6 nieudanych inwestycji zagranicznych w Polsce

W okresie transformacji ustrojowej łatwo było Polaków zauroczyć, jeśli tylko miało się jakieś dolary, elegancki garnitur i egzotyczne korzenie. Pierwszym, który to zauważył i wykorzystał był Stan Tymiński, który przyfrunął z Peru, wystartował w wyborach i przeszedł do drugiej tury, dystansując pierwszego premiera wolnego rządu. Ta naiwność została nam do dziś. Poniżej kilka historii dobrze ją obrazujących.

 

 

Nasza pani Basia kochana

 

W pierwszych dniach czerwca 1989 roku do szarej Polski przyleciała Barbara Piasecka-Johnson. Była ona uosobieniem mitu o amerykańskim cudzie. Jako młoda dziewczyna wyjechała do USA, dostała pracę pokojówki u Johna Sewarda Johnsona, syna założyciela firmy Johnson&Johnson, wyszła za niego za mąż, i po jego śmierci, dostała większość majątku. Nic więc dziwnego, że Polacy zakochali się w Barbarze natychmiast. A gdy w kościele Świętej Brygidy dała na tacę sto tysięcy złotych, wszyscy lekko oszaleli. Do tego stopnia, że gdy Lech Wałęsa (lub inżynier ze stoczni Alojzy Szablewski, historia nie jest tutaj jasna) powiedział do niej w luźnej rozmowie: “Jak pani taka bogata, to może kupi pani naszą stocznię?”, Piasecka-Johnson odparła, że to rozważy i zaczął się sen o wielkości polskiego przemysłu stoczniowego.

Przyszła inwestorka wysupłałą 5 milionów dolarów i rozpoczęła audyt, bo nikt normalny nie wykłada stu milionów w ciemno. Niestety, polska strona popędzała, poganiała, pytała “co tu oglądać, przecież stocznia to potęga jest i basta”. Żądania stoczniowców i zakładowej “Solidarności” urosły do absurdalnych rozmiarów, i niestety, okazało się, że ani te żądania nie są uzasadnione w ówczesnej sytuacji, ani ta stocznia taka potężna, prężna i nowoczesna.

Po pół roku sprawdzania papierów okazało się, że jest źle. Audytorzy zaproponowali koncentrację produkcji na niewielkim kawałku stoczni, budowę maksymalnie 10 statków rocznie, redukcję zatrudnienia o 3 tysiące osób. A na koniec zadali załodze prawdziwy cios w serce - wartość stoczni z wyłączeniem gruntów, bo te należały do państwa, wyliczyli na 6-7 mln dolarów. Czyli w cenie złomu, bo też i złomem w oczach zachodnich specjalistów była przestarzała infrastruktura.

 

Po pół roku sen prysnął. Podobno przygoda Barbary Piaseckiej-Johnson z Gdańskiem skończyła się definitywnie po tym, gdy Lech Wałęsa powiedział jej: “No, pani Johnson, miało być sto milionów. I co? Bierze pani za tyle albo do widzenia”. Wyszła zapłakana z gabinetu i przez wiele lat jej noga w Gdańsku nie postała. Stocznię ratowaliśmy innymi metodami.

 

Na szczęście filantropka nie zniechęciła się definitywnie i podarowała Polakom wystawę kolekcji jej unikalnych obrazów w Zamku Królewskim, na której po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć takich tytanów malarstwa, jak Tycjan, Leonardo da Vinci, Rembrandt, Caravaggio czy Vermeer. Jej fundacja opłacała staże na najlepszych światowych uczelniach dla polskich naukowców, pojawiła się w szpitalach nowoczesna diagnostyka, profesor Religa mógł skuteczniej przeszczepiać serca. Budowała też domy dla samotnych matek i restaurowała zdewastowane przez komunizm zabytki.

 

A na koniec pokazała, że nie żywi długo urazy, wróciła do Gdańska i ufundowała ośrodek terapeutyczny dla dzieci autystycznych.

