12 procent technologicznych startupów w Polsce ma wśród założycieli obcokrajowców (wynika z raportu Fundacji Startup Poland za 2017 rok).

Tymczasem kraje na całym świecie zabiegają właśnie o nich – młodych, oblatanych w nowych technologiach, gotowych tworzyć globalne firmy, a przy tym płacić miejscowe podatki, przyciągać dobrych specjalistów i rozwijać branżę technologiczną. Wiele państw wabi je specjalnymi warunkami: w Stanach znajdą 30-miesięczną bezwizową rezydenturę z darmowym biurem, w Chile ulgi na start i dofinansowanie, a we Francji nawet pomoc w zorganizowaniu życia osobistego w nowym kraju – program French TechTicket załatwia zdolnym obcokrajowcom m.in. znalezienie przedszkola dla dzieci.

Programy przyciągania zagranicznych przedsiębiorców i talentów technologicznych ma wiele krajów: Kanada, Stany Zjednoczone, Australia, Nowa Zelandia czy Chile. Coraz bardziej aktywne, również w Polsce, są organizacje ściągające technologiczne startupy do Azji – wśród największych graczy trzeba wymienić Singapur, ale też mocne programy dla przedsiębiorców z Chin czy Korei Południowej. W Europie o zagraniczne innowacje specjalnymi ofertami walczą: Dania, Francja, Portugalia, Estonia, Irlandia, Włochy, Szwecja, Hiszpania, Holandia, Wielka Brytania, a od ubiegłego roku również Litwa. Gdzie w tym wszystkim Polska?

Długo trwało stworzenie w Polsce pierwszego programu zachęcającego młodych obcokrajowców do zakładania nowoczesnych firm nad Wisłą. Dopiero w tym roku, po kilku latach prac, powstaje program Poland Prize, w ramach którego technologiczne startupy z całego świata będą mogły powalczyć o atrakcyjne warunki dla rozwoju swojego biznesu i wsparcie, również to finansowe – każdy z ośmiu zespołów wybranych w pierwszej edycji programu dostanie 200 tys. złotych na dobry początek. “Ten program to spełnienie mojego marzenia” –   mówi w rozmowie z HiCash Maciek Sadowski, szef fundacji Startup Hub Poland, która od ponad sześciu lat pracuje nad przyciąganiem do Polski innowacyjnych biznesów ze wschodu.

O tym, jakimi argumentami chcemy przyciągać nad Wisłę młody biznes z zagranicy rozmawialiśmy z Maciejem Sadowskim ze Startup Hub Poland i Igorem Sawczukiem, przedsiębiorcą o ukraińskich korzeniach, który zdecydował się rozwijać w Polsce swoją firmę technologiczną firmę Wandlee.

 

 

 

 

 
Categories

Haki na growth hacking. Czy to jeszcze działa?

W sieci mamy prawdziwy wysyp ofert dla osób, które mają zajmować się w firmach growth hackingiem. Chociaż idea szukania myków na błyskawiczny wzrost dotarła do nas późno, to całkiem nieźle się zadomowiła.  Bo dlaczego nie spróbować, jeśli taki internetowy magik może wskazać nam drogę na skróty do milionów klientów?

Growth hackingiem branża internetowa po raz pierwszy zachłysnęła się w 2010 roku zachęcona sukcesami takich firm jak Facebook, Uber, Airbnb czy Dropbox. Wszystkie one osiągnęły błyskawiczne sukcesy liczone w milionach użytkowników bez gigantycznych budżetów marketingowych Jak to zrobiły? Przeanalizowały sposób, w jaki korzystamy z sieci, rozłożyły na czynniki pierwsze to, co decyduje o popularności treści w serwisach społecznościowych oraz wyszukiwarkach i skupiły się na danych, które można o nas w internecie zebrać. Miks tej wiedzy pozwolił im nie tyle “wynieść biznesy na nowy poziom”, co wystrzelić je w kosmos.

No właśnie, dane. Dzisiaj już większość decyzji biznesowych jest opartych o internetowe dane, analitykę, strategie “data driven”. Trudno to sobie wyobrazić, ale nie tak dawno nie mieliśmy dostępu do takiej ilości informacji, ani pomysłu jak z nich korzystać. To właśnie growth hacking postawił dane zbierane w internecie w centrum działań produktowych, marketingowych i sprzedażowych. Okazało się, że pozwalają one na bieżąco obserwować, które działania przynoszą duże wzrosty w krótkim terminie.

Jeden z najlepszych growth hackerów w Dolinie Krzemowej i założyciel Growth.ly Justin Wu studiował architekturę informacji, a przygodę z biznesem w sieci zaczynał w wieku 14 lat od sprzedawania kart z Pokemonami na eBayu. Bawił się w tradycyjny arbitraż: kupował tanio, sprzedawał drożej. Potem robił własne strony internetowe, też z kartami.

Pierwszym jego  growth hackingowym odkryciem był Google AdSense, dzięki któremu zaczął zarabiać w internecie konkretne pieniądze. Budując własne startupy, zrozumiałem jedno: to jak dobry jest mój produkt czy usługa nic nie znaczy, jeśli nie uda mi się z nią dotrzeć do klientów. Skupiłem się więc przede wszystkim na dystrybucji – wspomina początki. Zaczynał w Seattle, gdzie bardzo trudno było znaleźć inwestora. Growth hacking w jego wypadku wynikał z potrzeby zbudowania dystrybucji bez kasy.

