Walentynki lądują, a z nimi –  jak co roku – te same problemy. Pary zastanawiają się, jak uciec od corocznej sztampy kino-restauracja-czekoladki-róże i wpadają na świetne pomysły np. wspólnego skoku na spadochronie. Single – wiadomo, tłumaczą sobie że święty Walenty to patron chorób umysłowych i epilepsji, więc świętują antywalentynki. Albo… kupują seks robota.

Człowiek zrobi wszystko, żeby nie być samotnym. Większość z nas szuka drugiej połówki desperacko i za wszelką cenę. A desperacja okazuje się być świetnym paliwem dla poszukiwań idących w dziwnych kierunkach.

Tęsknota za byciem z kimś blisko realizuje się na różnych poziomach, niektóre z nich są jeszcze melodiami przyszłości, inne zrealizowaliśmy w sposób budzący podziw, zdumienie czy odrazę. Najpierw popatrzmy, co jeszcze ciągle przed nami.

W filmie „Blade Runner 2049”, replikant zakochuje się w hologramie. To w ogóle ciekawe splątanie wątków, bo replikant to sztuczny twór-android. Tak bardzo jednak przypomina człowieka, że jednoznaczne odróżnienie możliwe jest jedynie po przeprowadzeniu testu na empatię. Replikanci nie są odporni na samotność, stąd ten dziwny związek z hologramem. Na pytanie, czy jest możliwe zakochanie się w iluzji, odpowiadam „tak”. Czym innym niż miłością do czegoś nieistniejącego, są głębokie uczucia, jakimi ludzie darzą celebrytów? Zakochujemy się w jakimś konstrukcie, który stworzyliśmy we własnej głowie. Czym taki konstrukt różni się od hologramu? W stu procentach poważnie, widzę rynek na takie usługi. Na pewno znajdzie się ktoś, kto zechce żyć w platonicznym związku ze Scarlett Johansson.

Właśnie, Scarlett Johansson. „Her” jest fantastyką bardzo bliskiego zasięgu. Właściwie stoi tuż za rogiem. Główny bohater zakochuje się w swoim inteligentnym systemie operacyjnym, obdarzonym głosem Scarlett. Jedyną fantastyką w tej historii jest inteligencja systemu operacyjnego, resztę już mamy. Chodzi oczywiście o Siri, z którą ludzie flirtują, oświadczają się, zakochują czy proponują seks. Według badań przeprowadzonych na użytkownikach aplikacji Assistant.ai, 40% z nich wyobraża sobie zakochanie się w wirtualnym asystencie, a kolejne 25% potwierdziło, że być może mogliby to zrobić. Przebadano 12 tys. Osób. Wyniki dziwią mnie niespecjalnie.

Siri to partner idealny. Jeżeli masz ochotę pogadać, wysłucha i odpowie. Jeżeli wolisz ciszę, nie będzie przecież zagadywać. Nakarmiona dostateczną ilością informacji, będzie coraz lepiej przewidywać nasze oczekiwania i coraz skuteczniej podpowiadać nam, na co mamy ochotę. Na razie za Siri nie stoi jeszcze Sztuczna Inteligencja i głos Johansson, ale to pewnie kwestia kilku lat. W końcu ludzie płacą ciężkie pieniądze za smsowanie czy telefonowanie do seks-usług w poszukiwaniu nieseksualnego kontaktu z drugim człowiekiem. Zapłacą też za dostęp do Siri Premium. Nie mam problemu z wyobrażeniem sobie kogoś nawiązującego intymną więź z głosem w słuchawce telefonu.

Zupełną niefantastyką od kilku lat są seks lalki. I nie chodzi mi o te smutne, dmuchane brezenty z seks-shopów, tylko anatomicznie poprawne, mówiące femboty. Wybierać możemy spośród kilkunastu modeli, oferujących różne temperamenty: od nieśmiałej, przez czułą, zazdrosną, humorzastą czy gadułę. Robot będzie pamiętał o naszych urodzinach, ulubionych potrawach, restauracjach i filmach. Możemy zadysponować model otrzaskany w literaturze albo rzucający żartami. Niektóre modele potrafią symulować orgazm podczas stosunku.

W ofercie jest też możliwość dostosowania aparycji fembota. Możemy dobrać włosy, rozmiar piersi, kolor brodawek i rodzaj warg sromowych (14 do wyboru). Najtańszy model kosztuje 6 tysięcy dolarów, najdroższe do kilkudziesięciu.

Większość klientów traktuje roboty jako wyrafinowaną maszynę do masturbacji. Jest jednak grupa użytkowników, którzy sadzają je przy stole, oglądają razem z nimi telewizję albo wynoszą do ogrodu, żeby mogły złapać trochę słońca. Lektura forów na których gromadzą się właściciele fembotów dostarcza przykładów na to, że część mężczyzn zakochuje się w swoich modelach. Polecam film zrealizowany przez BBC pt. Guys and Dolls, który pokazuje kilka takich sytuacji i osób.

Na koniec zaś Tinder, który kilka lat temu wydawał się obrzydliwością i abominacją a dzisiaj spowszedniał tak bardzo, że nikt już nie zwraca na niego uwagi. Jedna z pierwszych aplikacji (pamiętamy o Grindr) do randkowania. A w zasadzie do umawiania się na seks, bo początkowo Tinder sprzedawał się na takiej właśnie kontrowersji. Z czasem spowszechniał, ustatkował się, zatracił swoją pierwotną funkcję i został kolejnym serwisem randkowym z możliwością ustawienia się randkę rozbieraną. Jako ciekawostkę mogę podać fakt, że w 2015 roku użytkownicy Tindera przeglądali średnio 65 profili, zanim uzyskali jedno dopasowanie.

Jako bonusową ciekawostkę chciałbym pokazać wam aplikację „The Lickster”. Gdy wydaje się, że nie da się nas niczym zaskoczyć, dostajemy propozycję polepszenia techniki naszego fellatio przy pomocy komórki. Przez ekran przesuwają się strzałki wskazujące kierunki, w których musimy przesunąć językiem… palcem, żeby zdobyć punkt. Punkt zdobywamy tylko wtedy, gdy trafimy w odpowiedni punkt. No dobra, nie wiem, jak to mam opisać. Wypróbujcie sami, gra daje mnóstwo radości, jeżeli nie odważycie się lizać ekranu komórki, polecam poślinienie palca, którym będziecie grać.

Wesołych Walentynek wam wszystkim.