Widziałem rzeczy, o których wam się nie śniło. Wielkie jeżdżące kosze wypakowane jedzeniem tak, że wysypywało się na zakrętach przez burty. Gargantuiczne kolejki do kas, których obsługa pod koniec dnia znajdowała się na krawędzi obłędu. Walki między klientami o ostatnią paczkę jajek i ostatni słoiczek „Kieleckiego”. Wszystko to… Po co? Właśnie, po co robimy przed świętami i dłuższymi weekendami zapasy takie, jakby jutra miało nie być?

Nie jestem psychologiem behawioralnym, więc mogę tylko zgadywać, ale wydaje mi się, że kupujemy na zapas z powodu otaczającego nas dobrobytu i lęku przed brakiem. Kiedyś zapasy mogliśmy uzupełniać praktycznie przez cały czas, poza kilkoma dniami oznaczonymi w kalendarzu bardzo czerwonymi kartkami. Od niedawna mamy zakaz sprzedaży w niedziele, który wywołał w narodzie niezrozumiałą furię i panikę. Wnioskując po zawartości koszyków sklepowych w sobotę, oceniam że kupujemy o jakieś 20-30 proc. towarów więcej niż przed zakazem. A przed świętami zawartość koszyków rośnie o połowę.

Polacy robią sprawunki na fristajlu, bez planu, bez listy zakupów, bez głowy i pomysłu. Nie patrzymy na daty przydatności do spożycia, bo po co nam ta wiedza skoro jogurty w Realu po „złoty dwajścia dziewięć”. Łapiemy się na promocje cenowe, łapiemy się na super oferty typu „dwa w cenie jednego”, łapiemy się na wszystko, co przygotowali dla nas handlowcy. A potem zostajemy z lodówką wypełnioną do połowy rzeczami, których nie zjedliśmy. I wywalamy je do śmieci.

Wagony wypełnione jedzeniem
Firma Kantar Millward Brown przygotowała na zlecenie Federacji Polskich Banków Żywności raport, z którego wynika, że 34 proc. Polaków wyrzuca jedzenie. Do śmieci co roku wyrzucamy ok. 9 mln ton żywności. To liczba dość abstrakcyjna, bo ile to w sumie jest 9 mln ton czegokolwiek? Może więc obrazowo: znalazłem w guglu węglarkę o dość dużej ładowności (91 ton). Żeby przetransportować całą wyrzuconą przez nas żywność z punktu A do punktu B, potrzebujemy 98 901 takich wagonów. Połączone w skład miałyby 1,5 mln km długości i opasałyby Ziemię na równiku 38 razy. A mówimy tylko o Polsce.

Do śmietnika wyrzucamy praktycznie każdy rodzaj żywności, najwięcej osób, bo aż 51 proc. przyznaje się do utylizowania pieczywa. Wszystko to w kraju, w którym przez lata kruszynę chleba podnosiliśmy z ziemi, przez uszanowanie dla darów Nieba. Wędliny deponuje w koszu 49 proc. badanych. Potem długo nic i prawie po równo warzywa (33 proc) i owoce (32 proc). Reszta asortymentu, czyli nabiał, mięso, ryby i jaja wyrzuca poniżej 20 proc. badanych. Pokaż mi swój śmietnik, a powiem ci, na jakiej jesteś diecie i ile zarabiasz.

Po dacie przydatności – jeść czy nie?
Dwa główne powody wyrzucania jedzenia są znamienne i dobrze pokazują, jak bardzo zatraciliśmy naszą czujność zakupową. Przegapienie terminu przydatności do spożycia wskazał co trzeci badany. Tutaj zrobię mały wtręt, bo wielu z nas nie zna dyskretnej różnicy między oznaczeniem „należy spożyć do” a „najlepiej spożyć przed końcem”.