Biznes na skróty
Growth hacking to szukanie drogi na skróty po to, żeby firma w rok odnotowała taki wzrost, na który  w normalnych warunkach pracowałaby dziesięć lat. Tutaj wszystko ma być szybciej, sprytniej i taniej. Do kanonu growth hackingu weszły m.in. sposoby taniego i szybkiego rozwoju produktów przy pomocy internetowych narzędzi takich jak testy A/B, landing pages, virale, automatyzacja komunikacji czy wykorzystanie kodu do celów marketingowych.

  • TESTY A/B
    Eksperymentowanie to nieodłączny element growth hackingu. Testy A/B mogą być na przykład inteligentnym sposobem  sprawdzenia skuteczności komunikatów marketingowych. Niektóre treści skłaniają użytkowników do wejścia na nasze strony, inne działają słabiej. Wypuszczając obie wersje przekazu w ocean internetu, możemy niemal natychmiast wyłowić te, które najlepiej przekładają się na konwersję internautów w klientów. To prawdziwy przełom, biorąc pod uwagę fakt, że kiedyś skuteczność ocenialiśmy po miesiącach od wypuszczenia kampanii. Dzięki testom A/B możemy też sprawdzać, czy nasze produkty internetowe są dobrze zaprojektowane – wedle zasady, że najlepsze rozwiązania podpowiadają sami użytkownicy. Kiedyś słono płaciliśmy za takie badania rynku.
  • LANDING PAGES
    Dziś wydaje się to oczywiste, że użytkownik w sieci powinien trafić na stronę konkretnej usługi. Landing page to odpowiednik sklepowej witryny. Jeśli uda nam się zachęcić nią klienta do wejścia do sklepu, to jesteśmy bardzo blisko sukcesu. Stąd tylko kilka kliknięć dzieli go od zakupu. Trochę nam zajęło ogarnięcie tego w sieci.
  • VIRALE
    Dobry viral jest w sieci jak plotka. Potrafi dotrzeć do zaskakująco dużej liczby internautów. Umiejętne wykorzystanie mechanizmów rozprzestrzeniania się treści w sieci pozwala zaoszczędzić spore kwoty, które musielibyśmy zainwestować w internetową reklamę.
  • AUTOMATYZACJA
    Automatyzacja e-maili i komunikacji na platformach społecznościowych to był krok milowy dla wielu firm (np. Airbnb). Growth hacking idzie często na ilość, nie za bardzo martwiąc się o jakość (szczególnie materiałów marketingowych). Automatyzacja mailingów i postów na Facebooku, Twitterze, LinkedIn czy też zawiadywanie komunikatami z jednego miejsca,  pozwoliło docierać z ofertą do ogromnej liczby potencjalnych klientów w krótkim czasie. I nawet jeśli procent osób, które zainteresowały się produktem był niewielki, to przy tak ogromnym zasięgu, zapewnił szybki wzrost wielu internetowym firmom.
  • POZYCJONOWANIE, OPEN GRAPH
    Growth hacker to ktoś, kto łączy kompetencje marketingowca z programistą. Dzięki umiejętnemu zastosowaniu na przykład Facebookowego protokołu mikrodanych (OpenGraph) już na poziomie kodu można znacznie poprawić widoczność swoich produktów w sieci.  Każdy serwis społecznościowy czy platforma ma swoją logikę prezentowania treści przełożoną na język algorytmów. Kto je zna, ten może zhackować system i – umiejętnie dostosowując kod i treści – zainteresować swoimi produktami i usługami wielu nowych klientów.

To co wczoraj było w growth hackingu kurą znoszącą złote jaja, jutro będzie zgniłym jajem. Obowiązuje zasada “kto pierwszy, ten lepszy”. Haki są skuteczne dopóki zbyt wiele osób nie zacznie ich stosować. Cała zabawa w growth hacking polega na tym, żeby próbować nowych sposobów i kanałów, bo w sieci ciągle pojawiają się nowe możliwości. Powstają tam, gdzie są internauci. I tak na przykład świetnym źródłem leadów stał się niedoceniany przez lata Instagram. Growth hackerzy na całym świecie próbują znaleźć sprytny sposób, który pozwoli zbudować  tam jak największy zasięg bez wydawania kasy na reklamę.

Jedno trzeba przyznać: to właśnie idea growth hackingu spowodowała wysyp produktów i usług, które istnieją wyłącznie w głowach pomysłodawców. Minimalizowanie kosztów jako naczelna zasada sprytnego hakowania wzrostu doprowadziła twórców do konkluzji, że nie opłaca się budować produktów, dopóki nie ma na nich klientów. “Fake it before you make it” stało się częścią tej zabawy. “Jeśli produkt nie jest gotowy, po prostu narysuj go w Photoshopie i wstaw na landing page” – radzi spryciarz z Growth.ly. Czy to etyczne? Średnio. Opłacalne? Bardzo.

 
Categories

Jak znaleźć mentora i nie utonąć w oceanie bzdur? 6 rad na start

W  relacjach międzyludzkich jest jedna ważna zasada: warto rozpoznać wokół siebie trzy typy ludzi –  przyjaciół, wrogów i mentorów. Dziś będzie o tych ostatnich, bo mentoring w biznesie staje się w Polsce modny, ale jego znaczenie często się rozmywa. A to właśnie ta relacja może zdecydować o sukcesie przedsiębiorcy. Podpowiadamy, jak podejść do tematu, żeby to w ogóle miało sens.