 

Trochę szkoda, że w roku 1990 stoczniowcy nie potrafili się godnie zachować.

 

Popowy inwestor

 

Miało być pięknie, wyszło jak zwykle. Michael Jackson po koncercie na Bemowie w 1996 roku, podobno tak się zauroczył Polską, że postanowił podnieść ją z kolan oraz przywrócić jej blask i należne miejsce w świecie. W 1996 roku byliśmy zakompleksieni do tego stopnia, że ktokolwiek znany zwracający na nas uwagę, powodował wybuchy dzikiego entuzjazmu u wszystkich. A Michael Jackson obiecał, że będzie przywracał blask wielkim parkiem rozrywki.

 

Wkrótce potem gwiazdor spotkał się z ówczesnym prezydentem Warszawy, Marcinem Święcickim, panowie podpisali list intencyjny i rozpoczęła się komedia pod tytułem “Poszukiwany, poszukiwana”. Trzeba było bowiem znaleźć atrakcyjną lokalizację dla tego lunaparku.

 

Wszystkie dzielnice chciały, żeby inwestycję ulokować właśnie u nich. Stąd na przykład genialny pomysł, żeby wcisnąć Jacksona na Siekierkach, między oczyszczalnią ścieków a kominami elektrociepłowni. Właściwie tylko Powsin powiedział, że niekoniecznie, bo jedyną atrakcją, jaką gmina będzie miała z tego parku rozrywki będzie smród spalin z przejeżdżających samochodów.

 

Najdłużej grany był pomysł z Bemowem, ale tereny, które mogłyby wchodzić w rachubę, nie należały do miasta tylko do państwa i sprawę ponoć zablokował szef MSWiA Janusz Tomaszewski.

 

Z planowanej inwestycji nic nie wyszło a pocieszać możemy się tym, że nie byliśmy jedynymi, którzy nie doczekali się wielkiego diabelskiego koła od Michaela. Planował bowiem otwarcie parków rozrywki w Japonii, Brazylii, Francji, Włoszech, Irlandii i Suazi. Zbudował tylko jeden - w swojej posiadłości.

 

Turecki zbawca Podlasia

 

Vahap Toy był chyba największym przykładem naszej polskiej naiwności. Ten turecki biznesmen stworzył spółkę projektową, której zawdzięczamy wieżowiec Reform Plaza, pieszczotliwie zwany Toi-toiem, oraz centrum handlowe Blue City.

 

Jednak marne wieżowce i centra handlowe nie odpowiadały apetytowi i rozmachowi tureckiego wizjonera. W 2000 roku powołał do życia kolejną spółkę, która miała stworzyć inwestycję o nazwie “Lotnisko i strefa gospodarcza Biała Podlaska” o wartości, bagatela, 6 mld dolarów.

 

Czego to nie było w tym projekcie. Luksusowy hotel? Nie jeden, ale od razu cały kompleks. Kasyno? Zbudujemy kilka, “Polskie Las Vegas” brzmi świetnie. Lotnisko? Z przyjemnością. Centrum konferencyjno-biznesowe z aquaparkiem? Rzecz to oczywista. Do tego olimpijski kompleks sportowy, w skład którego miało wchodzić pięć pływalni, trzy lodowiska, stadion olimpijski z rozsuwanym dachem, na 60 tys. widzów. No i jakieś drobiazgi typu centrum medyczne, filia Uniwersytetu w Berkeley z kampusem na kilka tysięcy studentów, elektrownia. No i wisienka na torcie tych rojeń - tor Formuły 1.

 

Niestety, na przeszkodzie stanęły Lasy Państwowe, które nie chciały zgodzić się na wycięcie 1700 hektarów drzew, oraz szemrane źródła finansowania. Piękna koncepcja runęła w gruzy a spółka pana Toya zbankrutowała, nawet pomimo poparcia rządu SLD i Elżbiety Jaworowicz, która była bardzo zbulwersowana faktem, że kilka drzew blokuje inwestycję, która popchnie Polskę w XXI wiek.