Tym pierwszym oznaczane są zazwyczaj gotowe potrawy, ryby, mięso, nabiał i wyroby garmażeryjne. Opis „należy spożyć do” oznacza, że po upływie wskazanego terminu nie powinno się ich jeść, chociaż dzień czy dwa po dacie nas nie zabiją. W przypadku „najlepiej spożyć przed końcem”, producent informuje nas, do kiedy jedzenie zachowa świeżość, jeżeli było przechowywane zgodnie z opisem na opakowaniu. I tutaj tkwi znaczący szczegół, bo taki opis NIE oznacza, że po terminie jedzenie jest trujące a jedynie, że może odbiegać od stanu, w jakim je kupiliśmy. Natomiast jest ciągle jadalne.

Kraje skandynawskie postulują, żeby w przypadku takich produktów jak sól, cukier czy oleje, w ogóle nie podawać żadnych dat przydatności do spożycia, bo jest to dla konsumentów zwyczajnie mylące.

Ile to nas kosztuje?
Wracamy do przyczyn wyrzucania jedzenia. 15 proc. Polaków powiedziało wprost – robię zbyt duże zakupy. Nieco mniej osób przyznaje się do tego, że zdarza im się kupić produkt niesmaczny albo zły jakościowo, część jedzenia leci do kosza z powodu złego przechowywania żywności, niektórzy kupują produkty, chociaż nie mają pomysłu na wykorzystanie ich do jakiejkolwiek potrawy.

Tak czy inaczej, średnio miesięcznie potrafimy wywalić do śmieci 50 złotych polskich na osobę. Taka skala trochę mnie dziwi, bo nie wiem, czy stać nas na taką rozrzutność.

Ekologia, głupcze!
Jeszcze bardziej bulwersują wyliczenia Greenpeace’u, wskazujące ekologiczne aspekty marnowania jedzenia. Wyrzuconej przez nas żywności nie wyprodukowano przecież w próżni. Greenpeace przeanalizowało ile wody potrzeba do wytworzenia 9 mln ton jedzenia i wyszło, że zmarnowaliśmy przy okazji 1,72 mld metrów sześciennych wody, wykorzystanych do jej wytworzenia. Do atmosfery wyemitowaliśmy niepotrzebnie 22,8 mln ton dwutlenku węgla.

W przypadku wody przybliżę to basenami olimpijskimi – moglibyśmy wypełnić ich 459. Tysięcy. Dwutlenek węgla stanowi z kolei równowartość łącznej emisji wszystkich samochodów osobowych w Polsce przez rok.

Co robić, jak żyć?
W lipcu 2016 senacka Komisja rodziny, polityki senioralnej i społecznej złożyła projekt ustawy o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności. Ustawa miała ograniczać marnowanie żywności przez duże sklepy, ale ugrzęzła na etapie senackim. Pomysł był dobry, bo sklepy miały oddawać niesprzedaną żywność organizacjom charytatywnym. Przewidziano nawet jakieś kary za niedostosowanie się do obowiązku. Niestety, kary były żartobliwie niskie a ustawa zawierała tyle nieścisłości, że po otrzymaniu serii negatywnych opinii, utknęła na długie miesiące w Senacie.

Z marnowaniem żywności walczy Federacja Polskich Banków Żywności, która ma 32 placówki na terenie całego kraju. W 2015 roku BŻ wsparły 2 miliony potrzebujących. Przekazały łącznie 146 000 ton żywności na cele społeczne. Obdarowanych zostało prawie 4000 instytucji i organizacji.

W całym kraju powstaje mnóstwo mniejszych i trochę większych inicjatyw i organizacji zbierających jedzenie. Zajrzyjmy do lodówek i zastanówmy się, czy nie moglibyśmy jakoś ich wesprzeć. Znalezienie czegoś niedaleko nas to dwie minuty klikania w Google. Jak już znajdziemy, zapisujmy każdą naszą darowiznę. Po kwartale zróbmy podsumowanie. Przeanalizujmy je. Przemyślmy. I zacznijmy robić w końcu zakupy na miarę naszych potrzeb, a nie na zapas.