Mentor – człowiek, który otwiera drzwi
Dobrze jest oczywiście uczyć się na własnych błędach, ale czasami rozsądniej jest uczyć się na czyichś. Mówi się, że mentoring to droga na skróty: to, co sami wypracowywalibyśmy metodą prób i błędów, możemy dostać jako gotowca od kogoś, kto przebył już drogę podobną do naszej.

Mentor to nie tylko osoba, która podzieli się z nami doświadczeniem np. w układaniu procesów biznesowych w firmie, czy rozwiązaniu konfliktów w ramach organizacji. Może też otworzyć nam wiele drzwi, nie tylko tych, do których się od miesięcy dobijamy, ale też takich, o których istnieniu jeszcze nie wiemy. Dobry mentor oprócz wiedzy daje młodemu przedsiębiorcy rozszerzony dostęp do potencjalnych klientów, pracowników (szczególnie jeśli poszukujemy specjalistów jakiejś branży) i partnerów biznesowych. Zanim skorzystamy z dobrodziejstw mentoringu, warto się do niego przygotować.

Jak znaleźć mentora? Mamy dla Was 6 wskazówek na start.

  1. Wybierz siebie za kilkanaście lat
    Mentor to nie jest coach. To ktoś, kto dokonał tego, co jest twoim celem. Zasada jest prosta: jeśli chcesz się rozwijać w biznesie, to szukaj mentora, który ma osiągnięcia w biznesie. Poszukiwanie mentora warto rozpocząć właśnie od tego, co chcemy osiągnąć i jakie umiejętności są nam do tego potrzebne.
  1. Poznaj mentora
    “Zrób research” może brzmieć jak rada z kategorii “zawiąż sznurówki”. Niby wszyscy wiedzą, że jak już prosisz kogoś o to, żeby poświęcił ci swój czas, to warto o nim sporo wiedzieć. Niestety, zaskakująco wiele osób traci swoje szanse przychodząc na spotkania na przypał –  wiedzą o tym doświadczeni rekruterzy.

Znajdź informacje o doświadczeniu zawodowym wybranej osoby, sukcesach i porażkach prowadzonych przez nią firm, ale też o jej sieci kontaktów. Może znasz kogoś kogo zna? Porozmawiaj z tą osobą, szczególnie jeśli jest to ktoś, kogo twój potencjalny mentor ceni. Zyskasz 10 punktów na starcie.

3.  Zapomnij o mentoringu
Bycie mentorem to poważne zadanie. Osoby, które aktywnie zajmują się biznesem, mogą obawiać się podejmowania długoterminowego zobowiązania wobec młodego przedsiębiorcy. Dlatego zamiast zaczynać z grubej rury, poproś mentora o jedno spotkanie i nakreśl jego cel: najlepiej konkretne wyzwanie, przed którym teraz stoisz. Przygotuj się. Musisz wiedzieć, o co chcesz zapytać, żeby mentor nie miał poczucia straconego czasu.

Rozpoczęcie współpracy “na miękko” da ci też możliwość łatwiejszego wycofania się z relacji, jeśli okaże się, że wybrany przez ciebie człowiek nie ma na przykład drygu do dzielenia się wiedzą. Są osoby, które lubią co prawda opowiadać o swoich dokonaniach, ale bardziej w celu usłyszenia swojej historii po raz kolejny niż podzielenia się z tobą doświadczeniem. Szanuj nie tylko czas mentora, ale też swój.

Po pierwszym spotkaniu powinieneś czuć się zainspirowany do działania, jeśli tak nie jest, może warto poszukać kogoś innego. Jeśli wiesz, że trafiłeś w dziesiątkę, jak najszybciej zrób follow-up: napisz e-mail lub sms z podziękowaniem i umów się na kolejne spotkanie. Dobrze umówić się na kolejne spotkanie, gdy już spróbujesz wdrożyć w życie którąś z rad. Ważne, żeby nakreślić cel kolejnego spotkania.

  1. Zaproponuj wartość dodaną
    Daj zanim dostaniesz. Pamiętaj: mentor cię nie potrzebuje. Nie ma też obowiązku cię uczyć. Nawet nie idź do niego, jeśli nie masz planu. Zazwyczaj ludzie przychodzą do ludzi sukcesu po pieniądze lub pracę. Uważaj, żeby nie pomyśleli, że jesteś jednym z nich – powtarza seryjny przedsiębiorca Dan Lok. Sam u swojego pierwszego mentora pracował przez rok za darmo, gdzie głównie obserwował jego pracę. 

Gary Vaynerchuk, gwiazda internetowego content marketingu, mówi jeszcze dobitniej: Jestem zdumiony nastawieniem ludzi. Chcesz od kogoś jego cennego czasu i energii, a zaczynasz rozmowę od “Hej, czy możesz mi to dać?”. To szaleństwo. Zastanów się, jaką wartość możesz mu zaoferować? Chcesz mieć mentora. Daj mu tyle, że będzie mu się opłacało nim zostać – mówi w jednym ze swoich filmów.    

  1.     Słuchaj
    Pamiętaj, że mentor będzie pełnił w twoim życiu rolę inną niż przyjaciel: nie będzie cię głaskał po głowie i powtarzał, że jesteś wspaniały. On powie ci prawdę prosto w oczy. Musisz mieć do niego wystarczająco duże zaufanie, żeby wierzyć, że mówi to nie po to, żeby cię zgnoić, tylko żebyś się rozwijał. Tym właśnie relacja z mentorem różni się od relacji z wrogiem: ufasz, że działa dla twojego dobra.