 

Na kłopoty Katarczycy

 

Historia sprzedaży majątku stoczni Gdyńskiej i Szczecińskiej jest kuriozalna i obfituje w momenty rodem z Gangu Olsena. Ratunkiem dla obu stoczni miał być tajemniczy fundusz Stichting Particulier Fonds Greenrights, za którym stał ponoć katarski bank inwestycyjny QInvest. Katarczyków forsował polski rząd, w uzgodnionym terminie 17 sierpnia 2009 roku, pieniądze na konta stoczni nie wpłynęły. Zamiast wielkiego sukcesu, mieliśmy wielki blamaż.

 

Jednak prawdziwa bomba wybuchła dwa miesiące później, gdy tygodnik “Wprost” opublikował materiały CBA ze śledztwa dotyczącego tej transakcji.

 

Okazało się, że urzędnicy Agencji Rozwoju Przemysłu SA czynili wszystko, żeby zapewnić zwycięstwo w przetargach wspomnianemu inwestorowi. W raporcie CBA padło sformułowanie, że “działania te prowadzone były nie tylko wbrew interesom ekonomicznym państwa, ale również wbrew zdrowemu rozsądkowi, co zostanie dalej wykazane”.

 

W dużym skrócie, okazało się, że przedstawiciele rządu i ARP mieli zerową wiedzę na temat inwestora, na rzecz którego tak aktywnie działali. Pozwolę sobie zacytować fragment stenogramu z podsłuchów, jakie założono urzędników uwikłanym w ten bałagan:

 

WD:- „…wziąłem te papiery i siedzieliśmy tutaj nad tymi właścicielami, tak naprawdę to jest tak zagmatwana sprawa, że do tego nijak nie można dojść, bo nie ma w tych wszystkich rejestrach uwidocznionych właścicieli, jest uwidoczniony tylko reprezentant"
ZG:-„… nosz ku…. mać!"
WD:-„… nie ma po prostu ja wszystko wziąłem oryginału umowy itd. No po prostu nigdzie nie jest, no mają inny wzór rejestrów, inne…"
ZG:-„…no to co Walenczak mówił, że ku…., to by trzeba jak on to mówił, szukał gdzieś na jakichś specjalnych wyszukiwarkach, mówił, że…, nie no zrobisz co się da, ku…., trzeba coś zmontować bo to pójdzie w eter! To oni będą szukać, dziennikarze to trzeba wszystko w sposób wyważony zrobić i bezpieczny (…)"
WD:-„…no tak tylko ja w tym rejestrze szczerze, nic nie mam w tym rejestrze, bo mam ten wyciąg z rejestru i tu po prostu nie ma nic"
ZG: -„…ku…., no to…"

 

Nie mamy więcej pytań.

 

Park tematyczny z bankructwem w tle

 

To miała być duża mała inwestycja małej firmy, która nagle urosła do setek milionów euro. A było to tak.

 

Inwestor, firma Adventure World Warsaw nie była zbyt duża i chciała przeznaczyć na projekt tylko 50 mln euro. Wszystko miało się odbyć przy pomocy finansowania własnego, pomysłodawcy myśleli o małym parku z potencjałem na sukcesywny rozwój, w miarę rosnącego stopnia zainteresowania.

 

Pierwotnie park miał powstać w Złotokłosie, nieopodal Piaseczna, ale protesty okolicznych mieszkańców zablokowały budowę. I w tym momencie zaczęły dziać się cuda.

 

W 2010 roku inwestor podpisał porozumienie z władzami Grodziska Mazowieckiego o przejęciu terenu. Tereny zostały odrolnione, uchwalono MPZP i wydano niezbędne pozwolenia na budowę. Inwestor wykupił też część terenów pod przyszły park.

 

W sierpniu 2011 prezes AWW, Peter Jan Mulder ogłosił rozpoczęcie prac projektowych, pojawili się tajemniczy inwestorzy z Luxemburga i nagle inwestycja urosła do 400 mln euro. Pierwsza faza prac rozpoczęła się w lipcu 2012 roku.