Żeby czerpać z mentoringu, trzeba nauczyć się słuchać. Bez obrażania się, tłumaczenia się z popełnionych błędów, czy chęci udowodnienia swoich racji. Szkoda na to czasu.

– Napisał do mnie dwa tygodnie po spotkaniu – mówi o swoim ulubionym uczniu Peter Sage, przedsiębiorca i mówca. – Przeczytałem książki, o których mi mówiłeś – pisał. Oto czego się nauczyłem… Tak to wdrażam, od tego czasu to i to się zmieniło. To zrobiło na mnie wrażenie – wspomina.

Dobre słuchanie musi przełożyć się na działanie. Zabawę w mentoring warto zacząć wtedy, jeśli jest się naprawdę gotowym coś zmienić.

  1. Nie oczekuj cudów
    Częsty błąd osób, które zaczynają przygodę z jako mentorowany polega na nierealnych oczekiwaniach i przerzucaniu odpowiedzialności za swoje działania na mentora. Mentoring to ciężka praca, głównie po twojej stronie. Mentor już swoją wykonał.

O jednym trzeba pamiętać: i w sporcie, i w biznesie odpowiedzialność za sukces spoczywa wyłącznie na tobie – podkreślał w rozmowie z HiCash Paweł Sieczkiewicz, dwukrotny Mistrz Polski w kickboxingu i prezes firmy Telemedi.co, uznany przez Forbesa za jednego z 30 najzdolniejszych Polaków przed trzydziestką.

Przeczytaj też Dlaczego sportowcy są świetni w biznesie

Jak wyjść poza schemat codzienności? Rozmowa z Bartoszem Filipem Majewskim:

 
Categories

Nowy globalny gracz walczy o Indie: Ikea otwiera tu właśnie swój pierwszy sklep

Trudno w to uwierzyć, ale są miejsca na świecie, w których weekendowa wizyta w Ikei nie jest częścią stylu życia klasy średniej, a PÅHL czy FJÄLLBO to wciąż tylko dziwnie brzmiące słowa. To ma się zmienić. Obecna w 49 krajach Ikea właśnie otwiera swój pierwszy sklep w Indiach i dołącza do grona firm, które marzą o podbiciu serc klientów znad Gangesu.

Usytuowany w mieście Hyderabad w stanie Andhra Pradesh pierwszy indyjski sklep Ikei ma największą spośród wszystkich stołówkę. W menu nie znajdziemy jednak tradycyjnych szwedzkich klopsików zrobionych z wieprzowiny i wołowiny – surowo zabronionej w hinduizmie, religii wyznawanej przez 83 proc. populacji Indii.

Jedzenie to nie jest co prawda core business Ikei, ale na pewno umiarkowane sukcesy globalnych jedzeniowych gigantów na rynku indyjskim brzmią jak przestroga. Trudno mówić o imponujących wynikach choćby McDonalds’a, który w ogromnych Indiach po ponad dwudziestu latach inwestycji ma niewiele więcej restauracji niż w Polsce. Kokosów nie zarabia też KFC czy Domino’s Pizza.

W ciągu najbliższych siedmiu lat Ikea planuje wybudować w Indiach 25 sklepów – jeden będzie przypadał na 52 mln mieszkańców. Dla porównania: w Polsce na jeden sklep przypada 37,5 mln Polaków, a firma rozwija się u nas od 25 lat.

Indyjski rynek to dla nas marzenie” – przyznaje w rozmowie z BBC generalny zarządzający w Ikea, Jesper Brodin. Nic dziwnego, Indie to łakomy kąsek: 1,3 miliarda mieszkańców, umacniająca się gospodarka i korzystna demografia muszą rozpalać wyobraźnię wielu międzynarodowych marek.

Zarządzający największymi firmami świata wierzą, że z tworzącą się klasą średnią to właśnie Indie będą nową ziemią obiecaną, i że uda się powtórzyć tu gigantyczne sukcesy odniesione przez globalne marki w Chinach. Problem w tym, że Indie to nie do końca Chiny sprzed kilku lat. Podstawową różnicą są pieniądze, a raczej ich brak w portfelu przeciętnego mieszkańca.

Średnie PKB na mieszkańca wynosi tu wciąż 1700 dolarów, a zarobki 80 procent populacji plasują się poniżej tej kwoty.

“THE UNPRECEDENTED EXPANSION OF THE GLOBAL MIDDLE CLASS”, Global Economy Development Working Paper, luty 2017

Okazuje się, że siła nabywcza rodzącej się w Indiach klasy średniej jest znacznie mniejsza niż u jej chińskiego odpowiednika. Na hurraoptymistycznych założeniach co do liczby potencjalnych klientów przejechała się już w Indiach m.in. branża e-commerce. Intensywnie inwestował tu m.in. Amazon. Jeszcze kilka lat temu szacowano, że w Indiach można pozyskać setki milionów nowych klientów kupujących online.

W latach 2014 i 2015 branża e-commerce w Indiach rzeczywiście miała się świetnie – dynamika wzrostu przekraczała 100 proc. rok do roku. W 2016 coś jednak siadło i do tej pory się nie podniosło. Dziś ocenia się, że aktywnie w sieci kupuje jedynie 50 milionów Hindusów. Jak podaje The Economist, w 2017 roku wzrost na rynku indyjskim był porównywalny do tygodniowych wyników branży e-commerce notowanych w Chinach, czyli dramatycznie poniżej oczekiwań.

Mieszkańcy Indii co prawda kochają internet, ale rzadko są skłonni wydawać w nim pieniądze. Wie to Facebook, dla którego Indie są największym rynkiem pod względem osób korzystających z serwisu, za to najgorszym pod względem przychodu w przeliczeniu na użytkownika. W wyliczeniach różnych branż przewija się liczba 50 mln klientów, którzy są w stanie obecnie płacić za usługi i produkty globalnych marek. I pomimo ogromnych apetytów firm, nielicznym udaje się przekroczyć ten pułap.

Analitycy rynku powiedzieliby, że klient w Indiach jest “wrażliwy na cenę”, a mówiąc wprost: każdą rupię ogląda trzy razy. Czy w społeczeństwie indyjskim rzeczywiście drzemie ogromny potencjał nabywczy? Z pewnością, ale marki zapominają, że budzi się on z fazy bardzo długiego snu wspieranego przez panującą tu od stuleci kulturę kast. Przepaść dzieląca nieliczną grupę bogaczy od ubóstwa niższych kast jest tu głęboko zakorzeniona i wspierana przez model tradycyjnego indyjskiego społeczeństwa. Zasypanie jej i zbudowanie mostu w postaci prawdziwej klasy średniej może potrwać nieco dłużej niż kilka lat.

 

 
Categories

Gada dziad do obrazu – sterowanie głosowe na serio zmienia rynek

40 procent dorosłych Amerykanów już dziś przynajmniej raz dziennie mówi do swoich urządzeń, poszukując porady, informacji czy dyktując maile. Liczba zapytań głosowych w wyszukiwarkach rośnie lawinowo. Od dwóch lat trend używania mowy zamiast klawiatury, przycisków czy pilota rośnie tak szybko, że możemy już dziś powiedzieć, że wkrótce z naszymi komputerami, pralkami i telewizorami będziemy po prostu rozmawiać. Jaskółki zmian widać również w Polsce.

Kto choć raz grał w karaoke na konsoli wie, że głos i urządzenie mogą świetnie współpracować. Gaming jak zwykle był w kwestii wykorzystania głosu lata świetlne przed wszystkimi: w ciągu ostatnich kilku lat rynek zalewały proste gierki, w których postaciami poruszaliśmy się wydając pierwotne dźwięki – najgłośniejsze oczywiście przy skokach i strzelaniu. To była jednak tylko przygrywka do prawdziwego przełomu w technologii, która stała się jednym z najgorętszych rynkowych trendów tego roku – sterowanie głosem (voice control) ma szansę na stałe wejść do naszej codzienności. Tym razem na serio.

Do tej pory maszyny słyszały nasz głos, ale nie potrafiły zrozumieć wypowiadanych słów. To zmieniło się wraz z postępami prac nad rozpoznawaniem głosu (ang. voice recognition)  i sztuczną inteligencją prowadzonymi przez technologicznych gigantów i wypuszczeniem na rynek asystentów głosowych, takich jak Google Home, Apple Alexa czy Amazon Echo.

Szczyt popularności głosowych asystentów przypadł na 2017 rok, a Amazon przewiduje, że do 2022 roku połowa amerykańskich gospodarstw będzie korzystała z inteligentnego głośnika.

Jednak prace nad wykorzystaniem voice recognition to nie tylko głosowi asystenci: nad skomunikowaniem maszyn z ludźmi pochylają się spece od elektroniki użytkowej, nieruchomości, AGD, branży motoryzacyjnej czy nawet medycyny. Gdy niektóre z pomysłów brzmią wciąż jak szalone wizje, inne są już na wyciągnięcie ręki: to poważne zmiany w sposobie wyszukiwania treści w internecie, a co za tym idzie: w marketingu internetowym oraz sterowane głosowo telewizory (oferowane m.in. przez LG, Sony i Samsunga).

Marketing internetowy do poprawki
Search Engine Optimization to termin znany wszystkim publikującym treści w internecie: od wielkich wydawców po małe firmowe strony. Jest to sposób, w jaki tworzymy treści po to, żeby znaleźć się jak najwyżej w wynikach wyszukiwania. Od kiedy okazało się, że odpowiednio pisząc, kodując i prezentując treści na stronie, możemy bez dodatkowych opłat poprawić pozycję firmy w wyszukiwarkach, optymalizacja SEO stała się w marketingu ważniejsza niż internetowe reklamy.

Jak to działało do tej pory? Załóżmy, że mamy stronę sprzedającą dziecięce wózki. Najpewniej marzymy o tym, żeby nasza firma pojawiła się na pierwszej stronie wyników wyszukiwań każdemu rodzicowi, który wpisze w okno wyszukiwarki hasła “wózek dla dziecka”, “bezpieczny wózek dla niemowlaka” itp. To były do tej pory nasze słowa kluczowe – wiedzieliśmy jakie słowa wpisują w wyszukiwarkę ci, którzy szukają wózków i skutecznie to wykorzystywaliśmy, walcząc z konkurencją o pozycje na konkretnych frazach.

Google podaje, że w tej chwili 20 proc. wszystkich wyszukań na telefonach pochodzi z poleceń głosowych. To duża zmiana dla SEO, bo okazuje się, że frazy, które wpisywaliśmy dotąd w wyszukiwarki nie są tymi samymi słowami, które wypowiadamy do urządzeń głosowych. Zestaw słów kluczowych w wyniku wyszukiwania głosowego znacznie się poszerza. Wraz z umacnianiem się trendu, język którym piszemy firmowe strony będzie musiał się zmienić: stanie się bliższy językowi mówionemu niż pisanemu. Na teraz eksperci od SEO radzą, żeby bacznie przyglądać się zapytaniom pochodzącym z wyszukiwania głosowego oraz zmienić pod ich kątem i porządnie wypozycjonować sekcję Q&A.