 

Drugi cud zdarzył się, gdy do Petera Muldera zgłosił się belgijski gigant technologiczny Royal Imtech, który zdecydował się włożyć w park rozrywki kolejne miliony. Z własnej kieszeni. Nagle wartość projektu urosła do 620 mln euro (w niektórych miejscach padała nawet kwota 750 mln).

 

Projekt był oszałamiający: 240 hektarów terenu, hotele, aquapark, SPA, oraz sześć parków tematycznych - Zatoka Przygód, Potwór z Laguny czy Kraj Legend, to tylko kilka z nich. No cuda i brokat.

 

Niestety, coś zaczęło się sypać w lutym 2013 roku, gdy pojawiły się opóźnienia związane z nie do końca jasną sytuacją finansową w Imtechu, który był generalnym wykonawcą tej inwestycji. Otóż okazało się, że pomimo wcześniejszych zapewnień, Imtech nie dostał finansowania od banków, w marcu 2013 zakończył współpracę z AWW, projekt upadł, a w 2015 roku Imtech zbankrutował. Władze firmy próbowały winić za to współpracę z AWW, na której mieli stracić 360 mln euro. Zastanawiam się, jak można stracić taką kwotę na inwestycji, która się nie rozpoczęła. I oczywiście nie można. Prawda okazała się być bardziej sensacyjna, belgijska firma padła z powodu oszustw i korupcji wewnątrz firmy.

 

Peter Mulder wierzył, że da się coś jeszcze zdziałać, jakieś prace toczyły się jeszcze w 2016 roku, ale pod koniec maja 2017 roku odbyła się licytacja komornicza terenów przeznaczonych pod park rozrywki i temat został zamknięty całkowicie.

 

Pozdrowienia do więzienia

 

Choćbym chciał, to bałaganu panującego we władzach Wisły Kraków nie jestem w stanie opisać. Dość powiedzieć, że pojawiają się tam wątki kibiców i bandytów rządzących klubem, opowieści o imprezach grubo posypanych koksem, malwersacjach na dużą skalę, drenowaniu kasy klubu, brak wypłat dla piłkarzy, cofnięcie koncesji na grę w ekstraklasie i wreszcie historia najciekawsza, czyli tajemniczy kapitał z Kambodży, który miał uratować klub.

 

W tym przypadku, jak w każdym opisanym tutaj, zadziałało prawo desperacji, nadmierna wiara w ratunek i brak podstawowego researchu. Dwóch inwestorów - Szwed i Francuz kambodżańskiego pochodzenia przejęli akcje klubu i mieli wyłożyć pieniądze. Rozpoczęło się oczekiwanie na przelew, który nigdy nie nadszedł.

 

Dżentelmen z Kambodży podczas wizyt w Krakowie zachowywał się na tyle ekscentrycznie, na przykład nie pozwalając się fotografować, że powinno to zwrócić uwagę władz klubu. Nie zwróciło. Rwany kontakt powinien zwrócić uwagę. Nie zwrócił. Bajki o tym, jakoby pan Vanna Ly nie może rozmawiać, bo przeziębił się podczas lotu (otworzył okno?) powinno zwrócić uwagę. Nie zwróciło. Cała Wisła wierzyła w cud.

 

Cud nie nastąpił, przelewu nie było, co ciekawe inwestorzy przejęli akcje, ale nikt nie wie, czy w umowie nie ma zapisów, które by im umożliwiały ich zatrzymanie nawet w sytuacji, gdy nie zapłacili. Nikt nie jest w stanie zatrzymać tej beczki śmiechu.

 

Jak widać na przykładach, czasami jesteśmy jak dzieci. Wierzymy w Świętego Mikołaja, gwiazdkę z nieba i darmowy lunch. I bardzo się dziwimy, że nic takiego się nie dzieje.


/
/artykul/5427/6-nieudanych-inwestycji-zagranicznych-w-polsce

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Cookies. Możesz samodzielnie określić warunki przechowywania lub dostępu plików cookie w Twojej przeglądarce.