Druga ważna zmiana może dotyczyć płatnego pozycjonowania – pierwszych kilka linków w wyszukiwarce to zawsze pozycje opłacone. Ponieważ znaczna część komunikatów kierowanych do asystentów głosowych to prośby o zakup produktów, wskazanie dobrej restauracji czy zorganizowanie biletów do kina, to pojawia się ogromna pokusa, żeby za płatne pozycjonowanie dla wyszukiwań głosowych płacić ekstra. Tym bardziej, że asystent wybiera zwykle jedną podpowiedź – jeśli wskaże nasz produkt, z pewnością przełoży się to na zyski.

Pożegnanie z pilotem
Bliższy Polakom będzie drugi z tegorocznych hitów w zakresie voice control: sterowane głosowo telewizory. I chociaż pierwsze jaskółki odczytywania przez nie mowy pojawiły się już kilka lat temu, to głównie obsługiwały proste, zdefiniowane wcześniej komendy. Próba całościowej obsługi urządzenia za pomocą mowy przypominała wtedy surrealistyczną komedię z serii “człowiek kontra maszyna”. Wielu obserwatorów rynku zwątpiło w to, że to może być kierunek, w którym pójdzie rynek.

Z drugiej strony potrzeba zmian była ogromna – trudno w to uwierzyć, ale używane przez nas telewizyjne piloty są “so 80’s” – bazują bowiem na wymyślonej w tych latach technologii IR, wciąż najtańszego sposobu na bezprzewodowe połączenie człowieka rezydującego na kanapie z telewizyjnym odbiornikiem.

Sterowanie głosem – jak to z rewolucyjnymi technologiami bywa, musiało odleżeć swoje i poczekać na lepsze czasy, żeby stać się alternatywą dla pilota. Lepsze czasy nadeszły wraz z rozwojem technologii speech recognition i sztucznej inteligencji, a co za tym idzie: lepszym przetwarzaniem przez maszyny języka naturalnego. Dzięki temu dzisiejsze urządzenia mogą nie tylko odczytywać i odpowiadać na zestaw wgranych wcześniej komend, ale interpretować na podstawie znajomości zasad języka nowe zapytania, formułować coraz bardziej sensowne odpowiedzi, a nawet uczyć się nowych słów i kontekstów.

W tym roku na rynku sterowanych głosem telewizorów nastąpił przełom, bo LG ogłosiło, że jej telewizory będą obsługiwały nie tylko głosowe polecenia z asystenta Google’a, ale też Alexy Amazona. Co więcej, asystent współpracujący z urządzeniami po raz pierwszy rozumie polską mowę. Wreszcie i u nas dziad przestał gadać do obrazu i z urządzeniem można porozmawiać. Po naszemu.

 
Categories

Luksusowe katamarany z Wałbrzycha złapały wiatr w żagle. Klienci dzwonią sami

Pierwsze polskie katamarany turystyczne, które wypłyną na pełne morze, powstały w Wałbrzychu – mieście, które nie ma dostępu do żadnego akwenu. Historia firmy Corthinx to inspirujący miks żeglarskiej pasji, konsekwencji i ciężkiej pracy. Jej twórcy i pracownicy właśnie świętują pierwsze sprzedane za setki tysięcy euro modele i odbierają zamówienia z całego świata. O ich drodze do sukcesu rozmawiam z Karoliną Sową, którą firmy przywiało zamiłowanie do systematyczności i… laminatów.

 

Agata Kowalczyk, HiCash Wybacz, ale muszę zacząć od pytania, które pewnie słyszysz bardzo często. Dlaczego łodzie robicie właśnie w Wałbrzychu?

Karolina Sowa, Corthinx  [śmiech] Rzeczywiście, z zewnątrz może to być wybór nieoczywisty w związku z tym, że będąc w Wałbrzychu, nie mamy dostępu do żadnego akwenu, na którym moglibyśmy testować nasze łodzie. Pomysłodawcy i założyciele firmy Corthinx są wałbrzyszanami i postanowili pracować właśnie tutaj. To stało się ważną częścią naszej filozofii: nieważne, gdzie rodzi się Twój pomysł, ważne co z nim zrobisz. Mamy w Wałbrzychu rosnącą w siłę strefę ekonomiczną, która jest jedną z największych w Polsce. Postanowiliśmy z tego skorzystać. Poza tym Wałbrzych to byłe miasto przemysłowe i na jego terenie znajdujemy wielu wysokiej klasy specjalistów z różnych branż.

Ale przemysł stoczniowy w Wałbrzychu to pomysł na tyle zuchwały, że chyba musiało stać za nim coś więcej niż chęć założenia biznesu…
Ludzie, którzy w 2014 roku założyli spółkę to oczywiście pasjonaci żeglarstwa, ale też osoby z dużym doświadczeniem: jeden z nich jako projekt manager uczestniczył w budowie dwóch spośród 100 największych i najbardziej luksusowych jachtów świata. Plus był taki, że drugi z założycieli zawodowo od zawsze związany jest z biznesem, więc model biznesowy, który opracował nie był oczywisty i prosty w realizacji, ale zakładał osiągnięcie dobrych wyników. Darek stworzył międzynarodową Grupę Corthinx, która realizuje samodzielnie projekty – sami budujemy inżynierię, formy i gotowe jachty, od postaw tworzymy design, zajmujemy się sprzedażą, czarterem i wreszcie organizacją transferów morskich. Zaczynaliśmy nie od łodzi, a od budowy form do produkcji jednostek na zlecenie dużych producentów jachtów. Okazało się, że zainteresowanie tymi formami wykroczyło poza przemysł stoczniowy i mieliśmy zamówienia na przykład dla elektrowni wiatrowych czy branży automotive. Formy znajdują klientów w zasadzie wszędzie tam, gdzie stosowane są laminaty.

Ile osób zatrudniacie?
W Wałbrzychu pracuje kilkadziesiąt osób, dodatkowo w Splicie, w Chorwacji pracuje podobna ilość. Tam budujemy nasze duże katamarany, których transport jest niemożliwy drogą lądową. Dodatkowym atutem ekspansji jest fakt, że jesteśmy w centrum drugiego co do wielkości rynku czarterowego, zaraz po USA.

Ale największy jak dotąd sukces firmy wydarzył się wiosną tego roku, prawda?
Postawienie naszego pierwszego jachtu na wodzie to z pewnością krok milowy dla firmy. No i sukcesem jest to, co dzieje się teraz i na co długo pracowaliśmy: zainteresowanie marką rośnie, mimo że nasz marketing jest jeszcze w bardzo początkowej fazie. Mimo to interesują się nami klienci z całego świata. Powiedziałabym, że naszym największym sukcesem jest  to, że idziemy tą ścieżką, którą sobie wyznaczyliśmy. Oczywiście, na tej drodze były i sukcesy, i niepowodzenia, ale konsekwentnie trzymamy kurs.

Ile zrobionych przez Was od A do Z łodzi pływa już po światowych wodach?
Po testach morskich jest już parę sztuk. Naszą wizją jest bycie solidną manufakturą w najlepszym tego słowa znaczeniu. Chcemy współtworzyć historię polskiej branży jachtowej, praktycznie wszystkie nasze modele odniosły duży sukces. Aktualnie w trakcie produkcji znajduje się 7 dużych modeli i dynamicznie napływają nowe zamówienia z całego świata. W tym momencie planujemy średnio co miesiąc wypuszczać nową jednostkę.

To dużo?
Nie mamy w planach bycia producentem masowym. Te ilości są na tyle dobre, żeby firma dobrze funkcjonowała, a jednocześnie pozwalają na to, żeby łodzie były wykończone luksusowo, dopracowane na każdym etapie. Charakteryzuje nas to, że klienci mogą u nas skustomizować każdą jednostkę. Dla przykładu: nasz katamaran CX1000 produkujemy teraz w trzech różnych wersjach. Jest wersja Shuttle przeznaczona do transferu ludzi na przykład między marinami albo między dużymi jednostkami a nabrzeżami – przydatne, gdy duże jednostki nie mogą dopłynąć do nabrzeży ze względu na płycizny. Jest też wersja Owner do takiego naprawdę prywatnego użytku, gdzie właściciel ma zapewnioną prywatność. No i wreszcie Profi, czyli taka sportowa wersja z mocniejszymi silnikami i o silniejszej konstrukcji dla tych, którzy lubią adrenalinę. Z każdym klientem rozmawiamy indywidualnie: może sobie dobrać wyposażanie, rodzaj silników, w miarę możliwości technicznych też zaaranżować przestrzeń na pokładzie. Podobnie jest z naszymi większymi jednostkami. Ciekawostką także jest nasz 44- stopowy katamaran CX44 PERFORMANCE, który zbudowany jest na bazie karbonu i wyposażony jest w system hybrydowy wspomagany nowoczesnym systemem odzyskiwania energii z ruchu jednostki, czyli takie połączenie wygodnego domu i sportowego samochodu- katamaran jest bardzo szybki i wygodny.

Gdzie jest największe zainteresowanie Waszymi katamaranami?
Mamy klientów w Chorwacji – tam dostarczyliśmy dwie nasze pierwsze jednostki i planujemy wysłać kolejne. Rozmawiamy z klientami z Francji, którzy naszymi łodziami chcą pływać sobie w miastach. W Europie rynek zbytu to też Niemcy, Włochy I Portugalia. Zainteresowanie jest też w Stanach, na razie głównie w Minnesocie i Północnej Karolinie. Dogrywamy szczegóły z klientem z Australii.

Skąd takie zainteresowanie łodziami z Wałbrzycha? Trafiliście w jakąś szczególną niszę?
Faktem jest, że temat katamaranów jest niszowy ale bardzo skomplikowany. Odwiedza nas wielu marzycieli, którzy chcieliby inwestować w tę branżę. Z boku wszystko może wydawać się proste jednak w rzeczywistości to bardzo praco- i kapitało- chłonny biznes. Wyobraź sobie, przez ile etapów trzeba przejść aby zaprojektować i wybudować jednostkę nawet nie dużych rozmiarów- koncept, design, inżynieria, formy, prototyp-na to wszystko potrzeba czasu, te wszystkie etapy trzeba przejść i nikt nie ma gwarancji, że dany model odniesie sukces rynkowy. Tak, jak wspomniałam wcześniej, konsekwentnie wstrzeliliśmy się w pewien trend: klienci coraz bardziej zainteresowani są katamaranami, a rynek nie jest jeszcze tymi jednostkami wypełniony, głównie dominują na nim jednokadłubowce. Tymczasem ludzie coraz bardziej chcą spędzać czas na wodzie, na przykład zamiast kupować wczasy gdzieś na lądzie, to za podobne pieniądze mogą sobie wypłynąć katamaranem. Nasze większe jednostki mają około 100 metrów powierzchni użytkowej na dwóch pokładach, na których spokojnie mogą zamieszkać dwie rodziny. To łącznie cztery sypialnie, dwie łazienki i kokpit z miejscem na imprezy oraz salon z kuchnią. To naprawdę fajny dom.

Ile kosztują Wasze katamarany?
Czekałam na to pytanie [śmiech]. Zasadniczo ceny naszych jednostek są różne w zależności od życzeń klienta. Rząd wielkości to setki tysięcy euro. Powstanie każdego nowego modelu wymaga dużych nakładów kapitału i czasem wielu lat pracy. Dlatego jacht jest synonimem luksusu. Proces budowy jednostki nie jest i nie może być zautomatyzowany. Każdy jacht jest tak naprawdę inny, nawet jeśli mówimy o tym samym modelu. Budowa jachtów to takie połączenie technologii i rzemiosła.

Kto kupuje takie ekskluzywne łodzie?
Zdziwiłabyś się, naprawdę różni ludzie. Jachty to dziś modny pomysł na inwestycję. Często klienci rozważają zakup jachtu w ramach systemu yacht-investment. Obecnie z funduszem inwestycyjnym, będącym udziałowcem w spółcem tworzymy taką ofertę. Innymi klientami są klienci indywidualni, którym znudziło się już odpoczywanie w hotelach. Sama gorąco polecam wszystkim spędzenie takich wakacji, to zupełnie inne doświadczenia. Katamarany oferują wygodę hotelu w połączeniu ze spełnieniem marzeń o podróżach. Jest bezpiecznie, wygodnie i przyjemnie. Decyzję o zakupie jachtu podejmują całe rodziny. Są firmy, które chcą czarterować nasze łodzie, czyli sprzedawać dalej usługi na katamaranach; hotele, bazy nurkowe, operatorzy turystyczni. To, co na pewno można powiedzieć o naszych klientach to, że znają branżę. Ludziom często wydaje się, że przemysł stoczniowy wiąże się zawsze z idealnym wykończeniem. I owszem, jest to luksusowa branża, ale nie wszystkie produkty są superluksusowe. I to jest ok, że ktoś po prostu chce mieć zwykły jacht, żeby na nim popływać. My jednak rozmawiamy głównie z klientami , którzy wchodzą na pokład i dokładnie wiedzą, jakiej jakości oczekują, a my te oczekiwania spełniamy.

W Corthinx pełnisz oficjalnie funkcję Office Managera, zajmujesz się też dostawą produktów. Chyba nie się tego robić bez fachowej wiedzy. Uczyłaś się tego wszystkiego od podstaw będąc już w firmie, czy miałaś jakieś przygotowanie?
Jeżeli chodzi o pracę w przemyśle, to to jest moja pierwsza praca. To faktycznie ciekawa historia, trochę przypadku i pasji. Trafiłam do firmy Corthinx robiąc praktyki na studiach [Karolina studiowała Zarządzanie i Inżynierię Produkcji na Politechnice Wrocławskiej – przyp. red.]. Wydawało mi się wtedy, że miałam solidną wiedzę na temat laminatów i zarządzania.  Życie mnie mocno zweryfikowało. Gdy dołączyłam do Corthinx, to zaczynała się właśnie faza mocnego wzrostu firmy, nie miałam innego wyjścia: siedziałam dniami i nocami, żeby rozgryźć, o co w tym wszystkim chodzi. Na szczęście od początku złapałam dobry kontakt z projektantami: i nautycznymi, i inżynierami, którzy wspierali mnie w tej nauce. Każdy dzień tutaj ma dla mnie wartość, jestem na takim etapie, w którym pełnię samodzielne stanowisko w grupie wyjątkowych specjalistów i bardzo to doceniam. Wcześniej nie żeglowałam, ale bardzo chciałam się wszystkiego nauczyć, wciągnęło mnie to. Teraz nie wyobrażam sobie pracy w innej branży. Praca w takiej firmie produkcyjnej wygląda zupełnie inaczej niż przedstawiano mi to ma studiach. Świat nie został na pewno jeszcze wymyślony, tak jak twierdzą niektórzy. Codziennie pracujemy nad czymś nowym, czujemy się jak prawdziwi eksplorerzy. Gorąco zapraszam do nas wszystkich młodych i ambitnych ludzi!

Skąd wybór inżynierii produkcji? 
Zawsze dobrze szły mi przedmioty ścisłe i naturalnym wyborem była dla mnie politechnika. Bardzo interesowała mnie ta systematyczność w pracy produkcyjnej. Dużą inspiracją był dla mnie mój kuzyn Bartek, który pracował w branży aerospace. Ja widziałam się bardziej w branży automotive ze względu na to, że najwięcej takich firm jest w naszej strefie ekonomicznej. Ale trafiłam do branży jachtowej i bardzo zależało mi na tym, żeby się jak najwięcej nauczyć. Pod koniec studiów – a studiowałam do końca dziennie – kursowałam pomiędzy Wrocławiem i Wałbrzychem. To było szaleństwo. Ogromnym wsparciem byli dla mnie wtedy moi przyjaciele.

Naprawdę jestem pełna podziwu dla pasji z jaką mówisz o tej pracy, więc myślę sobie, że w tym szaleństwie była jednak metoda [ śmiech]. Dzięki za rozmowę!
Dziękuję Agata, trzymam kciku za HiCash. Robicie dobrą robotę!

[<3 <3 <3 – przyp. red.]